Tamtej nocy
Troje przyjaciół wybrało się tego wieczoru do lasu, ale została już tylko dwójka.
Teraz biegną. Niestraszna im już ciemność. Mają szeroko otwarte oczy, oddychają płytko i szybko, a każdy cal ich ciała rozpala gwałtowne pragnienie, by żyć. Za nimi majaczą potężne choiny pochłaniające ścieżkę, którą tu przybyli, tak jakby chciały zatrzeć każdy ślad ich obecności. Jedno z nich się potyka, twardo upada na ziemię i wydaje z siebie stłumiony krzyk, miażdżąc kolanami wilgotny mech. Druga postać odwraca się, mierząc wzrokiem kładące się za nimi cienie. Coś się przemieszcza z jednego drzewa na drugie. Jakiś szybki prześladowca, jakiś myśliwy.
- Fern - mówi Jaq. - Wstawaj, musimy biec dalej.
Fern unoszą wzrok. Z ich oczu zaczynają płynąć łzy, które po chwili pozostawiają wąskie ślady na ich umazanej krwią twarzy.
W ciemności rozbrzmiewa krzyk bólu i zamiast cichnąć, staje się coraz głośniejszy. Potem w lesie nastaje chłodna cisza. Nie słychać już nawet szelestu wiatru ani kumkania żab.
- Jaq... - Fern łapią oddech, a ich głos jest nienaturalnie donośny. Chwytają Jaq za rękę i ściskają jej dłoń zimnymi i wilgotnymi palcami.
Jaq wykonuje ruch, jakby chciała się odwrócić, ale nie jest w stanie spojrzeć na tę osobę, czy raczej to coś, co wydało ów dźwięk.
- Wstawaj - szepcze dziewczyna, ciągnąc Fern za rękę, ale oni wciąż się nie ruszają.
- Musimy wrócić po Mal - szlochają Fern. - Może ona jeszcze...
- Na pewno nie - przerywa im Jaq. - Spójrz tylko na nas!
Rozbryzgana krew pokrywa całą jasnoróżową bluzę z kapturem Jaq, a podbródek i szyja dziewczyny również są nią wysmarowane. W świetle księżyca krew ma okropny ciemnobrązowy odcień. Jednak ten kontrast wydaje się Fern niemalże uroczy, tak jakby ich umysł nawet teraz desperacko próbował stworzyć coś pięknego. A może zwłaszcza teraz.
W oszołomieniu spoglądają na swoje palce poplamione krwią rozrzedzoną do konsystencji lepkiej papki. Unoszą dłoń i przebiegają palcami po krawędzi czerwonej plamy ciągnącej się przez ich policzek aż do ucha. Czują wilgoć sklejającą jasne loki ich włosów i zastanawiają się, czy krew może zabarwić włosy.
- Ale co, jeśli...
- Nie - szepcze Jaq. Zatrzymali się tu na zbyt długo. Jej myśli wciąż są skołowane. Nie ma już jedynej dziewczyny, którą kiedykolwiek całowała. - Nie teraz, Fern, musimy...
UCIEKAĆ.
Głos wybrzmiewa między nimi niczym grzmot.
Wstrząsa ich ciałami, stawia Fern na równe nogi i sprawia, że Jaq rzuca się sprintem przed siebie. Przebijają się przez nisko rosnące paprocie i ślizgają po kruchym poszyciu. Żadne z nich nie ma pojęcia, czy obrali właściwy kierunek. Wiedzą tylko, że jest on lepszy niż zawracanie, lepszy niż powrót do tego domu, w którym ich przyjaciółka zamieniła się w kałużę krwi wsiąkającą w ziemię.
Biegną ramię w ramię, jakby się ścigali, aż do bezpiecznego miejsca, a przerażenie skręca ich serca.
Jak mogli się tak pomylić? Jak to możliwe, by miejsce, któremu całkowicie ufali, zdradziło ich w tak okropny sposób?
Widzą już krawędź lasu. Drzewa rzedną, ukazując znajdujące się za nimi domy, z których każdy otula emanująca spokojem cisza, a widoczne w oknach zasłony odgradzają mieszkańców od zimnej nocy.
Ulgę, jaką dwójka przyjaciół czuje na ten widok, psuje tylko świadomość, że przecież właśnie od czegoś takiego uciekają. Ten spokój zawsze w końcu okazuje się mistyfikacją. Teraz nie mają jednak żadnego wyboru.
- Pomogą nam. - Fern się wahają. - Nie?
- Nie możemy powiedzieć im prawdy - odpowiada Jaq, myśląc przede wszystkim o swoich rodzicach. Będą musieli skłamać. I to nie raz. Tylko jakim kłamstwem wyjaśni to, że jest cała we krwi swojej przyjaciółki? Albo jak odpowie na pytanie, dlaczego poszły dzisiejszego wieczoru do lasu?
Ale gdy mijają ostatnie drzewa i wkraczają na trawę porastającą bezładnie ich sąsiedztwo, czują jakieś tąpnięcie. Trochę jakby nagle zaczęły spadać, a trochę jakby porwała ich wielka fala oceanu. Przez Fern i Jaq przepływa prąd, gwałtowny i chłodny. Czują go. Fern chwieją się na nogach. Jaq marszczy czoło i mruga.
A kiedy znowu na siebie spoglądają, krwi, która była na ich skórze, włosach i ubraniach, już nie ma.
Stoją tak w słabym świetle półksiężyca, nie do końca wiedząc, jak się tutaj znaleźli.
- Czy ty... - zaczyna Fern, ale to pytanie zmierza donikąd. Dziewczyna pamięta tylko jak przez mgłę, że miała dziś gdzieś wyjść z Jaqueline De Luką i Mallory Hammond. Żadnej z nich nie znała zbyt dobrze. A Mal w ogóle się nie zjawiła.
- Chyba lepiej, żebym już wróciła - odpowiada Jaq, zdumiona, że wymknięcie się z domu w towarzystwie Fern i Mallory mogło jej się wydać dobrym pomysłem. Przecież nawet się z nimi nie przyjaźni. - Rodzice mnie zabiją, jeśli się zorientują, że mnie nie ma.
- Tak, moi też.
Idą razem w milczeniu, aż w końcu ich drogi się rozchodzą.
Nazajutrz, rano, rodzice Mallory zaczynają wydzwaniać do wszystkich, którzy znają ich córkę. Do rodziców Jaq również, więc ci pytają ją, czy widziała się zeszłego wieczoru z Mallory. Dziewczyna zupełnie szczerze odpowiada, że nie. Nie widziała jej od piątku, kiedy były w szkole.
Fern dowiaduje się o wszystkim dopiero w poniedziałek rano, kiedy huczy już o tym w całym Port Promise1: Mallory Hammond, skryta i gniewna dziewczyna, w końcu uciekła z domu. Nikt w miasteczku nie ma wątpliwości, że tak właśnie było.
I zarówno Fern, jak i Jaq również w to wierzą, mimo że gdzieś z tyłu głowy czują niewyraźne drapanie, tak odległe, jakby wydobywało się spod grubych warstw lodu.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Port Promise (ang.) - Port Obietnic (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
Rozdział 1
Fern
Korytarz był po brzegi wypełniony nadzieją i pachniał zupełnie jak miodowo-cytrynowe krople na gardło. Fern chyba nigdy nie widziała, żeby aż tyle osób brało udział w przesłuchaniach do szkolnego przedstawienia. Prawie połowa wszystkich uczniów stała w kolejce przed teatrem, wszyscy ze słuchawkami w uszach, nucąc sobie cicho. Choć w niektórych przypadkach wcale nie aż tak cicho.
Nie musiała zgadywać, jaki jest powód tego nagłego wzrostu popularności kółka teatralnego w miejscowym liceum. Przecież musical Grease nie stał się nagle większym hitem niż za czasów pokolenia jej matki. Powód został wypisany pogrubioną czcionką na podświetlanych kasetonach, tuż obok drzwi wejściowych do teatru: "CASTING NEUTRALNY PŁCIOWO".
Ta wiadomość była dla wszystkich szokiem - a już zwłaszcza dla Fern. I to wcale nie dlatego, że Port Promise było raczej konserwatywnym miasteczkiem ukrytym gdzieś nad jedną z poskręcanych zatoczek Puget. Chodziło o to, że miał to być ostatni musical Fern w tej szkole, liczyła więc, że te przesłuchania będą dla niej jak bułka z masłem.
- A tak dla przypomnienia, ludziska! Jeśli się jeszcze nie zapisaliście, to kartka jest przy drzwiach. - Głos Cambrii Coller wzniósł się ponad panujący wokół harmider. Od pierwszej klasy liceum była tu inspicjentką, choć tak naprawdę nikt jej nigdy oficjalnie nie mianował. Teraz natomiast przeistoczyła się w skrzyżowanie dziewczyny i arkusza w Excelu. Podczas gdy panna Murphy siedziała w teatrze i kierowała przesłuchaniami, Cam rządziła całą resztą. - Jeśli chcecie podejść do dwóch różnych ról, to możecie wykonać fragmenty dwóch piosenek, które podkreślą skalę waszego głosu. Nie trzech, nie czterech, nie dwóch i pół. Dwóch.
Fern skierowała swe kroki ku drzwiom, przechodząc pod umieszczonymi w ramach fotografiami swoich trzech starszych sióstr: Holly, Clover i Ivy2. Każda z nich została sfotografowana podczas odgrywania głównej roli w przedstawieniu z ostatniego roku swojej nauki. Każda z nich była w naturalny sposób piękna i utalentowana. Wszystkie doczekały się takich osiągnięć, że panna Murphy miała pełne prawo twierdzić, że kółko teatralne jest odpowiedzialne za więcej sukcesów niż jakiekolwiek inne. Holly, która była rewelacyjną tancerką, zrezygnowała ze studiów i od razu wyjechała do Nowego Jorku, a obecnie ma już na swoim koncie udział w wielu przedstawieniach na Broadwayu. Clover wybrała przeciwny kierunek i wyjechała do Hollywood, gdzie dostała ważne role nie w jednym, a w dwóch serialach kryminalnych. Z kolei Ivy otrzymała stypendium w słynnej nowojorskiej Szkole Juilliarda, gdzie studiuje na wydziale aktorskim.
Fern przez lata mijała w tym korytarzu dowody ich sukcesu, coraz bardziej nie mogąc się doczekać momentu, kiedy jej zdjęcie zawiśnie obok pozostałych. I wydawało się, że ta chwila jest już tak blisko. Nie było przecież lepszej Sandy Dumbrowski3 niż ta, którą mogłaby zagrać Fern. Ze swoją drobną sylwetką, skórą w odcieniu kości słoniowej i blond włosami dziewczyna nie tylko idealnie pasowała do tej roli z wyglądu, lecz także świetnie umiała wcielić się w taką słodką i naiwną postać. W zeszłym roku zagrała drugoplanową rolę w musicalu Dawno temu na materacu4, a rok wcześniej wystąpiła jako Liesl von Trapp w Dźwiękach muzyki. Już podczas pierwszego roku nauki udało jej się dostać rolę z popisem solowym, ponieważ była tą z sióstr, która została obdarzona talentem wokalnym. Główna rola w tym musicalu wydawała się jej przeznaczeniem.
No, chyba że ten neutralny płciowo casting wszystko rozpieprzy.
- Hej, Cam - odezwała się Fern.
- Przyjaciółeczko! - odpowiedziała z westchnieniem Cam, przykrywając dłonią mikrofon przy swoim zestawie słuchawkowym. Była wysoka i szeroka w ramionach, a skórę miała w miedzianobrązowym odcieniu. Kiedy kręciła głową, jej krótki, puszysty kucyk chwiał się w tym samym rytmie.
- Widzisz, co się tutaj odwala? Wierz mi, że jeśli jeszcze raz będę musiała komuś tłumaczyć, co to znaczy: "oddzwonimy do ciebie", posunę się do przemocy. A potem umrę. - Cam skierowała swoje wielkie brązowe oczy ku Fern i zatrzepotała rzęsami. - Powiedz o mnie coś sympatycznego na moim pogrzebie. Nawet gdybyś musiała to zmyślić.
- Mam wszystkim powiedzieć, że byłaś świetna z matmy? - droczyła się z nią Fern.
Cam zmrużyła oczy.
- Przyszłaś tu po to, żeby się zapisać, czy żeby się pogrążyć jeszcze przed przekroczeniem progu tych drzwi?
- Przyszłam się zapisać - potwierdziła Fern, podchodząc do listy zawieszonej przy drzwiach, a Cam zabrała się za wzywanie następnej osoby z kolejki.
Role podzielono na solowe i zespołowe, a te z kolei na męskie i żeńskie. Musiała podać swoje imię i nazwisko, klasę oraz numer telefonu, a potem zakreślić któreś z czterech pól do wyboru. Pierwsze dotyczyło żeńskich ról solowych, a drugie żeńskich ról zespołowych. Trzecie - męskich ról solowych, a czwarte - męskich ról zespołowych.
Fern wzięła długopis, uzupełniła wszystkie dane i zaznaczyła pierwsze pole. Nie była taka głupia, żeby dać im do zrozumienia, że zadowoli ją coś innego niż występ solowy. Zwłaszcza teraz. Zaznaczenie tylko tego jednego pola było jasnym sygnałem dla panny Murphy: Fern dobrze zna swoje możliwości i jej cel to zostać nową Sandy Dumbrowski.
Jej wzrok zatrzymał się jednak na trzecim polu. Na słowach: "solowa męska".
Jak by to było - zaczęła się zastanawiać. - Gdyby tak stanąć na scenie jako Danny Zuko5? Z włosami gładko zaczesanymi do tyłu, z makijażem wydobywającym ostre kontury twarzy, zamiast łagodnych, i z piersiami spłaszczonymi pod strojem.
Była świetna w udawaniu kogoś innego. Przekonująco wypadała jako osoby zupełnie odmienne od niej samej: zwariowana królowa, naiwna debiutantka, drętwa kochanka. Ale pomysł, by zagrać Danny'ego, zdawał się nowym wyzwaniem.
Końcówka jej długopisu zawisła nad pustym polem, a w tyle jej głowy rozległo się ciche skrobanie. Dziwna ochota, by zakreślić to pole, chociaż wiedziała, że nie powinna tego robić.
A jednak się wahała.
- Zdaje się, że nie ma tam żadnych podchwytliwych pytań.
Głos wdarł się w jej myśli i choć był łagodny, Fern gwałtownie opuściła długopis, jakby przyłapano ją na czymś niestosownym.
- Ojej, nie miałam zamiaru cię przestraszyć. Chciałam się tylko dopisać na listę. Oczywiście jeśli ty już skończyłaś. Nie będę cię popędzać.
To była Kaitlyn Birch6. Fern zwykle trzymała się zasady nieafiszowania się z niechęcią wobec innych. Przestrzegała jej równie konsekwentnie, jak zasady niepokazywania zębów podczas śmiechu albo nieprzychodzenia do szkoły bez uczesania. Ale Kaitlyn Birch sprawiała, że miała ochotę złamać własną zasadę i ogłosić wszem wobec, jak bardzo nie cierpi tej dziewczyny.
Przede wszystkim Kaitlyn Birch była przepiękna, nawet Fern musiała to przyznać. Jej skóra zdawała się płowobrązowa, a w jej oczach niczym w kalejdoskopie mieniły się odcienie miedzi i sepii. Czarne loki Kaitlyn były jak nieustannie wirujące spirale, a charyzma, którą emanowała na scenie, była jedyna w swoim rodzaju. I co najgorsze, talentem dorównywała nawet Fern.
No i od trzech lat z rzędu Kaitlyn i Fern walczyły o te same role. Fern wygrywała za każdym razem - z minimalną przewagą. Ale w zeszłym roku, kiedy Kaitlyn dostała rolę Słowika w Dawno temu na materacu, spojrzała Fern prosto w oczy, błysnęła zębami w uśmiechu i obiecała jej, że następnej wiosny to ona zostanie gwiazdą musicalu.
Fern nie miała zamiaru na coś takiego pozwolić.
Odruchowo przywołała na twarz rozbrajający uśmiech. Ten sam, który według jej matki czynił ją słodką i godną zaufania.
- Po prostu cieszę się chwilą - powiedziała, usuwając się Kaitlyn z drogi. - No, wiesz... To przecież ostatni musical w liceum.
- Tak, niezły szał - zgodziła się Kaitlyn, dopisując swoje nazwisko na listę. - Możliwe, że to nasz ostatni wspólny musical.
Fern uśmiechnęła się chłodno. Zbyt dobrze znała już te subtelne docinki Kaitlyn, żeby przejąć się tak marnym tekstem jak ten, ale z równowagi wytrącił ją już sam fakt, że na przesłuchanie zgłosiło się tak dużo osób. W odpowiedzi zdołała wydukać tylko krótkie: "Mhm".
- No, to połamania nóg - powiedziała Kaitlyn i bez chwili zastanowienia zaznaczyła wszystkie cztery pola do wyboru. Potem się odwróciła i zajęła miejsce na końcu kolejki.
- Mogłabym zapomnieć wyczytać jej nazwisko - szepnęła Cam, gdy nachyliła się nad Fern. - Oczywiście za odpowiednią opłatą.
Fern się zaśmiała.
- Nie muszę oszukiwać, żeby z nią wygrać. Muszę się tylko skupić.
A żeby się skupić, musiała wyjść z tego pomieszczenia.
Machając Cam na pożegnanie, Fern opuściła zatłoczony korytarz i wymknęła się na klatkę schodową. Dość daleko, żeby odciąć się od nerwowego roztrzęsienia panującego wśród osób oczekujących na przesłuchanie, ale nie tak daleko, by nie usłyszeć, jak Cam wyczytuje jej nazwisko.
Fern zamknęła oczy i wyobraziła sobie, że stoi na scenie. Porysowana czarna powierzchnia pod stopami, gorące światła na skórze, jej głos rozchodzący się po szeroko otwartej przestrzeni. Oczami wyobraźni zobaczyła, jak recytuje swój monolog - fragment Chóru7 - i nie miała wątpliwości, że zrobi to perfekcyjnie, a następnie zaśpiewa kilka taktów piosenki Summer Nights8. Zobaczyła uśmiech, który pojawi się na twarzy panny Murphy, gdy tylko dotrze do niej, że oto znalazła swoją Sandy.
Jej matka lubiła powtarzać: "Jeśli chcesz osiągnąć sukces, najpierw musisz go sobie wyobrazić".
A ona widziała już siebie w dniu premiery.
Telefon zawibrował i na grupie, do której należały wszystkie jej siostry, pojawiła się wiadomość od Clover, zawsze pamiętającej o wszystkich ważnych datach. Złam nogę, Paprotko!, brzmiała wiadomość, a uzupełniały ją trzy emotikony z teatralnymi maskami.
Zaraz potem pojawiła się wiadomość od Holly: buźka ze skrzyżowanymi palcami i kilka serduszek, najpewniej wysłane po kryjomu z jakiejś próby tanecznej, a następnie Ivy napisała: To już czas na musical? Ajjjjjjj! Nie mogę się doczekać szczegółów!
Czasem niełatwo być najmłodszą z czterech sióstr, zwłaszcza jeśli pozostałe trzy są sobie wiekowo dużo bliższe. Kiedy Fern zdała do drugiej klasy liceum, wszystkie jej siostry ukończyły już szkołę i wyprowadziły się z domu. Ich życie w mgnieniu oka stało się czymś imponującym i rzeczywistym, a sprawy, którymi martwiła się Fern, wydawały się nieporównanie bardziej błahe. Nawet fakt, że uniwersytet Baldwina Wallace'a w Ohio przyjął ją do prestiżowego programu dla kandydatów do teatru muzycznego, wydawał się czymś zupełnie nieistotnym w porównaniu z ich osiągnięciami. Trzeba jednak przyznać, że siostry robiły, co mogły, żeby czuła ich wsparcie i w chwilach takich jak ta, bardzo to doceniała.
Fern odpowiedziała szeregiem serduszek i wyłączyła powiadomienia.
Wtedy usłyszała, jak Cam wywołuje jej nazwisko. Nadeszła jej kolej.
We wnętrzu teatru było ciemno i cicho, jeśli nie liczyć światła pojedynczego reflektora przymocowanego do sceny oraz szelestu przekładanych kartek. Scena była skromna, ale łuk proscenium został udrapowany czerwonymi, aksamitnymi zasłonami zakończonymi złotymi frędzlami, a eleganckie obramowanie udekorowano liśćmi pomalowanymi na przeróżne odcienie koloru kremowego, szarego oraz różano-złotego. Fern odnosiła wrażenie, że to tu właśnie bije serce jej szkoły.
- Czy to ty jesteś Fern Jensen? Podejdź bliżej - wezwała ją panna Murphy z samego środka widowni. Nawet z tej odległości Fern widziała jej charakterystyczne okulary w kształcie kocich oczu oraz kraciastą chustę, którą nosiła wokół szyi niemal każdego dnia, od kiedy Fern ją znała. Była niska i blada, a fale jej miękkich brązowych włosów przeplatały srebrne kosmyki. Prezentowała mieszankę stylu zbuntowanej amerykańskiej dziewczyny z lat 50. oraz eleganckiej Szkotki. I było jej z tym do twarzy.
- Scena na ciebie czeka.
Fern pozwoliła, by nachylenie podłogi samo poprowadziło ją ku przejściu. Światła były przygaszone, a reflektor uformował na porysowanej czarnej scenie półtorametrowy okrąg. W budce dla oświetleniowca nikogo jednak nie było, a więc strumień światła nie mógłby podążyć za jej ruchami. Częścią wyzwania, jakie stanowiło to przesłuchanie, było pozostanie w wyraźnie zaznaczonych granicach okręgu. To trudniejsze niż mogłoby się wydawać, ale przecież Fern mogła się już nazwać profesjonalistką.
Wkroczenie w krąg światła było dla niej niczym wejście do innego świata. Takiego, w którym mogła się przekształcić w osobę całkowicie odmienną od niej samej: w niewinną dziewczynę zakochującą się po raz pierwszy w życiu albo też w taką, która naoglądała się już trochę tego gównianego życia i chętnie by o tym poopowiadała. Mogła być dobra, zła albo chaotyczna i nikt nie miał prawa jej za to osądzać, bo to przecież wszystko "na niby".
- Zaczynaj, jak tylko będziesz gotowa - poinstruowała ją panna Murphy, a jej długopis już wyskrobywał jakąś notatkę na kartce papieru.
- No, więc - zaczęła Fern, przechylając jedno biodro na bok i krzyżując ramiona na piersi. Była jednocześnie wyzywająca i ostrożna, chcąc przybrać postać osiemnastoletniej Valerii Clarke9, która marzy o tym, by zostać tancerką w grupie The Rockettes10.
Słowa zaczęły płynąć i Fern czuła się coraz swobodniej. Val nie była aż tak niewinna jak Sandy Dumbrowski, ale miały też cechy wspólne. Obie były miękkimi dziewczynami, które musiały stwardnieć w obliczu niesprawiedliwości. Obie zostały kiedyś zranione i poprzysięgły sobie, że nigdy już na to nie pozwolą.
Ten monolog przemawiał do Fern w sposób, którego nie potrafiła wyjaśnić. Nigdy nie została skrzywdzona tak, jak te dziewczyny, ale w ich determinacji odnajdywała coś, co poruszało w niej wrażliwe struny.
Pozwoliła swoim oczom oswoić się z jasnym światłem i skupiła wzrok na punkcie z tyłu widowni, który nawet pomimo oślepiającego blasku zawsze pozostawał dla niej widoczny. Z lekkim zaskoczeniem uświadomiła sobie, że ktoś tam stoi.
Panna Murphy stanowczo nalegała, by pierwsza tura przesłuchań odbywała się przy zamkniętych drzwiach. Jak dotąd, na tym etapie selekcji, nie zdarzył się od tej reguły żaden wyjątek.
A jednak ktoś tam był. Ledwie widoczny zarys postaci wynurzający się z cienia. Fern drgnęła, próbując sprawić, by jej ruch wydawał się zamierzony, i przekrzywiła nieco głowę ku niewyraźnej sylwetce. Ta podniosła się ze swojego miejsca i zaczęła się kierować ku przejściu, stawiając powolne i niezgrabne kroki.
Po plecach Fern przebiegł dreszcz, kiedy postać zatrzymała się na końcu rzędu. Sprawiała wrażenie niepozornej i nieruchomej plamy czarnego atramentu, bo kontury jej ciała rozpływały się wśród cieni. Fern zauważyła jednak, że to dziewczyna.
Miała szeroko otwarte oczy. Czerwień jej włosów przywodziła na myśl kolor jesiennych liści klonu. Jej usta otwarte były w niemym krzyku.
A potem, zupełnie niespodziewanie, sylwetka znów się poruszyła. Tym razem z prędkością światła. Popędziła w dół przejścia z jedną ręką wyciągniętą przed siebie. Minęła rząd, w którym siedziała panna Murphy, i gnała ku scenie. Ku Fern.
Dziewczyna wtargnęła na scenę, a jej białe ręce sięgnęły w kierunku gardła Fern. Ta zatoczyła się i potknęła o własne nogi, zdesperowana, by uciec do tej przerażającej, przeklętej dziewczyny...
- Fern? - Rozległ się głos panny Murphy. - Wszystko w porządku?
Fern odetchnęła. Była na scenie zupełnie sama, a jej tyłek bolał od upadku. Słowa, które miała właśnie wypowiedzieć, całkowicie uleciały jej z głowy. Cisza wzbierała wokół niej niczym morski przypływ.
- Ja... - Przeniosła spojrzenie na pannę Murphy, na twarzy której malował się wyraz niepokoju i troski. Najwyraźniej nie zauważyła nic poza dziwnym zachowaniem Fern. - Przepraszam, zobaczyłam osę, a jestem uczulona.
- Chcesz zacząć od początku? - zapytała panna Murphy.
- Emm, tak - wydusiła z siebie Fern, a pot perlił się na jej czole, kiedy próbowała przywołać jeden ze swoich wyćwiczonych uśmiechów. - Bardzo przepraszam. I dziękuję.
- No, dobrze, a więc zacznij, jak będziesz gotowa. - Panna Murphy poprawiła okulary i naskrobała kolejną notatkę na swojej kartce. Pewnie nic dobrego, ale Fern czuła, że zaraz będzie jeszcze gorzej, bo jej monolog gdzieś uleciał. Słowa, które wkuwała długimi godzinami, po prostu zniknęły.
Pozostało jej tylko wspomnienie skrytej w cieniu dziewczyny z ustami rozciągniętymi szeroko w bezgłośnym krzyku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
2 Imiona wszystkich sióstr odnoszą się do nazw roślin: holly (ang.) - ostrokrzew, clover (ang.) - koniczyna, ivy (ang.) - bluszcz. Z kolei fern oznacza paproć.
3 Główna bohaterka musicalu Grease.
4 Once Upon a Mattress.
5 Danny Zuko to główny męski bohater musicalu Grease. Zakochuje się w nim Sandy Dumbrowski.
6 Birch (ang.) - brzoza.
7 A Chorus Line - musical Michaela Bennetta z 1975 roku.
8 Piosenka z musicalu Grease.
9 Bohaterka musicalu Chór.
10 The Rockettes - trupa taneczna założona w roku 1925 w St. Louis. Należące do niej tancerki były wysokie i długonogie.
Rozdział 2
Jaq
Godzinna przerwa na lunch poza licealnym kampusem była dla Jaq jej ulubioną częścią dnia. Tym przywilejem mogli cieszyć się uczniowie ostatniej klasy, którym udało się utrzymać średnią ocen powyżej 3,0. Warunek dotyczący średniej Jaq spełniała bez wysiłku, a jej chłopak, John - z niewielką pomocą z jej strony. Byli już razem od tak długiego czasu, że ona szybciej od niego wiedziała, z którymi zadaniami będzie miał problem, a on dał jej zapasowe kluczyki do swojego auta, bo oboje woleli, kiedy to Jaq była za kierownicą.
Dziś, jak w każdy piątek, siedzieli w pizzerii Ostre Cięcie, przy swoim ulubionym stoliku w boksie nad wodą. Okna były udekorowane czerwonymi zasłonami w kratkę, za którymi rozciągał się widok na przystań, gdzie dziesiątki łodzi kołysały się pod stalowoszarym niebem zapowiadającym prędzej mżawkę niż promienie słońca. Tutejsza pizza była co najwyżej zjadliwa, ale biznesem zarządzali Clarksowie, którzy wszystkim członkom Kościoła Baptystów w Port Promise dawali zniżkę "dla rodziny i przyjaciół". No, a do tego boksy były takie ciasne, że John musiał siedzieć bardzo blisko Jaq, tak że dziewczyna czuła ciepło jego ciała przyciśniętego do swojego.
- Skończyłaś? - zapytał, spoglądając na brzeg jedynego kawałka pizzy, który zjadła.
- Mhm - odpowiedziała, sięgając dłonią ku małemu łańcuszkowi z krzyżykiem zawieszonym na jej szyi i przesuwając po nim palcami tam i z powrotem. John podarował go jej zeszłego roku na ich drugą rocznicę. Teraz zbliżała się trzecia i umierała z ciekawości, żeby się dowiedzieć, co zaplanował w tym roku.
- Tak właśnie myślałem - powiedział John, porywając brzeg pizzy z jej talerza i zanurzając go w miseczce z sosem ranczerskim. Uśmiechnął się do niej, szczerząc przy tym zęby. Był taki chłopięcy, taki słodki.
Kiedy się uśmiechał, czuła, jak wypełnia się w niej jakaś pusta przestrzeń. Od razu chciała również się do niego uśmiechnąć. I prawie zawsze to robiła. John tak już na nią działał. I to właściwie od zawsze, od samego początku, mogłaby przysiąc. Był oszałamiająco przystojny, jego miodowozłote włosy skręcały się delikatnie w okolicach uszu, zielone niczym mech oczy nakrapiane były bursztynowymi plamkami, a jasna skóra w ciepłym odcieniu - piegami rozproszonymi po nosie i policzkach.
Jaq zamierzała spędzić u boku Johna Nicholsa resztę życia i każdy o tym wiedział. Oboje zostali przyjęci na Uniwersytet Baylora od semestru jesiennego i jeśli tylko Jaq otrzyma stypendium, to już wkrótce będą wspólnie przemierzali kraj. John pewnie dostanie dyplom z zarządzania przedsiębiorstwem, a potem pójdzie do szkoły prawniczej. Ona sama nie wiedziała jeszcze, co dokładnie będzie robić. Tak naprawdę uwielbiała sztukę, ale było to raczej jej sekretne hobby, a nie potencjalna ścieżka kariery.
- Tommy powiedział, że połowa szkoły przyszła na te wczorajsze przesłuchania - odezwała się Susan Meachem, a jej nieruchoma twarz zdawała się nie wyrażać żadnych uczuć. Jako że była córką ich kaznodziei, Susan nadzwyczaj rzadko opowiadała się po którejś ze stron lub angażowała się w jawne snucie plotek, zawsze jednak wiedziała, co powiedzieć, żeby zmusić do mówienia innych.
Siedzący obok Susan Tommy Webber wcisnął do ust kawałek pizzy pepperoni i wzruszył szerokimi ramionami. Choć wyglądał na faceta uprawiającego każdy rodzaj sportu, jaki kiedykolwiek wymyślono, zawsze interesował się szkolnymi musicalami. Ale nie w tym roku.
- To jakiś pojebany żart.
- Słownictwo - powiedziała Susan tonem, który jakimś cudem jednocześnie dawał do zrozumienia, że mówi serio, a równocześnie nie oczekuje, że jej posłucha. Była to niezwykła supermoc Susan: umiejętność wypowiadania zdań, które równocześnie brzmią i nie brzmią osądzająco.
Jaq nigdy nie udało się opanować tej sztuki. Jej wypowiedzi zawsze były albo zbyt takie, albo zbyt owakie. Za poważne. Za głośne. Za długie. Musiała się zastanawiać nad każdym słowem, zanim wypowiedziała je na głos. Chyba że rozmawiała z Johnem. On zawsze ją rozumiał.
- Przepraszam - odrzekł Tommy z udawaną skruchą. - Powinienem był powiedzieć, że to jakiś pojebany cyrk.
- Ale jeszcze większym cyrkiem będzie to całe przedstawienie - stwierdził John. - Prawie mnie kusi, żeby tam pójść i zobaczyć to na własne oczy.
Policzki Jaq zaczęły płonąć, a jej wnętrzności zacisnęły się, wywołując mdłości. Robiły to za każdym razem, kiedy poruszano przy niej takie tematy. Zupełnie jakby jej organy nagle się roztapiały i zamarzały, zamieniając się w twarde bryłki lodu. Czuła to samo za każdym razem, gdy pastor Meachem potępiał w kościele różne grzechy. Tak jakby niebezpiecznie zbliżała się do momentu, w którym osądza się ją za coś, czego ona nawet do końca nie rozumie.
Dzwonek przymocowany do drzwi wejściowych zadzwonił, kiedy zostały pchnięte przez Cole'a Clarka odzianego w starą niebieską bluzę z kapturem i demonstrującego zacięty wyraz twarzy. Jego mama stała właśnie za ladą i gdy go zobaczyła, uniosła pudełko, które było wystarczająco duże, by zmieściły się w nim dwa kawałki pizzy i papierowy kubek.
- Dlaczego zawsze przychodzisz na ostatnią chwilę? - zapytała ze smutnym uśmiechem na ustach.
- Sorki - odpowiedział Cole, nie siląc się na żadne wyjaśnienia i pochylając głowę, by ucałować mamę w policzek. Kiedy skierował się ku dystrybutorowi z napojami gazowanymi, Jaq próbowała spotkać się z nim wzrokiem, ale on robił wszystko, by nie patrzeć na ich stolik.
Cole był w ostatniej klasie, tak jak pozostali, i jeszcze do niedawna cała ich piątka się przyjaźniła. Zdarzało się nawet, że siadał z nimi, zawsze ze swoją połówką pizzy hawajskiej z dodatkiem papryczek jalape?o. Przysuwał wtedy krzesło do szczytu stołu i jeszcze bardziej ograniczał już i tak niewielką przestrzeń w boksie.
Jednak ostatnio wycofał się do własnego świata. I każdego dnia zagłębiał się w nim bardziej.
Susan uważała, że chodzi o narkotyki. Wiele innych osób myślało tak samo. Ale to nigdy nie było w stylu Cole'a.
Jaq sięgnęła po swój kubek.
- Pójdę po dolewkę. Wziąć komuś jeszcze?
- Jasne, dla mnie imbirowe z szotem - powiedział John, wyginając się do tyłu, żeby mogła się nad nim przecisnąć. - Ktoś jeszcze coś?
- Nie, dzięki - zaćwierkała Susan, odpowiadając również za Tommy'ego.
Trzymając kubki w dłoniach, Jaq zaczęła się przeciskać do dystrybutora.
- Hej, Cole - powiedziała cicho, żeby go nie spłoszyć.
Podniósł na nią wzrok, a w jego oczach pojawił się błysk i być może odrobina ostrożności.
- Hej, Jaq - wymamrotał, spuszczając spojrzenie ku swojej oranżadzie, a potem pośpiesznie się wycofał, zanim zdążyła wypowiedzieć kolejne słowo. Zobaczyła już tylko zamykające się za nim drzwi.
Jaq powiodła za nim wzrokiem. Wydawał się wściekły. Na nią. Choć nie miała pojęcia, w jaki sposób sobie na to zasłużyła. Przecież nie rozmawiała z nim od tygodni. Ale może to był właśnie powód? Jeśli miał jakieś problemy, a ona nie wyciągnęła do niego pomocnej dłoni, miał pełne prawo się wściekać.
Przełykając z trudem, napełniła kubek Johna do połowy Colą i uzupełniła Sprite'em. Jej chłopak twierdził, że ta mieszanka smakuje jak piwo imbirowe z dodatkiem kofeiny, ale ona nie była co do tego przekonana.
Już miała napełniać swój kubek dietetyczną Colą, gdy kątem oka dostrzegła mignięcie rudej czupryny należącej do kogoś, kto stanął przy niej.
Kolorowi towarzyszył przytłaczający zapach słodkawych, słonecznikowych perfum, a w głowie Jaq od razu zaiskrzyło od wspomnień. Każde z nich było bardziej mgliste niż poprzednie. Dotyczyły one dziewczyny z włosami w kolorze intensywnego wschodu słońca i o dopasowanym do nich temperamencie. Dziewczyny, która każdego dnia skrapiała się słonecznikowymi perfumami. Dziewczyny, którą Jaq dość krótko i niezbyt dobrze znała.
Przez ostatnie kilka lat podstawówki zarówno w szkole, jak i w kościele Mallory Hammond roztaczała aurę nieokreślonego zagrożenia. Zawsze miała na podorędziu jakieś ostre słowo albo cięty komentarz, a posługiwała się nimi tak subtelnie i precyzyjnie, że nie słyszał ich nikt - poza tymi osobami, w które zostały wycelowane. Jaq kumplowała się z nią, ale nie były przyjaciółkami. Jak wszyscy inni, Jaq także poczuła w równym stopniu zaskoczenie i ulgę, kiedy Mal uciekła.
I nie myślała o niej od lat.
- Zepsuło się? - zapytała stojąca obok niej dziewczyna. - Tylko mi nie mów, że skończył się lód albo coś. Desperacko potrzebuję chemii z lodem.
- Hmm? Jasne, jasne, sorki - powiedziała Jaq, szybko napełniając swój kubek. W połowie przypomniała sobie o lodzie i popełniła fatalny błąd, dodając go do pełnego już kubka. - Cholera.
Usłyszała śmiech. Był tak delikatny i pełen współczucia, że Jaq po raz pierwszy uniosła wzrok. Oddech uwiązł jej w gardle.
Rozwiane wiatrem mahoniowe włosy kontrastowały z lekko opaloną skórą. Oczy dziewczyny były jasnobrązowe, a bladoróżowe usta rozchyliły się, wyrażając coś na kształt zaskoczenia, kiedy Jaq obróciła się, by na nią spojrzeć. Jaq od razu zaczęły świerzbić palce, żeby znaleźć gdzieś w pobliżu pastele oraz czystą kartkę papieru i spróbować uchwycić doskonałość tych rysów.
- Wow - westchnęła dziewczyna, spoglądając na Jaq z szeroko otwartymi oczami. - Przepraszam, jestem... niemiła. I jestem też Devyn.
U Jaq zadziałał instynkt. Wyciągnęła dłoń, by przywitać się z Devyn i zamiast tego ochlapała ją swoją dietetyczną Colą. Lepki napój ściekał po przodzie czarnej kurtki i dżinsów Devyn.
- O, cholera. Tak mi przykro!
Jaq odstawiła swój niemalże już pusty kubek i wyciągnęła z podajnika tyle papierowych chusteczek, ile zdołała chwycić.
- Nic się nie stało, naprawdę - uspokajała ją Devyn, przyjmując chusteczki, które pchnęła w jej kierunku Jaq. - To skóra. I to stara. Naprawdę trudno ją zniszczyć. Widzisz? - Na dowód swoich słów potrząsnęła lekko przodem kurtki i krople Coli po prostu z niej spłynęły.
- Ale naprawdę strasznie przepraszam. Nie wiem, co mi się stało! Przysięgam, że normalnie nie jestem taką niezdarą.
- Tylko gdy się na kogoś zagapisz? - Nie było wątpliwości, że w tonie jej głosu pobrzmiewała nuta zaczepki.
Jaq prawie się zarumieniła, słysząc tę implikację, ale już w następnej sekundzie na jej ramiona opadła ręka i przyciągnęła ją do siebie.
- Kto to taki? - zapytał John. - Pomijając fakt, że jest powodem spóźnienia mojej dolewki.
Jaq poczuła, że jej wzrok znów wędruje ku oczom Devyn. Nie chciała podawać Johnowi jej imienia. Nie chciała rozrywać tej chwili i wpuszczać go do środka. Chciała mieć to wszystko, tę chwilę, Devyn, wyłącznie dla siebie.
Nie miało to najmniejszego sensu.
- Jestem Devyn - powiedziała nowa dziewczyna, potakując przy tym głową. Było to jedno szybkie skinienie. - Właśnie się tu przeprowadziłam. Dziś jest mój drugi dzień i pomyślałam, że czas wypróbować ten lunchowy przywilej.
Znowu zwróciła oczy ku Jaq, tak jakby to właśnie z nią Devyn chciała rozmawiać.
- Przeniosłaś się w połowie ostatniej klasy? - zapytała Susan, zachodząc Jaq z drugiej strony. - Ciężka sprawa. A gdzie chodziłaś wcześniej?
Devyn wzruszyła ramionami.
- Do East.
- Czyli do Eastside? Na wyspie Bainbridge? Mam tam kilku przyjaciół, może ich znasz? Do którego należałaś Kościoła? - Susan wypytywała ją, jak to miała w zwyczaju, ale Devyn najwyraźniej nie zamierzała jej odpowiadać.
Napełniła swój kubek dietetyczną Colą, wyrzuciła przemoczone chusteczki do kosza i ponownie spojrzała na Jaq.
- To do zobaczenia - rzuciła, a potem odeszła.
Jaq podążyła za nią wzrokiem, niepewna, czy chciała, by Devyn odwróciła się jeszcze raz. I niepewna, dlaczego te ostatnie trzy słowa wprawiły ją w taką ekscytację. Czuła się, jakby była pełna bąbelków. Jak Cola.
- Myślisz, że już była na przesłuchaniach? - Tommy zaśmiał się z własnego żartu.
- Zostało nam jedenaście minut - oznajmiła Susan. - John, twoja kolej.
- Jasna sprawa - powiedział John, wyciągając portfel, żeby zapłacić.
Na zewnątrz chmury płynęły nisko, przynosząc lekki, ale uporczywy deszcz. Jaq się wzdrygnęła i włączyła w aucie wycieraczki oraz światła, by ruszyć z powrotem na kampus. Liceum w Port Promise było umiejscowione na wzgórzach, nad starym miastem. Patrząc na jego gotyckie kształty oraz na fasadę z czerwonej cegły, można było odnieść wrażenie, że pasuje do jakiejś zupełnie innej epoki. Bez wątpienia jednak nie pasowało do Jaq. Spowity mgłą, stary budynek wyglądał teraz jeszcze groźniej niż zwykle. Przebiegli z parkingu dla uczniów ostatnich klas prosto do najbliższego wejścia i dotarli tam z wystarczającym zapasem czasu, żeby Jaq zdążyła jeszcze zabrać ze swojej szafki książki do francuskiego dla zaawansowanych. Gdy pociągnęła za drzwiczki, coś wypadło ze środka i spadło na podłogę, tuż obok jej stopy. Schyliła się, by to podnieść, ale nagle się zawahała.
Cieniutki, złoty łańcuszek, do którego przypięty został trójkąt z trzema kamyczkami w środku, a każdy z nich mienił się nieco innym odcieniem czerwieni, od ciemnoburgundowego po bladoróżowy.
Wisiorek wyglądał trochę znajomo. Jakby był czymś, co zgubiła dawno temu.
Sięgnęła po niego i ostrożnie ścisnęła złoty łańcuszek opuszkami palców.
Jaq!
Głos, który usłyszała, był krzykiem. Poderwała się gwałtownie i odwróciła w poszukiwaniu jego źródła, ale korytarz był prawie pusty. Przez klatkę piersiową przebiegł jej dreszcz. Musiała zamknąć oczy i jednocześnie zacisnąć dłonie w pięści, by dojść do siebie, a kiedy znowu podniosła powieki, łańcuszka nie było.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki