Wyjście z cienia - Jacek Poniedziałek, Renata Kim

-
Proszę czekać

 

Twój dom rodzinny to...

Malutkie mieszkanie w jednopiętrowym domu przy błotnistej ulicy Gdańskiej na krakowskim osiedlu Olsza. Wokół stały bloki, a między nimi nasza ulica: dwa rzędy domów zbudowanych w okresie międzywojennym czy jeszcze wcześniej. Do krakowskiego Rynku mieliśmy jakieś trzy - cztery kilometry, ale równie dobrze mogłoby być trzydzieści, bo w dzieciństwie do centrum nigdy się nie zapuszczaliśmy. Nasza rodzina - ojciec, gdy jeszcze żył, matka, dwaj bracia, siostra i ja - zajmowała pierwsze piętro kamienicy. Szło się do nas przez ciemną sień, gdzie gnieździły się stada kotów. Błyskawicznie się rozmnażały, więc wiecznie śmierdziało kocią szczyną. Po lewej stronie był strych, a na wprost wejście do naszej kuchni. Po prawej stronie stał piec, po lewej stół, a pod oknem mały tapczan, na którym spał mój brat Jóka (czyli Józiu), a po jego śmierci ja spałem. W dużym pokoju stała wersalka drugiego brata Bolka, a nieco dalej dwa złączone ze sobą stare, drewniane łóżka, na których spały mama z siostrą i do pewnego momentu ja. Nad nimi wisiał wielki święty obrazek: Chrystus stojący na skale, w tle zachodzące słońce. W kącie pokoju stała szafka, a na niej wielkie radio z lat pięćdziesiątych z magicznym okiem, zaś później jego miejsce zajął czarno-biały telewizor Ametyst. Był jeszcze okrągły stół, parę krzeseł, a po lewej stronie serwantka krakowska z jakimiś strasznie kiczowatymi przedmiotami. Nie pamiętam już, co to było, na pewno nie kryształy, bo nie mieliśmy na nie pieniędzy. Pamiętam, że ściany w tym pokoju były niebieskie, na nich wymalowany był motyw z wałka, a tuż pod sufitem jeszcze ozdobny szlaczek i ciemny kontur oddzielający go od bieli sufitu. To wszystko było staromodne i prowincjonalne, ale miało swój styl, było na swój sposób ładne. Gdybym dziś znalazł się w takim mieszkaniu, pewnie bym to jakoś przeżył, bo to przecież otoczenie, które mnie ukształtowało.

Bardzo sielski ten opis.

Tak naprawdę było sielsko, ale bardzo biednie. Paliliśmy węglem, nie mieliśmy bieżącej wody ani toalet. To była stara kamienica, której od lat nikt nie remontował. W moich wspomnieniach z dzieciństwa zawsze powraca jeden obraz: wiecznie przeciekający sufit. Gdy padał deszcz, trzeba było podstawiać miednice albo wiadra, bo z sufitu kapały wielkie krople. Czasami musieliśmy w nocy wstawać i opróżniać naczynia, bo się przelewało. Pamiętam, że te zacieki wyrysowały na suficie wielką mapę świata. Były chwile, że mnie to bawiło, bo leżałem na łóżku i rozpoznawałem na niej poszczególne kontynenty. Ale później, kiedy zacząłem więcej rozumieć, strasznie mnie to frustrowało. Zwłaszcza, kiedy woda leciała wprost na moje łóżko. Po latach podobną plamę podziwiałem w bufecie Starego Teatru. Nie dało się jej usunąć, bo ówczesny dyrektor techniczny teatru przekonywał, że budynek jest zabytkowy i nie ma pozwoleń na remonty, a ja sądziłem, że był to dowód jego absolutnej indolencji. Poczułem coś w rodzaju ulgi czy wręcz satysfakcji, że nawet w tak eksponowanej instytucji jak Stary Teatr przeciekał sufit i też nic nie dało się z tym zrobić.

Twój ojciec umarł, kiedy miałeś cztery lata. Zostały ci po nim jakieś wspomnienia?

Niewiele. Pamiętam tylko obrazy, ale mają w sobie sporo emocji. Na przykład taka scena: ojciec leży w łóżku, ja siedzę na nim i bawię się jego włosami na klacie. Nie wiem, dlaczego akurat to zapamiętałem. Pamiętam też, jak dręczył mamę. Kiedy myła naczynia, stała tyłem do nas, a on siedział przy stole i bez przerwy coś gadał, marudził, pieprzył tak bez końca. Pamiętam, że matka płakała i bardzo mi jej było żal, chociaż zupełnie nie rozumiałem sytuacji. Wyrosłem w atmosferze ciągłych narzekań na ojca, więc wiedziałem, że nie układało im się, a z drugiej strony matka bardzo go kochała.

On ją dręczył, a ona go kochała?

Była w niego całkowicie zapatrzona, co widać na tych kilku wspólnych zdjęciach, jakie znalazłem w domowym albumie. Ojciec był bardzo przystojny, miał urodę filmowego amanta. Pracował jako kelner w Hotelu Francuskim, pił i kochał zabawę. Wiecznie go nie było w domu, więc matka pewnie była zazdrosna. O inne kobiety, które pojawiały się w jego życiu i być może również o mężczyzn. Ja długo nie miałem o niczym pojęcia, różne rzeczy usłyszałem znacznie później od ludzi, którzy go znali. Twierdzą, że ojciec był znanym w Krakowie donżuanem, ale plamą na jego reputacji podrywacza i łamacza kobiecych serc były plotki, że jest biseksem. Miał podobno kochanka o imieniu Szczęsny, który był właścicielem albo dzierżawcą zajazdu w Karpaczu. Nie wiem, czy to prawda. Żałuję, że nie zdążyłem poznać ojca, bo może lepiej zrozumiałbym siebie. Czasem za nim tęsknię.

A jakim był ojcem?

Nie pamiętam. Zawsze patrzyłem na niego oczami matki i widziałem, że pije, nie dba o nas, nie przynosi do domu pieniędzy. Chyba trochę się go bałem. Nieco więcej dowiedziałem się, kiedy już jako dorosły człowiek poszedłem na terapię, żeby poradzić sobie z napadami złego humoru, agresją i wiecznym napięciem. Wyszło wtedy, że mama miała kilka aborcji. A ojciec kochał te nienarodzone dzieci i nie cierpiał tych, które żyją. Zadzwoniłem do matki i zapytałem, czy to prawda, a ona wszystko potwierdziła. Przyznała, że ojciec miał do niej pretensje, że urodziła nas, a nie tamte dzieci. On nie zgadzał się na te aborcje, matka go nie słuchała, więc całą swoją złość i agresję wyładowywał na nas. Nie mścił się tylko na mojej siostrze Ani. To była jedyna dziewczyna, więc właśnie ją kochał.

Co jeszcze o nim pamiętasz?

Pamiętam jego pogrzeb: mama zanosi się od płaczu i chce wejść do grobu, w którym złożono trumnę z jego ciałem. Nie było mi żal ojca, ale ponieważ matka płakała, mnie też było smutno. A potem pamiętam stypę, która dla odmiany była bardzo wesoła. Czułem się bezpiecznie, w powietrzu była dobra energia, odczuwało się jakieś uwolnienie emocji. Po raz pierwszy od dawna w naszym domu było tak dużo osób, bo zazwyczaj mało kto nas odwiedzał. Nasza rodzina zawsze była rozbita, pamiętam, że mieliśmy jakieś konflikty z krewnymi ze strony ojca. Zaraz po jego śmierci też zresztą były z nimi kłótnie, przyszli do naszego domu i odebrali nam telewizor. Mama była też skłócona ze swoją własną matką. Przez niemal całe moje dzieciństwo nie utrzymywały ze sobą kontaktów. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że babcia miała skłonność do mojego ojca i ponoć coś tam nawet między nimi zaszło.

Matka tak po prostu ci o tym opowiedziała? Wierzysz, że to prawda?

Coś takiego mi powiedziała. Któregoś dnia, parę lat po śmierci babci, przeglądałem w domu rodzinnym album ze zdjęciami. Na kilku fotografiach byli przystojni mężczyźni, a na odwrocie dedykacje po niemiecku. Nie znałem tych ludzi, więc zapytałem matkę, kim są. Na to ona: "Nie mogę ci powiedzieć". Ale gdy nadal się dopytywałem, zaczęła mówić. Gdy dziadek był w oflagu, babcia miała niemieckich kochanków. I to wielu. Zaraz po kampanii wrześniowej Niemcy wypuścili dziadka, bo powiedział, że czuje się Niemcem, dlatego że jego ojciec urodził się w Austrii i został volksdeutschem. Ale wtedy wyrok śmierci wydało na niego Państwo Podziemne, więc musiał się ukrywać. A babcia szalała, tak przynajmniej wynika z opowieści mamy. Okazało się, że ta wiecznie narzekająca na zdrowie dewotka strasznie lubiła się puszczać. Przypuszczam, że dziadek o tym wiedział. Wypytywałem dalej mamę i dowiedziałem się, że babcia, która w czasie I wojny światowej mieszkała z rodzicami na Ukrainie, jako sześcioletnie dziecko była świadkiem zbiorowego gwałtu dokonanego na jej matce przez rosyjskich żołnierzy, którzy później ją zabili. Może patrząc na to, zaraziła się nienawiścią do mężczyzn i musiała ich potem zdobywać i "uśmiercać" jak modliszka. Nie wiem tylko, po co trzymała ich fotografie. Do rodzinnego albumu trafiły po śmierci babci. Sam je przyniosłem z jej domu, a potem ktoś powkładał te zdjęcia między inne fotografie.

Jak matka radziła sobie z wychowywaniem czwórki dzieci po śmierci ojca?

Było jej bardzo ciężko. Pracowała w hucie szkła, przy taśmie w sortowni. Sprawdzała gotowe flakoniki: jak były dobre, to je zostawiała, a jak niedobre, wrzucała do wielkiego, wiklinowego kosza. Kilkadziesiąt lat tak pracowała na zmiany poranne, popołudniowe i nocne. A trzeba było jeszcze przynieść węgiel, wodę, napalić w piecu, wynieść nieczystości, umyć podłogę, zrobić zakupy, ugotować, pozmywać. Naprawdę nie wiem, kiedy ona spała. Pamiętam, że była wiecznie wykończona, wręcz wycieńczona. Ciągle narzekała. Wyrzucała z siebie pokłady zmęczenia i lęku o to, co będzie dalej, jak poradzi sobie z utrzymaniem czwórki dzieci chodzących jeszcze do szkoły. Była udręczona życiem i pracą, bała się, co będzie jutro.

Jak cię ta udręczona matka wychowywała? Czego cię nauczyła?

Niczego istotnego mi nie wpoiła, nie wytyczała żadnych zasad. Nie mówiła, co wolno robić, a czego nie, dowiadywałem się tego sam. Pamiętam taką sytuację: na naszym podwórku była buda, w której mieszkał Mars, pies sąsiadki. Sąsiadka zostawiła na budzie torbę z czereśniami i ja je wszystkie zjadłem. Gdy mama się o tym dowiedziała, wpadła w straszną złość i mnie zbiła. Wtedy zrozumiałem, że nie można jeść cudzych rzeczy. To chyba jedyna nauka, jaką mi dała. Nie, w naszym domu nie było rozmów o życiu, zresztą na żaden inny temat też nie, bo po prostu nie było na to czasu ani siły. Nie było też czułości. Mama nie miała głowy, żeby nas tulić, głaskać, mówić miłych rzeczy. Mnie tak naprawdę wychowała ulica. Całe dzieciństwo, to były lata siedemdziesiąte, spędziłem na podwórkach przy naszej ulicy Gdańskiej. To był taki wiejski Heimat w śródmieściu Krakowa. Wszyscy się znali, wszystko o sobie wiedzieli, niczego się nie dało ukryć, bo życie nie toczyło się w czterech ścianach mieszkań, tylko na ulicy. Przed każdym domem stały sklecone ręcznie ławki i stoły, ludzie całymi dniami tam przesiadywali, plotkowali, patrzyli, kto przechodzi, pytali, jak się czuje i co dzisiaj szykuje na obiad. To była swoista wspólnota plemienna, czułem się tam bardzo bezpiecznie.

Miałeś jakieś dziecięce przyjaźnie?

Moimi najbliższymi kumplami byli Wiesiek i Piotrek. Ojciec Piotrka był badylarzem, miał duże pole koło cmentarza w Batowicach i uprawiał tam rabarbar, kapustę i ogórki. Pozwalał nam je zbierać i płacił za tę pracę. Zresztą większość naszych sąsiadów miała obok domów sady. Razem z chłopakami spędzaliśmy w tych sadach większość letnich miesięcy, zbierając owoce i zarabiając pierwsze pieniądze. Chodziliśmy też na grandę, kradliśmy w sadach gruszki i śliwki renklody. Czasem przynosiliśmy je do domu, ale częściej zjadaliśmy na miejscu. Poza tym oczywiście bawiliśmy się jak wszyscy chłopcy w wieku dziesięciu lat. W wojnę, strzelanie z łuku, podpalaliśmy szmaty i śmieci. Niedaleko były jednostki wojskowe, jedna w Czyżynach, druga w okolicach Kleparza, więc zakradaliśmy się na strzelnicę, zbieraliśmy łuski albo wałki trotylu, a potem je wrzucaliśmy do ogniska, gdzie pięknie detonowały. Zawsze staraliśmy się szybko schować za górkę albo do rowu, ale to i tak prawdziwy cud, że nigdy nic się nam nie stało. No i oczywiście naszą ulubioną rozrywką było podglądanie przez lufcik w łazience kąpiącej się mamy Piotrka. Wcześniej przez pewien czas przyjaźniłem się z koleżankami mojej siostry. To był kobiecy świat, w którym byłem jedynym chłopcem. Pamiętam ich zabawy: zbierało się kwiatki, wykopywało dołek, wkładało tam płatki i przykrywało kawałkiem szkła. One mówiły na to motylek albo aniołek. Najbardziej lubiłem Monikę. Przechodziłem przez dziurę w drewnianym płocie naszego podwórka i już byłem u niej. To był stary dom z ogrodem, w którym rósł agrest i porzeczki. Bardzo lubiłem mamę Moniki, która tak jak moja mama była samotna, i strasznie podobało mi się ich mieszkanie. A z Moniką wykonywaliśmy pierwsze nieśmiałe erotyczne gesty, bawiliśmy się w lekarza i rodziców. Mieliśmy wtedy chyba po osiem lat. Kiedy zacząłem dojrzewać, zerwałem zupełnie z dziewczynami.

A jakie miałeś stosunki z rodzeństwem?

Oczywiście skomplikowane, bo byłem w domu najmłodszy. Ania jest o rok starsza, Józek o dziewięć lat, a najstarszy Bolek o jedenaście. Najlepiej układało mi się z siostrą. Najpierw ona mnie prała, a potem ja ją prałem. Ale byłem z nią zawsze blisko. Jak miałem już czternaście, piętnaście lat, Ania zabierała mnie na dyskoteki, gdzie się bardzo nudziłem i na randki ze swoim chłopakiem. Jechaliśmy do jego domu w Bieżanowie i tak sobie siedzieliśmy w trójkę. Oni się czasem całowali, czasem gadali, a ja chyba byłem ich przyzwoitką.

Kilka lat później, może na początku lat osiemdziesiątych, Ania przeżyła wielki dramat. Chodziła wtedy do technikum budowlanego, ale ponieważ była niezwykle odpowiedzialna i przewidująca, pracowała też w maglu przy ulicy Retoryka. Tam były bardzo złe warunki: wilgoć, ciemność, zimą chłód, a latem upał. Ania była świetnym pracownikiem, więc prywatny właściciel wykorzystywał ją do cna. Była przemęczona, bo przecież uczyła się jeszcze i pomagała w domu. Z tego wszystkiego dostała gruźlicy. Nie mogliśmy uwierzyć, że ta choroba wciąż grasuje w Polsce. Kojarzyła nam się z okresem zaborów i wojną. Ania zaczęła kurację i wyjechała do szpitala czy sanatorium gruźliczego w Zakopanem. Trwało to chyba kilka miesięcy, zanim doszła do siebie i wróciła do pracy. Potem jednak szybko wyszła za mąż, wyjechała do Warszawy, skończyła studia, urodziła dwoje dzieci i dziś jest główną księgową w dużej firmie. Można powiedzieć, że jej się udało, że wzięła życie w swoje ręce.

Z braćmi nigdy nie układało mi się dobrze, właściwie nie miałem z nimi kontaktu. Starszy w czasie gry w piłkę uległ nieprzyjemnemu wypadkowi. Od tego momentu schował się przed światem, wycofał. Był bardzo przystojny, ale przestał się spotykać z dziewczynami. Stał się odludkiem. Praca, codzienne picie, potem spanie. Nie lubiłem go za to. Za to, że matka się martwi, że się denerwuje, że muszą się kłócić z tego powodu. Bolek był dla mnie w pewnym sensie ojcem, złym ojcem. Miałem takie wyobrażenie, że obaj należą do tej samej rasy ludzi, którzy nie dbają o dom, nie przynoszą pieniędzy, przepijają ostatnie grosze, a my nie mamy co jeść. Do tego dochodziła jeszcze agresja, głównie słowna, ale zdarzało się też, że Bolek klepał mnie po głowie. Bardzo tego nie lubiłem i się go bałem. Józek, póki żył, czasem mu towarzyszył w pijaństwie.

Dlaczego umarł?

Zawsze chorował. Urodził się z wadą serca, ale mama nie zgodziła się na operację, bo lekarze powiedzieli, że może jej nie przeżyć. Mówili, że bez tej operacji będzie żył najwyżej rok, dwa. Przeżył dwadzieścia. Kiedy zmarł, miałem jedenaście lat. Pamiętam, że wróciłem ze szkoły, mama siedziała na jego tapczanie na wprost drzwi, w koszuli nocnej, bo był wieczór. Była w szoku, całkiem otępiała, nic nie mówiła. Ryczałem, patrząc na nią. Po kilku godzinach ubrała się i wyszła. Ja poszedłem razem z nią, trzymałem ją za rękę, ciągnąłem za płaszcz i pytałem: "Mamo, gdzie idziesz?". Odpowiedziała, że idzie poszukać Józia. Pomyślałem, że oszalała. Pamiętam też pogrzeb Józka z tym potwornym zwyczajem otwierania trumny. Poprosiła o to ciotka ze strony ojca, ja się odwróciłem i nic nie widziałem.

Mam o Józiu kilka mocnych wspomnień. On nie był ani bardzo silny, ani zbyt postawny, ale pamiętam, że wszyscy się go bali. Kiedy już zacząłem naukę w podstawówce, w czasie przerwy zjawiał się w toalecie, żeby zapalić i prowokacyjnie pytał innych chłopców, czy mają coś do mnie, bo jeśli tak, to się z nimi policzy. Nikt z nich nie śmiał powiedzieć słowa, a on puszczał do mnie oko na znak tryumfu. Pamiętam też, że któryś z moich podwórkowych koleżków pożyczył mi na chwilę rower, który potem odstawiłem na moment, żeby coś zjeść. Kiedy wyszedłem na podwórko, roweru już tam nie było, a ja zrozumiałem, że wziął go sobie Józek, żeby się na nim przejechać. Ale tak mnie to wyprowadziło z równowagi, że zacząłem krzyczeć, potwornie mu ubliżając. Brzydko, bardzo brzydko go nazywałem. Potem było mi żal, że go tak zrugałem. To był pierwszy raz w życiu, kiedy tak krzyczałem na bliską osobę.

Kiedy po raz pierwszy dotarło do ciebie, że żyjesz biedniej niż inne dzieci?

Najpierw w ogóle nie zdawałem sobie z tego sprawy. Brak pieniędzy zacząłem odczuwać dopiero w szkole, kiedy ciągle trzeba było płacić jakieś składki. Na wycieczki, komitet rodzicielski, nowe podręczniki i podobne atrakcje. A ja nigdy nie miałem tych pieniędzy. Pewnego razu nauczycielka wykazała się sporym brakiem delikatności i wysłała mnie w czasie lekcji do domu razem z kolegą z samorządu klasowego, żebyśmy przynieśli składkę. Wtedy mama powiedziała do tego Wojtka, chłopaka z zamożnej rodziny, że nie może dać, bo nie ma, sama zapożyczyła się już u siostry. To była prawda, co miesiąc trzeba było jechać do cioci po pożyczkę. Ale ja wtedy poczułem się upokorzony tym, że to powiedziała. I po raz pierwszy zobaczyłem swoją sytuację oczami innej osoby. Oczami Wojtka, który nigdy wcześniej nie był u nas i nie widział, jak żyjemy. Od tej pory bardzo się wstydziłem tego domu z kiblem na podwórku, nie lubiłem przyprowadzać tam ludzi. Później takie przykrości spotykały mnie jeszcze kilka razy. Ale nienawidziłem prosić w szkole o pomoc socjalną, bo żeby ją dostać, trzeba było wpisać w podaniu, że pochodzę z niepełnej rodziny, albo że jestem półsierotą. Czułem, że jestem w jakimś sensie gorszy niż inni uczniowie.

Ukrywałeś, że pochodzisz z niezamożnego domu?

Wymyślałem różne rzeczy, żeby to ukryć. Pamiętam, że w grudniu na Mikołaja przynosiliśmy do szkoły prezenty dla wylosowanego wcześniej kolegi, a ja nie miałem pieniędzy, żeby coś kupić. Znalazłem więc w domu starego misia, wyprałem go, ale nie zdążył wyschnąć. Przyniosłem go do szkoły takiego mokrego, a jeszcze pomyślałem, że może go trochę skropię perfumami mamy. Nigdy nie zapomnę miny koleżanki, kiedy dostała tego misia. Nieprzyjemne to było przeżycie i tyle. Teoretycznie mogłem przecież powiedzieć, że nie mam pieniędzy, więc nic nikomu nie kupię, żeby mnie z tego wyłączyli. Ale dzieci nie potrafią mówić takich rzeczy, raczej wolą coś zakamuflować. Ale też raz na parę miesięcy przeżywałem chwilę dumy. Mieliśmy ciotkę Helę, która mieszkała w Wiedniu i raz na jakiś czas przysyłała nam paczki. Nigdy nie było wiadomo, kiedy przyjdą, więc na nie specjalnie nie czekałem. Ale jak już przychodziły, w domu była wielka radość. Zawsze był w nich krótki list od ciotki, jakieś ubrania i pyszne wafle z kakaowym nadzieniem, do dzisiaj pamiętam ich smak. Znikały natychmiast, ale czasami udało mi się coś schować i poczęstować kolegów z klasy. To był powód do wielkiej dumy. Szybko nauczyłem się brać sprawy w swoje ręce. Razem z siostrą załatwiłem nam w wydziale lokalowym urzędu miasta lepsze mieszkanie na Zwierzynieckiej, pracowałem dorywczo u ojca Piotrka, a gdy miałem jakieś piętnaście - szesnaście lat, zatrudniłem się w wakacje na budowie pod Krakowem. Zawsze chciałem mieć rower i w końcu go sobie kupiłem, ale dużo później niż wszyscy moi koledzy.

Marzyłeś, jak chyba wszyscy wtedy, o dżinsach z Peweksu?

Dżinsy zupełnie mnie nie interesowały. Ale bardzo lubiłem chodzić do mieszkań kolegów, gdzie były łazienki, kaloryfery. Zazdrościłem im telewizora, bo w naszym domu nowy odbiornik pojawił się bardzo późno. I jeszcze tego, że wyjeżdżają razem z rodzicami na wakacje i pokazują później zdjęcia, na których są razem, roześmiani i opaleni. Ja zawsze wyjeżdżałem tylko na kolonie organizowane przez spółdzielnię mamy. Pamiętam, że u jednego kolegi stało pianino, bo on chodził do szkoły muzycznej. Zazdrościłem mu, że wychowywał się w domu, w którym jest pianino, że rodzice posłali go do szkoły muzycznej i on będzie artystą. Zazdrościłem, że w jego domu myśli się o takich rzeczach, podczas gdy u mnie myślało się jedynie o elementarnych potrzebach. O tym, żeby przeżyć do pierwszego, żeby było co jeść.

Skąd u dziecka z robotniczej rodziny zazdrość o pianino?

Nie wiem, taki się urodziłem. Nauczyciele w szkole dość szybko zresztą stwierdzili, że mam kilka talentów. Potrafiłem zagrać na instrumencie, który brałem do ręki po raz pierwszy i pięknie mówiłem wiersze. Nie rozumiałem ich, ale wszyscy słuchali z zapartym tchem. Na akademiach szkolnych deklamowałem najczęściej wiersze Broniewskiego, najbardziej wszystkich poruszył ten o jego zmarłej córce pod tytułem "Anka, to już trzy i pół roku". Miałem też spory talent plastyczny. Chodziłem do świetlicy, tam pani od rysunku uczyła nas nowych technik. Dostawało się dużą kartkę papieru, mięło się ją, potem moczyło, rozprostowywało i malowało. Namalowałem góry takimi ciapkami i wygrywałem tym rysunkiem wszystkie konkursy. Miałem artystyczną duszę, tylko nikt tego w domu nie zauważył, nikogo to nie interesowało. Mógłbym mieć o to żal, ale właściwie, do kogo? Do wiecznie zmęczonej i sfrustrowanej matki? Potem w czasie dojrzewania byłem z nią zresztą w potwornym konflikcie. Obwiniałem ją o to, że jesteśmy tacy biedni, że żyjemy w tak strasznych warunkach. Kłóciłem się z nią i miałem ciągłe pretensje. Dojrzewający chłopak to często jest potwór. Ja nim byłem. Choć miałem dobre serce, choć sam pomagałem w domu, a nawet pracowałem dorywczo i przynosiłem pieniądze, to jednak dawałem mamie czasem tak popalić, że do dzisiaj się tego wstydzę. Miałem nawet do niej żal, że mnie nie posłała na naukę pływania czy gry na gitarze.

Ale przecież to były czasy PRL, gdzie można było wszystkiego za darmo nauczyć się w jakimś domu kultury!

Ale w ogóle te pretensje były głupie i niesprawiedliwe. Co ona miała jeszcze zrobić? Dała z siebie absolutnie wszystko. Poświęciła się dla dzieci, nie szukała nowego faceta, zabawy, harowała jak wół, żebyśmy mieli co jeść, w co się ubrać, mieć zeszyty i książki do szkoły.

To dlaczego miałeś pretensje do matki?

Jako gówniarz atakowałem głównie ją. Bo była mi najbliższa i najłatwiej ją było zaatakować. Biedą przestałem się przejmować dopiero na studiach, zresztą w tym czasie powodziło nam się już troszeczkę lepiej. Mieszkaliśmy w większym mieszkaniu na Zwierzynieckiej, mama już była na emeryturze, ja dostawałem stypendium, a brat jeszcze pracował.

A kim była w twoim życiu babcia? Ta, która "miała skłonność do twojego ojca"?

Była troskliwa i nadopiekuńcza, rozpieszczała mnie swoim gotowaniem. Co tydzień przychodziłem do niej sprzątać, odkurzać, pastować, froterować, a raz na jakiś czas myłem też okna. Ona mnie za to sowicie wynagradzała barszczem czerwonym i ruskimi pierogami. To była poezja, smak szczęścia. Ona mnie zdemoralizowała kulinarnie. Jak nikt na świecie robiła paprykarz cielęcy, lekko pikantny ze śmietanką, papryką i pomidorami, a do tego ryż albo kluski. Przyrządzała też dla mnie ogórkową, wszystko z własnych przetworów. Lubiłem u niej sprzątać. Rozbierałem się do bielizny, czułem, jak moje ciało się poci, a mięśnie, których powoli wtedy nabierałem, się prężą. Zazwyczaj po sprzątaniu zostawałem u niej na noc i to był trudny moment, bo babcia włączała telewizję i zaczynała wszystko komentować. Często mówiła: "Fuj, świnie". Albo że na pewno ludzie w telewizji puszczają bąki i tam strasznie śmierdzi. No i oczywiście, że aktorzy się całują, a z pewnością nie umyli zębów. Ciągle sączyła jakiś jad, siedząc przed tym telewizorem. Zresztą generalnie świat jej się bardzo nie podobał.

Mówisz o babce z dużą niechęcią.

Kochałem ją i nienawidziłem. Nienawidziłem jej goryczy, żółci, jadu. Lubiłem, kiedy dla mnie gotowała albo, co jej się rzadko zdarzało, żartowała.

Pamiętam jedną bardzo ciepłą Wigilię w jej domu. Zaprosiła nas wszystkich: mamę, rodzinę cioci Hani, siostry mamy, z jej mężem i dwiema córkami, oraz swojego drugiego męża, z którym była rozwiedziona, ale miała z nim dobre stosunki. Siedzieliśmy przy wielkim stole, wszyscy byli w świetnych humorach, a ja jako najmłodszy czułem się jak król, bo wszyscy odnosili się do mnie z czułością, dawali prezenty. Babcia położyła pod moim talerzem 5 zł, a to było wtedy dla mnie bardzo dużo pieniędzy. Byłem szczęśliwy, to była najpiękniejsza Wigilia w moim dzieciństwie.

Kiedy babcia umarła, miałem 27 lat. Wcześniej dostała wylewu. Na szczęście nie zmieniła się w warzywo, bo mówiła i rozpoznawała ludzi, ale do kobiet zwracała się per on, zapominała, jakie relacje łączą ją z członkami rodziny, a jeżeli została w domu sama choć na godzinę, doczołgiwała się do drzwi, otwierała je i krzyczała, że "on ją głodzi". Nie wiadomo, kim był ten on. Taki stan trwał parę miesięcy. Babcia umarła w domu, w Wigilię był pogrzeb. Mama z ciotką ubrały ją w letnią sukienkę w kwiaty i kiedy sanitariusze wynoszący ją z domu położyli na chwilę nosze na chodniku, leżała na nich taka potwornie wychudzona. Pomyślałem wtedy, że musi jej być bardzo zimno.

Jej śmierć cię obeszła?

Tak, ale czułem też ulgę, że to się stało. Babcia strasznie cierpiała, jej twarz była potwornie zmieniona, traciliśmy z nią kontakt, a ona stawała się powoli dzikim, nieprzytomnym zwierzęciem, które zmierza tylko do tego, żeby się unicestwić i przestać wreszcie cierpieć. Po pogrzebie wróciłem do jej domu na Skarbińskiego przy parku Polewki i zacząłem wyrzucać różne rzeczy z nią związane, na przykład pościel. Nie dlatego, że ona w niej umarła, tylko dlatego, że wszystko tam śmierdziało apteką. W tym domu było pełno lekarstw, maści, bandaży, okładów, wysuszonych kasztanów, ziół i pokrzyw. Wyrzucałem to wszystko, a jako worki służyły mi poszwy po babcinych kołdrach, bo ich też chciałem się pozbyć. Babcia przez całe życie była bardzo oszczędna, wręcz skąpa. Nie wyrzucała reklamówek, zbierała papierowe torebki, mydła. Miała nawet zagraniczny papier toaletowy, którego nigdy nie rozpakowała i w końcu się pomarszczył ze starości.