BoZiemia jest płaska
Jakto było?
Takbyło w moim przypadku.
Odczuciateż są zdarzającymi się faktami.
Mógłbyśsłyszeć co mówię, nie zdążyłem, w końcu teraz tylko ja mogę cośpowiedzieć, decyduję, niczego już nie zmienisz o sobie, a później tozostaje dłużej i już tak zostaje. Chciałem dokument napisać, zanimznienawidzę siebie za związki, których nie ma. A jak inaczej?, kiedyzależy mi na czymś trwałym, nieprzemijającym, na sztuce idzieciństwie.
Sztukęsię robi z resztek. Niedosyt - to jest interesujące. Ja nierozumiem, jak można myśleć, że robi się główne danie, chyba, że tosamemu jest się zżeranym.
Ostatnimrazem szukałeś telefonu w swoim notesiku, w rękopisie imion, nazwisk,adresów zapisywanych od sześćdziesiątego któregoś roku, różnymiodcieniami błękitu, wżartego w papier z plamkami jak skóra. Już tawierność karteczkom z dowodami istnienia jest materiałem naopowiadanie o tobie.
Teżnie skreślam adresów, telefonów, są początkiem literatury, nawet polatach, gdy nie mają już swoich adresatów, są częścią.
Byłoupalne popołudnie i nikt się nie uśmiechał. Z dwóch, co zbliżało sięz naprzeciwka, jeden, ten większy i dłuższy, o mało co nas niepowalił na środku Marszałkowskiej, po minięciu go jeszcze jakąśminutę szliśmy, zanim zapytałeś:
- Widziałeś...jak on idzie?
Ponastępnym odcinku drogi odpowiedziałem:
- Jakczołg.
Aleprzecież to był brzuch wystawiony do przodu, z lufą w fałdach spodnipod spodem, na szeroko umocowanych nogach stawianych stopami nazewnątrz. Dla naszych oczu maksymalna ekspansja w rozrzedzonympowietrzu. Nikt nie musiał na nas wpadać, tylko nam w oczy.
Tonie był szczegół, to była codzienność, praktyka przyglądania sięludziom w kombinacji z wyobraźnią, z całą nieznaną resztą, bezznaczenia na przyszłość, poza planami i celami życia.
Odchodzimyławami, nie indywidualnie.
Tylkoty bardziej jesteś widoczny, jak na fotelu dentystycznym. Nie gadać,ja wszystko widzę.
Byłoupalnie i małe kamyki, które zawsze się znajdą, nawet na Wiejskiej wWarszawie rozszerzały się jak po polach, przystanąłeś i powiedziałeś,że czujesz drobne kamyki pod butami, jak byś był boso, i to boli.
Alew jaki inny sposób dałoby się zauważyć to, co ominęło nas po drodze,a było gotowym zalążkiem innego życia, opowieści o nim, tak po nic,tylko dla zaspokojenia zachłanności życia.
Jedno,dwa zdania przeczytane w"Twórczości"w roku 1992 zadecydowały, w lila okładce z fioletem, takzapamiętałem, ale w "Twórczościach" na stos ułożonych wmoim pokoju bardziej ona szaroniebieska, sina z fioletowym gardłem natytuły.
Byłosuche gorące popołudnie i włóczyłem się po bocznych ulicach Łodzi,szukałem jakichś twarzy przyklejonych do murów i w wąskichprzejściach przelotowych podwórzy czytałem: "Niedopuszczalność,kuriozalne wręcz założenie, że wie się lub wiedzieć może, jaka mabyć, jaka powinna być literatura, która dziś powstaje.
Tegowłaśnie w żaden sposób wiedzieć nie można, ani na podstawie teorii,ani na podstawie historii literatury, ani z jakiegokolwiekobjawienia.
Takawiedza, gdyby nawet w jakiś cudowny sposób była możliwa, byłaby dlaliteratury zabójcza. Odbierałaby chęć tworzenia literatury,pozbawiałaby tworzenie literatury zasadniczych sensów poznawczych".
Twojesłowa dawały wolność poszukiwań prawdy wypowiedzi za każdym razem,tego połączenia zaufania do faktów swoich przeżyć i przemyśleń z całąpodejrzliwością wobec jednego języka, na jaki się skazujemy, chcąccokolwiek opowiedzieć. Może tylko poza medyczną diagnozą i częściątekstu w ramce nekrologu jeden język wystarcza, by zbliżyć się doprawdy.
Tomoże podzielić się swoim pisaniem? z kimś takim, kto pisał jak żebrakprawdy w sztuce o niej samej, gdyby ktoś taki istniał.
Ztych dochodzeń nigdzie i chodzenia za czymś, czego się nie pozna, aniepoznanego jeszcze dużo i zawsze za mało, by gdzieś się naprawiaćpo kolejnych fiaskach.
Oprócznarzeczonych, kto będzie nas odczytywał, nasze kawałki zapisanesłowami, ale do odczytania tylko we wspólnej wyobraźni.
Naiwnośćszukania nie pozwalała kolekcjonować twarzy i zdarzeń, tylko byćrazem w odcinkachczasu, na przejście ulicami, na spotkanie, które na sto procent jużsię nie powtórzy.
Pomyślałem,wyślę ci wydaną właśnie Zagładęfasoli,opowiadania po nic i dla nikogo, tak jak być powinno.
Pierwszylist wtedy poszedł do ciebie na adres"Twórczości"razem ze świeżą Zagładąfasoli.List był krótki i taki jak książka, zaczynał się:
"Spotkałemgo na ulicy.
Powiedziałemo mojej książce.
- Opowiadania?- zapytał.
- Opowiadania.
- Aleprozą?
- Prozą".
Zapisanarozmowa z nieznajomym na ulicy przyciągnęła ciebie, musiałapowiedzieć ci o mnie, jak książka mówiła o moim pisaniu. Bardzopotrzebowałeś tej relacji między utworem a wyobrażeniem jego autora,z tej relacji buduje się prawda o sztuce, o tym, jakie zawiera wsobie możliwości życia dla robiącego sztukę. Wiedziałeś o tym jaknikt.
Byłociepłe przedpołudnie i zdobywanie Warszawy zacząłem od dworcacentralnego, od toalety. Mój pierwszy atak odparła babka klozetowa,nie wpuszczając mnie do kabiny i każąc płacić za przekroczenie liniifotokomórki, fotokomory chyba. Więc, idąc na sztywnych nogach napierwsze spotkanie z tobą, chciałem się przede wszystkim dostać dotwojego klopa zaraz po wejściu, powiedziałem później coś o babceklozetowej z centralnego, musiałem nieźle wyglądać, bo usłyszałem odciebie: "Jesteś bezwzględny". Tak, fizjologia zawszebezwzględnie się obchodziła ze mną. Sytuacja została opanowana izaczęliśmy rozmowę od Hrabala.
Byłgorący zmierzch i wymieniały się światła, światy, ze słabnącegodziennego w intensywny reklamy w rogu okna, i w pokoju studziło siępowietrze i nagrzewała butelka od pocierania dłońmi. Zrezygnowałem zkolejnego pociągu, odchodziły co szczęśliwą godzinę, nieinteresowałem się czasem, chciałem zabrać ze sobą niestracony czas,jedyny taki od czasu przechodzenia go ze Szczęsnym, takim MarkiemHłaską w moim życiu. Może bardziej niż cokolwiek rozumiałem twójzwiązek z Markiem, byliście dla siebie wymienną wrażliwością,wierzyłem w potęgę waszego związku, jak wierzyłem w to, co zdarzyłomi się przeżywać ze Szczęsnym, co pozostaje niezrealizowanymimożliwościami wiecznej młodości.
Zwyobraźnią gotową na doznawanie życia we wszystkim, łaknąc życia,jakby się chciało powtarzać: "Nie jestem tylko duchem, jakkobieta mówi facetowi, nie jestem tylko ciałem". Delikatnośćnatury uniemożliwiała działania poza światem wyobraźni, to poprzez iw literaturze odczuwałeś najlepiej swoje ciało, ciała innych i ciałoświata. Na krótki czas Marek dał ci pewność bycia ciałem,wprowadzając w świat włóczęgi ulicami, knajpami, miastami, upragnionązmysłami cielesność zewnętrznego świata, ale zbyt gwałtownego ijednak jednoznacznego, byś mógł w nim żyć samodzielnie, tym bardziejbez poręki kogoś takiego jak Marek. Dla ciebie sens czegokolwiekkończył się, gdy dla skuteczności potrzebna była jednoznacznośćwłasnych działań, to wyczerpywało siły dalszego istnienia. Odwagawyboru formy życia w sztuce to co innego niż odwaga istnienia.Otchłań wyobraźni uniemożliwiała życie w świecie pierwszym, alepierwszym tylko z konieczności, z wyboru świat wyobraźni był światempierwszym. To więziło w nieumiejętności spełnienia ról w życiu. Choćmogłeś powiedzieć i powiedziałeś, że poświęciłeś się czemuś, komuś,literaturze, nam, ty po prostu odrzuciłeś możliwość zniknięcia nazawsze w masie uczonych nadających bez ryzyka o uznanej sztuce,wybrałeś przetrwanie w sztuce, która nadchodzi, wszystkiego co sięrodzi w literaturze, i jest jak zawsze obrzucane inwektywaminiechlujstwa formy i niezrozumiałego myślenia. Wiedziałeś o tym ibroniłeś pisarzy przed poprawianiem tego, co inni odczytywali jakobłędy, nieumiejętność, chorobliwe postacie formy. Twoja ciekawośćujawniania się form przeżywania siebie i świata to było coświelkiego.
Niepierdolić. Co nie jest przejawem wyjścia poza zasraną swoją rolę, conie jest w sztuce pozbyciem się swojego życia - zostawić wspokoju. Odnajdywać się w innym, takie tam swoje zmartwychwstania.Tkanki miękkiej.
Rozmawialiśmyo naszym widzeniu człowieka, gdy w wyobraźni rysuje się albumzachowania, kiedy jest się dzieckiem, wyobraźnia szuka widzialnejprawdy w dostojnym kabotynie, właśnie widzialnej, trudniejszej doukrycia niż w słowach.
Wtobie widziałem często dziecko, byłeś przejrzystszy od innych, potobie było widać jak po dziecku i jak u dziecka nie było siły, żebyśmógł ukryć odczucia.
Byłeśukryty za przejrzystością, prześwietlony i prześwietlający wszystkimizmysłami, jakimi się dysponuje do badania człowieka, bo ty wrzeczywistości nas badałeś. Od wczesnego dzieciństwa, coś cię musiałowcześnie do tego zmusić, nie sama wrażliwość i ciekawość, to musiałabyć niezgoda na coś, z czym się wcześnie zetknąłeś, co w dzieciństwiekazało szukać odrębnych światów. Takim początkiem mogła być śmierćkolegi, który spadł przed Wielkanocą z huśtawki, którego... którąwidziałeś.
Niechciało mi się odjeżdżać.
Niezależało mi. Jakbym spytał siebie na czym? Nie zależało mi właściwiena niczym. Było to miejsce, jak w drugiej dzielnicy, w centrumWarszawy, małe mieszkanko, dwie godziny drogi z Polesia w Łodzi, bypobyć z tobą w jakimś zawieszeniu od wszystkiego. Właściwiespotykałem cię w punkcie powietrznym unoszącym się na linii międzySkierniewicami a Warszawą, dojeżdżałem tam z Łodzi na przedłużeniutej linii na zachód, ale na ulicy Widok to już żyło się bez stałegomiejsca pobytu.
Siedziałemw zakonie, w celi na wieży, w miejscu z którego widziałeśSkierniewice i Rawkę, miejsce kąpieli, kolorowe kamienie na drodze.Rozmowy, słowa były tylko jednym z elementów opowiadania, wcale nienajważniejszym, ja lubiłem patrzeć na ciebie, czytać z gestów,spojrzeń. Literatury zbudowanej z samych słów mam dosyć, świat jestprzegadany, zakłamany od celowego wprowadzania w błąd, bym szedł pocoś, do czegoś, stawał się celem. Nie chcę, zdycham od oczywistościzabiegów na mnie.
Znikałateraźniejszość, była teraz dobra, bo była niezauważalna, nie dlatego,że opowiadałeś o zdarzeniach z dzieciństwa, widziałem w tobie tamtodziecko, rozumiałem, że to fundament tego, co dopiero nadejdzie, tysam pracowałeś dla przyszłej literatury wielu języków, wielu zmysłów,zmysłu posługiwania się językami zmysłów, dlatego tak bardzo lubiłemz tobą tracić teraźniejszość dla tej przyszłości.
Tobył sposób na niepodległość, wolność wewnętrzną, wielkość.
Wyzbyciesię łatwego zachwytu, dezynwoltura w codzienności, gdy tylko poczułeśsię do czegoś zmuszany.
Dużopóźniej jechałem do ciebie z sześcianem wody "Henryk", zkranikiem, w czarnym worku.
NaFabrycznej dosiadłem się do zapełnionego przedziału. Stary mężczyznanaprzeciw zamykał po drodze oczy w odcinkach czasu. Kiedy zaSkierniewicami podniosłem się po swój skórzany worek na półce nadjego głową, otworzył oczy i zaczął wpatrywać się we mnie badawczo,tak że zmusił mnie do zwolnionych ruchów. Rozejrzał się jeszcze posiedzących obok pasażerach i odezwał się w moją stronę:
- Tonie pana bagaż.
Opanowałmnie strach, że czegoś nie wiem, on wie lepiej, że zaraz to innipotwierdzą, choć wszyscy widzieli jak zajmowałem miejsce wprzedziale.
- Jakto nie mój? - zmusiłem się do głośnego powiedzenia.
Mężczyznaprzeglądał twarze pasażerów.
- Agdzie ta pani? - pytał.
- Jakapani?
- Cotu siedziała.
Terazja szukałem w twarzach współpasażerów pomocy, nie byłem pewny jakzareagują, zacząłem czuć się jakąś małą, nieznaczącą, śmiesznąpostacią.
- Aaa...widocznie wysiadła. - Mężczyzna znalazł dla siebie wymyk zesnu. Napięcie w przedziale rozeszło się po ciałach. Jechaliśmy jużinni, przynajmniej ja.
Nigdynie byłem tylko sobą, nie znałem siebie jednego, wciągała chciwaotchłań wyobraźni, nieprzewidywalna i możliwa do wielokrotnegoprzeszukiwania i montażu, w przeciwieństwie do zapadających w życiudecyzji.
Wstarej szafie windy jechałem do ciebie, do celi, w której przez latazmieniały się tylko pryzmy papierów i teczek na biurku, stosikiksiążek na stoliku.
Wybierałemciebie, nikt taki już nie został. Jakbym wydostawał się na wyspę,miał zawsze wstęp za klauzulę ścisłego zakonu.
Odtwarzałemtwój rozkład dnia, z regularnymi porami działań wykonywanych przezwprawionego zakonnika.
Przyjechałemwczesnym pociągiem, już po twoich godzinach pisania od 5 iwysłuchaniu o 6 polskich wiadomości radia Paryż.
Wmieszkaniu na ulicy Widok zaczynało się robić upalnie.
- Corobi twoja przyjaciółka? - zapytałeś.
- Nic- odpowiedziałem.
- Jakto, nic?
- Nonic nie robi - powtórzyłem.
Dlaciebie jakbym nie odpowiedział, dałeś czas i powiedziałeś:
- Aleprzecież musi coś robić.
Znówdałeś mi czas, patrząc raz na mnie, raz przed siebie na stolik przytapczanie, ramki z rysunkami nad stolikiem z telefonem. Milczeliśmy.
- Możeśpi? - usłyszałem twoje słowa i powoli docierało, ale taknaprawdę docierało latami. Dla ciebie nie było bezczynności, pustki.Nie ma pustki. Jest wszechobecna aktywność życia, zawsze i w każdymnajsłabszym działaniu. Jeśli istnieje pustka, to tylko wopowiadaniach tych o wzroku i słuchu skierowanych na jeden cel, jedenjęzyk, zamykający im dostęp do poznania czegokolwiek.
Niema nicnierobienia. A już dla artysty to w ogóle. Ludzkość, kurwa, bytylko zyskała, gdyby mniej się narobiła w żelazie i krzemie.
Wredakcji przeglądać gazetę zacząłeś od strony nekrologów.
- Botu jest 90 procent prawdy - powiedziałeś.
Byłoupalne popołudnie, po wyjściu z obiadu w Czytelniku weszliśmy dosklepu, namówiłem cię na jakiś zapasik, który przy okazji podźwignę.Twoje zauważanie ekspedientek budziło zawsze jakiś rodzaj związku ichz tobą. Poszedłeś do lodówek z mlekiem, serami, ja zostałem na brzeguprzy kasie, przy alkoholach, czekałem na ciebie, nie umiejąc sięruszyć. Wróciłeś z kefirami na tydzień i przed płaceniem z dalekatrafiłeś głośno we mnie słowami:
- Cotak stoisz jak bandyta?
Znieruchomieniai ruch wyobraźni. To mnie czekało z tobą. Po nic konkretnego. Dlaprzyjemności patrzenia na ciebie, jakim jesteś zaprzeczeniem monolituczłowieka, przeźroczystym jakimś, w którym załamuje się rzeczywistośći widać ją przez ciebie inną. A ciebie widziałem przez siebie, takjak tylko można widzieć i rozumieć. I bez tej wszechobecnej dowyjebania poradnikowej psychologii, która zniekształca własny odbiór.
Twojareguła. Nienaruszalna, jak w ścisłym zakonie. Powtarzalnośćcodziennych zajęć była obroną własnej fizyczności i ochroną własnychmyśli. Wyobraźni mogło wystarczyć to, co zdarzało się po drodze, wprzejściu, w błysku zdarzeń zaistniałych w zobaczonych twarzach.Godziny wyjścia, powrotów, drogi ustalone przez lata w zależności odspotykanych rozmówców. Śnienia, przebudzenie, zapisywanie snów napoczątek, kawa, pisanie, wyjście o 11 do redakcji ustaloną drogą,gazeta po drodze w tym samym kiosku, u tego samego faceta, wymianalub brak wymiany myśli w redakcji i wyjście przed 13 na obiad wkawiarni Czytelnika, gdzie od lat zdawałeś się na wybór szefowejkuchni, byłeś pod opieką pań. Najmniejszy stolik, jakby oddzielony odpozostałych, za filarem od strony bufetu, bliżej mijania się ludzi,bliżej widzenia ludzi, bliżej kuchni rozmów. Stolik na dwóch, góratrzech jedzących i w porywach czterech rozmówców. Wyjście przed 15,pożegnanie szatniarza, danie mu monety dla świata zostawionego wszatni. Droga z powrotem do domu, z zakupem jabłek na Jerozolimskich.Te same godziny, czynności, drogi, odstępstwa od tras wyjątkowo(chyba się nie mylę, sam nie wyruszyłeś w żadną podróż z Warszawy, wogóle tylko parę razy na dłużej, i to za czasów Marka Hłaski). Jak wkontemplacyjnym zakonie, działania pomagać miały w opanowaniufizycznej postaci świata. Bo ty, brat zakonu zmysłowego odbioruświata, wyznawca wiary w zmysły, gdy tylko zaczynają odbierać sygnałyfałszu płynące z intelektualnych deklaracji. W swojej praktyceduchowej chroniłeś własną energię życiową dla popołudniowychprzyjemności, zadań zadawanych sobie, zobowiązań. Od czwartej dopóźna, jak się ułożyło, czytałeś. Tak przez dziesiątki lat. Żyłeśinnym życiem, bawiłeś się w nim i nim. Brat Henryk nie do poznania,nie do odnalezienia w swoich innych życiach. Jedynym znakiem, żeprzez długi czas przebywałeś w nieznanych miejscach, o których nikomunic nie wiadomo, było twoje podejrzane zrozumienie dla ludzi z innychświatów. Trudno byłoby sobie wyobrazić braciszka w tych światach. Alerzucić bluźnierstwo na system heliocentryczny i najświętszą panienkępotrafiłeś, od razu się czuło pobudzający powiew z otchłaniwyobraźni. Ujście żywej mowy w zamkniętym kręgu.
- Niewyobrażam sobie życia bez alkoholu.
- Jateż - powiedziałeś.
Imyśleliśmy przecież o znieczuleniu pewnych partii wrażliwości wzamian za wytrzymałość poruszania się w życiu, o spiritus movensmówiliśmy. Musiałeś się ulotnić w momencie, kiedy duch musi dalej samsobie radzić?
Mówiętak, bo ludzie odchodzą ławą.
Inie mogę zrozumieć, nigdy nie zrozumiem, jak można było przepuścićszansę i okazję zrobienia porządnego dokumentu o kimś takim, niepokazać twoich możliwości luźnego opowiadania, o twoich spotkaniach wrzeczywistości i w snach z pisarzami, poetami, malarzami, ludźmi zulicy, zmysłowego opowiadania, niepowtarzalnego w twoim wydaniu. Niepowstał żaden film o tobie, milczącym i czytającym w swojej celijednoosobowego zakonu na ulicy Widok przy zmierzchającym świetle znadronda Marszałkowskiej z Jerozolimskimi aż do zapadającego zmroku, bezzapalania światła jak najdłużej. Matko święta, i radiowa dwójka nienagrała z tobą cyklu zapiskize współczesności,jak z setkami innych, a byłeś potęgą w wielowątkowych opowieściach opoznanych przez ciebie setkach ludzi sztuki i sztuki życia.
Niedla samego słowa czy jakiejś godnej idei, tylko dla zachłannejotchłani życia, jaką jest wyobraźnia, dla zmysłowego jej przepływupoprzez sztukę.
Tylkopozornie niewiele się działo w twoim osobistym życiu, byłeś galaktykąobecnych i żywych w tobie - poznawanych od dzieciństwa -ludzi i zdarzeń.
Jakw zapisanym przez ciebie śnie: "W powietrzu krążą zbiorowiskamałych stworzeń lub białych ścinków papieru, wygląda to jak wirującabiała kula".
Chciałeśdać szansę dotarcia poprzez sztukę tym wszystkim słabszym sygnałom,cichszym głosom.
Niemoże zaniknąć odbiór takich światów - ukrytych zaprzejrzystością.
Byłagorąca niedziela i z panią Marią stanąłem w drzwiach szpitalnegodwuosobowego pokoju, czekałeś na operację oka. Maria podała ciopakowanie wody toaletowej, której używałeś i o którą poprosiłeś doszpitala.
- Henryk...- mówiła ściszonym głosem. - Ale to jest damska woda...
Byłeśzdziwiony i twarz się ściągnęła, usta w uśmiechu, zrobiło sięzabawnie, ale nie do końca. Musiałeś tylko kroplę tej wody używać,twój wybór zależał tylko od twojej wrażliwości.
wserii kwadratukazały się:
„2008”,„2011”, „2014”, „2017”, „2020”– antologie współczesnych polskich opowiadań
Andrzej Ballo„Made in Roland”
MarcinBałczewski„Eva Morales de Nacho Lima”, „Malone”
WaldemarBawołek„To co obok”
KostiaBerezin (Paweł Laufer)„Buty Mesjasza”
JacekBielawa „Kościelec”
JarosławBłahy „Rzeźnikz Niebuszewa”, „Zaklęty w szerszenim gnieździe”
DariuszBitner„Książka”
RomanCiepliński„Diabelski młyn” , „Ukryte myśli” , „Życiezastępcze”
TomaszDalasiński„Nieopowiadania”
JerzyFranczak„Święto odległości”
KrzysztofGedroyć„Przygody K”
AndrzejGrodecki„Iluzje”
BrygidaHelbig„Anioły i świnie. W Berlinie!!”, „Enerdowce i inneludzie”
LechM. Jakób„Ciemna materia”
JarosławJakubowski„Ciemna Dolina”, „Wojna”
BogusławKierc„Bazgroły dla składacza modeli latających”
WojciechKlęczar„Wielopole”
BogusławaLatawiec„Ciemnia”
RyszardLenc„Chimera”
ArturDaniel Liskowacki„Capcarap”, „Eine kleine”, „Mariasz”,„Skerco”, „Spowiadania i wypowieści”
MiłkaO. Malzahn„Fronasz”, „Kosmos w Ritzu“
AgnieszkaMasłowiecka„Pyszne ciało”, „Splątanie”
JarosławMaślanek„Ferma ciał”
DariuszMuszer„Homepage Boga”, „Niebieski”, „Wolnośćpachnie wanilią”
KrzysztofNiewrzęda„Czas przeprowadzki”, „Poszukiwanie całości”,„Second life”, „Wariant do sprawdzenia”,„Zamęt”
EwaElżbieta Nowakowska„Apero na moście”
Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski„Błogosławieni”
PawełOrzeł„Arkusz [^pi^gmalion]”, „Nic a nic”,„Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)”
PawełPrzywara„Ricochette”,„Zgrzewka Pandory”
KrystynaSakowicz„Księga ocalonych snów”, „Praobrazy”
AlanSasinowski„Pełna kontrola”, „Rupieć”, „Szczeryfacet”
GrzegorzStrumyk„Kra”, „Nierozpoznani”, „Wyjście”
ŁukaszSuskiewicz„Egri bikaver”, „Mikroelementy”, „Zależności”
LeszekSzaruga„Dane elementarne”, „Podróż mego życia”,„Zdjęcie”
IzabelaSzolc„Śmierć w hotelu Haffner”
ŁukaszSzopa„Kawa w samo południe”
Michał Trusewicz „Przednówki”
AndrzejTurczyński„Bruliony Starej Ziemi”, „Brzemię”, „Koncertmuzyki dawnej”, „Zgorszenie”, „Żywioły”
AnatolUlman„Cigi de Montbazon i Robalium Platona”
EmiliaWalczak„Hey,Jude!”
MiłoszWaligórski„Ktoto widział”
Henryk Waniek „Miastoniebieskich tramwajów”
MaciejWasilewski„Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach”, „Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś”
BartoszWójcik„Christiania. Historie z tamtej strony dobra”
GrzegorzWróblewski„Nowa Kolonia”
MaciejWróblewski„Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń”
Tadeusz Zubiński „Rzymskawojna”