Nie mogę uwierzyć, że znowu tu jesteśmy.
Lato pamiętam jak przez mgłę z powodu urazu głowy, który zaliczyłam pod koniec poprzedniego semestru. Zamiast imprezować na plaży z przyjaciółmi do białego rana, jak planowałam, byłam przesłuchiwana przez policję i zmagałam się z zespołem stresu pourazowego. Ostatni dzień roku szkolnego zaczął się idealnie, a potem...
- Liz. - Ostre syknięcie i szturchnięcie w bok przywołuje mnie do rzeczywistości.
Taylor, wyprostowana jak struna, wbiła swoje piękne orzechowe oczy w podium i odgrywa przed całym światem pogrążoną w żałobie. Naśladując ją, podążam wzrokiem ku dużym sztalugom opasanym żałobnym kirem. Ustawiona na nich fotografia przedstawia Morgan.
Uczennicę, która utonęła w lipcu.
- Skup się - cedzi Taylor półgębkiem, zupełnie jak jakaś upiorna lalka brzuchomówcy. Przychodzi jej to zupełnie bez wysiłku - żaden mięsień na jej twarzy nawet nie drgnie.
Najwyraźniej mimo tych wszystkich pobytów w szpitalu jeszcze nie doszłam całkiem do siebie. Naprawdę próbuję się skupić, ale odpływam myślami, a słowa dyrektorki zlewają się w jedno długie kazanie, akcentowane piskiem gumowych obcasów na parkiecie. Do wnętrza budynku przenika już jesień, powietrze pachnie deszczem, wilgocią i świeżo wypranymi mundurkami.
Przyglądam się fotografii. Morgan była ładna, trochę przypominała Reese Witherspoon ze Szkoły uwodzenia. Sprawiała wrażenie uroczej i niepozornej, ale wiem, że to totalna ściema. W rzeczywistości Morgan miała charakter jadowitej żmii. Lepiej było jej nie podpaść - jeśli tylko chciała, potrafiła zamienić twoje życie w Morton w piekło. To ona wpadła na pomysł, żeby tamtej nocy wypłynąć żaglówkami na jezioro, to był jej wielki moment zaraz po zaprzysiężeniu na prefektkę naczelną. O ile dobrze pamiętam, zmusiła do tego większość dziewczyn, chociaż muszę przyznać, że pamiętam niewiele. Nie po wywrotce.
Doktor Patel, dyrektorka szkoły, kończy swój monolog prośbą o minutę ciszy. Obok niej stoi kilku członków grona pedagogicznego - niektórzy nauczyciele płaczą, ocierając twarze chusteczkami. Czarny garnitur dyrektorki jest zachowawczy, odpowiedni na uroczystość żałobną, a jednocześnie bardzo stylowy i zestawiony z zabójczymi szpilkami. Podziwiam każdego, kto potrafi chodzić na tak wysokich obcasach, nie wspominając już o kierowaniu w nich jedną z najbardziej elitarnych szkół z internatem w kraju. W porównaniu z doktor Patel reszta kadry wygląda niechlujnie. Spoglądam na zegar, chwiejąc się lekko na nogach. Całe lato spędziłam w łóżku na oglądaniu filmów z lat dziewięćdziesiątych i odwykłam od tak długiego stania.
Taylor nie zwraca na mnie uwagi, ma spuszczoną głowę i zamknięte oczy. Ideał uczennicy. I żałobnicy. Długie, naturalnie rude włosy opadają jej na plecy i rozsypują się na szarym tweedzie marynarki. Morton Academy ma swoją Cheryl Blossom[1], która stoi tuż obok mnie.
Doktor Patel kończy uroczystość i zgromadzeni w milczeniu ruszają w stronę wyjścia.
- No więc - szepczę, gdy czekamy na naszą kolej, żeby opuścić aulę - jakie to uczucie?
Taylor spogląda na mnie, kiedy wychodzi przez wysokie drewniane drzwi na korytarz, ale jej uśmiech nie sięga oczu.
- Ale co masz na myśli? Jakie to uczucie nie zostać prefektką naczelną? Otrzeć się o pełne stypendium i obejść się smakiem? Wspaniałe, dziękuję, że pytasz.
- Daj spokój. Jesteś zastępczynią! To też niezła fucha. Poza tym - zniżam głos, chociaż wszyscy dookoła też już zaczęli rozmawiać - wiesz, co to oznacza. Wicenaczelna Stowarzyszenia Klejnotu i Kości może przebierać w uniwerkach.
Teraz uśmiech Taylor dosięga oczu.
- Tak, wiem. Wiele sobie obiecuję po tym roku szkolnym. Jeśli uda mi się znaleźć odpowiedniego sponsora, oczarować właściwą bogatą osobę, nie będę musiała się wysilać przez całe studia. Pomyśl o tych wszystkich ludziach, których poznamy, spotkaniach, w których weźmiemy udział...
- Chyba ty - poprawiam ją, uśmiechając się z żalem. - Część przywilejów dotyczy tylko prefektów naczelnych i ich zastępców, pamiętasz?
- Tak, przepraszam. - Zawstydzona Taylor przygryza wargę, unikając mojego wzroku. - Wiem, że gdybyś nie pomogła mnie i Kat podczas podchodów, skończyłabyś dużo szybciej niż my. To właśnie twoje zaprzysiężenie odbyłoby się dzisiaj i...
- Cześć, piękna! - przerywa jej głęboki głos i na nasze barki opada dwoje potężnych ramion.
Nawet się z tego cieszę. Zapach wody kolońskiej Marcusa jest tak silny, że zaczynam kaszleć, ale Taylor rozpromienia się na widok chłopaka. Uciekam spod jego ramienia, żeby tych dwoje mogło się przywitać.
- Skąd te poważne miny? - Marcus wygląda świetnie, chyba wysypiał się w wakacje. Tylko pozazdrościć.
- Takie tam pogaduchy o życiu i śmierci. - Taylor zbywa go machnięciem zadbanej dłoni. - Przez pół godziny wybierałam odcień szminki, który nie gryzłby się z kolorem wiązanek pogrzebowych. - Taylor rozgląda się ukradkiem. - Właściwie to rozmawiałyśmy o wieczornej ceremonii w KK. - Staje na palcach, żeby go pocałować. - Twoja dziewczyna pnie się do góry.
- Wiem o tym. Ale nadal uważam, że to ty powinnaś trafić na sam szczyt, a nie Jameela. Gdybym tylko mógł jakoś pomóc... - Marcus wychodzi z auli razem z nami, ale gdy tylko ruszamy korytarzem w stronę holu wejściowego, przestaję go słuchać.
Ależ ja się stęskniłam za tym miejscem. Robię głęboki wdech, jak gdybym chciała odetchnąć samą esencją Morton. Uwielbiam to poczucie przynależności, bycia jednym z garstki dzieciaków z całego kraju, którym zaproponowano naukę w tym elitarnym dwuletnim college'u. Nieważne, kim jesteśmy ani skąd pochodzimy - trafiliśmy tu dzięki naszym uzdolnieniom. Bogaci czy biedni, w Morton to bez znaczenia. Wszyscy znaleźliśmy się tutaj, bo jesteśmy cholernie bystrzy - i prawda jest taka, że większość z nas inaczej nie otrzymałaby takiej szansy. Szkoła znajduje się na kompletnym odludziu i wymaga zamieszkania w internacie. Możemy korzystać z internetu wyłącznie pod nadzorem - to jedna z cech wyróżniających Morton: stara dobra praca z podręcznikiem. Coś się traci, coś się zyskuje.
Muszę powtórzyć sobie w duchu, że to wszystko dzieje się naprawdę. Nad nami wznosi się wysokie kamienne sklepienie, nasze buty stukają cicho na starej kamiennej posadzce, gdy mijamy uczniów w szarych marynarkach ozdobionych jaskrawozieloną lamówką. Mahoniowa boazeria błyszczy w promieniach słońca wpadających przez wysokie okna, przez które widać rozległe, zadbane ogrody. Mijamy gabinet pani dyrektor i ruszamy w górę po ogromnych schodach giętych, na których zawsze czuję się jak bohaterka filmu Disneya. Lśniąca poręcz jest tak wypolerowana, że aż śliska. Cała szkoła pachnie drewnem i cytrusami, a ja uwielbiam ten zapach. Tak pachnie dom.
- Pospiesz się, Liz. - Marcus i Taylor przyglądają mi się z rozbawieniem z wysokości piętra, a ja uświadamiam sobie, że musiałam na chwilę odpłynąć. - Przestań bujać w obłokach.
- Przepraszam. - Pochylam głowę, żeby ukryć płonące policzki, i pokonuję pozostałe stopnie po dwa naraz, dopóki nie stanę pod ogromnym witrażem. Ruszam powoli za Taylor i Marcusem i przez wielkie podwójne drzwi wchodzimy do zachodniego skrzydła. Właśnie tak: zachodniego skrzydła - oto jak wielka jest szkoła.
Na tym piętrze mieszczą się sale lekcyjne, a ponieważ zajęcia z przedmiotów ścisłych odbywają się tuż obok humanistyki, odprowadzam wzrokiem idealną parę, a potem wchodzę do swojej klasy. Filologia klasyczna to mój przedmiot wiodący - w sumie mamy trzy, ale zostaliśmy wybrani właśnie ze względu na ten jeden. To coś w rodzaju specjalizacji, którą będziemy kontynuować na uniwersytecie, może nawet zaliczymy szybciej rok. Morton ma najwyższy poziom nauczania w kraju, więc oczekiwania też mamy wysokie. Klasa jest prawie pusta, uroczystość zakłóciła plan zajęć w pierwszym dniu nowego roku szkolnego, więc wybieram środkową ławkę pod oknem, skąd roztacza się widok na rozległą połać jeziora.
Jezioro.
Morgan.
Zrywam się, a skóra cierpnie mi od wspomnień tamtej nocy, usiłujących wydostać się na powierzchnię. Przesiadam się do ławki po drugiej stronie sali, jak najdalej od okna.
Klasa zapełnia się powoli i z zadowoleniem odnotowuję, że jest nas mało - klasy w Morton nigdy nie są liczne, bo co roku szkoła przyjmuje najwyżej pięćdziesiąt osób. Nauczyciel pojawia się jako ostatni i z radością odkrywam, że znów będzie nas uczył profesor Insoll. To człowiek legenda - przynajmniej w świecie starożytnych religijnych artefaktów. Wcześniej wykładał na uniwersytecie, ale Morton musi nieźle płacić - poza tym chyba przyjemniej uczyć spragnioną wiedzy młodzież niż wiecznie skacowanych studentów.
Zaczynamy od omówienia spraw organizacyjnych: nowe podręczniki, grafik zadań domowych, których jest absurdalnie dużo, oraz kalendarz egzaminów semestralnych. Jestem pochłonięta podpisywaniem nowych książek, gdy na moim biurku ląduje jakaś kartka.
- Podaj Jameeli - syczy ktoś.
Jameeli? Hm. Zastanawiam się, czy ma to związek z Klejnotem i Kością, może to coś o pierwszym spotkaniu z darczyńcami, gdzie będziemy mieli okazję poznać przyszłych sponsorów, którzy sfinansują nasze studia, ale wystarczy mi szybki rzut oka, by upewnić się, że w klasie nie ma nikogo wtajemniczonego. Wzruszając ramionami, podaję świstek Frankowi, na wypadek gdybym jednak się myliła. Nie mogę przekazywać potencjalnie sekretnych wiadomości pierwszej lepszej osobie.
- Podaj Jameeli - wymawiam bezgłośnie, wskazując ruchem głowy dziewczynę o długich ciemnych warkoczach, która siedzi w ławce przed nim. Powracam do składania zamaszystych podpisów, zapominając o karteczce.
Dopóki Jameela nie zerwie się z krzykiem z krzesła i nie upuści jej na podłogę, jak gdyby oparzyła ją w palce.