Wyjdź za mnie. Tom 1 - Lisa Kleypas

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Lon­dynJe­sień 1848 roku

Zna­le­zie­nie jed­nego czło­wieka w mie­ście za­miesz­ki­wa­nym przez dwa mi­liony osób było przed­się­wzię­ciem nie­wąt­pli­wie am­bit­nym. Po­ma­gał nieco fakt, że za­cho­wa­nie tego czło­wieka było do­syć prze­wi­dy­walne - za­zwy­czaj prze­by­wał w ta­wer­nie przy szkla­neczce dżinu.

"Leo, gdzie je­steś?", za­sta­na­wiała się z de­spe­ra­cją panna Ame­lia Ha­tha­way, gdy koła po­wozu za­tur­ko­tały na wy­bru­ko­wa­nej ulicy. Biedny, sza­lony, nie­szczę­śliwy Leo. Nie­któ­rzy lu­dzie, sta­jąc twa­rzą w twarz z nie­wdzięcz­nymi sy­tu­acjami, po pro­stu się... za­ła­my­wali. Tak się miała rzecz w przy­padku jej nie­gdyś cza­ru­ją­cego i god­nego za­ufa­nia brata. Jego obecny stan du­cha nie po­zo­sta­wiał żad­nej na­dziei.

- Znaj­dziemy go - oznaj­miła Ame­lia ze sta­now­czo­ścią, któ­rej w ogóle nie od­czu­wała. Spoj­rzała na Cy­gana, który sie­dział na­prze­ciwko niej. Jak zwy­kle, twarz Mer­ri­pena nie wy­ra­żała żad­nych emo­cji.

Pa­trząc na niego, z ła­two­ścią można było za­ło­żyć, że w ogóle ich nie od­czuwa. Był tak za­mknięty w so­bie, że choć od pięt­na­stu lat miesz­kał z ro­dziną Ha­tha­wayów, na­dal nie zdra­dził im swo­jego imie­nia. Zwra­cali się do niego "Mer­ri­pen", od­kąd zna­leźli go ska­to­wa­nego do nie­przy­tom­no­ści na brzegu stru­mie­nia, który prze­pły­wał przez ich po­sia­dłość.

Gdy Mer­ri­pen się ock­nął, oto­czony ze wszyst­kich stron przez Ha­tha­wayów, za­re­ago­wał bru­tal­nie. Mu­sieli ze­brać wszyst­kie siły, aby za­trzy­mać go w łóżku i wy­tłu­ma­czyć mu, że je­śli nie chce, aby jego rany się otwo­rzyły, musi le­żeć nie­ru­chomo. Oj­ciec Ame­lii był prze­ko­nany, że chło­piec oca­lał z ob­ławy na Cy­ga­nów, bru­tal­nej roz­rywki miej­sco­wych wła­ści­cieli ziem­skich, któ­rzy, uzbro­jeni w broń palną i pałki, konno na­jeż­dżali rom­skie obo­zo­wi­ska.

- Zo­sta­wili go tu na pewną śmierć - stwier­dził po­nuro pan Ha­tha­way. Jako na­uko­wiec i dżen­tel­men o po­stę­po­wych po­glą­dach po­tę­piał prze­moc w każ­dym jej prze­ja­wie. - Oba­wiam się, że nie uda nam się skon­tak­to­wać z jego ple­mie­niem. Za­pewne już dawno stąd ode­szli.

- Mo­żemy go za­trzy­mać, ta­tu­siu? - za­wo­łała nie­cier­pli­wie Poppy, młod­sza sio­stra Ame­lii, bio­rąc dzi­kiego chłopca (który ob­na­żył zęby, jak uwię­ziony ro­so­mak) za naj­now­szą, do­star­cza­jącą roz­rywki ma­skotkę.

Pan Ha­tha­way uśmiech­nął się tylko w od­po­wie­dzi.

- Może zo­stać tak długo, jak bę­dzie chciał. Ale nie za­bawi u nas dłu­żej niż ty­dzień. Cy­ga­nie, czy Ro­mo­wie, jak sami sie­bie na­zy­wają, to lud ko­czow­ni­czy. Nie po­zo­stają długo pod jed­nym da­chem. Czują się wtedy uwię­zieni.

Mer­ri­pen jed­nak zo­stał. Drobny, szczu­pły chło­pak dzięki wła­ści­wej opiece i re­gu­lar­nym po­sił­kom wy­rósł w nie­po­ko­jąco krót­kim cza­sie na krzep­kiego i po­tęż­nie zbu­do­wa­nego męż­czy­znę. Trudno było okre­ślić, kim wła­ści­wie był Mer­ri­pen dla Ha­tha­wayów: człon­kiem ro­dziny czy słu­żą­cym. Wy­peł­niał dla nich różne za­da­nia - był i woź­nicą, i złotą rączką - ale za­sia­dał do ro­dzin­nych po­sił­ków, gdy tylko wy­ra­ził taką chęć i zaj­mo­wał sy­pial­nię w głów­nej czę­ści domu.

Gdy Leo za­gi­nął, na­ra­ża­jąc się praw­do­po­dob­nie na nie­bez­pie­czeń­stwo, nie było wąt­pli­wo­ści, że Mer­ri­pen po­może go od­na­leźć.

Nie wy­pa­dało, aby Ame­lia udała się w po­dróż bez przy­zwo­itki z męż­czy­zną po­kroju Mer­ri­pena, lecz w wieku dwu­dzie­stu sze­ściu lat młoda dama była zda­nia, że jest już na tyle doj­rzała, aby się bez niej oby­wać.

- Za­czniemy od wy­eli­mi­no­wa­nia miejsc, do któ­rych Leo na pewno by się nie udał - po­wie­działa. - Ko­ścioły, mu­zea, ośrodki edu­ka­cyjne i przy­zwo­ite domy są na­tu­ral­nie wy­klu­czone.

- To na­dal zo­sta­wia nam więk­szość mia­sta - mruk­nął Mer­ri­pen.

Męż­czy­zna nie da­rzył Lon­dynu wielką sym­pa­tią. Jego zda­niem, tak zwane cy­wi­li­zo­wane spo­łe­czeń­stwo było zde­cy­do­wa­nie bar­dziej bar­ba­rzyń­skie niż co­kol­wiek, na co można by się na­tknąć w na­tu­rze. Gdyby dano mu wy­bór po­mię­dzy spę­dze­niem go­dziny w za­gro­dzie z dzi­kami a go­dziny w sa­lo­nie z lon­dyń­skim to­wa­rzy­stwem, bez wa­ha­nia wy­brałby dziki.

- Po­win­ni­śmy chyba za­cząć od ta­wern - kon­ty­nu­owała Ame­lia.

Mer­ri­pen spoj­rzał na nią po­nuro.

- Wiesz, ile jest ta­wern w Lon­dy­nie?

- Nie, ale je­stem prze­ko­nana, że się do­wiem, za­nim ta noc do­bie­gnie końca.

- Nie za­czniemy od ta­wern. Po­je­dziemy tam, gdzie Leo może się wpa­ko­wać w naj­więk­sze kło­poty.

- Czyli?

- Do Jen­nera.

Jen­ner był to nie­sławny dom gry, do któ­rego cho­dzili dżen­tel­meni, aby za­cho­wy­wać się w moż­li­wie naj­bar­dziej nie­dżen­tel­meń­ski spo­sób. Klub zo­stał za­ło­żony przez by­łego bok­sera, Ivo Jen­nera, a po jego śmierci prze­szedł w ręce jego zię­cia, lorda St. Vin­centa. Nie­warta zła­ma­nego pensa re­pu­ta­cja St. Vin­centa tylko do­da­wała temu przy­byt­kowi uroku.

Człon­ko­stwo u Jen­nera kosz­to­wało for­tunę. Oczy­wi­ście Leo uparł się, aby je wy­ku­pić, gdy tylko trzy mie­siące temu odzie­dzi­czył ty­tuł.

- Je­śli za­mie­rzasz za­pić się na śmierć - oznaj­miła spo­koj­nie Ame­lia - mo­żesz to uczy­nić w miej­scu bar­dziej dla nas przy­stęp­nym.

- Je­stem te­raz wi­ceh­ra­bią - od­parł Leo non­sza­lancko. - Mu­szę to zro­bić w od­po­wied­nim stylu, bo ina­czej, co lu­dzie po­wie­dzą?

- Po­wie­dzą, że by­łeś głup­cem i nic­po­niem, i że le­piej by się stało, gdyby ty­tuł przy­padł mał­pie.

Ri­po­sta wy­wo­łała uśmiech na twa­rzy jej przy­stoj­nego brata.

- Je­stem prze­ko­nany, że to po­rów­na­nie nie po­chle­bia mał­piemu ga­tun­kowi.

Czu­jąc dresz­cze, wy­wo­łane przez ro­snącą obawę, Ame­lia przy­ci­snęła osło­nięte rę­ka­wiczką palce do obo­la­łego czoła. Nie pierw­szy raz Leo zni­kał, ale jesz­cze ni­gdy nie znik­nął na tak długo.

- Ni­gdy nie by­łam w klu­bie dla dżen­tel­me­nów. Bę­dzie to dla mnie nowe do­świad­cze­nie.

- Nie wpusz­czą cię do środka. Je­steś damą. A na­wet gdyby cię wpu­ścili, ja nie po­zwolę ci wejść.

Ame­lia opu­ściła dłoń i spoj­rzała na Mer­ri­pena ze zdu­mie­niem. Rzadko jej cze­go­kol­wiek za­bra­niał. W za­sa­dzie był to chyba pierw­szy raz. Po­czuła iry­ta­cję. Ży­cie jej brata było za­gro­żone, nie miała więc za­miaru wy­kłó­cać się o to­wa­rzy­skie niu­anse. Poza tym, była na­prawdę cie­kawa, jak wy­gląda azyl uprzy­wi­le­jo­wa­nych męż­czyzn. Była ska­zana na po­zo­sta­nie starą panną, może więc chyba za­kosz­to­wać odro­biny wol­no­ści, która się z tym fak­tem wią­zała.

- Cie­bie też nie wpusz­czą - wy­tknęła swemu to­wa­rzy­szowi. - Je­steś Ro­mem.

- Tak się aku­rat składa, że za­rządca klubu rów­nież.

To było nie­zwy­kłe. Nad­zwy­czajne na­wet. Cy­ga­nie cie­szyli się po­wszechną opi­nią zło­dziei i oszu­stów. Fakt, że jed­nemu z nich po­wie­rzono nie tylko ra­chunki i go­tówkę, ale także roz­pa­try­wa­nie spo­rów przy sto­li­kach do gry, był zdu­mie­wa­jący.

- Musi to być nie­zwy­kły czło­wiek, skoro zdo­był taką po­zy­cję - po­wie­działa Ame­lia. - Do­brze więc, po­zwolę ci to­wa­rzy­szyć mi do Jen­nera. Moż­liwe, że twoja obec­ność na­kłoni go do więk­szej otwar­to­ści.

- Dzię­kuję. - Głos Mer­ri­pena był tak szorstki, że można by za­pa­lić od niego za­pałkę.

Ame­lia mil­czała prze­zor­nie, gdy po­ko­ny­wali za­kry­tym po­wo­zem naj­więk­sze sku­pi­sko atrak­cji, skle­pów i te­atrów w mie­ście. Kiep­sko re­so­ro­wany po­jazd pod­ska­ki­wał bez opa­mię­ta­nia na za­tło­czo­nych uli­cach, mi­ja­jąc uro­cze kwar­tały, wy­zna­czane przez ko­lum­nady do­mów, schlud­nie przy­cięte ży­wo­płoty i geo­r­giań­skie fa­sady. W miarę, jak oko­lica sta­wała się co­raz za­moż­niej­sza, ce­gła ustę­po­wała stiu­kom, za­stę­po­wa­nym z ko­lei przez ka­mień.

Kra­jo­braz West Endu sta­no­wił dla Ame­lii cał­ko­wite no­vum. Ich mała wio­ska znaj­do­wała się dość bli­sko Lon­dynu, ale Ha­tha­way­owie rzadko go­ścili w mie­ście, a już na pewno nie w tej oko­licy. Na­wet te­raz, bio­rąc pod uwagę nie­ocze­ki­wany spa­dek, nie na wiele było ich stać.

Spo­glą­da­jąc na Mer­ri­pena, Ame­lia za­sta­na­wiała się, jak to moż­liwe, że wy­daje się do­sko­nale wie­dzieć, do­kąd zmie­rza, skoro mia­sto było dla niego rów­nie obce, jak dla niej. Mer­ri­pen po­tra­fił jed­nak in­stynk­tow­nie od­na­leźć drogę w każ­dej sy­tu­acji.

Skrę­cili w King Street, roz­świe­tloną pło­mie­niami ga­zo­wych la­tarni. Ulica była ha­ła­śliwa i za­tło­czona po­jaz­dami i gru­pami pie­szych, szu­ka­ją­cych wie­czor­nej roz­rywki. Niebo ja­śniało mroczną czer­wie­nią, która z tru­dem prze­bi­jała się przez opary wę­glo­wego dymu. Szczyty wy­so­kich bu­dyn­ków ła­mały li­nię ho­ry­zontu, wy­sta­jąc po­nad nią ni­czym zęby cza­row­nicy.

Mer­ri­pen skie­ro­wał ko­nie w wą­ską alejkę za ma­sywną bu­do­wlą z ka­mienną fa­sadą. Jen­ner. Ame­lia po­czuła ści­ska­nie w żo­łądku. Nie na­le­żało prze­cież ocze­ki­wać, że znajdą Leo bez­piecz­nego w pierw­szym miej­scu, do któ­rego się udali.

- Mer­ri­pen? - Jej głos był na­pięty.

- Tak.

- Po­win­nam cię uprze­dzić, że je­śli mój brat nie zdo­łał jesz­cze po­peł­nić sa­mo­bój­stwa, pla­nuję za­strze­lić go oso­bi­ście, gdy tylko go znaj­dziemy.

- Po­dam ci pi­sto­let.

Ame­lia uśmiech­nęła się i po­pra­wiła ka­pe­lusz.

- Chodźmy więc. I pa­mię­taj, ja będę mó­wić.

Ulicę wy­peł­niał nie­zno­śny odór wiel­kiego mia­sta, woń zwie­rząt, nie­czy­sto­ści i wę­glo­wego dymu. Od dawna już nie pa­dało, brud ku­mu­lo­wał się więc na uli­cach i w od­pły­wach. Ame­lia ze­sko­czyła ze stop­nia po­wozu pro­sto na pisz­czące szczury, prze­bie­ga­jące wzdłuż ściany bu­dynku.

Gdy Mer­ri­pen od­da­wał lejce sta­jen­nemu, Ame­lia spoj­rzała na ko­niec ulicy.

Para ulicz­ni­ków ku­liła się przy nie­wiel­kim ogni­sku, pie­kąc coś na pa­ty­kach. Ame­lia nie chciała na­wet do­my­ślać się po­cho­dze­nia pod­grze­wa­nego je­dze­nia. Jej uwagę przy­kuła grupa osób, trzech męż­czyzn i ko­bieta, którą oświe­tlał mi­go­czący pło­mień. Dwóch męż­czyzn naj­wy­raź­niej wdało się w bi­ja­tykę. Byli jed­nak tak pi­jani, że ich po­tyczka wy­glą­dała jak ta­niec niedź­wie­dzi. Suk­nia ko­biety miała krzy­kliwy ko­lor, a jej sta­nik roz­chy­lał się, uka­zu­jąc wzgórki pulch­nych piersi. Naj­wy­raź­niej ba­wił ją fakt, że dwaj dżen­tel­meni wal­czą o jej względy, a trzeci pró­buje ich roz­dzie­lić.

- Wy­star­czy, ko­gu­ciki - krzyk­nęła na­gle z cock­ney­ow­skim ak­cen­tem. - Z chę­cią przyjmę was obu, nie ma sensu się bić!

- Nie pod­chodź - mruk­nął Mer­ri­pen.

Uda­jąc, że nie sły­szy, Ame­lia przy­su­nęła się, aby le­piej wi­dzieć. To nie bójka ją in­try­go­wała. Na­wet w ich wio­sce, ma­łym, spo­koj­nym Prim­rose Place roz­wią­zy­wano kon­flikty pię­ściami. Wszy­scy męż­czyźni, nie­za­leż­nie od stanu, od czasu do czasu ule­gali ni­skim in­stynk­tom. Jej uwagę przy­cią­gnął trzeci czło­wiek, po­ten­cjalny ar­bi­ter, który sko­czył po­mię­dzy pi­ja­nych głup­ców, aby prze­mó­wić im do roz­sądku.

Był ubrany jak dżen­tel­men, ale było ja­sne, że dżen­tel­me­nem nie jest. Miał czarne włosy i sma­głą twarz o eg­zo­tycz­nych ry­sach. Po­ru­szał się z gra­cją zwin­nego kota, z ła­two­ścią uni­ka­jąc cio­sów swo­ich opo­nen­tów.

- Pa­no­wie - po­wie­dział po­ko­jo­wym to­nem, zu­peł­nie nie­wzru­szony tym, że przed­ra­mie­niem mu­siał za­blo­ko­wać ude­rze­nie ciężką pię­ścią. - Oba­wiam się, że mu­si­cie na­tych­miast z tym skoń­czyć, w prze­ciw­nym ra­zie będę zo­bli­go­wany do... - prze­rwał i uchy­lił się, gdy sto­jący za nim męż­czy­zna ru­szył do bójki.

Pro­sty­tutka za­re­cho­tała na ten wi­dok.

- Uwzięli się dziś na cie­bie, Ro­han - za­wo­łała.

Rzu­ca­jąc się znów w wir walki, Ro­han pod­jął ko­lejną próbę prze­rwa­nia jej.

- Pa­no­wie, na pewno wie­cie... - uchy­lił się przed szyb­kim cio­sem pię­ścią - ...że prze­moc... - za­blo­ko­wał prawy sier­powy - ni­gdy ni­czego nie roz­wią­zała.

- Chrzań się! - krzyk­nął je­den z wal­czą­cych, rzu­ca­jąc się z głową do przodu jak obłą­kany ko­zioł.

Ro­han zro­bił krok w bok i po­zwo­lił mu sta­ra­no­wać ścianę. Ata­ku­jący ru­nął z ję­kiem na zie­mię, na któ­rej już po­zo­stał, z tru­dem ła­piąc po­wie­trze.

Re­ak­cja jego prze­ciw­nika była co naj­mniej nie­wdzięczna. Za­miast po­dzię­ko­wać ciem­no­wło­semu za prze­rwa­nie walki, męż­czy­zna wark­nął:

- Prze­klęty Ro­han. Po co się wtrą­casz?! Stłukł­bym go na kwa­śne jabłko! - Po czym rzu­cił się do przodu, młó­cąc po­wie­trze pię­ściami jak młyn.

Ro­han umknął przed cio­sem z le­wej i zgrab­nie po­wa­lił agre­sora na zie­mię. Sta­nął nad le­żącą na brzu­chu po­sta­cią i otarł czoło rę­ka­wem.

- Ma­cie do­syć? - za­py­tał uprzej­mym to­nem. - Tak? To do­brze. Pro­szę po­zwo­lić mi so­bie po­móc wstać, mi­lor­dzie. - Ro­han po­sta­wił męż­czy­znę na nogi i od­wró­cił się do drzwi, w któ­rych cze­kał już je­den z pra­cow­ni­ków klubu. - Daw­son, ode­skor­tuj lorda La­ti­mera do jego po­wozu, który czeka od frontu. Ja zajmę się lor­dem Sel­wayem.

- Nie ma ta­kiej po­trzeby - oznaj­mił ary­sto­krata, z tru­dem utrzy­mu­jąc się na no­gach. - Sam mogę wró­cić do mo­jego cho­ler­nego po­wozu. - Po­pra­wił ubra­nie na swo­jej nie­zgrab­nej syl­we­tce i rzu­cił ciem­no­wło­semu męż­czyź­nie za­nie­po­ko­jone spoj­rze­nie. - Ro­han, mu­szę cię o coś pro­sić.

- Tak, mi­lor­dzie?

- Je­śli ta plotka się ro­zej­dzie, je­śli lady Sel­way do­wie się, że wal­czy­łem na pię­ści o względy ko­biety upa­dłej... moje ży­cie nie bę­dzie warte funta kła­ków.

- Ni­gdy się nie do­wie, mi­lor­dzie - za­pew­nił Ro­han.

- Ona wie wszystko - od­parł Sel­way. - Sprzy­mie­rzyła się z sa­mym dia­błem. Gdyby kie­dy­kol­wiek ktoś za­py­tał cię o to drobne nie­po­ro­zu­mie­nie...

- Po­wo­dem była wy­jąt­kowo za­żarta par­tia wi­sta.

- Tak. Tak. Do­brze. - Sel­way po­kle­pał młod­szego męż­czy­znę po ra­mie­niu. - A żeby przy­pie­czę­to­wać na­szą umowę... - Się­gnął gru­biutką ręką do kie­szeni ka­mi­ze­lki i wy­jął z niej sa­kiewkę.

- Nie, mi­lor­dzie. - Ro­han od­su­nął się, po­trzą­sa­jąc sta­now­czo głową. Jego czarne, lśniące włosy po­ru­szyły się gwał­tow­nie, po czym wró­ciły na swoje miej­sce. - Moje mil­cze­nie nie ma ceny.

- Weź to.

- Nie mogę, mi­lor­dzie.

- Są twoje. - Sa­kiewka wy­peł­niona mo­ne­tami upa­dła na chod­nik u stóp Ro­hana z me­ta­licz­nym ło­mo­tem. - Pro­szę. Je­śli wo­lisz je tak po pro­stu zo­sta­wić na ulicy, twój wy­bór.

Gdy dżen­tel­men od­szedł, Ro­han spoj­rzał na sa­kiewkę jak na zde­chłego gry­zo­nia.

- Nie chcę tego - mruk­nął do sie­bie.

- Ja je we­zmę - oznaj­miła pro­sty­tutka, pod­cho­dząc do niego. Pod­nio­sła sa­kiewkę i zwa­żyła ją w dłoni. Na jej twarz wy­pły­nął drwiący śmiech. - Bo­ziu, nig­dym nie wi­działa Cy­gana, co się boi ma­mony.

- Nie boję się jej - od­parł Ro­han kwa­śno. - Po pro­stu jej nie po­trze­buję. - Wzdy­cha­jąc, po­tarł ręką kark.

Ko­bieta ro­ze­śmiała się i prze­su­nęła po jego szczu­płej syl­we­tce peł­nym uzna­nia spoj­rze­niem.

- Nie lu­bię tak brać za nic. Może mały nu­me­rek w alejce, za­nim wrócę do Brad­shawa?

- Do­ce­niam pro­po­zy­cję, ale z niej nie sko­rzy­stam - od­mó­wił grzecz­nie.

Pro­sty­tutka wzru­szyła za­baw­nie ra­mio­nami.

- Tym le­piej dla mnie. Do­brej nocy.

Ro­han od­po­wie­dział ski­nię­ciem głowy, sku­piony na kon­tem­plo­wa­niu miej­sca, w któ­rym jesz­cze przed chwilą le­żała sa­kiewka. Trwał tak w bez­ru­chu, zda­jąc się przy­słu­chi­wać ja­kimś dźwię­kom. Znów pod­niósł dłoń do karku i po­tarł go, jakby pró­bo­wał ukoić nie­przy­jemne mro­wie­nie. Po­woli od­wró­cił się i spoj­rzał pro­sto na Ame­lię.

Prze­szył ją dreszcz, gdy ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Stali w od­le­gło­ści kilku jar­dów od sie­bie, ale na­tych­miast po­czuła na so­bie siłę jego wzroku. Na jego twa­rzy nie było na­wet cie­nia uprzej­mo­ści i do­broci. Wy­glą­dał bez­li­to­śnie, jakby już dawno temu prze­ko­nał się, że świat to bru­talne miej­sce i zde­cy­do­wał się za­ak­cep­to­wać go na swo­ich wła­snych wa­run­kach.

Ame­lia do­sko­nale wie­działa, co wi­dzi, gdy jego oczy su­nęły po jej syl­we­tce: ko­bietę w prak­tycz­nej sukni i bu­tach. Miała ja­sną skórę, ciemne włosy i za­ró­żo­wione, pełne po­liczki Ha­tha­wayów. Była śred­niego wzro­stu, a jej zmy­słowo za­okrą­glona syl­we­tka rzu­cała wy­zwa­nie mo­dzie, która na­ka­zy­wała da­mom być wiot­kimi jak trzciny, bla­dymi i wą­tłymi.

Ame­lia nie była próżna, ale wie­działa, że choć nie jest wielką pięk­no­ścią, jest na tyle atrak­cyjna, aby zła­pać męża. Jed­nak już raz za­ry­zy­ko­wała ser­cem, a kon­se­kwen­cje oka­zały się dru­zgo­cące. Nie pra­gnęła pró­bo­wać po raz wtóry. Bóg je­den wie­dział, jak bar­dzo była za­jęta ra­dze­niem so­bie z gro­madą Ha­tha­wayów.

Ro­han od­wró­cił wzrok. Bez słowa cof­nął się, aby tyl­nym wej­ściem wró­cić do klubu. Szedł wolno, jakby da­wał so­bie czas na prze­my­śle­nia. Jego ru­chy pełne były nie­wy­mu­szo­nej swo­body.

Ame­lia zrów­nała się z nim na progu.

- Sir... Pa­nie Ro­han... Za­kła­dam, że jest pan za­rządcą tego klubu.

Ro­han za­trzy­mał się i od­wró­cił do niej. Stali tak bli­sko sie­bie, że Ame­lia po­czuła za­pach mę­skiego potu i cie­płej skóry. Roz­pięta ma­ry­narka, uszyta z sza­rego bro­katu naj­lep­szej ja­ko­ści, roz­chy­lała się na pier­siach, uka­zu­jąc białą ko­szulę z cien­kiego lnu. Gdy Ro­han pod­niósł palce do gu­zi­ków, Ame­lia za­uwa­żyła na nich mnó­stwo zło­tych pier­ścion­ków. Prze­szył ją ner­wowy dreszcz, który po­zo­sta­wił po so­bie falę ob­cego jej cie­pła. Na­gle gor­set za­czął ją uwie­rać, tak jak wy­soki koł­nie­rzyk.

Ru­mie­niąc się, spoj­rzała mu pro­sto w oczy. Był to młody męż­czy­zna, na pewno jesz­cze nie skoń­czył trzy­dzie­stu lat, o wy­glą­dzie eg­zo­tycz­nego anioła. Miał twarz stwo­rzoną do grze­chu... szczo­dre usta, kan­cia­stą szczękę, orze­cho­wo­złote oczy ocie­nione dłu­gimi, pro­stymi rzę­sami. Jego włosy do­ma­gały się strzy­że­nia, opa­da­jąc cięż­kimi, czar­nymi lo­kami na tył koł­nie­rzyka. Ame­lia po­czuła ucisk w gar­dle, gdy za­uwa­żyła błysk dia­men­tów w jego uchu.

Ukło­nił się przed nią kur­tu­azyj­nie.

- Do usług, panno...

- Ha­tha­way - od­parła zwięźle. Od­wró­ciła się, aby wska­zać swego kom­pana, który sta­nął u jej le­wego boku. - A to mój to­wa­rzysz, Mer­ri­pen.

Ro­han spoj­rzał na niego czuj­nie.

- W ro­mani ozna­cza to za­równo "ży­cie" jak i "śmierć".

Ta­kie było zna­cze­nie na­zwi­ska Mer­ri­pen? Ame­lia ze zdu­mie­niem po­pa­trzyła na męż­czy­znę. Mer­ri­pen wzru­szył lekko ra­mio­nami, da­jąc jej do zro­zu­mie­nia, że to nie­istotne. Od­wró­ciła się z po­wro­tem do Ro­hana.

- Chcie­li­by­śmy za­dać panu kilka py­tań od­no­śnie...

- Nie lu­bię py­tań.

- Szu­kam brata, lorda Ram­saya - kon­ty­nu­owała Ame­lia upar­cie - i de­spe­racko po­trze­buję in­for­ma­cji, które może pan po­sia­dać na te­mat miej­sca jego po­bytu.

- Nie po­wie­dział­bym pani, na­wet gdy­bym wie­dział. - Jego ak­cent był sub­telną mie­sza­niną ob­co­ści i cock­neya, z nutką klasy wyż­szej. Był to głos czło­wieka, który ob­ra­cał się w to­wa­rzy­stwie nie­ty­po­wego sortu lu­dzi.

- Za­pew­niam pana, że nie na­ra­zi­ła­bym sie­bie, ani ni­kogo in­nego na żadne nie­przy­jem­no­ści, gdyby nie była to ab­so­lutna ko­niecz­ność. Mój brat nie wraca do domu już od trzech dni...

- To nie moje zmar­twie­nie. - Ro­han od­wró­cił się do drzwi.

- Ma cią­goty do złego to­wa­rzy­stwa...

- Co za pech.

- Może już być mar­twy.

- Nie mogę pani po­móc. Ży­czę po­wo­dze­nia w dal­szych po­szu­ki­wa­niach. - Pchnął drzwi i wszedł do klubu.

Za­trzy­mał się, gdy Mer­ri­pen prze­mó­wił do niego w ro­mani. Od­kąd zja­wił się u Ha­tha­wayów, Ame­lia tylko kilka razy mo­gła usły­szeć, jak po­słu­guje się tym se­kret­nym ję­zy­kiem zna­nym tylko Ro­mom. Brzmiał po­gań­sko, na­je­żony spół­gło­skami i prze­cią­ga­nymi sa­mo­gło­skami, ale była w nim też ja­kaś pry­mi­tywna mu­zy­kal­ność.

Ro­han spoj­rzał na Mer­ri­pena z uwagą, opie­ra­jąc się ra­mie­niem o fu­trynę.

- Stary ję­zyk - po­wie­dział. - Całe lata mi­nęły, od­kąd go sły­sza­łem. Kto jest star­szym two­jego ple­mie­nia?

- Ja nie mam ple­mie­nia.

Mi­nęła długa chwila. Ro­han wpa­try­wał się upar­cie w nie­prze­nik­nioną twarz Mer­ri­pena, aż w końcu zmru­żył swe orze­chowe oczy.

- Chodź­cie. Może się cze­goś do­wiem.

Bez zbęd­nych for­mal­no­ści zo­stali wpro­wa­dzeni do klubu. Ro­han na­ka­zał jed­nemu z pra­cow­ni­ków, aby za­pro­wa­dził ich do pry­wat­nego sa­lo­niku na pię­trze. Ame­lia usły­szała szum roz­mów i mu­zyki, do­bie­ga­jący z od­dali, oraz od­głosy kro­ków. Był to gwarny, mę­ski ul, nie­do­stępny dla ko­goś ta­kiego jak ona.

Pra­cow­nik, młody czło­wiek z ak­cen­tem ze wschod­niego Lon­dynu i do­sko­na­łymi ma­nie­rami, za­pro­wa­dził ich do ele­ganc­kiego po­miesz­cze­nia i po­pro­sił, aby za­cze­kali w nim do po­wrotu Ro­hana. Mer­ri­pen pod­szedł do okna, wy­cho­dzą­cego na King Street.

Ame­lia zdu­miała się na wi­dok ota­cza­ją­cego ją dys­kret­nego luk­susu: ręcz­nie tka­nego dy­wanu w od­cie­niach błę­kitu i kremu, wy­ło­żo­nych drew­nia­nymi pa­ne­lami ścian i obi­tych ak­sa­mi­tem me­bli.

- Cał­kiem gu­stowne - stwier­dziła, zdej­mu­jąc ka­pe­lusz i od­kła­da­jąc go na ni­ski, ma­ho­niowy sto­lik. - Spo­dzie­wa­łam się cze­goś bar­dziej... cóż, tan­det­nego.

- Jen­ner stoi o klasę wy­żej od in­nych przy­byt­ków tego typu. Ucho­dzi za klub dla dżen­tel­me­nów, ale w rze­czy­wi­sto­ści to naj­więk­sza ja­ski­nia ha­za­rdu w Lon­dy­nie.

Ame­lia po­de­szła do bi­blio­teczki i z uwagą za­częła stu­dio­wać grzbiety ksią­żek.

- Dla­czego, twoim zda­niem, pan Ro­han od­mó­wił przy­ję­cia pie­nię­dzy od lorda Sel­waya?

Mer­ri­pen rzu­cił jej sar­do­niczne spoj­rze­nie.

- Wiesz prze­cież, co Ro­mo­wie my­ślą o do­brach ma­te­rial­nych.

- Tak, wiem, że twój lud nie lubi być nimi obar­czony. Ale z tego, co wiem, Ro­mo­wie rzadko od­ma­wiają kilku szy­lin­gów w za­mian za swoje usługi.

- To coś wię­cej niż nie­chęć do ob­cią­żeń. Dla chala taka sy­tu­acja...

- Co to jest chal?

- Okre­śle­nie rom­skiego syna. Dla chala te ele­ganc­kie ubra­nia, po­zo­sta­wa­nie pod jed­nym da­chem przez tak długi czas, czer­pa­nie ta­kich ko­rzy­ści fi­nan­so­wych to... wstyd. Hańba. To gwałt na jego na­tu­rze.

Był tak su­rowy i pewny sie­bie, że Ame­lia mu­siała nieco mu do­ku­czyć.

- A jaka jest twoja wy­mówka, Mer­ri­pen? Po­zo­sta­jesz pod da­chem Ha­tha­wayów już bar­dzo, bar­dzo długo...

- To co in­nego. Przede wszyst­kim, nie ma z tego żad­nych pro­fi­tów.

Ame­lia wy­buch­nęła śmie­chem.

- A poza tym... - głos Mer­ri­pena zła­god­niał - za­wdzię­czam wam ży­cie.

Ame­lia po­czuła przy­pływ emo­cji, gdy spoj­rzała na jego nie­ugięty pro­fil.

- Psu­jesz za­bawę - od­parła miękko. - Ja pró­buję z cie­bie kpić, a ty ruj­nu­jesz chwilę szcze­ro­ścią. Wiesz, że nie masz obo­wiązku z nami zo­stać, drogi przy­ja­cielu. Spła­ci­łeś swój dług już po ty­siąc­kroć.

Mer­ri­pen na­tych­miast po­trzą­snął głową.

- Rów­nie do­brze mógł­bym zo­sta­wić gniazdo pi­skląt na pa­stwę lisa.

- Nie je­ste­śmy aż tak bez­bronni - za­pro­te­sto­wała. - Do­sko­nale po­tra­fię za­trosz­czyć się o ro­dzinę... Tak jak Leo. Kiedy jest trzeźwy.

- Czyli ni­gdy? - Jego obo­jętny ton przy­dał py­ta­niu jesz­cze więk­szy ła­du­nek sar­ka­zmu.

Ame­lia otwo­rzyła usta, aby pod­jąć dys­ku­sję, ale za­raz je za­mknęła. Mer­ri­pen miał ra­cję. Przez ostat­nie sześć mie­sięcy Leo trwał w per­ma­nent­nym upo­je­niu al­ko­ho­lo­wym. Przy­ło­żyła rękę do ta­lii, gdzie sku­mu­lo­wane tro­ski cią­żyły jej jak wo­rek oło­wiu. Biedny, nie­szczę­sny Leo. Była prze­ra­żona tym, że nic nie może dla niego zro­bić. Nie można oca­lić czło­wieka, który nie chce być oca­lony. Co jed­nak nie ozna­cza, że ona prze­sta­nie pró­bo­wać.

Za­częła spa­ce­ro­wać po po­koju, zbyt po­ru­szona, aby sie­dzieć i spo­koj­nie cze­kać. Leo gdzieś tam był i po­trze­bo­wał po­mocy. Nie wia­domo, jak długo Ro­han bę­dzie ich tu jesz­cze trzy­mać.

- Ro­zej­rzę się nieco - oznaj­miła, pod­cho­dząc do drzwi. - Nie odejdę da­leko. Zo­stań tu, Mer­ri­pen, na wy­pa­dek, gdyby wró­cił pan Ro­han.

Usły­szała, jak Mer­ri­pen mru­czy coś pod no­sem. Igno­ru­jąc jej prośbę, po­szedł za nią.

- Tak nie wy­pada - za­wo­łał jesz­cze.

Ame­lia nie za­trzy­mała się. Nie in­te­re­so­wała jej już sto­sow­ność jej za­cho­wa­nia.

- To moja je­dyna szansa, aby zo­ba­czyć od środka ta­kie miej­sce. Nie za­mie­rzam jej prze­ga­pić.

Po­dą­ża­jąc za dźwię­kiem gło­sów, od­wa­żyła się po­dejść do ga­le­rii, która obie­gała ogromną, wspa­niałą salę.

Tłumy ele­gancko odzia­nych męż­czyzn tło­czyły się przy trzech wiel­kich sto­łach do ha­za­rdu, ob­ser­wu­jąc grę, pod­czas gdy kru­pie­rzy grab­kami zbie­rali ko­ści i pie­nią­dze. To­wa­rzy­szyły im gło­śne roz­mowy, krzyki, po­wie­trze do­słow­nie drgało od emo­cji. Pra­cow­nicy nie­spiesz­nie prze­cha­dzali się po sali, roz­no­sząc na ta­cach wino i je­dze­nie, albo świeże karty i że­tony.

Ukryta czę­ściowo za ko­lumną ga­le­rii, Ame­lia chci­wie lu­stro­wała tłum wzro­kiem. Jej oczy za­trzy­mały się na­gle na panu Ro­ha­nie, który przy­wdział w mię­dzy­cza­sie czarną ma­ry­narkę i fu­lar. Był ubrany po­dob­nie do in­nych człon­ków klubu, ale wy­róż­niał się wśród nich ni­czym lis po­mię­dzy go­łę­biami.

Sie­dział, po­chy­la­jąc się nad ma­syw­nym, ma­ho­nio­wym biur­kiem w rogu sali, z któ­rego naj­wy­raź­niej za­rzą­dzano ban­kiem roz­gry­wek. Chyba wy­da­wał po­le­ce­nia jed­nemu z pra­cow­ni­ków. Ge­sty­ku­lo­wał oszczęd­nie, ale w jego ru­chach wi­dać było szcze­gólny ta­lent, swo­bodną fi­zycz­ność, która przy­cią­gała spoj­rze­nia.

Na­gle... nie wia­domo jak... do­się­gła go świa­do­mość in­ten­syw­nego za­in­te­re­so­wa­nia Ame­lii. Wy­cią­gnął dłoń i po­tarł kark, a po­tem spoj­rzał pro­sto na nią. Tak jak w tam­tej uliczce. Ko­bieta po­czuła na­gle w ca­łym ciele obez­wład­nia­jącą sła­bość, w no­gach i rę­kach, sto­pach, a na­wet ko­la­nach. Na jej twarz wy­pły­nął ogni­sty ru­mie­niec. Za­marła w po­czu­ciu winy i za­sko­cze­nia, czer­wona na buzi jak dziecko, aż w końcu do­szła do sie­bie na tyle, aby skryć się z po­wro­tem za ko­lumną.

- Co się stało? - do­biegł ją głos Mer­ri­pena.

- Pan Ro­han chyba mnie za­uwa­żył. - Wy­rwał się jej drżący śmiech. - O, Boże. Mam na­dzieję, że go nie roz­gnie­wa­łam. Le­piej wróćmy do sa­lonu.

Po raz ostatni ośmie­liła się wy­chy­lić z ukry­cia, aby ob­jąć salę wzro­kiem, ale Ro­hana już nie było.

Roz­dział 2

Cam ode­pchnął się od ma­ho­nio­wego biurka i opu­ścił salę gier. Jak zwy­kle nie mógł odejść nie­za­trzy­my­wany raz czy dwa... Je­den z agen­tów szep­nął mu do ucha, że lord taki-to-a-taki ży­czy so­bie pod­nie­sie­nia li­mitu kre­dy­to­wego. Lo­kaj py­tał, czy na­leży już uzu­peł­nić stół z prze­ką­skami w jed­nym z po­ko­jów kar­cia­nych. Cam od­po­wia­dał na ich py­ta­nia nie­obec­nie, bo jego my­śli oku­po­wała ko­bieta, cze­ka­jąca na niego na gó­rze.

Ru­ty­nowy wie­czór przy­bie­rał dość nie­ocze­ki­wany ob­rót. Od dawna już żadna ko­bieta nie wzbu­dziła w nim za­in­te­re­so­wa­nia w ta­kim stop­niu jak Ame­lia Ha­tha­way. Gdy tylko zo­ba­czył ją w alejce - jej za­ru­mie­nione, pełne po­liczki, zmy­słową fi­gurę, ukrytą pod skromną suk­nią - na­tych­miast jej za­pra­gnął. Nie miał po­ję­cia, dla­czego, skoro była ucie­le­śnie­niem wszyst­kiego, co go tak iry­to­wało w An­giel­kach.

Na pierw­szy rzut oka było wi­dać, że panna Ha­tha­way nosi w so­bie nie­za­chwianą pew­ność, że jest zdolna or­ga­ni­zo­wać i za­rzą­dzać wszyst­kim wo­kół niej. Na wi­dok ta­kich ko­biet Cam umy­kał za­zwy­czaj w prze­ciw­nym kie­runku. Gdy jed­nak spoj­rzał w jej śliczne, błę­kitne oczy i zo­ba­czył tę małą, pełną de­ter­mi­na­cję zmarszczkę po­mię­dzy brwiami, po­czuł grzeszną po­trzebę po­chwy­ce­nia jej, po­rwa­nia do­kądś i zro­bie­nia cze­goś nie­cy­wi­li­zo­wa­nego. Bar­ba­rzyń­skiego na­wet.

Rzecz ja­sna, nie­cy­wi­li­zo­wane po­trzeby w jego przy­padku cza­iły się tuż pod ma­ską do­brego wy­cho­wa­nia, cze­ka­jąc tylko na wła­ściwy mo­ment, aby się uwol­nić. A w ciągu ostat­niego roku Cam miał co­raz wię­cej trud­no­ści z utem­pe­ro­wa­niem ich. Stał się wy­jąt­kowo za­pal­czywy, nie­cier­pliwy, ła­twy do spro­wo­ko­wa­nia. Rze­czy, które kie­dyś da­wały mu przy­jem­ność prze­stały go sa­tys­fak­cjo­no­wać. A naj­gor­sze było to, że swoje sek­su­alne po­trzeby za­spo­ka­jał z ta­kim sa­mym bra­kiem en­tu­zja­zmu, z ja­kim ostat­nio żył.

Zna­le­zie­nie od­po­wied­niego dam­skiego to­wa­rzy­stwa ni­gdy nie było pro­ble­mem - Cam od­naj­dy­wał speł­nie­nie w ra­mio­nach wielu chęt­nych ko­biet i od­pła­cał im za ich usługi tak długo, aż mru­czały z roz­ko­szy. Nie było w tym jed­nak praw­dzi­wych emo­cji. Żad­nego pod­nie­ce­nia, ognia, nic poza po­czu­ciem, że za­dbał o pod­sta­wowe funk­cje swo­jego or­ga­ni­zmu, ta­kie jak sen czy je­dze­nie. Cam był tak za­nie­po­ko­jony, że w końcu zde­cy­do­wał się po­roz­ma­wiać na ten te­mat ze swoim prze­ło­żo­nym, lor­dem St. Vin­cen­tem.

Nie­gdyś za­go­rzały ko­bie­ciarz, dziś wy­jąt­kowo od­dany mąż, St. Vin­cent wie­dział o tych spra­wach wię­cej, niż ja­ki­kol­wiek inny ży­jący czło­wiek. Gdy Cam za­py­tał go po­nuro, czy fakt, że po­trzeby fi­zyczne mniej go ostat­nio tra­pią, na­leży wią­zać ze zbli­ża­ją­cymi się trzy­dzie­stymi uro­dzi­nami, St. Vin­cent za­krztu­sił się swoim drin­kiem.

- Do­bry Boże, nie - od­parł wi­ceh­ra­bia, ka­sła­jąc lekko, gdy haust brandy roz­pa­lił mu prze­łyk. Był wcze­sny ra­nek, a oni prze­glą­dali księgi ra­chun­kowe w biu­rze za­rządcy klubu.

St. Vin­cent był przy­stoj­nym dżen­tel­me­nem z wło­sami ko­loru psze­nicy i bla­do­nie­bie­skimi oczami. Nie­któ­rzy gło­śno twier­dzili, że miał rysy i syl­we­tkę naj­do­sko­nal­szego męż­czy­zny, jaki kie­dy­kol­wiek cho­dził po świe­cie. Wy­gląd anioła, du­sza łaj­daka.

- Je­śli mogę spy­tać, ja­kie ko­biety gosz­czą w twoim łóżku?

- Co masz na my­śli? - za­py­tał Cam z re­ze­rwą.

- Piękne, czy nie­ładne?

- Chyba piękne.

- I na tym po­lega pro­blem - po­wie­dział St. Vin­cent to­nem, który re­zer­wo­wał do ko­mu­ni­ko­wa­nia oczy­wi­sto­ści. - Nie­ładne do­star­czają znacz­nie wię­cej przy­jem­no­ści. Wdzięcz­ność to naj­sil­niej­szy afro­dy­zjak.

- Ty jed­nak po­ślu­bi­łeś ko­bietę piękną.

Na usta St. Vin­centa wy­pły­nął le­niwy uśmiech.

- Żony to zu­peł­nie od­mienna ka­te­go­ria. Wy­ma­gają ogrom­nych na­kła­dów, ale wy­siłki za­wsze zo­stają wy­na­gro­dzone. Zde­cy­do­wa­nie po­le­cam żony. Zwłasz­cza wła­sne.

Cam spoj­rzał na swo­jego pra­co­dawcę z iry­ta­cją, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że po­ważne roz­mowy z St. Vin­cen­tem czę­sto utrud­niało szcze­gólne upodo­ba­nie wi­ceh­ra­biego do prze­kształ­ca­nia ich w słowne ka­lam­bury.

- Je­śli do­brze ro­zu­miem, mi­lor­dzie - stwier­dził szorstko - pana re­ceptą na brak po­żą­da­nia jest uwo­dze­nie nie­atrak­cyj­nych ko­biet?

St. Vin­cent pod­niósł srebrną ob­sadkę, a na­stęp­nie zręcz­nie do­pa­so­wał sta­lówkę i ca­łość pre­cy­zyj­nie za­nu­rzył w bu­te­leczce z atra­men­tem.

- Ro­han, ro­bię, co w mo­jej mocy, aby zro­zu­mieć twój pro­blem. Jed­nak ni­gdy nie do­świad­czy­łem braku po­żą­da­nia. Mu­siał­bym le­żeć na łożu śmierci, żeby prze­stać pra­gnąć... Nie, nie­ważne, by­łem na łożu śmierci w nie­od­le­głej prze­szło­ści i na­wet wtedy mia­łem grzeszne my­śli o swo­jej żo­nie.

- Moje gra­tu­la­cje - mruk­nął Cam, po­rzu­ca­jąc na­dzieję, że zdoła uzy­skać od tego czło­wieka ja­ką­kol­wiek szczerą od­po­wiedź. - Wróćmy do ksiąg. Są waż­niej­sze kwe­stie do roz­trzą­sa­nia niż sek­su­alne moż­li­wo­ści.

St. Vin­cent wy­kre­ślił liczbę i odło­żył pióro.

- Nie, na­le­gam jed­nak na roz­mowę o sek­su­al­nych moż­li­wo­ściach. To znacz­nie za­baw­niej­sze niż praca. - Opadł na fo­tel w zwod­ni­czej au­rze roz­le­ni­wie­nia. - Ro­han, je­steś czło­wie­kiem dys­kret­nym, ale trudno nie za­uwa­żyć, jak gor­liwe bu­dzisz za­in­te­re­so­wa­nie. Naj­wy­raź­niej sta­no­wisz po­kusę nie do od­par­cia dla lon­dyń­skich dam. I wy­gląda na to, że ko­rzy­stasz w pełni z tego, co ci ofe­rują.

Cam spoj­rzał na niego bez wy­razu.

- Wy­bacz, mi­lor­dzie, ale czy ten wy­wód do cze­goś pro­wa­dzi?

St. Vin­cent oparł się wy­god­nie, złą­czył palce i po­pa­trzył na Cama.

- Nie mia­łeś po­dob­nych pro­ble­mów w prze­szło­ści, mogę więc tylko za­ło­żyć, że, jak to czę­sto bywa z ape­ty­tem, twój zo­stał już za­spo­ko­jony z na­wiązką, po­zo­sta­wia­jąc prze­syt jed­na­ko­wo­ścią. Po­móc może tylko ja­kaś no­wość.

Roz­wa­ża­jąc to stwier­dze­nie, któ­remu nie można było od­mó­wić sensu, Cam za­sta­na­wiał się, czy no­to­ryczny nie­gdyś hu­laka od­czu­wał kie­dy­kol­wiek po­kusę, aby zbłą­dzić. Cam znał jego żonę, Evie, od dzie­ciń­stwa, kiedy to przy­cho­dziła od czasu do czasu od­wie­dzić w klu­bie owdo­wia­łego ojca, i czuł wo­bec niej opie­kuń­czość po­do­bną do tej, którą mógłby od­czu­wać wo­bec młod­szej sio­stry. Nikt ni­gdy nie po­łą­czyłby w my­ślach ła­god­nej Evie z tym li­ber­ty­nem. I nikt nie był chyba bar­dziej za­sko­czony niż sam St. Vin­cent, kiedy ich mał­żeń­stwo z roz­sądku ewo­lu­owało w zwią­zek oparty na na­mięt­no­ści i praw­dzi­wej mi­ło­ści.

- A ży­cie mał­żeń­skie? - za­py­tał Cam ła­god­nie. - Czy ono także pro­wa­dzi do prze­sytu jed­na­ko­wo­ścią?

Wy­raz twa­rzy St. Vin­centa zmie­nił się na­gle. Na myśl o żo­nie w jego przej­rzy­ście nie­bie­skich oczach bły­snęło cie­pło.

- Na pod­sta­wie wła­snych do­świad­czeń stwier­dzam, że ni­gdy nie ma się dość od­po­wied­niej ko­biety. Z roz­ko­szą po­wi­tał­bym taki prze­syt, ale wąt­pię, aby było to moż­liwe w ży­ciu do­cze­snym. - Za­mknął księgi zde­cy­do­wa­nym ru­chem i wstał. - Je­śli mi wy­ba­czysz, Ro­han, ży­czę ci uda­nego wie­czoru.

- A księgi?

- Po­zo­sta­wiam je w two­ich nie­zwy­kle kom­pe­tent­nych rę­kach. - Gdy Cam jęk­nął, St. Vin­cent tylko nie­win­nie wzru­szył ra­mio­nami. - Ro­han, je­den z nas jest czło­wie­kiem nie­żo­na­tym, o wy­bit­nych ma­te­ma­tycz­nych uzdol­nie­niach i bez pla­nów na wie­czór. Drugi jest na­wró­co­nym lu­bież­ni­kiem w mi­ło­snym na­stroju, a w domu czeka na niego chętna młoda żona. Kto, twoim zda­niem, po­wi­nien więc za­jąć się tymi cho­ler­nymi ra­chun­kami? - Że­gna­jąc się non­sza­lancko, St. Vin­cent opu­ścił biuro.

"No­wość" - to była jego re­ko­men­da­cja. Cóż, to słowo zde­cy­do­wa­nie znaj­do­wało od­nie­sie­nie w sto­sunku do panny Ha­tha­way. Do­tych­czas Cam pre­fe­ro­wał ko­biety do­świad­czone, które trak­to­wały uwo­dze­nie jak grę i do­sko­nale wie­działy, że nie na­leży mie­szać przy­jem­no­ści z uczu­ciami. Ni­gdy nie po­dej­mo­wał się roli na­uczy­ciela nie­win­nych. W za­sa­dzie per­spek­tywa po­zba­wie­nia damy dzie­wic­twa była ra­czej od­strę­cza­jąca. Dla niej nic, tylko ból, a po­tem prze­ra­ża­jące kon­se­kwen­cje w po­staci łez i ża­lów. Wzdry­gnął się na samą myśl. Nie, nie bę­dzie po­goni za no­wo­ścią w przy­padku panny Ha­tha­way.

Przy­spie­sza­jąc kroku, Cam wszedł po scho­dach do po­koju, gdzie cze­kała ko­bieta i ciem­no­licy chal. Mer­ri­pen to do­syć po­wszechne imię wśród Cy­ga­nów, ten czło­wiek jed­nak był nie­zwy­kły. Wy­glą­dało na to, że jest słu­żą­cym tej ko­biety - dzi­waczna i wstrętna oko­licz­ność dla ko­cha­ją­cego wol­ność Roma.

Mieli więc ze sobą coś wspól­nego. Obaj pra­co­wali dla ga­dziów, za­miast włó­czyć się po ziemi swo­bod­nie, jak Bóg przy­ka­zał.

Ro­mo­wie nie pa­so­wali do wnętrz, w któ­rych ogra­ni­czały ich ściany. Nie żyli w klat­kach z po­ko­jów i do­mów, od­cięci od nieba i wia­tru, słońca i gwiazd. Nie od­dy­chali stę­chłym po­wie­trzem, prze­sy­co­nym za­pa­chami z kuchni i pa­stą do pod­łóg. Po raz pierw­szy od lat Cam po­czuł przy­pływ pa­niki. Zwal­czył go i sku­pił się na swoim za­da­niu - po­zbyć się tej oso­bli­wej pary ze swo­jego sa­lonu.

Po­cią­gnął za koł­nie­rzyk, aby nieco roz­luź­nić jego ucisk, pchnął uchy­lone drzwi i wszedł do po­koju.

Panna Ha­tha­way stała nie­da­leko progu, cze­ka­jąc na niego z kiep­sko ma­sko­waną nie­cier­pli­wo­ścią, a Mer­ri­pen na­dal krył się w ką­cie. Gdy Cam pod­szedł do niej i spoj­rzał w jej unie­sioną wy­soko twarz, fala pa­niki za­mie­niła się w in­try­gu­jący przy­pływ cie­pła. Pod jej nie­bie­skimi oczami ry­so­wały się blade, la­wen­dowe cie­nie. Jej mięk­kie wargi za­ci­snęły się w wą­ską kre­skę. Ciemne, lśniące włosy za­cze­sała do tyłu i upięła cia­sno spin­kami.

Ścią­gnięte su­rowo włosy i skromna, krę­pu­jąca suk­nia na­rzu­cały ob­raz ko­biety peł­nej za­ha­mo­wań. Ty­powa stara panna. Nic jed­nak nie mo­gło ukryć pro­mie­niu­ją­cej z niej sil­nej woli. Była... sma­ko­wita. Chciał ją roz­pa­ko­wać jak po­da­rek, na który cze­kał zbyt długo. Pra­gnął jej bez­wol­nej i na­giej pod sobą, tych de­li­kat­nych warg, spuch­nię­tych od jego twar­dych, głę­bo­kich po­ca­łun­ków, jej ja­snej skóry roz­pa­lo­nej na­mięt­no­ścią. Zdu­miony wra­że­niem, ja­kie na nim wy­warła, zmu­sił się do za­cho­wa­nia obo­jęt­nej miny, gdy za­czął się jej przy­glą­dać.

- Cóż? - za­żą­dała spra­woz­da­nia Ame­lia, zu­peł­nie nie­świa­doma, do­kąd po­wę­dro­wały jego my­śli. Gdyby wie­działa, z pew­no­ścią z krzy­kiem wy­bie­głaby z po­koju. - Do­wie­dział się pan cze­goś na te­mat miej­sca po­bytu mo­jego brata?

- Ow­szem.

- I?

- Lord Ram­say od­wie­dził nas wcze­snym wie­czo­rem, prze­grał tro­chę pie­nię­dzy przy sto­li­kach...

- Dzięki Bogu, żyje! - za­wo­łała Ame­lia.

- ...i naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił po­cie­szyć się wi­zytą w po­bli­skim bur­delu.

- Bur­delu? - Ame­lia rzu­ciła Mer­ri­pe­nowi zroz­pa­czone spoj­rze­nie. - Przy­się­gam, Mer­ri­pen, ten łaj­dak zgi­nie dzi­siaj z mo­jej ręki. - Spoj­rzała na Cama. - Ile prze­grał?

- Około pię­ciu­set fun­tów.

Śliczne, nie­bie­skie oczy roz­sze­rzyły się z gniewu.

- Bę­dzie umie­rał bar­dzo po­woli. Który bur­del?

- Brad­shaw.

Ame­lia się­gnęła po ka­pe­lusz.

- Chodźmy, Mer­ri­pen. Mu­simy go stam­tąd za­brać.

- Nie - pa­dło z ust obu męż­czyzn jed­no­cze­śnie.

- Chcę oso­bi­ście się prze­ko­nać, czy nic mu nie jest - oznaj­miła Ame­lia spo­koj­nie.

- Wąt­pię.

Ame­lia rzu­ciła Mer­ri­pe­nowi lo­do­wate spoj­rze­nie.

- Nie wra­cam do domu bez Leo.

Na poły roz­ba­wiony i za­nie­po­ko­jony siłą jej woli, Cam zwró­cił się do Mer­ri­pena:

- Czy mam do czy­nie­nia z upo­rem, głu­potą, czy ja­kąś kom­bi­na­cją obu tych cech?

Ame­lia udzie­liła od­po­wie­dzi, za­nim Mer­ri­pen zdo­łał otwo­rzyć usta.

- Z mo­jej strony z upo­rem. Głu­pota po­zo­staje nie­od­łącz­nym atry­bu­tem mo­jego brata. - Po­pra­wiła ka­pe­lusz i za­wią­zała wstążki pod brodą.

Wi­śniowe wstążki, stwier­dził zdu­miony Cam. Ten fry­wolny, czer­wony ak­cent był je­dyną oso­bli­wo­ścią jej sto­no­wa­nego ubioru. Nie­zna­joma z każdą chwilą fa­scy­no­wała go co­raz bar­dziej.

- Nie wej­dzie­cie do Brad­shawa. Wy­jąw­szy względy bez­pie­czeń­stwa i mo­ral­ność, na­wet nie wie­cie, gdzie to, do dia­bła, jest.

Ame­lia na­wet się nie skrzy­wiła, sły­sząc prze­kleń­stwo.

- Za­kła­dam, że spora część go­ści krąży po­mię­dzy pana klu­bem a do­mem Brad­shawa. Po­wie­dział pan, że to nie­da­leko, co ozna­cza, że mu­szę tylko po­dą­żyć za falą pie­szych w tam­tym kie­runku. Do wi­dze­nia, pa­nie Ro­han. Na­prawdę do­ce­niam pań­ską po­moc.

Cam sta­nął jej na dro­dze.

- Tylko zrobi pani z sie­bie idiotkę, panno Ha­tha­way. Nie przej­dzie pani na­wet przez drzwi fron­towe. Bur­del taki jak Brad­shaw nie wpusz­cza ob­cych z ulicy.

- To, jak wy­do­stanę stam­tąd brata, to już nie pań­skie zmar­twie­nie.

Miała ra­cję. To nie było jego zmar­twie­nie. Ale Cam od dawna nie ba­wił się tak do­brze. Żadne zmy­słowe roz­ko­sze, uta­len­to­wane kur­ty­zany, na­wet po­kój pe­łen na­gich ko­biet nie za­in­try­go­wałby go w po­ło­wie tak bar­dzo, jak panna Ame­lia Ha­tha­way i jej czer­wone wstążki.

- Jadę z wami - po­wie­dział.

Zmarsz­czyła brwi.

- Nie, dzię­kuję.

- Na­le­gam.

- Nie po­trze­buję już pań­skich usług, pa­nie Ro­han.

Ca­mowi przy­szła do głowy cała masa usług, któ­rych wy­raź­nie po­trze­bo­wała i które z przy­jem­no­ścią sam by jej za­pew­nił.

- Naj­wy­raź­niej bę­dzie z po­żyt­kiem dla wszyst­kich, je­śli wy­do­sta­nie­cie stam­tąd Ram­saya i opu­ści­cie Lon­dyn naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe. Od te­raz uwa­żam przy­spie­sze­nie wa­szego od­jazdu za swój oby­wa­tel­ski obo­wią­zek.

Roz­dział 3

Mo­gli udać się do bur­delu na pie­chotę, ale za­miast tego po­je­chali tam wie­kową ka­le­szą. Za­trzy­mali się przed nie­ład­nym bu­dyn­kiem w stylu geo­r­giań­skim. Ame­lii, któ­rej ta­kie miej­sca ko­ja­rzyły się z krzy­kliwą eks­tra­wa­gan­cją, fa­sada przy­bytku wy­dała się za­ska­ku­jąco dys­kretna.

- Pro­szę zo­stać w po­wo­zie - po­wie­dział Ro­han. - Wejdę do środka i wy­py­tam ko­goś o Ram­saya. - Spoj­rzał su­rowo na Mer­ri­pena. - Nie zo­sta­wiaj panny Ha­tha­way bez opieki na­wet na se­kundę. Nie­bez­piecz­nie tu o tej po­rze.

- Jest le­d­wie wcze­sny wie­czór - za­pro­te­sto­wała Ame­lia. - Znaj­du­jemy się na West En­dzie, oto­czeni tłu­mem ele­gancko ubra­nych dżen­tel­me­nów. Jak bar­dzo może to być nie­bez­pieczne?

- Wi­dy­wa­łem tych ele­gancko ubra­nych dżen­tel­me­nów, ro­bią­cych ta­kie rze­czy, że wy­star­czyłby sam opis, aby pani ze­mdlała.

- Ni­gdy nie mdleję - oświad­czyła za­pal­czy­wie Ame­lia.

Uśmiech Ro­hana roz­ja­śnił za­cie­nione wnę­trze po­wozu. Opu­ścił po­jazd i roz­pły­nął się w mroku, jakby był jego czę­ścią, wto­pił się w niego cały, w zmierz­chu bły­snęły tylko jego he­ba­nowe włosy i dia­men­towy kol­czyk.

Ame­lia przy­pa­try­wała się mu w zdu­mie­niu. Do ja­kiej ka­te­go­rii przy­pi­sać tego czło­wieka? Nie był dżen­tel­me­nem czy lor­dem, ale nie był też zwy­kłym rze­mieśl­ni­kiem, na­wet nie był w pełni Cy­ga­nem. Po­czuła dreszcz, gdy przy­po­mniała so­bie chwilę, w któ­rej po­mógł jej wsiąść do po­wozu. Miała na dło­niach rę­ka­wiczki, ale jego ręce nie były osło­nięte i po­czuła przez to cie­pło i siłę jego pal­ców. A na jego kciuku za­uwa­żyła błysk gru­bej, zło­tej ob­rączki. Ni­gdy cze­goś ta­kiego nie wi­działa.

- Mer­ri­pen, co ozna­cza ob­rączka na kciuku męż­czy­zny? Czy to ja­kiś cy­gań­ski zwy­czaj?

Mer­ri­pen, naj­wy­raź­niej za­sko­czony py­ta­niem, wyj­rzał przez okno w wil­gotną noc. Obok po­wozu prze­szła ro­ze­śmiana grupa mło­dych męż­czyzn w ele­ganc­kich płasz­czach i wy­so­kich ka­pe­lu­szach. Dwaj przy­sta­nęli, aby po­roz­ma­wiać z krzy­kli­wie odzianą ko­bietą.

Marsz­cząc brwi, Mer­ri­pen od­po­wie­dział na py­ta­nie Ame­lii:

- To oznaka nie­za­leż­no­ści i wol­no­ści my­śli. I od­dzie­le­nia. No­sząc ją, przy­po­mina so­bie, że nie na­leży do miej­sca, w któ­rym się znaj­duje.

- Dla­czego pan Ro­han miałby chcieć o tym pa­mię­tać?

- Bo ścieżka, którą kro­czą po­bra­tymcy, jest ku­sząca - oznaj­mił po­nuro Mer­ri­pen. - Trudno się jej oprzeć.

- A dla­czego mu­si­cie się jej opie­rać? Nie ro­zu­miem, co jest ta­kiego strasz­nego w miesz­ka­niu w od­po­wied­nim domu, za­pew­nie­niu so­bie sta­łego do­chodu i cie­sze­niu się rze­czami ta­kimi jak ładna por­ce­lana, czy wy­ście­łane krze­sła.

- Ga­dzio­wie - wy­mam­ro­tał z re­zy­gna­cją, skła­nia­jąc Ame­lię do uśmie­chu. Wie­działa, że słowo to ozna­cza wszyst­kich, któ­rzy nie są Ro­mami.

Oparła się o wy­tarte, wy­ście­łane sie­dze­nie.

- Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łam, że kie­dyś będę tak de­spe­racko pra­gnęła od­na­leźć brata w po­dob­nym przy­bytku. Ale je­śli mam wy­bie­rać po­mię­dzy bur­de­lem a wy­ła­wia­niem go z Ta­mizy... - Urwała i przy­ci­snęła do ust za­ci­śniętą pieść.

- Prze­cież nie umarł. - Głos Mer­ri­pena był ni­ski i ła­godny.

Ame­lia z ca­łych sił sta­rała się mu uwie­rzyć.

- Mu­simy wy­wieźć Leo z Lon­dynu. Na wsi bę­dzie bez­piecz­niej­szy, prawda?

Mer­ri­pen nie­zo­bo­wią­zu­jąco wzru­szył ra­mio­nami, jego oczy po­zo­stały bez wy­razu.

- Bę­dzie miał mniej roz­ry­wek - kon­ty­nu­owała Ame­lia. - I nie bę­dzie mógł pa­ko­wać się w kło­poty.

- Męż­czy­zna, który szuka kło­po­tów, wszę­dzie je znaj­dzie.

Po kilku mi­nu­tach nie­zno­śnie dłu­żą­cego się ocze­ki­wa­nia uj­rzeli Ro­hana, który pod­szedł do po­wozu i uchy­lił drzwi.

- Gdzie on jest? - za­py­tała Ame­lia, gdy wspiął się do środka.

- Nie tu­taj. Lord Ram­say udał się na górę z jedną z dziew­cząt i... cóż, do­peł­nił trans­ak­cji... a po­tem opu­ścił bur­del.

- Do­kąd się udał? Py­tał pan?

- Po­wie­dział, że idzie do ta­werny "Pie­kiełko i Wia­derko".

- Uro­cze. Zna pan drogę?

Ro­han usa­do­wił się obok niej i spoj­rzał na Mer­ri­pena.

- Jedź St. Ja­mes na wschód, a po­tem skręć w lewo na trze­ciej krzy­żówce.

Mer­ri­pen sma­gnął ko­nie lej­cami i po­wóz po­to­czył się na­przód, mi­ja­jąc po dro­dze trzy pro­sty­tutki.

Ame­lia przy­glą­dała się ko­bie­tom z nie­skry­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

- Nie­które z nich są ta­kie młode... Gdyby tylko ja­kaś in­sty­tu­cja cha­ry­ta­tywna po­mo­gła im zna­leźć sza­cowne za­trud­nie­nie.

- Tak zwane sza­cowne za­trud­nie­nie może się oka­zać rów­nie złe - od­parł Ro­han.

Spoj­rzała na niego z obu­rze­niem.

- Uważa pan, że ko­bie­cie le­piej jest, gdy para się pro­sty­tu­cją niż w uczci­wej pracy, która po­zwo­li­łaby jej żyć god­nie?

- Tego nie po­wie­dzia­łem. Nie­któ­rzy pra­co­dawcy są znacz­nie bar­dziej bru­talni niż su­te­ne­rzy i raj­fu­rzy. Słu­żący mu­szą zno­sić naj­prze­róż­niej­sze formy prze­mocy od swo­ich pa­nów, zwłasz­cza ko­biety. A je­śli są­dzi pani, że god­nie pra­cuje się w fa­bryce, to naj­wy­raź­niej ni­gdy nie wi­działa pani dziew­czyny, która stra­ciła palce, przy­ci­na­jąc słomę na mio­tły. Czy też jej ko­le­żanki, która ma płuca tak wy­peł­nione ku­rzem i kłacz­kami z grę­pla­rek, że nie do­żyje trzy­dzie­stych uro­dzin.

Ame­lia już otwo­rzyła usta, aby mu od­po­wie­dzieć, ale je za­mknęła. Nie­ważne, jak bar­dzo chciała kon­ty­nu­ować tę dys­ku­sję, dama, na­wet je­śli była starą panną, nie roz­ma­wiała o pro­sty­tu­cji.

Ko­bieta schro­niła się za fa­sadą chłod­nej obo­jęt­no­ści i od­wró­ciła się do okna. Nie po­świę­ciła Ro­ha­nowi już ani jed­nego spoj­rze­nia, ale czuła, że on ją ob­ser­wuje. Była nie­zno­śnie świa­doma jego obec­no­ści. Nie pach­niał wodą ko­loń­ską i po­madą, ale czymś zde­cy­do­wa­nie bar­dziej po­nęt­nym - dy­mem, świe­żo­ścią i goź­dzi­kami.

- Pani brat cał­kiem nie­dawno odzie­dzi­czył ty­tuł - po­wie­dział.

- Tak.

- Z ca­łym sza­cun­kiem, ale lord Ram­say nie wy­daje się przy­go­to­wany do swo­jej no­wej roli.

Ame­lia nie zdo­łała po­wstrzy­mać smut­nego uśmie­chu.

- Nikt z nas nie jest. Dla Ha­tha­wayów był to do­prawdy nie­zwy­kły ob­rót spraw. Przed Leo byli w pro­stej li­nii jesz­cze co naj­mniej trzej spad­ko­biercy. Wszy­scy zmarli na­gle, z róż­nych przy­czyn. Ty­tuł po­ciąga chyba za sobą kon­se­kwen­cje w po­staci krót­kiego ży­cia. W tym sta­nie du­cha mój brat nie bę­dzie cie­szył się nim dłu­żej niż jego po­przed­nicy.

- Nikt nie wie, co kryje jego prze­zna­cze­nie.

Ame­lia od­wró­ciła się do Ro­hana i za­uwa­żyła, że męż­czy­zna wpa­truje się w nią in­ten­syw­nie. Jej serce za­częło bić szyb­ciej.

- Nie wie­rzę w prze­zna­cze­nie - oznaj­miła. - Lu­dzie sami są ko­wa­lami swego losu.

Ro­han uśmiech­nął się.

- Wszy­scy, na­wet bo­go­wie, są bez­bronni w ob­li­czu prze­zna­cze­nia.

Ame­lia spoj­rzała na niego scep­tycz­nie.

- Pan, za­rządca klubu gier, wie na pewno wszystko o szan­sach i praw­do­po­do­bień­stwie. Nie może pan więc, kie­ru­jąc się ro­zu­mem, da­wać wiary szczę­ściu, lo­sowi, czy po­dob­nym rze­czom.

- Wiem wszystko o praw­do­po­do­bień­stwie i szan­sach wy­gra­nej - zgo­dził się Ro­han. - Wie­rzę jed­nak w szczę­ście. - Uśmiech­nął się do niej z pło­mie­niem w oczach, na wi­dok któ­rego wstrzy­mała od­dech. - Wie­rzę w ma­gię i ta­jem­nicę, w sny, które od­sła­niają przy­szłość. I wie­rzę, że pewne rze­czy są za­pi­sane w gwiaz­dach... lub na­wet we wnę­trzu pani dłoni.

Ame­lia, ni­czym za­hip­no­ty­zo­wana, nie mo­gła ode­rwać od niego wzroku. Był nie­zwy­kle przy­stoj­nym męż­czy­zną, ze skórą ciemną jak miód z ko­ni­czyny i czar­nymi wło­sami, opa­da­ją­cymi na czoło w spo­sób, który wręcz pro­wo­ko­wał jej place do tego, aby je od­su­nąć.

- Ty też wie­rzysz w prze­zna­cze­nie? - za­py­tała Mer­ri­pena.

Dłu­gie wa­ha­nie.

- Je­stem Ro­mem.

Czyli tak.

- Do­bry Boże, Mer­ri­pen. A ja mia­łam cię za roz­sąd­nego czło­wieka.

Ro­han ro­ze­śmiał się.

- Uzna­nie ta­kiej moż­li­wo­ści to wła­śnie do­wód roz­sądku, panno Ha­tha­way. Tylko dla­tego, że nie może pani cze­goś zo­ba­czyć czy po­czuć, nie ozna­cza to wcale, że dana rzecz nie ist­nieje.

- Nie ma cze­goś ta­kiego jak prze­zna­cze­nie - upie­rała się Ame­lia. - Są tylko czyny i ich kon­se­kwen­cje.

Po­wóz za­trzy­mał się na­gle, tym ra­zem w miej­scu znacz­nie nędz­niej­szym niż St. Ja­mes i King Street. Po jed­nej stro­nie ulicy stała pi­wiar­nia i trzy­pen­sowy za­jazd, a po dru­giej duża ta­werna. Prze­chod­nie za­cho­wy­wali po­zory do­brych ma­nier, wi­dać było jed­nak, że wszech­obecni do­mo­krążcy, kie­szon­kowcy i pro­sty­tutki nie są im obcy.

Na progu ta­werny w naj­lep­sze trwała bi­ja­tyka, w oczach ro­iło się od rąk, nóg, la­ta­ją­cych ka­pe­lu­szy, bu­te­lek i la­sek. Za każ­dym ra­zem, gdy na­ty­kali się na ta­kie zja­wi­sko, oka­zy­wało się, że to brat Ame­lii był jego po­wo­dem.

- Mer­ri­pen - oznaj­miła dziew­czyna z obawą - wiesz, jak się za­cho­wuje Leo, gdy jest zdez­o­rien­to­wany. Pew­nie zna­lazł się w sa­mym środku tej bójki. Gdy­byś był tak do­bry...

Za­nim skoń­czyła mó­wić, Mer­ri­pen ze­sko­czył z ko­zła.

- Cze­kaj - po­wie­dział Ro­han. - Le­piej bę­dzie, je­śli ja się tym zajmę.

Mer­ri­pen spoj­rzał na niego chłodno.

- Wąt­pisz w moje umie­jęt­no­ści?

- To lon­dyń­ska me­lina. Przy­wy­kłem do sztu­czek, które się tu sto­suje. A ty... - Urwał, gdy Mer­ri­pen go po pro­stu zi­gno­ro­wał i opu­ścił po­wóz z opry­skli­wym burk­nię­ciem. - Niech bę­dzie - stwier­dził Ro­han, sta­jąc przy kole, aby mieć do­bry wi­dok. - Po­kroją go jak ma­krelę na targu ryb­nym w Co­vent Gar­den.

Ame­lia rów­nież wy­sia­dła z po­wozu.

- Mer­ri­pen bar­dzo do­brze od­naj­duje się w walce, za­pew­niam pana.

Ro­han spoj­rzał na nią spod przy­mknię­tych po­wiek.

- Bę­dzie pani bez­piecz­niej­sza w środku.

- Prze­cież pan mnie chroni, nie­praw­daż? - wy­tknęła.

- Ko­cha­nie - po­wie­dział z ła­god­no­ścią, któ­rej nie za­głu­szył na­wet ha­ła­su­jący tłum. - To przede mną trzeba cię chro­nić.

Jej serce na mo­ment prze­stało bić. Spoj­rzał w jej sze­roko otwarte oczy z tak in­ten­syw­nym za­in­te­re­so­wa­niem, że do­słow­nie prze­szły ją ciarki. Pró­bu­jąc za­cho­wać spo­kój, od­wró­ciła wzrok. Po­zo­stała jed­nak bo­le­śnie świa­doma jego obec­no­ści, swo­bod­nej go­to­wo­ści jego syl­we­tki, nie­zna­nego pul­so­wa­nia, ukry­tego pod war­stwami ele­ganc­kiego stroju.

Ra­zem ob­ser­wo­wali, jak Mer­ri­pen brnął przez chaos bi­ją­cych się męż­czyzn, kła­dąc ich po­ko­tem. Nie mi­nęło na­wet pół mi­nuty, gdy bez­ce­re­mo­nial­nie wy­cią­gnął ko­goś za koł­nierz z bez­ład­nej masy ciał, wolną ręką hoj­nie roz­da­jąc ciosy.

- Jest na­prawdę nie­zły - stwier­dził lekko za­sko­czony Ro­han.

Ame­lia po­czuła obez­wład­nia­jącą ulgę, gdy roz­po­znała Leo.

- Och, dzięki ci, Boże.

Jej po­wieki za­trze­po­tały, gdy po­czuła na szczęce de­li­katny do­tyk. Palce Ro­hana unio­sły jej twarz, a jego kciuk po­cie­rał de­li­kat­nie czu­bek jej brody. Ten nie­ocze­ki­wany, in­tymny gest wy­wo­łał w niej dreszcz. Jego roz­pa­lone spoj­rze­nie znów przy­kuło jej wzrok.

- Nie są­dzi pani, że wy­ka­zuje zbyt­nią na­do­pie­kuń­czość, ści­ga­jąc do­ro­słego brata po ca­łym Lon­dy­nie? Nie zro­bił prze­cież nic aż tak nie­zwy­kłego. Więk­szość mło­dych lor­dów w jego sy­tu­acji za­cho­wa­łaby się tak samo.

- Pan go nie zna. - Na­wet ona sły­szała, jak bar­dzo drży jej głos. Wie­działa, że po­winna ode­rwać się od jego cie­płych pal­ców, ale jej ciało po­zo­stało prze­wrot­nie nie­ru­chome, chło­nąc ca­łym sobą przy­jem­ność jego do­tyku. - To nie jest dla niego nor­malne za­cho­wa­nie. On ma kło­poty. On... - Urwała na­gle.

Ro­han po­wiódł czub­kiem palca po lśnią­cym śla­dzie wstążki jej ka­pe­lu­sza, od ucha aż do wę­zła pod brodą.

- Ja­kie kło­poty?

Po­de­rwała głowę i od­wró­ciła się do Mer­ri­pena i Leo, któ­rzy wła­śnie po­de­szli do po­wozu. Na wi­dok brata po­czuła przy­pływ mi­ło­ści i drę­czą­cego lęku. Był brudny, spo­nie­wie­rany i uśmie­chał się do niej bez cie­nia skru­chy. Każdy, kto nie znał Leo, mógłby w tej chwili za­ło­żyć, że nie ma on żad­nych trosk. Ale jego oczy, kie­dyś pełne cie­pła, były pu­ste i zimne. Jego do nie­dawna zgrabna syl­we­tka za­okrą­gliła się, a szyja była opuch­nięta. Wciąż da­leko mu było do kom­plet­nego upadku, ale wy­da­wał się być nie­zwy­kle zde­ter­mi­no­wany, aby przy­spie­szyć ten pro­ces.

- Nie­zwy­kłe - rzu­ciła Ame­lia od nie­chce­nia. - Coś jesz­cze z cie­bie zo­stało. - Wy­jęła z rę­kawa chu­s­teczkę, po­de­szła do niego i de­li­kat­nie otarła pot i smugi krwi z jego po­licz­ków. - Je­stem tą w środku, skar­bie - do­dała, wi­dząc jego roz­bie­gane spoj­rze­nie.

- Ach, tu je­steś. - Głowa Leo po­dry­gi­wała jak ma­rio­netka na sznur­kach. Spoj­rzał na Mer­ri­pena, który sta­no­wił znacz­nie sta­bil­niej­sze wspar­cie niż jego wła­sne nogi. - Moja sio­stra - po­wie­dział. - Prze­ra­ża­jąca dziew­czyna.

- Za­nim Mer­ri­pen wsa­dzi cię do po­wozu, czy masz za­miar ja­koś do­pro­wa­dzić się do po­rządku, Leo?

- Zde­cy­do­wa­nie nie - pa­dła sta­now­cza od­po­wiedź. - Ha­tha­way­owie mają mocną głowę.

Ame­lia piesz­czo­tliwe od­su­nęła brudne, brą­zowe loki, które opa­dały mu na oczy jak pa­sma przę­dzy.

- By­łoby miło, gdy­byś w przy­szło­ści nie pod­da­wał swo­jej sio­stry ta­kim pró­bom, mój drogi.

- Ale sio­strzyczko... - Gdy na nią spoj­rzał, do­strze­gła w nim cząstkę daw­nego Leo, iskrę w tym nie­obec­nym wzroku, która jed­nak na­tych­miast znik­nęła. - Mam tak po­tężne pra­gnie­nie.

Po­czuła szczy­pa­nie w ką­ci­kach oczu i słony smak w ustach. Prze­łknęła łzy.

- Przez na­stępne dni bę­dziesz je za­spo­ka­jał wodą i her­batą - oznaj­miła spo­koj­nym gło­sem. - Wsadź go do po­wozu, Mer­ri­pen.

Leo spoj­rzał na czło­wieka, który go pod­trzy­my­wał.

- Na li­tość bo­ską, chyba nie po­zwo­lisz jej mnie za­brać?

- Wo­lał­byś wy­trzeź­wieć pod opieką straż­ni­ków z Bow Street? - za­py­tał Mer­ri­pen uprzej­mie.

- Na pewno oka­za­liby wię­cej ła­ski. - Zrzę­dząc pod no­sem, Leo za­to­czył się w stronę po­wozu.

Ame­lia od­wró­ciła się do Cama Ro­hana, który przy­glą­dał się jej z nie­prze­nik­nioną miną.

- Czy mo­żemy od­wieźć pana do Jen­nera? W po­wo­zie bę­dzie cia­sno, ale my­ślę, że so­bie po­ra­dzimy.

- Nie, dzię­kuję. - Ro­han po­woli ob­szedł z nią po­jazd. - To nie­da­leko. Przejdę się.

- Nie mogę po­zwo­lić, aby błą­kał się pan po tej oko­licy.

Przy­sta­nęli z tyłu po­wozu, czę­ściowo osło­nięci przed cie­kaw­skimi spoj­rze­niami.

- Nic mi nie bę­dzie. To mia­sto nie ma przede mną żad­nych ta­jem­nic. Pro­szę się nie ru­szać.

Uniósł de­li­kat­nie jej twarz, jedną rękę przy­tu­la­jąc do jej szczęki, a drugą prze­su­wa­jąc na po­li­czek. Kciu­kiem de­li­kat­nie otarł jej lewe oko. Ze zdu­mie­niem po­czuła tam smugę wil­goci.

- To przez ten wiatr - po­wie­działa drżąco.

- Dzi­siaj nie wieje. - Nie prze­su­nął ręki, gładka po­wierzch­nia ob­rączki na kciuku lekko wci­skała się w jej skórę. Jej serce za­częło tłuc się w piersi jak osza­lałe, a szum krwi w uszach za­głu­szył pra­wie wszystko wo­kół, na­wet zgiełk ta­werny. Mrok gęst­niał wo­kół nich. Cam prze­su­nął palce w dół jej szyi z za­dzi­wia­jącą de­li­kat­no­ścią, od­naj­du­jąc ukryte do­tąd za­koń­cze­nia ner­wów i piesz­cząc je ła­god­nie. Pa­trzył jej pro­sto w oczy. Za­uwa­żyła na­gle, że orze­cho­wo­złote tę­czówki są oto­czone czar­nymi ob­wód­kami.

- Panno Ha­tha­way... Czy jest pani pewna, że prze­zna­cze­nie nie miało nic wspól­nego z na­szym dzi­siej­szym spo­tka­niem?

Nie mo­gła zła­pać tchu.

- Ca-cał­kiem pewna.

Po­chy­lił głowę.

- I można z ogrom­nym praw­do­po­do­bień­stwem za­ło­żyć, że już ni­gdy się nie spo­tkamy?

- Ni­gdy.

Był zbyt po­tężny, po­chy­lał się zbyt ni­sko. Ame­lia pró­bo­wała ze­brać my­śli, ale były jak roz­sy­pane za­pałki... które za­jęły się ogniem, gdy jego od­dech omiótł jej po­li­czek.

- Mam na­dzieję, że się pani nie myli. Boże do­po­móż, gdy­bym miał po­nieść kon­se­kwen­cje.

- Czego? - Jej głos był wy­jąt­kowo słaby.

- Tego. - Jego ręka prze­su­nęła się na jej kark, a jego wargi opa­dły na jej usta.

Ame­lia by­wała już ca­ło­wana. Nie tak dawno temu, prawdę mó­wiąc, i to przez męż­czy­znę, któ­rego ko­chała. Ból jego zdrady zra­nił ją tak głę­boko, przy­się­gła więc so­bie, że ni­gdy wię­cej nie po­zwoli już zbli­żyć się do sie­bie męż­czyź­nie. Ale Cam Ro­han nie za­py­tał o zgodę i nie dał jej szansy za­pro­te­sto­wać. Ze­sztyw­niała i oparła dło­nie na jego piersi, pró­bu­jąc go ode­pchnąć. Wy­da­wał się na­wet nie za­uwa­żyć jej obiek­cji; jego usta były de­li­katne i uparte. Oto­czył ją ra­mie­niem i uniósł lekko, przy­cią­ga­jąc ją do swego twar­dego ciała.

Z każ­dym od­de­chem co­raz głę­biej wdy­chała jego za­pach, sło­dycz my­dła z psz­cze­lego wo­sku, nutę soli na jego skó­rze. Ota­czała ją giętka siła jego ciała; nie mo­gła się po­wstrzy­mać, aby się na nim nie oprzeć. Spro­wo­ko­wało to jesz­cze wię­cej po­ca­łun­ków, za­czy­na­ją­cych się, na­wet je­śli po­przed­nie się jesz­cze nie skoń­czyły, wil­got­nych i in­tym­nych piesz­czot, ta­jem­ni­czych mu­śnięć peł­nych przy­jem­no­ści i obiet­nic.

Mru­cząc ci­cho obce słowa, które roz­kosz­nie wy­peł­niały jej uszy, Ro­han w końcu się od­su­nął. Jego wargi za­częły wę­dro­wać wzdłuż za­ru­mie­nio­nej krzy­wi­zny jej szyi, za­trzy­mu­jąc się w naj­bar­dziej wraż­li­wych miej­scach. Jej ciało do­słow­nie spu­chło pod ubra­niem, gor­set uwie­rał nie­zno­śnie de­spe­racko wal­czące o od­dech płuca.

Za­drżała, gdy do­tarł do wy­jąt­kowo czu­łej oko­licy i do­tknął jej czub­kiem ję­zyka. Jakby jej smak był ja­kąś eg­zo­tyczną przy­prawą. Czuła pul­so­wa­nie w pier­siach, żo­łądku i po­mię­dzy udami. Prze­peł­niła ją prze­ra­ża­jąca po­trzeba opar­cia się o niego, za­pra­gnęła uwol­nić się od warstw du­szą­cego ją ma­te­riału, z któ­rego uszyto jej spód­nice. Cam był taki ostrożny, taki de­li­katny...

Z transu wy­rwał ją od­głos tłu­czo­nego szkła.

- Nie - wy­krztu­siła, wy­ry­wa­jąc się.

Ro­han uwol­nił ją z ob­jęć, jego ręce uspo­ka­jały ją, gdy wal­czyła o od­zy­ska­nie rów­no­wagi. Od­wró­ciła się i za­ta­cza­jąc się, na oślep ru­szyła w kie­runku drzwi­czek. Wszę­dzie, gdzie jej do­tknął, nerwy pa­liły ją ży­wym ogniem, do­ma­ga­jąc się wię­cej. Nie pod­nio­sła głowy, wdzięczna za ochronę, którą da­wał jej ka­pe­lusz.

De­spe­racko pra­gnąc uciec, sta­nęła na stop­niu po­wozu. Za­nim jed­nak zdo­łała sa­mo­dziel­nie wspiąć się do środka, po­czuła obej­mu­jące ją w ta­lii dło­nie Ro­hana. Przy­trzy­mał ją na tyle długo, aby szep­nąć jej jesz­cze do ucha:

- Lat­cho drom.

Cy­gań­skie po­że­gna­nie. Roz­po­znała tych kilka słów, któ­rych na­uczył Ha­tha­wayów Mer­ri­pen. Prze­szedł ją in­tymny dreszcz, gdy cie­pło jego od­de­chu do­tarło do jej ucha. Nie chciała, nie mo­gła od­po­wie­dzieć, wspięła się więc do wnę­trza po­wozu i nie­zręcz­nie ze­brała war­stwy spód­nicy, które blo­ko­wały wej­ście.

Drzwi za­mknęły się za nią sta­now­czo, a po­jazd ru­szył, gdy ko­nie po­słusz­nie pod­dały się sil­nej ręce Mer­ri­pena. Dwoje Ha­tha­wayów oku­po­wało prze­ciw­le­głe końce ła­wek, jedno z nich pi­jane, dru­gie oszo­ło­mione. Po dłuż­szej chwili Ame­lia się­gnęła drżą­cymi rę­kami do wstą­żek czepka, aby je roz­wią­zać i za­uwa­żyła ze zdu­mie­niem, że luźno zwi­sają.

Jedna wstążka, w za­sa­dzie. Druga...

Ame­lia zdjęła ka­pe­lusz i za­częła się w niego wpa­try­wać z za­kło­po­ta­niem. Druga czer­wona, je­dwabna wstążka znik­nęła; po­zo­stał po niej tylko ślad po we­wnętrz­nej stro­nie.

Zo­stała zgrab­nie od­cięta.

On ją za­brał.

Roz­dział 4

Ty­dzień póź­niej ro­dzeń­stwo Ha­tha­wayów wraz z ca­łym swoim do­byt­kiem prze­nio­sło się z Lon­dynu do no­wego domu w Hamp­shire. Po­mimo wielu wy­zwań, które ich tam cze­kały, Ame­lia wie­rzyła szcze­rze, że ta oko­licz­ność dla wszyst­kich okaże się ko­rzystna.

Z do­mem w Prim­rose Place wią­zało się zbyt wiele wspo­mnień. Po śmierci ro­dzi­ców ży­cie mło­dych Ha­tha­wayów nie wró­ciło już do normy. Pan Ha­tha­way umarł na serce, a jego żona, z żalu, kilka mie­sięcy póź­niej. Ściany ab­sor­bo­wały smu­tek sie­rot, aż stał się ich czę­ścią, tak jak farba, pa­pier i drewno. Ame­lia nie mo­gła pa­trzeć na ko­mi­nek w sa­lo­nie, nie przy­po­mi­na­jąc so­bie za każ­dym ra­zem matki, która sia­dy­wała przy nim z ro­bótką, ani cho­dzić do ogrodu bez my­śle­nia o ojcu, przy­ci­na­ją­cym swoje słynne, na­gra­dzane róże ap­te­kar­skie.

Sprze­dała więc dom bez żad­nych skru­pu­łów - nie z braku uczuć, lecz ra­czej przez ich nad­miar. Za dużo w nim było emo­cji, za dużo smutku. Nie można pa­trzeć w przy­szłość, je­śli cią­gle pa­mięta się o bo­le­snej stra­cie.

Jej ro­dzeń­stwo nie pro­te­sto­wało. Dla Leo nic nie było ważne - mo­głaby mu po­wie­dzieć, że będą miesz­kać na ulicy, a on po­wi­tałby no­winę obo­jęt­nym wzru­sze­niem ra­mion. Win, na­stępna we­dług star­szeń­stwa po Ame­lii, była zbyt słaba po prze­by­tej cho­ro­bie, aby sprze­ci­wiać się jej de­cy­zjom. A Poppy i Be­atrix były na to za młode, a poza tym same łak­nęły zmian.

Ame­lia była zda­nia, że ty­tuł nie mógł im przy­paść w bar­dziej od­po­wied­niej chwili. Choć mu­siała przy­znać, że nie wia­domo było, jak długo Ha­tha­way­owie zdo­łają go utrzy­mać.

Tak na­prawdę, nikt nie chciał zo­stać ko­lej­nym lor­dem Ram­say. Po­przedni trzej pa­dli ofiarą zło­śli­wego losu, któ­rego uwień­cze­niem była przed­wcze­sna śmierć. To wy­ja­śniało po czę­ści, dla­czego da­lecy krewni Ha­tha­wayów ucie­szyli się, gdy ty­tuł przy­padł Leo.

- Do­stanę ja­kieś pie­nią­dze? - Ta­kie było pierw­sze py­ta­nie brata, gdy do­wie­dział się, że odzie­dzi­czy god­ność para.

Od­po­wiedź można było uznać za twier­dzącą. Leo dzie­dzi­czył po­sia­dłość w Hamp­shire o ogra­ni­czo­nym are­ale i skromny roczny do­chód, któ­rego nie trzeba było po­świę­cać na jej utrzy­ma­nie.

- Na­dal bę­dziemy biedni - oznaj­miła mu Ame­lia, gdy prze­bie­gła wzro­kiem list od praw­nika, opi­su­jący ma­ją­tek i jego pro­blemy. - Po­sia­dłość jest nie­wielka, służba i znaczna część dzier­żaw­ców ode­szła, dom się sy­pie, a ty­tuł jest naj­wy­raź­niej prze­klęty. Mamy da­le­kiego ku­zyna, który praw­do­po­dob­nie po­wi­nien dzie­dzi­czyć przed tobą. Mo­żemy spró­bo­wać zrzu­cić to wszystko na niego. Ist­nieje cień szansy, że in­te­resy na­szego pra­pra­pra­dziadka nie były do końca le­galne, co po­zwo­li­łoby zrzec się nam ty­tułu ze względu na...

- Przyjmę ty­tuł - po­wie­dział Leo sta­now­czo.

- Bo tak jak ja nie wie­rzysz w klą­twy?

- Bo je­stem już tak cho­ler­nie prze­klęty, że jesz­cze jedna nie zrobi żad­nej róż­nicy.

Ni­gdy jesz­cze nie byli w po­łu­dnio­wym Hamp­shire, te­raz więc wszy­scy Ha­tha­way­owie, z wy­jąt­kiem Leo, wy­krę­cali szyje, aby po­dzi­wiać wi­doki.

Ame­lia uśmiech­nęła się, wi­dząc oży­wie­nie sióstr. Poppy i Be­atrix, obie ciem­no­włose i nie­bie­sko­okie, były prze­peł­nione na­dzie­jami. Wzrok Ame­lii po­wę­dro­wał do Win i za­trzy­mał się na niej, aby uważ­nie osza­co­wać jej stan.

Win wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej niż reszta ich ma­łej gro­madki. Jako je­dyna odzie­dzi­czyła ja­sne włosy i in­tro­wer­tyczną na­turę po ojcu. Była ci­cha i nie­śmiała, wszyst­kie nie­wy­gody zno­siła bez cie­nia skargi. Gdy rok wcze­śniej przez ich wio­skę prze­szła epi­de­mia szkar­la­tyny, Leo i Win ciężko za­cho­ro­wali. Leo cał­kiem wró­cił do sie­bie, ale Win po­zo­stała kru­cha i blada. Le­karz zdia­gno­zo­wał u niej osła­bie­nie płuc, wy­wo­łane go­rączką, które, jego zda­niem, mo­gło już ni­gdy nie ustą­pić.

Ame­lia nie po­go­dziła się z tym, że Win do końca ży­cia po­zo­sta­nie in­wa­lidką. Nie­ważne, jaką cenę trzeba bę­dzie za­pła­cić - Win musi wy­zdro­wieć.

Nie można by­łoby chyba so­bie wy­obra­zić lep­szego miej­sca dla Win i reszty Ha­tha­wayów niż Hamp­shire, jedno z naj­pięk­niej­szych hrabstw w An­glii, pełne rzek, la­sów, do­lin i wrzo­so­wisk. Ma­ją­tek Ram­sayów był usy­tu­owany nie­da­leko Stony Cross, jed­nego z naj­więk­szych ku­piec­kich cen­trów w hrab­stwie. W Stony Cross han­dlo­wano by­dłem, owcami, drze­wem, ku­ku­ry­dzą, ob­fi­to­ścią lo­kal­nych od­mian sera i mio­dem z dzi­kich kwia­tów... Była to na­prawdę zie­mia mle­kiem i mio­dem pły­nąca.

- Za­sta­na­wiam się, dla­czego Ram­sey jest tak nie­pro­duk­tywne - du­mała Ame­lia, gdy po­wóz to­czył się przez bujne pa­stwi­ska. - Zie­mia w Hamp­shire jest tak płodna, że trzeba się do­słow­nie sta­rać, aby nic nie wy­ho­do­wać.

- Ale na­sza zie­mia jest prze­klęta, prawda? - za­py­tała Poppy z od­cie­niem tro­ski w gło­sie.

- Nie, nie sama zie­mia. Tylko dzie­dzic ty­tułu. Czyli Leo.

- Ach. - Poppy wy­raź­nie się od­prę­żyła. - To co in­nego.

Leo nie za­wra­cał so­bie głowy roz­mową, ku­lił się w ką­cie ławki, pa­trząc na wszyst­kich opry­skli­wie. Ty­dzień wy­mu­szo­nej trzeź­wo­ści spra­wił, że jego wzrok i my­śli się roz­ja­śniły, ale nie po­pra­wił mu na­stroju. Przy Mer­ri­pe­nie i sio­strach, które krą­żyły nad nim jak ja­strzę­bie, nie miał na­wet naj­mniej­szych szans na­pić się cze­go­kol­wiek, poza wodą i her­batą.

Przez pierw­sze dni nie mógł opa­no­wać dresz­czy, dy­go­ta­nia i ob­fi­tych po­tów. Te­raz, gdy naj­gor­sze mi­nęło, co­raz bar­dziej przy­po­mi­nał sie­bie z daw­nych dni. Nie­wiele osób uwie­rzy­łoby jed­nak, że ma za­le­d­wie dwa­dzie­ścia osiem lat. W ciągu ostat­niego roku znacz­nie się po­sta­rzał.

Im bli­żej byli Stony Cross, tym kra­jo­braz sta­wał się ład­niej­szy. Trakt prze­bie­gał obok schlud­nych, kry­tych strze­chą czarno-bia­łych dom­ków, mły­nów i sa­dza­wek, ob­sa­dzo­nych wierz­bami pła­czą­cymi sta­rych ko­ściół­ków z ka­mie­nia, pa­mię­ta­ją­cych jesz­cze czasy śre­dnio­wie­cza. Drozdy pra­co­wi­cie ob­ry­wały doj­rzałe ja­gody z krze­wów, a klą­skawki ob­sia­dały kwit­nący głóg. Na łą­kach skrzyły się je­sienne kro­kusy i uprawny sza­fran, drzewa mie­niły się zło­tem i czer­wie­nią. Na po­lach zaś pa­sły się pulchne białe owce.

Poppy ode­tchnęła głę­boko, pełna uzna­nia.

- Jak ożyw­czo - po­wie­działa. - Cie­kawe, dla­czego wiej­skie po­wie­trze pach­nie tak od­mien­nie?

- To za­pewne ta świń­ska farma, obok któ­rej wła­śnie prze­jeż­dżamy - mruk­nął Leo.

- Hamp­shire jest znane ze swo­ich wy­jąt­ko­wych świń - oznaj­miła ra­do­śnie Be­atrix, pod­no­sząc oczy znad bro­szury, opi­su­ją­cej po­łu­dnie An­glii. - Karmi się je żo­łę­dziami i bu­kiem, które mają bar­dzo po­zy­tywny wpływ na smak be­konu. I urzą­dzają tu do­roczny kon­kurs kieł­basy!

Leo spoj­rzał cierpko na sio­strę.

- Wspa­niale. Nie mo­żemy tego prze­ga­pić.

- Hi­sto­ria Ram­say Ho­use jest im­po­nu­jąca - do­dała Win, która czy­tała gruby tom o Hamp­shire i oko­li­cach.

- Nasz dom jest w książce do hi­sto­rii? - za­py­tała za­chwy­cona Be­atrix.

- To tylko kró­ciutki ustęp, ale tak, ow­szem, Ram­say Ho­use zo­stał wspo­mniany. Oczy­wi­ście nie można go na­wet po­rów­nać z po­sia­dło­ścią na­szego są­siada, hra­biego We­stc­liffa, który za­miesz­kuje je­den z naj­pięk­niej­szych ma­jąt­ków w An­glii. Jego ro­dzina osia­dła tam pra­wie pięć­set lat temu.

- W ta­kim ra­zie hra­bia musi być strasz­nie stary - oświad­czyła Poppy z ka­mienną miną.

Be­atrix par­sk­nęła śmie­chem.

- Czy­taj da­lej, Win.

- Ram­say Ho­use jest po­ło­żony w nie­wiel­kim parku, na który skła­dają się przede wszyst­kim ma­je­sta­tyczne dęby i buki, oto­czo­nym przez kępy or­lic i od­wie­dzane przez je­le­nie tor­fo­wi­ska. Wy­bu­do­wany w stylu elż­bie­tań­skim gmach zo­stał ukoń­czony w roku 1594 i szczyci się wie­loma dłu­gimi ga­le­riami, cha­rak­te­ry­stycz­nymi dla tego okresu. Po licz­nych prze­bu­do­wach ory­gi­na­lny bu­dy­nek zo­stał uzu­peł­niony o salę ba­lową w stylu ja­ko­biń­skim i geo­r­giań­skie skrzy­dło.

- Mamy salę ba­lową! - wy­krzyk­nęła Poppy.

- Mamy je­le­nie! - ura­do­wała się Be­atrix.

Leo jesz­cze głę­biej wci­snął się w swój kąt po­wozu.

- Boże, oby­śmy mieli wy­gódkę.

Do­piero wcze­snym wie­czo­rem wy­na­jęty woź­nica skie­ro­wał po­wóz na pry­watną, ob­sa­dzoną bu­kami aleję, która pro­wa­dziła do Ram­say Ho­use. Znu­żeni długo po­dróżą Ha­tha­way­owie wy­dali z sie­bie zbio­rowe wes­tchnie­nie ulgi, gdy ich oczom uka­zała się wy­soka li­nia da­chu domu i ko­miny z ce­gieł.

- Za­sta­na­wiam się, jak so­bie ra­dzi Mer­ri­pen - po­wie­działa Win z nie­po­ko­jem. On sam, ich ku­charka-go­spo­dyni i lo­kaj wy­je­chali dwa dni wcze­śniej, aby przy­go­to­wać dom na przy­by­cie Ha­tha­wayów.

- Na pewno pra­co­wał dniami i no­cami bez wy­tchnie­nia, spi­su­jąc in­wen­tarz, sprzą­ta­jąc i wy­da­jąc ko­mendy lu­dziom, któ­rzy nie śmieli się mu prze­ciw­sta­wić - od­parła Ame­lia. -Je­stem prze­ko­nana, że jest cał­kiem za­do­wo­lony.

Win się uśmiech­nęła. Na­wet blada i wy­czer­pana, pro­mie­nio­wała nie­zwy­kłym pięk­nem. Jej srebr­no­złote włosy lśniły w słab­ną­cym świe­tle dnia, tak jak por­ce­la­nowa cera. Jej pro­fil wpra­wiłby w za­chwyt każ­dego po­etę i ma­la­rza. Pa­trzący na nią lu­dzie od­czu­wali po­kusę, aby jej do­tknąć, żeby się upew­nić, że to żywa istota, a nie rzeźba.

Po­wóz za­trzy­mał się przed do­mem znacz­nie więk­szym, niż Ame­lia się spo­dzie­wała. Ży­wo­płot był cał­kiem za­ro­śnięty, a ga­zony kwia­towe du­siły chwa­sty. Je­śli by wszystko wy­ple­wić i od­po­wied­nio przy­ciąć, oto­cze­nie domu wy­glą­da­łoby uro­czo. Bu­dy­nek był asy­me­tryczny, miał fa­sadę z ce­gły i ka­mie­nia, dach z płytki łup­ko­wej i wiel­kie okna z szyb­kami osa­dzo­nymi w oło­wiu.

Woź­nica wy­cią­gnął roz­su­wany sto­pień i po­mógł pa­sa­że­rom wy­siąść z po­wozu. Ame­lia sta­nęła na pod­jeź­dzie, ob­ser­wu­jąc ro­dzeń­stwo.

- Dom i po­sia­dłość są nieco za­nie­dbane - ostrze­gła. - Nikt tu nie miesz­kał od bar­dzo dawna.

- Nie po­tra­fię po­jąć, czemu - stwier­dził Leo.

- Jest bar­dzo ma­low­ni­czy - do­dała z oży­wie­niem Win. Po­dróż z Lon­dynu nad­wy­rę­żyła jej wą­tłe siły. Sku­liła się w ra­mio­nach, a jej skóra na­cią­gnęła na wy­so­kich ko­ściach po­licz­ko­wych.

Gdy pod­nio­sła nie­wielką wa­lizkę, Ame­lia pod­bie­gła do niej i wzięła ba­gaż.

- Ja to za­niosę - po­wie­działa. - To­bie nie wolno na­wet ru­szyć pal­cem. Wejdźmy do środka i znajdźmy ja­kieś miej­sce, że­byś mo­gła od­po­cząć.

- Ależ ja do­sko­nale się czuję - za­pro­te­sto­wała Win, gdy za­częli wspi­nać się po scho­dach do drzwi.

Hol był wy­ło­żony pa­ne­lami, które kie­dyś mu­siały być po­ma­lo­wane, ale te­raz zbrą­zo­wiały ze sta­ro­ści. Pod­łoga była po­dra­pana i brudna. Wspa­niała, okrą­gła klatka scho­dowa była po­kryta ku­rzem i pa­ję­czy­nami. Ame­lia za­uwa­żyła, że ktoś pró­bo­wał oczy­ścić ba­lu­stradę z ku­tego że­laza, ale na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że jest to sza­le­nie cza­so­chłonne za­ję­cie.

Z jed­nego z bocz­nych ko­ry­ta­rzy wy­szedł do nich Mer­ri­pen. Miał na so­bie ko­szulę bez koł­nie­rzyka i fu­laru, wi­dać więc było frag­ment opa­lo­nej, lśnią­cej po­tem skóry. Z czar­nymi wło­sami, opa­da­ją­cymi na czoło, i ciem­nymi oczami, które uśmiech­nęły się na ich wi­dok, sta­no­wił do­prawdy uro­czy ob­ra­zek.

- Spóź­ni­li­ście się trzy go­dziny - stwier­dził.

Śmie­jąc się we­soło, Ame­lia wy­jęła z rę­kawa chu­s­teczkę i po­dała mu ją.

- W ro­dzi­nie, w któ­rej są cztery ko­biety, po­ję­cie spóź­nie­nia w ogóle nie ist­nieje.

Mer­ri­pen przy­glą­dał się Ha­tha­wayom, wy­cie­ra­jąc z twa­rzy kurz i pot. Jego wzrok za­trzy­mał się dłu­żej na Win.

Po­tem wró­cił spoj­rze­niem do Ame­lii i za­czął zda­wać jej zwię­zły ra­port ze swo­ich po­czy­nań. Za­trud­nił dwie ko­biety i chło­paka z wio­ski, aby po­mo­gli uprząt­nąć dom. Trzy sy­pial­nie na­dają się już do za­miesz­ka­nia. Masę czasu po­świę­cili na do­my­cie kuchni i pieca, a ku­charka wła­śnie szy­kuje im coś cie­płego...

Prze­rwał na­gle, gdy za­uwa­żył ja­kiś ruch za Ame­lią. Bez­ce­re­mo­nial­nie ją od­su­nął i w trzech kro­kach zna­lazł się przy Win.

Ame­lia za­uwa­żyła ką­tem oka, że wiotka fi­gurka sio­stry chwieje się, a jej po­wieki opa­dają. Omdlała pro­sto w ob­ję­cia Mer­ri­pena, który pod­niósł ją bez trudu, mru­cząc, że po­winna oprzeć głowę na jego ra­mie­niu. Był rów­nie opa­no­wany i zimny jak za­zwy­czaj, ale na­gle Ame­lię ude­rzyło, jak za­bor­czo przy­tula do sie­bie dziew­czynę.

- Ta po­dróż to było dla niej za dużo - oznaj­miła z tro­ską. - Musi od­po­cząć.

Mer­ri­pen spoj­rzał na nią bez wy­razu.

- Za­biorę ją na górę.

Win po­ru­szyła się i za­mru­gała po­wie­kami.

- Sta­łam spo­koj­nie, do­brze się czu­łam i na­gle zie­mia ucie­kła mi spod nóg. Prze­pra­szam. Gar­dzę omdle­niami.

- Nic się nie stało. - Ame­lia uśmiech­nęła się do niej z otu­chą. - Mer­ri­pen za­bie­rze cię do łóżka. To zna­czy... Za­nie­sie cię do two­jej sy­pialni.

- Dam so­bie radę sama. Po pro­stu za­krę­ciło mi się w gło­wie. Mer­ri­pen, po­staw mnie na zie­mię.

- Nie po­ko­na­ła­byś w tym sta­nie na­wet jed­nego stop­nia - stwier­dził, igno­ru­jąc jej pro­te­sty i nio­sąc ją w kie­runku scho­dów. Blada dłoń Win oto­czyła jego szyję.

- Be­atrix, pój­dziesz z nimi? - za­py­tała ze sztucz­nym oży­wie­niem Ame­lia, wrę­cza­jąc sio­strze wa­lizkę. - Tu znaj­dziesz na pewno ko­szulę nocną Win. Po­móż jej się prze­brać.

- Do­brze, oczy­wi­ście. - Be­atrix czmych­nęła na schody.

W holu zo­stali tylko Leo, Poppy i Ame­lia, która okrę­ciła się po­woli na pię­cie, aby wszystko do­kład­nie obej­rzeć.

- Praw­nik uprze­dził mnie, że po­sia­dłość wy­maga re­montu. Moim zda­niem ru­ina to znacz­nie bar­dziej od­po­wied­nie okre­śle­nie. Czy to w ogóle da się od­re­stau­ro­wać, Leo?

W nie­od­le­głej prze­szło­ści, choć mo­gło się wy­da­wać, że było to wieki temu, Leo stu­dio­wał przez dwa lata ar­chi­tek­turę i sztukę w Grand Ecole des Be­aux-Arts. Pra­co­wał także jako ma­larz i ry­sow­nik dla zna­nego lon­dyń­skiego ar­chi­tekta, Row­landa Tem­ple'a. Był wy­bit­nym, obie­cu­ją­cym stu­den­tem i roz­wa­żał na­wet otwar­cie wła­snej pra­cowni. Te­raz jed­nak wszyst­kie jego am­bi­cje zga­sły.

Leo obej­rzał hol bez za­in­te­re­so­wa­nia.

- O ile nie trzeba bę­dzie in­ge­ro­wać w szkie­let bu­dynku, po­trze­bo­wa­li­by­śmy na to co naj­mniej dwa­dzie­ścia pięć, trzy­dzie­ści ty­sięcy fun­tów.

Ame­lia do­słow­nie zbla­dła, gdy to usły­szała. Opu­ściła wzrok na po­dziu­ra­wioną pod­łogę i po­tarła skro­nie.

- Cóż, jedno jest oczy­wi­ste. Po­trze­bu­jemy po­mocy za­moż­nych te­ściów. Co ozna­cza, że ty, Leo, po­wi­nie­neś za­cząć roz­glą­dać się za mło­dymi spad­ko­bier­czy­niami, a ty, Poppy - rzu­ciła sio­strze kpiące spoj­rze­nie - mu­sisz upo­lo­wać wi­ceh­ra­biego, albo cho­ciaż ba­rona.

Leo wy­wró­cił oczami.

- A ty? Nie ro­zu­miem, czemu ty mia­ła­byś zo­stać wy­klu­czona z po­win­no­ści wyj­ścia za mąż dla do­bra ro­dziny?

Poppy po­pa­trzyła na Ame­lię prze­bie­gle.

- Ko­biety w wieku Ame­lii nie my­ślą już o ro­man­sie i na­mięt­no­ści.

- Ni­gdy nic nie wia­domo - za­uwa­żył Leo. - Może uda się jej wy­dać za pod­sta­rza­łego dżen­tel­mena, który bę­dzie po­trze­bo­wał pie­lę­gniarki.

Ame­lia na końcu ję­zyka miała gorz­kie stwier­dze­nie, że już raz w ży­ciu była za­ko­chana i nie za­mie­rza po­wta­rzać tego do­świad­cze­nia. Za­bie­gał o jej względy naj­lep­szy przy­ja­ciel Leo, cza­ru­jący, młody ar­chi­tekt o na­zwi­sku Chri­sto­pher Frost, który ra­zem z nim ter­mi­no­wał u Row­landa Tem­ple'a. Jed­nak w dniu, w któ­rym po­zwo­liła so­bie uwie­rzyć, że na­leży spo­dzie­wać się oświad­czyn, on za­koń­czył ich zna­jo­mość bru­tal­nie i ob­ce­sowo. Po­wie­dział, że żywi uczu­cie do in­nej ko­biety, która przy­pad­kiem oka­zała się być córką Tem­ple'a.

Tego na­le­żało spo­dzie­wać się po ar­chi­tek­cie, oświad­czył jej wtedy Leo, drę­czony wy­rzu­tami su­mie­nia, obu­rzony ze względu na sio­strę i cier­piący po stra­cie przy­ja­ciela. Świa­tem ar­chi­tek­tów rzą­dziły re­la­cje mistrz-uczeń i każdy z nich bez­u­stan­nie go­nił za pa­tro­nem. Wszystko, na­wet mi­łość, po­świę­cano na oł­ta­rzu am­bi­cji. Ina­czej bo­wiem można było stra­cić kilka cen­nych oka­zji do prak­ty­ko­wa­nia sztuki pro­jek­to­wa­nia. Ślub z panną Tem­ple za­pew­niał Fro­stowi po­kaźny ka­wa­łek tortu. Przy Ame­lii ni­gdy by tego nie osią­gnął. Ona mo­gła tylko dać mu swoją mi­łość.

Prze­ły­ka­jąc roz­go­ry­cze­nie, Ame­lia spoj­rzała na brata i zdo­łała smutno się uśmiech­nąć.

- Dzię­kuję ci bar­dzo, ale w tak za­awan­so­wa­nym sta­dium ży­cia, w któ­rym się zna­la­złam, nie mam już am­bi­cji, aby się wy­dać za mąż.

Leo za­sko­czył ją ogrom­nie, gdy się po­chy­lił i wy­ci­snął na jej czole de­li­katny po­ca­łu­nek. Jego głos był ła­godny i pe­łen cie­pła.

- My­ślę, że pew­nego dnia spo­tkasz męż­czy­znę, dla któ­rego zgo­dzisz się po­świę­cić swoją nie­za­leż­ność. - Uśmiech­nął się sze­roko. - Po­mimo twego sza­le­nie za­awan­so­wa­nego wieku.

Na chwilę umysł Ame­lii wró­cił we wspo­mnie­niach do po­ca­łunku w ciem­no­ściach, do ust, po­że­ra­ją­cych ją po­woli, do de­li­kat­nych, mę­skich dłoni, do szeptu w uchu. Lat­cho drom...

Gdy brat od­wró­cił się, żeby odejść, za­wo­łała za nim lekko roz­draż­niona:

- Do­kąd się wy­bie­rasz? Leo, nie mo­żesz mnie tu tak zo­sta­wić.

Za­trzy­mał się i obej­rzał, uno­sząc brwi.

- Od ty­go­dnia wle­wasz mi do gar­dła nie­sło­dzoną her­batę. Je­śli nie masz nic prze­ciwko temu, chciał­bym się te­raz wy­si­kać.

Przy­mknęła po­wieki.

- Po­tra­fię wy­my­ślić co naj­mniej tu­zin kul­tu­ral­nych eu­fe­mi­stycz­nych okre­śleń, któ­rych mo­głeś użyć.

Leo szedł da­lej.

- Nie uży­wam eu­fe­mi­zmów.

- I nie ma w to­bie za grosz kul­tury - za­wo­łała za nim jesz­cze, na co Leo się ro­ze­śmiał.

Gdy w końcu wy­szedł, Ame­lia skrzy­żo­wała ra­miona na piersi i wes­tchnęła.

- Jest znacz­nie mil­szy, gdy wy­trzeź­wieje. Szkoda, że nie zda­rza się to zbyt czę­sto. Chodź, Poppy, znaj­dziemy kuch­nię.

Stę­chłe po­wie­trze i wszech­obecny w domu kurz miały fa­talny wpływ na płuca bied­nej Win, która prak­tycz­nie przez całą noc bez­u­stan­nie kasz­lała. Ame­lia bu­dziła się nie­zli­czoną ilość razy, aby po­dać jej wodę, otwo­rzyć okno, pod­pie­rać ją, do­póki spa­zmy nie ze­lżały, i przez to przy­wi­tała po­ra­nek z za­czer­wie­nio­nymi oczami.

- To jak spa­nie w po­piel­niku - oznaj­miła Mer­ri­pe­nowi. - Le­piej bę­dzie, je­śli Win spę­dzi dzi­siej­szy dzień na świe­żym po­wie­trzu. Mu­simy po­rząd­nie wy­sprzą­tać jej po­kój. Trzeba wy­trze­pać dy­wany. A okna są po pro­stu od­ra­ża­jąco brudne.

Wszy­scy jesz­cze spali, ale Mer­ri­pen, po­dob­nie jak Ame­lia, był ran­nym ptasz­kiem. W ubra­niu ro­bo­czym i nie­za­pię­tej ko­szuli stał, marsz­cząc brwi, i przy­słu­chi­wał się re­la­cji Ame­lii.

- Jest wy­czer­pana od tego ca­ło­noc­nego kaszlu, a jej gar­dło jest tak obo­lałe, że z tru­dem mówi. Pró­bo­wa­łam na­mó­wić ją na her­batę i grzanki, ale od­mó­wiła.

- Prze­ko­nam ją, żeby zja­dła.

Ame­lia spoj­rzała na niego zdu­miona. Choć nie po­winna jej prze­cież dzi­wić jego sta­now­czość. Mer­ri­pen po­ma­gał jej pie­lę­gno­wać Win i Leo w cza­sie epi­de­mii szkar­la­tyny. Bez niego żadne z nich by nie prze­żyło.

- A ty w tym cza­sie - kon­ty­nu­ował Mer­ri­pen - zrób li­stę rze­czy, które są ci po­trzebne. Dziś po­jadę do wio­ski.

Ame­lia kiw­nęła głową, wdzięczna za jego nie­za­wod­ność i spo­le­gli­wość.

- Mam iść obu­dzić Leo? Mógłby po­móc...

- Nie.

Uśmiech­nęła się drwiąco, do­sko­nale wie­dząc, że brat byłby im bar­dziej za­wadą niż po­mocą.

Ze­szła na dół i po­pro­siła Fred­diego, chłopca z wio­ski, o po­moc przy prze­nie­sie­niu wie­ko­wej le­żanki na tyły domu. Usta­wili me­bel na wy­ło­żo­nym ce­głami ta­ra­sie, z któ­rego roz­po­ście­rał się wi­dok na za­chwasz­czony ogród, gra­ni­czący z bu­ko­wym ży­wo­pło­tem. Ogród na gwałt po­trze­bo­wał tro­skli­wej ręki - na­le­żało go wy­dar­nio­wać i prze­sa­dzić kwiaty, a także na­pra­wić kru­sze­jące murki.

- Jest tu praca do wy­ko­na­nia, pa­nienko - sko­men­to­wał Fred­die, po­chy­la­jąc się, aby wy­rwać wy­soki chwast spo­mię­dzy ka­mieni ta­rasu.

- Fred­die, je­steś mi­strzem nie­do­po­wie­dzeń - skom­ple­men­to­wała Ame­lia chłopca, który na oko nie miał wię­cej niż trzy­na­ście lat. Był krzepki i ru­miany, a jego włosy ster­czały na wszyst­kie strony jak piórka ru­dzika. - Lu­bisz pracę w ogro­dzie? - za­py­tała. - Znasz się na tym?

- Zaj­muję się grządką mamy.

- A chciał­byś zo­stać ogrod­ni­kiem lorda Ram­saya?

- A ile płacą, pro­szę pani?

- Czy dwa szy­lingi ty­go­dniowo to go­dziwa stawka?

Fred­die spoj­rzał na nią z na­my­słem i po­dra­pał się po per­ka­tym no­sie.

- Brzmi cał­kiem roz­sąd­nie. Ale musi pani za­py­tać mamę.

- Po­wiedz mi, gdzie mieszka, a od­wie­dzę ją jesz­cze tego ranka.

- Do­brze. To nie­da­leko, miesz­kamy w tej naj­bliż­szej czę­ści wsi.

Uści­snęli so­bie dło­nie, aby przy­pie­czę­to­wać umowę, po­roz­ma­wiali jesz­cze chwilę, a po­tem Fred­die od­szedł, aby przyj­rzeć się szo­pie ogrod­nika.

Na dźwięk gło­sów Ame­lia od­wró­ciła się i zo­ba­czyła, jak Mer­ri­pen wy­nosi jej sio­strę na ze­wnątrz. Win wciąż była w ko­szuli noc­nej, ale miała na so­bie szla­frok i była opa­tu­lona sza­lem. Szczu­płym ra­mie­niem opla­tała szyję Mer­ri­pena. W bia­łym przy­odziewku, z ja­snymi wło­sami i bladą cerą, była prak­tycz­nie po­zba­wiona ko­lo­rów - wy­ją­tek sta­no­wiły de­li­kat­nie za­ró­żo­wione po­liczki i żywy błę­kit oczu.

- ...to le­kar­stwo było naj­gor­sze - opo­wia­dała ra­do­snym gło­sem.

- Za­dzia­łało - wy­tknął Mer­ri­pen, po­chy­la­jąc się, aby de­li­kat­nie uło­żyć ją na le­żance.

- Co nie zna­czy, że wy­ba­czę ci to, że mnie ty­ra­ni­zo­wa­łeś, do­póki go nie wzię­łam.

- Dla two­jego wła­snego do­bra.

- Je­steś ty­ra­nem - po­wtó­rzyła Win, uśmie­cha­jąc się do jego ciem­nej twa­rzy.

- Tak, wiem - mruk­nął Mer­ri­pen, otu­la­jąc ją ko­cem z wy­jąt­kową de­li­kat­no­ścią.

Za­chwy­cona po­lep­sza­ją­cym się sta­nem zdro­wia sio­stry, Ame­lia po­de­szła do nich z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach.

- Jest na­prawdę okropny. Ale je­śli zdoła prze­ko­nać jesz­cze kilka miesz­kań­ców wio­ski do po­mocy w sprzą­ta­niu dworu, bę­dziesz mu­siała mu wy­ba­czyć, Win.

Błę­kitne oczy Win za­mi­go­tały we­soło. Prze­mó­wiła do Ame­lii, ze spoj­rze­niem utkwio­nym wciąż w Mer­ri­pe­nie.

- Po­kła­dam ogromną wiarę w siłę jego per­swa­zji.

Gdyby po­wie­dział to ktoś inny, za­brzmia­łoby to na pewno jak za­pro­sze­nie do flirtu. Ame­lia była jed­nak prze­ko­nana, że Win nie trak­tuje Mer­ri­pena w ka­te­go­riach męż­czy­zny. Dla niej był tylko uprzej­mym, star­szym bra­tem, ni­kim wię­cej.

Uczu­cia Mer­ri­pena na­to­miast były nieco bar­dziej nie­jed­no­znaczne.

Na ce­głach ta­rasu przy­sia­dła cie­kaw­ska szara kawka. Skrzek­nęła parę razy, a po­tem nie­pew­nie przy­su­nęła się w kie­runku Win.

- Przy­kro mi, nie mam się czym z tobą po­dzie­lić - od­parła dziew­czyna.

Do ich roz­mowy włą­czył się nowy głos.

- Wła­śnie, że już masz! - To była Be­atrix, zmie­rza­jąca do nich z tacą śnia­da­niową, na któ­rej stał ta­le­rzyk z grzan­kami i fi­li­żanka her­baty. Jej krę­cone, ciemne włosy były ścią­gnięte do tyłu w nie­dbały wę­zeł. Miała na so­bie biały bez­rę­kaw­nik i su­kienkę w ko­lo­rze ja­gód.

Dziew­czynka w jej wieku nie po­winna za­kła­dać bez­rę­kaw­nika, po­my­ślała Ame­lia. Pięt­na­sto­let­nie panny no­szą już spód­nice do ziemi. I gor­sety, Boże do­po­móż. Wy­da­rze­nia ostat­niego roku ze­pchnęły jed­nak kwe­stię stroju naj­młod­szej po­cie­chy Ha­tha­wayów na da­leki plan. Musi za­brać Be­atrix i Poppy do kraw­co­wej i uszyć im cał­kiem nową gar­de­robę. Do­dała ko­lejną po­zy­cję do dłu­giej li­sty wy­dat­ków, którą no­siła w gło­wie, i zmarsz­czyła brwi.

- Twoje śnia­da­nie, Win - oznaj­miła Be­atrix, kła­dąc tacę na ko­la­nach sio­stry. - Czu­jesz się na tyle do­brze, żeby po­sma­ro­wać so­bie grzankę ma­słem, czy ja mam to zro­bić?

- Po­ra­dzę so­bie, dzię­kuję. - Win prze­su­nęła stopy i za­pro­siła ge­stem Be­atrix, aby usia­dła na dru­gim końcu le­żanki.

Be­atrix na­tych­miast po­słu­chała.

- Po­czy­tam ci tro­chę, gdy bę­dziesz tu sie­dzieć - po­in­for­mo­wała sio­strę, się­ga­jąc do jed­nej z ogrom­nych kie­szeni bez­rę­kaw­nika. Wy­jęła małą ksią­żeczkę i za­częła nią ku­sząco wy­ma­chi­wać. - Po­da­ro­wała mi ją Phi­lo­mena Par­sons, moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka na ca­łym świe­cie. Po­wie­działa, że to strasz­liwa hi­sto­ria, pełna zbrodni, grozy i mści­wych zjaw. Czy to nie brzmi uro­czo?

- My­śla­łam, że twoją naj­lep­szą przy­ja­ciółką jest Edwina Hud­der­sneld - po­wie­działa Win.

- Och, nie, to było całe ty­go­dnie temu. Obec­nie na­wet ze sobą nie roz­ma­wiamy. - Be­atrix wy­god­nie usa­do­wiła się w rogu, po czym spoj­rzała na star­szą sio­strę z za­kło­po­ta­niem. - Win? Masz prze­dziwny wy­raz twa­rzy. Czy coś się stało?

Win za­marła z unie­sioną do ust fi­li­żanką, a jej błę­kitne oczy roz­sze­rzyły się z prze­ra­że­nia.

Ame­lia po­dą­żyła za jej wzro­kiem i zo­ba­czyła nie­wiel­kie, wy­glą­da­jące jak gad stwo­rze­nie, które peł­zło zyg­za­kiem po ra­mie­niu Be­atrix. Na ten wi­dok Ame­lia krzyk­nęła ostro i rzu­ciła się na­przód z wy­cią­gnię­tymi rę­kami.

Be­atrix spoj­rzała na swoje ra­mię.

- O, kur­czę! Mia­łeś zo­stać w kie­szeni. - Chwy­ciła wi­jące się stwo­rzonko i po­gła­skała je de­li­kat­nie. - Na­kra­piana jasz­czurka zwinka - oznaj­miła. - Czyż nie jest uro­czy? Zna­la­złam go wczo­raj wie­czo­rem w swoim po­koju.

Ame­lia opu­ściła ręce i onie­miała przy­glą­dała się sio­strze.

- Zro­bi­łaś z jasz­czurki zwie­rzątko do­mowe? - za­py­tała słabo Win. - Be­atrix, ko­cha­nie, czy nie uwa­żasz, że on byłby szczę­śliw­szy w le­sie, gdzie jego miej­sce?

- Ze wszyst­kimi tymi dra­pież­ni­kami? - obu­rzyła się dziew­czynka. - Kro­pek nie prze­trwałby na­wet mi­nuty.

Ame­lia w końcu od­zy­skała głos.

- Przy mnie też długo nie po­żyje. Po­zbądź się go, Bea, albo roz­płasz­czę go pierw­szym cięż­kim na­rzę­dziem, które na­wi­nie mi się pod rękę.

- Za­mor­do­wa­ła­byś moje zwie­rzątko?

- Jasz­czu­rek się nie mor­duje, Bea, je się tępi. - Do­pro­wa­dzona na skraj roz­pa­czy Ame­lia od­wró­ciła się do Mer­ri­pena. - Znajdź w wio­sce ja­kąś po­moc do sprzą­ta­nia. Bóg je­den wie, ile jesz­cze nie­chcia­nych stwo­rzeń czai się gdzieś w tym do­misz­czu. Poza Leo, rzecz ja­sna.

Mer­ri­pen od razu znik­nął.

- Kro­pek to zwie­rzątko ide­alne - oznaj­miła wo­jow­ni­czo Be­atrix. - Nie gry­zie i jest już przy­uczony.

- Za­bra­niam ci ho­do­wa­nia zwie­rzą­tek z łu­skami.

Be­atrix spoj­rzała na sio­strę z bun­tem w oczach.

- Jasz­czurka zwinka to rdzenny miesz­ka­niec Hamp­shire. Kro­pek ma więk­sze prawo tu miesz­kać niż my.

- Tak czy ina­czej, miesz­kać ra­zem nie bę­dziemy. - Ame­lia po­sta­no­wiła się wy­co­fać, za­nim po­wie coś, czego by po­tem ża­ło­wała. Za­sta­na­wiała się, dla­czego Be­atrix musi spra­wiać tyle kło­po­tów, gdy tak wiele rze­czy jest do zro­bie­nia. Za­raz jed­nak jej wargi roz­cią­gnęły się w uśmie­chu, gdy uświa­do­miła so­bie, że pięt­na­sto­latki nie spra­wiały kło­po­tów z wy­boru. One po pro­stu ta­kie były.

Unio­sła na­rę­cze spód­nic, aby zy­skać swo­bodę ru­chów i żwa­wym kro­kiem wbie­gła po scho­dach na górę. Nikt nie za­po­wie­dział się z wi­zytą, oni też nie za­mie­rzali ich skła­dać, dla­tego zde­cy­do­wała się nie za­kła­dać tego dnia gor­setu. Wspa­niale było móc od­dy­chać tak głę­boko, jak tylko chciała i po­ru­szać się swo­bod­nie po domu.

Prze­peł­niona de­ter­mi­na­cją, za­częła do­bi­jać się do drzwi Leo.

- Wsta­waj, śpio­chu!

Zza cięż­kich, dę­bo­wych pa­neli do­bie­gła ją wią­zanka prze­kleństw.

Uśmie­cha­jąc się, we­szła do po­koju Poppy. Od­sło­niła okno, wznie­ca­jąc chmurę pyłu, która za­krę­ciła jej w no­sie.

- Poppy, już... ap­sik!... czas wsta­wać.

Poppy na­cią­gnęła koł­drę po sam czu­bek głowy.

- Jesz­cze nie - roz­brzmiał jej stłu­miony pro­test.

Ame­lia przy­sia­dła na brzegu ma­te­raca i ścią­gnęła po­ściel ze swo­jej dzie­więt­na­sto­let­niej sio­stry. Poppy wciąż jesz­cze była oszo­ło­miona i za­spana. Na jej po­liczku od­ci­snął się ślad za­gię­cia na po­szewce. Jej brą­zowe włosy, o cie­plej­szym, bar­dziej ru­da­wym od­cie­niu niż włosy Ame­lii, zbiły się w plą­ta­ninę lo­ków.

- Nie cier­pię po­ran­ków - wy­mam­ro­tała Poppy. - I nie lu­bię, gdy bu­dzi mnie ktoś, kto jest z tego tak wy­raź­nie, cho­ler­nie za­do­wo­lony.

- Prze­pra­szam. - Nie prze­sta­jąc się uśmie­chać, Ame­lia za­częła de­li­kat­nie od­gar­niać sio­strze włosy z twa­rzy.

- Mm. - Poppy za­mknęła oczy. - Mama tak ro­biła. Jak miło.

- Na­prawdę? - Ame­lia de­li­kat­nie po­ło­żyła dłoń na wy­pu­kło­ści czaszki Poppy. - Ko­cha­nie, mu­szę iść do wio­ski, za­py­tać mamę Fred­diego, czym mo­żemy go za­trud­nić na po­sa­dzie ogrod­nika.

- Nie jest aby tro­chę za młody?

- Nie w po­rów­na­niu z in­nymi kan­dy­da­tami do tej pracy.

- Nie ma in­nych kan­dy­da­tów.

- Do­kład­nie. - Po­de­szła do wa­lizy Poppy, le­żą­cej w rogu po­koju i pod­nio­sła le­żący na sto­sie ubrań ka­pe­lusz. - Czy mogę go po­ży­czyć? Mo­jego jesz­cze nie na­pra­wiono.

- Oczy­wi­ście, ale... idziesz już te­raz?

- To nie po­trwa długo. Szybko się z tym uwinę.

- Chcesz, że­bym po­szła z tobą?

- Dzię­kuję ci za pro­po­zy­cję, ale nie ma ta­kiej po­trzeby. Ubierz się i zjedz śnia­da­nie. I do­trzy­maj to­wa­rzy­stwa Win. Te­raz opie­kuje się nią Be­atrix.

- Och. - Poppy sze­roko otwo­rzyła oczy. - To w ta­kim ra­zie się po­spie­szę.

Roz­dział 5

Był przy­jem­nie chłodny, pra­wie bez­chmurny dzień - kli­mat po­łu­dnia był znacz­nie ła­god­niej­szy niż lon­dyń­ski. Ame­lia prze­szła ener­gicz­nym kro­kiem przez sad, który gra­ni­czył z ogro­dem. Ga­łę­zie ja­błoni ugi­nały się pod cię­ża­rem du­żych, zie­lo­nych owo­ców. Te, które opa­dły, zo­stały już nad­je­dzone przez je­le­nie i inne zwie­rzęta, lub le­żały na ziemi, gni­jąc.

Ame­lia przy­sta­nęła, aby ze­rwać jabłko z ni­skiej ga­łęzi, wy­tarła je o swój rę­kaw i od­gry­zła kęs. Owoc miał in­ten­sywny, kwa­śny smak.

Tuż obok niej prze­le­ciała psz­czoła i Ame­lia po­de­rwała głowę, za­nie­po­ko­jona. Od za­wsze bała się psz­czół. Pró­bo­wała so­bie roz­sąd­kiem wy­per­swa­do­wać te obawy, ale nie po­tra­fiła opa­no­wać pa­niki, która ją ogar­niała, ile­kroć te prze­klęte owady po­ja­wiały się w po­bliżu.

Za sa­dem roz­po­ście­rała się pod­mo­kła łąka. Po­mimo póź­nej pory roku, wszę­dzie kwi­tła ru­kiew wodna. Li­ście o de­li­kat­nym, po­dob­nym do pie­przu smaku, jej znane jako "chleb bie­da­ków", były zbie­rane ca­łymi na­rę­czami przez lo­kal­nych wie­śnia­ków i uży­wane do wszyst­kiego - od zupy po na­dzie­nie do gęsi. Zrobi to samo, gdy bę­dzie wra­cać, za­de­cy­do­wała.

Naj­krót­sza droga do wio­ski pro­wa­dziła przez po­sia­dłość lorda We­stc­liffa. Gdy Ame­lia prze­kro­czyła nie­wi­do­czną gra­nicę po­mię­dzy Ram­say a Stony Cross, do­słow­nie wy­czuła w po­wie­trzu zmianę. Szła obrze­żami sze­lesz­czą­cego lasu, zbyt gę­stego, aby świa­tło słońca mo­gło się prze­bić przez skle­pie­nie ko­ron. Oko­lica wy­glą­dała bo­gato i ta­jem­ni­czo, stare drzewa głę­boko wro­sły w ciemną, ży­zną glebę. Ame­lia zdjęła ka­pe­lusz i trzy­ma­jąc go za rondo, od­wró­ciła twarz do słońca.

Ta zie­mia na­le­żała do We­stc­lif­fów od po­ko­leń. Za­sta­na­wiała się, ja­kimi ludźmi są hra­bia i jego ro­dzina. Na pewno sza­le­nie po­praw­nymi tra­dy­cjo­na­li­stami, stwier­dziła. Nie ucie­szy ich wia­do­mość, że Ram­say Ho­use wpadł w ręce źle wy­cho­wa­nych Ha­tha­wayów, w ży­łach któ­rych pły­nie zwy­czajna, czer­wona krew.

We­szła na wy­dep­taną ścieżkę, która prze­ci­nała las i wy­stra­szyła parę bia­ło­rzy­tek, które ze­rwały się do lotu z obu­rzo­nymi okrzy­kami. Cała oko­lica tęt­niła ży­ciem, wo­koło niej fru­wały mo­tyle o tak ży­wym ubar­wie­niu, że wy­da­wały się wręcz nie­na­tu­ralne i chrząsz­cze, lśniące jak iskierki. Nie zba­cza­jąc z dróżki, Ame­lia unio­sła spód­nice, które za­mia­tały ze ściółki opa­dłe li­ście.

Z lesz­czy­no­wego za­gaj­nika wy­szła na roz­le­głe, su­che pole. Pu­ste. I zło­wiesz­czo ci­che. Żad­nych gło­sów, świer­gotu pta­ków, brzę­cze­nia psz­czół czy brzę­cze­nia pa­si­ko­ni­ków. Na­gle po­czuła, że in­stynk­tow­nie na­pina mię­śnie, pró­bu­jąc sta­wić czoła nie­zna­nemu za­gro­że­niu. Ostroż­nie za­częła się piąć w górę po wznie­sie­niu do­liny.

Gdy do­tarła na szczyt pra­wie pła­skiego wzgó­rza, przy­sta­nęła zdu­miona na wi­dok gi­gan­tycz­nej me­ta­lo­wej kon­struk­cji, która wy­glą­dała jak zjeż­dżal­nia pod­parta nóż­kami i prze­chy­lona pod ostrym ką­tem.

Jej uwagę przy­kuło ja­kieś za­mie­sza­nie na ho­ry­zon­cie... Zza cze­goś, co wy­glą­dało jak nie­wiel­kie drew­niane schro­nie­nie, wy­sko­czyło dwóch męż­czyzn... Krzy­czeli i ma­chali do niej rę­kami.

Ame­lia na­tych­miast uświa­do­miła so­bie, że na­tknęła się na po­ważne nie­bez­pie­czeń­stwo, a chwilę póź­niej doj­rzała dy­miący się, iskrzący ślad, który ni­czym wąż uniósł się z me­ta­lo­wej zjeż­dżalni.

Raca?

Nie­wiele wie­działa o ma­te­ria­łach wy­bu­cho­wych, ale była pewna, że je­żeli lont zo­stał pod­pa­lony, już nic ta­kiego po­ci­sku nie po­wstrzyma. Opa­dła na roz­grzaną słoń­cem trawę i przy­kryła głowę ra­mio­nami, spo­dzie­wa­jąc się, że za­raz zo­sta­nie ro­ze­rwana na ka­wałki. Upły­nęło za­le­d­wie kilka chwil, gdy krzyk­nęła ze stra­chu, czu­jąc, że opada na nią duże, cięż­kie ciało. Nie, nie opada, rzuca się. Męż­czy­zna za­krył ją całą, ko­la­nami opie­ra­jąc się na ziemi po obu jej stro­nach, jakby pró­bo­wał z wła­snego ciała stwo­rzyć schron.

W tym mo­men­cie po­wie­trze roz­darła ogłu­sza­jąca eks­plo­zja, coś świ­snęło dziko nad ich gło­wami, a zie­mia pod nimi się za­trzę­sła. Zbyt oszo­ło­miona, aby się ru­szyć, Ame­lia pró­bo­wała wziąć się w karby. Jej uszy wy­peł­niły się wy­so­kim brzę­cze­niem.

Jej to­wa­rzysz tkwił nad nią w bez­ru­chu, dy­sząc ciężko w jej włosy. W po­wie­trzu uno­siła się gry­ząca woń dymu, ale na­wet przez niego Ame­lia po­czuła przy­jemny, mę­ski za­pach sło­nej skóry, my­dła i ja­kiejś bli­skiej jej wspo­mnie­niom przy­prawy, któ­rej nie po­tra­fiła roz­po­znać. Ha­łas w uszach nikł. Pod­nio­sła się na łok­ciach i po­czuła na ple­cach so­lidną za­porę jego klatki pier­sio­wej, uj­rzała pod­wi­nięte do przed­ra­mion rę­kawy ko­szuli, od­sła­nia­jące im­po­nu­jącą mu­sku­la­turę i coś jesz­cze...

Jej oczy roz­sze­rzyły się ze zdu­mie­nia na wi­dok ma­łego, sty­lo­wego ta­tu­ażu na jego ra­mie­niu. Czarny, uskrzy­dlony koń z oczami ko­loru siarki. Był to ir­landzki wzór przed­sta­wia­jący pukę: dia­bo­liczne, mi­tyczne stwo­rze­nie, które mó­wiło ludz­kim gło­sem i po­ry­wało lu­dzi o pół­nocy.

Jej serce do­słow­nie sta­nęło, gdy zo­ba­czyła na kciuku ma­sywną ob­rączkę. Ko­bieta za­częła się wier­cić, aby prze­wró­cić się na plecy. Wo­kół jej ra­mion za­ci­snęła się silna dłoń, ofe­ru­jąc po­moc. Usły­szała zna­jomy, ni­ski głos.

- Jest pani ranna? Tak mi przy­kro. Stała pani na dro­dze...

Urwał, gdy Ame­lia w końcu zdo­łała od­wró­cić się do niego twa­rzą. Jej włosy w mię­dzy­cza­sie wy­swo­bo­dziły się ze szpi­lek. Je­den z lo­ków opadł na jej twarz, ogra­ni­cza­jąc jej wi­dze­nie. Nie zdą­żyła go od­su­nąć, on zro­bił to za nią, a mu­śnię­cie jego pal­ców roz­pa­liło ogień w jej ciele.

- Ty - po­wie­dział miękko.

Cam Ro­han.

To nie­moż­li­wie, po­my­ślała oszo­ło­miona. Tu, w Hamp­shire? Spo­glą­dały jed­nak na nią zło­to­orze­chowe, ocie­nione dłu­gimi rzę­sami oczy, któ­rych nie można było nie po­znać, ciemne włosy i wy­krzy­wione wargi. I jesz­cze ten po­gań­ski błysk dia­mentu w uchu.

Pa­trzył na nią z nie­po­ko­jem, jakby przy­po­mi­nała mu coś, o czym wo­lał za­po­mnieć. Jed­nak gdy prze­su­nął wzro­kiem po jej zdu­mio­nej twa­rzy, ką­ciki jego ust unio­sły się i przy­tu­lił się do niej wy­god­niej z bez­czelną ob­ce­so­wo­ścią, która na chwilę po­zba­wiła ją tchu.

- Pan Ro­han... jak... dla­czego... co pan tu robi?

Od­po­wie­dział jej, na­wet nie drgnąw­szy, jakby za­mie­rzał le­żeć tak i kon­wer­so­wać cały dzień. Jego nie­skoń­cze­nie uprzejmy ton nie­po­ko­jąco kon­tra­sto­wał z in­tym­no­ścią ich po­ło­że­nia.

- Panna Ha­tha­way. Cóż za miła nie­spo­dzianka. Tak się aku­rat składa, że przy­je­cha­łem z wi­zytą do przy­ja­ciół. A pani?

- Miesz­kam tu.

- Nie są­dzę. To ma­ją­tek lorda We­stc­liffa.

Jej serce tłu­kło się w piersi, gdy jej ciało wchła­niało jego cie­pło.

- Nie mia­łam na my­śli do­kład­nie tego miej­sca, cho­dziło mi o drugą stronę za­gaj­nika. O Ram­say. Wła­śnie prze­ję­li­śmy po­sia­dłość. - Pod wpły­wem zde­ner­wo­wa­nia i stra­chu nie mo­gła po­wstrzy­mać się przed pa­pla­niem. - Co to był za ha­łas? Co pan ro­bił? Dla­czego ma pan na ra­mie­niu ta­tuaż? To puka, z ir­landz­kich po­dań, prawda?

Ostat­nie py­ta­nie przy­kuło całą jego uwagę. Za­nim zdo­łał od­po­wie­dzieć, po­de­szli do nich dwaj męż­czyźni. Le­żąc na brzu­chu, Ame­lia wi­działa ich do góry no­gami. Tak jak Ro­han, mieli na so­bie zwy­kłe ko­szule i nie­za­pięte ka­mi­ze­lki.

Pierw­szy był kor­pu­lentny, star­szy i siwy. Na szyi miał za­wie­szony mały sek­stans z drewna i me­talu. Drugi, czar­no­włosy męż­czy­zna, nie mógł mieć wię­cej niż czter­dzie­ści lat. Nie był tak wy­soki jak Ro­han, ale to­wa­rzy­szyła mu aura au­to­ry­tar­no­ści i ary­sto­kra­tycz­nej aro­gan­cji.

Ame­lia po­ru­szyła się bez­rad­nie, więc Ro­han pod­niósł ją z ziemi jed­nym płyn­nym ru­chem i pod­trzy­mał ra­mie­niem.

- Jak da­leko po­le­ciała? - za­py­tał to­wa­rzy­szy.

- Do dia­bła z ra­kietą - pa­dła po­nura od­po­wiedź. - Jaki jest stan ko­biety?

- Nic jej nie jest.

- Im­po­nu­jące, Ro­han - za­uwa­żył srebr­no­włosy dżen­tel­men. - Po­ko­na­łeś dy­stans pięć­dzie­się­ciu jar­dów w pięć, może sześć se­kund.

- Nie mo­głem prze­ga­pić szansy zbi­cia z nóg pięk­nej ko­biety - od­parł Ro­han. Star­szy męż­czy­zna za­chi­cho­tał.

Ręka Ro­hana cały czas spo­czy­wała na krzyżu Ame­lii. Od jego lek­kiego do­tyku krew w niej wrzała.

Od­su­wa­jąc się od roz­pra­sza­ją­cej my­śli piesz­czoty, Ame­lia unio­sła dło­nie i za­ło­żyła za uszy opa­da­jące na oczy loki.

- Dla­czego od­pa­lają pa­no­wie ra­kiety? I co waż­niej­sze, dla­czego w kie­runku mo­jej po­sia­dło­ści?

Nie­zna­jomy sto­jący obok rzu­cił jej ostre, tak­su­jące spoj­rze­nie.

- Pani po­sia­dło­ści?

- Lor­dzie We­stc­liff - wtrą­cił się Ro­han. - To panna Ame­lia Ha­tha­way. Sio­stra lorda Ram­saya.

Marsz­cząc brwi, We­stc­liff wy­ko­nał ide­alny ukłon.

- Panno Ha­tha­way. Nie po­in­for­mo­wano mnie o pań­stwa przy­by­ciu. Gdy­bym był go świa­domy, uprze­dził­bym pa­nią o na­szych eks­pe­ry­men­tach, tak jak wszyst­kich in­nych są­sia­dów.

Było ja­sne, że We­stc­liff to męż­czy­zna, który ocze­ki­wał, że bę­dzie się go in­for­mo­wać o wszyst­kim. Wy­glą­dał na zi­ry­to­wa­nego, że ci nowi są­sie­dzi ośmie­lili się wpro­wa­dzić do swo­jego wła­snego domu, nie uprze­dza­jąc go o tym fak­cie.

- Przy­je­cha­li­śmy do­piero wczo­raj, mi­lor­dzie - od­parła Ame­lia. - Za­mie­rza­łam zło­żyć wi­zytę, gdy tylko za­po­znamy się z oko­licą. - W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach na tym by po­prze­stała, jed­nak wciąż była wy­trą­cona z rów­no­wagi i nie zdo­łała po­wstrzy­mać się od ko­men­ta­rza. - Cóż, mu­szę po­wie­dzieć, że prze­wod­nik nie ostrzegł nas przed moż­li­wo­ścią po­ja­wie­nia się ra­kiety na spo­koj­nym nie­bie Hamp­shire. - Wy­cią­gnęła dłoń i strzep­nęła ze spód­nic kurz i li­ście, które się do niej przy­kle­iły. - Je­stem pewna, ze nie zna pan Ha­tha­wayów na tyle do­brze, aby w nas strze­lać. Jesz­cze. Gdy jed­nak le­piej się po­znamy, nie wąt­pię, że znaj­dzie pan nie­je­den po­wód, aby wy­to­czyć ciężką ar­ty­le­rię.

Usły­szała nad głową śmiech Ro­hana.

- Bio­rąc pod uwagę na­sze kło­poty z pre­cy­zyj­nym ce­lo­wa­niem, nie ma się pani czego oba­wiać, panno Ha­tha­way.

- Ro­han, czy nie miał­byś nic prze­ciwko temu, aby zna­leźć ra­kietę... - ode­zwał się srebr­no­włosy męż­czy­zna.

- Oczy­wi­ście. - Ro­han kil­koma su­sami zbiegł ze wzgó­rza.

- Nie­zwy­kle zwinny mło­dzie­niec - oznaj­mił z apro­batą w gło­sie star­szy pan. - Szybki jak le­opard. A przy tym opa­no­wany w ru­chach i czy­nach. Byłby do­sko­na­łym sa­pe­rem.

Po­tem przed­sta­wił się jako ka­pi­tan Swan­sea, były ofi­cer ar­mii bry­tyj­skiej. Wy­ja­śnił Ame­lii, że jest za­go­rza­łym en­tu­zja­stą tech­niki ra­kie­to­wej i obec­nie kon­ty­nu­uje swoje ba­da­nia jako cy­wil. Jako przy­ja­ciel lorda We­stc­liffa, który po­dzie­lał jego in­ży­nie­ryjne za­in­te­re­so­wa­nia, Swan­sea przy­był do Hamp­shire, aby eks­pe­ry­men­to­wać z no­wym pro­jek­tem, bo tu było wy­star­cza­jąco dużo wol­nej prze­strzeni. Lord We­stc­liff zwer­bo­wał do po­mocy Cama Ro­hana, który opra­co­wy­wał ma­te­ma­tyczną stronę ca­łego przed­się­wzię­cia.

- Do­prawdy nie­zwy­kła jest swo­boda, z jaką ów młody czło­wiek para się licz­bami - po­wie­dział Swan­sea. - Na pierw­szy rzut oka nie można by­łoby się tego po nim spo­dzie­wać.

Ame­lia mo­gła się tylko z nim zgo­dzić. Z wła­snego do­świad­cze­nia wie­działa, że na­ukowcy, tak jak jej oj­ciec, byli bla­dzi, bo spę­dzali zbyt dużo czasu w za­mknię­tych po­miesz­cze­niach, mieli brzuszki, no­sili oku­lary i po­mięte, twe­edowe ma­ry­narki. Rzadko na­to­miast by­wali mło­dymi męż­czy­znami o eg­zo­tycz­nym wy­glą­dzie po­gań­skich ksią­żąt, któ­rzy no­sili złote pier­ścionki i ta­tu­aże.

- Panno Ha­tha­way - ode­zwał się lord We­stc­liff - z tego, co wiem, od pra­wie de­kady w progi re­zy­den­cji nie za­wi­tał ża­den Ram­say. Trudno mi wie­rzyć, że po tak dłu­gim cza­sie dom na­daje się do za­miesz­ka­nia.

- Och, jest w na­prawdę do­brej kon­dy­cji - skła­mała ra­do­śnie Ame­lia. - Oczy­wi­ście wy­maga ge­ne­ral­nych po­rząd­ków i kilku drob­nych na­praw, ale cał­kiem nam tam wy­god­nie.

Była pewna, że brzmi prze­ko­nu­jąco, ale We­stc­liff spoj­rzał na nią scep­tycz­nie.

- Dziś wie­czo­rem wy­da­jemy w Stony Cross ko­la­cję. Pro­szę przy­pro­wa­dzić ro­dzinę. Bę­dzie to do­sko­nała oka­zja, aby po­znać są­sia­dów, mię­dzy in­nymi pa­stora.

Ko­la­cja z lor­dem i lady We­stc­liff. Boże, do­po­móż.

Gdyby Ha­tha­way­owie wy­po­częli już po po­dróży, gdyby Leo jesz­cze nieco dłu­żej po­zo­stał na ścieżce trzeź­wo­ści, gdyby mieli od­po­wied­nie na taką oka­zję stroje, gdyby dano im wy­star­cza­jąco dużo czasu, aby wszy­scy na­uczyli się ety­kiety... Ame­lia mo­głaby wtedy roz­wa­żyć przy­ję­cie za­pro­sze­nia. Ale w tych oko­licz­no­ściach było to nie­moż­liwe.

- Jest pan nie­zwy­kle uprzejmy, mi­lor­dzie, ale mu­szę od­mó­wić. Do­piero przy­je­cha­li­śmy, a więk­szość na­szych ubrań nie zo­stała jesz­cze roz­pa­ko­wana...

- Oka­zja jest nie­for­malna.

Ame­lia szcze­rze wąt­piła, czy jego de­fi­ni­cja tego słowa po­krywa się z jej de­fi­ni­cją.

- To nie tylko kwe­stia ubioru, mi­lor­dzie. Jedna z mo­ich sióstr jest bar­dzo sła­bego zdro­wia, wi­zyta by­łaby dla niej zbyt du­żym ob­cią­że­niem. Musi po­rząd­nie wy­po­cząć po dłu­giej po­dróży z Lon­dynu.

- W ta­kim ra­zie ju­tro. Ko­la­cja bę­dzie znacz­nie skrom­niej­sza i nie po­winna sta­no­wić żad­nego ob­cią­że­nia.

Nie mo­gła od­mó­wić, skoro wciąż na­le­gał. Prze­kli­na­jąc się za to, że nie zo­stała tego ranka w Ram­say Ho­use, Ame­lia zmu­siła się do uśmie­chu.

- Do­sko­nale, mi­lor­dzie. Je­ste­śmy do­zgon­nie wdzięczni za pań­ską go­ścin­ność.

Wró­cił Ro­han, od­dy­cha­jąc szybko po wy­siłku. Jego skóra po­kryła się mgiełką potu i te­raz świe­ciła jak po­le­ro­wany brąz.

- Nie zbo­czyła z kursu - po­wie­dział do We­stc­liffa i Swan­sea'ego. - Sta­tecz­niki za­dzia­łały. Po­ko­nała dy­stans mniej wię­cej dwu­stu jar­dów.

- Wspa­niale! - za­wo­łał Swan­sea. - Ale gdzie ra­kieta?

Zęby Ro­hana bły­snęły w uśmie­chu.

- Za­grze­bana w głę­bo­kiej, dy­mią­cej się dziu­rze. Po­tem ją wy­ko­pię.

- Do­brze, mu­simy oce­nić stan obu­dowy i we­wnętrz­nego rdze­nia. - Swan­sea aż po­czer­wie­niał na twa­rzy z ra­do­ści. Użył chu­s­teczki, aby obe­trzeć swe ukon­ten­to­wane ob­li­cze. - Cóż to był za eks­cy­tu­jący po­ra­nek.

- Może już czas wra­cać do domu, ka­pi­ta­nie? - za­su­ge­ro­wał We­stc­liff.

- Tak, na pewno. - Swan­sea ukło­nił się Ame­lii. - Była to dla mnie przy­jem­ność, panno Ha­tha­way. Nie­zwy­kle dziel­nie znio­sła pani nie­spo­dzie­wany atak ra­kie­towy, je­śli mogę tak po­wie­dzieć.

- Przy na­stęp­nej wi­zy­cie, ka­pi­ta­nie, nie omiesz­kam wziąć mo­jej bia­łej flagi.

Swan­sea za­chi­cho­tał i po­że­gnał się.

Lord We­stc­liff spoj­rzał na Cama Ro­hana.

- Ja od­pro­wa­dzę ka­pi­tana, a ty do­pil­nuj, żeby panna Ha­tha­way bez­piecz­nie do­tarła do domu.

- Oczy­wi­ście - pa­dła na­tych­mia­stowa od­po­wiedź.

- Dzię­kuję za tro­skę - po­wie­działa Ame­lia - ale nie ma ta­kiej po­trzeby. Znam drogę, a to cał­kiem nie­da­leko.

Jej pro­test zo­stał zi­gno­ro­wany. Zo­stała sam na sam z Ca­mem Ro­ha­nem, pod­czas gdy jego dwaj to­wa­rzy­sze się od­da­lili.

- Na­prawdę nie je­stem bez­bronną pa­nienką - stwier­dziła. - Nie trzeba mnie ni­g­dzie od­pro­wa­dzać. Poza tym, w świe­tle pana po­przed­niego za­cho­wa­nia, bez­piecz­niej­sza będę chyba wła­śnie, je­śli wrócę sama.

Na chwilę za­pa­dła ci­sza. Ro­han prze­chy­lił głowę i po­pa­trzył na nią z cie­ka­wo­ścią.

- Po­przed­niego za­cho­wa­nia?

- Wie pan do­sko­nale, o czym... - Urwała i za­ru­mie­niła się na wspo­mnie­nie po­ca­łunku w ciem­no­ściach. - Mam na my­śli to, co wy­da­rzyło się w Lon­dy­nie.

Spoj­rzał na nią z uprzej­mym za­kło­po­ta­niem.

- Oba­wiam się, że nie wiem, o czym pani mówi.

- Chyba nie bę­dzie pan uda­wał, że pan nie pa­mięta - za­wo­łała. A może na­prawdę za­po­mniał? Ca­ło­wał za­pewne le­giony ko­biet, nie mógł za­pa­mię­tać wszyst­kich. - Czy za­prze­czy pan rów­nież, że ukradł jedną ze wstą­żek mo­jego ka­pe­lu­sza?

- Ma pani nie­zwy­kle bujną wy­ob­raź­nię, panno Ha­tha­way. - Jego ton był ni­jaki, ale w oczach tlił się pro­wo­ka­cyjny uśmie­szek.

- Ależ to nie­prawda. Cała moja ro­dzina żyje w świe­cie wy­ob­raźni. Ja de­spe­racko trzy­mam się rze­czy­wi­sto­ści. - Od­wró­ciła się i za­częła iść szyb­kim kro­kiem. - Wra­cam do domu. Nie ma po­trzeby, aby mnie pan od­pro­wa­dzał.

Ro­han cał­ko­wi­cie zi­gno­ro­wał jej oświad­cze­nie i po­szedł za nią - na każde dwa jej kroki przy­pa­dał jego je­den. Po­zwo­lił jej na­rzu­cić tempo. Na otwar­tej prze­strzeni wy­da­wał się na­wet więk­szy, niż to za­pa­mię­tała.

- Gdy zo­ba­czyła pani moje ra­mię - mruk­nął. - Ten ta­tuaż... Skąd pani wie­działa, że to puka?

Ame­lia za­sta­na­wiała się chwilę nad od­po­wie­dzią. Cie­nie ga­łęzi krzy­żo­wały się na ich twa­rzach. Po nie­bie szy­bo­wał ja­strząb z czer­wo­nym ogo­nem, który szybko znik­nął za gę­stą li­nią drzew.

- Stu­dio­wa­łam ir­landzki folk­lor - oznaj­miła w końcu. - Ten puka to nie­go­dziwe, nie­bez­pieczne stwo­rze­nie. Spro­wa­dzone na świat, by przy­czy­nić lu­dziom kosz­ma­rów. Dla­czego przy­ozdo­bił pan swoje ciało wła­śnie tym wzo­rem?

- Zro­biono mi go, gdy by­łem dziec­kiem. Nie pa­mię­tam już kiedy.

- Ale w ja­kim celu? Ja­kie jest jego zna­cze­nie?

- Moja ro­dzina ni­gdy mi tego nie wy­ja­śniła. - Ro­han wzru­szył ra­mio­nami. - Może mo­gliby to zro­bić te­raz, ale od lat ich nie wi­dzia­łem.

- A czy mógłby ich pan od­na­leźć, gdyby ze­chciał?

- Gdy­bym miał czas. - Jakby od nie­chce­nia za­piął ma­ry­narkę i zro­lo­wał rę­kawy, za­kry­wa­jąc po­gań­ski sym­bol. - Pa­mię­tam opo­wie­ści mo­jej babki o puce. Na­ma­wiała mnie, że­bym w niego uwie­rzył. Sama chyba także wie­rzyła. Prak­ty­ko­wała tra­dy­cyjną ma­gię.

- To zna­czy? Prze­po­wia­dała przy­szłość?

Ro­han po­trzą­snął głową i wsu­nął dło­nie do kie­szeni spodni.

- Nie - stwier­dził z roz­ba­wie­niem - cho­ciaż cza­sami ro­biła to dla ga­dziów. Tra­dy­cyjna ma­gia to wiara, że w na­tu­rze wszystko jest po­łą­czone i równe so­bie. Wszystko żyje. Na­wet drzewa mają du­sze.

Ame­lia była za­fa­scy­no­wana. Nie­moż­li­wo­ścią było na­mó­wić Mer­ri­pena do opo­wie­ści o jego daw­nym ży­ciu, czy wie­rze­niach Ro­mów, a oto stał przed nią czło­wiek, który wy­da­wał się chcieć z nią roz­ma­wiać o wszyst­kim.

- A czy pan wie­rzy w tę tra­dy­cyjną ma­gię?

- Nie, ale po­doba mi się sama idea. - Ro­han ujął ją za ło­kieć, aby po­móc jej na nie­rów­nej ścieżce. Pu­ścił ją, za­nim zdo­łała za­pro­te­sto­wać prze­ciwko temu ła­god­nemu do­ty­kowi. - Puka nie jest nie­go­dziwy. Cza­sami jego złe uczynki wy­pły­wają z umi­ło­wa­nia do psot i fi­gli.

Spoj­rzała na niego scep­tycz­nie.

- Pan uważa, że to za­bawne, gdy ja­kaś istota wrzuca so­bie pana na grzbiet, szy­buje do nieba, a po­tem zrzuca pana do sa­dzawki lub ba­gna?

- To tylko jedna strona tego za­gad­nie­nia - przy­znał Ro­han z uśmie­chem. - Ale prze­cież li­czy się też to, że puka pra­gnie za­brać pa­nią na po­szu­ki­wa­nie przy­gody, po­ka­zać miej­sca, które mo­gła pani wi­dy­wać tylko w snach. A po­tem od­wozi pa­nią do domu.

- Le­gendy gło­szą, że po ta­kiej po­dróży czło­wiek już ni­gdy nie bę­dzie taki sam.

- Nie - rzekł ła­god­nie. - Prze­cież nie mógłby być.

Na­wet so­bie tego nie uświa­da­mia­jąc, Ame­lia zwol­niła kroku. Nie mo­gła prze­cież kro­czyć tak dziar­sko w taki sło­neczny, cie­pły dzień. I z tym nie­zwy­kłym męż­czy­zną u boku - mrocz­nym, nie­bez­piecz­nym i cza­ru­ją­cym.

- Na­prawdę nie spo­dzie­wa­łam się spo­tkać pana w po­sia­dło­ści lorda We­stc­liffa. Jak się pa­no­wie za­przy­jaź­nili? Jest, jak po­dej­rze­wam, człon­kiem klubu.

- Tak. I przy­ja­cie­lem wła­ści­ciela tego klubu.

- Czy po­zo­stali go­ście lorda We­stc­liffa ak­cep­tują pana obec­ność w Stony Cross?

- Pyta pani, bo je­stem Ro­mem? - Uśmiech­nął się prze­bie­gle. - Oba­wiam się, że nie mają wy­boru, mu­szą być dla mnie uprzejmi. Po pierw­sze, przez sza­cu­nek dla hra­biego. A poza tym więk­szość z nich jest zo­bli­go­wana do spo­tkań ze mną, gdy ubie­gają się o kre­dyt w klu­bie, co ozna­cza, że mam do­stęp do in­for­ma­cji o sta­nie ich ma­jątku.

- Już nie mó­wiąc o skan­da­lach - do­dała Ame­lia, wspo­mi­na­jąc bi­ja­tykę w alejce.

Cam uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej.

- Tak bywa.

- Nie­mniej jed­nak cza­sami musi się pan czuć tam obco.

- Za­wsze - przy­znał. - Wśród swo­ich także je­stem obcy. Wi­dzi pani, je­stem mie­szań­cem, po­sh­ram, jak oni to na­zy­wają. Moja matka była Cy­ganką, a oj­ciec ir­landz­kim ga­dziem. A jako że po­cho­dze­nie dzie­dzi­czy się po ojcu, nie je­stem na­wet uwa­żany za Roma. W przy­padku ko­biet mał­żeń­stwo z ga­dziem to jedno z naj­gor­szych na­ru­szeń ko­deksu.

- I dla­tego nie mieszka pan ze swoim ple­mie­niem?

- To je­den z po­wo­dów.

Ame­lia za­sta­na­wiała, jak musi się czuć osoba uwię­ziona po­mię­dzy dwiema kul­tu­rami i nie­na­le­żąca do żad­nej z nich. Nie mógł ży­wić na­dziei, że któ­ra­kol­wiek ze stron go kie­dyś w pełni za­ak­cep­tuje. A jed­nak w jego to­nie nie było śladu uża­la­nia się.

- Ha­tha­way­owie to także out­si­de­rzy - oznaj­miła. - To oczy­wi­ste, że nie pa­su­jemy do ele­ganc­kiego to­wa­rzy­stwa. Żadne z nas nie było w tym celu edu­ko­wane, czy wy­cho­wy­wane. Ko­la­cja w Stony Cross to bę­dzie praw­dziwy spek­takl. Je­stem prze­ko­nana, że za­koń­czy się wy­rzu­ce­niem nas za próg.

- Oko­licz­no­ści mogą więc pa­nią za­sko­czyć. Lord i lady We­stc­liff nie są bar­dzo for­malni w obej­ściu. A przy ich stole za­siada bar­dzo róż­no­rodny do­bór go­ści.

Ame­lia nie była tego taka pewna. Ary­sto­kra­cja przy­po­mi­nała jej eg­zo­tyczne rybki, ho­do­wane w ozdob­nych zbior­ni­kach usta­wio­nych w ele­ganc­kich, mod­nych sa­lo­ni­kach, które krą­żyły ścież­kami po­zo­sta­ją­cymi poza jej zro­zu­mie­niem. Ha­tha­way­owie rów­nie do­brze mo­gliby żyć pod wodą, jak na­le­żeć do tak wy­ra­fi­no­wa­nego to­wa­rzy­stwa. A jed­nak nie mieli wy­boru - mu­sieli spró­bo­wać.

Ame­lia za­uwa­żyła na brzegu pod­mo­kłej do­liny za­trzę­sie­nie ru­kwi wod­nej i po­de­szła, aby przyj­rzeć się ro­śli­nie. Chwy­ciła całe na­rę­cze i po­cią­gnęła, a de­li­katne ło­dyżki ustą­piły.

- Cóż za ob­fi­tość ru­kwi, prawda? Sły­sza­łam, że można z niej zro­bić pyszną sa­łatkę lub sos.

- To także zioło lecz­ni­cze. Ro­mo­wie mó­wią na nią pa­ni­shok. Moja babka ro­biła z niej okłady na rany i skrę­ce­nia. I można z niej zro­bić po­tężny na­pój mi­ło­sny. Zwłasz­cza dla ko­biet.

- Słu­cham? - De­li­katne zie­lone listki wy­pa­dły z rąk Ame­lii.

- Je­śli męż­czy­zna pra­gnie po­bu­dzić za­in­te­re­so­wa­nie ko­chanki, karmi ją ru­kwią. To sty­mu­luje...

- Pro­szę mi nie mó­wić! Pro­szę!

Ro­han ro­ze­śmiał się, w jego oczach bły­snął kpiący ognik.

Ame­lia upo­mniała go spoj­rze­niem, otarła dło­nie z kilku za­błą­ka­nych list­ków i ru­szyła da­lej. Jej to­wa­rzysz po­dą­żył za nią.

- Pro­szę mi opo­wie­dzieć o swo­jej ro­dzi­nie. Ile was jest?

- Pię­cioro. Leo, czyli lord Ram­say, jest naj­star­szy, ja je­stem na­stępna, a po mnie jesz­cze Win­ni­fred, Poppy i Be­atrix.

- Która z sióstr cho­ruje?

- Win­ni­fred.

- Od uro­dze­nia?

- Nie. Do ze­szłego roku Win cie­szyła się do­brym zdro­wiem, ale za­ra­ziła się szkar­la­tyną, która ją pra­wie za­biła. - Ame­lia za­wa­hała się, gdy po­czuła ucisk w gar­dle. - Prze­żyła, dzięki Bogu, ale ma te­raz bar­dzo słabe płuca. I tak mało sił, bar­dzo szybko się mę­czy. Le­karz twier­dzi, że stan Win może się już ni­gdy nie po­pra­wić, bar­dzo praw­do­po­do­bne, że nie bę­dzie mo­gła wyjść za mąż i zo­stać matką. - Rysy jej twa­rzy stward­niały. - Do­wie­dziemy, rzecz ja­sna, że się myli. Win bę­dzie zdrowa.

- Niech Bóg ma w opiece każ­dego, kto sta­nie pani na dro­dze. Lubi pani rzą­dzić cu­dzym ży­ciem, prawda?

- Tylko je­śli je­stem prze­ko­nana, że le­piej so­bie z nim po­ra­dzę. Czemu się pan uśmie­cha?

Ro­han za­trzy­mał się i zmu­sił ją, aby się do niego od­wró­ciła.

- Przez pa­nią. Spra­wia pani, że pra­gnę... - Urwał, jakby chciał jesz­cze prze­my­śleć to, co chciał po­wie­dzieć. Na jego war­gach wciąż jed­nak błą­kało się roz­ba­wie­nie.

Nie chciała, żeby tak na nią pa­trzył - spra­wiał, że czuła się roz­pa­lona, zde­ner­wo­wana i upo­jona. Wszyst­kimi zmy­słami czuła, że jest to na wskroś nie­godny za­ufa­nia czło­wiek. Taki, który nie prze­strzega żad­nych re­guł poza swo­imi wła­snymi.

- Pro­szę mi po­wie­dzieć, panno Ha­tha­way, co by pani zro­biła, gdyby za­pro­szono pa­nią na nocny rajd po lą­dach i oce­anach? Wy­bra­łaby pani przy­godę, czy zo­stała w bez­piecz­nym domu?

Nie mo­gła ode­rwać od niego wzroku. Jego to­pa­zowe oczy lśniły psot­nie, lecz nie jak oczy nie­win­nego chłopca, a znacz­nie nie­bez­piecz­niej. Mo­głaby bez trudu uwie­rzyć, że za­raz zmieni po­stać i po­jawi się nocą pod jej oknem, aby unieść ją da­leko stąd na skrzy­dłach pół­nocy...

- Zo­sta­ła­bym w domu, rzecz ja­sna - zdo­łała w końcu od­po­wie­dzieć roz­sąd­nym to­nem. - Nie chcę przy­gody.

- A ja my­ślę, że pani chce. My­ślę, że w przy­pły­wie sła­bo­ści mo­głaby pani za­sko­czyć samą sie­bie.

- Nie mie­wam mo­men­tów sła­bo­ści. Żad­nego ro­dzaju, ni­gdy.

Jego śmiech opa­tu­lił ją jak ob­łok dymu.

- Wszystko przed pa­nią.

Nie ośmie­liła się za­py­tać, dla­czego jest tego taki pe­wien. Za­kło­po­tana, utkwiła wzrok w gór­nym gu­ziku jego ka­mi­ze­lki. Czyżby z nią flir­to­wał? Nie, za­pewne z niej kpi, pró­buje zro­bić z niej idiotkę. Je­śli bała się w ży­ciu cze­go­kol­wiek bar­dziej niż psz­czół, to wła­śnie tego.

Przy­po­mniała so­bie o swo­jej god­no­ści, która roz­wiała się w mię­dzy­cza­sie jak puch dmu­chawca, i zmarsz­czyła su­rowo brwi.

- Je­ste­śmy już pra­wie w Ram­say. - Wska­zała li­nię da­chu nad la­sem. - Wo­la­ła­bym ostat­nią część drogi po­ko­nać w sa­mot­no­ści. Pro­szę prze­ka­zać hra­biemu, że bez­piecz­nie do­tar­łam do domu. Ży­czę mi­łego dnia, pa­nie Ro­han.

Kiw­nął głową, ob­jął ją jed­nym ze swo­ich we­so­łych, roz­bra­ja­ją­cych spoj­rzeń, a po­tem pa­trzył, jak od­cho­dzi. Z każ­dym kro­kiem Ame­lia po­winna była czuć się bez­piecz­niej­sza, ale nie­po­kój nie ustę­po­wał. Na­gle usły­szała, że on coś mru­czy pod no­sem, a w jego gło­sie po­brzmiewa roz­ba­wie­nie. To brzmiało jak: "Pew­nej nocy...".