Wyjdź za mnie. Tom 1 - Lisa Kleypas

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
LondynJesień 1848 roku
Znalezienie jednego człowieka w mieście zamieszkiwanym przez dwa miliony osób było przedsięwzięciem niewątpliwie ambitnym. Pomagał nieco fakt, że zachowanie tego człowieka było dosyć przewidywalne - zazwyczaj przebywał w tawernie przy szklaneczce dżinu.
"Leo, gdzie jesteś?", zastanawiała się z desperacją panna Amelia Hathaway, gdy koła powozu zaturkotały na wybrukowanej ulicy. Biedny, szalony, nieszczęśliwy Leo. Niektórzy ludzie, stając twarzą w twarz z niewdzięcznymi sytuacjami, po prostu się... załamywali. Tak się miała rzecz w przypadku jej niegdyś czarującego i godnego zaufania brata. Jego obecny stan ducha nie pozostawiał żadnej nadziei.
- Znajdziemy go - oznajmiła Amelia ze stanowczością, której w ogóle nie odczuwała. Spojrzała na Cygana, który siedział naprzeciwko niej. Jak zwykle, twarz Merripena nie wyrażała żadnych emocji.
Patrząc na niego, z łatwością można było założyć, że w ogóle ich nie odczuwa. Był tak zamknięty w sobie, że choć od piętnastu lat mieszkał z rodziną Hathawayów, nadal nie zdradził im swojego imienia. Zwracali się do niego "Merripen", odkąd znaleźli go skatowanego do nieprzytomności na brzegu strumienia, który przepływał przez ich posiadłość.
Gdy Merripen się ocknął, otoczony ze wszystkich stron przez Hathawayów, zareagował brutalnie. Musieli zebrać wszystkie siły, aby zatrzymać go w łóżku i wytłumaczyć mu, że jeśli nie chce, aby jego rany się otworzyły, musi leżeć nieruchomo. Ojciec Amelii był przekonany, że chłopiec ocalał z obławy na Cyganów, brutalnej rozrywki miejscowych właścicieli ziemskich, którzy, uzbrojeni w broń palną i pałki, konno najeżdżali romskie obozowiska.
- Zostawili go tu na pewną śmierć - stwierdził ponuro pan Hathaway. Jako naukowiec i dżentelmen o postępowych poglądach potępiał przemoc w każdym jej przejawie. - Obawiam się, że nie uda nam się skontaktować z jego plemieniem. Zapewne już dawno stąd odeszli.
- Możemy go zatrzymać, tatusiu? - zawołała niecierpliwie Poppy, młodsza siostra Amelii, biorąc dzikiego chłopca (który obnażył zęby, jak uwięziony rosomak) za najnowszą, dostarczającą rozrywki maskotkę.
Pan Hathaway uśmiechnął się tylko w odpowiedzi.
- Może zostać tak długo, jak będzie chciał. Ale nie zabawi u nas dłużej niż tydzień. Cyganie, czy Romowie, jak sami siebie nazywają, to lud koczowniczy. Nie pozostają długo pod jednym dachem. Czują się wtedy uwięzieni.
Merripen jednak został. Drobny, szczupły chłopak dzięki właściwej opiece i regularnym posiłkom wyrósł w niepokojąco krótkim czasie na krzepkiego i potężnie zbudowanego mężczyznę. Trudno było określić, kim właściwie był Merripen dla Hathawayów: członkiem rodziny czy służącym. Wypełniał dla nich różne zadania - był i woźnicą, i złotą rączką - ale zasiadał do rodzinnych posiłków, gdy tylko wyraził taką chęć i zajmował sypialnię w głównej części domu.
Gdy Leo zaginął, narażając się prawdopodobnie na niebezpieczeństwo, nie było wątpliwości, że Merripen pomoże go odnaleźć.
Nie wypadało, aby Amelia udała się w podróż bez przyzwoitki z mężczyzną pokroju Merripena, lecz w wieku dwudziestu sześciu lat młoda dama była zdania, że jest już na tyle dojrzała, aby się bez niej obywać.
- Zaczniemy od wyeliminowania miejsc, do których Leo na pewno by się nie udał - powiedziała. - Kościoły, muzea, ośrodki edukacyjne i przyzwoite domy są naturalnie wykluczone.
- To nadal zostawia nam większość miasta - mruknął Merripen.
Mężczyzna nie darzył Londynu wielką sympatią. Jego zdaniem, tak zwane cywilizowane społeczeństwo było zdecydowanie bardziej barbarzyńskie niż cokolwiek, na co można by się natknąć w naturze. Gdyby dano mu wybór pomiędzy spędzeniem godziny w zagrodzie z dzikami a godziny w salonie z londyńskim towarzystwem, bez wahania wybrałby dziki.
- Powinniśmy chyba zacząć od tawern - kontynuowała Amelia.
Merripen spojrzał na nią ponuro.
- Wiesz, ile jest tawern w Londynie?
- Nie, ale jestem przekonana, że się dowiem, zanim ta noc dobiegnie końca.
- Nie zaczniemy od tawern. Pojedziemy tam, gdzie Leo może się wpakować w największe kłopoty.
- Czyli?
- Do Jennera.
Jenner był to niesławny dom gry, do którego chodzili dżentelmeni, aby zachowywać się w możliwie najbardziej niedżentelmeński sposób. Klub został założony przez byłego boksera, Ivo Jennera, a po jego śmierci przeszedł w ręce jego zięcia, lorda St. Vincenta. Niewarta złamanego pensa reputacja St. Vincenta tylko dodawała temu przybytkowi uroku.
Członkostwo u Jennera kosztowało fortunę. Oczywiście Leo uparł się, aby je wykupić, gdy tylko trzy miesiące temu odziedziczył tytuł.
- Jeśli zamierzasz zapić się na śmierć - oznajmiła spokojnie Amelia - możesz to uczynić w miejscu bardziej dla nas przystępnym.
- Jestem teraz wicehrabią - odparł Leo nonszalancko. - Muszę to zrobić w odpowiednim stylu, bo inaczej, co ludzie powiedzą?
- Powiedzą, że byłeś głupcem i nicponiem, i że lepiej by się stało, gdyby tytuł przypadł małpie.
Riposta wywołała uśmiech na twarzy jej przystojnego brata.
- Jestem przekonany, że to porównanie nie pochlebia małpiemu gatunkowi.
Czując dreszcze, wywołane przez rosnącą obawę, Amelia przycisnęła osłonięte rękawiczką palce do obolałego czoła. Nie pierwszy raz Leo znikał, ale jeszcze nigdy nie zniknął na tak długo.
- Nigdy nie byłam w klubie dla dżentelmenów. Będzie to dla mnie nowe doświadczenie.
- Nie wpuszczą cię do środka. Jesteś damą. A nawet gdyby cię wpuścili, ja nie pozwolę ci wejść.
Amelia opuściła dłoń i spojrzała na Merripena ze zdumieniem. Rzadko jej czegokolwiek zabraniał. W zasadzie był to chyba pierwszy raz. Poczuła irytację. Życie jej brata było zagrożone, nie miała więc zamiaru wykłócać się o towarzyskie niuanse. Poza tym, była naprawdę ciekawa, jak wygląda azyl uprzywilejowanych mężczyzn. Była skazana na pozostanie starą panną, może więc chyba zakosztować odrobiny wolności, która się z tym faktem wiązała.
- Ciebie też nie wpuszczą - wytknęła swemu towarzyszowi. - Jesteś Romem.
- Tak się akurat składa, że zarządca klubu również.
To było niezwykłe. Nadzwyczajne nawet. Cyganie cieszyli się powszechną opinią złodziei i oszustów. Fakt, że jednemu z nich powierzono nie tylko rachunki i gotówkę, ale także rozpatrywanie sporów przy stolikach do gry, był zdumiewający.
- Musi to być niezwykły człowiek, skoro zdobył taką pozycję - powiedziała Amelia. - Dobrze więc, pozwolę ci towarzyszyć mi do Jennera. Możliwe, że twoja obecność nakłoni go do większej otwartości.
- Dziękuję. - Głos Merripena był tak szorstki, że można by zapalić od niego zapałkę.
Amelia milczała przezornie, gdy pokonywali zakrytym powozem największe skupisko atrakcji, sklepów i teatrów w mieście. Kiepsko resorowany pojazd podskakiwał bez opamiętania na zatłoczonych ulicach, mijając urocze kwartały, wyznaczane przez kolumnady domów, schludnie przycięte żywopłoty i georgiańskie fasady. W miarę, jak okolica stawała się coraz zamożniejsza, cegła ustępowała stiukom, zastępowanym z kolei przez kamień.
Krajobraz West Endu stanowił dla Amelii całkowite novum. Ich mała wioska znajdowała się dość blisko Londynu, ale Hathawayowie rzadko gościli w mieście, a już na pewno nie w tej okolicy. Nawet teraz, biorąc pod uwagę nieoczekiwany spadek, nie na wiele było ich stać.
Spoglądając na Merripena, Amelia zastanawiała się, jak to możliwe, że wydaje się doskonale wiedzieć, dokąd zmierza, skoro miasto było dla niego równie obce, jak dla niej. Merripen potrafił jednak instynktownie odnaleźć drogę w każdej sytuacji.
Skręcili w King Street, rozświetloną płomieniami gazowych latarni. Ulica była hałaśliwa i zatłoczona pojazdami i grupami pieszych, szukających wieczornej rozrywki. Niebo jaśniało mroczną czerwienią, która z trudem przebijała się przez opary węglowego dymu. Szczyty wysokich budynków łamały linię horyzontu, wystając ponad nią niczym zęby czarownicy.
Merripen skierował konie w wąską alejkę za masywną budowlą z kamienną fasadą. Jenner. Amelia poczuła ściskanie w żołądku. Nie należało przecież oczekiwać, że znajdą Leo bezpiecznego w pierwszym miejscu, do którego się udali.
- Merripen? - Jej głos był napięty.
- Tak.
- Powinnam cię uprzedzić, że jeśli mój brat nie zdołał jeszcze popełnić samobójstwa, planuję zastrzelić go osobiście, gdy tylko go znajdziemy.
- Podam ci pistolet.
Amelia uśmiechnęła się i poprawiła kapelusz.
- Chodźmy więc. I pamiętaj, ja będę mówić.
Ulicę wypełniał nieznośny odór wielkiego miasta, woń zwierząt, nieczystości i węglowego dymu. Od dawna już nie padało, brud kumulował się więc na ulicach i w odpływach. Amelia zeskoczyła ze stopnia powozu prosto na piszczące szczury, przebiegające wzdłuż ściany budynku.
Gdy Merripen oddawał lejce stajennemu, Amelia spojrzała na koniec ulicy.
Para uliczników kuliła się przy niewielkim ognisku, piekąc coś na patykach. Amelia nie chciała nawet domyślać się pochodzenia podgrzewanego jedzenia. Jej uwagę przykuła grupa osób, trzech mężczyzn i kobieta, którą oświetlał migoczący płomień. Dwóch mężczyzn najwyraźniej wdało się w bijatykę. Byli jednak tak pijani, że ich potyczka wyglądała jak taniec niedźwiedzi. Suknia kobiety miała krzykliwy kolor, a jej stanik rozchylał się, ukazując wzgórki pulchnych piersi. Najwyraźniej bawił ją fakt, że dwaj dżentelmeni walczą o jej względy, a trzeci próbuje ich rozdzielić.
- Wystarczy, koguciki - krzyknęła nagle z cockneyowskim akcentem. - Z chęcią przyjmę was obu, nie ma sensu się bić!
- Nie podchodź - mruknął Merripen.
Udając, że nie słyszy, Amelia przysunęła się, aby lepiej widzieć. To nie bójka ją intrygowała. Nawet w ich wiosce, małym, spokojnym Primrose Place rozwiązywano konflikty pięściami. Wszyscy mężczyźni, niezależnie od stanu, od czasu do czasu ulegali niskim instynktom. Jej uwagę przyciągnął trzeci człowiek, potencjalny arbiter, który skoczył pomiędzy pijanych głupców, aby przemówić im do rozsądku.
Był ubrany jak dżentelmen, ale było jasne, że dżentelmenem nie jest. Miał czarne włosy i smagłą twarz o egzotycznych rysach. Poruszał się z gracją zwinnego kota, z łatwością unikając ciosów swoich oponentów.
- Panowie - powiedział pokojowym tonem, zupełnie niewzruszony tym, że przedramieniem musiał zablokować uderzenie ciężką pięścią. - Obawiam się, że musicie natychmiast z tym skończyć, w przeciwnym razie będę zobligowany do... - przerwał i uchylił się, gdy stojący za nim mężczyzna ruszył do bójki.
Prostytutka zarechotała na ten widok.
- Uwzięli się dziś na ciebie, Rohan - zawołała.
Rzucając się znów w wir walki, Rohan podjął kolejną próbę przerwania jej.
- Panowie, na pewno wiecie... - uchylił się przed szybkim ciosem pięścią - ...że przemoc... - zablokował prawy sierpowy - nigdy niczego nie rozwiązała.
- Chrzań się! - krzyknął jeden z walczących, rzucając się z głową do przodu jak obłąkany kozioł.
Rohan zrobił krok w bok i pozwolił mu staranować ścianę. Atakujący runął z jękiem na ziemię, na której już pozostał, z trudem łapiąc powietrze.
Reakcja jego przeciwnika była co najmniej niewdzięczna. Zamiast podziękować ciemnowłosemu za przerwanie walki, mężczyzna warknął:
- Przeklęty Rohan. Po co się wtrącasz?! Stłukłbym go na kwaśne jabłko! - Po czym rzucił się do przodu, młócąc powietrze pięściami jak młyn.
Rohan umknął przed ciosem z lewej i zgrabnie powalił agresora na ziemię. Stanął nad leżącą na brzuchu postacią i otarł czoło rękawem.
- Macie dosyć? - zapytał uprzejmym tonem. - Tak? To dobrze. Proszę pozwolić mi sobie pomóc wstać, milordzie. - Rohan postawił mężczyznę na nogi i odwrócił się do drzwi, w których czekał już jeden z pracowników klubu. - Dawson, odeskortuj lorda Latimera do jego powozu, który czeka od frontu. Ja zajmę się lordem Selwayem.
- Nie ma takiej potrzeby - oznajmił arystokrata, z trudem utrzymując się na nogach. - Sam mogę wrócić do mojego cholernego powozu. - Poprawił ubranie na swojej niezgrabnej sylwetce i rzucił ciemnowłosemu mężczyźnie zaniepokojone spojrzenie. - Rohan, muszę cię o coś prosić.
- Tak, milordzie?
- Jeśli ta plotka się rozejdzie, jeśli lady Selway dowie się, że walczyłem na pięści o względy kobiety upadłej... moje życie nie będzie warte funta kłaków.
- Nigdy się nie dowie, milordzie - zapewnił Rohan.
- Ona wie wszystko - odparł Selway. - Sprzymierzyła się z samym diabłem. Gdyby kiedykolwiek ktoś zapytał cię o to drobne nieporozumienie...
- Powodem była wyjątkowo zażarta partia wista.
- Tak. Tak. Dobrze. - Selway poklepał młodszego mężczyznę po ramieniu. - A żeby przypieczętować naszą umowę... - Sięgnął grubiutką ręką do kieszeni kamizelki i wyjął z niej sakiewkę.
- Nie, milordzie. - Rohan odsunął się, potrząsając stanowczo głową. Jego czarne, lśniące włosy poruszyły się gwałtownie, po czym wróciły na swoje miejsce. - Moje milczenie nie ma ceny.
- Weź to.
- Nie mogę, milordzie.
- Są twoje. - Sakiewka wypełniona monetami upadła na chodnik u stóp Rohana z metalicznym łomotem. - Proszę. Jeśli wolisz je tak po prostu zostawić na ulicy, twój wybór.
Gdy dżentelmen odszedł, Rohan spojrzał na sakiewkę jak na zdechłego gryzonia.
- Nie chcę tego - mruknął do siebie.
- Ja je wezmę - oznajmiła prostytutka, podchodząc do niego. Podniosła sakiewkę i zważyła ją w dłoni. Na jej twarz wypłynął drwiący śmiech. - Boziu, nigdym nie widziała Cygana, co się boi mamony.
- Nie boję się jej - odparł Rohan kwaśno. - Po prostu jej nie potrzebuję. - Wzdychając, potarł ręką kark.
Kobieta roześmiała się i przesunęła po jego szczupłej sylwetce pełnym uznania spojrzeniem.
- Nie lubię tak brać za nic. Może mały numerek w alejce, zanim wrócę do Bradshawa?
- Doceniam propozycję, ale z niej nie skorzystam - odmówił grzecznie.
Prostytutka wzruszyła zabawnie ramionami.
- Tym lepiej dla mnie. Dobrej nocy.
Rohan odpowiedział skinięciem głowy, skupiony na kontemplowaniu miejsca, w którym jeszcze przed chwilą leżała sakiewka. Trwał tak w bezruchu, zdając się przysłuchiwać jakimś dźwiękom. Znów podniósł dłoń do karku i potarł go, jakby próbował ukoić nieprzyjemne mrowienie. Powoli odwrócił się i spojrzał prosto na Amelię.
Przeszył ją dreszcz, gdy ich spojrzenia się spotkały. Stali w odległości kilku jardów od siebie, ale natychmiast poczuła na sobie siłę jego wzroku. Na jego twarzy nie było nawet cienia uprzejmości i dobroci. Wyglądał bezlitośnie, jakby już dawno temu przekonał się, że świat to brutalne miejsce i zdecydował się zaakceptować go na swoich własnych warunkach.
Amelia doskonale wiedziała, co widzi, gdy jego oczy sunęły po jej sylwetce: kobietę w praktycznej sukni i butach. Miała jasną skórę, ciemne włosy i zaróżowione, pełne policzki Hathawayów. Była średniego wzrostu, a jej zmysłowo zaokrąglona sylwetka rzucała wyzwanie modzie, która nakazywała damom być wiotkimi jak trzciny, bladymi i wątłymi.
Amelia nie była próżna, ale wiedziała, że choć nie jest wielką pięknością, jest na tyle atrakcyjna, aby złapać męża. Jednak już raz zaryzykowała sercem, a konsekwencje okazały się druzgocące. Nie pragnęła próbować po raz wtóry. Bóg jeden wiedział, jak bardzo była zajęta radzeniem sobie z gromadą Hathawayów.
Rohan odwrócił wzrok. Bez słowa cofnął się, aby tylnym wejściem wrócić do klubu. Szedł wolno, jakby dawał sobie czas na przemyślenia. Jego ruchy pełne były niewymuszonej swobody.
Amelia zrównała się z nim na progu.
- Sir... Panie Rohan... Zakładam, że jest pan zarządcą tego klubu.
Rohan zatrzymał się i odwrócił do niej. Stali tak blisko siebie, że Amelia poczuła zapach męskiego potu i ciepłej skóry. Rozpięta marynarka, uszyta z szarego brokatu najlepszej jakości, rozchylała się na piersiach, ukazując białą koszulę z cienkiego lnu. Gdy Rohan podniósł palce do guzików, Amelia zauważyła na nich mnóstwo złotych pierścionków. Przeszył ją nerwowy dreszcz, który pozostawił po sobie falę obcego jej ciepła. Nagle gorset zaczął ją uwierać, tak jak wysoki kołnierzyk.
Rumieniąc się, spojrzała mu prosto w oczy. Był to młody mężczyzna, na pewno jeszcze nie skończył trzydziestu lat, o wyglądzie egzotycznego anioła. Miał twarz stworzoną do grzechu... szczodre usta, kanciastą szczękę, orzechowozłote oczy ocienione długimi, prostymi rzęsami. Jego włosy domagały się strzyżenia, opadając ciężkimi, czarnymi lokami na tył kołnierzyka. Amelia poczuła ucisk w gardle, gdy zauważyła błysk diamentów w jego uchu.
Ukłonił się przed nią kurtuazyjnie.
- Do usług, panno...
- Hathaway - odparła zwięźle. Odwróciła się, aby wskazać swego kompana, który stanął u jej lewego boku. - A to mój towarzysz, Merripen.
Rohan spojrzał na niego czujnie.
- W romani oznacza to zarówno "życie" jak i "śmierć".
Takie było znaczenie nazwiska Merripen? Amelia ze zdumieniem popatrzyła na mężczyznę. Merripen wzruszył lekko ramionami, dając jej do zrozumienia, że to nieistotne. Odwróciła się z powrotem do Rohana.
- Chcielibyśmy zadać panu kilka pytań odnośnie...
- Nie lubię pytań.
- Szukam brata, lorda Ramsaya - kontynuowała Amelia uparcie - i desperacko potrzebuję informacji, które może pan posiadać na temat miejsca jego pobytu.
- Nie powiedziałbym pani, nawet gdybym wiedział. - Jego akcent był subtelną mieszaniną obcości i cockneya, z nutką klasy wyższej. Był to głos człowieka, który obracał się w towarzystwie nietypowego sortu ludzi.
- Zapewniam pana, że nie naraziłabym siebie, ani nikogo innego na żadne nieprzyjemności, gdyby nie była to absolutna konieczność. Mój brat nie wraca do domu już od trzech dni...
- To nie moje zmartwienie. - Rohan odwrócił się do drzwi.
- Ma ciągoty do złego towarzystwa...
- Co za pech.
- Może już być martwy.
- Nie mogę pani pomóc. Życzę powodzenia w dalszych poszukiwaniach. - Pchnął drzwi i wszedł do klubu.
Zatrzymał się, gdy Merripen przemówił do niego w romani. Odkąd zjawił się u Hathawayów, Amelia tylko kilka razy mogła usłyszeć, jak posługuje się tym sekretnym językiem znanym tylko Romom. Brzmiał pogańsko, najeżony spółgłoskami i przeciąganymi samogłoskami, ale była w nim też jakaś prymitywna muzykalność.
Rohan spojrzał na Merripena z uwagą, opierając się ramieniem o futrynę.
- Stary język - powiedział. - Całe lata minęły, odkąd go słyszałem. Kto jest starszym twojego plemienia?
- Ja nie mam plemienia.
Minęła długa chwila. Rohan wpatrywał się uparcie w nieprzeniknioną twarz Merripena, aż w końcu zmrużył swe orzechowe oczy.
- Chodźcie. Może się czegoś dowiem.
Bez zbędnych formalności zostali wprowadzeni do klubu. Rohan nakazał jednemu z pracowników, aby zaprowadził ich do prywatnego saloniku na piętrze. Amelia usłyszała szum rozmów i muzyki, dobiegający z oddali, oraz odgłosy kroków. Był to gwarny, męski ul, niedostępny dla kogoś takiego jak ona.
Pracownik, młody człowiek z akcentem ze wschodniego Londynu i doskonałymi manierami, zaprowadził ich do eleganckiego pomieszczenia i poprosił, aby zaczekali w nim do powrotu Rohana. Merripen podszedł do okna, wychodzącego na King Street.
Amelia zdumiała się na widok otaczającego ją dyskretnego luksusu: ręcznie tkanego dywanu w odcieniach błękitu i kremu, wyłożonych drewnianymi panelami ścian i obitych aksamitem mebli.
- Całkiem gustowne - stwierdziła, zdejmując kapelusz i odkładając go na niski, mahoniowy stolik. - Spodziewałam się czegoś bardziej... cóż, tandetnego.
- Jenner stoi o klasę wyżej od innych przybytków tego typu. Uchodzi za klub dla dżentelmenów, ale w rzeczywistości to największa jaskinia hazardu w Londynie.
Amelia podeszła do biblioteczki i z uwagą zaczęła studiować grzbiety książek.
- Dlaczego, twoim zdaniem, pan Rohan odmówił przyjęcia pieniędzy od lorda Selwaya?
Merripen rzucił jej sardoniczne spojrzenie.
- Wiesz przecież, co Romowie myślą o dobrach materialnych.
- Tak, wiem, że twój lud nie lubi być nimi obarczony. Ale z tego, co wiem, Romowie rzadko odmawiają kilku szylingów w zamian za swoje usługi.
- To coś więcej niż niechęć do obciążeń. Dla chala taka sytuacja...
- Co to jest chal?
- Określenie romskiego syna. Dla chala te eleganckie ubrania, pozostawanie pod jednym dachem przez tak długi czas, czerpanie takich korzyści finansowych to... wstyd. Hańba. To gwałt na jego naturze.
Był tak surowy i pewny siebie, że Amelia musiała nieco mu dokuczyć.
- A jaka jest twoja wymówka, Merripen? Pozostajesz pod dachem Hathawayów już bardzo, bardzo długo...
- To co innego. Przede wszystkim, nie ma z tego żadnych profitów.
Amelia wybuchnęła śmiechem.
- A poza tym... - głos Merripena złagodniał - zawdzięczam wam życie.
Amelia poczuła przypływ emocji, gdy spojrzała na jego nieugięty profil.
- Psujesz zabawę - odparła miękko. - Ja próbuję z ciebie kpić, a ty rujnujesz chwilę szczerością. Wiesz, że nie masz obowiązku z nami zostać, drogi przyjacielu. Spłaciłeś swój dług już po tysiąckroć.
Merripen natychmiast potrząsnął głową.
- Równie dobrze mógłbym zostawić gniazdo piskląt na pastwę lisa.
- Nie jesteśmy aż tak bezbronni - zaprotestowała. - Doskonale potrafię zatroszczyć się o rodzinę... Tak jak Leo. Kiedy jest trzeźwy.
- Czyli nigdy? - Jego obojętny ton przydał pytaniu jeszcze większy ładunek sarkazmu.
Amelia otworzyła usta, aby podjąć dyskusję, ale zaraz je zamknęła. Merripen miał rację. Przez ostatnie sześć miesięcy Leo trwał w permanentnym upojeniu alkoholowym. Przyłożyła rękę do talii, gdzie skumulowane troski ciążyły jej jak worek ołowiu. Biedny, nieszczęsny Leo. Była przerażona tym, że nic nie może dla niego zrobić. Nie można ocalić człowieka, który nie chce być ocalony. Co jednak nie oznacza, że ona przestanie próbować.
Zaczęła spacerować po pokoju, zbyt poruszona, aby siedzieć i spokojnie czekać. Leo gdzieś tam był i potrzebował pomocy. Nie wiadomo, jak długo Rohan będzie ich tu jeszcze trzymać.
- Rozejrzę się nieco - oznajmiła, podchodząc do drzwi. - Nie odejdę daleko. Zostań tu, Merripen, na wypadek, gdyby wrócił pan Rohan.
Usłyszała, jak Merripen mruczy coś pod nosem. Ignorując jej prośbę, poszedł za nią.
- Tak nie wypada - zawołał jeszcze.
Amelia nie zatrzymała się. Nie interesowała jej już stosowność jej zachowania.
- To moja jedyna szansa, aby zobaczyć od środka takie miejsce. Nie zamierzam jej przegapić.
Podążając za dźwiękiem głosów, odważyła się podejść do galerii, która obiegała ogromną, wspaniałą salę.
Tłumy elegancko odzianych mężczyzn tłoczyły się przy trzech wielkich stołach do hazardu, obserwując grę, podczas gdy krupierzy grabkami zbierali kości i pieniądze. Towarzyszyły im głośne rozmowy, krzyki, powietrze dosłownie drgało od emocji. Pracownicy niespiesznie przechadzali się po sali, roznosząc na tacach wino i jedzenie, albo świeże karty i żetony.
Ukryta częściowo za kolumną galerii, Amelia chciwie lustrowała tłum wzrokiem. Jej oczy zatrzymały się nagle na panu Rohanie, który przywdział w międzyczasie czarną marynarkę i fular. Był ubrany podobnie do innych członków klubu, ale wyróżniał się wśród nich niczym lis pomiędzy gołębiami.
Siedział, pochylając się nad masywnym, mahoniowym biurkiem w rogu sali, z którego najwyraźniej zarządzano bankiem rozgrywek. Chyba wydawał polecenia jednemu z pracowników. Gestykulował oszczędnie, ale w jego ruchach widać było szczególny talent, swobodną fizyczność, która przyciągała spojrzenia.
Nagle... nie wiadomo jak... dosięgła go świadomość intensywnego zainteresowania Amelii. Wyciągnął dłoń i potarł kark, a potem spojrzał prosto na nią. Tak jak w tamtej uliczce. Kobieta poczuła nagle w całym ciele obezwładniającą słabość, w nogach i rękach, stopach, a nawet kolanach. Na jej twarz wypłynął ognisty rumieniec. Zamarła w poczuciu winy i zaskoczenia, czerwona na buzi jak dziecko, aż w końcu doszła do siebie na tyle, aby skryć się z powrotem za kolumną.
- Co się stało? - dobiegł ją głos Merripena.
- Pan Rohan chyba mnie zauważył. - Wyrwał się jej drżący śmiech. - O, Boże. Mam nadzieję, że go nie rozgniewałam. Lepiej wróćmy do salonu.
Po raz ostatni ośmieliła się wychylić z ukrycia, aby objąć salę wzrokiem, ale Rohana już nie było.
Rozdział 2
Cam odepchnął się od mahoniowego biurka i opuścił salę gier. Jak zwykle nie mógł odejść niezatrzymywany raz czy dwa... Jeden z agentów szepnął mu do ucha, że lord taki-to-a-taki życzy sobie podniesienia limitu kredytowego. Lokaj pytał, czy należy już uzupełnić stół z przekąskami w jednym z pokojów karcianych. Cam odpowiadał na ich pytania nieobecnie, bo jego myśli okupowała kobieta, czekająca na niego na górze.
Rutynowy wieczór przybierał dość nieoczekiwany obrót. Od dawna już żadna kobieta nie wzbudziła w nim zainteresowania w takim stopniu jak Amelia Hathaway. Gdy tylko zobaczył ją w alejce - jej zarumienione, pełne policzki, zmysłową figurę, ukrytą pod skromną suknią - natychmiast jej zapragnął. Nie miał pojęcia, dlaczego, skoro była ucieleśnieniem wszystkiego, co go tak irytowało w Angielkach.
Na pierwszy rzut oka było widać, że panna Hathaway nosi w sobie niezachwianą pewność, że jest zdolna organizować i zarządzać wszystkim wokół niej. Na widok takich kobiet Cam umykał zazwyczaj w przeciwnym kierunku. Gdy jednak spojrzał w jej śliczne, błękitne oczy i zobaczył tę małą, pełną determinację zmarszczkę pomiędzy brwiami, poczuł grzeszną potrzebę pochwycenia jej, porwania dokądś i zrobienia czegoś niecywilizowanego. Barbarzyńskiego nawet.
Rzecz jasna, niecywilizowane potrzeby w jego przypadku czaiły się tuż pod maską dobrego wychowania, czekając tylko na właściwy moment, aby się uwolnić. A w ciągu ostatniego roku Cam miał coraz więcej trudności z utemperowaniem ich. Stał się wyjątkowo zapalczywy, niecierpliwy, łatwy do sprowokowania. Rzeczy, które kiedyś dawały mu przyjemność przestały go satysfakcjonować. A najgorsze było to, że swoje seksualne potrzeby zaspokajał z takim samym brakiem entuzjazmu, z jakim ostatnio żył.
Znalezienie odpowiedniego damskiego towarzystwa nigdy nie było problemem - Cam odnajdywał spełnienie w ramionach wielu chętnych kobiet i odpłacał im za ich usługi tak długo, aż mruczały z rozkoszy. Nie było w tym jednak prawdziwych emocji. Żadnego podniecenia, ognia, nic poza poczuciem, że zadbał o podstawowe funkcje swojego organizmu, takie jak sen czy jedzenie. Cam był tak zaniepokojony, że w końcu zdecydował się porozmawiać na ten temat ze swoim przełożonym, lordem St. Vincentem.
Niegdyś zagorzały kobieciarz, dziś wyjątkowo oddany mąż, St. Vincent wiedział o tych sprawach więcej, niż jakikolwiek inny żyjący człowiek. Gdy Cam zapytał go ponuro, czy fakt, że potrzeby fizyczne mniej go ostatnio trapią, należy wiązać ze zbliżającymi się trzydziestymi urodzinami, St. Vincent zakrztusił się swoim drinkiem.
- Dobry Boże, nie - odparł wicehrabia, kasłając lekko, gdy haust brandy rozpalił mu przełyk. Był wczesny ranek, a oni przeglądali księgi rachunkowe w biurze zarządcy klubu.
St. Vincent był przystojnym dżentelmenem z włosami koloru pszenicy i bladoniebieskimi oczami. Niektórzy głośno twierdzili, że miał rysy i sylwetkę najdoskonalszego mężczyzny, jaki kiedykolwiek chodził po świecie. Wygląd anioła, dusza łajdaka.
- Jeśli mogę spytać, jakie kobiety goszczą w twoim łóżku?
- Co masz na myśli? - zapytał Cam z rezerwą.
- Piękne, czy nieładne?
- Chyba piękne.
- I na tym polega problem - powiedział St. Vincent tonem, który rezerwował do komunikowania oczywistości. - Nieładne dostarczają znacznie więcej przyjemności. Wdzięczność to najsilniejszy afrodyzjak.
- Ty jednak poślubiłeś kobietę piękną.
Na usta St. Vincenta wypłynął leniwy uśmiech.
- Żony to zupełnie odmienna kategoria. Wymagają ogromnych nakładów, ale wysiłki zawsze zostają wynagrodzone. Zdecydowanie polecam żony. Zwłaszcza własne.
Cam spojrzał na swojego pracodawcę z irytacją, przypominając sobie, że poważne rozmowy z St. Vincentem często utrudniało szczególne upodobanie wicehrabiego do przekształcania ich w słowne kalambury.
- Jeśli dobrze rozumiem, milordzie - stwierdził szorstko - pana receptą na brak pożądania jest uwodzenie nieatrakcyjnych kobiet?
St. Vincent podniósł srebrną obsadkę, a następnie zręcznie dopasował stalówkę i całość precyzyjnie zanurzył w buteleczce z atramentem.
- Rohan, robię, co w mojej mocy, aby zrozumieć twój problem. Jednak nigdy nie doświadczyłem braku pożądania. Musiałbym leżeć na łożu śmierci, żeby przestać pragnąć... Nie, nieważne, byłem na łożu śmierci w nieodległej przeszłości i nawet wtedy miałem grzeszne myśli o swojej żonie.
- Moje gratulacje - mruknął Cam, porzucając nadzieję, że zdoła uzyskać od tego człowieka jakąkolwiek szczerą odpowiedź. - Wróćmy do ksiąg. Są ważniejsze kwestie do roztrząsania niż seksualne możliwości.
St. Vincent wykreślił liczbę i odłożył pióro.
- Nie, nalegam jednak na rozmowę o seksualnych możliwościach. To znacznie zabawniejsze niż praca. - Opadł na fotel w zwodniczej aurze rozleniwienia. - Rohan, jesteś człowiekiem dyskretnym, ale trudno nie zauważyć, jak gorliwe budzisz zainteresowanie. Najwyraźniej stanowisz pokusę nie do odparcia dla londyńskich dam. I wygląda na to, że korzystasz w pełni z tego, co ci oferują.
Cam spojrzał na niego bez wyrazu.
- Wybacz, milordzie, ale czy ten wywód do czegoś prowadzi?
St. Vincent oparł się wygodnie, złączył palce i popatrzył na Cama.
- Nie miałeś podobnych problemów w przeszłości, mogę więc tylko założyć, że, jak to często bywa z apetytem, twój został już zaspokojony z nawiązką, pozostawiając przesyt jednakowością. Pomóc może tylko jakaś nowość.
Rozważając to stwierdzenie, któremu nie można było odmówić sensu, Cam zastanawiał się, czy notoryczny niegdyś hulaka odczuwał kiedykolwiek pokusę, aby zbłądzić. Cam znał jego żonę, Evie, od dzieciństwa, kiedy to przychodziła od czasu do czasu odwiedzić w klubie owdowiałego ojca, i czuł wobec niej opiekuńczość podobną do tej, którą mógłby odczuwać wobec młodszej siostry. Nikt nigdy nie połączyłby w myślach łagodnej Evie z tym libertynem. I nikt nie był chyba bardziej zaskoczony niż sam St. Vincent, kiedy ich małżeństwo z rozsądku ewoluowało w związek oparty na namiętności i prawdziwej miłości.
- A życie małżeńskie? - zapytał Cam łagodnie. - Czy ono także prowadzi do przesytu jednakowością?
Wyraz twarzy St. Vincenta zmienił się nagle. Na myśl o żonie w jego przejrzyście niebieskich oczach błysnęło ciepło.
- Na podstawie własnych doświadczeń stwierdzam, że nigdy nie ma się dość odpowiedniej kobiety. Z rozkoszą powitałbym taki przesyt, ale wątpię, aby było to możliwe w życiu doczesnym. - Zamknął księgi zdecydowanym ruchem i wstał. - Jeśli mi wybaczysz, Rohan, życzę ci udanego wieczoru.
- A księgi?
- Pozostawiam je w twoich niezwykle kompetentnych rękach. - Gdy Cam jęknął, St. Vincent tylko niewinnie wzruszył ramionami. - Rohan, jeden z nas jest człowiekiem nieżonatym, o wybitnych matematycznych uzdolnieniach i bez planów na wieczór. Drugi jest nawróconym lubieżnikiem w miłosnym nastroju, a w domu czeka na niego chętna młoda żona. Kto, twoim zdaniem, powinien więc zająć się tymi cholernymi rachunkami? - Żegnając się nonszalancko, St. Vincent opuścił biuro.
"Nowość" - to była jego rekomendacja. Cóż, to słowo zdecydowanie znajdowało odniesienie w stosunku do panny Hathaway. Dotychczas Cam preferował kobiety doświadczone, które traktowały uwodzenie jak grę i doskonale wiedziały, że nie należy mieszać przyjemności z uczuciami. Nigdy nie podejmował się roli nauczyciela niewinnych. W zasadzie perspektywa pozbawienia damy dziewictwa była raczej odstręczająca. Dla niej nic, tylko ból, a potem przerażające konsekwencje w postaci łez i żalów. Wzdrygnął się na samą myśl. Nie, nie będzie pogoni za nowością w przypadku panny Hathaway.
Przyspieszając kroku, Cam wszedł po schodach do pokoju, gdzie czekała kobieta i ciemnolicy chal. Merripen to dosyć powszechne imię wśród Cyganów, ten człowiek jednak był niezwykły. Wyglądało na to, że jest służącym tej kobiety - dziwaczna i wstrętna okoliczność dla kochającego wolność Roma.
Mieli więc ze sobą coś wspólnego. Obaj pracowali dla gadziów, zamiast włóczyć się po ziemi swobodnie, jak Bóg przykazał.
Romowie nie pasowali do wnętrz, w których ograniczały ich ściany. Nie żyli w klatkach z pokojów i domów, odcięci od nieba i wiatru, słońca i gwiazd. Nie oddychali stęchłym powietrzem, przesyconym zapachami z kuchni i pastą do podłóg. Po raz pierwszy od lat Cam poczuł przypływ paniki. Zwalczył go i skupił się na swoim zadaniu - pozbyć się tej osobliwej pary ze swojego salonu.
Pociągnął za kołnierzyk, aby nieco rozluźnić jego ucisk, pchnął uchylone drzwi i wszedł do pokoju.
Panna Hathaway stała niedaleko progu, czekając na niego z kiepsko maskowaną niecierpliwością, a Merripen nadal krył się w kącie. Gdy Cam podszedł do niej i spojrzał w jej uniesioną wysoko twarz, fala paniki zamieniła się w intrygujący przypływ ciepła. Pod jej niebieskimi oczami rysowały się blade, lawendowe cienie. Jej miękkie wargi zacisnęły się w wąską kreskę. Ciemne, lśniące włosy zaczesała do tyłu i upięła ciasno spinkami.
Ściągnięte surowo włosy i skromna, krępująca suknia narzucały obraz kobiety pełnej zahamowań. Typowa stara panna. Nic jednak nie mogło ukryć promieniującej z niej silnej woli. Była... smakowita. Chciał ją rozpakować jak podarek, na który czekał zbyt długo. Pragnął jej bezwolnej i nagiej pod sobą, tych delikatnych warg, spuchniętych od jego twardych, głębokich pocałunków, jej jasnej skóry rozpalonej namiętnością. Zdumiony wrażeniem, jakie na nim wywarła, zmusił się do zachowania obojętnej miny, gdy zaczął się jej przyglądać.
- Cóż? - zażądała sprawozdania Amelia, zupełnie nieświadoma, dokąd powędrowały jego myśli. Gdyby wiedziała, z pewnością z krzykiem wybiegłaby z pokoju. - Dowiedział się pan czegoś na temat miejsca pobytu mojego brata?
- Owszem.
- I?
- Lord Ramsay odwiedził nas wczesnym wieczorem, przegrał trochę pieniędzy przy stolikach...
- Dzięki Bogu, żyje! - zawołała Amelia.
- ...i najwyraźniej postanowił pocieszyć się wizytą w pobliskim burdelu.
- Burdelu? - Amelia rzuciła Merripenowi zrozpaczone spojrzenie. - Przysięgam, Merripen, ten łajdak zginie dzisiaj z mojej ręki. - Spojrzała na Cama. - Ile przegrał?
- Około pięciuset funtów.
Śliczne, niebieskie oczy rozszerzyły się z gniewu.
- Będzie umierał bardzo powoli. Który burdel?
- Bradshaw.
Amelia sięgnęła po kapelusz.
- Chodźmy, Merripen. Musimy go stamtąd zabrać.
- Nie - padło z ust obu mężczyzn jednocześnie.
- Chcę osobiście się przekonać, czy nic mu nie jest - oznajmiła Amelia spokojnie.
- Wątpię.
Amelia rzuciła Merripenowi lodowate spojrzenie.
- Nie wracam do domu bez Leo.
Na poły rozbawiony i zaniepokojony siłą jej woli, Cam zwrócił się do Merripena:
- Czy mam do czynienia z uporem, głupotą, czy jakąś kombinacją obu tych cech?
Amelia udzieliła odpowiedzi, zanim Merripen zdołał otworzyć usta.
- Z mojej strony z uporem. Głupota pozostaje nieodłącznym atrybutem mojego brata. - Poprawiła kapelusz i zawiązała wstążki pod brodą.
Wiśniowe wstążki, stwierdził zdumiony Cam. Ten frywolny, czerwony akcent był jedyną osobliwością jej stonowanego ubioru. Nieznajoma z każdą chwilą fascynowała go coraz bardziej.
- Nie wejdziecie do Bradshawa. Wyjąwszy względy bezpieczeństwa i moralność, nawet nie wiecie, gdzie to, do diabła, jest.
Amelia nawet się nie skrzywiła, słysząc przekleństwo.
- Zakładam, że spora część gości krąży pomiędzy pana klubem a domem Bradshawa. Powiedział pan, że to niedaleko, co oznacza, że muszę tylko podążyć za falą pieszych w tamtym kierunku. Do widzenia, panie Rohan. Naprawdę doceniam pańską pomoc.
Cam stanął jej na drodze.
- Tylko zrobi pani z siebie idiotkę, panno Hathaway. Nie przejdzie pani nawet przez drzwi frontowe. Burdel taki jak Bradshaw nie wpuszcza obcych z ulicy.
- To, jak wydostanę stamtąd brata, to już nie pańskie zmartwienie.
Miała rację. To nie było jego zmartwienie. Ale Cam od dawna nie bawił się tak dobrze. Żadne zmysłowe rozkosze, utalentowane kurtyzany, nawet pokój pełen nagich kobiet nie zaintrygowałby go w połowie tak bardzo, jak panna Amelia Hathaway i jej czerwone wstążki.
- Jadę z wami - powiedział.
Zmarszczyła brwi.
- Nie, dziękuję.
- Nalegam.
- Nie potrzebuję już pańskich usług, panie Rohan.
Camowi przyszła do głowy cała masa usług, których wyraźnie potrzebowała i które z przyjemnością sam by jej zapewnił.
- Najwyraźniej będzie z pożytkiem dla wszystkich, jeśli wydostaniecie stamtąd Ramsaya i opuścicie Londyn najszybciej, jak to możliwe. Od teraz uważam przyspieszenie waszego odjazdu za swój obywatelski obowiązek.
Rozdział 3
Mogli udać się do burdelu na piechotę, ale zamiast tego pojechali tam wiekową kaleszą. Zatrzymali się przed nieładnym budynkiem w stylu georgiańskim. Amelii, której takie miejsca kojarzyły się z krzykliwą ekstrawagancją, fasada przybytku wydała się zaskakująco dyskretna.
- Proszę zostać w powozie - powiedział Rohan. - Wejdę do środka i wypytam kogoś o Ramsaya. - Spojrzał surowo na Merripena. - Nie zostawiaj panny Hathaway bez opieki nawet na sekundę. Niebezpiecznie tu o tej porze.
- Jest ledwie wczesny wieczór - zaprotestowała Amelia. - Znajdujemy się na West Endzie, otoczeni tłumem elegancko ubranych dżentelmenów. Jak bardzo może to być niebezpieczne?
- Widywałem tych elegancko ubranych dżentelmenów, robiących takie rzeczy, że wystarczyłby sam opis, aby pani zemdlała.
- Nigdy nie mdleję - oświadczyła zapalczywie Amelia.
Uśmiech Rohana rozjaśnił zacienione wnętrze powozu. Opuścił pojazd i rozpłynął się w mroku, jakby był jego częścią, wtopił się w niego cały, w zmierzchu błysnęły tylko jego hebanowe włosy i diamentowy kolczyk.
Amelia przypatrywała się mu w zdumieniu. Do jakiej kategorii przypisać tego człowieka? Nie był dżentelmenem czy lordem, ale nie był też zwykłym rzemieślnikiem, nawet nie był w pełni Cyganem. Poczuła dreszcz, gdy przypomniała sobie chwilę, w której pomógł jej wsiąść do powozu. Miała na dłoniach rękawiczki, ale jego ręce nie były osłonięte i poczuła przez to ciepło i siłę jego palców. A na jego kciuku zauważyła błysk grubej, złotej obrączki. Nigdy czegoś takiego nie widziała.
- Merripen, co oznacza obrączka na kciuku mężczyzny? Czy to jakiś cygański zwyczaj?
Merripen, najwyraźniej zaskoczony pytaniem, wyjrzał przez okno w wilgotną noc. Obok powozu przeszła roześmiana grupa młodych mężczyzn w eleganckich płaszczach i wysokich kapeluszach. Dwaj przystanęli, aby porozmawiać z krzykliwie odzianą kobietą.
Marszcząc brwi, Merripen odpowiedział na pytanie Amelii:
- To oznaka niezależności i wolności myśli. I oddzielenia. Nosząc ją, przypomina sobie, że nie należy do miejsca, w którym się znajduje.
- Dlaczego pan Rohan miałby chcieć o tym pamiętać?
- Bo ścieżka, którą kroczą pobratymcy, jest kusząca - oznajmił ponuro Merripen. - Trudno się jej oprzeć.
- A dlaczego musicie się jej opierać? Nie rozumiem, co jest takiego strasznego w mieszkaniu w odpowiednim domu, zapewnieniu sobie stałego dochodu i cieszeniu się rzeczami takimi jak ładna porcelana, czy wyściełane krzesła.
- Gadziowie - wymamrotał z rezygnacją, skłaniając Amelię do uśmiechu. Wiedziała, że słowo to oznacza wszystkich, którzy nie są Romami.
Oparła się o wytarte, wyściełane siedzenie.
- Nigdy nie przypuszczałam, że kiedyś będę tak desperacko pragnęła odnaleźć brata w podobnym przybytku. Ale jeśli mam wybierać pomiędzy burdelem a wyławianiem go z Tamizy... - Urwała i przycisnęła do ust zaciśniętą pieść.
- Przecież nie umarł. - Głos Merripena był niski i łagodny.
Amelia z całych sił starała się mu uwierzyć.
- Musimy wywieźć Leo z Londynu. Na wsi będzie bezpieczniejszy, prawda?
Merripen niezobowiązująco wzruszył ramionami, jego oczy pozostały bez wyrazu.
- Będzie miał mniej rozrywek - kontynuowała Amelia. - I nie będzie mógł pakować się w kłopoty.
- Mężczyzna, który szuka kłopotów, wszędzie je znajdzie.
Po kilku minutach nieznośnie dłużącego się oczekiwania ujrzeli Rohana, który podszedł do powozu i uchylił drzwi.
- Gdzie on jest? - zapytała Amelia, gdy wspiął się do środka.
- Nie tutaj. Lord Ramsay udał się na górę z jedną z dziewcząt i... cóż, dopełnił transakcji... a potem opuścił burdel.
- Dokąd się udał? Pytał pan?
- Powiedział, że idzie do tawerny "Piekiełko i Wiaderko".
- Urocze. Zna pan drogę?
Rohan usadowił się obok niej i spojrzał na Merripena.
- Jedź St. James na wschód, a potem skręć w lewo na trzeciej krzyżówce.
Merripen smagnął konie lejcami i powóz potoczył się naprzód, mijając po drodze trzy prostytutki.
Amelia przyglądała się kobietom z nieskrywanym zainteresowaniem.
- Niektóre z nich są takie młode... Gdyby tylko jakaś instytucja charytatywna pomogła im znaleźć szacowne zatrudnienie.
- Tak zwane szacowne zatrudnienie może się okazać równie złe - odparł Rohan.
Spojrzała na niego z oburzeniem.
- Uważa pan, że kobiecie lepiej jest, gdy para się prostytucją niż w uczciwej pracy, która pozwoliłaby jej żyć godnie?
- Tego nie powiedziałem. Niektórzy pracodawcy są znacznie bardziej brutalni niż sutenerzy i rajfurzy. Służący muszą znosić najprzeróżniejsze formy przemocy od swoich panów, zwłaszcza kobiety. A jeśli sądzi pani, że godnie pracuje się w fabryce, to najwyraźniej nigdy nie widziała pani dziewczyny, która straciła palce, przycinając słomę na miotły. Czy też jej koleżanki, która ma płuca tak wypełnione kurzem i kłaczkami z gręplarek, że nie dożyje trzydziestych urodzin.
Amelia już otworzyła usta, aby mu odpowiedzieć, ale je zamknęła. Nieważne, jak bardzo chciała kontynuować tę dyskusję, dama, nawet jeśli była starą panną, nie rozmawiała o prostytucji.
Kobieta schroniła się za fasadą chłodnej obojętności i odwróciła się do okna. Nie poświęciła Rohanowi już ani jednego spojrzenia, ale czuła, że on ją obserwuje. Była nieznośnie świadoma jego obecności. Nie pachniał wodą kolońską i pomadą, ale czymś zdecydowanie bardziej ponętnym - dymem, świeżością i goździkami.
- Pani brat całkiem niedawno odziedziczył tytuł - powiedział.
- Tak.
- Z całym szacunkiem, ale lord Ramsay nie wydaje się przygotowany do swojej nowej roli.
Amelia nie zdołała powstrzymać smutnego uśmiechu.
- Nikt z nas nie jest. Dla Hathawayów był to doprawdy niezwykły obrót spraw. Przed Leo byli w prostej linii jeszcze co najmniej trzej spadkobiercy. Wszyscy zmarli nagle, z różnych przyczyn. Tytuł pociąga chyba za sobą konsekwencje w postaci krótkiego życia. W tym stanie ducha mój brat nie będzie cieszył się nim dłużej niż jego poprzednicy.
- Nikt nie wie, co kryje jego przeznaczenie.
Amelia odwróciła się do Rohana i zauważyła, że mężczyzna wpatruje się w nią intensywnie. Jej serce zaczęło bić szybciej.
- Nie wierzę w przeznaczenie - oznajmiła. - Ludzie sami są kowalami swego losu.
Rohan uśmiechnął się.
- Wszyscy, nawet bogowie, są bezbronni w obliczu przeznaczenia.
Amelia spojrzała na niego sceptycznie.
- Pan, zarządca klubu gier, wie na pewno wszystko o szansach i prawdopodobieństwie. Nie może pan więc, kierując się rozumem, dawać wiary szczęściu, losowi, czy podobnym rzeczom.
- Wiem wszystko o prawdopodobieństwie i szansach wygranej - zgodził się Rohan. - Wierzę jednak w szczęście. - Uśmiechnął się do niej z płomieniem w oczach, na widok którego wstrzymała oddech. - Wierzę w magię i tajemnicę, w sny, które odsłaniają przyszłość. I wierzę, że pewne rzeczy są zapisane w gwiazdach... lub nawet we wnętrzu pani dłoni.
Amelia, niczym zahipnotyzowana, nie mogła oderwać od niego wzroku. Był niezwykle przystojnym mężczyzną, ze skórą ciemną jak miód z koniczyny i czarnymi włosami, opadającymi na czoło w sposób, który wręcz prowokował jej place do tego, aby je odsunąć.
- Ty też wierzysz w przeznaczenie? - zapytała Merripena.
Długie wahanie.
- Jestem Romem.
Czyli tak.
- Dobry Boże, Merripen. A ja miałam cię za rozsądnego człowieka.
Rohan roześmiał się.
- Uznanie takiej możliwości to właśnie dowód rozsądku, panno Hathaway. Tylko dlatego, że nie może pani czegoś zobaczyć czy poczuć, nie oznacza to wcale, że dana rzecz nie istnieje.
- Nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie - upierała się Amelia. - Są tylko czyny i ich konsekwencje.
Powóz zatrzymał się nagle, tym razem w miejscu znacznie nędzniejszym niż St. James i King Street. Po jednej stronie ulicy stała piwiarnia i trzypensowy zajazd, a po drugiej duża tawerna. Przechodnie zachowywali pozory dobrych manier, widać było jednak, że wszechobecni domokrążcy, kieszonkowcy i prostytutki nie są im obcy.
Na progu tawerny w najlepsze trwała bijatyka, w oczach roiło się od rąk, nóg, latających kapeluszy, butelek i lasek. Za każdym razem, gdy natykali się na takie zjawisko, okazywało się, że to brat Amelii był jego powodem.
- Merripen - oznajmiła dziewczyna z obawą - wiesz, jak się zachowuje Leo, gdy jest zdezorientowany. Pewnie znalazł się w samym środku tej bójki. Gdybyś był tak dobry...
Zanim skończyła mówić, Merripen zeskoczył z kozła.
- Czekaj - powiedział Rohan. - Lepiej będzie, jeśli ja się tym zajmę.
Merripen spojrzał na niego chłodno.
- Wątpisz w moje umiejętności?
- To londyńska melina. Przywykłem do sztuczek, które się tu stosuje. A ty... - Urwał, gdy Merripen go po prostu zignorował i opuścił powóz z opryskliwym burknięciem. - Niech będzie - stwierdził Rohan, stając przy kole, aby mieć dobry widok. - Pokroją go jak makrelę na targu rybnym w Covent Garden.
Amelia również wysiadła z powozu.
- Merripen bardzo dobrze odnajduje się w walce, zapewniam pana.
Rohan spojrzał na nią spod przymkniętych powiek.
- Będzie pani bezpieczniejsza w środku.
- Przecież pan mnie chroni, nieprawdaż? - wytknęła.
- Kochanie - powiedział z łagodnością, której nie zagłuszył nawet hałasujący tłum. - To przede mną trzeba cię chronić.
Jej serce na moment przestało bić. Spojrzał w jej szeroko otwarte oczy z tak intensywnym zainteresowaniem, że dosłownie przeszły ją ciarki. Próbując zachować spokój, odwróciła wzrok. Pozostała jednak boleśnie świadoma jego obecności, swobodnej gotowości jego sylwetki, nieznanego pulsowania, ukrytego pod warstwami eleganckiego stroju.
Razem obserwowali, jak Merripen brnął przez chaos bijących się mężczyzn, kładąc ich pokotem. Nie minęło nawet pół minuty, gdy bezceremonialnie wyciągnął kogoś za kołnierz z bezładnej masy ciał, wolną ręką hojnie rozdając ciosy.
- Jest naprawdę niezły - stwierdził lekko zaskoczony Rohan.
Amelia poczuła obezwładniającą ulgę, gdy rozpoznała Leo.
- Och, dzięki ci, Boże.
Jej powieki zatrzepotały, gdy poczuła na szczęce delikatny dotyk. Palce Rohana uniosły jej twarz, a jego kciuk pocierał delikatnie czubek jej brody. Ten nieoczekiwany, intymny gest wywołał w niej dreszcz. Jego rozpalone spojrzenie znów przykuło jej wzrok.
- Nie sądzi pani, że wykazuje zbytnią nadopiekuńczość, ścigając dorosłego brata po całym Londynie? Nie zrobił przecież nic aż tak niezwykłego. Większość młodych lordów w jego sytuacji zachowałaby się tak samo.
- Pan go nie zna. - Nawet ona słyszała, jak bardzo drży jej głos. Wiedziała, że powinna oderwać się od jego ciepłych palców, ale jej ciało pozostało przewrotnie nieruchome, chłonąc całym sobą przyjemność jego dotyku. - To nie jest dla niego normalne zachowanie. On ma kłopoty. On... - Urwała nagle.
Rohan powiódł czubkiem palca po lśniącym śladzie wstążki jej kapelusza, od ucha aż do węzła pod brodą.
- Jakie kłopoty?
Poderwała głowę i odwróciła się do Merripena i Leo, którzy właśnie podeszli do powozu. Na widok brata poczuła przypływ miłości i dręczącego lęku. Był brudny, sponiewierany i uśmiechał się do niej bez cienia skruchy. Każdy, kto nie znał Leo, mógłby w tej chwili założyć, że nie ma on żadnych trosk. Ale jego oczy, kiedyś pełne ciepła, były puste i zimne. Jego do niedawna zgrabna sylwetka zaokrągliła się, a szyja była opuchnięta. Wciąż daleko mu było do kompletnego upadku, ale wydawał się być niezwykle zdeterminowany, aby przyspieszyć ten proces.
- Niezwykłe - rzuciła Amelia od niechcenia. - Coś jeszcze z ciebie zostało. - Wyjęła z rękawa chusteczkę, podeszła do niego i delikatnie otarła pot i smugi krwi z jego policzków. - Jestem tą w środku, skarbie - dodała, widząc jego rozbiegane spojrzenie.
- Ach, tu jesteś. - Głowa Leo podrygiwała jak marionetka na sznurkach. Spojrzał na Merripena, który stanowił znacznie stabilniejsze wsparcie niż jego własne nogi. - Moja siostra - powiedział. - Przerażająca dziewczyna.
- Zanim Merripen wsadzi cię do powozu, czy masz zamiar jakoś doprowadzić się do porządku, Leo?
- Zdecydowanie nie - padła stanowcza odpowiedź. - Hathawayowie mają mocną głowę.
Amelia pieszczotliwe odsunęła brudne, brązowe loki, które opadały mu na oczy jak pasma przędzy.
- Byłoby miło, gdybyś w przyszłości nie poddawał swojej siostry takim próbom, mój drogi.
- Ale siostrzyczko... - Gdy na nią spojrzał, dostrzegła w nim cząstkę dawnego Leo, iskrę w tym nieobecnym wzroku, która jednak natychmiast zniknęła. - Mam tak potężne pragnienie.
Poczuła szczypanie w kącikach oczu i słony smak w ustach. Przełknęła łzy.
- Przez następne dni będziesz je zaspokajał wodą i herbatą - oznajmiła spokojnym głosem. - Wsadź go do powozu, Merripen.
Leo spojrzał na człowieka, który go podtrzymywał.
- Na litość boską, chyba nie pozwolisz jej mnie zabrać?
- Wolałbyś wytrzeźwieć pod opieką strażników z Bow Street? - zapytał Merripen uprzejmie.
- Na pewno okazaliby więcej łaski. - Zrzędząc pod nosem, Leo zatoczył się w stronę powozu.
Amelia odwróciła się do Cama Rohana, który przyglądał się jej z nieprzeniknioną miną.
- Czy możemy odwieźć pana do Jennera? W powozie będzie ciasno, ale myślę, że sobie poradzimy.
- Nie, dziękuję. - Rohan powoli obszedł z nią pojazd. - To niedaleko. Przejdę się.
- Nie mogę pozwolić, aby błąkał się pan po tej okolicy.
Przystanęli z tyłu powozu, częściowo osłonięci przed ciekawskimi spojrzeniami.
- Nic mi nie będzie. To miasto nie ma przede mną żadnych tajemnic. Proszę się nie ruszać.
Uniósł delikatnie jej twarz, jedną rękę przytulając do jej szczęki, a drugą przesuwając na policzek. Kciukiem delikatnie otarł jej lewe oko. Ze zdumieniem poczuła tam smugę wilgoci.
- To przez ten wiatr - powiedziała drżąco.
- Dzisiaj nie wieje. - Nie przesunął ręki, gładka powierzchnia obrączki na kciuku lekko wciskała się w jej skórę. Jej serce zaczęło tłuc się w piersi jak oszalałe, a szum krwi w uszach zagłuszył prawie wszystko wokół, nawet zgiełk tawerny. Mrok gęstniał wokół nich. Cam przesunął palce w dół jej szyi z zadziwiającą delikatnością, odnajdując ukryte dotąd zakończenia nerwów i pieszcząc je łagodnie. Patrzył jej prosto w oczy. Zauważyła nagle, że orzechowozłote tęczówki są otoczone czarnymi obwódkami.
- Panno Hathaway... Czy jest pani pewna, że przeznaczenie nie miało nic wspólnego z naszym dzisiejszym spotkaniem?
Nie mogła złapać tchu.
- Ca-całkiem pewna.
Pochylił głowę.
- I można z ogromnym prawdopodobieństwem założyć, że już nigdy się nie spotkamy?
- Nigdy.
Był zbyt potężny, pochylał się zbyt nisko. Amelia próbowała zebrać myśli, ale były jak rozsypane zapałki... które zajęły się ogniem, gdy jego oddech omiótł jej policzek.
- Mam nadzieję, że się pani nie myli. Boże dopomóż, gdybym miał ponieść konsekwencje.
- Czego? - Jej głos był wyjątkowo słaby.
- Tego. - Jego ręka przesunęła się na jej kark, a jego wargi opadły na jej usta.
Amelia bywała już całowana. Nie tak dawno temu, prawdę mówiąc, i to przez mężczyznę, którego kochała. Ból jego zdrady zranił ją tak głęboko, przysięgła więc sobie, że nigdy więcej nie pozwoli już zbliżyć się do siebie mężczyźnie. Ale Cam Rohan nie zapytał o zgodę i nie dał jej szansy zaprotestować. Zesztywniała i oparła dłonie na jego piersi, próbując go odepchnąć. Wydawał się nawet nie zauważyć jej obiekcji; jego usta były delikatne i uparte. Otoczył ją ramieniem i uniósł lekko, przyciągając ją do swego twardego ciała.
Z każdym oddechem coraz głębiej wdychała jego zapach, słodycz mydła z pszczelego wosku, nutę soli na jego skórze. Otaczała ją giętka siła jego ciała; nie mogła się powstrzymać, aby się na nim nie oprzeć. Sprowokowało to jeszcze więcej pocałunków, zaczynających się, nawet jeśli poprzednie się jeszcze nie skończyły, wilgotnych i intymnych pieszczot, tajemniczych muśnięć pełnych przyjemności i obietnic.
Mrucząc cicho obce słowa, które rozkosznie wypełniały jej uszy, Rohan w końcu się odsunął. Jego wargi zaczęły wędrować wzdłuż zarumienionej krzywizny jej szyi, zatrzymując się w najbardziej wrażliwych miejscach. Jej ciało dosłownie spuchło pod ubraniem, gorset uwierał nieznośnie desperacko walczące o oddech płuca.
Zadrżała, gdy dotarł do wyjątkowo czułej okolicy i dotknął jej czubkiem języka. Jakby jej smak był jakąś egzotyczną przyprawą. Czuła pulsowanie w piersiach, żołądku i pomiędzy udami. Przepełniła ją przerażająca potrzeba oparcia się o niego, zapragnęła uwolnić się od warstw duszącego ją materiału, z którego uszyto jej spódnice. Cam był taki ostrożny, taki delikatny...
Z transu wyrwał ją odgłos tłuczonego szkła.
- Nie - wykrztusiła, wyrywając się.
Rohan uwolnił ją z objęć, jego ręce uspokajały ją, gdy walczyła o odzyskanie równowagi. Odwróciła się i zataczając się, na oślep ruszyła w kierunku drzwiczek. Wszędzie, gdzie jej dotknął, nerwy paliły ją żywym ogniem, domagając się więcej. Nie podniosła głowy, wdzięczna za ochronę, którą dawał jej kapelusz.
Desperacko pragnąc uciec, stanęła na stopniu powozu. Zanim jednak zdołała samodzielnie wspiąć się do środka, poczuła obejmujące ją w talii dłonie Rohana. Przytrzymał ją na tyle długo, aby szepnąć jej jeszcze do ucha:
- Latcho drom.
Cygańskie pożegnanie. Rozpoznała tych kilka słów, których nauczył Hathawayów Merripen. Przeszedł ją intymny dreszcz, gdy ciepło jego oddechu dotarło do jej ucha. Nie chciała, nie mogła odpowiedzieć, wspięła się więc do wnętrza powozu i niezręcznie zebrała warstwy spódnicy, które blokowały wejście.
Drzwi zamknęły się za nią stanowczo, a pojazd ruszył, gdy konie posłusznie poddały się silnej ręce Merripena. Dwoje Hathawayów okupowało przeciwległe końce ławek, jedno z nich pijane, drugie oszołomione. Po dłuższej chwili Amelia sięgnęła drżącymi rękami do wstążek czepka, aby je rozwiązać i zauważyła ze zdumieniem, że luźno zwisają.
Jedna wstążka, w zasadzie. Druga...
Amelia zdjęła kapelusz i zaczęła się w niego wpatrywać z zakłopotaniem. Druga czerwona, jedwabna wstążka zniknęła; pozostał po niej tylko ślad po wewnętrznej stronie.
Została zgrabnie odcięta.
On ją zabrał.
Rozdział 4
Tydzień później rodzeństwo Hathawayów wraz z całym swoim dobytkiem przeniosło się z Londynu do nowego domu w Hampshire. Pomimo wielu wyzwań, które ich tam czekały, Amelia wierzyła szczerze, że ta okoliczność dla wszystkich okaże się korzystna.
Z domem w Primrose Place wiązało się zbyt wiele wspomnień. Po śmierci rodziców życie młodych Hathawayów nie wróciło już do normy. Pan Hathaway umarł na serce, a jego żona, z żalu, kilka miesięcy później. Ściany absorbowały smutek sierot, aż stał się ich częścią, tak jak farba, papier i drewno. Amelia nie mogła patrzeć na kominek w salonie, nie przypominając sobie za każdym razem matki, która siadywała przy nim z robótką, ani chodzić do ogrodu bez myślenia o ojcu, przycinającym swoje słynne, nagradzane róże aptekarskie.
Sprzedała więc dom bez żadnych skrupułów - nie z braku uczuć, lecz raczej przez ich nadmiar. Za dużo w nim było emocji, za dużo smutku. Nie można patrzeć w przyszłość, jeśli ciągle pamięta się o bolesnej stracie.
Jej rodzeństwo nie protestowało. Dla Leo nic nie było ważne - mogłaby mu powiedzieć, że będą mieszkać na ulicy, a on powitałby nowinę obojętnym wzruszeniem ramion. Win, następna według starszeństwa po Amelii, była zbyt słaba po przebytej chorobie, aby sprzeciwiać się jej decyzjom. A Poppy i Beatrix były na to za młode, a poza tym same łaknęły zmian.
Amelia była zdania, że tytuł nie mógł im przypaść w bardziej odpowiedniej chwili. Choć musiała przyznać, że nie wiadomo było, jak długo Hathawayowie zdołają go utrzymać.
Tak naprawdę, nikt nie chciał zostać kolejnym lordem Ramsay. Poprzedni trzej padli ofiarą złośliwego losu, którego uwieńczeniem była przedwczesna śmierć. To wyjaśniało po części, dlaczego dalecy krewni Hathawayów ucieszyli się, gdy tytuł przypadł Leo.
- Dostanę jakieś pieniądze? - Takie było pierwsze pytanie brata, gdy dowiedział się, że odziedziczy godność para.
Odpowiedź można było uznać za twierdzącą. Leo dziedziczył posiadłość w Hampshire o ograniczonym areale i skromny roczny dochód, którego nie trzeba było poświęcać na jej utrzymanie.
- Nadal będziemy biedni - oznajmiła mu Amelia, gdy przebiegła wzrokiem list od prawnika, opisujący majątek i jego problemy. - Posiadłość jest niewielka, służba i znaczna część dzierżawców odeszła, dom się sypie, a tytuł jest najwyraźniej przeklęty. Mamy dalekiego kuzyna, który prawdopodobnie powinien dziedziczyć przed tobą. Możemy spróbować zrzucić to wszystko na niego. Istnieje cień szansy, że interesy naszego praprapradziadka nie były do końca legalne, co pozwoliłoby zrzec się nam tytułu ze względu na...
- Przyjmę tytuł - powiedział Leo stanowczo.
- Bo tak jak ja nie wierzysz w klątwy?
- Bo jestem już tak cholernie przeklęty, że jeszcze jedna nie zrobi żadnej różnicy.
Nigdy jeszcze nie byli w południowym Hampshire, teraz więc wszyscy Hathawayowie, z wyjątkiem Leo, wykręcali szyje, aby podziwiać widoki.
Amelia uśmiechnęła się, widząc ożywienie sióstr. Poppy i Beatrix, obie ciemnowłose i niebieskookie, były przepełnione nadziejami. Wzrok Amelii powędrował do Win i zatrzymał się na niej, aby uważnie oszacować jej stan.
Win wyglądała zupełnie inaczej niż reszta ich małej gromadki. Jako jedyna odziedziczyła jasne włosy i introwertyczną naturę po ojcu. Była cicha i nieśmiała, wszystkie niewygody znosiła bez cienia skargi. Gdy rok wcześniej przez ich wioskę przeszła epidemia szkarlatyny, Leo i Win ciężko zachorowali. Leo całkiem wrócił do siebie, ale Win pozostała krucha i blada. Lekarz zdiagnozował u niej osłabienie płuc, wywołane gorączką, które, jego zdaniem, mogło już nigdy nie ustąpić.
Amelia nie pogodziła się z tym, że Win do końca życia pozostanie inwalidką. Nieważne, jaką cenę trzeba będzie zapłacić - Win musi wyzdrowieć.
Nie można byłoby chyba sobie wyobrazić lepszego miejsca dla Win i reszty Hathawayów niż Hampshire, jedno z najpiękniejszych hrabstw w Anglii, pełne rzek, lasów, dolin i wrzosowisk. Majątek Ramsayów był usytuowany niedaleko Stony Cross, jednego z największych kupieckich centrów w hrabstwie. W Stony Cross handlowano bydłem, owcami, drzewem, kukurydzą, obfitością lokalnych odmian sera i miodem z dzikich kwiatów... Była to naprawdę ziemia mlekiem i miodem płynąca.
- Zastanawiam się, dlaczego Ramsey jest tak nieproduktywne - dumała Amelia, gdy powóz toczył się przez bujne pastwiska. - Ziemia w Hampshire jest tak płodna, że trzeba się dosłownie starać, aby nic nie wyhodować.
- Ale nasza ziemia jest przeklęta, prawda? - zapytała Poppy z odcieniem troski w głosie.
- Nie, nie sama ziemia. Tylko dziedzic tytułu. Czyli Leo.
- Ach. - Poppy wyraźnie się odprężyła. - To co innego.
Leo nie zawracał sobie głowy rozmową, kulił się w kącie ławki, patrząc na wszystkich opryskliwie. Tydzień wymuszonej trzeźwości sprawił, że jego wzrok i myśli się rozjaśniły, ale nie poprawił mu nastroju. Przy Merripenie i siostrach, które krążyły nad nim jak jastrzębie, nie miał nawet najmniejszych szans napić się czegokolwiek, poza wodą i herbatą.
Przez pierwsze dni nie mógł opanować dreszczy, dygotania i obfitych potów. Teraz, gdy najgorsze minęło, coraz bardziej przypominał siebie z dawnych dni. Niewiele osób uwierzyłoby jednak, że ma zaledwie dwadzieścia osiem lat. W ciągu ostatniego roku znacznie się postarzał.
Im bliżej byli Stony Cross, tym krajobraz stawał się ładniejszy. Trakt przebiegał obok schludnych, krytych strzechą czarno-białych domków, młynów i sadzawek, obsadzonych wierzbami płaczącymi starych kościółków z kamienia, pamiętających jeszcze czasy średniowiecza. Drozdy pracowicie obrywały dojrzałe jagody z krzewów, a kląskawki obsiadały kwitnący głóg. Na łąkach skrzyły się jesienne krokusy i uprawny szafran, drzewa mieniły się złotem i czerwienią. Na polach zaś pasły się pulchne białe owce.
Poppy odetchnęła głęboko, pełna uznania.
- Jak ożywczo - powiedziała. - Ciekawe, dlaczego wiejskie powietrze pachnie tak odmiennie?
- To zapewne ta świńska farma, obok której właśnie przejeżdżamy - mruknął Leo.
- Hampshire jest znane ze swoich wyjątkowych świń - oznajmiła radośnie Beatrix, podnosząc oczy znad broszury, opisującej południe Anglii. - Karmi się je żołędziami i bukiem, które mają bardzo pozytywny wpływ na smak bekonu. I urządzają tu doroczny konkurs kiełbasy!
Leo spojrzał cierpko na siostrę.
- Wspaniale. Nie możemy tego przegapić.
- Historia Ramsay House jest imponująca - dodała Win, która czytała gruby tom o Hampshire i okolicach.
- Nasz dom jest w książce do historii? - zapytała zachwycona Beatrix.
- To tylko króciutki ustęp, ale tak, owszem, Ramsay House został wspomniany. Oczywiście nie można go nawet porównać z posiadłością naszego sąsiada, hrabiego Westcliffa, który zamieszkuje jeden z najpiękniejszych majątków w Anglii. Jego rodzina osiadła tam prawie pięćset lat temu.
- W takim razie hrabia musi być strasznie stary - oświadczyła Poppy z kamienną miną.
Beatrix parsknęła śmiechem.
- Czytaj dalej, Win.
- Ramsay House jest położony w niewielkim parku, na który składają się przede wszystkim majestatyczne dęby i buki, otoczonym przez kępy orlic i odwiedzane przez jelenie torfowiska. Wybudowany w stylu elżbietańskim gmach został ukończony w roku 1594 i szczyci się wieloma długimi galeriami, charakterystycznymi dla tego okresu. Po licznych przebudowach oryginalny budynek został uzupełniony o salę balową w stylu jakobińskim i georgiańskie skrzydło.
- Mamy salę balową! - wykrzyknęła Poppy.
- Mamy jelenie! - uradowała się Beatrix.
Leo jeszcze głębiej wcisnął się w swój kąt powozu.
- Boże, obyśmy mieli wygódkę.
Dopiero wczesnym wieczorem wynajęty woźnica skierował powóz na prywatną, obsadzoną bukami aleję, która prowadziła do Ramsay House. Znużeni długo podróżą Hathawayowie wydali z siebie zbiorowe westchnienie ulgi, gdy ich oczom ukazała się wysoka linia dachu domu i kominy z cegieł.
- Zastanawiam się, jak sobie radzi Merripen - powiedziała Win z niepokojem. On sam, ich kucharka-gospodyni i lokaj wyjechali dwa dni wcześniej, aby przygotować dom na przybycie Hathawayów.
- Na pewno pracował dniami i nocami bez wytchnienia, spisując inwentarz, sprzątając i wydając komendy ludziom, którzy nie śmieli się mu przeciwstawić - odparła Amelia. -Jestem przekonana, że jest całkiem zadowolony.
Win się uśmiechnęła. Nawet blada i wyczerpana, promieniowała niezwykłym pięknem. Jej srebrnozłote włosy lśniły w słabnącym świetle dnia, tak jak porcelanowa cera. Jej profil wprawiłby w zachwyt każdego poetę i malarza. Patrzący na nią ludzie odczuwali pokusę, aby jej dotknąć, żeby się upewnić, że to żywa istota, a nie rzeźba.
Powóz zatrzymał się przed domem znacznie większym, niż Amelia się spodziewała. Żywopłot był całkiem zarośnięty, a gazony kwiatowe dusiły chwasty. Jeśli by wszystko wyplewić i odpowiednio przyciąć, otoczenie domu wyglądałoby uroczo. Budynek był asymetryczny, miał fasadę z cegły i kamienia, dach z płytki łupkowej i wielkie okna z szybkami osadzonymi w ołowiu.
Woźnica wyciągnął rozsuwany stopień i pomógł pasażerom wysiąść z powozu. Amelia stanęła na podjeździe, obserwując rodzeństwo.
- Dom i posiadłość są nieco zaniedbane - ostrzegła. - Nikt tu nie mieszkał od bardzo dawna.
- Nie potrafię pojąć, czemu - stwierdził Leo.
- Jest bardzo malowniczy - dodała z ożywieniem Win. Podróż z Londynu nadwyrężyła jej wątłe siły. Skuliła się w ramionach, a jej skóra naciągnęła na wysokich kościach policzkowych.
Gdy podniosła niewielką walizkę, Amelia podbiegła do niej i wzięła bagaż.
- Ja to zaniosę - powiedziała. - Tobie nie wolno nawet ruszyć palcem. Wejdźmy do środka i znajdźmy jakieś miejsce, żebyś mogła odpocząć.
- Ależ ja doskonale się czuję - zaprotestowała Win, gdy zaczęli wspinać się po schodach do drzwi.
Hol był wyłożony panelami, które kiedyś musiały być pomalowane, ale teraz zbrązowiały ze starości. Podłoga była podrapana i brudna. Wspaniała, okrągła klatka schodowa była pokryta kurzem i pajęczynami. Amelia zauważyła, że ktoś próbował oczyścić balustradę z kutego żelaza, ale na pierwszy rzut oka widać było, że jest to szalenie czasochłonne zajęcie.
Z jednego z bocznych korytarzy wyszedł do nich Merripen. Miał na sobie koszulę bez kołnierzyka i fularu, widać więc było fragment opalonej, lśniącej potem skóry. Z czarnymi włosami, opadającymi na czoło, i ciemnymi oczami, które uśmiechnęły się na ich widok, stanowił doprawdy uroczy obrazek.
- Spóźniliście się trzy godziny - stwierdził.
Śmiejąc się wesoło, Amelia wyjęła z rękawa chusteczkę i podała mu ją.
- W rodzinie, w której są cztery kobiety, pojęcie spóźnienia w ogóle nie istnieje.
Merripen przyglądał się Hathawayom, wycierając z twarzy kurz i pot. Jego wzrok zatrzymał się dłużej na Win.
Potem wrócił spojrzeniem do Amelii i zaczął zdawać jej zwięzły raport ze swoich poczynań. Zatrudnił dwie kobiety i chłopaka z wioski, aby pomogli uprzątnąć dom. Trzy sypialnie nadają się już do zamieszkania. Masę czasu poświęcili na domycie kuchni i pieca, a kucharka właśnie szykuje im coś ciepłego...
Przerwał nagle, gdy zauważył jakiś ruch za Amelią. Bezceremonialnie ją odsunął i w trzech krokach znalazł się przy Win.
Amelia zauważyła kątem oka, że wiotka figurka siostry chwieje się, a jej powieki opadają. Omdlała prosto w objęcia Merripena, który podniósł ją bez trudu, mrucząc, że powinna oprzeć głowę na jego ramieniu. Był równie opanowany i zimny jak zazwyczaj, ale nagle Amelię uderzyło, jak zaborczo przytula do siebie dziewczynę.
- Ta podróż to było dla niej za dużo - oznajmiła z troską. - Musi odpocząć.
Merripen spojrzał na nią bez wyrazu.
- Zabiorę ją na górę.
Win poruszyła się i zamrugała powiekami.
- Stałam spokojnie, dobrze się czułam i nagle ziemia uciekła mi spod nóg. Przepraszam. Gardzę omdleniami.
- Nic się nie stało. - Amelia uśmiechnęła się do niej z otuchą. - Merripen zabierze cię do łóżka. To znaczy... Zaniesie cię do twojej sypialni.
- Dam sobie radę sama. Po prostu zakręciło mi się w głowie. Merripen, postaw mnie na ziemię.
- Nie pokonałabyś w tym stanie nawet jednego stopnia - stwierdził, ignorując jej protesty i niosąc ją w kierunku schodów. Blada dłoń Win otoczyła jego szyję.
- Beatrix, pójdziesz z nimi? - zapytała ze sztucznym ożywieniem Amelia, wręczając siostrze walizkę. - Tu znajdziesz na pewno koszulę nocną Win. Pomóż jej się przebrać.
- Dobrze, oczywiście. - Beatrix czmychnęła na schody.
W holu zostali tylko Leo, Poppy i Amelia, która okręciła się powoli na pięcie, aby wszystko dokładnie obejrzeć.
- Prawnik uprzedził mnie, że posiadłość wymaga remontu. Moim zdaniem ruina to znacznie bardziej odpowiednie określenie. Czy to w ogóle da się odrestaurować, Leo?
W nieodległej przeszłości, choć mogło się wydawać, że było to wieki temu, Leo studiował przez dwa lata architekturę i sztukę w Grand Ecole des Beaux-Arts. Pracował także jako malarz i rysownik dla znanego londyńskiego architekta, Rowlanda Temple'a. Był wybitnym, obiecującym studentem i rozważał nawet otwarcie własnej pracowni. Teraz jednak wszystkie jego ambicje zgasły.
Leo obejrzał hol bez zainteresowania.
- O ile nie trzeba będzie ingerować w szkielet budynku, potrzebowalibyśmy na to co najmniej dwadzieścia pięć, trzydzieści tysięcy funtów.
Amelia dosłownie zbladła, gdy to usłyszała. Opuściła wzrok na podziurawioną podłogę i potarła skronie.
- Cóż, jedno jest oczywiste. Potrzebujemy pomocy zamożnych teściów. Co oznacza, że ty, Leo, powinieneś zacząć rozglądać się za młodymi spadkobierczyniami, a ty, Poppy - rzuciła siostrze kpiące spojrzenie - musisz upolować wicehrabiego, albo chociaż barona.
Leo wywrócił oczami.
- A ty? Nie rozumiem, czemu ty miałabyś zostać wykluczona z powinności wyjścia za mąż dla dobra rodziny?
Poppy popatrzyła na Amelię przebiegle.
- Kobiety w wieku Amelii nie myślą już o romansie i namiętności.
- Nigdy nic nie wiadomo - zauważył Leo. - Może uda się jej wydać za podstarzałego dżentelmena, który będzie potrzebował pielęgniarki.
Amelia na końcu języka miała gorzkie stwierdzenie, że już raz w życiu była zakochana i nie zamierza powtarzać tego doświadczenia. Zabiegał o jej względy najlepszy przyjaciel Leo, czarujący, młody architekt o nazwisku Christopher Frost, który razem z nim terminował u Rowlanda Temple'a. Jednak w dniu, w którym pozwoliła sobie uwierzyć, że należy spodziewać się oświadczyn, on zakończył ich znajomość brutalnie i obcesowo. Powiedział, że żywi uczucie do innej kobiety, która przypadkiem okazała się być córką Temple'a.
Tego należało spodziewać się po architekcie, oświadczył jej wtedy Leo, dręczony wyrzutami sumienia, oburzony ze względu na siostrę i cierpiący po stracie przyjaciela. Światem architektów rządziły relacje mistrz-uczeń i każdy z nich bezustannie gonił za patronem. Wszystko, nawet miłość, poświęcano na ołtarzu ambicji. Inaczej bowiem można było stracić kilka cennych okazji do praktykowania sztuki projektowania. Ślub z panną Temple zapewniał Frostowi pokaźny kawałek tortu. Przy Amelii nigdy by tego nie osiągnął. Ona mogła tylko dać mu swoją miłość.
Przełykając rozgoryczenie, Amelia spojrzała na brata i zdołała smutno się uśmiechnąć.
- Dziękuję ci bardzo, ale w tak zaawansowanym stadium życia, w którym się znalazłam, nie mam już ambicji, aby się wydać za mąż.
Leo zaskoczył ją ogromnie, gdy się pochylił i wycisnął na jej czole delikatny pocałunek. Jego głos był łagodny i pełen ciepła.
- Myślę, że pewnego dnia spotkasz mężczyznę, dla którego zgodzisz się poświęcić swoją niezależność. - Uśmiechnął się szeroko. - Pomimo twego szalenie zaawansowanego wieku.
Na chwilę umysł Amelii wrócił we wspomnieniach do pocałunku w ciemnościach, do ust, pożerających ją powoli, do delikatnych, męskich dłoni, do szeptu w uchu. Latcho drom...
Gdy brat odwrócił się, żeby odejść, zawołała za nim lekko rozdrażniona:
- Dokąd się wybierasz? Leo, nie możesz mnie tu tak zostawić.
Zatrzymał się i obejrzał, unosząc brwi.
- Od tygodnia wlewasz mi do gardła niesłodzoną herbatę. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałbym się teraz wysikać.
Przymknęła powieki.
- Potrafię wymyślić co najmniej tuzin kulturalnych eufemistycznych określeń, których mogłeś użyć.
Leo szedł dalej.
- Nie używam eufemizmów.
- I nie ma w tobie za grosz kultury - zawołała za nim jeszcze, na co Leo się roześmiał.
Gdy w końcu wyszedł, Amelia skrzyżowała ramiona na piersi i westchnęła.
- Jest znacznie milszy, gdy wytrzeźwieje. Szkoda, że nie zdarza się to zbyt często. Chodź, Poppy, znajdziemy kuchnię.
Stęchłe powietrze i wszechobecny w domu kurz miały fatalny wpływ na płuca biednej Win, która praktycznie przez całą noc bezustannie kaszlała. Amelia budziła się niezliczoną ilość razy, aby podać jej wodę, otworzyć okno, podpierać ją, dopóki spazmy nie zelżały, i przez to przywitała poranek z zaczerwienionymi oczami.
- To jak spanie w popielniku - oznajmiła Merripenowi. - Lepiej będzie, jeśli Win spędzi dzisiejszy dzień na świeżym powietrzu. Musimy porządnie wysprzątać jej pokój. Trzeba wytrzepać dywany. A okna są po prostu odrażająco brudne.
Wszyscy jeszcze spali, ale Merripen, podobnie jak Amelia, był rannym ptaszkiem. W ubraniu roboczym i niezapiętej koszuli stał, marszcząc brwi, i przysłuchiwał się relacji Amelii.
- Jest wyczerpana od tego całonocnego kaszlu, a jej gardło jest tak obolałe, że z trudem mówi. Próbowałam namówić ją na herbatę i grzanki, ale odmówiła.
- Przekonam ją, żeby zjadła.
Amelia spojrzała na niego zdumiona. Choć nie powinna jej przecież dziwić jego stanowczość. Merripen pomagał jej pielęgnować Win i Leo w czasie epidemii szkarlatyny. Bez niego żadne z nich by nie przeżyło.
- A ty w tym czasie - kontynuował Merripen - zrób listę rzeczy, które są ci potrzebne. Dziś pojadę do wioski.
Amelia kiwnęła głową, wdzięczna za jego niezawodność i spolegliwość.
- Mam iść obudzić Leo? Mógłby pomóc...
- Nie.
Uśmiechnęła się drwiąco, doskonale wiedząc, że brat byłby im bardziej zawadą niż pomocą.
Zeszła na dół i poprosiła Freddiego, chłopca z wioski, o pomoc przy przeniesieniu wiekowej leżanki na tyły domu. Ustawili mebel na wyłożonym cegłami tarasie, z którego rozpościerał się widok na zachwaszczony ogród, graniczący z bukowym żywopłotem. Ogród na gwałt potrzebował troskliwej ręki - należało go wydarniować i przesadzić kwiaty, a także naprawić kruszejące murki.
- Jest tu praca do wykonania, panienko - skomentował Freddie, pochylając się, aby wyrwać wysoki chwast spomiędzy kamieni tarasu.
- Freddie, jesteś mistrzem niedopowiedzeń - skomplementowała Amelia chłopca, który na oko nie miał więcej niż trzynaście lat. Był krzepki i rumiany, a jego włosy sterczały na wszystkie strony jak piórka rudzika. - Lubisz pracę w ogrodzie? - zapytała. - Znasz się na tym?
- Zajmuję się grządką mamy.
- A chciałbyś zostać ogrodnikiem lorda Ramsaya?
- A ile płacą, proszę pani?
- Czy dwa szylingi tygodniowo to godziwa stawka?
Freddie spojrzał na nią z namysłem i podrapał się po perkatym nosie.
- Brzmi całkiem rozsądnie. Ale musi pani zapytać mamę.
- Powiedz mi, gdzie mieszka, a odwiedzę ją jeszcze tego ranka.
- Dobrze. To niedaleko, mieszkamy w tej najbliższej części wsi.
Uścisnęli sobie dłonie, aby przypieczętować umowę, porozmawiali jeszcze chwilę, a potem Freddie odszedł, aby przyjrzeć się szopie ogrodnika.
Na dźwięk głosów Amelia odwróciła się i zobaczyła, jak Merripen wynosi jej siostrę na zewnątrz. Win wciąż była w koszuli nocnej, ale miała na sobie szlafrok i była opatulona szalem. Szczupłym ramieniem oplatała szyję Merripena. W białym przyodziewku, z jasnymi włosami i bladą cerą, była praktycznie pozbawiona kolorów - wyjątek stanowiły delikatnie zaróżowione policzki i żywy błękit oczu.
- ...to lekarstwo było najgorsze - opowiadała radosnym głosem.
- Zadziałało - wytknął Merripen, pochylając się, aby delikatnie ułożyć ją na leżance.
- Co nie znaczy, że wybaczę ci to, że mnie tyranizowałeś, dopóki go nie wzięłam.
- Dla twojego własnego dobra.
- Jesteś tyranem - powtórzyła Win, uśmiechając się do jego ciemnej twarzy.
- Tak, wiem - mruknął Merripen, otulając ją kocem z wyjątkową delikatnością.
Zachwycona polepszającym się stanem zdrowia siostry, Amelia podeszła do nich z szerokim uśmiechem na ustach.
- Jest naprawdę okropny. Ale jeśli zdoła przekonać jeszcze kilka mieszkańców wioski do pomocy w sprzątaniu dworu, będziesz musiała mu wybaczyć, Win.
Błękitne oczy Win zamigotały wesoło. Przemówiła do Amelii, ze spojrzeniem utkwionym wciąż w Merripenie.
- Pokładam ogromną wiarę w siłę jego perswazji.
Gdyby powiedział to ktoś inny, zabrzmiałoby to na pewno jak zaproszenie do flirtu. Amelia była jednak przekonana, że Win nie traktuje Merripena w kategoriach mężczyzny. Dla niej był tylko uprzejmym, starszym bratem, nikim więcej.
Uczucia Merripena natomiast były nieco bardziej niejednoznaczne.
Na cegłach tarasu przysiadła ciekawska szara kawka. Skrzeknęła parę razy, a potem niepewnie przysunęła się w kierunku Win.
- Przykro mi, nie mam się czym z tobą podzielić - odparła dziewczyna.
Do ich rozmowy włączył się nowy głos.
- Właśnie, że już masz! - To była Beatrix, zmierzająca do nich z tacą śniadaniową, na której stał talerzyk z grzankami i filiżanka herbaty. Jej kręcone, ciemne włosy były ściągnięte do tyłu w niedbały węzeł. Miała na sobie biały bezrękawnik i sukienkę w kolorze jagód.
Dziewczynka w jej wieku nie powinna zakładać bezrękawnika, pomyślała Amelia. Piętnastoletnie panny noszą już spódnice do ziemi. I gorsety, Boże dopomóż. Wydarzenia ostatniego roku zepchnęły jednak kwestię stroju najmłodszej pociechy Hathawayów na daleki plan. Musi zabrać Beatrix i Poppy do krawcowej i uszyć im całkiem nową garderobę. Dodała kolejną pozycję do długiej listy wydatków, którą nosiła w głowie, i zmarszczyła brwi.
- Twoje śniadanie, Win - oznajmiła Beatrix, kładąc tacę na kolanach siostry. - Czujesz się na tyle dobrze, żeby posmarować sobie grzankę masłem, czy ja mam to zrobić?
- Poradzę sobie, dziękuję. - Win przesunęła stopy i zaprosiła gestem Beatrix, aby usiadła na drugim końcu leżanki.
Beatrix natychmiast posłuchała.
- Poczytam ci trochę, gdy będziesz tu siedzieć - poinformowała siostrę, sięgając do jednej z ogromnych kieszeni bezrękawnika. Wyjęła małą książeczkę i zaczęła nią kusząco wymachiwać. - Podarowała mi ją Philomena Parsons, moja najlepsza przyjaciółka na całym świecie. Powiedziała, że to straszliwa historia, pełna zbrodni, grozy i mściwych zjaw. Czy to nie brzmi uroczo?
- Myślałam, że twoją najlepszą przyjaciółką jest Edwina Huddersneld - powiedziała Win.
- Och, nie, to było całe tygodnie temu. Obecnie nawet ze sobą nie rozmawiamy. - Beatrix wygodnie usadowiła się w rogu, po czym spojrzała na starszą siostrę z zakłopotaniem. - Win? Masz przedziwny wyraz twarzy. Czy coś się stało?
Win zamarła z uniesioną do ust filiżanką, a jej błękitne oczy rozszerzyły się z przerażenia.
Amelia podążyła za jej wzrokiem i zobaczyła niewielkie, wyglądające jak gad stworzenie, które pełzło zygzakiem po ramieniu Beatrix. Na ten widok Amelia krzyknęła ostro i rzuciła się naprzód z wyciągniętymi rękami.
Beatrix spojrzała na swoje ramię.
- O, kurczę! Miałeś zostać w kieszeni. - Chwyciła wijące się stworzonko i pogłaskała je delikatnie. - Nakrapiana jaszczurka zwinka - oznajmiła. - Czyż nie jest uroczy? Znalazłam go wczoraj wieczorem w swoim pokoju.
Amelia opuściła ręce i oniemiała przyglądała się siostrze.
- Zrobiłaś z jaszczurki zwierzątko domowe? - zapytała słabo Win. - Beatrix, kochanie, czy nie uważasz, że on byłby szczęśliwszy w lesie, gdzie jego miejsce?
- Ze wszystkimi tymi drapieżnikami? - oburzyła się dziewczynka. - Kropek nie przetrwałby nawet minuty.
Amelia w końcu odzyskała głos.
- Przy mnie też długo nie pożyje. Pozbądź się go, Bea, albo rozpłaszczę go pierwszym ciężkim narzędziem, które nawinie mi się pod rękę.
- Zamordowałabyś moje zwierzątko?
- Jaszczurek się nie morduje, Bea, je się tępi. - Doprowadzona na skraj rozpaczy Amelia odwróciła się do Merripena. - Znajdź w wiosce jakąś pomoc do sprzątania. Bóg jeden wie, ile jeszcze niechcianych stworzeń czai się gdzieś w tym domiszczu. Poza Leo, rzecz jasna.
Merripen od razu zniknął.
- Kropek to zwierzątko idealne - oznajmiła wojowniczo Beatrix. - Nie gryzie i jest już przyuczony.
- Zabraniam ci hodowania zwierzątek z łuskami.
Beatrix spojrzała na siostrę z buntem w oczach.
- Jaszczurka zwinka to rdzenny mieszkaniec Hampshire. Kropek ma większe prawo tu mieszkać niż my.
- Tak czy inaczej, mieszkać razem nie będziemy. - Amelia postanowiła się wycofać, zanim powie coś, czego by potem żałowała. Zastanawiała się, dlaczego Beatrix musi sprawiać tyle kłopotów, gdy tak wiele rzeczy jest do zrobienia. Zaraz jednak jej wargi rozciągnęły się w uśmiechu, gdy uświadomiła sobie, że piętnastolatki nie sprawiały kłopotów z wyboru. One po prostu takie były.
Uniosła naręcze spódnic, aby zyskać swobodę ruchów i żwawym krokiem wbiegła po schodach na górę. Nikt nie zapowiedział się z wizytą, oni też nie zamierzali ich składać, dlatego zdecydowała się nie zakładać tego dnia gorsetu. Wspaniale było móc oddychać tak głęboko, jak tylko chciała i poruszać się swobodnie po domu.
Przepełniona determinacją, zaczęła dobijać się do drzwi Leo.
- Wstawaj, śpiochu!
Zza ciężkich, dębowych paneli dobiegła ją wiązanka przekleństw.
Uśmiechając się, weszła do pokoju Poppy. Odsłoniła okno, wzniecając chmurę pyłu, która zakręciła jej w nosie.
- Poppy, już... apsik!... czas wstawać.
Poppy naciągnęła kołdrę po sam czubek głowy.
- Jeszcze nie - rozbrzmiał jej stłumiony protest.
Amelia przysiadła na brzegu materaca i ściągnęła pościel ze swojej dziewiętnastoletniej siostry. Poppy wciąż jeszcze była oszołomiona i zaspana. Na jej policzku odcisnął się ślad zagięcia na poszewce. Jej brązowe włosy, o cieplejszym, bardziej rudawym odcieniu niż włosy Amelii, zbiły się w plątaninę loków.
- Nie cierpię poranków - wymamrotała Poppy. - I nie lubię, gdy budzi mnie ktoś, kto jest z tego tak wyraźnie, cholernie zadowolony.
- Przepraszam. - Nie przestając się uśmiechać, Amelia zaczęła delikatnie odgarniać siostrze włosy z twarzy.
- Mm. - Poppy zamknęła oczy. - Mama tak robiła. Jak miło.
- Naprawdę? - Amelia delikatnie położyła dłoń na wypukłości czaszki Poppy. - Kochanie, muszę iść do wioski, zapytać mamę Freddiego, czym możemy go zatrudnić na posadzie ogrodnika.
- Nie jest aby trochę za młody?
- Nie w porównaniu z innymi kandydatami do tej pracy.
- Nie ma innych kandydatów.
- Dokładnie. - Podeszła do walizy Poppy, leżącej w rogu pokoju i podniosła leżący na stosie ubrań kapelusz. - Czy mogę go pożyczyć? Mojego jeszcze nie naprawiono.
- Oczywiście, ale... idziesz już teraz?
- To nie potrwa długo. Szybko się z tym uwinę.
- Chcesz, żebym poszła z tobą?
- Dziękuję ci za propozycję, ale nie ma takiej potrzeby. Ubierz się i zjedz śniadanie. I dotrzymaj towarzystwa Win. Teraz opiekuje się nią Beatrix.
- Och. - Poppy szeroko otworzyła oczy. - To w takim razie się pospieszę.
Rozdział 5
Był przyjemnie chłodny, prawie bezchmurny dzień - klimat południa był znacznie łagodniejszy niż londyński. Amelia przeszła energicznym krokiem przez sad, który graniczył z ogrodem. Gałęzie jabłoni uginały się pod ciężarem dużych, zielonych owoców. Te, które opadły, zostały już nadjedzone przez jelenie i inne zwierzęta, lub leżały na ziemi, gnijąc.
Amelia przystanęła, aby zerwać jabłko z niskiej gałęzi, wytarła je o swój rękaw i odgryzła kęs. Owoc miał intensywny, kwaśny smak.
Tuż obok niej przeleciała pszczoła i Amelia poderwała głowę, zaniepokojona. Od zawsze bała się pszczół. Próbowała sobie rozsądkiem wyperswadować te obawy, ale nie potrafiła opanować paniki, która ją ogarniała, ilekroć te przeklęte owady pojawiały się w pobliżu.
Za sadem rozpościerała się podmokła łąka. Pomimo późnej pory roku, wszędzie kwitła rukiew wodna. Liście o delikatnym, podobnym do pieprzu smaku, jej znane jako "chleb biedaków", były zbierane całymi naręczami przez lokalnych wieśniaków i używane do wszystkiego - od zupy po nadzienie do gęsi. Zrobi to samo, gdy będzie wracać, zadecydowała.
Najkrótsza droga do wioski prowadziła przez posiadłość lorda Westcliffa. Gdy Amelia przekroczyła niewidoczną granicę pomiędzy Ramsay a Stony Cross, dosłownie wyczuła w powietrzu zmianę. Szła obrzeżami szeleszczącego lasu, zbyt gęstego, aby światło słońca mogło się przebić przez sklepienie koron. Okolica wyglądała bogato i tajemniczo, stare drzewa głęboko wrosły w ciemną, żyzną glebę. Amelia zdjęła kapelusz i trzymając go za rondo, odwróciła twarz do słońca.
Ta ziemia należała do Westcliffów od pokoleń. Zastanawiała się, jakimi ludźmi są hrabia i jego rodzina. Na pewno szalenie poprawnymi tradycjonalistami, stwierdziła. Nie ucieszy ich wiadomość, że Ramsay House wpadł w ręce źle wychowanych Hathawayów, w żyłach których płynie zwyczajna, czerwona krew.
Weszła na wydeptaną ścieżkę, która przecinała las i wystraszyła parę białorzytek, które zerwały się do lotu z oburzonymi okrzykami. Cała okolica tętniła życiem, wokoło niej fruwały motyle o tak żywym ubarwieniu, że wydawały się wręcz nienaturalne i chrząszcze, lśniące jak iskierki. Nie zbaczając z dróżki, Amelia uniosła spódnice, które zamiatały ze ściółki opadłe liście.
Z leszczynowego zagajnika wyszła na rozległe, suche pole. Puste. I złowieszczo ciche. Żadnych głosów, świergotu ptaków, brzęczenia pszczół czy brzęczenia pasikoników. Nagle poczuła, że instynktownie napina mięśnie, próbując stawić czoła nieznanemu zagrożeniu. Ostrożnie zaczęła się piąć w górę po wzniesieniu doliny.
Gdy dotarła na szczyt prawie płaskiego wzgórza, przystanęła zdumiona na widok gigantycznej metalowej konstrukcji, która wyglądała jak zjeżdżalnia podparta nóżkami i przechylona pod ostrym kątem.
Jej uwagę przykuło jakieś zamieszanie na horyzoncie... Zza czegoś, co wyglądało jak niewielkie drewniane schronienie, wyskoczyło dwóch mężczyzn... Krzyczeli i machali do niej rękami.
Amelia natychmiast uświadomiła sobie, że natknęła się na poważne niebezpieczeństwo, a chwilę później dojrzała dymiący się, iskrzący ślad, który niczym wąż uniósł się z metalowej zjeżdżalni.
Raca?
Niewiele wiedziała o materiałach wybuchowych, ale była pewna, że jeżeli lont został podpalony, już nic takiego pocisku nie powstrzyma. Opadła na rozgrzaną słońcem trawę i przykryła głowę ramionami, spodziewając się, że zaraz zostanie rozerwana na kawałki. Upłynęło zaledwie kilka chwil, gdy krzyknęła ze strachu, czując, że opada na nią duże, ciężkie ciało. Nie, nie opada, rzuca się. Mężczyzna zakrył ją całą, kolanami opierając się na ziemi po obu jej stronach, jakby próbował z własnego ciała stworzyć schron.
W tym momencie powietrze rozdarła ogłuszająca eksplozja, coś świsnęło dziko nad ich głowami, a ziemia pod nimi się zatrzęsła. Zbyt oszołomiona, aby się ruszyć, Amelia próbowała wziąć się w karby. Jej uszy wypełniły się wysokim brzęczeniem.
Jej towarzysz tkwił nad nią w bezruchu, dysząc ciężko w jej włosy. W powietrzu unosiła się gryząca woń dymu, ale nawet przez niego Amelia poczuła przyjemny, męski zapach słonej skóry, mydła i jakiejś bliskiej jej wspomnieniom przyprawy, której nie potrafiła rozpoznać. Hałas w uszach nikł. Podniosła się na łokciach i poczuła na plecach solidną zaporę jego klatki piersiowej, ujrzała podwinięte do przedramion rękawy koszuli, odsłaniające imponującą muskulaturę i coś jeszcze...
Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia na widok małego, stylowego tatuażu na jego ramieniu. Czarny, uskrzydlony koń z oczami koloru siarki. Był to irlandzki wzór przedstawiający pukę: diaboliczne, mityczne stworzenie, które mówiło ludzkim głosem i porywało ludzi o północy.
Jej serce dosłownie stanęło, gdy zobaczyła na kciuku masywną obrączkę. Kobieta zaczęła się wiercić, aby przewrócić się na plecy. Wokół jej ramion zacisnęła się silna dłoń, oferując pomoc. Usłyszała znajomy, niski głos.
- Jest pani ranna? Tak mi przykro. Stała pani na drodze...
Urwał, gdy Amelia w końcu zdołała odwrócić się do niego twarzą. Jej włosy w międzyczasie wyswobodziły się ze szpilek. Jeden z loków opadł na jej twarz, ograniczając jej widzenie. Nie zdążyła go odsunąć, on zrobił to za nią, a muśnięcie jego palców rozpaliło ogień w jej ciele.
- Ty - powiedział miękko.
Cam Rohan.
To niemożliwie, pomyślała oszołomiona. Tu, w Hampshire? Spoglądały jednak na nią złotoorzechowe, ocienione długimi rzęsami oczy, których nie można było nie poznać, ciemne włosy i wykrzywione wargi. I jeszcze ten pogański błysk diamentu w uchu.
Patrzył na nią z niepokojem, jakby przypominała mu coś, o czym wolał zapomnieć. Jednak gdy przesunął wzrokiem po jej zdumionej twarzy, kąciki jego ust uniosły się i przytulił się do niej wygodniej z bezczelną obcesowością, która na chwilę pozbawiła ją tchu.
- Pan Rohan... jak... dlaczego... co pan tu robi?
Odpowiedział jej, nawet nie drgnąwszy, jakby zamierzał leżeć tak i konwersować cały dzień. Jego nieskończenie uprzejmy ton niepokojąco kontrastował z intymnością ich położenia.
- Panna Hathaway. Cóż za miła niespodzianka. Tak się akurat składa, że przyjechałem z wizytą do przyjaciół. A pani?
- Mieszkam tu.
- Nie sądzę. To majątek lorda Westcliffa.
Jej serce tłukło się w piersi, gdy jej ciało wchłaniało jego ciepło.
- Nie miałam na myśli dokładnie tego miejsca, chodziło mi o drugą stronę zagajnika. O Ramsay. Właśnie przejęliśmy posiadłość. - Pod wpływem zdenerwowania i strachu nie mogła powstrzymać się przed paplaniem. - Co to był za hałas? Co pan robił? Dlaczego ma pan na ramieniu tatuaż? To puka, z irlandzkich podań, prawda?
Ostatnie pytanie przykuło całą jego uwagę. Zanim zdołał odpowiedzieć, podeszli do nich dwaj mężczyźni. Leżąc na brzuchu, Amelia widziała ich do góry nogami. Tak jak Rohan, mieli na sobie zwykłe koszule i niezapięte kamizelki.
Pierwszy był korpulentny, starszy i siwy. Na szyi miał zawieszony mały sekstans z drewna i metalu. Drugi, czarnowłosy mężczyzna, nie mógł mieć więcej niż czterdzieści lat. Nie był tak wysoki jak Rohan, ale towarzyszyła mu aura autorytarności i arystokratycznej arogancji.
Amelia poruszyła się bezradnie, więc Rohan podniósł ją z ziemi jednym płynnym ruchem i podtrzymał ramieniem.
- Jak daleko poleciała? - zapytał towarzyszy.
- Do diabła z rakietą - padła ponura odpowiedź. - Jaki jest stan kobiety?
- Nic jej nie jest.
- Imponujące, Rohan - zauważył srebrnowłosy dżentelmen. - Pokonałeś dystans pięćdziesięciu jardów w pięć, może sześć sekund.
- Nie mogłem przegapić szansy zbicia z nóg pięknej kobiety - odparł Rohan. Starszy mężczyzna zachichotał.
Ręka Rohana cały czas spoczywała na krzyżu Amelii. Od jego lekkiego dotyku krew w niej wrzała.
Odsuwając się od rozpraszającej myśli pieszczoty, Amelia uniosła dłonie i założyła za uszy opadające na oczy loki.
- Dlaczego odpalają panowie rakiety? I co ważniejsze, dlaczego w kierunku mojej posiadłości?
Nieznajomy stojący obok rzucił jej ostre, taksujące spojrzenie.
- Pani posiadłości?
- Lordzie Westcliff - wtrącił się Rohan. - To panna Amelia Hathaway. Siostra lorda Ramsaya.
Marszcząc brwi, Westcliff wykonał idealny ukłon.
- Panno Hathaway. Nie poinformowano mnie o państwa przybyciu. Gdybym był go świadomy, uprzedziłbym panią o naszych eksperymentach, tak jak wszystkich innych sąsiadów.
Było jasne, że Westcliff to mężczyzna, który oczekiwał, że będzie się go informować o wszystkim. Wyglądał na zirytowanego, że ci nowi sąsiedzi ośmielili się wprowadzić do swojego własnego domu, nie uprzedzając go o tym fakcie.
- Przyjechaliśmy dopiero wczoraj, milordzie - odparła Amelia. - Zamierzałam złożyć wizytę, gdy tylko zapoznamy się z okolicą. - W normalnych okolicznościach na tym by poprzestała, jednak wciąż była wytrącona z równowagi i nie zdołała powstrzymać się od komentarza. - Cóż, muszę powiedzieć, że przewodnik nie ostrzegł nas przed możliwością pojawienia się rakiety na spokojnym niebie Hampshire. - Wyciągnęła dłoń i strzepnęła ze spódnic kurz i liście, które się do niej przykleiły. - Jestem pewna, ze nie zna pan Hathawayów na tyle dobrze, aby w nas strzelać. Jeszcze. Gdy jednak lepiej się poznamy, nie wątpię, że znajdzie pan niejeden powód, aby wytoczyć ciężką artylerię.
Usłyszała nad głową śmiech Rohana.
- Biorąc pod uwagę nasze kłopoty z precyzyjnym celowaniem, nie ma się pani czego obawiać, panno Hathaway.
- Rohan, czy nie miałbyś nic przeciwko temu, aby znaleźć rakietę... - odezwał się srebrnowłosy mężczyzna.
- Oczywiście. - Rohan kilkoma susami zbiegł ze wzgórza.
- Niezwykle zwinny młodzieniec - oznajmił z aprobatą w głosie starszy pan. - Szybki jak leopard. A przy tym opanowany w ruchach i czynach. Byłby doskonałym saperem.
Potem przedstawił się jako kapitan Swansea, były oficer armii brytyjskiej. Wyjaśnił Amelii, że jest zagorzałym entuzjastą techniki rakietowej i obecnie kontynuuje swoje badania jako cywil. Jako przyjaciel lorda Westcliffa, który podzielał jego inżynieryjne zainteresowania, Swansea przybył do Hampshire, aby eksperymentować z nowym projektem, bo tu było wystarczająco dużo wolnej przestrzeni. Lord Westcliff zwerbował do pomocy Cama Rohana, który opracowywał matematyczną stronę całego przedsięwzięcia.
- Doprawdy niezwykła jest swoboda, z jaką ów młody człowiek para się liczbami - powiedział Swansea. - Na pierwszy rzut oka nie można byłoby się tego po nim spodziewać.
Amelia mogła się tylko z nim zgodzić. Z własnego doświadczenia wiedziała, że naukowcy, tak jak jej ojciec, byli bladzi, bo spędzali zbyt dużo czasu w zamkniętych pomieszczeniach, mieli brzuszki, nosili okulary i pomięte, tweedowe marynarki. Rzadko natomiast bywali młodymi mężczyznami o egzotycznym wyglądzie pogańskich książąt, którzy nosili złote pierścionki i tatuaże.
- Panno Hathaway - odezwał się lord Westcliff - z tego, co wiem, od prawie dekady w progi rezydencji nie zawitał żaden Ramsay. Trudno mi wierzyć, że po tak długim czasie dom nadaje się do zamieszkania.
- Och, jest w naprawdę dobrej kondycji - skłamała radośnie Amelia. - Oczywiście wymaga generalnych porządków i kilku drobnych napraw, ale całkiem nam tam wygodnie.
Była pewna, że brzmi przekonująco, ale Westcliff spojrzał na nią sceptycznie.
- Dziś wieczorem wydajemy w Stony Cross kolację. Proszę przyprowadzić rodzinę. Będzie to doskonała okazja, aby poznać sąsiadów, między innymi pastora.
Kolacja z lordem i lady Westcliff. Boże, dopomóż.
Gdyby Hathawayowie wypoczęli już po podróży, gdyby Leo jeszcze nieco dłużej pozostał na ścieżce trzeźwości, gdyby mieli odpowiednie na taką okazję stroje, gdyby dano im wystarczająco dużo czasu, aby wszyscy nauczyli się etykiety... Amelia mogłaby wtedy rozważyć przyjęcie zaproszenia. Ale w tych okolicznościach było to niemożliwe.
- Jest pan niezwykle uprzejmy, milordzie, ale muszę odmówić. Dopiero przyjechaliśmy, a większość naszych ubrań nie została jeszcze rozpakowana...
- Okazja jest nieformalna.
Amelia szczerze wątpiła, czy jego definicja tego słowa pokrywa się z jej definicją.
- To nie tylko kwestia ubioru, milordzie. Jedna z moich sióstr jest bardzo słabego zdrowia, wizyta byłaby dla niej zbyt dużym obciążeniem. Musi porządnie wypocząć po długiej podróży z Londynu.
- W takim razie jutro. Kolacja będzie znacznie skromniejsza i nie powinna stanowić żadnego obciążenia.
Nie mogła odmówić, skoro wciąż nalegał. Przeklinając się za to, że nie została tego ranka w Ramsay House, Amelia zmusiła się do uśmiechu.
- Doskonale, milordzie. Jesteśmy dozgonnie wdzięczni za pańską gościnność.
Wrócił Rohan, oddychając szybko po wysiłku. Jego skóra pokryła się mgiełką potu i teraz świeciła jak polerowany brąz.
- Nie zboczyła z kursu - powiedział do Westcliffa i Swansea'ego. - Stateczniki zadziałały. Pokonała dystans mniej więcej dwustu jardów.
- Wspaniale! - zawołał Swansea. - Ale gdzie rakieta?
Zęby Rohana błysnęły w uśmiechu.
- Zagrzebana w głębokiej, dymiącej się dziurze. Potem ją wykopię.
- Dobrze, musimy ocenić stan obudowy i wewnętrznego rdzenia. - Swansea aż poczerwieniał na twarzy z radości. Użył chusteczki, aby obetrzeć swe ukontentowane oblicze. - Cóż to był za ekscytujący poranek.
- Może już czas wracać do domu, kapitanie? - zasugerował Westcliff.
- Tak, na pewno. - Swansea ukłonił się Amelii. - Była to dla mnie przyjemność, panno Hathaway. Niezwykle dzielnie zniosła pani niespodziewany atak rakietowy, jeśli mogę tak powiedzieć.
- Przy następnej wizycie, kapitanie, nie omieszkam wziąć mojej białej flagi.
Swansea zachichotał i pożegnał się.
Lord Westcliff spojrzał na Cama Rohana.
- Ja odprowadzę kapitana, a ty dopilnuj, żeby panna Hathaway bezpiecznie dotarła do domu.
- Oczywiście - padła natychmiastowa odpowiedź.
- Dziękuję za troskę - powiedziała Amelia - ale nie ma takiej potrzeby. Znam drogę, a to całkiem niedaleko.
Jej protest został zignorowany. Została sam na sam z Camem Rohanem, podczas gdy jego dwaj towarzysze się oddalili.
- Naprawdę nie jestem bezbronną panienką - stwierdziła. - Nie trzeba mnie nigdzie odprowadzać. Poza tym, w świetle pana poprzedniego zachowania, bezpieczniejsza będę chyba właśnie, jeśli wrócę sama.
Na chwilę zapadła cisza. Rohan przechylił głowę i popatrzył na nią z ciekawością.
- Poprzedniego zachowania?
- Wie pan doskonale, o czym... - Urwała i zarumieniła się na wspomnienie pocałunku w ciemnościach. - Mam na myśli to, co wydarzyło się w Londynie.
Spojrzał na nią z uprzejmym zakłopotaniem.
- Obawiam się, że nie wiem, o czym pani mówi.
- Chyba nie będzie pan udawał, że pan nie pamięta - zawołała. A może naprawdę zapomniał? Całował zapewne legiony kobiet, nie mógł zapamiętać wszystkich. - Czy zaprzeczy pan również, że ukradł jedną ze wstążek mojego kapelusza?
- Ma pani niezwykle bujną wyobraźnię, panno Hathaway. - Jego ton był nijaki, ale w oczach tlił się prowokacyjny uśmieszek.
- Ależ to nieprawda. Cała moja rodzina żyje w świecie wyobraźni. Ja desperacko trzymam się rzeczywistości. - Odwróciła się i zaczęła iść szybkim krokiem. - Wracam do domu. Nie ma potrzeby, aby mnie pan odprowadzał.
Rohan całkowicie zignorował jej oświadczenie i poszedł za nią - na każde dwa jej kroki przypadał jego jeden. Pozwolił jej narzucić tempo. Na otwartej przestrzeni wydawał się nawet większy, niż to zapamiętała.
- Gdy zobaczyła pani moje ramię - mruknął. - Ten tatuaż... Skąd pani wiedziała, że to puka?
Amelia zastanawiała się chwilę nad odpowiedzią. Cienie gałęzi krzyżowały się na ich twarzach. Po niebie szybował jastrząb z czerwonym ogonem, który szybko zniknął za gęstą linią drzew.
- Studiowałam irlandzki folklor - oznajmiła w końcu. - Ten puka to niegodziwe, niebezpieczne stworzenie. Sprowadzone na świat, by przyczynić ludziom koszmarów. Dlaczego przyozdobił pan swoje ciało właśnie tym wzorem?
- Zrobiono mi go, gdy byłem dzieckiem. Nie pamiętam już kiedy.
- Ale w jakim celu? Jakie jest jego znaczenie?
- Moja rodzina nigdy mi tego nie wyjaśniła. - Rohan wzruszył ramionami. - Może mogliby to zrobić teraz, ale od lat ich nie widziałem.
- A czy mógłby ich pan odnaleźć, gdyby zechciał?
- Gdybym miał czas. - Jakby od niechcenia zapiął marynarkę i zrolował rękawy, zakrywając pogański symbol. - Pamiętam opowieści mojej babki o puce. Namawiała mnie, żebym w niego uwierzył. Sama chyba także wierzyła. Praktykowała tradycyjną magię.
- To znaczy? Przepowiadała przyszłość?
Rohan potrząsnął głową i wsunął dłonie do kieszeni spodni.
- Nie - stwierdził z rozbawieniem - chociaż czasami robiła to dla gadziów. Tradycyjna magia to wiara, że w naturze wszystko jest połączone i równe sobie. Wszystko żyje. Nawet drzewa mają dusze.
Amelia była zafascynowana. Niemożliwością było namówić Merripena do opowieści o jego dawnym życiu, czy wierzeniach Romów, a oto stał przed nią człowiek, który wydawał się chcieć z nią rozmawiać o wszystkim.
- A czy pan wierzy w tę tradycyjną magię?
- Nie, ale podoba mi się sama idea. - Rohan ujął ją za łokieć, aby pomóc jej na nierównej ścieżce. Puścił ją, zanim zdołała zaprotestować przeciwko temu łagodnemu dotykowi. - Puka nie jest niegodziwy. Czasami jego złe uczynki wypływają z umiłowania do psot i figli.
Spojrzała na niego sceptycznie.
- Pan uważa, że to zabawne, gdy jakaś istota wrzuca sobie pana na grzbiet, szybuje do nieba, a potem zrzuca pana do sadzawki lub bagna?
- To tylko jedna strona tego zagadnienia - przyznał Rohan z uśmiechem. - Ale przecież liczy się też to, że puka pragnie zabrać panią na poszukiwanie przygody, pokazać miejsca, które mogła pani widywać tylko w snach. A potem odwozi panią do domu.
- Legendy głoszą, że po takiej podróży człowiek już nigdy nie będzie taki sam.
- Nie - rzekł łagodnie. - Przecież nie mógłby być.
Nawet sobie tego nie uświadamiając, Amelia zwolniła kroku. Nie mogła przecież kroczyć tak dziarsko w taki słoneczny, ciepły dzień. I z tym niezwykłym mężczyzną u boku - mrocznym, niebezpiecznym i czarującym.
- Naprawdę nie spodziewałam się spotkać pana w posiadłości lorda Westcliffa. Jak się panowie zaprzyjaźnili? Jest, jak podejrzewam, członkiem klubu.
- Tak. I przyjacielem właściciela tego klubu.
- Czy pozostali goście lorda Westcliffa akceptują pana obecność w Stony Cross?
- Pyta pani, bo jestem Romem? - Uśmiechnął się przebiegle. - Obawiam się, że nie mają wyboru, muszą być dla mnie uprzejmi. Po pierwsze, przez szacunek dla hrabiego. A poza tym większość z nich jest zobligowana do spotkań ze mną, gdy ubiegają się o kredyt w klubie, co oznacza, że mam dostęp do informacji o stanie ich majątku.
- Już nie mówiąc o skandalach - dodała Amelia, wspominając bijatykę w alejce.
Cam uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Tak bywa.
- Niemniej jednak czasami musi się pan czuć tam obco.
- Zawsze - przyznał. - Wśród swoich także jestem obcy. Widzi pani, jestem mieszańcem, poshram, jak oni to nazywają. Moja matka była Cyganką, a ojciec irlandzkim gadziem. A jako że pochodzenie dziedziczy się po ojcu, nie jestem nawet uważany za Roma. W przypadku kobiet małżeństwo z gadziem to jedno z najgorszych naruszeń kodeksu.
- I dlatego nie mieszka pan ze swoim plemieniem?
- To jeden z powodów.
Amelia zastanawiała, jak musi się czuć osoba uwięziona pomiędzy dwiema kulturami i nienależąca do żadnej z nich. Nie mógł żywić nadziei, że którakolwiek ze stron go kiedyś w pełni zaakceptuje. A jednak w jego tonie nie było śladu użalania się.
- Hathawayowie to także outsiderzy - oznajmiła. - To oczywiste, że nie pasujemy do eleganckiego towarzystwa. Żadne z nas nie było w tym celu edukowane, czy wychowywane. Kolacja w Stony Cross to będzie prawdziwy spektakl. Jestem przekonana, że zakończy się wyrzuceniem nas za próg.
- Okoliczności mogą więc panią zaskoczyć. Lord i lady Westcliff nie są bardzo formalni w obejściu. A przy ich stole zasiada bardzo różnorodny dobór gości.
Amelia nie była tego taka pewna. Arystokracja przypominała jej egzotyczne rybki, hodowane w ozdobnych zbiornikach ustawionych w eleganckich, modnych salonikach, które krążyły ścieżkami pozostającymi poza jej zrozumieniem. Hathawayowie równie dobrze mogliby żyć pod wodą, jak należeć do tak wyrafinowanego towarzystwa. A jednak nie mieli wyboru - musieli spróbować.
Amelia zauważyła na brzegu podmokłej doliny zatrzęsienie rukwi wodnej i podeszła, aby przyjrzeć się roślinie. Chwyciła całe naręcze i pociągnęła, a delikatne łodyżki ustąpiły.
- Cóż za obfitość rukwi, prawda? Słyszałam, że można z niej zrobić pyszną sałatkę lub sos.
- To także zioło lecznicze. Romowie mówią na nią panishok. Moja babka robiła z niej okłady na rany i skręcenia. I można z niej zrobić potężny napój miłosny. Zwłaszcza dla kobiet.
- Słucham? - Delikatne zielone listki wypadły z rąk Amelii.
- Jeśli mężczyzna pragnie pobudzić zainteresowanie kochanki, karmi ją rukwią. To stymuluje...
- Proszę mi nie mówić! Proszę!
Rohan roześmiał się, w jego oczach błysnął kpiący ognik.
Amelia upomniała go spojrzeniem, otarła dłonie z kilku zabłąkanych listków i ruszyła dalej. Jej towarzysz podążył za nią.
- Proszę mi opowiedzieć o swojej rodzinie. Ile was jest?
- Pięcioro. Leo, czyli lord Ramsay, jest najstarszy, ja jestem następna, a po mnie jeszcze Winnifred, Poppy i Beatrix.
- Która z sióstr choruje?
- Winnifred.
- Od urodzenia?
- Nie. Do zeszłego roku Win cieszyła się dobrym zdrowiem, ale zaraziła się szkarlatyną, która ją prawie zabiła. - Amelia zawahała się, gdy poczuła ucisk w gardle. - Przeżyła, dzięki Bogu, ale ma teraz bardzo słabe płuca. I tak mało sił, bardzo szybko się męczy. Lekarz twierdzi, że stan Win może się już nigdy nie poprawić, bardzo prawdopodobne, że nie będzie mogła wyjść za mąż i zostać matką. - Rysy jej twarzy stwardniały. - Dowiedziemy, rzecz jasna, że się myli. Win będzie zdrowa.
- Niech Bóg ma w opiece każdego, kto stanie pani na drodze. Lubi pani rządzić cudzym życiem, prawda?
- Tylko jeśli jestem przekonana, że lepiej sobie z nim poradzę. Czemu się pan uśmiecha?
Rohan zatrzymał się i zmusił ją, aby się do niego odwróciła.
- Przez panią. Sprawia pani, że pragnę... - Urwał, jakby chciał jeszcze przemyśleć to, co chciał powiedzieć. Na jego wargach wciąż jednak błąkało się rozbawienie.
Nie chciała, żeby tak na nią patrzył - sprawiał, że czuła się rozpalona, zdenerwowana i upojona. Wszystkimi zmysłami czuła, że jest to na wskroś niegodny zaufania człowiek. Taki, który nie przestrzega żadnych reguł poza swoimi własnymi.
- Proszę mi powiedzieć, panno Hathaway, co by pani zrobiła, gdyby zaproszono panią na nocny rajd po lądach i oceanach? Wybrałaby pani przygodę, czy została w bezpiecznym domu?
Nie mogła oderwać od niego wzroku. Jego topazowe oczy lśniły psotnie, lecz nie jak oczy niewinnego chłopca, a znacznie niebezpieczniej. Mogłaby bez trudu uwierzyć, że zaraz zmieni postać i pojawi się nocą pod jej oknem, aby unieść ją daleko stąd na skrzydłach północy...
- Zostałabym w domu, rzecz jasna - zdołała w końcu odpowiedzieć rozsądnym tonem. - Nie chcę przygody.
- A ja myślę, że pani chce. Myślę, że w przypływie słabości mogłaby pani zaskoczyć samą siebie.
- Nie miewam momentów słabości. Żadnego rodzaju, nigdy.
Jego śmiech opatulił ją jak obłok dymu.
- Wszystko przed panią.
Nie ośmieliła się zapytać, dlaczego jest tego taki pewien. Zakłopotana, utkwiła wzrok w górnym guziku jego kamizelki. Czyżby z nią flirtował? Nie, zapewne z niej kpi, próbuje zrobić z niej idiotkę. Jeśli bała się w życiu czegokolwiek bardziej niż pszczół, to właśnie tego.
Przypomniała sobie o swojej godności, która rozwiała się w międzyczasie jak puch dmuchawca, i zmarszczyła surowo brwi.
- Jesteśmy już prawie w Ramsay. - Wskazała linię dachu nad lasem. - Wolałabym ostatnią część drogi pokonać w samotności. Proszę przekazać hrabiemu, że bezpiecznie dotarłam do domu. Życzę miłego dnia, panie Rohan.
Kiwnął głową, objął ją jednym ze swoich wesołych, rozbrajających spojrzeń, a potem patrzył, jak odchodzi. Z każdym krokiem Amelia powinna była czuć się bezpieczniejsza, ale niepokój nie ustępował. Nagle usłyszała, że on coś mruczy pod nosem, a w jego głosie pobrzmiewa rozbawienie. To brzmiało jak: "Pewnej nocy...".