Wycieczka do Ojcowa - Teresa Jadwiga Papi

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I

W szkole pana R. odbywał się akt uroczysty. Z sali, w której akt ów miał się odbyć, wyniesiono ławki, ustawiono na ich miejscu krzesła dla publiczności, a na stolikach rozłożono rysunki i ćwiczenia stylowe oraz kaligraficzne. Ojcowie i matki, skracając sobie czas wyczekiwania ważnej chwili, przeglądali te prace i przypatrywali się z zajęciem i pewnym niepokojem nagrodom, które na stoliku, stojącym w pośrodku sali, imponujący stos tworzyły.

Tuż obok, w tak zwanej sali rekreacyjnej, uczniowie szkoły, pensjonarze i przychodni czekali wezwania nauczycieli, by na akt pospieszyć; podzieleni byli jakby umyślnie na dwie grupy: niesforną i spokojną; pierwszą składali tak zwani "nygusi", drugą uczniowie pilni, ochrzczeni przez nygusów "nudziarzami" i "półmędrkami". Ci ostatni odznaczali się prawie wszyscy czystym ubraniem, chociaż można było poznać, iż są synami niezamożnych rodziców; świadczyły o tym połatane u niektórych buty i z grubego sukna mundurki; wszyscy jednak mieli głowy starannie uczesane, białe kołnierzyki, ręce czyste, wszyscy zachowywali się przyzwoicie, mówili przyciszonym głosem, usuwali się grzecznie, gdy kto ze starszych przechodził, nauczycielom kłaniali się z szacunkiem; spojrzenia ich były pogodne, ożywione uśmiechem.

Wśród drugiej grupy byli różni: jedni odznaczający się przesadną elegancją, drudzy zaniedbaniem, jak gdyby umyślnym; jedni mieli zasępione twarze, inni śmiali się rubasznie lub potrącali się wzajemnie łokciami, a zawsze za późno spostrzegali nauczycieli. Dopiero, gdy który odezwał się do nich: "Warto by chociaż dzień dobry powiedzieć", wówczas szastali nogami i mruczeli: "Dzień dobry".

Wśród nygusów wyróżniał się chłopczyk, mogący liczyć lat dziesięć; rumiana i okrągła twarzyczka, bluzka starannie wyczyszczona, buciki nowe świadczyły, iż dobrze mu jest na świecie, ale smutny, a raczej ponury wyraz twarzy przeczył temu.

Ludwiś Żelski, tak nazywał się ów mały chłopczyk, ojca wprawdzie nie miał: odumarł go, gdy był w kolebce, lecz miał zacną i rozumną matkę, która dzieci swoje otaczała czułą troskliwością. Wdowa po urzędniku kolei, pobierała niewielką emeryturę, lecz chcąc dzieciom zapewnić staranne wychowanie i naukę, pracowała dzień cały, założyła bowiem sklep z towarami łokciowymi, co przynosiło jej pewien dochód. Ludwiś, który nie dostał promocji, myślał właśnie o tym, jak zmartwi się jego matka, ta matka, która tak ciężko pracuje, i dlatego tak smutnym wzrokiem spoglądał to na sufit, to na kolegów.

- Witam jego "krzywą mość"! - zaczepił go naraz chłopiec o całą głowę wyższy od niego, z pomiętym kołnierzykiem u koszuli i z głową roztarganą. - Masz doprawdy minę, jakbyś się napił octu lub żółci!

To mówiąc, oparł się ciężko na ramieniu Ludwisia, który aż ugiął się pod nim.

- Daj mi pokój, Bolku; nie mam dzisiaj ochoty do żartów.

- Proszę, król Ludwik Gruby się gniewa!... przepraszam, najpokorniej przepraszam.

- Olbrzymie, kiedy i gdzie panował Ludwik Gruby? - zapytało go kilka głosów.

- Nie jestem biegłym w historii, więc mnie nie pytajcie - odparł Bolek- jeśli nigdy nie panował, to teraz panuje wśród nas, nygusów.

Ogólny śmiech uczcił jego złośliwy dowcip. Ludwiś poczerwieniał jak piwonia.

- Rozpogódźże czoło, najjaśniejszy panie! - drażnił się z nim dalej Boleś - wszakże to dzisiaj dzień popisu.

- Mam się czego cieszyć! - mruknął Ludwiś - wiem przecież, że promocji nie dostanę.

- Furda promocja wobec wielkiej radości, jaka nas czeka: toć całe dwa miesiące nie zajrzymy do szkoły i książki!

- Wakacje dopiero od jutra się rozpoczną - mówił Ludwiś - a dziś będę się rumienił, gdy mego nazwiska w sali popisowej nie przeczytają... A co mama na to powie, a co mi sumienie wyrzuca!

- Ha! ha! ha! on się mamy boi i wyrzutów sumienia... naiwny robaczek, doprawdy naiwny!

- Mamusia pogniewa się i przebaczy - odezwał się znów Bolek. - Zebrani tutaj nawet widzieć cię nie będą, takiś mały: ukryjesz się za mną i kwita! Co do wyrzutów sumienia, to przesądy, mój mały: pomyśl sobie tylko, że zostaniesz razem ze swoimi serdecznymi przyjaciółmi w tej samej klasie, a myśl ta pocieszy cię po doznanej porażce; przynajmniej ja w niej znalazłem zupełne ukojenie.

Znowu roześmiało się kilku, a Ludwiś rozpogodził trochę czoło, może to ostatnie dowodzenia trafiło mu do przekonania, lubił on bardzo Bolka.

- Panowie, do porządku! - odezwał się naraz donośny głos jednego z nauczycieli, i na środek sali wystąpił chudy, wysoki mężczyzna.

- Wieża Eiffel - szepnęło kilku z partii nygusów, kilku roześmiało się, ustawili się jednak w porządku i przybrali miny uroczyste, lubo jeden drugiego potrącał. Powoli posuwali się ku drzwiom klasy, świątecznie przybranej. Spojrzeli wewnątrz i uciszyli się: widocznie zrobiło to na nich wrażenie; najniesforniejsi stanęli spokojnie.

W sali aktu pierwszy rząd krzeseł zajmowali profesorowie, wśród nich przełożony; publiczność siedziała dopiero za nimi, chłopcy potrafili jednakże doskonale wypatrzyć wśród obcych twarze znajomych i krewnych. Ludwiś spostrzegł natychmiast matkę; szczupła jej postać i blada twarz wyróżniały ją spośród innych. Zwróciła na niego pytające spojrzenie; to go zmieszało tak, iż poczerwieniał i oczy opuścił.

- Dobrze im śmiać się - mówił do siebie - widocznie albo nie kochają swej matki, albo te matki nie są tak dobre dla nich, jak moja, skoro nie wahają się sprawić im przykrości... To nie przesądy, wyrzut sumienia; czuję, jak w sercu moim odzywa się jakiś głos: "Matka twoja od świtu do nocy pracuje, aby za twoją naukę zapłacić, a ty marnujesz pieniądze z takim trudem zarobione!".

Westchnął ciężko i cofnął się za Bolka, by uniknąć powtórnego spotkania się ze wzrokiem matki.

Tymczasem przełożony wziął leżącą na nagrodach książkę i oddał ją najbliżej niego siedzącemu nauczycielowi.

- Pan będzie łaskaw listę przeczytać - rzekł. Nauczyciel skłonił się i począł czytać uroczystym głosem nazwiska uczniów, którzy dostali promocję.

Nowy rumieniec oblał twarz Ludwisia; zdawało mu się, że spojrzenia wszystkich nauczycieli i całej publiczności zwrócone są na niego. Bolek powiedział wprawdzie, że on mały, to go nikt nie dojrzy, ale jemu się zdaje, że każdy z obecnych w tej sali wie jego nazwisko, że wielu czeka na literę Ż, by się dowiedzieć, czy on dostał promocję; szczególnie ten jegomość z siwymi wąsami i siwą głową, trochę podobny do jego dziadunia, przypatruje mu się uparcie.

- Teraz dopiero czuję, jaki to wstyd będzie, gdy nie przeczytają mego nazwiska - myślał sobie i pot gorący oblewał go. - Gdybym był przeczuł, że takie męki przechodzić będę, byłbym się uczył inaczej. To nie furda promocja, ale wielka sprawa... nie ma co mówić!

Profesor skończył czytać listę tych, którzy promocję dostali. Ludwiś naturalnie nie posłyszał swego imienia; usunął trochę Bolka i z poza jego pleców spojrzał na matkę... Płakała.

- O Boże! mama płacze i to przeze mnie!... Jakiż ze mnie niegodziwiec!... co ja teraz pocznę?... jak się wszystkim pokażę?

I do jego oczu łzy napłynęły; ledwo je powstrzymał, spuścił wzrok w ziemię i stał przygnębiony.

Teraz nauczyciel zaczął czytać nazwiska uczniów nagrodzonych, lecz nie według porządku alfabetycznego, ale stosownie do ich pilności.

- Pierwszą nagrodę otrzymuje Ignacy Żelski, odznaczający się nie tylko gorliwą pilnością w naukach, lecz i wzorowym postępowaniem - zabrzmiało w sali.

- Szczęśliwy - szepnął Ludwiś i do poprzednich udręczeń przybyło nowe: czuł, jak budzi się w jego sercu zazdrość; wiedział wprawdzie, że to uczucie naganne, że brzydko innym zazdrościć powodzenia, a tym bardziej rodzonemu bratu, jednak nie mógł się oprzeć temu. Zwykła to rzecz: jedna wina pociąga drugą za sobą.

Przełożony wziął ze stołu największą i najpiękniejszą książkę i zwrócił się z nią do pani Żelskiej.

- Może pani raczy sama wręczyć nagrodę synowi: zasłużył na to wyróżnienie - rzekł z uśmiechem.

Pani Żelska drżącymi rękoma ujęła książkę i zwróciła się do Ignasia, który zbliżył się do niej i pochylił się do jej ręki z pocałunkiem; ona objęła go i łzy wielkie, łzy radości i szczęścia, potoczyły się po jej twarzy.