Wychowujemy Misiaka. Ojca i syna przygody z Aspergerem, pociągami, traktorami i materiałami wybuchowymi - John Elder Robison


Reflow text when sidebars are open.
"Każdy kto świadomie, intencjonalnie i bezprawnie doprowadzi do eksplozji prochu strzelniczego lub innego materiału wybuchowego, w wyniku której dojdzie do zniszczenia mienia lub zranienia człowieka, zostanie skazany na karę więzienia w zakładzie stanowym na okres nie dłuższy niż dwadzieścia lat". [Prawo Ogólne Stanu Massachusetts; Przestępstwa 266.101]
Tak brzmi stanowa definicja "złośliwej eksplozji", czyli zniszczenia mienia za pomocą materiału wybuchowego. To poważne przestępstwo, klasyfikowane na tym samym poziomie, co rabunek z bronią w ręku czy pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Mojemu nastoletniemu synowi postawiono trzy zarzuty. Gdyby został skazany, czekałoby go nawet sześćdziesiąt lat w więzieniu stanowym. Według aktu oskarżenia był z niego dość przerażający typ.
Jakby tego było mało, stan Massachusetts postawił mu również zarzut "gromadzenia materiałów wybuchowych z zamiarem krzywdzenia ludzi lub niszczenia mienia". Myślę, że to była ich wersja rezerwowa - gdyby nie udało im się dowieść, że kogoś skrzywdził albo cokolwiek zniszczył, zamierzali przekonywać, że chciał to zrobić. Mógł za to zarobić parę lat odsiadki, gdyby pierwsze oskarżenie nie wystarczało do tego, by raz na zawsze wysłać go za kraty.
Do tej pory ludzie oskarżani w Massachusetts o spowodowanie celowej eksplozji byli głównie wyjętymi spod prawa motocyklistami, cynglami mafii, dilerami narkotyków albo innego rodzaju wrednymi zbirami. Ich eksplozje były oczywiste i jednoznaczne: bomby rurowe podkładane w klubach, bomby zapalające w kościołach, bomby pod cadillakami, a czasem granat ręczny wrzucony przez okno. W takich sytuacjach zwykle ktoś ginął lub odnosił poważne obrażenia. Już sama myśl, że mojego syna wkłada się do jednego worka z takimi ludźmi, była po prostu szalona. Nie był brutalnym kryminalistą. Był pogodnym nastolatkiem o usposobieniu kujona, który przerwał liceum, by móc studiować chemię w wieku szesnastu lat. A teraz całe jego życie zależało od odpowiedzi na pytanie: czy był początkującym naukowcem, czy szalonym zamachowcem?
Doszło do tego wszystkiego, ponieważ Jack, którego nazywam Misiakiem, zainteresował się właściwościami fizycznymi i chemicznymi materiałów wybuchowych w wieku, w którym większość dzieciaków wciąż opanowuje mnożenie i dzielenie. Z powszechnie dostępnych, legalnych chemikaliów sporządził eksperymentalny materiał wybuchowy i odpalił go w lesie, w którym mieszkamy. Nikt nie został ranny. Nie zniszczono żadnego mienia. Nikt się nawet nie poskarżył. Misiak chciał tylko sprawdzić, czy jego mikstury naprawdę wybuchają. Okazało się, że tak. Czasami. Filmował swoje eksperymenty i wrzucał na YouTube, żeby inni mogli je zobaczyć i komentować.
Dla mnie był po prostu bystrym dzieckiem z zamiłowaniem do nauki. Kiedy Misiak skończył dwanaście lat, zainteresował się chemią na poważnie. Nic dziwnego, że zaczęły go kręcić materiały wybuchowe domowej roboty. Nie mogłem od niego wymagać, by w tym wieku interesował się chemią przemysłową. O fajerwerkach sporo dowiedział się w Meksyku, gdzie był z mamą, która robiła tam doktorat. Byłem więc dumny z jego wiedzy, choć nieszczególnie cieszyłem się z tego, dokąd nas zaprowadziła.
Eksplozje mojego syna nie wydawały mi się groźne - nie bardziej niż noworoczne petardy. Na dziesięciosekundowych filmikach widać było, jak garść materiałów wybuchowych wysadza w powietrze kupkę błota. Niektóre eksplozje były większe, ale i tak podpadały pod kategorię wielki-kamień-wrzucony-do-stawu. Niestety, były wystarczająco duże, by prokurator wkroczył na wojenną ścieżkę.
"Żyjemy w niespokojnych czasach" - tłumaczyli mi znajomi. Pamiętam moje własne dzieciństwo, spędzone na farmie w Georgii.
Chodziłem do lokalnego sklepu z narzędziami i kupowałem dynamit, którym wysadzałem w powietrze pnie i głazy leżące na polach. Robiłem takie rzeczy, gdy byłem w wieku Misiaka, i wszyscy mieli to gdzieś. Wszystkie dzieciaki, które mieszkały na wsi, robiły wtedy to samo. Nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, jak wiele się zmieniło - jak drażliwi i bojaźliwi stali się ludzie po 11 września. No a poza tym nie mieszkaliśmy już na farmie. Gdy miałem kilka lat, moi rodzice przeprowadzili się z wiejskiej Georgii do zachodniego Massachusetts. Zostałem w tej okolicy, gdy dorosłem, więc Misiak od urodzenia mieszkał na przedmieściach Amherst.
Inny nastolatek być może trzymałby swoje nowo odkryte hobby w tajemnicy, ale Misiak był dumny ze swych osiągnięć i nie wpadł na to, że ktoś mógłby zakwestionować jego dobre zamiary. Bo wiecie, Misiak jest mądry, ale ma zespół Aspergera, łagodną formę autyzmu, która sprawia, że trudno mu sobie wyobrazić, jak inni mogą postrzegać jego zainteresowania. Ja też mam aspergera, więc na własnej skórze przekonałem się, co to znaczy.
Każdy, kto zna mojego syna, mógłby zaświadczyć, jak spokojnym jest chłopcem. Niestety, przez tego aspergera często nie zdawał sobie sprawy z tego, co się wokół niego dzieje. Ta nieświadomość czyniła go łatwym celem dla narwanej, szukającej poklasku prokurator. Gdy tylko dowiedziała się o jego domowym laboratorium chemicznym i prowadzonych w nim eksperymentach, zaangażowała w sprawę wszystkie środki, błyskawicznie przygotowując akt oskarżenia. Mój syn nie mógł uwierzyć, że ktoś ściga go za zainteresowanie chemią. Nie wiedział, co robić, ani dlaczego został zaatakowany. Możecie sobie więc wyobrazić, jak się czułem, gdy moje jedyne dziecko znalazło się na celowniku przedstawicielki władzy, która nawet nie pofatygowała się, by porozmawiać z którymś z nas.
Tak oto znaleźliśmy się w Sądzie Okręgowym Hrabstwa Hampshire w Northampton. W stanie Massachusetts oznacza to sąd drugiej instancji, apelacyjny, zarezerwowany dla poważniejszych spraw - wszyscy inni mają procesy w zwykłym sądzie rejonowym lub biurze magistratu. W poprzednim roku z tysiąca spraw, którymi zajmował się system sądowniczy naszego hrabstwa, tylko piętnaście trafiło na wokandę sądu apelacyjnego i większość z nich prowadziła do skazania. Sala była klimatyzowana, ale pot wystąpił mi na czoło, gdy zacząłem rozważać, jakie szanse ma Misiak. Kiwałem się w przód i w tył na twardej sądowej ławce, rozmyślając i zamartwiając się.
Przesłuchano wszystkich świadków. Wybrzmiały mowy końcowe, sędzia odczytała pouczenie przysięgłym. Obserwowałem, jak powoli wypływają z sali, by rozpocząć swoje obrady. Wszystko zależało od ławy przysięgłych. W jej skład wchodziło jedenaście kobiet i jeden mężczyzna. Nie znałem ich, tak jak oni nie znali się nawzajem. Jaką decyzję podejmą?
Syn siedział trzy metry ode mnie, za stołem obrony, pomiędzy swoimi adwokatami. Na prawo od niego pani prokurator tasowała swoje dokumenty, patrząc w stronę pustej ławy przysięgłych. Sędzia patrzyła na nas wszystkich z góry, a uzbrojeni strażnicy strzegli flank. Misiak wyglądał tak młodo i bezbronnie pomiędzy tymi poważnie wyglądającymi dorosłymi. Pod garniturem dorosłego faceta wciąż krył się mój mały chłopczyk, chudy jak szczapa, z ledwie kiełkującą brodą. Serce mi się krajało.
Miałem czas na rozmyślania. Chciałem zrozumieć, jak naukowe eksperymenty ściągnęły na mojego syna oskarżenie natury kryminalnej. Wciąż jeszcze był nastolatkiem, nigdy nie złamał prawa. Nigdy nawet się nie bił. Nie miał kłopotów w szkole. Nie był żadnym wykolejeńcem. Wszyscy, którzy mieli okazję go poznać, byli pod wrażeniem jego dwóch cech - łagodności i inteligencji.
Czemu więc stanął przed sądem? Czyżby naprawdę zrobił coś okropnego, coś, czego nie mogłem zrozumieć? Czy to możliwe, że nie poznałem się na prawdziwej naturze mojego jedynego dziecka? Czyżby wpakował się w tarapaty przez to, jak go wychowałem, co zasugerowano w komentarzach na internetowym forum lokalnej gazety? Wszystko zapewne da się sprowadzić do tego, że jesteśmy inni. Teraz będziemy musieli zapłacić wysoką cenę za nasz nonkonformizm. Przez mojego aspergera czułem się społecznie izolowany. Wiedziałem, że mój syn czuje podobnie. Obaj chcieliśmy być częścią społeczeństwa, ale nie zawsze wiedzieliśmy jak.
Siedzieliśmy więc w sądzie i żaden z nas nie miał pojęcia, co czują przysięgli i jaką decyzję mogą podjąć. Zaopiekują się ekscentrycznym, ale nieszkodliwym członkiem lokalnej społeczności, czy dadzą się nastraszyć pani prokurator? Czekając niespokojnie na wyrok, nie mogłem się powstrzymać od rozważań nad wyborami, których dokonałem jako tata, i rozmyślania o naszej burzliwej ojcowsko-synowskiej podróży, która trwała już osiemnaście lat.
Ta historia zaczęła się trzydzieści lat temu, kiedy o Misiaku jeszcze ptaszki nie ćwierkały. Byłem dwudziestoparoletnim, świeżo upieczonym dorosłym z poważną dziewczyną u boku. Rozmawialiśmy o małżeństwie, może nawet o rodzinie. Co prawda parę lat wcześniej wylali mnie ze szkoły, ale promocję z nastolatka na mężczyznę już od życia otrzymałem. Gdy dokonała się we mnie ta nagła przemiana, doszedłem do wniosku, że powinienem przestać robić rzeczy, które robią dzieci, i zacząć robić to, co robią dorośli. Rozglądałem się więc za jakimiś przykładowymi dorosłymi, by zorientować się, co mnie czeka.
Wiedziałem, że większość dorosłych ma dzieci. Ale kiedy powinniśmy wyruszyć w tę podróż? I jak? Randki wciąż były dla mnie nowością, seks również, a dzieci - konsekwencją, której się obawiałem. Wiecie, jak to jest: "Och, myślisz, że możesz być w ciąży?". Dla młodych mężczyzn takich jak ja ojcostwo było niepożądanym skutkiem pełnego sukcesu w randkowaniu.
Na szczęście nie wszedłem w rodzicielstwo tą drogą. Wybrałem bardziej tradycyjną trasę, której pierwszym etapem było porzucenie szkoły. Zaczęło się od tego, że Mary Trompke, moja ówczesna dziewczyna, zostawiła mnie w dziesiątej klasie.
- Nie chcę z tobą nigdy więcej rozmawiać - oznajmiła mi pewnego dnia.
Nie miałem pojęcia dlaczego. W tym samym czasie sytuacja w moim domu stawała się coraz trudniejsza do zniesienia.
- Nigdy niczego nie osiągniesz - wrzeszczał na mnie ojciec w pijackim szale. - Skończysz na stacji benzynowej albo zamiatając podłogi.
W tamtym czasie żaden z nas nie wiedział, że mam aspergera, więc nie byłem w stanie zrozumieć natury moich kłopotów z dostosowaniem się i nauką w szkole. Byłem skłonny uwierzyć w to, co mówili dorośli - że po prostu jestem leniwy i niedobry. Załamany i zły rzuciłem więc szkołę. Poszedłem na swoje. Na szczęście rynek potrzebował ludzi, którzy znają się na elektronice, a ja chciałem iść do pracy. Moja nastoletnia fascynacja muzyką i układami scalonymi przerodziła się w obiecującą karierę, kiedy muzycy z całej okolicy zaczęli mi znosić do naprawy zepsute instrumenty i wzmacniacze. Dla mnie wybór był prosty - poniosłem porażkę w szkole, ale miałem przyszłość w muzyce. Zdecydowałem się pójść tam, gdzie byłem mile widziany.
Oczywiście, moja decyzja o zrezygnowaniu ze szkoły nie wszystkim się spodobała, nie wszyscy też uznali moją pracę za perspektywiczną.
- Rzucenie szkoły, chłopcze, to zły pomysł - tłumaczył mi dziadek Jack.
Jego ojciec był pierwszym Robisonem, który skończył liceum, więc dla niego szkoła znaczyła bardzo wiele.
- Ci twoi muzycy to przecież przymierające głodem dziwolągi - dodawał mój ojciec. - Jak więc zamierzasz wyżyć z pracy dla nich?
Nie wiem, co o tym wszystkim myślała matka. Po niedawnym załamaniu psychicznym i ciągnących się bez końca awanturach związanych z rozwodem z ojcem miała własne problemy, z którymi musiała sobie radzić. Od kiedy się wyprowadziłem, ona i ojciec zabarykadowali się w swoich własnych światach tak szczelnie, że prawie w ogóle nie zwracali na mnie uwagi. To działało w obie strony - po trudnym i burzliwym dzieciństwie nie chciałem mieć zbyt wiele do czynienia z którymkolwiek z rodziców. Minęło dobrych parę lat, zanim moje uczucia do nich uległy zmianie.
Byłem więc wyrzuconym ze szkoły szesnastoletnim chłopakiem, który szukał pracy i domu. Nadarzyła się okazja, by zostać członkiem ekipy technicznej Fat, lokalnego zespołu bluesrockowego, więc z niej skorzystałem. Za osiemdziesiąt dolarów tygodniowo i pokój w zajmowanym przez nich wiejskim domu zajmowałem się ich sprzętem.
Woziłem ich też do klubów, w których grali, odwoziłem z powrotem do domu. Pięć wieczorów w tygodniu zajmowały koncerty, a pozostałe dwa spędzałem, naprawiając wszystko, co się zepsuło, natomiast czas wolny poświęcałem na naprawianie wzmacniaczy i instrumentów innych muzyków. No i uczyłem się - tak intensywnie, jak tylko mogłem.
Mijały lata, umiałem coraz więcej, więc natura mojej pracy uległa zmianie. Zamiast naprawiać zepsuty sprzęt, coraz więcej czasu spędzałem, ulepszając funkcjonujące urządzenia i wymyślając nowe. Tworzyłem nowe rzeczy i widziałem, że działają. To mnie cieszyło. Byłem samodzielny, czułem, że idę do przodu, byłem dumny, że podjąłem wyzwanie, a groźby mojej rodziny nie spełniły się. Już ja im pokażę! Pracowałem dla coraz lepszych zespołów, a występy w barach zmieniły się w koncerty na stadionach. Nawet mój ojciec niechętnie przyznał, że nieźle sobie poradziłem.
W ciągu tych paru lat pojawiły się i zniknęły dwie dziewczyny. Po czym zeszliśmy się znów z Mary. Tyle że nigdy jej tak nie nazywałem. Zawsze miałem skłonność do wymyślania własnych imion dla ulubionych ludzi, zwierząt i rzeczy. Kiedy dorastałem, nazywałem mojego młodszego brata Szkodnikiem, bo taka była z niego zaraza. Kiedy czułem, że dopada mnie choroba, na uniwersytecki ośrodek zdrowia mówiłem Warsztaty Naprawcze. Nie wiem dlaczego, ale często miałem problemy z nazwami i imionami stosowanymi przez innych ludzi. Matka mojej dziewczyny zwracała się do niej Mary Lee, podobnie jak moi rodzice do mnie, kiedy używali mojego drugiego imienia: John Elder. Ja tymczasem nazywałem ją Niedźwiadkiem, bo była tęga i uparta, a czasem wręcz wojownicza.
Bardzo ją lubiłem. Była moją najlepszą przyjaciółką.
Zawsze mieliśmy ze sobą wiele wspólnego, a nasze zainteresowania wydawały się innym ludziom raczej dziwne. Zawsze kochałem pociągi, więc Niedźwiadek chodziła ze mną na tory zbierać bezpańskie izolatory z dawno zapomnianych słupów telegraficznych. Wspinałem się na sześciometrowe słupy, odkręcałem stare izolatory, po czym spuszczałem je ostrożnie na dół, a ona pakowała je do plecaka. Gdy proponowałem:
- Zakradnijmy się do przejścia pod budynkiem stowarzyszenia studentów i przyjrzyjmy się tunelom instalacji cieplnej - szła za mną.
Nie pytała, czy oszalałem, ale raczej:
- Uważasz, że potrzebny nam będzie zapasowy komplet baterii do latarki?
Żadne wyzwanie nie wydawało jej się zbyt dziwne.
Oboje byliśmy logiczni i wrażliwi, choć nasze czyny nie zawsze o tym świadczyły. Oboje uwielbialiśmy czytać, szczególnie literaturę science fiction. Zawsze mieliśmy sobie coś do powiedzenia. Czasem rozmawialiśmy o naszych rodzinach i życiu domowym. Niezbyt często jednak, bo dorastanie nie było zbyt przyjemne. Oboje opuściliśmy nasze domy w pośpiechu i nie zamierzaliśmy wracać.
Kiedy patrzę na to wszystko z perspektywy człowieka w średnim wieku, widzę jak na dłoni, jak popieprzone i szalone było nasze dzieciństwo. W tamtym czasie jednak żadne z nas nie wiedziało, że można dorastać w innych warunkach. W najlepszym wypadku rodzice pokazali nam, czego nie chcemy w naszej własnej rodzinie, i wzięliśmy sobie te lekcje do serca, szczególnie jeśli chodzi o alkohol. Nasi ojcowie byli bowiem pijakami - z tych, co to są bardzo mili dla przyjaciół, ale okropni dla własnych dzieci. Kiedy się poznaliśmy, mój jedyny brat miał osiem lat i mieszkał w komunie prowadzonej przez szalonego psychiatrę mojej matki. Z kolei całe rodzeństwo Niedźwiadka było od niej starsze i wyniosło się już z domu, uciekając tak daleko, jak tylko zdołało. Najstarsza siostra mieszkała na Florydzie i właśnie brała rozwód. Brat Ted był w Oregonie i przymierzał się do studiów prawniczych. Paul zaciągnął się do marynarki i na pokładzie łodzi podwodnej płynął w kierunku Filipin. Najdalej dotarł Danny. Byłem zszokowany i zasmucony, gdy dowiedziałem się, że zamarzł na śmierć zimą 1976 roku, podczas samotnego biwaku w lesie.
Kiedy ja wyrabiałem sobie markę w branży muzycznej, Niedźwiadek dostała się na Uniwersytet Massachusetts w Amherst. Skoro nadal zamierzała się uczyć, ten wybór wydawał się najbardziej praktyczny. Uczelnia była w naszym mieście, a Niedźwiadek, dorastając, włóczyła się po kampusie, wiedziała więc, jak się po nim poruszać. Dali jej akademik, ale po pierwszym roku przeprowadziła się na stancję do Sunderland, piętnaście kilometrów na północ. Mieszkało tam już dwóch lokatorów, podobnych do nas fanatyków science fiction. Jeden z nich interesował się owadami, a drugi był radosnym, krótkowzrocznym gnomem, którego świat składał się z komiksów, wymyślonych stworów, superbohaterów i od czasu do czasu - dziewczyn.
Wykażę się największą wyrozumiałością, na jaką mnie stać, określając to mieszkanie jako "podupadłe". Porzucony volkswagen osiadł na czterech flakach przed głównym wejściem. Gości witał korytarz wyłożony gnijącą, łuszczącą się tapetą, za to cienkie ściany pokrywała dodatkowa izolacja z regałów wypełnionych stertami książek. Kiedy znowu zaczęliśmy ze sobą chodzić i wprowadziłem się do Niedźwiadka, mieszkanie zmieniło się z zatłoczonego w nieznośne. W zlewie nieustannie piętrzyły się brudne naczynia, a półki w łazience uginały się pod nadmiarem przyborów toaletowych. Nie było już miejsca na moje rzeczy, a kiedy używałem ręczników i mydeł innych lokatorów, robili mi wyrzuty. Po miesiącu wynajęliśmy z Niedźwiadkiem własny domek w South Hadley i ciężko pracowaliśmy, by zapłacić czynsz.
Udało mi się wtedy zrobić praktyczny użytek z mojej fascynacji muzyką i elektroniką. Zostawiłem lokalną scenę na rzecz Nowego Jorku i zostałem inżynierem w Britannia Row Audio, firmie nagłośnieniowej stworzonej kilka lat wcześniej przez Pink Floyd.
Floydzi dorobili się ogromnej kolekcji sprzętu nagłaśniającego, a kiedy sami nie koncertowali, wypożyczali go na trasy innym zespołom. Przy 45 Ulicy w Long Island City mieli wielkie studio wypełnione gratami, które przypłynęły z Anglii. Do mnie należało dbanie o to, by wszystko działało, a także konstruowanie najbardziej wyrafinowanych urządzeń, jakie byliśmy w stanie wymyślić, żeby nasz sprzęt był najlepszy na świecie. Taka praca może uderzyć do głowy dwudziestojednoletniemu mądrali, to pewne. Jeździłem do Nowego Jorku, pracowałem przez parę dni, a potem przywoziłem do domu wszystko, czego nie zdążyłem skończyć.
Niedźwiadek męczyła się na uniwersytecie, więc skorzystała z okazji i zajęła się elektroniką. Byliśmy zgranym zespołem: ja projektowałem obwody, a ona je składała. Poza tym, że była moją dziewczyną, została technikiem i moją partnerką w pracy. Naszą współpracę zaczęliśmy przy projekcie muzycznym zleconym przez kanadyjską supergrupę April Wine. Spędziliśmy z nimi kilka tygodni, przemierzając wzdłuż i wszerz wschodnią Kanadę w ramach trasy "First Glance". Skleciliśmy im nagłośnienie, na którym mogli polegać. Potem wpadliśmy w wir koncertów w całej Ameryce, podczas których zajmowaliśmy się nagłośnieniem The Kinks, Roxy Music, Phoebe Snow, Ricka Jamesa, Dana Hilla, Talking Heads i Blondie.
Rok później zostałem zatrudniony przez KISS. Zrobiliśmy Ace'owi Frehleyowi gitary, które pluły ogniem, strzelały racami i migały światełkami disco. To było dobre życie, ale nieprzewidywalne. Jednego miesiąca mieliśmy ręce pełne roboty i spaliśmy na forsie, a dwa miesiące później byliśmy spłukani i bez zleceń. Wyglądało na to, że w branży muzycznej wszyscy żyją z dnia na dzień. Ja chciałem czegoś więcej.
Doszedłem do wniosku, że potrzebuję stałej posady. Miałem niesamowite szczęście, bo od razu znalazłem taką, do której doskonale się nadawałem. Firma Milton Bradley, produkująca zabawki i gry, mieściła się w East Longmeadow w stanie Massachusetts, półtorej godziny jazdy od nas. Z racji moich doświadczeń w projektowaniu systemów dźwiękowych dla muzyków, powierzono mi zadanie tworzenia efektów specjalnych do ich najnowszych gier elektronicznych. Zostałem inżynierem na etacie i udawałem szychę dojeżdżającą do pracy z przedmieścia. Wyglądało to na łatwiznę. Kiedy pracowałem dla zespołów, swoje projekty rysowałem na serwetkach, tymczasem Milton Bradley oferował laboratorium, literaturę i komputery najnowszej generacji. Ja miałem tylko robić odpowiednio dobre wrażenie.
Powierzchowna przemiana z wyluzowanego rockandrollowca w korporacyjną mrówkę dokonała się w mgnieniu oka. Przyciąłem fryzurę o całe piętnaście centymetrów, kupiłem nowy garnitur Oxforda i zjawiłem się w pracy o wymaganej porze. Ale choć mój wygląd uległ drastycznej zmianie, byłem dokładnie tą sama osobą co wcześniej. Niedźwiadek też. Kilka miesięcy wcześniej byliśmy dziwakami stłoczonymi w przeludnionym mieszkaniu, a teraz miałem być odpowiedzialnym przedstawicielem kadry zarządzającej, układającym sobie życie rodzinne na przedmieściach Springfield. W linii prostej dzieliło nas od poprzedniego adresu ledwie trzydzieści kilometrów, ale to co teraz robiłem, było odległe o lata świetlne od wszystkiego, co poznałem wcześniej. Wydawało mi się, że moja transformacja była pełnym sukcesem, ale musiałem mieć jakieś słabe punkty. Uświadomiłem to sobie, ponieważ starsi inżynierowie wciąż nazywali mnie ześwirowanym hipisem.
Minęło parę lat, zanim nauczyliśmy się robić wrażenie miłej pary przedstawicieli klasy średniej z przedmieścia. Zadziałało. Głupawi inżynierowie przestali mnie przezywać. Oddaliłem się od muzyki i starałem się ile sił, by zostać członkiem młodej kadry kierowniczej, zgodnie z życzeniami moich przełożonych. Udawanie kogoś, kim nie byłem, przygnębiało mnie, ale musiałem to robić, ponieważ chciałem być akceptowany przez dobrze ułożone społeczeństwo. Chciałem pracy, w której czułbym się bezpiecznie i pewnie. Praca miała doprowadzić mnie do celu - wokół siebie widziałem rodziny i sam też chciałem taką mieć.
Niedźwiadek znalazła pracę jako technik w jednej z lokalnych firm elektronicznych i również myślała o własnej przyszłości. Po długich przemyśleniach i wielu dyskusjach postanowiła zająć się antropologią i wyspecjalizować się w kolonialnej historii Nowej Anglii. Jesienią wróciła więc na studia. Zdecydowała, że przynajmniej jedno z nas będzie porządnie wykształcone. Za pierwszym razem zawaliła, ale za drugim podejściem zbierała najlepsze oceny.
Kiedy mniej więcej się ustatkowaliśmy, wizja ojcostwa wydała mi się coraz bardziej kusząca. Uznałem, że powinienem ją zrealizować w niedalekiej przyszłości. Z naciskiem na "przyszłość". Zawsze chciałem mieć dziecko, ale akurat nie w tej chwili. Gdy miałem 21 lat, miałem prostą i społecznie akceptowalną wymówkę: nie byłem żonaty. Pozbawiłem się tego argumentu, gdy po trzech latach wspólnego mieszkania stanęliśmy na ślubnym kobiercu. Miałem 25 lat.
Ale nawet wtedy nie spieszyło mi się do trudów rodzicielstwa. Przecież ledwie rozpocząłem poważną pracę, nie zdążyłem jeszcze uwić bezpiecznego gniazdka. Zawsze istniała możliwość, że mnie zwolnią. W końcu branża elektroniczna do najbardziej stabilnych nie należała. W Milton Bradley popracowałem ledwie dwa i pół roku, a gdy braliśmy ślub, byłem zatrudniony w firmie Simplex Time Recorder w Gardner. W nowej pracy więcej mi płacili, ale presja również była większa, a poza tym traciłem na dojazdy trzy godziny dziennie. Kiedy przyjmowałem ich ofertę, wydawało mi się, że jestem sprytny, bo dostanę o połowę więcej kasy i fajnie brzmiącą nazwę stanowiska, ale gdy stawiłem się do roboty, zdałem sobie sprawę z tego, że wymieniłem luźną atmosferę szybko rozwijającej się firmy zabawkarskiej na harówkę w zarządzie starej, zapyziałej fabryki. Zamieniłem przestronny boks i laboratorium w nowym biurowcu na stanowisko w pomieszczeniu bez okien na czwartym piętrze zabytkowego młyna. Gdy przedzierałem się przez ochronę i wspinałem po schodach do swojego biura, czułem dudnienie maszynerii z niższych pięter fabryki.
To był obcy świat, niepodobny do niczego, co wcześniej znałem. Mój dziadek Jack miał najlepszą radę na podobne okazje. Mawiał: "Synu, gębę trzymaj na kłódkę, wyglądaj na poważnego i miej oczy naokoło głowy". Jack cieszył się, że dałem sobie spokój ze światem muzyki, ale ja nie byłem taki pewien, czy posada w korporacji była naprawdę krokiem naprzód. W moim nowym miejscu pracy dyrektor fabryki był królem, natomiast o muzyce i efektach dźwiękowych mogliśmy sobie podyskutować po godzinach. Jeśli w ogóle.
Za nic w świecie nie byłem gotowy na dziecko podczas mojego pierwszego roku w Simplex.
- Jesteśmy światowym liderem w produkcji zegarów fabrycznych i alarmów przeciwpożarowych - oznajmił z dumą mój rozpromieniony szef.
Skrzywiłem się. W porównaniu z Milton Bradley fabryka Simplex wyglądała jak kuźnia.
Przez pierwszy rok całą swoją energię wkładałem w próby dostosowania się i odniesienia sukcesu w strukturach Wielkiej Korporacji. W drugim roku zadłużyłem się, bo wpadłem w pułapkę życia na wyższym poziomie, więc wciąż nie było mnie stać na dziecko. Miałem za to pełną szafę szokująco (przynajmniej dla mnie) drogich garniturów, a kiedy dowiedziałem się, że dyrektor fabryki trzyma przy biurku kij baseballowy, sprawiłem sobie bardziej wykwintną maczugę - śliczną laskę, zakończoną ciężką, mosiężną gałką. Ale wszyscy wokół już mieli dzieci, a żaden z moich gadżetów nie chciał się ze mną bawić w piaskownicy. Mimo to wciąż czekałem. Nie pamiętam, jaką wymówką zasłaniałem się w trzecim roku, ale jesienią straciłem pracę. Zasiłek w wysokości 199 dolarów tygodniowo i rosnące długi nie sprzyjały rozważaniom o dziecku. Dobre ciuchy w tym nie pomagały.
Gdy pracowałem w branży muzycznej, zawsze miałem albo za dużo pieniędzy, albo za mało. Wierzyłem, że obejmując kierownicze stanowisko w takiej firmie, mam to za sobą. Ależ się myliłem! Wystarczyło, by ktoś o szczebel wyżej w korporacyjnym łańcuchu pokarmowym kiwnął głową - i znalazłem się na ulicy.
Zachodziłem w głowę, co teraz robić? Cokolwiek by to miało być, musiałem działać szybko. W przeciwnym razie stracę wszystko, co mam.
Na szczęście miałem dodatkowe umiejętności. Potrafiłem naprawiać samochody. Przez jakiś czas nawet się z tego utrzymywałem, a kiedy pracowałem w branży elektronicznej, grzebałem w autach w ramach hobby. Były sposobem na miłe spędzenie weekendu, który w dodatku przynosił dodatkowe parę groszy. Ale nie chodziło wyłącznie o pieniądze. Dzięki tej pasji mogłem sobie pojeździć odjazdowymi starymi samochodami. Koledzy z pracy zawsze podziwiali moje zabytkowe rydwany ze znaczkami Mercedesa, BMW czy Porsche, zostawiając obok, na firmowym parkingu, swoje praktyczne, ale nudne camry i taurusy. Gdy więc dumałem nad swoim nowym losem bezrobotnego, moje myśli ciągle wracały do tysiąca dolarów, który mógłbym dostać za mojego dziesięcioletniego mercedesa. Byłyby to pieniądze dwa razy większe od pięciotygodniowego zasiłku. A gdybym tak mógł dostawać je regularnie?
Do tamtej pory kupowałem stare, przechodzone samochody i doprowadzałem je do porządku, bo lubiłem przy nich grzebać. Zdecydowałem jednak, że zacznę traktować handel samochodami jako pracę, nie hobby. Sprawdziłem, co oferują okoliczni dilerzy, i doszedłem do wniosku, że powinienem kupować towar nowszy i w lepszym stanie. Przesiałem ogłoszenia drobne w "Boston Auto Trader" i zdecydowałem się na pięcioletniego Mercedesa 300SD.
Kupno takiego auta było olbrzymim krokiem naprzód. Po pierwsze, kosztowało znacznie więcej niż którykolwiek z kupionych przeze mnie wcześniej gratów. Było o całą dekadę młodsze od mojego poprzedniego mercedesa, super wyposażone i znacznie bardziej skomplikowane.
Ku mojemu zaskoczeniu przygotowanie tego samochodu do sprzedaży było znacznie łatwiejsze, niż doprowadzenie do stanu używalności rzęchów, którymi wcześniej się zajmowałem, a gdy już się z nim uporałem, od razu znalazłem kupca. Natychmiast więc kupiłem następne auto, a potem jeszcze jedno. Mój nowy biznes ruszył z kopyta.
I właśnie wtedy znalazłem nową posadę. Odetchnąłem z ulgą, ale oznaczało to, że muszę zepchnąć swój ledwie opierzony biznes na boczny tor. Wróciłem do korporacyjnego kołowrotu i znów traciłem na dojazdy trzy godziny dziennie. Zostałem kierownikiem w Candela, dużej firmie produkującej lasery, mającej siedzibę na przedmieściach Bostonu. Znowu byłem szefem od elektroniki, a przynajmniej wierzyli w to moi pracodawcy. Tym razem jednak miałem wyjście awaryjne - strumyczek z dodatkowym dochodem. Interes z autami okazał się dochodową fuchą z potencjałem na coś znacznie poważniejszego.
Moje trzydzieste urodziny, kolejny kamień milowy. Im byłem starszy, tym bardziej byłem rozdarty pomiędzy lękiem a oczekiwaniem. Wciąż skupiony byłem na kwestii bezpieczeństwa finansowego, ale słyszałem tykanie zegara. Nie chciałem mieć dzidziusia jako pięćdziesięciolatek. No i zauważyłem, że moi koledzy z pracy już mieli dzieci, w dodatku pięcio-, sześcio-, a nawet dziesięcioletnie. Zdałem sobie sprawę z tego, że przegapiłem najlepszy moment. Wszyscy inni pewnie mieli te same problemy i rozterki, ale jakoś znaleźli czas i odwagę. Albo dzieci im się po prostu "przydarzyły".
No i jeszcze Niedźwiadek. Niezależnie od wszystkich naszych małżeńskich upadków i wzlotów, niezmiennie i coraz bardziej stanowczo wyrażała chęć zostania matką. Gdziekolwiek się więc nie obróciłem, czułem tę presję, zewnętrzną i wewnętrzną. Im bliżej byłem jednak skoku na głęboką wodę, tym bardziej się bałem. Czy trafi mi się dobre dziecko? Stać mnie na jego wychowanie? A ja? Będę dobrym tatą?
Jak miałem w zwyczaju, próbowałem rozłożyć to zagadnienie na czynniki pierwsze i logicznie je przeanalizować. Kiedy z zewnątrz patrzysz na kwestię zafundowania sobie dziecka, mogą ci umknąć ukryte radości rodzicielstwa. Podejrzewałem, że wychowaniu dziecka towarzyszy też sporo zabawy, ale pewny nie byłem. Z drugiej strony, ciągle słyszałem historie, które opowiadali moi koledzy: o kosztach prywatnych szkół, o prywatnych wizytach u lekarza czy nawet bardziej ezoterycznych wydatkach, jak joga dla maluchów.
Było też ryzyko wad wrodzonych. Zdawałem sobie sprawę z tego, że moje dziecko najprawdopodobniej urodzi się zdrowe, ale co, jeśli jednak nie? A gdyby tak urodziło się z uszkodzonym mózgiem, wadą serca albo trzema rękami?
Szansa jedna na tysiąc była opcją do przyjęcia w kasynie, gdzie można stracić najwyżej pieniądze. Ale w loterii dziecięcej wylosowanie tego jedynego losu z tysiąca mogło mnie skazać na coś, czego nie byłem sobie nawet w stanie wyobrazić, poza mglistym podejrzeniem, że mogłoby to uczynić moje życie bardzo trudnym na wiele lat. Zastanawiałem się, czy są to obawy uzasadnione, czy raczej z tych irracjonalnych.
No i oczywiście pamiętałem również własne koszmarne dzieciństwo. Nikt nie mógłby zakwestionować tego, że było obrzydliwe. A przynajmniej nikt, kto o tym wiedział, bo wówczas skrzętnie ukrywałem tę wstydliwą tajemnicę.
Czy mogę być dobrym tatą, mimo paskudnego wzoru, jaki miałem w moim ojcu? Próbowałem rozmyślać również o tym, a wnioski zawsze sprowadzały się do zgubnego wpływu alkoholu. Mój ojciec pił, a gdy był pijany, stawał się wredny. Ja nie piłem. Ale może i ja byłem zdolny do bycia wrednym? Tego nie mogłem być pewny. Może wredność jest dziedziczna? Moja babcia twierdziła, że tak.
- Wszystkie chłopaki od Robisonów mają w sobie ten złośliwy pierwiastek, oj mają - powiedziała mi kiedyś.
Nie byłem pewien, czy to dotyczy również mnie, czy tylko wcześniejszych pokoleń. Ale jeśli tak było faktycznie, miałem się czego bać.
Wszystkie te obawy sprawiały, że kiedy rozmawialiśmy z Niedźwiadkiem o dziecku, obstawałem przy odłożeniu decyzji na później. Byliśmy jednak coraz starsi i wiedziałem, że coś musi się wkrótce wydarzyć, jeśli w ogóle wydarzyć się miało. I w końcu stało się. Latem 1989 roku zrezygnowałem z posady w firmie elektronicznej, by skupić się na mojej kiełkującej firmie samochodowej. Kilka tygodni później Niedźwiadek odkryła, że jest w ciąży. Niby parę razy wcześniej już była, ale tamte ciąże kończyły się równie szybko, jak się zaczynały. Zastanawiałem się więc, czy ta potrwa dłużej. Mijały jednak tygodnie i w końcu jasnym się stało, że tym razem sprawa jest poważna.
Niedźwiadek zaczęła wić gniazdo. Pokój dziecka postanowiliśmy urządzić w sypialni na tyłach domu, która wcześniej służyła mi za biuro. Przenieśliśmy więc biurko i papiery do piwnicy, a Niedźwiadek zaczęła dekorować pokój. Tradycyjnie białe ściany zniknęły, zastąpiła je tapeta w pociągi. Pojawiły się magazyny i książki o rodzicielstwie. Niektóre z nich nawet przeczytałem. Byłem przerażony i podekscytowany zarazem. Naprawdę podobała mi się koncepcja zostania ojcem. Perspektywa prowadzenia własnego biznesu też wydawała się dość atrakcyjna. Z drugiej strony, nie byłem pewien, czy podołam. Ale musiałem rozkręcić interes - i to szybko. Za chwilę przecież miał się pojawić smarkacz, za którego trzeba będzie słono płacić.
Zawsze kochałem samochody, a teraz przyszło mi sprawdzić, czy da się wyżyć z tej miłości. Jeszcze parę tygodni temu byłem kierownikiem w zaawansowanej technicznie fabryce laserów. A teraz przyszedł czas na występ solowy. Byłem kupcem, mechanikiem i sprzedawcą, poróżowałem po Nowej Anglii, kupowałem wypasione samochody, naprawiałem je i sprzedawałem każdemu, kto chciał kupić. Moi koledzy myśleli, że oszalałem, ale ja już po prostu nie mogłem znieść życia w korporacji.
Gdybyście mnie wtedy zapytali, tylko takie wyjaśnienie potrafiłbym przedstawić. Dzisiaj zdaję sobie sprawę z tego, że mój autyzm niemal uniemożliwiał mi funkcjonowanie w złożonej dynamice społecznej korporacji. Ludzie zawsze mówili jedno, ale mieli na myśli drugie i oczekiwali ode mnie, że będę podążał za subtelnymi towarzyskimi wskazówkami, a ja przecież nie miałem nawet pojęcia, że istnieją. Byłem wzorowym inżynierem, ale jako menedżer zawiodłem na całej linii, bo byłem ślepy na to, co powinienem był dostrzegać. Dzisiaj widzę, że wystartowanie z własnym małym interesem było najprawdopodobniej najlepszą rzeczą, jaką mogłem zrobić.
Mój nowy biznes potrzebował jakiejś nazwy i chciałem, żeby to było coś fajnego. Problem jednak polegał na tym, że koncerny samochodowe zastrzegły swoje marki, więc nie mogłem kazać na siebie mówić John Robison Magik Od Mercedesów czy John Władca Land Roverów. Gdy przyjrzałem się dilerom, którzy wyznaczyli standardy wiarygodności w biznesie samochodowym, spostrzegłem, że wiele firm ma na szyldach nazwiska swoich właścicieli, coś w rodzaju Bob Baker Motors. Rozważywszy ostrożnie wszystkie za i przeciw, zdecydowałem się zrobić to samo i moja firma otrzymała nazwę J E Robison Service. Uzbrojony we własną markę zacząłem opowiadać wszystkim, którzy chcieli słuchać, że mój zakład to najlepsze miejsce w Nowej Anglii, gdzie można kupić lub naprawić używanego mercedesa, jaguara czy land rovera. Zaczynałem skromnie, ale koniecznie chciałem znaleźć pokrycie dla swoich obietnic. Po usłyszeniu takich przechwałek moi pierwsi klienci musieli być w lekkim szoku, widząc, że pracuję w garażu znajdującym się za niewielkim domem w South Hadley.
Przejście na własny rachunek wiązało się również z nieoczekiwanymi zyskami. Gdy pracowałem w korporacji, moja astma niemal wymknęła się spod kontroli. Było źle do tego stopnia, że miesięczną dawkę albuterolu w inhalatorze zużywałem w ciągu tygodnia, a pod wpływem lekarstwa byłem niespokojny, roztrzęsiony i spięty. W końcu nawet inhalator przestał mi wystarczać - w ciągu ostatnich paru lat cztery czy pięć razy wylądowałem na pogotowiu. Ostatni atak był tak ciężki, że nie mogłem tam wejść o własnych siłach, więc Niedźwiadek musiała mnie przewieźć z samochodu w wózku inwalidzkim.
Lekarz popatrzył na mnie jak na nieposłusznego dzieciaka i powiedział:
- Masz chroniczną astmę. Musisz systematycznie przyjmować leki, a jeśli ci się pogorszy, również sterydy. To już ci nie przejdzie.
Mylił się. Kiedy pozbyłem się stresu związanego z robotą, której nienawidziłem, i przestałem próbować zostać kimś, kim nie byłem, moja astma ustąpiła. Inhalator, który miałem w kieszeni ostatniego dnia w pracy, wystarczył mi na miesiąc, a następny już na trzy miesiące. Byłem na najlepszej drodze do wyleczenia.
Wiedziałem, że będę potrzebował energii, bo dziecko każdego dnia stawało się bardziej rzeczywiste. Niedźwiadek znacznie powiększyła swoją objętość, a jej lekarz utrzymywał, że z dzieckiem wszystko w porządku.
Im Niedźwiadek bardziej rosła, tym ciężej pracowałem. Nie miałem pojęcia, ile czasu zajmuje taki niemowlak i ile pieniędzy może kosztować. Zakładałem, że mnóstwo - zarówno jednego, jak i drugiego. Kupowałem więc tak wiele samochodów, jak tylko potrafiłem znaleźć, i sprzedawałem ponad dwadzieścia miesięcznie. Niestety, samo sprzedawanie to za mało. Musiałem sprzedawać z zyskiem, co było znacznie trudniejsze, niż się spodziewałem. Mimo moich wysiłków zasoby na naszym koncie bankowym systematycznie topniały.
Dodatkowy problem polegał na tym, że jesienią 1989 roku gospodarka padła na pysk, dokładnie wtedy, kiedy startowałem z własnym interesem. Wiele firm wówczas ucierpiało, z czego nie zdawałem sobie sprawy, bo wszystko było dla mnie nowe. Tymczasem zmiany powodowane przez lecącą na łeb na szyję gospodarkę były boleśnie oczywiste, bo auta, które kupowałem za dziesięć kawałków, parę miesięcy później byłem w stanie sprzedać ledwie za siedem.
Nim minął mój pierwszy rok w biznesie, byłem niemal spłukany. Zacząłem panikować. Dziecko miało pojawić się lada dzień, a ja nie miałem pojęcia, co robić. Ale kiedy poskarżyłem się Niedźwiadkowi, ona z kolei opowiedziała mi, jak źle znosiła tę ciążę. Początek był całkiem przyjemny, ale im dłużej to trwało, tym bardziej była chora. W końcu lekarze orzekli, że Niedźwiadek ma wrzody żołądka. Kiedy to usłyszałem, przeraziłem się, że może w ogóle nie jest w ciąży! Może coś innego rosło tam w środku - rak albo coś jeszcze gorszego? Myślałem, że pozbyłem się stresu na dobre, ale on wrócił z podwójną siłą. Wszystko szło źle.
Sądzę, że w chorobie Niedźwiadka najbardziej przerażało mnie to, że nie chciała się skończyć. Co mam na myśli? Czytałem dużo książek historycznych i wiedziałem, że niektórym mamom zdarzało się umierać podczas porodu. A śmierć na pewno była bardziej prawdopodobna, gdy rodząca kobieta była chora. Co oznaczało, że nie tylko mogę stracić małżonkę, ale też, że całkiem sam będę musiał dbać o dziecko i swój nowy biznes. Na pewno nie dałbym rady. Sama myśl o tym mroziła krew w żyłach.
Gdy pracowałem w Milton Bradley, jeden z inżynierów wyhodował sobie wrzody żołądka. Dowiedział się, że jest chory, gdy zarzygał nam w firmie całą łazienkę i odwieźli go do szpitala. Biedak prawie umarł. Bałem się, że to samo może się przydarzyć Niedźwiadkowi, i zastanawiałem się, jaki los czekałby w tym wypadku nasze dziecko.
Próbowałem sobie wmówić, że wszystko będzie dobrze, ale jej stan się nie polepszał. Żyłem w ciągłym niepokoju. Moje lęki rosły. Przestałem się zamartwiać, że umrze, i zacząłem się bać, że już do końca życia będzie trwać w tym chorym letargu. To byłoby w pewnym sensie jeszcze gorsze. Robiłem, co mogłem, by być dobrym mężem i dobrym pre-tatą, ale tak naprawdę nie wiedziałem, co mam robić. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia ani z ciążą, ani z niemowlęciem i nie wiedziałem, czy jej sytuacja była wyjątkiem, czy regułą. W żadnych źródłach nie znalazłem związku pomiędzy ciążą a wrzodami. Lekarze też nie potrafili mi pomóc.
- Czasem takie rzeczy się zdarzają - mówili, tak jakby to mnie miało pocieszyć.
"Czasem kobiety umierają w połogu" - było jedyną odpowiedzią, jaka przychodziła mi na myśl, więc siedziałem cicho. Było oczywiste, że nie dysponują żadnymi twardymi faktami, tylko opiniami i mętną nadzieją.
Niektórzy faceci zapewne wypytaliby przyjaciół. Tyle że ja nie miałem zbyt wielu przyjaciół. Zresztą i tak byłem zbyt nieśmiały, by o to pytać. Czułem się niezręcznie na samą myśli o rozmowie na ten temat z rodzicami, a mój braciszek był ledwie pełnoletni i mieszkał w Chicago, więc żaden był z niego pożytek. Trzymałem więc swoje lęki dla siebie. Im częściej Niedźwiadek narzekała, tym bardziej się zadręczałem. Każdy nowy problem sprawiał, że jeszcze bardziej bałem się, że zdrowy dzidziuś, na którego tak bardzo liczyłem, nigdy się nie pojawi. Skoro ona była "zepsuta", bo tak o tym myślałem, a dziecko w niej rosło, bałem się, że i ono będzie "zepsute".
Ona widziała to wszystko zupełnie inaczej. Była święcie przekonana, że doświadcza najtrudniejszej ciąży, jaką kiedykolwiek przyszło znosić matce na tym łez padole, ale znosiła ją, bo wierzyła, że na końcu czeka ją najcudowniejsze dziecko świata. Uważała, że jestem niewdzięcznym łajdakiem i człowiekiem małej wiary, który w dodatku nie umiał się o nią należycie zatroszczyć. Dzisiaj zdaję sobie sprawę z tego, że po prostu chciała, żebym ją bardziej wspierał i podtrzymywał na duchu, ale wtedy byłem tak przerażony, że nie było ze mnie żadnego pożytku.
Znalazłem się w potrzasku. Niedźwiadek chciała, żebym przyjął do wiadomości jej stan, ale im bardziej docierało do mnie, jak musi być jej ciężko, tym bardziej bałem się o nią i dziecko.
Najbardziej konstruktywnym pomysłem, na jaki było mnie stać, była praca, która bez względu na okoliczności miała zapewnić nam finansowe bezpieczeństwo. Niestety, z tygodnia na tydzień coraz szybciej staczałem się ku niewypłacalności, zaciągając jeden kredyt, by móc spłacić drugi.
I gdy już myślałem, że to już koniec, pojawiło się wybawienie, w najbardziej niespodziewanej formie. Sprzedawałem niebieskiego mercedesa kabriolet starszemu panu z obcym akcentem. Zaczęliśmy rozmawiać i złożył mi propozycję:
- Dobry ten twój biznes. Potrzebujesz tylko kapitału obrotowego. Gdybym wyłożył trochę pieniędzy, mógłbyś kupować więcej samochodów - powiedział. - Zyskami podzielimy się fifty-fifty. Ty będziesz robił swoje, a ja dostarczę gotówkę. Co o tym myślisz?
Jakby tego było mało, zaoferował znacznie więcej.
- W moich zakładach budowlanych w Springfield jest pusty warsztat. Musisz mieć miejsce na rozwój. Może wyprowadzisz się już ze swojego podwórka i urządzisz w mieście? Tam przecież są twoi klienci.
Miał rację we wszystkim, co mówił. Pracując w domu, dalej zajść nie mogłem.
Miałem poczucie, że to zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Ale wiosną 1989 roku, gdy przenosiłem swój biznes do Springfield, byłem pełen nadziei. Dziecko miało się urodzić w kwietniu, więc musiałem działać szybko. Ostatnie pieniądze wydałem na podnośnik hydrauliczny, dzięki któremu mogłem pracować pod samochodami bez wczołgiwania się pod nie na plecach. Objechałem całą okolicę, wtykając za wycieraczki aut ulotki reklamujące mój nowy biznes. Gdziekolwiek zobaczyłem mercedesa, BMW czy inny wypasiony samochód, tam zostawiałem swoją małą reklamę. A potem zacisnąłem kciuki i zacząłem się modlić.
Równocześnie jeździłem do dużego dilera pod Bostonem w poszukiwaniu aut, które mógłbym kupić. Było coraz ciężej. Gdy zaczynałem, wydawało mi się, że to będą łatwe pieniądze. Miałem kupować samochód za dziesięć tysięcy i sprzedawać kilka dni później za dziesięć pięćset. Nie byłby to wielki zysk, ale stały. Gdyby tylko udało się go utrzymać.
Kiedy gospodarka się załamała, każdy pojazd, który miałem na stanie, stracił na wartości. Na kilku wyszedłem na zero, ale na większości z nich straciłem tysiące. Popyt zdechł.
Mój nowy partner spodziewał się, że forsa, którą włożył w samochody zacznie się zwracać. Nie zaczęła. Przeciwnie, topniała w zastraszającym tempie. Jak nałogowy hazardzista podwoiłem stawkę, kupując jeszcze więcej aut. Myślałem, że są już tak tanie, że nie mogę na nich stracić, ale myliłem się. Pieniądze mojego partnera wyparowały równie szybko, jak moje własne.
Wtedy zrobił się niemiły. Chociaż niemiły to za mało powiedziane. Tak naprawdę stał się absolutnie niebezpieczny.
Wspomniałem komuś ze współpracowników o swojej sytuacji i usłyszałem:
- To ty o niczym nie wiesz? Rodzina twojego inwestora robi w wymuszeniach, lepiej z nimi nie zadzierać.
Gdy dopytałem, co właściwie miał na myśli, otrzymałem pięciominutowy opis działalności mafii w Nowej Anglii. To nie byli ludzie, którym warto wchodzić w drogę. Zrobiło mi się niedobrze.
Pieniądze, które mój znajomy zainwestował w samochody, tak naprawdę nie były inwestycją. To była pożyczka, z gatunku tych, które trzeba spłacić bez względu na okoliczności. Nie miałem wyjścia, musiałem jakoś wygrzebać się z tego bagna. To proste, wmawiałem sobie. Wystarczy, że zarobię mnóstwo pieniędzy i spłacę swojego partnera. Musiałem to zrobić bez względu na dodatkowe komplikacje, w postaci przygotowań do narodzin dziecka, a niewiele później - zajmowania się tym dzieckiem. Jak na razie nie szło mi zbyt dobrze, ale przecież jutro był nowy dzień.