Wyjdź za mnie, kochanie - Krystyna Mirek

Kup ebooka

44.99 zł
39.14 zł (34,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

W któ­rym zbliża się wesele stu­le­cia, przy­szłej pan­nie mło­dej śni się nie­le­gal­nie przy­stojny bru­net, a wytrawny prze­stępca szy­kuje się do skoku życia.

Mały, ciemny owad pod­fru­nął pod wielki żyran­dol wcze­śnie rano. Jego pro­stac­kie obli­cze nie­tak­tow­nie odbiło się w gład­kich krysz­ta­ło­wych płasz­czy­znach spro­wa­dzo­nych aż z Medio­lanu.

- Komar! - zawo­łała panicz­nie Apo­lo­nia Dar­ska i mach­nęła szczu­płą dło­nią zdobną w dwa pier­ścionki ze szma­rag­dami. - W moim domu! - dodała, a święte obu­rze­nie w jej gło­sie zasłu­gi­wało co naj­mniej na kano­ni­za­cję. - Zawo­łaj natych­miast gospo­się i ochronę!

- Wezwę woj­ska obrony tery­to­rial­nej - powie­dział jej syn lekko drwią­cym tonem. Nawet nie pod­niósł wzroku znad papie­rów. - Zasłu­gu­jesz na naj­lep­szą obsługę.

Matka zastu­kała kształt­nym paznok­ciem w szklankę. Ten dźwięk powo­do­wał bla­dość policz­ków u wszyst­kich kie­row­ni­ków dzia­łów w fir­mie Apollo SC - naj­więk­szego dys­try­bu­tora mate­ria­łów budow­la­nych w oko­licy.

Ale na Tymo­te­uszu Dar­skim ten dźwięk pełen ukry­tych zna­czeń nie zro­bił więk­szego wra­że­nia.

- Przy­roda robi się coraz bar­dziej zuchwała! - pod­kre­śliła Apo­lo­nia. - Czło­wiek inwe­stuje ciężki pie­niądz w różne zabez­pie­cze­nia, a taki bez­czelny komar wla­tuje mi do salonu i na doda­tek cią­gle brzę­czy.

- To fakt. - Tymo­te­usz kiw­nął głową, po czym z wiel­kim tru­dem powstrzy­mał się przed nało­że­niem sobie kolej­nego pty­sia na talerz. - Jak śmie! - dodał zde­ner­wo­wany, bo nie zno­sił się odchu­dzać. - Miałby przy­naj­mniej tyle przy­zwo­ito­ści, żeby być cicho. Spraw­dzę, czy jest na to jakiś para­graf.

Zer­k­nął do swo­jej teczki z doku­men­tami. Był adwo­ka­tem, spe­cja­li­zo­wał się w roz­wo­dach. Szczy­cił się ogrom­nym doświad­cze­niem. Śmiało mógłby roz­wieść żyran­dol z koma­rem i nawet wyne­go­cjo­wać dla tego ostat­niego bar­dzo dobre warunki odszko­do­wa­nia.

Roz­dzwo­nił się tele­fon, a Apo­lo­nia zer­k­nęła na wyświe­tlacz. Z jej nie­za­do­wo­lo­nej miny można było wywnio­sko­wać, że komuś się zaraz obe­rwie. Ode­brała i włą­czyła tryb gło­śno­mó­wiący. Jed­no­cze­śnie pod­nio­sła fili­żankę z kawą do ust.

- Mamy te deko­ra­cje, które pani zama­wiała - pospiesz­nie rapor­to­wał jakiś męż­czy­zna.

- Doprawdy? - zdu­miała się Apo­lo­nia teatral­nie, a jej wypie­lę­gno­wane brwi pod­je­chały ponad oprawki szma­rag­do­wych oku­la­rów.

- Tak, prze­cież to na wczo­raj miało być... - roz­pę­dził się w zwie­rze­niach dostawca.

- Wła­śnie! - Pani domu prze­rwała mu sta­now­czo. - To po zapłatę pro­szę też przyjść wczo­raj, bo dziś to już nie­ak­tu­alne - dobiła roz­mówcę, po czym roz­łą­czyła się i odsta­wiła ener­gicz­nie fili­żankę na spodek. - Ludzie też teraz nie znają gra­nic - obu­rzyła się. - A potem się dzi­wią, że firma im upada.

- Jesteś bar­dzo surowa, mamo. - Tymo­te­usz zde­cy­do­wał się jed­nak na pty­sia. Humor od razu mu się popra­wił. - Ten biedny czło­wiek prze­żył teraz szok. Mia­łaś mu zapła­cić mnó­stwo kasy - dodał z peł­nymi ustami i błogą miną.

- Ach! Nie martw się tak. Wezmę to prze­cież od niego. - Apo­lo­nia wstała, popra­wiła jedwabną sukienkę i uśmiech­nęła się do syna. - Niech się jed­nak tro­chę pode­ner­wuje. Następ­nym razem mnie zapa­mięta.

- Tak się bez wąt­pie­nia sta­nie. - Tymo­te­usz nie miał wąt­pli­wo­ści. - To było duże zamó­wie­nie. Na samą myśl, że nie zapła­cisz, wła­ści­ciel dosta­nie drga­wek. Ale kolej­nego razu nie będzie. To jedyny, pierw­szy i ostatni ślub w naszej rodzi­nie, z wyjąt­kiem two­jego, rzecz jasna.

- Dla­tego wszystko musi być per­fek­cyjne - powie­działa Apo­lo­nia, po czym bły­ska­wicz­nie zdjęła ele­gancki pan­to­fel i pac­nęła komara, który lek­ko­myśl­nie przy­siadł na brzegu kanapy. Nie wie­dział, bie­dak, że przy Apo­lo­nii Dar­skiej nie wolno ani na moment tra­cić czuj­no­ści.

- Ma się ten refleks! - Uśmiech­nęła się z zado­wo­le­niem. - Jeden zero dla mnie. Każ, pro­szę, gosposi wyczy­ścić całą tapi­cerkę i okna na wszelki wypa­dek umyć, firanki może też wyprać.

- Świat zde­zyn­fe­ko­wać... - pod­po­wie­dział jej syn.

- Nie śmiej się - prych­nęła Apo­lo­nia. - Nie wia­domo prze­cież, z kim się taki komar w życiu zada­wał - dodała podejrz­li­wie. - A teraz zostaw pty­sie w spo­koju i jedź do pracy. Już późno. I pamię­taj, że mia­łeś się zasta­no­wić, z kim pój­dziesz na wesele córki.

- Pew­nie z Agatką. - Wes­tchnął męż­czy­zna. - Chyba że mnie dziś roz­je­dzie na sali sądo­wej, to jed­nak wyco­fam zapro­sze­nie.

- Tego się nie robi kobie­cie - obu­rzyła się Apo­lo­nia.

- Cza­sem mam wąt­pli­wo­ści, czy to okre­śle­nie do niej pasuje. Działa jak maszyna, nie ma w niej wiele dziew­czę­cej mięk­ko­ści. Wygrywa roz­prawy w takim stylu, że nawet prze­grani mają ochotę bić jej brawo. Nie­stety ostat­nio mam zbyt czę­sto nie­przy­jem­ność być jej prze­ciw­ni­kiem.

- To się lepiej przy­go­tuj - rzu­ciła w jego stronę Apo­lo­nia.

Nie rozu­miała pro­blemu. Wyda­wało jej się, iż za sam fakt, że Tymo­te­usz nazywa się Dar­ski i jest jej synem, należy mu się wygrana. Świat jed­nak nie zawsze podzie­lał jej zda­nie.

- Poszu­kał­byś sobie kogoś, z kim mógł­byś się zwią­zać, a nie zapra­szał wszę­dzie naj­więk­szą zawo­dową kon­ku­ren­cję. - Wes­tchnęła. - To mi wygląda na zwią­zek bez przy­szło­ści, a nie tego potrze­bu­jesz...

- Mamo, pro­szę cię. - Tymo­te­usz prze­łknął kolej­nego pty­sia. - Muszę jesz­cze prze­czy­tać kilka doku­men­tów. Nie mam teraz czasu na takie roz­mowy. - Zer­k­nął do teczki z papie­rami.

- Jasne, już ci nie prze­szka­dzam. Rób, co musisz - dodała zre­zy­gno­wana, bo powoli tra­ciła nadzieję, że jej apele kie­dy­kol­wiek odniosą sku­tek. Kobiety lubiły jej syna, gar­nęły się do niego, ale on kochał wyłącz­nie roz­wody. - Ja jesz­cze zer­knę do Mariki. - Apo­lo­nia ruszyła w stronę scho­dów i uśmiech­nęła się na samą myśl. - Zoba­czę, czy nasze sło­neczko już wstało.

* * *

W tym cza­sie Marika, uko­chana i zara­zem jedyna wnuczka Apo­lo­nii Dar­skiej, młoda dziew­czyna, dziecko szczę­ścia roz­piesz­czane przez bab­cię ponad wszel­kie gra­nice, już nie spała. Leżała w swoim wiel­kim łóżku, przy­kryta pościelą w różyczki i patrzyła w sufit. Mnó­stwo myśli prze­la­ty­wało jej przez głowę. A naj­moc­niej­sze było wspo­mnie­nie babci Apo­lo­nii tań­czą­cej na środku salonu, nie tak dawno, zale­d­wie pół roku temu. Był to widok rzadki i szo­ku­jący.

- Będzie ślub i wesele! Naj­więk­sze, naj­pięk­niej­sze, naj­wspa­nial­sze! - Bab­cia naprawdę wtedy sza­lała. Miało się wra­że­nie, że jesz­cze chwila i uleci w powie­trze.

Marika stała jak zawsze nieco z boku. Ojciec wła­śnie zakoń­czył bły­ska­wiczne przy­go­to­wy­wa­nie ostat­nich popra­wek w inter­cy­zie dla córki i jej przy­szłego męża. Na dwa­dzie­ścia sie­dem stron. Dru­karka wyplu­wała je teraz jedną po dru­giej. Tata Mariki w ciągu swo­jej boga­tej kariery zawo­do­wej zakoń­czył wię­cej mał­żeństw, niż nie­je­den czło­wiek w całym życiu widział. Świet­nie przy­go­to­wał ten doku­ment. Wziął pod uwagę każdą moż­liwą opcję.

Z wyjąt­kiem szczę­śli­wego poży­cia dwojga zako­cha­nych, któ­rzy wła­śnie ogło­sili rodzi­nom rado­sną wia­do­mość.

I roz­pę­tali wielką burzę. Ale praw­dziwe opi­nie poja­wiły się dopiero, gdy świeżo upie­czony narze­czony opu­ścił już ich dom.

- Pan młody do bani! - Bab­cia pod­czas wie­czor­nej kola­cji nie siliła się na dyplo­ma­cję. - Ale skoro ci się podoba, to nie ma dys­ku­sji - dodała szybko. - Zresztą pod­krę­cimy go nieco i w pół roku wyj­dzie na ludzi. A ty dosta­niesz wszystko, o czym tylko mogłaby zama­rzyć młoda dziew­czyna. - Spoj­rzała z czu­ło­ścią na wnuczkę. - Naj­dłuż­szy na świe­cie welon - zaczęła wyli­czać - morze kwia­tów, limu­zynę cią­gnącą się aż po hory­zont, wspa­niałe druhny, naj­wyż­szy tort, naj­grub­szego kościel­nego, a także uro­czy­stość jak z bajki. Biada każ­demu, kto ośmie­liły się zepsuć mojemu skar­bowi ten naj­pięk­niej­szy w życiu dzień.

Marika poczuła dreszcz bie­gnący po ple­cach. Jakoś tak dziw­nie się prze­stra­szyła, że może to ona będzie taką osobą. Nie sta­nie na wyso­ko­ści zada­nia, te wszyst­kie ocze­ki­wa­nia ją prze­ro­sną. A dosko­nale wie­działa, jak groźna potrafi być bab­cia, kiedy coś idzie nie po jej myśli. Apo­lo­nia była kobietą drobną z wyglądu, ale potężną, jeśli cho­dzi o sku­tecz­ność. W cza­sach kry­zysu, i to nie­jed­nego, budo­wała z nie­złom­nym suk­ce­sem sta­bil­ność rodzin­nej firmy. Żadne prze­szkody jej nie powstrzy­my­wały, gdy posta­no­wiła coś osią­gnąć.

Po tym komen­ta­rzu Marika nawet się nie ode­zwała. Nikt też tego nie ocze­ki­wał. Zawsze była uro­czą dziew­czynką, nie­spra­wia­jącą rodzi­nie kło­po­tów. Wycho­wy­wała się bez mamy, w świe­cie wiecz­nie zaję­tej kolej­nymi wyzwa­niami babci oraz zapra­co­wa­nego ojca. Apo­lo­nia, po śmierci męża, pozo­stała samotna niczym jedyny biały żagiel na wzbu­rzo­nym morzu, zawsze powta­rza­jąc, że jest pierw­szą sin­gielką w kraju i była nią dużo wcze­śniej, zanim stało się to modne. Nato­miast tata Mariki każ­dego dnia przy kola­cji opo­wia­dał, kogo wła­śnie roz­wiódł i jak świet­nie sobie z tym pora­dził.

Dziew­czyna nie­spe­cjal­nie wie­rzyła w miłość.

A jed­nak się zako­chała.

Długo ukry­wała swój zwią­zek, bojąc się reak­cji rodziny. Wpa­dli z Mau­ry­cym przez przy­pa­dek, przy­ła­pani przez jego matkę na czu­łych uści­skach w kawiarni. Musieli się ujaw­nić. I od razu tego poża­ło­wali. Obie rodziny osza­lały na punk­cie ich związku. Szum się zro­bił nie­sa­mo­wity, a nie­które decy­zje zapa­dły sta­now­czo za szybko. Ale Marika nie pro­te­sto­wała. Pozwo­liła, by ponio­sła ją potężna fala nie­ugię­tej woli babci. A ta marzyła o ślu­bie stu­le­cia.

Pół roku póź­niej roz­pę­dzona machina orga­ni­za­cyjna niczym dosko­nały auto­mat zmie­rzała ku efek­tow­nemu fina­łowi. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami nikt nie odwa­żył się sta­nąć babci na dro­dze. A kto ośmie­lił się pró­bo­wać, został zmie­ciony, zanim zdą­żył pisnąć choć słowo. Uru­cho­miono spore środki finan­sowe.

Naj­wspa­nial­sze, naj­więk­sze, naj­bar­dziej efek­towne wesele miało się odbyć w naj­bliż­szy week­end.

W środę o godzi­nie dzie­wią­tej, gdy bab­cia ener­gicz­nie wcho­dziła po scho­dach na pię­tro, Marika jesz­cze leżała w łóżku. Czuła na powie­kach słońce, które już wysoko uno­siło się nad hory­zon­tem, ale nie chciała wsta­wać. Nad ranem przy­śnił jej się piękny sen. Jego resztki wciąż jesz­cze widziała oczyma wyobraźni.

Szła po łące peł­nej kwia­tów. W deli­kat­nej, zwiew­nej sukni ślub­nej. Cie­niutki welon cią­gnął się po zie­lo­nej tra­wie peł­nej sto­kro­tek i maków. Nie był bar­dzo długi. Z pew­no­ścią nie spodo­bałby się babci. Jakiś męż­czy­zna o ciem­nych wło­sach kro­czył obok i mocno trzy­mał Marikę za rękę. Nie­stety w niczym nie przy­po­mi­nał Mau­ry­cego. Pochy­lił się, by ją poca­ło­wać. A ona, nie ma co ukry­wać, prze­chy­liła głowę i przy­mknęła oczy...

- Moje sło­neczko! - usły­szała w tym samym momen­cie czuły, ale mocny głos babci i serce mocno jej zało­mo­tało.

Jakby seniorka rodu wła­śnie przy­ła­pała ją na gorą­cym uczynku zdrady tuż przed ślu­bem. Zaczer­wie­niła się po czubki uszu i okrop­nie zestre­so­wała. Co by wszy­scy powie­dzieli, gdyby wyszło na jaw, że zale­d­wie kilka dni przed naj­wspa­nial­szym wese­lem w całym kraju, a może nawet na kon­ty­nen­cie, orga­ni­zo­wa­nym połą­czo­nymi siłami dwóch rodzin, ogrom­nym nakła­dem ener­gii i środ­ków, ona marzy o skrom­nej uro­czy­sto­ści, a co gor­sza, śni jej się jakiś nie­znany bru­net?!

Strasz­liwy brak wdzięcz­no­ści! - surowo oce­ni­łaby bab­cia. - Kary­godne zacho­wa­nie.

To pod­waża zapis w inter­cy­zie! - obu­rzyłby się ojciec. - W razie czego wyne­go­cju­jemy za słabe warunki - dodałby ze zgrozą. - Nie zdo­łamy puścić Mau­ry­cego w samych spoden­kach. - Ta naj­gor­sza z jego per­spek­tywy opcja roz­wo­dowa zapewne z tru­dem prze­szłaby mu przez gar­dło.

Tata zawsze z zaan­ga­żo­wa­niem pod­cho­dził do spraw, które pro­wa­dził. Miał tylko jeden cel: osku­bać drugą stronę ze wszyst­kiego. Zosta­wić w skar­pet­kach, i to takich z prze­ceny.

Roz­cza­ro­wa­nia Mau­ry­cego oraz jego mamy Marika wolała nawet sobie nie wyobra­żać.

Na szczę­ście bab­cia, która w tej chwili weszła do pokoju, nie potra­fiła czy­tać w myślach. Choć ist­niało uza­sad­nione podej­rze­nie, że gdyby tylko chciała, uda­łoby jej się to osią­gnąć. Tylko na razie jesz­cze na to nie wpa­dła.

- Śpij sobie, złotko moje naj­pięk­niej­sze! - wyszep­tała więc czule. Pode­szła bli­żej i pogła­skała wnuczkę po gło­wie jak małą dziew­czynkę.

Marika była jedyną osobą na całym świe­cie, do któ­rej Apo­lo­nia Dar­ska zawsze zwra­cała się łagod­nym gło­sem. Ale nie za każ­dym razem spo­ty­kało się to z podob­nym odze­wem.

Dziew­czyna usia­dła ner­wowo na łóżku.

- Jak tu weszłaś?! - zapy­tała ze zgrozą, bo na dobre wró­ciła już do rze­czy­wi­sto­ści. Zamy­kała pokój aż na trzy zamki, żeby zyskać choć odro­binę pry­wat­no­ści. Ostatni z nich był bar­dzo nowo­cze­sny, ze spe­cjal­nym kodem, zamó­wiony przez inter­net. Marika miała dwa­dzie­ścia trzy lata i ani odro­biny spo­koju w domu rodzin­nym.

- Skar­bie mój naj­słod­szy - powie­działa czule bab­cia. - W jaki spo­sób zbu­do­wa­ła­bym potężną firmę, gdy­bym głu­piego zamka nie umiała sfor­so­wać? W latach dzie­więć­dzie­sią­tych świat biz­nesu był niczym dżun­gla pełna dra­pież­ni­ków, nauczy­łam się radzić sobie. Jakby trzeba było wła­mać się do kon­ku­ren­cji, też bym się nie cof­nęła. Meta­lowy łom czy elek­tro­niczny kod, żadna róż­nica, to tylko narzę­dzia.

Marika poczuła, jak opa­dają jej ręce. Miesz­kała w domu waria­tów i nijak nie wie­działa, jak się z niego wydo­stać. Bab­cia potra­fiła poko­nać każdą prze­szkodę, za to ona była kom­plet­nie pozba­wiona siły prze­bi­cia. Przy­mknęła powieki. Nie­stety przy­stoj­nego bru­neta już tam nie było. Sen odle­ciał na dobre.

- Chcesz jesz­cze pole­żeć? - zapy­tała bab­cia tro­skli­wie. - Pamię­taj, że odpo­czy­nek wspa­niale wpływa na urodę. A ty musisz być teraz naj­pięk­niej­sza. Poza tym śpij, bo możesz. Ja w twoim wieku już haro­wa­łam na dwa etaty, a domu też nie bra­ko­wało obo­wiąz­ków. Wsta­wa­łam bla­dym świ­tem, kła­dłam się grubo po pół­nocy - wspo­mi­nała czy może wypo­mi­nała, trudno to było odróż­nić. - Ale ty masz świat u stóp - dodała. - Wystar­czy tylko, że to doce­nisz - zakoń­czyła z mocą.

Marika wes­tchnęła. Nie przy­zna­wała się nikomu, że zarówno ten cały świat u stóp, jak i roz­mach jej wła­snego ślubu nieco ją prze­raża. Zwłasz­cza towa­rzy­sząca mu na nie­spo­ty­kaną skalę pompa.

Ojciec uwa­żał, że to nie­po­trzebny wyda­tek. Już się umó­wił z zaprzy­jaź­nio­nym sędzią, że w razie czego poza kolej­no­ścią da jego córce roz­wód. Zapla­no­wał w myślach, że jego naj­lep­sza kole­żanka i jed­no­cze­śnie zawo­dowa kon­ku­rentka Agatka będzie repre­zen­to­wać Mau­ry­cego, a on swoją córkę, i już zacie­rał ręce na tę per­spek­tywę, jak ich oboje roze­trze na proch.

Godził się na całe to ślubne sza­leń­stwo tylko dla­tego, że pła­ciła za nie bab­cia. A ona z kolei uwa­żała, że wąt­pli­wo­ści Mariki są uro­cze, i nie trak­to­wała ich poważ­nie ani tro­chę.

- Moje sło­neczko! - Apo­lo­nia usia­dła na brzegu łóżka i roz­czu­liła się. - Pomyśl, jak to będzie pięk­nie. Ja szłam do ołta­rza w poży­czo­nej sukience, a wesele mia­łam w remi­zie. W remi­zie!!! Boże, daj zapo­mnieć! - powtó­rzyła, a w jej gło­sie zabrzmiała praw­dziwa zgroza. - Nawet sobie tego wyobra­zić nie potra­fisz i wcale zresztą nie ma takiej potrzeby. Papie­rowe obrusy, orkie­stra z bożej łaski i deko­ra­cje zro­bione domo­wym spo­so­bem. Takie były paskudne czasy - dodała. - Pie­nię­dzy nie star­czało na nic...

Marika pomy­ślała, że jest coś nie­sły­cha­nie roman­tycz­nego w bra­niu ślubu w poży­czo­nej sukience. Świę­to­wa­niu w skrom­nej sali bez deko­ra­cji. Nie to, co zewnętrzne, jest naj­waż­niej­sze, lecz miłość i ten jedyny męż­czy­zna wybrany ze wszyst­kich.

Uwa­żała, że to ujmu­jące i praw­dziwe, ale nikt jej w tej kwe­stii o zda­nie nie pytał. Wes­tchnęła.

- Twój ojciec to nawet takiego wesela nie miał - dodała Apo­lo­nia i skrzy­wiła się wobec tego nie­wy­god­nego faktu bio­gra­ficz­nego, że jej syn ni­gdy się nie oże­nił i żył z mamą Mariki na tak zwaną kocią łapę. - Ale z tobą będzie ina­czej - roz­pro­mie­niła się znowu. - Wszystko już zapla­no­wane.

- Zaraz wstaję - powie­działa Marika, czu­jąc, że przy­naj­mniej jedną decy­zję musi teraz pod­jąć samo­dziel­nie.

- Jeśli już się wyspa­łaś, to chodź - zgo­dziła się łaska­wie bab­cia. - Twoja suk­nia stoi na środku salonu. Chcia­łam nią nacie­szyć oczy, więc jeśli Mau­rycy zamie­rza cię dziś odwie­dzić, daj znać pani Lusi, niech ją schowa. Ale mówię ci, kochana, suk­nia wygląda cudow­nie. Zaj­muje pra­wie pół salonu, a on jest prze­cież wielki. Nawet Kate Mid­dle­ton takiej nie miała.

Marika już od pierw­szej przy­miarki zasta­na­wiała się, jak udźwi­gnie na swo­ich wątłych ple­cach tyle kilo­gra­mów hafto­wa­nego atłasu, koronki i tiulu. Suk­nia rze­czy­wi­ście była piękna. Wspa­niale się pre­zen­to­wała na mane­ki­nie. Z całą pew­no­ścią sta­no­wiła ucie­le­śnie­nie marzeń nie­jed­nej dziew­czyny. Marika wyglą­dała w niej jak wróżka. Ale zde­cy­do­wa­nie tonęła w zwo­jach błysz­czą­cej mate­rii i bała się, że tuż przed ołta­rzem wyrżnie twa­rzą w pod­łogę, bo nie­for­tun­nie nadep­nie na kawa­łek trenu lub zaha­czy obca­sem o koronkę.

- Mam tylko nadzieję, że ktoś doce­nia moje sta­ra­nia - upew­niła się bab­cia, patrząc na Marikę zna­cząco. Jej wzrok miał wagę oło­wiu.

Wnuczka jej nie odpo­wie­działa. Pospiesz­nie ewa­ku­owała się do łazienki. Nie chciała o tym wszyst­kim myśleć. Kiedy bab­cia wspo­mi­nała imię Mau­ry­cego, wiało takim chło­dem, że gala­retka się ści­nała bez lodówki. Marika coraz wyraź­niej to dostrze­gała.

- Cza­sem mam wra­że­nie, że nikt nie doce­nia tego, co robię - dokoń­czyła Apo­lo­nia swoją myśl.

Spoj­rzała w stronę zamknię­tych drzwi, za któ­rymi szu­miała już woda z prysz­nica. Marika nie­po­ko­jąco dys­kret­nie cie­szyła się wese­lem. Żad­nych pisków, pod­sko­ków, rzu­ca­nia się na szyję z wdzięcz­no­ścią cha­rak­te­ry­styczną dla szczę­śli­wych mło­dych kobiet. Żad­nego buszo­wa­nia po skle­pach, prze­ży­wa­nia, czy koronka pasuje do tiulu. Nic. A Tymo­te­usz też jak zwy­kle tylko tonął w papie­rach i roz­wo­dził ludz­kość, zamiast się zako­chać i dać rodzi­nie wię­cej wnu­ków. Nie potrze­bo­wali prze­cież kolej­nych pie­nię­dzy, tylko spad­ko­bier­ców!

- Ot, nie­wdzięcz­ność! - Apo­lo­nia wes­tchnęła ciężko.

Cza­sem męczyły ją podej­rze­nia, że brak doce­nie­nia ota­cza ją ze wszyst­kich stron. Podob­nie jak nie­zro­zu­mie­nie wobec jej wielu talen­tów, kom­pe­ten­cji i genial­nych pomy­słów. Jakby nikt na świe­cie nie umiał w pełni osza­co­wać ich war­to­ści.

Ale myliła się. Nie wie­działa, że jest przy­naj­mniej jeden czło­wiek, który podzi­wia ją ze wszyst­kich sił. Wręcz bez­gra­nicz­nie.

* * *

- Co za kobieta! Powia­dam tobie, co za kobieta! - Alojzy Fuk­siń­ski wzniósł oczy do nieba, po czym popra­wił się, bo tro­chę mu już ścier­pły kolana od tego sie­dze­nia w krza­kach. - Po pro­stu deli­cje. Sły­sza­łeś, jak sobie świet­nie pora­dziła? Poko­nała elek­tryczny zamek, jakby to była kłódka do wychodka.

Janek, jego syn, kiw­nął głową i jed­no­cze­śnie prze­wró­cił oczami. Stan­dardy, według któ­rych ojciec oce­niał ludzi, od zawsze go zadzi­wiały.

- Twarda sztuka, panie tego... - zachwy­cał się dalej jego tata. - To będzie skok mojego życia. Obro­bimy ten dom do gołych ścian i prze­cho­dzę na godną eme­ry­turę. Zasłu­żoną. To będzie taki skok, że sam się będziesz wła­snym wnu­kom chwa­lił.

Janek popra­wił się. Też mu ścier­pły kolana. Czuł się jak w alter­na­tyw­nym świe­cie. Dopiero co obro­nił pracę magi­ster­ską, obra­cał się wśród logicz­nie myślą­cych ludzi, twardo stą­pa­ją­cych po ziemi. A potem wró­cił do domu i jakby się zna­lazł na innej pla­ne­cie.

- Jak to faj­nie, synu, że już zje­cha­łeś z tych swo­ich nauk - powie­dział tata w tym samym momen­cie i popra­wił słu­chawki. - Już myśla­łem, że to się ni­gdy nie skoń­czy. Cze­kam na cie­bie i cze­kam. Ale dobrze, żeś się wykształ­cił. Czas wnieść tro­chę nowo­cze­sno­ści do rodzin­nego biz­nesu.

- Tato! - Janek wes­tchnął. - Tłu­ma­czy­łem ci sto razy, że idę do pracy. Nie będę z tobą cho­dził na żadne włamy.

Rze­czy­wi­ście stu­dia nieco mu się prze­cią­gnęły. Zali­czył po dro­dze wyjazd za gra­nicę i dwa lata prze­rwy. Jakby się bał skoń­czyć. Oka­zało się, że słusz­nie.

- Oczy­wi­ście. Panie tego... Czas ci na swoje. - Ojciec z tru­dem się powstrzy­mał, by nie pogła­skać go po gło­wie jak daw­niej. Był tak dumny z syna, że omal nie pękał. - Nie martw się. Wszystko ci prze­każę: kon­takty, rejon, przy­krywkę. Firma trans­por­towa daje takie moż­li­wo­ści do prze­krę­tów jak mało co. Jesteś zabez­pie­czony pod każ­dym wzglę­dem.

- Skoń­czy­łem wydział infor­ma­tyczny... - zaczął Janek bez spe­cjal­nej nadziei na suk­ces.

- To tylko świet­nie. Widzisz, jaki masz talent? - Tata spoj­rzał na niego z dumą i zatarł dło­nie. - Lap­top mi skon­fi­gu­ro­wa­łeś pierw­sza klasa. - Palce lizać, panie tego... Pod­słuch mi się teraz ład­nie zapi­suje i mogę sobie spo­koj­nie odtwa­rzać. Nada­jesz się do współ­pracy.

- Sam jestem na sie­bie wście­kły, że się dałem namó­wić. - Janek znów wes­tchnął. Czuł, że powrót do domu będzie trudny, ale nie spo­dzie­wał się, że aż tak. - Pójdę przez cie­bie sie­dzieć.

- I bar­dzo dobrze - zare­ago­wał natych­miast ojciec. - To czyni z czło­wieka męż­czy­znę - dodał z namasz­cze­niem. - Pra­dziad sie­dział jesz­cze za cesa­rza, dziad sie­dział, ojciec mój sie­dział, ja sie­działem, tako i tobie w sto­sow­nym cza­sie trzeba będzie z god­no­ścią za kratki iść.

- Nie ma mowy. - Janek wzdry­gnął się przed tą okropną rodzinną tra­dy­cją, non stop przed­sta­wianą jakby to była naj­więk­sza chluba.

- O nic się nie martw. - Ojciec nawet tego nie zauwa­żył. - Mam wszę­dzie kon­takty. Posa­dzimy cię z moimi zna­jo­mymi. Panie tego... Od razu tam z naj­lep­szym nazwi­skiem pój­dziesz. Fuk­siń­scy sroce spod ogona nie wypa­dli, na komi­sa­ria­cie o nas nie­jedno sły­szeli, choć udo­wod­nić nic nie mogą. Nie mogą - powtó­rzył z zado­wo­le­niem, roze­śmiał się i znowu zatarł dło­nie z zado­wo­le­niem.

Wypiął sze­roką pierś, a Janek mimo woli spoj­rzał na niego z bez­wied­nym podzi­wem. Przez całe życie wal­czył z tym uczu­ciem. Tata miał swoje wady, ale spod jego uroku nie spo­sób było się uwol­nić. Postawny i przy­stojny, wyspor­to­wany, zawsze wesoły, choć rap­tus, wycho­wy­wał syna z wiel­kim poświę­ce­niem. Umiał być jed­no­cze­śnie czuły i silny. Zapew­nił synowi wspa­niałe dzie­ciń­stwo. Im Janek był star­szy, tym lepiej rozu­miał, jak wielka to rzad­kość.

Jed­nak jak­kol­wiek kochał ojca, nie spie­szyło mu się za kratki. Tata zwykł się przy­jaź­nić z róż­nymi typami spod ciem­nej gwiazdy i miał dość spe­cy­ficzne poję­cie o dobrym imie­niu rodu. Opie­rał je mię­dzy innymi na tym, że naj­czę­ściej okra­dał poli­ty­ków, o któ­rych miał nie­zbyt dobre mnie­ma­nie, prze­ko­nany, że w ten spo­sób speł­nia patrio­tyczny obo­wią­zek wobec narodu.

- Mówi­łem ci, że idę do uczci­wej roboty, nor­mal­nie na etat - powtó­rzył z naci­skiem Janek. Od tygo­dnia pró­bo­wał się roz­mó­wić z ojcem.

- Cze­kaj, cze­kaj - zbył go tata. - Bo one tu coś waż­nego mówią. - Przy­ło­żył moc­niej słu­chawki do ucha. - Ach! Co to za kobieta! - Wes­tchnął znów z fascy­na­cją. - Powia­dam tobie, zamek elek­tro­niczny sfor­so­wała bez mru­gnię­cia okiem. Taki talent się w zwy­kłym biz­ne­sie mar­nuje...

Janek zaci­snął usta. Jego samego ojciec jesz­cze ni­gdy tak nie pochwa­lił, choć skoń­czył nie­ła­twe stu­dia, a pro­gram, który napi­sał w ramach pracy magi­ster­skiej, kupiła na pniu duża firma infor­ma­tyczna. Ale dla taty takie kom­pe­ten­cje nie­wiele zna­czyły. Liczyły się włamy, kra­dzieże, plany wej­ścia do pil­nie strze­żo­nych budyn­ków. Tylko to mu impo­no­wało.

- Tylko ten jeden raz ci poma­gam - powtó­rzył chło­pak, lecz ojciec wciąż go nie słu­chał. W pełni sku­piony był na tym, co działo się w pięk­nym domu oto­czo­nym wyso­kim murem.

- Mógł­byś mi jesz­cze zamon­to­wać kamerki - powie­dział do syna. - Mie­li­by­śmy pełny wgląd na sprawę. Pro­fe­sjo­nal­nie.

- Może ci jesz­cze stronę na Face­bo­oku założę? Będziesz sobie wrzu­cał zdję­cia z każ­dego włamu! - zde­ner­wo­wał się Janek.

- Jeśli by to miało wykoń­czyć kon­ku­ren­cję, to dla­czego nie. - Tata nie­wzru­sze­nie trwał przy swoim. - Trzeba iść z duchem czasu.

- Cał­kiem zwa­rio­wa­łeś. Chcesz, żeby cię zła­pali?!

- Cicho bądź! Nie ucz życia sta­rego czło­wieka. Zapła­ci­łem za twoje stu­dia, miesz­ka­nie ci kupi­łem nie­jedno, panie tego... wypro­wa­dzi­łem na ludzi.

- Tak, oczy­wi­ście...

Janek sły­szał to nie pierw­szy raz. Tata ocze­ki­wał wdzięcz­no­ści, a on cią­gle odno­sił dziwne wra­że­nie, że słusz­nie. Wiele dzieci mie­rzy się z takim wyzwa­niem, ale jego sytu­acja była naprawdę wyjąt­kowa.

- Więc skup się, jak jesteś w robo­cie! - zawo­łał tata ener­gicz­nym tonem. - O dzie­sią­tej trza nam na kawę do domu wra­cać. Pamię­taj o tym zawsze, żeby nie pra­co­wać całymi dniami. Nauczy­łem się tego od jed­nego tre­nera per­so­nal­nego, cośmy go z Kazi­kiem opędz­lo­wali z dóbr docze­snych parę lat temu na wio­snę. Będzie mu lżej kie­dyś do raju iść za to, że nam pomógł. Trzy tygo­dnie go pod­słu­chi­wa­li­śmy. Czło­wiek się niejed­nego dowie­dział. To się nazywa work life balance - te słowa wypo­wie­dział z dumą, zado­wo­lony ze swo­ich kom­pe­ten­cji.

Janek wzniósł oczy do nieba. Ale ono nie zare­ago­wało. Wręcz prze­ciw­nie - od lat zda­wało się sprzy­jać ojcu. Nie na darmo z dumą nosił swoje nazwi­sko. Alojzy Fuk­siń­ski. Fuks go rze­czy­wi­ście nie opusz­czał.

- Mówią, że ślub w sobotę o trzy­na­stej. - Ojciec znów sku­pił się na pod­słu­chu. - Bab­cia kupiła welon na cztery metry. Nie­źle, nie­źle... - Poki­wał głową z uzna­niem. - Jak ty się będziesz żenić, zamó­wimy, panie tego... na pięć - posta­no­wił szybko. - Powia­dam tobie, trza mieć swój honor.

- Mam nadzieję, że ten welon to nie dla mnie. - Janek się skrzy­wił .

- A skąd? - Ojciec się roze­śmiał. - Jesteś poważ­nym czło­wie­kiem, wygłupy nie dla cie­bie. Tym bar­dziej że dopiero zaczy­nasz, praw­dziwe doko­na­nia masz jesz­cze przed sobą...

Janek nic nie odpo­wie­dział. Poczu­cie winy, że rośnie, spo­żywa posiłki, oddy­cha i jesz­cze nie zro­bił żad­nego włamu, było mu wdru­ko­wy­wane w mózg od dzie­ciń­stwa. Ojciec z wiel­kim nie­za­do­wo­le­niem przyj­mo­wał jego świa­dec­twa z paskiem, ze szcze­gól­nym obrzy­dze­niem zaś patrzył na wzo­rowe zacho­wa­nie jedy­naka. On sam miał zawsze w szkole sze­reg kło­po­tów i do dzi­siaj gło­wił się, jakiej dziw­nej kom­bi­na­cji genów zawdzię­cza takie grzeczne dziecko. Świę­tej pamięci mamu­sia Janka raczej się do tego nie przy­czy­niła, bo ziółko z niej było wyjąt­kowe.

- Wra­camy! - Ojciec spoj­rzał na zega­rek, po czym pod­niósł się ostroż­nie z kolan, poma­so­wał sobie plecy i scho­wał słu­chawki do torby. - Następ­nym razem może posie­dzimy jed­nak w zapar­ko­wa­nym samo­cho­dzie.

- Mówi­łem. - Janek nie mógł się oprzeć, by tego nie wypo­mnieć.

- Oj tam! - Tata mach­nął ręką. - Wygoda może i jest ważna, ale praca to powo­ła­nie, pasja! - zawo­łał z namasz­cze­niem. - Trzeba do niej pod­cho­dzić z sza­cun­kiem. Lubię przed akcją oso­bi­ście spraw­dzić teren. Poczuć trawę pod sto­pami, zapach powie­trza, atmos­ferę. Tego się nie da w kom­pu­trze obli­czyć. Poza tym - przy­znał się - chcia­łem cię dzi­siaj zabrać na akcję. Ja i tak mam wszystko od dawna przy­go­to­wane.

Janek mimo woli słu­chał go z fascy­na­cją. Ojciec był czło­wie­kiem obda­rzo­nym nie­wąt­pliwą cha­ry­zmą. Chło­pak zawsze się zasta­na­wiał, dokąd tata by w życiu doszedł, gdyby wybrał inną, bar­dziej legalną drogę zawo­dową.

- Jedziemy! - zarzą­dził ojciec, strzep­nął liść z dżin­so­wych spodni, po czym obaj wsie­dli do sta­rego Fiata, któ­rym tata zawsze jeź­dził, jak to mawiał, do pracy. Cza­sem go zamie­niał na rów­nie wie­kową Skodę.

Janek zapiął pasy.

- Cho­lera, jak późno! Bab­cia nas prze­święci. Panie tego... będą kło­poty - powie­dział tata z drże­niem w gło­sie.

Bab­cia Izy­dora. Jedyna osoba, wobec któ­rej ojciec czuł respekt, a wła­ści­wie nawet strach. Sądu Osta­tecz­nego tak się nie bał jak swo­jej matki. O wymia­rze spra­wie­dli­wo­ści nie wspo­mi­na­jąc. Wszystko w niej było groźne, od imie­nia począw­szy.

- Zdą­żymy. - Janek powie­dział to uspo­ka­ja­ją­cym tonem, ale i on poczuł dreszcz.

Pod­czas dłu­giego pobytu na stu­diach tro­chę już zapo­mniał, jak to jest, gdy bab­cia się wnerwi. A miała w tym zakre­sie sze­roki reper­tuar środ­ków, któ­rymi potra­fiła dać do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo jest nie­za­do­wo­lona.

Rozdział 2

W któ­rym wąt­pli­wo­ści poja­wiają się nie tam, gdzie trzeba, plan włamu kry­sta­li­zuje na dobre, a nie­wy­po­wie­dziane słowa zaczy­nają buzo­wać, gro­żąc poważ­nymi skut­kami.

Wrze­śniowy wie­czór powoli szy­ko­wał się na spo­tka­nie z nocą.

Słońce zaszło za hory­zont i w pięk­nej willi przy ulicy Rumian­ko­wej zro­biło się ciemno. Bab­cia Apo­lo­nia jesz­cze nie wró­ciła z biura. Tata - jak zawsze po kola­cji - zamknął się w swoim gabi­ne­cie, żeby przej­rzeć papiery. Agatka poko­nała go dzi­siaj w sądzie. Wró­cił więc z pod­ku­lo­nym ogo­nem, goto­wym wnio­skiem o ape­la­cję i szcze­rym zamia­rem poru­sze­nia nieba i ziemi, by w jutrzej­szym spo­rze nie dać się podejść. Pra­co­wał do końca tygo­dnia. Nawet ślub córki nie był go w sta­nie skło­nić do wzię­cia urlopu. Zresztą i tak wszystko dzia­łało jak w zegarku. Nie czuł się potrzebny.

Marika sie­działa sama w salo­nie i wpa­try­wała się w swoją suk­nię ślubną. Oświe­tlały ją tylko blask księ­życa w pełni i nie­wielka lampka sto­jąca obok kanapy. Suk­nia wyglą­dała zja­wi­skowo. Srebrna poświata zała­my­wała się na mister­nym haf­cie i fał­dach gład­kiej tka­niny. Długi tren ukła­dał się w fale, a welon niczym miękka śmie­tanka oble­wał go z obu stron prze­zro­czy­stą zasłonką. To było praw­dziwe dzieło sztuki. Marika przy­ła­pała się na poku­sie, że chcia­łaby być na tym wyma­rzo­nym ślu­bie tylko gościem. Móc jak inni usiąść w ławce i podzi­wiać cały ten spek­takl. Z pew­no­ścią piękny.

Drgnęła, kiedy zadzwo­nił tele­fon.

- Cześć, kocha­nie - usły­szała tro­chę nie­pewny głos Mau­ry­cego. - Nie śpisz jesz­cze, więc chcia­łem cię zła­pać.

- Nie śpię - przy­znała. - Skąd wiesz?

- Mógł­bym powie­dzieć, że serce mi to pod­po­wie­działo, ale tak naprawdę zoba­czy­łem, że jesteś aktywna na Mes­sen­ge­rze.

Rze­czy­wi­ście Marika przed momen­tem spraw­dzała wia­do­mo­ści. Nawet tam ją obser­wo­wano. Wes­tchnęła, a potem przy­ci­snęła słu­chawkę do ucha.

- Boisz się tego wszyst­kiego? - zapy­tała spon­ta­nicz­nie.

Potrze­bo­wała się wyga­dać. Chciała wie­rzyć, że bab­cia ma rację. Jej wąt­pli­wo­ści to zwy­kła przed­ślubna trema. Bar­dzo teraz potrze­bo­wała, by ktoś to potwier­dził, poukła­dał sprawy na wła­ści­wych miej­scach.

- Ależ skąd! Ja się niczego nie boję - powie­dział Mau­rycy pospiesz­nie i nie­po­ko­jąco ner­wowo. - Mam nadzieję, że ty też nie. Prawda? - zapy­tał, ale nawet nie dał jej czasu na odpo­wiedź. - Prze­stra­szy­łaś mnie. Liczę, że się nie roz­my­ślisz w ostat­niej chwili. Wiesz, że moją mamę dwóch narze­czo­nych zosta­wiło tuż przed ołta­rzem. Do tej pory ma traumę.

- Wiem! - zawo­łała Marika.

Nie spo­sób było o tym zapo­mnieć choćby na chwilę. Mama Mau­ry­cego, a jej przy­szła teściowa, miała na punk­cie odwo­ła­nych ślu­bów praw­dziwą obse­sję. W jej obec­no­ści nie wolno było nawet wspo­mi­nać nazwi­ska Julii Roberts. Nie zno­siła tej aktorki za rolę w fil­mie Ucie­ka­jąca panna młoda.

Pani Musio­łek była tak bar­dzo wystra­szona, że narze­czona syna zwieje sprzed ołta­rza, że pew­nie naj­chęt­niej przy­wią­za­łaby ją łań­cu­chem i gwoź­dziem przy­biła do pod­łogi brzeg sukni. Jej nie­po­kój udzie­lał się wszyst­kim.

- Nie martw się - powie­działa Marika, odru­chowo przej­mu­jąc rolę pocie­szy­cielki, choć sama teraz potrze­bo­wała wspar­cia. - Usta­li­li­śmy prze­cież, że nie jeste­śmy jak nasi rodzice. Napi­szemy razem nową histo­rię. Wła­sną.

- Nie widzę innego wyj­ścia - odparł Mau­rycy. - W prze­ciw­nym razie twój tata roz­wie­dzie nas z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią. A ja będę miał prze­rą­bane.

- Jak ci idzie w pracy? - zapy­tała, żeby zmie­nić temat.

Liczyła na relak­su­jącą roz­mowę, ale z każ­dym sło­wem narze­czo­nego coraz bar­dziej się dener­wo­wała. Mau­rycy nie potra­fił jej uspo­koić.

- Dosta­łem awans! - pochwa­lił się chło­pak. - I więk­szy gabi­net, z wido­kiem na mia­sto. Jak w ame­ry­kań­skich fil­mach.

- Co będziesz teraz robił? - zapy­tała, bo ta sytu­acja wydała jej się podej­rzana.

- Jesz­cze dokład­nie nie wiem - odparł. - Twoja bab­cia ma się ze mną spo­tkać już po weselu i usta­lić dokładny zakres obo­wiąz­ków. Na razie ma, jak wiesz, okropne urwa­nie głowy ze wszyst­kimi spra­wami do zała­twie­nia.

Marika wes­tchnęła. Tego się wła­śnie oba­wiała. Mau­rycy dostał fik­cyjne sta­no­wi­sko. Zapewne z pięk­nie brzmią­cym tytu­łem, śliczną tabliczką na drzwiach i nie­złym upo­sa­że­niem, żeby mógł utrzy­my­wać rodzinę. Ale żad­nych real­nych obo­wiąz­ków, a przede wszyst­kim upraw­nień nie otrzyma. Wyka­zuje się sporą naiw­no­ścią, sądząc, że dzieje się tutaj coś praw­dzi­wego.

Apo­lo­nia Dar­ska nie lubiła przy­szłego męża wnuczki od pierw­szej chwili, a on nie zdo­łał tego zmie­nić. Nie ufała mu do tego stop­nia, by pozwo­lić parzyć kawę w swoim wypa­sio­nym eks­pre­sie, o jakiej­kol­wiek więk­szej odpo­wie­dzial­no­ści nie wspo­mi­na­jąc. Cała firma po cichu już się z niego śmiała, choć pra­co­wał tam dość krótko.

Utrzy­ma­nek! To słowo przy­lgnęło na dobre. Naj­gor­sze, że Mau­rycy zupeł­nie tego nie widział. Cie­szył się z kolej­nych awan­sów i osią­gnięć, win­do­wany po ścieżce kariery przez bab­cię tak szybko, jak tylko pozwa­lały na to pro­ce­dury. Jego mama też pękała z dumy. Oboje byli szczę­śliwi bez zastrze­żeń.

- Kocham cię - powie­dział wła­śnie Mau­rycy z żarem w gło­sie. Szcze­rze.

Wie­działa o tym. Nie zwią­zał się z nią dla pie­nię­dzy. Co do tego nie miała wąt­pli­wo­ści. W jego sercu miesz­kała taka pro­sto­li­nij­ność, że mate­ma­tycy mogliby jej uży­wać jako wzo­rzec do pomia­rów. Ni­gdy jej nie oszu­kał. Nie zasłu­gi­wał, by tuż przed naj­waż­niej­szą uro­czy­sto­ścią w życiu nękać go wąt­pli­wo­ściami.

Zresztą jaki to mia­łoby sens? Cokol­wiek by teraz myśleli i tak wia­domo, że żadne z nich się nie wycofa. Kochali się prze­cież. I nie mieli natury bun­tow­ni­ków.

Są i tacy ludzie na świe­cie - pomy­ślała Marika. - Nie każdy musi wyku­wać nowe ścieżki. Nie­któ­rzy po pro­stu płyną z nur­tem. I tak też jest dobrze.

Nie miała zamiaru zosta­wiać Mau­ry­cego przed ołta­rzem ani robić mu żad­nej innej przy­kro­ści. Dla­tego poga­wę­dziła z nim jesz­cze pół godziny, po czym poże­gnała się ser­decz­nie. Odło­żyła tele­fon i zaczęła przy­go­to­wy­wać się do snu. Ruszyła w stronę łazienki. Sama nie zauwa­żyła, kiedy zaczęła się spie­szyć. Wszyst­kie czyn­no­ści poszły jej bły­ska­wicz­nie. Gdy tylko zna­la­zła się w łóżku, natych­miast zamknęła oczy.

Cze­kała, choć praw­do­po­do­bień­stwo, że pojawi się ten sam sen, co nad ranem, było doprawdy zni­kome. Ale nadzieja w niej nie gasła.

Wyobraź­nia. To był jedyny świat, który nale­żał tylko do niej. Tu nikt nie miał szans się wła­mać, podej­rzeć ani niczego dla niej zapla­no­wać.

Mogła być wolna. I mieć nadzieję, że przy­stojny bru­net znowu ją dziś odwie­dzi.

Nikt się nie dowie - uspo­ka­jała sumie­nie. - To prze­cież tylko sen...

Rozdział 3

W któ­rym docho­dzi do nie­spo­dzie­wa­nego spo­tka­nia, sprawy się kom­pli­kują, tru­skawki odby­wają pod­niebną podróż, a bab­cia Izy­dora ma sporo do powie­dze­nia.

Następ­nego dnia Janek o świ­cie zszedł na śnia­da­nie. Spał na pod­da­szu, miej­scu, gdzie ni­gdy nie postała stopa żad­nego gościa. Rodzinny dom był podzie­lony na spe­cjalne strefy. Przed­sio­nek wyglą­dał bar­dzo skrom­nie. Zwy­kłe lino­leum na pod­ło­dze, uży­wane meble. Tam wpusz­czano kurie­rów, listo­noszkę i nie­któ­rych sąsia­dów. Dalej mie­ściła się kuch­nia, duża i sta­ro­świecka, bar­dzo przy­tulna, lecz pro­sto wypo­sa­żona, nie licząc dro­bia­zgów i paru mebli, które - jak to okre­ślała bab­cia - tata przy­no­sił z pracy.

Za nią znaj­do­wał się pokój gościnny, do któ­rego zapra­szano cza­sem rodzinę i gości. Na pod­da­sze nie wcho­dził nikt. Tam Alojzy Fuk­siń­ski miał sypial­nię i trzy­mał sporo swo­ich zdo­by­czy oraz pamią­tek. Tuż obok Janek od dzie­ciń­stwa zaj­mo­wał nie­wielki pokój. Sypiał w nim, bawił się, ale ni­gdy nie zapra­szał kole­gów. Byłoby to zbyt ryzy­kowne. Za bli­sko peł­nej sekre­tów jaskini ojca.

Scho­dził teraz po scho­dach i czuł, jakby czas się cof­nął.

Duża sta­ro­świecka kuch­nia jak zawsze mie­ściła się w samym cen­trum domu. Wielki stół był zwy­kle suto zasta­wiony posił­kami. Teraz tro­chę się pozmie­niało, bo bab­cia prze­szła na dietę. Ale wcale nie tak łatwo było to zauwa­żyć. Zapa­chy, jakie docho­dziły z dołu, zdolne byłyby spro­wa­dzić na grzeszną drogę glu­te­no­wych pokus nawet Annę Lewan­dow­ską. Janek od razu poczuł się głodny. Nie zano­siło się jed­nak na spo­kojny posi­łek.

Ledwo wszedł i usiadł przy stole, został zaata­ko­wany waż­nymi kwe­stiami.

- Ty ojca sza­nuj! - Bab­cia Izy­dora posta­wiła przed nim talerz owsianki pola­nej musem tru­skaw­ko­wym z takim impe­tem, że owoce, któ­rymi była ude­ko­ro­wana potrawa, aż pod­sko­czyły, by po chwili spaść ponow­nie w sos z gło­śnym mla­śnię­ciem. - Całe życie ciężko haro­wał, żeby cię wycho­wać na ludzi! - Spoj­rze­nie towa­rzy­szące tej ostat­niej myśli świ­dro­wało niczym wier­tarka uda­rowa. Miało swoją moc. Podob­nie jak bab­cia, która szczy­ciła się słuszną posturą, sze­ro­kimi ramio­nami i rów­nie roz­le­głymi bio­drami. Miała wiel­kie dło­nie i ciemne włosy na bro­dzie. Za nic nie godziła się ich depi­lo­wać, wycho­dząc z zało­że­nia, że co Bóg złą­czył, czło­wiek nie powi­nien roz­dzie­lać. - Ojcu zawdzię­czasz wszystko! - zakoń­czyła, po czym poło­żyła ciężką dłoń na stole.

Janek miał wra­że­nie, że w ostat­niej chwili powstrzy­mała się, by nie pal­nąć moc­niej i wysłać tru­skawki w kolejną pod­niebną podróż. Z pew­no­ścią wystar­czy­łoby jej mocy.

Miał wra­że­nie, że znów jest dziec­kiem. Zna­joma potrawa potę­go­wała to odczu­cie. Bab­cia Izy­dora dawno temu wyczy­tała w jakiejś gaze­cie dla gospo­dyń, że dzieci kar­mione owsianką rosną silne i zdrowe. Natych­miast więc z upo­rem, któ­remu dorów­ny­wała tylko jej impo­nu­jąca postura, goto­wała wnu­kowi tę szarą mik­sturę przez całe dzie­ciń­stwo. Zmie­niały się tylko sosy - w rytm pór roku i poja­wia­ją­cych się kolejno darów natury w ogro­dzie. Bab­cia była nie­zwy­kle oszczędna, nie dopusz­czała, by cokol­wiek się zmar­no­wało.

- Prze­cież wiem o tym. - Janek pró­bo­wał dys­ku­to­wać, ale tylko został obda­rzony kolej­nym cięż­kim spoj­rze­niem. Bar­dzo prze­ni­kli­wym. Szu­ka­ją­cym skry­tych myśli.

Szybko dał spo­kój. Miał nie­jedną tajem­nicę i na razie nie czuł się na siłach, by doko­ny­wać domo­wej rewo­lu­cji. Usiadł przy stole na drew­nia­nym krze­śle obi­tym jedwa­biem. Nie znał się na tym zbyt dobrze, ale zapewne jego tyłek mościł się wła­śnie na jakimś antyku z cza­sów Ludwika XVI, eks­po­na­cie z ojcow­skich sko­ków. Bab­cia go przy­nio­sła ze sto­doły, bo spodo­bał jej się wzór w róże.

- Popatrz, dziecko - powie­działa do Janka, sta­wia­jąc dokładkę sosu tru­skaw­ko­wego w sala­terce z miśnień­skiej por­ce­lany - jakie to porządne rze­czy ludzie teraz wyrzu­cają! Ja wiem, że to stare. Ale cał­kiem jesz­cze dobre, praw­do­po­dob­nie przed­wo­jenna robota. Dziś takiego ni­gdzie nie kupisz.

Na aukcji za grube pie­nią­dze - pomy­ślał Janek, ale oczy­wi­ście się nie ode­zwał.

Bab­cia całe życie była prze­ko­nana, że jej syn, podob­nie jak kie­dyś mąż, pro­wa­dzi firmę trans­por­tową, głów­nie zaj­mu­jącą się prze­pro­wadz­kami. Ciężko pra­cuje i ledwo wiąże koniec z koń­cem. Jeśli przy­nosi cza­sem do domu różne rze­czy, to tylko dla­tego, że klienci mu oddają coś, co im zbywa.

Bab­cia Fuk­siń­ska usia­dła naprze­ciw wnuka. Cie­szyła się ogrom­nie, że wró­cił do domu. Znów mogła go posa­dzić przy stole i nakar­mić. Nawet wzru­sze­nie ści­snęło ją za gar­dło, choć nie była zbyt skora do takich uczuć. Ale teraz miała misję i nie czas był na żadne czu­ło­ści. Zaplo­tła cięż­kie dło­nie i zło­żyła tuż przed obfi­tym biu­stem, który wła­śnie mocno falo­wał w rytm tar­ga­ją­cych nią emo­cji.

- Ojciec mi powie­dział, że ty do jakiejś obcej firmy chcesz iść - powie­działa wresz­cie sil­nym, lekko zachryp­nię­tym gło­sem. Kie­dyś bali się go wszy­scy kole­dzy z klasy. Do dziś zresztą więk­szość czuła wobec niej respekt.

- Bab­ciu... - Janek odło­żył łyżkę. - To prze­cież nor­malne. Skoń­czy­łem stu­dia, doro­słem.

- To jasne - przy­znała szybko. - I masz gdzie pra­co­wać - dodała natych­miast. - Firma ojca czeka. Jemu już czas odpo­cząć. Całe życie się nie oszczę­dzał. W wię­zie­niu nawet za komuny sie­dział. Poli­tycz­nie oczy­wi­ście.

Jasne! - pomy­ślał Janek. Dobrze wie­dział, że ojciec wpadł pod­czas jed­nego ze sko­ków na dom par­tyj­nego dygni­ta­rza.

Ale nie zapro­te­sto­wał. W sumie to w pew­nym sen­sie rze­czy­wi­ście tata poli­tycz­nie sie­dział. Bab­cia miała osiem­dzie­siąt pięć lat. Nie chciał, by prawda dopro­wa­dziła ją do zawału. Co by to zmie­niło? Ojciec i tak prze­cho­dził za tydzień na eme­ry­turę.

Cze­kał go jesz­cze tylko ten jeden skok. Oby nie zakoń­czył się kata­strofą! - pomy­ślał po raz tysięczny. Cią­gle drę­czyło go prze­czu­cie, że tym razem tatę zła­pią.

Z nie­po­koju pochło­nął całą owsiankę w kilka sekund. Wolałby mieć nor­malną rodzinę i zwy­kłe pro­blemy. Ojca na przy­kład stra­żaka i bab­cię, która nie upy­cha po spi­żar­niach zabyt­ko­wych świecz­ni­ków, tylko zwy­kle tru­skawki w cukrze. Ale nikt go o zda­nie nie pytał.

W pokoju obok kuchni tata sie­dział już na kana­pie i roz­kła­dał papiery. Trzeba przy­znać, że cał­kiem fachowo to wyglą­dało. Mapy, zesta­wie­nia oraz spo­rzą­dzone sta­ran­nym pismem notatki z pod­słu­chu. Pod­niósł na chwilę wzrok, po czym uśmiech­nął się cie­pło do syna. Jego srebrne włosy błysz­czały, uło­żone do góry od lat w ten sam spo­sób. Zmarszczki ukła­dały się wokół oczu w rów­no­mierne wachla­rzyki. Tata był kochany i to wła­śnie oka­zało się naj­gor­sze.

Janek widział te przy­go­to­wa­nia, rysunki i szkice nie po raz pierw­szy. Jed­nak teraz czuł naj­więk­szy nie­po­kój. Rosła w nim pew­ność, że ten skok się nie uda. A przy oka­zji wyjdą na jaw liczne stare sprawy i doj­dzie do praw­dzi­wej kata­strofy. Wystar­czy, że poli­cja prze­szuka sto­dołę albo zaj­rzy na pod­da­sze.

Serce mu się ści­snęło. Kochał ojca. Mimo wszystko i ponad wszystko.

- Dziś też idziemy w teren - powie­dział tata z zado­wo­le­niem. Bar­dzo lubił pra­co­wać z Jan­kiem. - Wpraw­dzie, co mi potrzebne, to już wiem, ale trzeba cały czas trzy­mać rękę na pul­sie - wpro­wa­dzał syna w taj­niki zawodu. - Ślub zapla­no­wali na trzy­na­stą w sobotę. Wszy­scy zapro­szeni. Nawet gospo­dyni. Dom zosta­nie pusty ten jeden jedyny raz. Tak to jest, jak się ludzie spo­ufa­lają ze służbą - dodał.

- Takich boga­czy prze­pro­wa­dzasz? Służbę mają? - Bab­cia usia­dła na brzegu kanapy i z sza­cun­kiem spoj­rzała na roz­ło­żone papiery.

Przy­nio­sła ze sobą swoje śnia­da­nie. Wielki jak koło młyń­skie talerz kana­pek z jaj­kiem oraz szczy­pior­kiem. Zapach­niało w całym pokoju.

- Wiesz, jak to jest, mamo. Biedny to nie ma co prze­no­sić i czę­sto też sam sobie umie pora­dzić.

- Święte słowa. - Bab­cia Izy­dora kiw­nęła głową i na wszelki wypa­dek poboż­nie się prze­że­gnała. - Patrz i ucz się - zwró­ciła się do Janka. - Ciężką, uczciwą pracą też można zbu­do­wać dobre życie.

Ojciec kiw­nął głową z apro­batą. A potem się­gnął po jedną z kana­pek. Kusiły aro­ma­tem. Kro­jone były z całej dłu­go­ści chleba. Posma­ro­wane grubą war­stwą masła, prócz jajek zostały obło­żone dodat­kowo kieł­basą i polane majo­ne­zem. Sta­no­wiły bar­dzo solidny posi­łek.

- Dla mnie bez majo­nezu, bo się odchu­dzam - powie­działa bab­cia, patrząc na swój talerz, po czym bez mru­gnię­cia okiem pochło­nęła kilka solid­nych pajd.

- Przy­go­tuj się - powie­dział tata do Janka, prze­ły­ka­jąc pospiesz­nie spory kawa­łek sma­ko­wi­tego kęska z dużą por­cją jajka. - Dziś ruszamy wcze­śniej. To jedno z trud­niej­szych zle­ceń - pod­kre­ślił ostat­nie słowo, spo­glą­da­jąc trwoż­nie na bab­cię.

Cią­gle się bał, że ona w końcu dowie się prawdy i wtedy urwie mu głowę. Było w prze­szło­ści wiele momen­tów, kiedy dowody wprost leżały przed jej oczami. Ale na razie nic takiego się nie stało. Nawet gdy w sto­dole zna­la­zła sztabki złota, nie sko­ja­rzyła fak­tów. Nie zasta­no­wiło jej, dla­czego jej syn, choć ofi­cjal­nie ledwo wiąże koniec z koń­cem, zawsze ma pie­nią­dze. Argu­ment, że dobrze gospo­da­ruje, jakoś jej wystar­czał. Zwy­kle prze­ni­kliwa, w tej kwe­stii pozo­sta­wała ufna.

Ponoć jeśli ktoś nie wie­rzy, że coś ist­nieje, ni­gdy tego nie dostrzeże. Było chyba sporo prawdy w tym sfor­mu­ło­wa­niu. Nie­złomne prze­ko­na­nie babci Izy­dory o uczci­wo­ści syna ni­gdy się nie zachwiało. Podob­nie jak kie­dyś w kwe­stii męża. On też pro­wa­dził przez lata podwójne życie i choć nie osią­gał takich suk­ce­sów, jak Alojzy, to w trud­nych cza­sach powo­jen­nych ukradł komu­ni­stom sporo cen­nych rze­czy. Choć trzeba dodać, że wtedy wszystko było war­to­ściowe. Nawet worek mąki czy rolki papieru toa­le­to­wego.

Janek chciał coś roz­sąd­nego powie­dzieć. O prze­pi­sach praw­nych, real­nym życiu, wła­snych pla­nach. Ale wie­dział, jak słabo by to zabrzmiało. W tym domu obo­wią­zy­wały inne zasady i trzy­mały się nie­zwy­kle mocno. Więc choć czuł się dziw­nie i wewnętrz­nie cały był prze­ciw, wstał i zaczął się przy­go­to­wy­wać do wyj­ścia. Nie mógł ojca puścić samego.

Wyszli na zewnątrz. Tata zamknął drzwi i upew­nił się, że bab­cia nie sły­szy.

- Kamerki mi nie zało­żysz? - zapy­tał kon­spi­ra­cyj­nym tonem. - Mie­li­by­śmy na ostatni skok taki wypas, że moim kole­gom wyszłyby oczy na wierzch. A śmiali się, że nada­rem­nie kształcę syna...

- Nie ma szans - prze­rwał mu Janek i wzdry­gnął się na myśl, że miałby wcho­dzić do cudzego domu i robić takie rze­czy.

Tata wes­tchnął z rezy­gna­cją i Janek mimo woli poczuł, że jest mu przy­kro. Bar­dzo chciał spra­wić ojcu jakąś radość. Choć raz poczuć, że tata jest z niego dumny. Nie­stety jego ocze­ki­wa­nia prze­ra­stały moż­li­wo­ści Janka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki