Wygoda - Natalka Suszczyńska

Kup ebooka

29.00 zł
25.23 zł (22,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jak wymyślić sobie rodzinę

Kiedyś wymyśliłam sobie pół rodziny. A może i więcej. Wcale nie dlatego, że chciałam coś ukryć albo zostać kimś innym. Nie po to, by udokumentować pokrewieństwo z lokalnymi gwiazdami: Branickim czy Zamenhofem. Nie w celach reprywatyzacyjnych. I nie, żeby uprawiać oszustwa na wnuczkę.

Po prostu brakowało mi informacji. Postanowiłam więc posiłkować się zmyśleniem.

To było w podstawówce, a może troszkę później. Miałam przygotować drzewo genealogiczne do szkoły. Zapomniałam o tym i ocknęłam się za pięć dwunasta. Żeby wykonać drzewo genealogiczne, trzeba mieć jakieś pojęcie o swoich przodkach. Jeśli się go nie ma, należy zadać protoplastom precyzyjne pytania. Szkopuł w tym, że dzielą się oni wiedzą tylko w konkretnych warunkach. Nie są skorzy do wyznań, gdy nagabuje się ich za pięć dwunasta. Muszą sobie przecież to i owo poprzypominać, a proces ten wymaga czasu. Poza tym pytanie ich za pięć dwunasta to brak szacunku, tak zwyczajnie nie można.

Skazana byłam na siebie.

Coś niby wiedziałam, ale to nie wystarczało. Musiałam dedukować. Czas uciekał. Tik-tak, tykał żółty zegar z Królikiem Bugsem, który wisiał w moim pokoju. Według niektórych praca pod presją sprawia, że rodzą się dobre pomysły. Być może. Mnie udało się wymyślić przodków.

Najpierw rozrysowałam wstępną wersję drzewa genealogicznego, umieszczając na niej tych ludzi, co do istnienia których miałam pewność. Wpisałam ich imiona i nazwiska, daty urodzenia i ewentualnej śmierci (te mogły być przybliżone, ale w granicach rozsądku, unikałam dat symbolicznych, by nie prowokowały niewygodnych pytań). Jeśli chodzi o nazwiska, to akurat proste, bo noszę to samo, co połowa z nich. Grunt to przypomnieć sobie panieńskie mamy i babć. Za prawdopodobne uznałam też, że imiona Maria i Mikołaj były w rodzinie przekazywane z pokolenia na pokolenie i dlatego dopisałam je do części nieznanych przodków. Wyłonił się z tego wzór, którego postanowiłam się trzymać, ponieważ w kolejnych krokach musiałam już improwizować.

Wiedziałam, że muszę też pamiętać o pochodzeniu. Przy rodzinie związanej z Podlasiem łatwo się wyłożyć na detalach, więc dokonałam pierwszego rozróżnienia, arbitralnie decydując, gdzie są prawosławni, a gdzie katolicy. I na tej podstawie wymyślałam nazwiska. Do tych popularnych na Podlasiu należą: Dąbrowski, Kozłowski, Zalewski, Kamiński, Kalinowski. Mogłam je spokojnie wpisać przy katolickich przodkach. Za to nazwiska z końcówką -uk, na przykład Antoniuk, Filipiuk czy Michalczuk, mogłyby się znaleźć po prawosławnej stronie drzewa genealogicznego. Trzeba było tylko uważać na imiona, bo tradycyjnie prawosławne różnią się od tych katolickich. Tak więc żadnych Grażyn, Jolant, Bożen ani Mariuszów, Edwardów, Tomaszów, Bolesławów. To bardzo ważne!!! Taki na przykład Bolesław Michalczuk ożeniony z Jolantą Antoniuk mógłby sprawić, że drzewo genealogiczne uschnie.

Pamiętałam także, że w przeszłości rodziny były raczej wielodzietne, więc dla wiarygodności pododawałam każdej parze jeszcze ze dwóch potomków. I już!

Stosując się do tych zasad, nawet amatorowi udałoby się stworzyć całkiem niezłe drzewo genealogiczne. Potem trzeba to wszystko tylko przerysować na czysto na brystol i gotowe. Można nieść do szkoły albo wieszać na ścianie.

Nikt się nigdy nie zorientował, że moje drzewo genealogiczne przygotowane za pięć dwunasta zostało sfałszowane. W szkole dostałam dobrą ocenę, chyba nawet piątkę. Ale ona się w dorosłym życiu zupełnie nie liczy, nie da się nigdzie tej piątki przepisać i dzięki temu być zwolnionym z któregoś obowiązku. Liczy się, że tak naprawdę niewiele rzeczy jest wykutych w marmurze, więc można sobie wymyślać, nawet przodków. Jeśli to nie jest wyzwalające, to już naprawdę nie wiem, co mogłoby być.