Wybuchowa dwójka - Justyna Wnuk

-
Proszę czekać

Tobias

Trzy­na­ście lat wcze­śniej

Wier­ci­łem się nie­spo­koj­nie na krze­śle, co chwi­lę zer­ka­jąc na ze­ga­rek wi­szący nad wiel­ką, czar­ną ta­bli­cą na wprost mnie. Od­li­cza­łem mi­nu­ty do dzwon­ka i ko­ńca lek­cji. Wy­da­wa­ło mi się, że mi­nął już cały dzień, a wska­zów­ki ze­ga­ra w ogó­le się nie prze­miesz­cza­ły. By­łem pod­eks­cy­to­wa­ny, bo wie­dzia­łem, że ze szko­ły od­bie­rze mnie tata, a po­tem za­bie­rze na far­mę. Je­ździ­li­śmy tam co ty­dzień, w ka­żdy pi­ątek, na na­sze męskie strze­lan­ki. To na­sza mała ta­jem­ni­ca, któ­rą ukry­wa­li­śmy przed mat­ką.

- To­bias, czy sko­ńczy­łeś już wszyst­kie za­da­nia? - za­py­ta­ła na­uczy­ciel­ka ma­te­ma­ty­ki. Była nowa, pra­co­wa­ła w na­szej szko­le od ja­kie­goś ty­go­dnia.

Na moje nie­szczęście zo­sta­łem usa­dzo­ny w ław­ce z jej sy­nem, któ­ry de­ner­wo­wał mnie od pierw­sze­go dnia.

Kie­dy rok temu prze­nio­słem się do tej szko­ły, ka­żdy, co do jed­ne­go, był dla mnie prze­sad­nie miły, na­wet na­uczy­cie­le. Wie­dzia­łem, że mat­ka do­fi­nan­so­wy­wa­ła po­przed­nią pla­ców­kę, bo na ka­żdym ape­lu czy ze­bra­niu cała rada pe­da­go­gicz­na prak­tycz­nie ca­ło­wa­ła ją po sto­pach, a mi wręcza­li za to dy­plo­my i wcho­dzi­li w ty­łek.

- Tak. - Chwy­ci­łem za gór­ny róg kart­ki i po­ma­cha­łem nią w po­wie­trzu.

Na ten ruch Sa­mu­el sap­nął coś pod no­sem, ale nie usły­sza­łem co. Choć mia­łem ocho­tę zdzie­lić chło­pa­ka łok­ciem, zi­gno­ro­wa­łem go.

- Na­praw­dę? - za­py­ta­ła za­sko­czo­na i za­częła kie­ro­wać się w stro­nę na­szej ław­ki.

Już w po­przed­niej szko­le by­łem wzo­ro­wym uczniem i mia­łem naj­wy­ższą śred­nią. Kie­dy kla­sa za­czy­na­ła dru­gie za­da­nie, ja ko­ńczy­łem ostat­nie. Wiem, że wy­cho­waw­czy­ni roz­ma­wia­ła z moją mat­ką, by prze­nie­ść mnie do wy­ższej kla­sy. Przez wi­ęk­szo­ść lek­cji nu­dzi­łem się i cze­ka­łem, aż wszy­scy sko­ńczą. Tak jak te­raz, a nudę za­bi­ja­łem szki­co­wa­niem. Od­wzo­ro­wy­wa­łem wła­śnie mia­sto Ma­jów Uxmal oraz słyn­ną Pi­ra­mi­dę Cza­row­ni­ka, któ­ra le­ża­ła na pó­łwy­spie Ju­ka­tan.

- Dla­te­go ma­lu­je te­raz te swo­je bo­ho­ma­zy - ode­zwał się jej głu­pi sy­na­lek i si­ęgnął po moją kart­kę.

Mo­ich rze­czy się nie do­ty­ka.

Nim się zo­rien­to­wa­łem, ołó­wek, któ­ry trzy­ma­łem, był wbi­ty w śro­dek jego dło­ni.

Głu­pek darł się jak nie­nor­mal­ny, a po twa­rzy po­pły­nęły mu łzy.

Mógł się trzy razy za­sta­no­wić, za­nim coś zro­bił, a nie te­raz be­czeć.

- To­bias, coś ty zro­bił?! Do dy­rek­to­ra, na­tych­miast!

Całe dwie mi­nu­ty, kro­cząc sze­ro­kim ko­ry­ta­rzem szkol­nym, na­uczy­ciel­ka ma­te­ma­ty­ki gło­śno wy­ra­ża­ła swo­ją nie­po­chleb­ną opi­nię na te­mat mo­je­go za­cho­wa­nia. Pro­du­ko­wa­ła się, ale jej nie słu­cha­łem. Uwa­ża­łem, że nie mia­ła ra­cji. Po­win­na zwró­cić uwa­gę Sa­mu­elo­wi, lecz oczy­wi­ście tego nie zro­bi­ła, bo swo­je­go syna trak­to­wa­ła ina­czej niż resz­tę kla­sy.

To miał być mój pierw­szy raz na dy­wa­ni­ku. Spo­dzie­wa­łem się, że do­sta­nę ochrzan od dy­rek­to­ra i mnie wy­pu­ści, bo co niby in­ne­go? Bar­dziej się za­sta­na­wia­łem, czy oj­ciec się wku­rzy i zre­zy­gnu­je z na­szych pla­nów na ten dzień.

Gdy tyl­ko dy­rek­tor Ra­mi­rez do­strze­gł mnie w pro­gu swo­je­go ga­bi­ne­tu, cała krew od­pły­nęła z jego twa­rzy. Był bla­dy jak ścia­na za nim.

- Ten chło­pak... - Na­uczy­ciel­ka nie zdąży­ła sko­ńczyć, bo mężczy­zna chwy­cił ją za przed­ra­mię i za­czął szep­tać coś do ucha.

Nie mia­łem po­jęcia co, ale z ka­żdą se­kun­dą jej oczy ro­bi­ły się wi­ęk­sze, a dło­nie drża­ły moc­niej.

- Bar­dzo prze­pra­sza­my, To­bias. Do­szło do nie­po­ro­zu­mie­nia. Pani Mar­ti­nez nie zna jesz­cze do­brze za­sad pa­nu­jących w na­szej szko­le, bo jak wiesz, pra­cu­je u nas do­pie­ro od ty­go­dnia. Bar­dzo ża­łu­je, że w ogó­le cię tu przy­pro­wa­dzi­ła.

Ona na­wet nie po­wie­dzia­ła, co się sta­ło...

Na­uczy­ciel­ka na jed­nym wde­chu wy­rzu­ci­ła swo­je prze­pro­si­ny. Za­pew­ni­ła mnie, że za­raz po po­wro­cie do kla­sy jej syn zro­bi to samo.

Skrzy­wi­łem się, bo nie mia­łem po­jęcia, co się wła­ści­wie dzie­je. Ta na­gła zmia­na za­cho­wa­nia była dziw­na.

- Mam na­dzie­ję, że ta sy­tu­acja zo­sta­nie mi­ędzy nami - ode­zwał się ner­wo­wo dy­rek­tor i prze­ta­rł kro­pel­ki potu, któ­re ze­bra­ły się na jego czo­le.

- To zna­czy? - Unio­słem brew, za­cie­ka­wio­ny.

- My­ślę, że nie mu­sisz wspo­mi­nać o tym swo­im ro­dzi­com. - Od razu wy­chwy­ci­łem drże­nie w jego gło­sie. - Na­praw­dę nic się nie sta­ło. Je­steś naj­lep­szym uczniem w na­szej szko­le i na pew­no pani Mar­ti­nez źle coś zro­zu­mia­ła i bar­dzo tego ża­łu­je. - Dy­rek­tor po­pa­trzył gniew­nie na moją na­uczy­ciel­kę, któ­ra tak moc­no ki­wa­ła gło­wą, jak­by za­miast szyi mia­ła ga­la­ret­kę.

Śmie­szy­ło mnie ich za­cho­wa­nie i za­cząłem na­bie­rać co­raz to wi­ęk­szych po­dej­rzeń. Wie­dzia­łem, że ro­dzi­ce byli bar­dzo bo­ga­ci, przy­ja­źni­li się z dy­rek­to­rem biu­ra fe­de­ral­ne­go, a lu­dzie ich sza­no­wa­li. W po­przed­nim mie­ście dzia­ło się tak samo, ale to... To mi się po­do­ba­ło.

Przy­po­mnia­ła mi się roz­mo­wa ro­dzi­ców, któ­rą pod­słu­cha­łem wczo­raj. Wspo­mi­na­li o wy­rwa­niu chwa­stów, eli­mi­na­cji prze­ciw­ni­ków i o ja­kiś za­sa­dach. Na­sza ochro­na, za­wsze ma­jąca przy so­bie broń, a ta­kże lu­dzie dla nas pra­cu­jący cho­dzi­li przy nas jak na szpil­kach. Nie ro­zu­mia­łem, z cze­go to do­kład­nie wy­ni­ka­ło, ale je­den wzrok mat­ki czy ojca i wszy­scy cho­wa­li gło­wy w piach.

- Dla­cze­go mia­łbym o tym nie wspo­mnieć? - za­py­ta­łem z lek­kim uśmiesz­kiem.

Na moje sło­wa Ra­mi­rez chwy­cił się kra­wędzi biur­ka, by nie stra­cić rów­no­wa­gi. Wy­glądał, jak­by miał za­raz do­stać za­wa­łu.

Pra­wie się ro­ze­śmia­łem.

- To się wi­ęcej nie po­wtó­rzy, To­bias. Bar­dzo prze­pra­sza­my.

***

Oj­ciec jed­ną ręką pro­wa­dził sa­mo­chód, a w dru­giej trzy­mał te­le­fon przy uchu. Krzy­czał na ko­goś po wło­sku. Po­mi­mo że uczy­łem się tego języ­ka do­pie­ro od dwóch mie­si­ęcy, już bar­dzo wie­le po­tra­fi­łem prze­tłu­ma­czyć. I je­śli do­brze zro­zu­mia­łem, mó­wił coś o oso­bi­stej spra­wie, szyb­kiej śmier­ci, że resz­tą zaj­mie się mat­ka, bo dzi­siaj jest jego dzień ojca z sy­nem. Pó­źniej coś jesz­cze, ale te sło­wa aku­rat były mi obce. Wie­dzia­łem, że mu­szę jesz­cze bar­dziej przy­ło­żyć się do na­uki, choć uczy­łem się jed­no­cze­śnie trzech języ­ków. Ro­dzi­ce po­słu­gi­wa­li się kil­ko­ma i ja też mia­łem taki za­miar.

Przy­gląda­łem mu się przez chwi­lę, lecz nie za­da­wa­łem py­tań. Oj­ciec wy­da­wał się prze­ko­na­ny, że nie zro­zu­mia­łem nic z jego słów. Po­sta­no­wi­łem też nie wspo­mi­nać o sy­tu­acji w szko­le. Wró­ci­łem do czy­ta­nia ksi­ążki Bu­szu­jący w zbo­żu.

- Za­ła­twię coś szyb­ko w ho­te­lu, a Rol­ko, Char­lie i Ian z tobą zo­sta­ną. A po­tem, tak jak za­wsze, po­je­dzie­my po­strze­lać - ode­zwał się oj­ciec i po­czo­chrał mi wło­sy, jak ja­kie­muś ma­łe­mu dziec­ku, a prze­cież mia­łem już pra­wie trzy­na­ście lat i po­tra­fi­łem po­słu­gi­wać się bro­nią.

Tak na­praw­dę czu­łem się już mężczy­zną. Chcia­łem być taki jak on, by lu­dzie na mój wi­dok tak samo re­ago­wa­li i mnie sza­no­wa­li.

Wi­dząc moją skwa­szo­ną minę, za­śmiał się gar­dło­wo.

- O ja­kiej szyb­kiej śmier­ci mó­wi­łeś, tato?

Wy­ba­łu­szył oczy. Tym ra­zem to on za­czął mi się przy­glądać. Tak jak my­śla­łem, sądził, że nic nie zro­zu­mia­łem.

- Ci­ągle za­po­mi­nam o tym, ja­kim je­steś mądrym, ma­łym mężczy­zną. Po­roz­ma­wia­my, gdy wró­cę, synu.

Pod­je­cha­li­śmy przed ho­tel, któ­ry był na­szą wła­sno­ścią. Oj­ciec za­czął kie­ro­wać się w stro­nę głów­ne­go we­jścia, a ja cze­ka­łem przed au­tem z trze­ma ochro­nia­rza­mi.

- Czym tak na­praw­dę zaj­mu­ją się ro­dzi­ce, Roko? - za­py­ta­łem, kie­dy on ob­ser­wo­wał oto­cze­nie jak ja­kiś ja­strząb, go­to­wy w ka­żdej chwi­li rzu­cić się na swo­ją ofia­rę.

Całą szy­ję miał po­kry­tą ta­tu­aża­mi. Już sam jego wy­gląd od­stra­szał. Na do­da­tek był bar­dzo wy­so­ki. Mia­łem już metr sie­dem­dzie­si­ąt wzro­stu, a on chy­ba po­nad dwa. Mu­sia­łem za­dzie­rać gło­wę, by spoj­rzeć mu w oczy.

Nie zdążył od­po­wie­dzieć, bo z le­wej stro­ny nad­je­chał czar­ny Jeep, a po­tem wy­sko­czy­ło z nie­go kil­ku mężczyzn. Roko za­sło­nił mnie wła­snym cia­łem, wy­ci­ągnął z ma­ry­nar­ki broń, a za­raz po­tem pa­dła se­ria strza­łów. Char­lie i Ian krzy­cze­li coś nie­zro­zu­mia­le i tak samo jak Roko otwo­rzy­li ogień.

- Scho­waj się za sa­mo­chód, To­bias! - krzy­czał Roko.

Sły­sza­łem wszyst­ko jak przez mgłę. Ka­żdy ko­lej­ny huk mnie ogłu­szał. Ser­ce wa­li­ło mi jak mło­tem, ale po­słu­cha­łem go, osła­nia­jąc ręka­mi gło­wę. Na zgi­ętych no­gach rzu­ci­łem się w stro­nę ba­ga­żni­ka, by unik­nąć kul.

Wrza­wa, pa­ni­ka lu­dzi, nie­zro­zu­mia­łe krzy­ki, to wszyst­ko przy­po­mi­na­ło sen.

Na­gle Roko osu­nął się na zie­mię, a broń wy­pa­dła mu z ręki. Jego ko­szu­la była cała we krwi. Za­ci­ska­łem moc­no dło­nie w pi­ęści i mo­głem tyl­ko pa­trzeć, jak mój ochro­niarz umie­ra na jezd­ni. Wal­czył o od­dech, kil­ka razy za­trze­po­tał po­wie­ka­mi, a po­tem za­mknął oczy na do­bre.

Pierw­szy raz w ży­ciu wi­dzia­łem nie­bosz­czy­ka. I wte­dy od razu po­my­śla­łem o ojcu. Wie­dzia­łem, że też gdzieś tam był. Na samą myśl, że może sko­ńczyć jak Roko, pra­wie zwy­mio­to­wa­łem.

Nie wie­dzia­łem, co so­bie w ogó­le my­śla­łem, ale to był im­puls. Prze­czo­łga­łem się po zie­mi jak żo­łnierz i drżącą dło­nią si­ęgnąłem po splu­wę, któ­rą wy­pu­ścił mar­twy ochro­niarz.

Po­tra­fisz to zro­bić, po­tra­fisz to zro­bić, po­wta­rza­łem w gło­wie.

Po­de­rwa­łem się na nogi i za­ci­snąłem w dło­niach pi­sto­let, a po­wie­trze znów prze­ci­ęły po­ci­ski. Wte­dy zo­ba­czy­łem ojca dzie­rżące­go dwie splu­wy. Naj­pierw strze­lił jed­ne­mu nie­zna­jo­me­mu w śro­dek gło­wy, za­raz po­tem ko­lej­ne­mu. Od­da­wał strza­ły bez za­wa­ha­nia, jak­by ro­bił to ka­żde­go dnia.

Moje oczy pew­nie przy­po­mi­na­ły sta­re mo­ne­ty pi­ęćdzie­si­ąt peso.

Wi­dzia­łem już, jak strze­la, ale ni­g­dy do lu­dzi. W tym mo­men­cie wy­glądał jak dia­beł, nie jak mój tata. Kie­dy mnie do­strze­gł, za­czął krzy­czeć, że mam się scho­wać, ale prze­sta­łem go słu­chać, gdy za­uwa­ży­łem, że zza Je­epa wy­ło­nił się mężczy­zna, któ­ry ce­lo­wał w ple­cy Char­lie­go.

Char­lie był dla mnie jak ro­dzi­na.

Ni­g­dy nie czu­łem po­dob­nej de­ter­mi­na­cji. Jak­by wszyst­ko się za­trzy­ma­ło. Czu­łem w ka­żdym ka­wa­łku cia­ła, jak biło mi ser­ce.

Unio­słem broń, wy­mie­rzy­łem ją w stro­nę wro­ga, tak jak na­uczył mnie oj­ciec, i po pro­stu na­ci­snąłem na spust.

Bum!

Za­szu­mia­ło mi w uszach, siła wy­strza­łu od­rzu­ci­ła mnie do tyłu. Mężczy­zna, do któ­re­go ce­lo­wa­łem, osu­nął się na ko­la­na, trzy­ma­jąc za klat­kę pier­sio­wą, a po­tem jego twarz zde­rzy­ła się z be­to­nem.

Za­bi­łem czło­wie­ka. Za­bi­łem go.

Z od­da­li wi­dzia­łem ojca bie­gnące­go w moją stro­nę.

I wte­dy zro­zu­mia­łem, że ten mężczy­zna nie był ostat­nim, któ­re­go za­bi­ję...

Tobias

Obec­nie

- Shawn - zwró­ci­łem się do kel­ne­ra. - Sex on the be­ach dla tej pani. - Po­pa­trzy­łem na nowo po­zna­ną to­wa­rzysz­kę.

- Coś jesz­cze? - za­py­tał mężczy­zna, zbie­ra­jąc ze sto­łu pu­ste kie­lisz­ki.

- Tak, dla mnie jesz­cze raz czy­stą te­qu­ilę. - Wy­ci­ągnąłem kciuk w górę.

- Oczy­wi­ście, sze­fie. Już się robi.

W eks­pre­so­wym tem­pie ru­szył w stro­nę baru.

- Sek­sow­ny... - mruk­nęła blon­dy­na, zwra­ca­jąc na mnie swo­ją uwa­gę.

Może by­łem już lek­ko na rau­szu, ale na­dal po­tra­fi­łem do­ce­nić so­czy­ste usta i do­bre cyc­ki. Nie grze­szy­ła in­te­lek­tem, ale prze­cież nie chcia­łem się z nią że­nić.

- Świ­ętu­jesz coś? - Ob­li­za­ła sek­sow­nie krwi­sto­czer­wo­ne war­gi i prze­je­cha­ła dło­nią po moim udzie. Zde­cy­do­wa­nie pra­gnęła mo­je­go fiu­ta.

Gdy­bym te­raz uklęk­nął na lewe ko­la­no, z miej­sca przy­jęła­by moje oświad­czy­ny. Pa­zer­na suka już pew­nie w my­ślach li­czy­ła wszyst­kie moje mi­liar­dy i opra­co­wy­wa­ła ide­al­ny plan, jak zo­stać pa­nią Re­jes. Prze­ra­bia­łem to już set­ki razy. Za­wsze ko­ńczy­ło się tak samo. Mo­głem prze­bie­rać w pa­nien­kach jak w skle­pie z ciast­ka­mi. Kar­mel, wa­ni­lia, cze­ko­la­da, z po­le­wą, z na­dzie­niem lub do­dat­ko­wą po­syp­ką. Żyć, kur­wa, nie umie­rać. Może mia­łem już albo do­pie­ro, dwa­dzie­ścia sze­ść lat, ale czu­łem się za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go sty­lu ży­cia. By­łem mi­liar­de­rem oraz spad­ko­bier­cą for­tu­ny, o któ­rej świat na­wet nie sły­szał. Sy­nem kró­lo­wej i kró­la nar­ko­ty­ko­we­go świat­ka. Suma pie­ni­ędzy, jaką dys­po­no­wa­li ro­dzi­ce, zda­wa­ła się nie­wy­obra­żal­na. Jeff Bez­os i Elon Musk ra­zem wzi­ęci ze­szcza­li­by się z za­zdro­ści. A za kil­ka lat przej­mę cały ich biz­nes. No, chy­ba że do tego cza­su za­pi­ję się na śmie­rć.

Mu­sia­łem za­ko­ńczyć ten ma­ra­ton, bo tro­chę mnie po­nio­sło.

- Uro­dzi­ny. - Pu­ści­łem jej oczko i rów­nież prze­je­cha­łem opusz­ka­mi pal­ców po jej ko­la­nie.

Przy­gry­zła war­gę i chwy­ci­ła za szklan­kę, któ­rą wręczył jej mój bar­man.

Od kie­dy sko­ńczy­łem trzy­na­ście lat i do­wie­dzia­łem się, czym zaj­mu­ją się ro­dzi­ce, chcia­łem zo­stać częścią ich biz­ne­su. Na po­cząt­ku mie­li ogrom­ne oba­wy, ale z bie­giem lat wszyst­ko się zmie­ni­ło. A do­kład­nie w mo­men­cie, w któ­rym pierw­szy raz zo­sta­łem po­strze­lo­ny. Wi­dzia­łem już na­praw­dę wie­le, ale dzi­ęki temu uzbro­iłem się w pan­cerz. W ko­ńcu zo­sta­łem wy­szko­lo­ny przez sa­mych mi­strzów zło­te­go in­te­re­su. Obec­nie rządzę Pó­łnoc­ną Ame­ry­ką oraz ró­żne­go ro­dza­ju le­gal­ny­mi in­we­sty­cja­mi. Ci­ężką pra­cą mu­sia­łem za­słu­żyć so­bie na to sta­no­wi­sko, ale to była moja do­bro­wol­na de­cy­zja. Ta ciem­niej­sza stro­na jed­nak bar­dziej mnie kręci. Lu­bię ad­re­na­li­nę i ży­cie na kra­wędzi. Już samo moje na­zwi­sko bu­dzi strach. I to uczu­cie, kie­dy świat leży u two­ich stóp, a ty masz nad wszyst­kim wła­dzę. To chy­ba już za­wsze zo­sta­je we krwi.

- Masz dzi­siaj uro­dzi­ny? - za­py­ta­ła blon­di z uda­wa­nym za­sko­cze­niem, wy­ry­wa­jąc mnie z roz­my­ślań. Jej dłoń zna­la­zła się bli­sko mo­je­go kro­cza.

Ide­al­na ak­tor­ka. Pew­nie w to­reb­ce trzy­ma­ła całą moją me­try­kę, a w jej po­ko­ju stał ołta­rzyk z moim zdjęciem i z gów­nia­ny­mi ser­dusz­ka­mi wo­kół.

Ech. By­łem ulu­bie­ńcem pi­sma­ków. Moje zdjęcia pu­bli­ko­wa­no prak­tycz­nie w ka­żdej ga­ze­cie. Do­brze, że opi­sy­wa­li mnie jako nie­by­wa­le mądre­go i przy­stoj­ne­go fi­lan­tro­pa. Co oczy­wi­ście było praw­dą.

- Mo­żna tak po­wie­dzieć. Od ze­szłe­go ty­go­dnia nie sko­ńczy­łem jesz­cze świ­ęto­wać. - Po­sła­łem jej krzy­wy uśmie­szek.

Kil­ku zna­jo­mych, w tym przy­ja­ciel Rafa, sie­dzący po le­wej stro­nie, ro­ze­śmia­ło się na ja­kiś głu­pi tekst, któ­ry opo­wia­da­ła kom­pan­ka mo­jej dzi­siej­szej zdo­by­czy. On też miał dziś za­li­czyć. Z przy­kro­ścią jed­nak mu­sia­łem stwier­dzić, że tra­fi­ła mu się ta gor­sza przy­ja­ció­łka, ale on ni­g­dy nie na­rze­kał. Po­zo­sta­wał do bólu lo­jal­ny, tak samo jak jego oj­ciec.

Było o rok młod­szy, a z nas dwóch wy­da­wał się roz­sąd­niej­szy. Za­wsze mo­głem na nie­go li­czyć. Tak na­praw­dę oprócz mo­jej ro­dzi­ny ufa­łem tyl­ko jemu. Po­tra­fił usta­wić mnie do pio­nu i spra­wić, by ca­łko­wi­cie mi nie od­bi­ło. Po­sia­da­jąc tak wie­le, cza­sa­mi się o tym za­po­mi­na. Przy­ja­źni­li­śmy się od pra­wie pi­ęt­na­stu lat. Ra­zem się wy­cho­wy­wa­li­śmy i był dla mnie jak brat, a moi ro­dzi­ce trak­to­wa­li go jak syna. Jego oj­ciec, An­se­lo Al­fa­ro, pra­co­wał nie­gdyś jako wier­ny czło­wiek mo­je­go dziad­ka, a pó­źniej mat­ki. Ro­dzi­ce za­opie­ko­wa­li się Rafą i jego star­szym o sie­dem lat bra­tem, kie­dy mój pie­przo­ny wu­ja­szek Jor­ge ode­brał ży­cie ich ojcu, bo mie­li tyl­ko jego. Mat­ka zma­rła w trak­cie po­ro­du Rafy. Cho­ciaż tyle mo­gli zro­bić, by za­pew­nić im do­god­ne i luk­su­so­we wa­run­ki do ko­ńca ich dni.

- Chcia­ła­bym ofia­ro­wać ci pre­zent. Będziesz mógł go od­pa­ko­wać, ale nie tu­taj - wy­szep­ta­ła mi do ucha Bar­bie, po czym ści­snęła mo­je­go fiu­ta przez ma­te­riał spodni.

No i tyle mi wy­star­czy­ło.

- To twój szczęśli­wy dzień, dzie­cin­ko. - Wy­szcze­rzy­łem do niej zęby i pu­ści­łem jej oczko, na co pra­wie ze­mdla­ła. Klep­nąłem przy­ja­cie­la w ple­cy, by prze­nió­sł na mnie uwa­gę. - Mo­że­cie się ba­wić do sa­me­go rana. Wszyst­ko na mój koszt. - Wsta­łem i na­wet nie zdąży­łem chwy­cić blon­dy­ny za dłoń, a ona już wi­sia­ła na mo­jej szyi i uśmie­cha­ła się sze­ro­ko.

Kie­dyś będę mu­siał się ustat­ko­wać, ale jesz­cze nie te­raz...

Mia­łem za­miar za­brać ją do naj­bli­ższe­go apar­ta­men­tu, w któ­rym pie­przy­łem wszyst­kie nowo po­zna­ne dziew­czy­ny. Na drew­nia­nym we­zgło­wiu za­czy­na­ło bra­ko­wać pu­ste­go miej­sca na ko­lej­ne kre­ski. Mu­sia­łem po­my­śleć o ta­bli­cy kor­ko­wej i kon­kret­nym sche­ma­cie. Po­nie­dzia­łki - bru­net­ki. Wto­rek - sza­tyn­ki. Śro­da, dzień loda - rude. Zde­cy­do­wa­nie te ostat­nie ci­ągnęły naj­le­piej. Czwar­tek - blon­dyn­ki. Pi­ątek - pa­sem­ka. So­bo­ta - som­bre, czy inne tam chuj­stwo. Nie­dzie­la - dzień świ­ęty.

- Baw się do­brze, pró­żny skur­czy­by­ku. - Rafa rzu­cił mi zu­chwa­ły uśmiech, po czym z po­wro­tem prze­nió­sł wzrok na nogi bru­net­ki.

Gdy­by ktoś inny ode­zwał się do mnie w ten spo­sób, to w naj­lep­szym wy­pad­ku zbie­ra­łby wszyst­kie zęby z podło­gi.

Ru­szy­li­śmy w stro­nę drzwi, a za­raz za nami mo­ich czte­rech ochro­nia­rzy. A ra­czej dwóch pra­cu­jących dla mo­jej cu­dow­nej ma­mu­ni oraz dwóch dla mnie. W miej­scach pu­blicz­nych nie ru­sza­łem się bez nich. Choć to po­staw­ni, wiel­cy fa­ce­ci, po­ru­sza­li się ni­czym cie­nie. Po cza­sie prak­tycz­nie o nich za­po­mi­na­łem, ale za­wsze trzy­ma­li się bli­sko. Jako na­sto­la­tek uwa­ża­łem to za prze­sa­dę i naj­wi­ęk­szą bzdu­rę, ale po któ­ry­mś z ko­lei za­ma­chu na moje ży­cie zmie­ni­łem zda­nie. I pla­no­wa­ły to nie ja­kieś wy­so­ko po­sta­wio­ne per­so­ny.

Gdy mia­łem czter­na­ście lat, od­de­chu chcie­li mnie po­zba­wić ja­cyś pod­rzęd­ni di­le­rzy z Cu­lia­cán, strze­la­jąc z ka­żdej stro­ny, w mój, na szczęście, ku­lo­od­por­ny sa­mo­chód. Tak, bo już wte­dy, dzi­ęki ojcu, po­tra­fi­łem pro­wa­dzić eks­klu­zyw­ne fury. Wów­czas zro­zu­mia­łem, że w po­je­dyn­kę mogę szyb­ko opu­ścić ten ziem­ski pa­dół. Za bar­dzo lu­bi­łem swo­je luk­su­so­we ży­cie, by zgi­nąć w taki spo­sób. Je­śli mia­łem kie­dyś opu­ścić ten świat, to w gło­śnym sty­lu.

Wy­szli­śmy przed eks­klu­zyw­ny klub znaj­du­jący się w cen­trum Los An­ge­les. Ochro­na zro­bi­ła nam prze­jście, by­śmy bez prze­szkód mo­gli do­stać się do mo­jej wier­nej ko­chan­ki - Lam­bor­ghi­ni Ve­ne­no. Sam mu­sia­łem po­wstrzy­mać się przed roz­ma­rzo­nym wes­tchnie­niem, gdy na nią pa­trzy­łem.

Mmm... Moja pi­ęk­na.

Im­pre­zo­wi­cze sto­jący przed we­jściem i cze­ka­jący na swo­ją ko­lej­kę, by do­stać się do klu­bu, z uzna­niem przy­pa­try­wa­li się mo­jej mi­ło­ści i pstry­ka­li jej fot­ki. Mowa tu oczy­wi­ście o moim su­per­sek­sow­nym au­tku. Blon­dy­na na wi­dok sa­mo­cho­du za­częła sa­pać jak mały pie­sek, a kie­dy we­szli­śmy do środ­ka i moje dziec­ko wy­da­ło ide­al­ny ryk sil­ni­ka, prak­tycz­nie po­si­ka­ła się na sza­ry, skó­rza­ny, ro­bio­ny na za­mó­wie­nie, fo­tel pa­sa­że­ra.

- Wow! - pi­snęła gło­śno, gdy kwa­drans pó­źniej prze­kro­czy­li­śmy próg mo­je­go pen­tho­use'a z wi­do­kiem na me­tro­po­lię.

Nie mia­łem cza­su ani ocho­ty na re­ko­ne­sans swo­jej to­wa­rzysz­ki. Chwy­ci­łem ją za kark i po­pro­wa­dzi­łem pro­sto do sy­pial­ni. Po dro­dze ka­za­łem jej zrzu­cić z sie­bie ten skra­wek ma­te­ria­łu słu­żący jako su­kien­ka.

Wy­gląda­ła nie­źle, ale bez sza­łu. Albo po pro­stu by­łem już zbyt wy­bred­ny.

- Na czwo­ra­ka - roz­ka­za­łem.

Blon­dyn­ka od razu spe­łni­ła po­le­ce­nie. Za­częła wal­czyć z moim pa­skiem w spodniach, a po chwi­li mia­ła mnie już w swo­ich ustach. Ssa­ła moc­no i szyb­ko, tak jak lu­bi­łem.

- Ci­ągniesz jak od­ku­rzać, dzie­cin­ko - rzu­ci­łem przez za­ci­śni­ęte szczęki.

Sza­nu­jąca się dziew­czy­na pew­nie po­czu­ła­by się po­ni­żo­na, ale ta wy­szcze­rzy­ła zęby i ci­ągnęła jesz­cze moc­niej. By­łem skur­czy­by­kiem, lecz za­wsze bra­łem to, co mi ofia­ro­wa­no. Prze­cież sama tego pra­gnęła. Do ni­cze­go nie zo­sta­ła zmu­szo­na. Na­wet nie chcia­ła mnie po­znać. Pra­gnęła tyl­ko jed­ne­go, więc jej to da­wa­łem. Uwa­ża­łem, że to i tak ogrom­ny prze­jaw mo­jej wspa­nia­ło­my­śl­no­ści. Wbrew temu, jaką mia­łem opi­nię, to one wy­ko­rzy­sty­wa­ły mnie, nie ja je.

Po kil­ku mi­nu­tach chwy­ci­łem ją w ta­lii i rzu­ci­łem na łó­żko. Ob­ró­ci­łem ją na brzuch, by nie wi­dzieć jej fa­cja­ty.

Moja zło­ta za­sa­da brzmia­ła - wszyst­kie bierz od tyłu i ni­g­dy nie patrz im w oczy, bo wte­dy za dużo so­bie wy­obra­ża­ją.

Po se­kun­dzie mój fiut, ubra­ny we frak, był już za­ko­pa­ny głębo­ko w niej. Za­cząłem pie­przyć ją od tyłu, moc­no i szyb­ko. Okrop­nie iry­to­wa­ły mnie te pi­skli­we jęki. Mu­sia­łem to jak naj­szyb­ciej za­ko­ńczyć i wca­le nie mia­łem ocho­ty jej za­do­wa­lać, jed­nak moja sam­cza duma mi na to nie po­zwo­li­ła. Do­pro­wa­dzi­łem ją do moc­ne­go or­ga­zmu, po czym po kil­ku mi­nu­tach do­sze­dłem w niej bez ja­kie­go­kol­wiek jęku. Bez sza­łu, bez fa­jer­wer­ków. Było co naj­mniej do­brze. Czte­ry na dzie­si­ęć, po­wie­dzia­łbym.

Wy­jąłem sprzęt, zdjąłem pre­zer­wa­ty­wę i wy­rzu­ci­łem ją do ko­sza sto­jące­go obok łó­żka, a po­tem, zmęczo­ny ty­go­dnio­wym ma­ra­to­nem, na­wet nie wiem, kie­dy od­pły­nąłem w głębo­ki sen.

Ta pio­sen­ka. Ta je­ba­na pio­sen­ka...

Po­czu­łem szarp­ni­ęcie, a za­raz po­tem usły­sza­łem ko­bie­cy głos.

- To­bias. To­bias - po­wta­rza­ła.

Prze­ta­rłem oczy, unio­słem po­wie­kę i za­uwa­ży­łem, że na dwo­rze już świ­ta. A co naj­gor­sze, blon­dy­na, któ­rą wczo­raj przy­pro­wa­dzi­łem, na­dal le­ża­ła naga w moim łó­żku.

Kur­wa, chy­ba na­praw­dę by­łem zmęczo­ny.

- Ko­cha­nie, twój te­le­fon ci­ągle dzwo­ni - po­wie­dzia­ła słod­kim gło­sem.

Ko­cha­nie? Po­stra­szy­ło ją do resz­ty?

Pró­bo­wa­łem wzro­kiem zlo­ka­li­zo­wać źró­dło tego okrop­ne­go ha­ła­su. Bar­bie była pierw­sza i chwy­ci­ła za moją ko­mór­kę ze sto­li­ka noc­ne­go.

- Od­da­waj - wark­nąłem.

Od razu wło­ży­ła mi ją do ręki, a na jej twa­rzy po­ja­wił się pło­chli­wy uśmiech.

Spoj­rza­łem na wy­świe­tlacz i wes­tchnąłem z iry­ta­cją.

Ode­bra­łem.

- Cze­go? - za­py­ta­łem po hisz­pa­ńsku.

- Sze­fo­wa Sa­ba­tia pró­bu­je się do cie­bie do­dzwo­nić od ja­kie­jś go­dzi­ny - ode­zwał się je­den z ochro­nia­rzy mo­jej mat­ki, któ­ry pew­nie stał pod drzwia­mi.

- Do­pie­ro się obu­dzi­łem. Mam je­ba­ne­go kaca i w moim łó­żku na­dal jest blon­dy­na, któ­rą wczo­raj pie­przy­łem. Więc daj mi chwi­lę, bo jesz­cze nie wszyst­ko ogar­niam.

- Chcia­łem tyl­ko prze­ka­zać, że twoi ro­dzi­ce będą u cie­bie za ja­kieś pięć mi­nut.

Ze­rwa­łem się gwa­łtow­nie na rów­ne nogi, na co dziew­czy­na wy­da­ła z sie­bie gło­śny pisk.

- Co się sta­ło? - Zła­pa­ła się za ser­ce.

Za­mknij się!

- Jak to za chwi­lę będą u mnie?

I jak na za­wo­ła­nie usły­sza­łem dzwo­nek do drzwi.

- Chy­ba pie­przo­ne pięć se­kund! - po­wie­dzia­łem wście­kle i rzu­ci­łem te­le­fon na łó­żko.

- Ubie­raj się, na­tych­miast! - roz­ka­za­łem blon­dy­nie.

- Sy­necz­ku mój, masz do­słow­nie se­kun­dę, żeby otwo­rzyć te drzwi, ina­czej je wy­wa­ży­my, a ja nie będę miła! - krzy­cza­ła mat­ka.

Ona ni­g­dy nie pusz­cza­ła słów na wiatr.

W eks­pre­so­wym tem­pie wło­ży­łem na sie­bie tyl­ko dre­so­we spodnie. Blon­dy­nie ka­za­łem za­cze­kać w sy­pial­ni, a sam ru­szy­łem w stro­nę ko­ry­ta­rza.

- Mamo? Tato? - za­py­ta­łem, kie­dy otwo­rzy­łem sze­ro­ko drzwi.

- Patrz go. Na­wet nie za­pro­si nas do środ­ka - rzu­ci­ła mat­ka.

Sztur­cha­jąc mnie w bark, prze­szła przez próg. Jak za­wsze wy­gląda­ła nie­na­gan­nie. Wy­stro­iła się w błękit­ną, opi­na­jącą cia­ło su­kien­kę przed ko­la­no i wy­so­kie, be­żo­we szpil­ki. Mie­li­śmy na­praw­dę do­bre geny, bo ci­ągle wy­gląda­ła jak na­sto­lat­ka.

Oj­ciec za­mknął mnie w nie­dźwie­dzim uści­sku i szcze­rzył zęby, za to ma­mu­nia wy­gląda­ła na wście­kłą. Żad­na no­wo­ść.

- Mam ci prze­wier­cić ten pie­przo­ny te­le­fon do ucha, że­byś za­czął go od­bie­rać?! - rzu­ci­ła wście­kle i ob­rzu­ci­ła mnie oce­nia­jącym spoj­rze­niem. Mla­snęła z nie­sma­kiem i po­de­szła do sto­li­ka, na któ­rym le­ża­ło pu­ste opa­ko­wa­nie po chi­ńsz­czy­źnie i bu­tel­ki.

- Ale masz tu syf. - Kręci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą i prze­świe­tla­ła ka­żdy kąt. Mia­ła ob­se­sje na punk­cie czy­sto­ści.

Miesz­ka­łem prak­tycz­nie wszędzie, gdzie ro­bi­łem in­te­re­sy. W ka­żdym mie­ście mia­łem swo­je apar­ta­men­ty i wła­sne ho­te­le.

- Sprzątacz­ka przy­cho­dzi do­pie­ro ju­tro. Zresz­tą, rzad­ko tu prze­by­wam - tłu­ma­czy­łem się jej, jak­bym miał na­dal pięć lat. Było w mat­ce coś ta­kie­go, że ro­bi­łem to au­to­ma­tycz­nie. To sza­cu­nek, ale i też mi­ło­ść.

Ko­cha­łem w ży­ciu trzy ko­bie­ty: mat­kę i dwie małe dia­bli­ce, czy­li moje sio­stry.

- Cze­mu za­wdzi­ęczam wa­szą wi­zy­tę? - Unio­słem brew.

- Od razu wi­dać, że to twój syn, Re­jes - rzu­ci­ła do ojca i na­dal kręci­ła gło­wą.

Wa­li­ła po na­zwi­skach, to zna­czy, że była zła.

- Ko­cha­nie - po­wie­dział ostrze­gaw­czo, ale wy­da­wał się roz­ba­wio­ny.

- To już na­wet nie mo­że­my od­wie­dzić Ksi­ęciu­nia? - sy­cza­ła. - My­śla­łam, że nie po­trze­bu­ję za­pro­sze­nia, żeby od­wie­dzić wła­sne­go syna?!

Oj­ciec za­śmiał się do­no­śnie.

- Oczy­wi­ście, że nie, ale je­stem tro­chę zdzi­wio­ny. Nie mó­wi­li­ście, że przy­la­tu­je­cie.

Ro­ze­śmia­ła się zło­wiesz­czo, po czym od razu spo­wa­żnia­ła.

- Oczy­wi­ście, że za­po­mniał. Od ty­go­dnia im­pre­zu­je. Wy­ślę go na cho­ler­ny od­wyk - war­cza­ła pod no­sem, kie­ru­jąc sło­wa do ojca. Cho­dzi­ła tam i z po­wro­tem, ob­rzu­ca­jąc wzro­kiem ka­żdy kąt. Za­cho­wy­wa­ła się, jak­by mnie tu nie było.

Od­kąd wy­lądo­wa­łem w tam­tą so­bo­tę w LA, po­sze­dłem w gru­be tan­go, ale prze­cież tyl­ko raz w roku ma się uro­dzi­ny. Na ogół tyle nie piję. Mam mnó­stwo rze­czy na gło­wie, więc cho­ciaż raz mo­głem po­rząd­nie za­sza­leć, a mat­ka za­cho­wu­je się co naj­mniej tak, jak­bym był al­ko­ho­li­kiem.

- Mam na­dzie­ję, że je­steś spa­ko­wa­ny? - za­py­tał tym ra­zem oj­ciec, igno­ru­jąc sło­wa żony.

Coś mnie omi­nęło? Co ona zno­wu wy­my­śli­ła?

- Spa­ko­wa­ny, na co?

- No, cho­le­ra, trzy­maj­cie mnie! Za­raz sko­pię mu ten umi­ęśnio­ny ty­łek! - wrza­snęła dia­bo­licz­na ro­dzi­ciel­ka. - Prze­cież w śro­dę jesz­cze mu przy­po­mi­na­łam. Nie mam za­mia­ru kon­tak­to­wać się z moim pier­wo­rod­nym przez pie­przo­ną se­kre­tar­kę.

Śro­da dzień loda, ma­mu­niu.

- Za dwie go­dzi­ny wy­la­tu­je­my do Włoch, za­po­mnia­łeś? - Oj­ciec zro­bił minę, któ­ra mó­wi­ła, że nie po­wi­nie­nem przy­zna­wać, iż miał ra­cję.

Dla­cze­go Rafa mi o tym nie przy­po­mniał?

No tak, zna­łem od­po­wie­dź na to py­ta­nie. Oba­wiał się o wła­sne ży­cie i wie­dział, że będę wkur­wio­ny, dla­te­go pew­nie wo­lał, że­bym do­wie­dział się o tym na trzy se­kun­dy przed.

- Szlag! - Prze­cze­sa­łem pal­ca­mi wło­sy. Ro­dzi­ce zna­li mnie aż za do­brze.

Ślub Es­ter Ame­ri­go - naj­star­szej cór­ki naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la mo­ich ro­dzi­ców. Mi­che­le Ame­ri­go, ich wspól­nik, rządził z nimi całą cho­ler­ną pla­ne­tą, a poza tym był pi­ęćdzie­si­ęcio­let­nim eme­ry­to­wa­nym dy­rek­to­rem fe­de­ral­ne­go biu­ra śled­cze­go.

- Pani Za­ha­ra Re­jes?! Pan To­bias Re­jes?! - Na­gle usły­sze­li­śmy pi­skli­wy głos blon­dy­ny.

Mat­ka, krzy­wi­ąc się, pa­trzy­ła na oso­bę za mo­imi ple­ca­mi.

Kur­wa!

Mia­ła nie wy­cho­dzić z po­ko­ju. Do­brze, że cho­ciaż się ubra­ła. O ile mo­żna było na­zwać to ubra­niem.

Szła pro­sto w pasz­czę lwa. Prak­tycz­nie rzu­ci­ła się na moją mat­kę jak ja­kaś stuk­ni­ęta psy­cho­fan­ka.

- Boże, jaka pani jest pi­ęk­na. Jesz­cze pi­ęk­niej­sza niż na zdjęciach. - Za­częła po­trząsać ener­gicz­nie dło­nią mo­jej wku­rzo­nej ma­mu­ni. - Tak bar­dzo mi miło. Wi­dzia­łam wszyst­kie pani pra­ce. Ma pani taki ta­lent.

A wczo­raj twier­dzi­ła, że w ogó­le mnie nie zna. Wiecz­nie to samo...

Pra­wie par­sk­nąłem śmie­chem, wi­dząc minę kró­lo­wej koki. Za­raz po­tem chwy­ci­ła mo­je­go ojca za dłoń.

- I pan To­bias se­nior. - Ob­rzu­ci­ła go po­żądli­wym wzro­kiem od stóp do głów. - Ma pan ta­kie duże, sek­sow­ne dło­nie. Wy­gląda pan jak jego brat bli­źniak. - Na mo­ment prze­nio­sła spoj­rze­nie na mnie, po czym zno­wu na twarz ojca.

Czy ona wła­śnie pod­ry­wa­ła mo­je­go pie­przo­ne­go tatę?

- Mega go­rący. - Ob­li­za­ła usta, któ­ry­mi wczo­raj ro­bi­ła mi loda.

Oj­ciec za­śmiał się pod no­sem, ale w ogó­le nie sko­men­to­wał jej pier­do­le­nia. Za to moja mat­ka wy­gląda­ła, jak­by mia­ła za­raz chwy­cić ją za ku­dły i wal­nąć jej gło­wą o zie­mię. I być może za­raz to na­stąpi.

- Co to jest za okrop­ne dzie­wu­szy­sko? - sark­nęła, szty­le­tu­jąc mnie wzro­kiem.

Pu­sty mó­żdżek.

- Na­zy­wam się Ha­iley Fin­ney, pro­szę pani - od­po­wie­dzia­ła jej we­so­ło Bar­bie. Uśmie­cha­ła się sze­ro­ko do mo­jej mat­ki, nie ro­bi­ąc so­bie nic z jej ja­do­wi­tych słów.

No i się oka­za­ło, że mia­ła jed­nak imię.

Mat­ka tak moc­no prze­wró­ci­ła ocza­mi, że uj­rza­łem jej bia­łka. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że już do­brze wie­dzia­ła, kim była.

Blon­di na­wet nie zda­wa­ła so­bie spra­wy, że stoi przed naj­gro­źniej­szy­mi lu­dźmi na świe­cie, któ­rzy trze­pa­li do­słow­nie wszyst­kim.

- Na­praw­dę, Bi? Po­wie­dź mi tyl­ko, że to nie jest two­ja oso­ba to­wa­rzy­sząca? - za­py­ta­ła mat­ka, zmie­nia­jąc język na hisz­pa­ński, by­śmy tyl­ko ja i oj­ciec ją zro­zu­mie­li.

Po­ta­rłem bro­dę, za­sta­na­wia­jąc się.

Kró­lo­wa za­ci­snęła po­wie­ki i wy­pu­ści­ła gło­śno po­wie­trze. Za­raz po­tem prze­nio­sła kon­spi­ra­cyj­ny wzrok na ojca.

Wła­ści­wie nie mia­łem w tej chwi­li in­nych opcji. Wie­dzia­łem, że będę tego ża­ło­wać, ale cóż...

Mat­ka nie lu­bi­ła mo­ich po­przed­nich ko­biet i nie­ste­ty mu­sia­łem przy­znać, że ni­g­dy do żad­nej się nie my­li­ła. Wszyst­kie je­dy­nie pra­gnęły mo­jej for­tu­ny i fiu­ta.

- Masz ocho­tę na wy­ciecz­kę pry­wat­nym od­rzu­tow­cem do Eu­ro­py? - za­py­ta­łem tę całą Ha­iley.

Za­częła pisz­czeć tak gło­śno, że pra­wie eks­plo­do­wa­ły mi bęben­ki.

Mat­ka za­sło­ni­ła dło­nią oczy. Wy­gląda­ła, jak­by mia­ła za­raz osza­leć.

Może to będzie ostat­nia wy­ciecz­ka Ha­iley, ale przy­naj­mniej zwie­dzi Po­si­ta­no. Oczy­wi­ście, je­śli ro­dzi­ce nie za­bi­ją jej w trak­cie tej dłu­giej pod­ró­ży.

- Tak, tak, tak! - krzy­cza­ła i pod­ska­ki­wa­ła jak mała dziew­czyn­ka.

Kró­lo­wa za­częła prze­kli­nać gło­śno w języ­ku ro­syj­skim i ma­chać ręka­mi w stro­nę ojca.

- Czy to język nie­miec­ki? - za­py­ta­ła blon­dy­na.

Co jed­na to głup­sza.

Oj­ciec wy­buch­nął śmie­chem, a ja do nie­go do­łączy­łem. Ma­mu­śka na­to­miast wy­gląda­ła na zi­ry­to­wa­ną do kwa­dra­tu.

- Zo­staw nas sa­mych. Mu­szę roz­mó­wić się z sy­nem - roz­ka­za­ła mat­ka to­nem zim­nej, wy­ra­cho­wa­nej suki.

- Oczy­wi­ście, Pani Re­jes - po­wie­dzia­ła blon­di i z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach skie­ro­wa­ła kro­ki do mo­jej sy­pial­ni.

Kie­dy za­mknęły się za nią drzwi, ma­mu­nia za­częła wy­plu­wać sło­wa po hisz­pa­ńsku z pręd­ko­ścią ka­ra­bi­nu ma­szy­no­we­go.

- Wiesz, czyj to jest ślub?! Mamy za­trzy­mać się w po­sia­dło­ści Mi­che­le! Tam będą wszy­scy nasi pod­wład­ni. Twój oj­ciec zor­ga­ni­zo­wał ze­bra­nie Eu­ro­pej­czy­ków! Co ty, do ja­snej cho­le­ry, od­sta­wiasz, synu?! Tyl­ko na coś ta­kie­go cię stać? - Wska­za­ła pal­cem na drzwi sy­pial­ni.

Wes­tchnąłem gło­śno.

- Prze­cież się z nią nie że­nię! Ma tyl­ko le­cieć ze mną na ślub.

- Ci­ągle to samo - war­cza­ła pod no­sem.

Nie­ste­ty...

Przez chwi­lę stu­dio­wa­ła moją twarz i wy­gląda­ła, jak­by nad czy­mś in­ten­syw­nie my­śla­ła.

- Na­praw­dę się o cie­bie mar­twię. - Tym ra­zem wy­chwy­ci­łem tro­skę w jej gło­sie.

Och, ta moja ma­mu­śka z pie­kła ro­dem.

- Nie­po­trzeb­nie. Za­ba­lo­wa­łem, ale to już ko­niec. Znam prio­ry­te­ty. Wszyst­ko kon­tro­lu­ję.

Wes­tchnęła.

- Cza­sa­mi mi się wy­da­ję, że o nich za­po­mi­nasz. Wiesz, że ni­g­dy tego nie pra­gnęłam. Ko­cham cię cho­ler­nie moc­no, Bi. Do ko­ńca swo­ich dni nie prze­sta­nę się o cie­bie mar­twić. Obo­jęt­nie, ile będziesz miał lat i mi­ęśni. Zro­zu­miesz to, jak w ko­ńcu do­cze­kasz się swo­ich dzie­ci.

Żeby je mieć, trze­ba zna­le­źć part­ner­kę, któ­ra ze­chce być z tobą nie tyl­ko dla two­jej kasy. Nie mia­łem tyle szczęścia, co moi ro­dzi­ce. Po­mi­mo że prze­ży­li pie­kło, da­rzy­li się głębo­ką mi­ło­ścią. Na­wet te­raz oj­ciec wpa­try­wał się w żonę jak w ob­ra­zek. Jak­by była po­ło­wą jego ser­ca.

- Wiem. No cho­dź tu do mnie. - Roz­ło­ży­łem sze­ro­ko ręce, bo chcia­łem ją przy­tu­lić.

Mruk­nęła pod no­sem, że prze­ze mnie osi­wie­je szyb­ciej, niż po­win­na, ale po chwi­li ob­jęła mnie moc­no.

- Już? - za­py­ta­łem z głu­pim uśmie­chem, bo nie chcia­ła mnie pu­ścić i pra­wie du­si­ła.

- Jesz­cze chwi­la. Do­pó­ki nie po­wiesz, że jej nie za­bie­ra­my.

Ro­ze­śmia­łem się.

- Nie, leci z nami. Po­trze­bu­ję part­ner­ki.

Za­sta­na­wia­łem się, jak mat­ka to znie­sie, kie­dy przej­mę wszyst­kie ste­ry. Po­trze­bo­wa­ła kon­tro­lo­wać wszyst­ko i wszyst­kich. Wie­dzia­łem, że chcia­ła dla mnie do­brze, ale...

- Spraw­dzi­łeś ją? - za­py­ta­ła, choć pew­nie po­zna­ła całą me­try­kę blon­dy­ny, gdy ta tyl­ko usia­dła wczo­raj w moim bok­sie. Ochro­na na bie­żąco ją o wszyst­kim in­for­mo­wa­ła.

- Nie - przy­zna­łem. Nie uwa­ża­łem pierw­szej lep­szej la­ski za za­gro­że­nie. - Ale ty już pew­nie to zro­bi­łaś.

Uśmiech­nęła się zu­chwa­le i zer­k­nęła na swo­je ide­al­nie po­ma­lo­wa­ne pa­znok­cie. To była jej od­po­wie­dź.

- Cze­go cię uczy­łam? - Unio­sła wy­nio­śle brew.

- Już się boję. - Za­śmia­łem się i uda­wa­łem kom­plet­nie prze­ra­żo­ne­go.

- Ni­g­dy ni­ko­go nie igno­ruj, chłop­cze.

Ode­bra­łbym ży­cie głu­piej blon­di jed­nym pal­cem, i to na do­da­tek ma­łym.

- Tak, tak - przy­tak­nąłem, żeby mieć świ­ęty spo­kój.

Te ich gad­ki na te­mat bez­pie­cze­ństwa wy­cho­dzi­ły mi już dupą. By­łem do­ro­słym mężczy­zną, rządzi­łem or­ga­ni­za­cją prze­stęp­czą, i to na nie­wy­obra­żal­ną ska­lę, a oni ci­ągle to samo. Jak­by sami nie sie­dzie­li w tym po uszy od wie­ków.

Ro­dzi­ce wy­mie­ni­li mi­ędzy sobą dziw­ne spoj­rze­nia.

- Le­piej to do­brze prze­my­śl - po­wie­dział oj­ciec.

Moja mat­ka nie krzyw­dzi­ła nie­win­nych, a przy­naj­mniej ni­g­dy jej się to nie zda­rzy­ło.

Za­wsze jed­nak może być ten pierw­szy raz.

Nie będę roz­pa­czać.

- Prze­cież po­znasz tam pe­łno pi­ęk­nych Wło­szek, a ty chcesz za­bie­rać drze­wo do lasu.

Wła­ści­wie po­ja­wi się tam jed­na wy­jąt­ko­wa dziew­czy­na, któ­rej wo­la­łbym, żeby nie było. Dla­te­go mu­szę mieć swój dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­ny roz­pra­szacz my­śli.

- Leci - po­wie­dzia­łem krót­ko.

Mat­ka od­su­nęła się ode mnie i uśmiech­nęła zu­chwa­le, jak­by do­kład­nie wie­dzia­ła, o czym te­raz my­śla­łem. Chy­ba na­ogląda­ła się za dużo Zmierz­chu. Prze­cież nie umia­ła czy­tać w my­ślach jak pie­przo­ny Edward. Albo zna­ła mnie już na tyle, że fak­tycz­nie to po­tra­fi­ła?

Idio­to, ta ko­bie­ta po­tra­fi wszyst­ko!

- Le­piej jej pil­nuj, bo ostat­nio na­praw­dę mam sła­be ner­wy. Daję wam go­dzi­nę, że­by­ście się przy­go­to­wa­li. Le­piej się nie spó­źnij­cie. Ad­rien będzie na was cze­kał punkt ósma przed głów­nym we­jściem. My spo­tka­my się na lot­ni­sku. - Chwy­ci­ła ojca za rękę, zno­wu rzu­ci­ła mu kon­spi­ra­cyj­ne spoj­rze­nie i za­częła ci­ągnąć go do wy­jścia, nie da­jąc mi do­jść do sło­wa.

***

- O mat­ko! - pi­snęła Ha­iley, kie­dy wje­cha­li­śmy na pły­tę i zbli­ża­li­śmy się do jed­ne­go z na­szych pry­wat­nych od­rzu­tow­ców. Kla­ska­ła w dło­nie tak gło­śno, że na­wet kie­row­ca się skrzy­wił.

Przez szy­bę sa­mo­cho­du wi­dzia­łem ro­dzi­ców wy­cho­dzących z Rolls Roy­ce'a. Za­raz za nimi szły moje sio­stry, w ob­sta­wie sze­ściu ochro­nia­rzy. Dwóch z przo­du, dwóch z tyłu, pi­ąty po ich le­wej stro­nie, a szó­sty po pra­wej. Bez­pie­cze­ństwo po­nad wszyst­ko. Nie­da­le­ko za­trzy­mał się Mer­ce­des wuja, wio­zący go i całą jego ro­dzin­kę. Ciot­ka Car­la oraz ku­zy­ni Ser­gio i San­chez. Na sa­mym ko­ńcu do­łączył wy­stro­jo­ny w gar­niak Rafa, trzy­ma­jący w ręku wa­liz­kę.

- Twój wu­jek też jest go­rący. - Bar­bie zro­bi­ła taką minę, aż mu­sia­łem za­mru­gać. - Wszy­scy je­ste­ście tacy pi­ęk­ni. Też chcę ten elik­sir wiecz­nej mło­do­ści.

Ja pier­do­lę.

Słu­chaj mat­ki, mó­wi­li. Będziesz mądry, mó­wi­li. Ale jak zwy­kle nie po­słu­cha­łem. Na do­miar złe­go mu­sia­łem je­chać z blon­di do skle­pu po ubra­nia, za któ­re oczy­wi­ście też za­pła­ci­łem swo­ją zło­tą kar­tą.

Wku­rzo­ny wy­sze­dłem z sa­mo­cho­du, prze­cze­su­jąc pal­ca­mi grzyw­kę, któ­rą roz­wiał po­dmuch wia­tru. Ru­szy­łem w stro­nę Rafy, nie zwa­ża­jąc na Ha­iley, któ­ra le­d­wo za mną nadąża­ła w tych cho­ler­nie wy­so­kich i dro­gich szpil­kach, któ­re ka­za­ła so­bie ku­pić.

Mo­gła­by przy­naj­mniej na­uczyć się w nich cho­dzić.

- Dzi­ęki za przy­po­mnie­nie - wark­nąłem do Al­fa­ro, kie­dy się z nim zrów­na­łem.

Wy­glądał na wy­po­częte­go i za­do­wo­lo­ne­go. Naj­wy­ra­źniej bru­net­ka oka­za­ła się lep­sza od swo­jej przy­ja­ció­łki.

- Je­stem two­im przy­ja­cie­lem, a nie pie­przo­nym ka­len­da­rzem. - Uśmiech­nął się sze­ro­ko i zer­k­nął na moją głu­piut­ką to­wa­rzysz­kę.

Taaa...

Nie­mo za­da­wał mi py­ta­nie: "Co ona tu, do kur­wy, robi? Na­praw­dę ona?".

Za ka­żdym ra­zem, kie­dy mie­li­śmy le­cieć na spo­tka­nie z ro­dzi­ną Ame­ri­go, za­bie­ra­łem ja­kąś dziew­czy­nę. Naj­częściej to­wa­rzy­szy­ła mi spraw­dzo­na blon­dy­na albo ru­dzie­lec, ale dzi­siaj nie mia­łem zbyt wiel­kie­go wy­bo­ru. A mo­głem po­dzi­ęko­wać za to tyl­ko so­bie...

Po szyb­kim przy­wi­ta­niu się ze wszyst­ki­mi zna­le­źli­śmy się w sa­mo­lo­cie. Mat­ka ci­ągle kręci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą, za to oj­ciec, Mar­kos i Rafa pęka­li ze śmie­chu. Dziew­czyn­ki na szczęście były zmęczo­ne wcze­śniej­szą pod­ró­żą, więc za­snęły, gdy tyl­ko we­szły na po­kład.

Blon­di ci­ągle pa­pla­ła. Non stop za­da­wa­ła wszyst­kim py­ta­nia, czym za­częła już na­praw­dę ostro iry­to­wać ta­kże mnie.

Pi­lot wy­mie­nił wszyst­kie wspó­łrzęd­ne, za­ło­ga z prze­sad­nym uśmie­chem wcho­dzi­ła nam w dupę, wręcza­jąc ka­żde­mu za­mó­wio­ne wcze­śniej drin­ki, po czym po kil­ku mi­nu­tach sa­mo­lot wy­star­to­wał i by­li­śmy już wy­so­ko w chmu­rach. Cze­ka­ło nas pra­wie trzy­na­ście go­dzin lotu z tą pie­przo­ną ga­du­łą. Albo by­łem wczo­raj tak pi­ja­ny, albo nie za­uwa­ży­łem, że tyle pa­pla­ła.

- Za­raz wra­cam - rzu­ci­łem do blon­di, kie­dy mo­gli­śmy od­pi­ąć pasy bez­pie­cze­ństwa.

- Oczy­wi­ście, ko­cha­nie.

- Już ci mó­wi­łem, że masz się tak do mnie nie zwra­cać. Nie je­stem żad­nym two­im ko­cha­niem, zro­zu­mia­łaś? - wark­nąłem wku­rzo­ny.

Po mo­jej mi­nie do­brze wy­wnio­sko­wa­ła, że nie żar­tu­ję.

- Do­brze. Prze­pra­szam, koo... - Nie do­ko­ńczy­ła.

Kur­wa!

Po­sła­łem jej gro­źne spoj­rze­nie.

- Nie będę. Prze­pra­szam jesz­cze raz. - Zro­bi­ła skru­szo­ną minę.

Le­piej, żeby się opa­mi­ęta­ła, bo wy­ko­pię ją z tego sa­mo­lo­tu.

Za­uwa­ży­łem, że mat­ka szep­ta­ła coś na ucho ste­war­de­sie. Gdy ta ode­szła, na twa­rzy ro­dzi­ciel­ki zo­ba­czy­łem prze­bie­gły uśmiech. Coś kom­bi­no­wa­ła. Wie­dzia­łem to.

- Nie żyje? - za­py­ta­łem, kie­dy wy­sze­dłem z ki­bla i za­uwa­ży­łem swo­ją to­wa­rzysz­kę, któ­ra le­ża­ła roz­wa­lo­na na fo­te­lu, z za­mkni­ęty­mi ocza­mi i moc­no roz­chy­lo­ny­mi usta­mi. Wy­gląda­ła, jak­by prze­je­chał ją sa­mo­chód. Prak­tycz­nie zaj­mo­wa­ła dwa sie­dze­nia, w tym jesz­cze na moim trzy­ma­ła nogi. Sztucz­na pie­rś wy­cho­dzi­ła jej spod su­kien­ki.

Tra­ge­dia na kó­łkach.

- Nie­ste­ty żyje, ale mam na­dzie­ję, że obu­dzi się do­pie­ro, gdy wy­lądu­je­my we Wło­szech. - Mat­ka wy­szcze­rzy­ła zęby. Była cho­ler­nie z sie­bie za­do­wo­lo­na.

- Co jej po­da­łaś, ma­mu­niu? - Za­re­cho­ta­łem.

- To nie­istot­ne, sy­necz­ku. Wa­żne, że cho­ler­stwo do­brze dzia­ła. Po tym będzie ją bo­leć gło­wa. I to moc­no. - Uśmiech­nęła się zu­chwa­le, po czym pu­ści­ła mi oczko.

W su­mie to po­wi­nie­nem jej po­dzi­ęko­wać za ra­tu­nek. Ura­to­wa­ła mnie przed mi­gre­ną. Za­wsze o mnie dba­ła. I jak tu nie ko­chać tej ko­bie­ty?

- Na­wet ład­na. Cie­ka­we czy jej ma­mu­sia też tak wy­gląda - rzu­cił z roz­ba­wie­niem oj­ciec, wpa­tru­jąc się w blon­dy­nę.

Kie­dy od­wró­cił gło­wę w stro­nę żony, ta już przy­kła­da­ła mu lufę do czo­ła.

Na wi­dok jej z bro­nią uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej.

Mat­ka wa­riat­ka.

Prędzej za­bi­ła­by sie­bie, niż skrzyw­dzi­ła­by jego.

- Po­wtórz to, co po­wie­dzia­łeś, mój uko­cha­ny mężu - roz­ka­za­ła, zni­ża­jąc nie­bez­piecz­nie głos.

- Tak samo jak ty nie lu­bię się po­wta­rzać. - Po­słał jej nie­wi­dzial­ne­go bu­zia­ka. - Chy­ba nie je­steś za­zdro­sna, ko­cha­nie? - Wy­szcze­rzył do niej zło­śli­wie zęby.

- Za­wsze je­stem, ko­cha­nie - od­po­wie­dzia­ła i wła­do­wa­ła się na ko­la­na męża, ci­ągle mie­rząc w jego gło­wę. - Bo je­steś tyl­ko mój... - wy­chry­pia­ła, a po­tem po­ca­ło­wa­ła go w kącik ust.

Na mo­ment za­sło­ni­łem oczy. To wy­da­wa­ło mi się cho­ler­nie nie na miej­scu.

- Je­stem. - Przy­tak­nął gło­wą i po­gła­dził ją dło­nią po po­licz­ku. Zbli­żył usta do jej ucha i po­wie­dział coś tak, by tyl­ko ona go usły­sza­ła.

Mat­ka ob­li­za­ła pro­wo­ka­cyj­nie dol­ną war­gę, a po­tem tak moc­no się uśmiech­nęła, że oj­ciec wy­rzu­cił oczy ku nie­bu.

Ja pier­do­lę. Wła­śnie wy­obra­zi­łem so­bie to, co jej po­wie­dział. Szko­da, że nie mo­głem tej wi­zji od­zo­ba­czyć.

- Ko­cham cię naj­bar­dziej na świe­cie, ko­cha­nie, ale i tak tego po­ża­łu­jesz. Gwa­ran­tu­ję ci to - obie­ca­ła mu gło­śno i scho­wa­ła pi­sto­let do ka­bu­ry, któ­rą mia­ła za­pi­ętą na udzie. Ni­g­dy nie roz­sta­wa­ła się z bro­nią. Zresz­tą nikt z nas tego nie ro­bił.

Oj­ciec zno­wu po­kręcił gło­wą z głu­pim uśmie­chem, ale wie­dział, że nie żar­to­wa­ła. Już snu­ła ide­al­ną ze­mstę i by­łem pe­wien, że to oka­za­ło­by się coś gru­be­go.

- Je­steś naj­pi­ęk­niej­szą, naj­sek­sow­niej­szą, naj­mądrzej­szą ko­bie­tą na tej zie­mi, żono moja i wy­łącz­nie moja. Pa­trzę tyl­ko na cie­bie. Od za­wsze i na za­wsze. Po grób. - I na­praw­dę tak sądził. Pa­trzył na nią z taką mi­ło­ścią, że cho­ler­nie w tym mo­men­cie im tego za­zdro­ści­łem.

Moja mat­ka była pi­ęk­na, i to nie tyl­ko z wy­glądu. Dla nas mia­ła ogrom­nie pi­ęk­ne i wiel­kie ser­ce.

- Mo­gli­by­ście da­ro­wać nam ten po­kaz uczuć? Ka­żdy wie, że się ko­cha­cie i je­ste­ście wiecz­nie na sie­bie na­pa­le­ni! - krzyk­nął wu­jek Mar­kos, któ­ry wła­śnie wy­cho­dził z ka­bi­ny pi­lo­tów.

Ca­łko­wi­cie go zi­gno­ro­wa­li.

Jęk­nąłem prze­ci­ągle i ude­rzy­łem otwar­tą dło­nią w czo­ło.

- Masz cho­ler­ne szczęście, mój i tyl­ko mój przy­stoj­ny mężu. Gdy­by kie­dyś przy­szło ci coś głu­pie­go do gło­wy, mo­gła­bym nie­chcący po­zba­wić ko­goś ży­cia. - Po­ca­ło­wa­ła go de­li­kat­nie w usta i ze­szła z jego ko­lan. Po tym oj­ciec po­pra­wił spodnie w kro­ku.

Kur­wa! Te­raz to już na­praw­dę chcia­łem wy­ma­zać to z pa­mi­ęci.

- Przez was się na­pa­li­łam - rzu­ci­ła ciot­ka Car­la, na co wszy­scy wy­buch­nęli gło­śnym śmie­chem.

- Sło­ńce moje, tyl­ko jed­no sło­wo, a będę go­to­wy - od­po­wie­dział jej wuj, szcze­rząc kły.

Je­zus, pie­przo­ne, Ma­ria.

Ża­ło­wa­łem, że rów­nież nie do­sta­łem tych prosz­ków na­sen­nych. Na­dal mia­łem kaca i cho­ciaż na chwi­lę chcia­łem za­mknąć oczy, a tu się od­pier­da­la­ło ja­kieś ro­dzin­ne por­no.

- Bi. Chcia­łbym, że­byś się z tym za­zna­jo­mił, bo nie wszyst­kich mia­łeś oka­zję po­znać - ode­zwał się do mnie oj­ciec, tym ra­zem już z po­wa­żną miną, po czym roz­ka­zał na­sze­mu ochro­nia­rzo­wi, by po­dał mi ta­blet. Ma­rio wręczył mi go w mgnie­niu oka.

Plik do­ku­men­tów plus ja­kieś dwa­na­ście stron na­zwisk i ad­re­sów. Też mi coś.

Po ja­ki­chś dwóch mi­nu­tach odło­ży­łem urządze­nie na sto­lik.

- Mia­łeś się z tym za­po­znać, Bi, a nie tyl­ko prze­czy­tać - rzu­ci­ła mat­ka, marsz­cząc nos.

To pra­wie jak znie­wa­ga, chy­ba za­po­mnia­ła, jak in­te­li­gent­ne­go ma syna. Cie­szy­łem się na­praw­dę do­brą pa­mi­ęcią fo­to­gra­ficz­ną. To była jed­na z wie­lu mo­ich fan­ta­stycz­nych za­let.

Uśmiech­nąłem się zu­chwa­le i po chwi­li za­cząłem wy­plu­wać sło­wa. Wy­re­cy­to­wa­łem no­tat­ki na te­mat ka­żdej oso­by, któ­ra mia­ła zna­le­źć się na ze­bra­niu sze­fów. Czy­li mniej wi­ęcej dwu­na­stu osób.

- A, i jesz­cze ten Po­la­czek, Jan Ty­bur­ski. Głów­na sie­dzi­ba War­sza­wa, Bie­la­ny. Kod pocz­to­wy 01 - 934 Opa­lin 5 - do­da­łem szyb­ko. - Coś jesz­cze, mamo? - Po­ka­za­łem jej język.

- Tak, to zde­cy­do­wa­nie mój nie­by­wa­le mądry sy­ne­czek. - Uśmiech­nęła się do mnie sze­ro­ko. - Moja duma.

- Ach, tak. Te­raz jest już twój, ko­cha­nie? Mój jest tyl­ko wte­dy, kie­dy nie słu­cha cie­bie? - ode­zwał się oj­ciec, uno­sząc z roz­ba­wie­niem brew, na­stęp­nie po­ło­żył rękę na jej od­kry­tym udzie.

- Och, za­mknij się. - Dała mu szyb­kie­go ca­łu­sa w usta. - Jest nasz i kie­dyś zo­sta­nie ide­al­nym kró­lem - mó­wi­ła do nie­go, jak­by mnie tu wca­le nie było.

- Oczy­wi­ście, bo to mój syn. - Oj­ciec po­pa­trzył na mnie z dumą.

Zre­zy­gno­wa­ny po­kręci­łem gło­wą.

- Sko­ro już do­szli­ście w ko­ńcu do tego, czy­im je­stem dziec­kiem, mogę na chwi­lę za­mknąć po­wie­ki i li­czyć na to, że nikt mi już nie będzie prze­szka­dzał? - iro­ni­zo­wa­łem.

- Tak, zde­cy­do­wa­nie jest twój, mój mężu.

Prze­wró­ci­łem ocza­mi.

- Do­bra­noc.

Mia­łem tyl­ko na­dzie­ję, że prosz­ki ma­mu­śki na­praw­dę są moc­ne...

Nilay

Vic­tor: Za­wsze je­stem na Cie­bie go­to­wy, pi­ęk­na.

Uśmiech­nęłam się na tę wia­do­mo­ść.

I o to mi wła­śnie cho­dzi­ło. Przy­naj­mniej mo­głam li­czyć na jego ca­łkiem nie­złą tech­ni­kę do­pro­wa­dza­nia mnie do or­ga­zmu.

- Ni­lay? Halo? Mó­wię do cie­bie. Od­kąd przy­le­cia­łaś, ci­ągle sie­dzisz w te­le­fo­nie. Zno­wu in­te­re­sy? Mo­gła­byś cho­ciaż na chwi­lę uda­wać, że in­te­re­su­je cię to, co do cie­bie mó­wię?

Unio­słam wzrok i po­pa­trzy­łam na moją star­szą sio­strę, któ­ra od go­dzi­ny ci­ągle ględzi­ła o swo­im ślu­bie. Już po­ma­łu za­czy­na­ło wy­cho­dzić mi to bo­kiem. Cała na­sza ro­dzi­na żyła tym od pie­przo­nych trzech mie­si­ęcy. Wczo­raj pro­sto z No­we­go Jor­ku przy­le­cia­łam do Włoch, gdzie oni prze­by­wa­li już od ja­kie­goś ty­go­dnia.

Też mi coś.

Prędzej pie­kło za­mar­z­nie, niż wyj­dę za mąż. Do ko­ńca ży­cia będę no­si­ła na­zwi­sko Ame­ri­go. A ze sty­lem ży­cia, jaki pro­wa­dzę, może nie po­trwa to aż tak dłu­go. Mam wie­lu wro­gów i bar­dzo dużo chęt­nych kan­dy­da­tów na moje miej­sce.

Dla­te­go za­mie­rzam ko­rzy­stać z ży­cia.

- No prze­cież ci­ągle cię słu­cham. Jesz jak świ­nia. Masz na­wet cze­ko­la­dę na czo­le. Jak tak da­lej pój­dzie, nie za­pniesz się w suk­nię - rzu­ci­łam roz­ba­wio­na.

Chcia­łam ją wku­rzyć. Tak na­praw­dę mia­ła cia­ło mo­del­ki Vic­to­ria's Se­cret. Od za­wsze dba­ła o fi­gu­rę, ale te­raz naj­wy­ra­źniej za­ja­da­ła stres. Ja ni­g­dy nie przy­wi­ązy­wa­łam do tego wi­ęk­szej wagi. Po pro­stu ko­cha­łam jeść, i to w du­żych ilo­ściach. Na szczęście ktoś wci­ąż nade mną czu­wał, bo na­dal no­si­łam naj­mniej­sze mo­żli­we roz­mia­ry. Je­dy­nie sta­ni­ki mie­rzy­łam na gło­wę.

- No wła­śnie! - spa­ni­ko­wa­ła jesz­cze bar­dziej. Jej prze­ra­żo­na mina była bez­cen­na. Po­ta­rła czo­ło, roz­ma­zu­jąc cze­ko­la­dę ta­kże na brwiach i no­sie.

- Żar­to­wa­łam, wa­riat­ko! Od kie­dy tak pa­ni­ku­jesz? Nikt jesz­cze nie umie­ra. Prze­stań hi­ste­ry­zo­wać. Wy­glądasz pi­ęk­nie. Będziesz naj­pi­ęk­niej­szą pan­ną mło­dą.

- Tak my­ślisz? - Na­dal nie wy­gląda­ła, jak­by mi wie­rzy­ła.

- Tak, tak wła­śnie my­ślę. Je­steś moją sio­strą, mu­sisz być pi­ęk­na. Nie masz in­ne­go wy­jścia. - Pu­ści­łam jej oczko. Mó­wi­łam szcze­rze.

Lek­ko się uśmiech­nęła.

- Przy­naj­mniej mi po­wiedz, z kim tak in­ten­syw­nie pi­szesz? - Chwy­ci­ła za dół bluz­ki i wy­ta­rła nią całą twarz.

To aku­rat było mało sub­tel­ne.

Wy­stu­ka­łam w te­le­fo­nie krót­ką od­po­wie­dź.

Ja: Nie mogę się do­cze­kać.

- Z Vic­to­rem - od­po­wie­dzia­łam, blo­ku­jąc ekran iPho­ne'a.

- Z tym Vic­to­rem, Vic­to­rem? - Po­pa­trzy­ła na mnie zszo­ko­wa­na. - A Ja­red? Za­czy­nam się gu­bić.

- Tak, z tym. Co cię tak dzi­wi? Sama wy­my­śli­łaś ślub we Wło­szech, więc ko­rzy­stam z oka­zji. Ja­red to po pro­stu Ja­red. Ame­ry­ka­nie już mi się znu­dzi­li. Mu­szę być ela­stycz­na. - Po­ru­szy­łam su­ge­styw­nie brwia­mi, na co zmarsz­czy­ła nos.

- Na­dal spo­ty­ka­cie się na przy­ja­ciel­skie bzy­kan­ko? Mi­nęły trzy lata. Nie wie­rzę, że wci­ąż z ni­kim się nie spo­ty­ka na po­wa­żnie. - Kręci­ła gło­wą na boki. Ten przy­tyk rów­nież był kie­ro­wa­ny we mnie.

Wo­la­łam mieć spraw­dzo­ne­go go­ścia w łó­żku niż brać nie­prze­te­sto­wa­ny to­war. To tak, jak ku­po­wać pro­chy bez ja­kiej­kol­wiek ana­li­zy i osza­co­wa­nych przy­jem­no­ści. Mają da­wać od­jazd, a Vic­tor mi go da­wał. Już go te­sto­wa­łam, i to wie­lo­krot­nie. Za ka­żdym ra­zem dzia­łał tak samo - do­brze i bez za­rzu­tu. No i za­wsze był pod te­le­fo­nem.

- Kom­plet­nie w du­pie mam to, czy się z kimś spo­ty­ka. Prze­cież nie chcę brać udzia­łu w trój­kącie. Chcę się po pro­stu pie­przyć. A do przy­ja­źni to nam tak da­le­ko, jak stąd do pie­przo­ne­go Mek­sy­ku. My­lisz przy­ja­źń z do­brym je­ban­kiem. A prze­pra­szam, ko­cha­na sio­strzycz­ko, ty mia­łaś tyl­ko jed­ne­go fiu­ta w so­bie, więc co ty mo­żesz na ten te­mat wie­dzieć. - Po­ka­za­łam jej język.

Szklan­ka, któ­rą chwy­ci­ła ze sto­łu, pra­wie wy­śli­zgnęła się jej z rąk. Es­ter wy­gląda­ła na prze­ra­żo­ną.

- Je­steś nie­nor­mal­na! My­ślisz cip­ką. - Na­wet sło­wo cip­ka le­d­wie prze­cho­dzi­ło jej przez gar­dło. - Czas się ogar­nąć.

- A co jest złe­go w do­brym je­ban­ku? - Unio­słam brew. - Wiesz, że to sło­wo jest za­pi­sa­ne w słow­ni­ku, któ­ry ci­ągle tak in­ten­syw­nie mo­le­stu­jesz.

- Chry­ste, Ni­lay! - jęcza­ła.

Uwiel­bia­łam ją za­wsty­dzać. Była słod­ka jak miód.

- Je­ban­ko, je­ban­ko. Na­praw­dę do­bre je­ban­ko! Je­ban­ko, sio­strzycz­ko. - po­wta­rza­łam i za­no­si­łam się śmie­chem na wi­dok jej czer­wo­nej twa­rzy.

- Ni­lay!

- Och, sio­strzycz­ko, je­steś taka pru­de­ryj­na. - Chwy­ci­łam za po­dusz­kę i rzu­ci­łam nią pro­sto w tę jej ślicz­ną bu­źkę.

Była star­sza ode mnie o je­de­na­ście mie­si­ęcy, ale kom­plet­nie się od sie­bie ró­żni­ły­śmy, i to nie tyl­ko wy­glądem. Ja dzia­ła­łam jak hu­ra­gan, za­wsze wbrew wszyst­kie­mu i wszyst­kim. Im­pul­syw­na, sza­lo­na, gniew­na. Ona za to sta­no­wi­ła oazę spo­ko­ju. Miła, tro­skli­wa, po­ukła­da­na i słod­ka. Cza­sa­mi tym swo­im ide­al­nym za­cho­wa­niem do­pro­wa­dza­ła mnie do fu­rii. Ró­żni­ły­śmy się jak anioł i dia­beł. Ona blon­dyn­ka, jej wło­sy wy­da­wa­ły się prak­tycz­nie bia­łe, jak u na­szej mat­ki, a ja czar­na jak cho­ler­ny węgiel. Przy­po­mi­na­ła na­szą ro­dzi­ciel­kę - ten sam aniel­ski cha­rak­ter. A ja na­sze­go ojca - sza­ta­na.

Mój ko­cha­ny Ta­tuś...

Je­dy­nie obie mia­ły­śmy te same oczy w ko­lo­rze ja­sne­go błęki­tu. Ten gen aku­rat odzie­dzi­czy­ły­śmy po na­szej już nie­ży­jącej bab­ci.

- Ty za­wsze na ła­twi­znę. Może czas w ko­ńcu pod­nie­ść po­przecz­kę, a nie tyl­ko pa­trzeć w ka­te­go­riach "ma pe­ni­sa i ewen­tu­al­nie od­dy­cha" - rzu­ci­ła z re­zy­gna­cją.

Pe­ni­sa...

Za­re­cho­ta­łam, kręcąc gło­wą.

- Nie­praw­da, nie tyl­ko musi mieć fiu­ta­aa - prze­ci­ąga­łam spe­cjal­nie ostat­nie sło­wo. - Mały, ale wa­riat nie wcho­dzi w ra­chu­bę. Musi być duży. - Od­mie­rzy­łam ręka­mi ja­kiś metr i wy­szcze­rzy­łam się jak Jo­ker. - Więc wy­cho­dzi na to, że tak na­praw­dę je­stem wy­bred­na.

Jęk­nęła prze­ci­ągle i za­kry­ła twarz dło­ńmi.

- No do­bra, może kie­dyś się taki znaj­dzie, któ­ry spe­łni moje wszyst­kie stan­dar­dy i ocze­ki­wa­nia. Wte­dy będę chcia­ła za­trzy­mać go na dłu­żej.

- Wi­dzisz. - Wy­ce­lo­wa­ła we mnie pal­cem. - Czy­li wca­le tak nie my­ślisz. Więc jest dla cie­bie cho­ler­na na­dzie­ja! - Kla­snęła moc­no w dło­nie i po­pa­trzy­ła na mnie wy­mow­nie. Nie po­do­ba­ło mi się to. Wie­dzia­łam, co su­ge­ro­wa­ła. - Nie mu­sia­ła­byś uda­wać ko­goś, kim nie je­steś.

Niech le­piej nie za­czy­na tego te­ma­tu.

- Es­ter. - Zła­pa­łam się za twarz i zro­bi­łam zszo­ko­wa­ną minę. - Masz ra­cję - po­wie­dzia­łam, jak­bym do­sta­ła ob­ja­wie­nia.

- Wie­dzia­łam. - Pod­sko­czy­ła na łó­żku.

- Jest dla cie­bie pie­przo­na na­dzie­ja. Kur­wa, na­praw­dę prze­klęłaś.

Ude­rzy­ła się otwar­tą ręką w czo­ło.

- Od­wo­łu­ję to - wy­plu­ła szyb­ko, po czym mru­cza­ła coś pod no­sem o świ­ęco­nej wo­dzie.

Nie ma dla mnie ra­tun­ku!

- A wra­ca­jąc do Mek­sy­ku - po­wie­dzia­ła z prze­bie­głym uśmiesz­kiem. - Wiesz, kto ju­tro rano przy­la­tu­je do na­sze­go zam­ku, Ksi­ężnicz­ko? - Na te sło­wa jej oczy za­pa­li­ły się jak cho­ler­na la­tar­nia mor­ska. - Twój Mek­sy­ka­ński Ksi­ążę!

Mu­sia­ła, cho­le­ra, mu­sia­ła.

Wie­dzia­łam, aż za do­brze.

I jaki mój?!

Tym ra­zem ja za­kry­łam twarz.

Już mi wy­star­cza­ło, że spędza­li­śmy wspól­nie co dru­gie świ­ęta, ka­żde uro­dzi­ny, ró­żne­go ro­dza­ju ban­kie­ty i wa­ka­cje od po­nad czter­na­stu lat. Na do­da­tek mam obo­wi­ązek co chwi­lę się z nim kon­tak­to­wać i oma­wiać ró­żne spra­wy zwi­ąza­ne z biz­ne­sem. To zna­czy, ja to ro­bię, on nie­zu­pe­łnie.

- Wiem i co z tego?

- Vic­to­ro­we roz­pra­sza­cze - mruk­nęła pod no­sem z tym ra­do­snym uśmiesz­kiem, któ­ry chcia­łam ze­trzeć jej z twa­rzy.

Prze­wró­ci­łam ocza­mi.

- Co z tego? - za­py­ta­ła i unio­sła wy­nio­śle brew. - To z tego, że przy­je­żdża do nas nie­by­wa­le przy­stoj­ny i wład­czy mężczy­zna, za któ­rym ty, sio­strzycz­ko, sza­le­jesz.

- Od­bi­ło ci? Pff - prych­nęłam. - Co do­da­łaś do tych cia­stek, sio­stro? - za­py­ta­łam, kom­plet­nie igno­ru­jąc jej sło­wa.

Była ostat­nią oso­bą, któ­ra si­ęgnęła­by po nar­ko­ty­ki. Ko­cha­ła na­szą ro­dzi­nę, ale nie do ko­ńca po­pie­ra­ła to, czym się zaj­mo­wa­li­śmy. W prze­ci­wie­ństwie do mnie ni­g­dy nie chcia­ła w tym uczest­ni­czyć i mój oj­ciec sza­no­wał jej de­cy­zję. Ona, tak samo, jak mat­ka, nie an­ga­żo­wa­ła się w na­sze nie­le­gal­ne in­te­re­sy, ale wi­dzia­ła na­praw­dę wie­le brzyd­kich rze­czy, z któ­ry­mi na­uczy­ła się już żyć.

Za­wsze chcia­ła zo­stać le­ka­rzem i spe­łni­ła swo­je ma­rze­nia. Pra­gnęła po­ma­gać i ra­to­wać ludz­kie ży­cia, kie­dy ja je od­bie­ra­łam. Jej przy­szły mąż pra­co­wał dla nas. Po­zna­ła go, a mo­żna po­wie­dzieć, że ura­to­wa­ła mu ży­cie, kie­dy zo­stał po­strze­lo­ny. Pi­ęk­na hi­sto­ria anio­ła i nie­bez­piecz­ne­go mężczy­zny, któ­ry z zim­ne­go dra­nia prze­mie­nił się dla niej w pan­to­fla­rza. Sama sło­dycz. Rzy­gam tęczą. Nie prze­pa­da­łam za nim i mu nie ufa­łam, ale to w ko­ńcu nie ja za nie­go wy­cho­dzi­łam. Jak ni­ko­mu na świe­cie, ży­czy­łam sio­strze szczęścia. Je­śli Cri­stia­no kie­dy­kol­wiek ją zra­ni, prze­ro­bię go na pie­przo­ne mie­lo­ne, a jego fiu­tem na­kar­mię sępy.

Ja, tak jak oj­ciec, uko­ńczy­łam aka­de­mię po­li­cyj­ną. Przez ostat­nie trzy lata wi­ęk­szo­ść swo­je­go cza­su spędzi­łam we Fran­cji, pra­cu­jąc dla In­ter­po­lu, a wła­ści­wie mo­żna po­wie­dzieć, że to In­ter­pol pra­co­wał dla mnie. By­łam tak usta­wio­na, że na­wet w ży­ciu po­śmiert­nym nie mu­sia­ła­bym nic ro­bić. Te­raz pra­gnęłam zo­stać sze­fo­wą wszyst­kich sze­fów. Z dumą mia­łam prze­jąć wła­dzę po ojcu i praw­do­po­dob­nie na za­wsze ska­zać się na Ksi­ęciu­nia, To­bia­sa Re­je­sa, któ­re­mu ten za­szczyt, nie­ste­ty, też się na­le­żał. Obec­nie rządzi­łam całą Po­łu­dnio­wą Ame­ry­ką, a Ksi­ęciu­nio Ame­ry­ką Pó­łnoc­ną. Tak zde­cy­do­wa­li nasi ro­dzi­cie­le. Oj­ciec po­wie­rzył całe Wło­chy mo­je­mu ku­zy­no­wi Fran­ce­sco, a jego pra­wą ręką zo­stał przy­szły ma­łżo­nek mo­jej sio­stry.

Gdy przej­mę ca­łko­wi­tą wła­dzę, będę rządzić nimi wszyst­ki­mi, co do jed­ne­go. Nikt już nie będzie stał po­nad mną.

Pod­nie­ca­jąca myśl.

- Je­śli tak do­brze dzia­ła­ją, też chcę. - Si­ęgnęłam po jed­no ciast­ko, a pó­źniej we­pchnęłam je szyb­ko do ust.

Uśmiech sio­stry jesz­cze bar­dziej się po­sze­rzył.

- Po­nad metr dzie­wi­ęćdzie­si­ąt wzro­stu, same mi­ęśnie, cu­dow­ne, szma­rag­do­we oczy. I te rzęsy. A uśmiech? Och. - Wzdy­cha­ła prze­sad­nie i pa­trzy­ła z roz­ma­rze­niem w punkt na ścia­nie. Wy­gląda­ła na pod­nie­co­ną i jak­by prze­nio­sła się do ja­kie­goś in­ne­go miej­sca.

I wku­rza­ło mnie to, że wie­dzia­łam, do ja­kie­go, bo do­kład­nie o tym sa­mym po­my­śla­łam. Ale to tyl­ko sko­ru­pa, nic wi­ęcej. Ład­ny wy­gląd.

Jaki ład­ny? Co ja pie­przę? Mega cia­cho! To­tal­nie w moim ty­pie.

Gęste, czar­ne wło­sy, spoj­rze­nie, któ­rym mó­głby za­pład­niać ko­bie­ty, cia­ło Ado­ni­sa, sze­ro­kie ple­cy, wąska ta­lia, jędr­ny ty­łek i uda, któ­ry­mi pew­nie łu­pał orze­chy na pod­wie­czo­rek. Umi­ęśnio­ny, ale nie prze­sad­nie. Z opo­wia­dań wszyst­kich jego dup wy­ni­ka­ło, że miał spo­ro w roz­por­ku. I miał rządzić ra­zem ze mną ca­lut­kim nar­ko­ty­ko­wym im­pe­rium. Jego ro­dzi­ce od lat go do tego przy­go­to­wy­wa­li, tak samo jak moi mnie.

A poza tym to go nie zno­si­łam.

- Nie tęsk­nisz? Ostat­ni raz wi­dzia­łaś go po­nad trzy mie­si­ące temu.

Całe szczęście. Wte­dy był z nim ten pie­przo­ny ru­dzie­lec.

- Es­ter? Sko­ńczy­łaś? - za­py­ta­łam, żeby prze­rwać te jej cho­re fan­ta­zje. Za­częła mnie na­praw­dę wku­rzać.

Na­dal była jak w tran­sie. Ga­da­ła jak ka­ta­ryn­ka, wy­mie­nia­jąc wszyst­kie jego za­le­ty.

- Zna sztu­ki wal­ki, jest nie­by­wa­le in­te­li­gent­ny, ma bar­dzo wy­so­kie IQ, sko­ńczył z wy­ró­żnie­niem Ha­rvard, mówi bie­gle w sze­ściu języ­kach, ma­lu­je, jak Le­onar­do da Vin­ci, Mo­net i Pi­cas­so w jed­nym. Do­dat­ko­wo nasi ro­dzi­ce go uwiel­bia­ją. Ge­ne­ral­nie on nie ma żad­nych wad, oprócz tego, że za chwi­lę przej­mie nar­ko­ty­ko­we im­pe­rium i sy­pia z wszyst­kim, co po­pad­nie, ale to tak samo jak ty. - Po­trząsnęła gło­wą i od­no­si­łam wra­że­nie, że do­pie­ro wte­dy wró­ci­ła na zie­mię.

Moi ro­dzi­ce po pro­stu uwiel­bia­li Re­je­sów, i to z wza­jem­no­ścią. Ży­li­śmy jak jed­na, wiel­ka, ko­cha­jąca się wło­sko-mek­sy­ka­ńska nar­ko­ro­dzin­ka. Mój oj­ciec i Sa­ba­tia byli bar­dzo do sie­bie po­dob­ni i obo­je prze­ży­li pie­kło. Ich cha­rak­ter i dzia­ła­nia, ja­kie po­dej­mo­wa­li, ukszta­łto­wa­ło ży­cie, na­to­miast ja sama tego pra­gnęłam.

Mój już nie­ży­jący dzia­dek rządził wło­skim im­pe­rium, któ­re odzie­dzi­czył rów­nież po swo­im ojcu. Ko­lej­nym do tro­nu był star­szy o czte­ry lata brat mo­je­go ojca, ale nie­ste­ty tego nie do­cze­kał. Mój sta­ru­szek od za­wsze chciał zo­stać po­li­cjan­tem, ale wszyst­ko się zmie­ni­ło, kie­dy wróg dziad­ka za­ata­ko­wał i do­szło do eks­plo­zji, a jego dom z ro­dzi­ną w środ­ku sta­nął w pło­mie­niach. Ni­ko­mu nie uda­ło się wy­jść z tego cało. Oj­ciec prze­żył, po­nie­waż wcze­śnie rano wy­je­chał na obóz. Przez dłu­gi czas nie po­tra­fił po­go­dzić się ze stra­tą. Obie­cał, że po­mści ro­dzi­nę, i choć tego nie chciał, prze­jął ste­ry, za­czął wspó­łpra­cę z bra­tem dziad­ka, wu­jem Er­ne­stem.

Po­sta­no­wił zła­pać byka za rogi i wy­je­chał do Sta­nów. Chciał po­sze­rzyć swo­ją wła­dzę na nie­wy­obra­żal­ną ska­lę i do­ko­nał tego. Mo­żna po­wie­dzieć, że za­rządzał in­te­re­sem za po­mo­cą te­le­fo­nu, jed­no­cze­śnie stu­diu­jąc w No­wym Jor­ku. Tam szcze­bel po szcze­blu wspi­ął się na sam szczyt i do­ta­rł na naj­wy­ższy sto­łek głów­ne­go sze­fa FBI. Prze­nió­sł się do Wa­szyng­to­nu, za­przy­ja­źnił się z cho­ler­nym pre­zy­den­tem i tam ta­kże po­znał moją mat­kę, w któ­rej za­ko­chał się na za­bój. Po kil­ku mie­si­ącach zna­jo­mo­ści oka­za­ło się, że Dia­na za­szła w ci­ążę, i tak przy­szła na świat Es­ter. Ro­dzi­ce nie pró­żno­wa­li, bo po nie­spe­łna je­de­na­stu mie­si­ącach po­ja­wi­łam się ja. Sio­stra uro­dzi­ła się Wa­szyng­to­nie, a ja na Sy­cy­lii, jed­nak wi­ęk­szo­ść swo­je­go ży­cia obie spędzi­ły­śmy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

Na­to­miast samą Za­ha­rę oj­ciec po­znał w No­wym Or­le­anie, na jed­nym z ban­kie­tów, na któ­ry za­pro­sił go jej były mąż, nie­gdyś bur­mistrz wła­śnie tego mia­sta. Pseu­do­bur­mistrz, po­nie­waż oka­zał się cho­rym psy­chicz­nie skur­wy­sy­nem. Czas prze­szły, bo od kil­ku­na­stu lat gry­zł piach.

I tak oj­ciec i Re­je­so­wie rządzi­li całą kulą ziem­ską. Kon­tro­lo­wa­li prak­tycz­nie cały świa­to­wy ry­nek, a ich pro­chy ro­ze­szły się po kon­ty­nen­tach. Wszędzie mie­li ukła­dy i ukła­dzi­ki. Rząd, słu­żby, gwiaz­dor­ski świa­tek - ka­żdy sie­dzi w ich kie­sze­ni. Tych, któ­rych uwa­ża­li za po­ten­cjal­ne za­gro­że­nie, eli­mi­no­wa­li.

Przez całe ży­cie pa­trzy­łam, jak wy­so­ko po­sta­wio­ne per­so­ny ca­łu­ją mo­je­go ojca po sto­pach i wcho­dzą mu w dupę. A za kil­ka lat to wszyst­ko mia­ło na­le­żeć do mnie i Ksi­ęciu­nia. Choć i te­raz nie mo­głam na­rze­kać na brak sza­cun­ku. Nie sza­nu­je mnie je­den osob­nik i tyl­ko dla­te­go, że je­stem ko­bie­tą. Co jest hi­po­kry­zją roku, po­nie­waż jego mat­ka jest kró­lo­wą i prze­ta­rła dla nie­go ście­żki.

- Na pew­no chcesz wy­jść za mąż za Cri­stia­no? - Unio­słam wy­so­ko brwi. - Je­śli tak bar­dzo za­chwy­casz się To­bia­sem, to może prze­my­śl to ma­łże­ństwo, do­pó­ki nie jest za pó­źno, sio­stro.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

- Zo­sta­wi­łam go dla cie­bie... - Skrzy­wi­ła się, a za­raz po tym po­smut­nia­ła.

Za­sło­ni­łam ręką usta. Zro­zu­mia­łam.

Kur­wa!

- Na­praw­dę jesz­cze wszyst­ko mo­że­my od­kręcić, Es­ter. Zresz­tą, za­raz we­zmę pi­sto­let i mogę szyb­ko po­zbyć się prob... - Nie do­ko­ńczy­łam, bo na moje sło­wa wy­buch­nęła gło­śnym śmie­chem. Tak moc­no się śmia­ła, że po jej twa­rzy za­częły pły­nąć łzy.

Zno­wu to zro­bi­ła.

Wrrr!

Chwy­ci­łam za ko­lej­ną po­dusz­kę, zro­bi­łam za­mach i wal­nęłam sio­strę w gło­wę.

- Ty głu­pia cipo! Za ka­żdym ra­zem się na to na­bie­ram.

- I tak wiem, że ci się po­do­ba! - Śmia­ła się hi­ste­rycz­nie.

- Nie cier­pię tego pie­przo­ne­go dup­ka! - krzyk­nęłam odro­bi­nę za gło­śno.

- Ja­sne, ja­sne. Za­wsze tak mó­wisz. - Prze­wró­ci­ła ocza­mi.

- Bo tak jest! My­śli, że może kon­tro­lo­wać wszyst­ko i wszyst­kich!

- Iry­tu­je cię, bo jest taki sam jak ty, ale le­cisz na nie­go!

- Es­ter - fuk­nęłam i ob­rzu­ci­łam ją nie­na­wist­nym spoj­rze­niem.

Nic so­bie z tego nie ro­bi­ła. Wi­ęk­szo­ść osób bała się mnie, ale nie ona. Wie­dzia­ła, że ni­g­dy bym jej nie skrzyw­dzi­ła. Na pew­no nie­fi­zycz­nie. By­ły­śmy sio­stra­mi, ale ta­kże naj­lep­szy­mi przy­ja­ció­łka­mi.

- Kie­dy ze­rwał z Ma­di­son?

Su­per­mo­del­ka, tycz­ko­wa­ta blon­dy­na z wiel­ki­mi cyc­ka­mi, któ­ra przez kil­ka mie­si­ęcy wy­ko­rzy­sty­wa­ła Ksi­ęciu­nia. Le­cia­ła tyl­ko na jego bank­no­ty, a bie­da­czy­na chy­ba na­praw­dę się w niej za­ko­chał. Gdy­bym ży­wi­ła do nie­go ja­kie­kol­wiek uczu­cia, to na­wet by­ło­by mi go żal. ALE NIE BYŁO!

- Trze­cie­go pa­ździer­ni­ka.

- W któ­rym roku?

- Ja­koś pięć lat temu - od­po­wie­dzia­łam au­to­ma­tycz­nie.

Zno­wu wy­buch­nęła śmie­chem i zła­pa­ła się za brzuch.

Nie­na­wi­dzę jej!

- Prze­cież ta in­for­ma­cja była w ka­żdej ga­ze­cie i mó­wi­li o tym wszy­scy!

Przez to mia­łam ocho­tę po­ćwiar­to­wać wszyst­kie te­le­wi­zo­ry w domu, bo wci­ąż mó­wio­no o na­szych ro­dzi­nach. Lu­dzie nas ko­cha­li, na­zy­wa­li fi­lan­tro­pa­mi. By­li­śmy hoj­ni, do­fi­nan­so­wy­wa­li­śmy ró­żne­go ro­dza­ju pla­ców­ki i ra­to­wa­li­śmy zie­mię przed wy­nisz­cze­niem. Ochro­na ży­cia, śro­do­wi­ska i inna gów­nia­na hi­po­kry­zja. Po­nad­to po­sia­da­li­śmy pry­wat­ne szko­ły, ga­le­rie, kli­ni­ki, szpi­ta­le, a na­wet wi­ęzie­nia. O wy­spach na­zwa­nych na­szy­mi imio­na­mi nie wspom­nę.

W wia­do­mo­ściach ci­ągle sły­sza­łam: "Dwu­dzie­stocz­te­ro­let­nia mi­liar­der­ka na­dal wol­na, bla, bla, bla". Żeby jesz­cze te te­le­wi­zyj­ne hie­ny ro­bi­ły ja­kieś ko­rzyst­ne fot­ki. Za­wsze wy­gląda­łam na nich jak sy­czący wąż.

- Nie, w su­mie fak­tycz­nie, wca­le na nie­go nie le­cisz. Wca­le a wca­le. - Kręci­ła gło­wą i śmia­ła się hi­ste­rycz­nie.

- Prze­gi­nasz! - Wy­ce­lo­wa­łam w nią pal­cem.

- Rafa też przy­je­żdża. - Za­gry­zła war­gę, roz­ma­rzo­na.

- Co to te­raz mia­ło być? - Zmru­ży­łam oczy.

- Nic, po pro­stu mó­wię, że też będzie - po­wie­dzia­ła szyb­ko, ner­wo­wo po­cie­ra­jąc ko­la­no.

Cie­ka­we...

- Prze­cież wiem. - Roz­ło­ży­łam sze­ro­ko ręce.

Za­wsze był. Gdy sko­ńczył dzie­si­ęć lat, jego ro­dzi­ca­mi ad­op­cyj­ny­mi zo­sta­li Re­je­so­wie. Trak­to­wa­li go jak syna, a Ksi­ążę miał go za bra­ta. Tak na­praw­dę cała na­sza czwór­ka wy­cho­wy­wa­ła się ra­zem.

Es­ter z gło­śnym wes­tchnie­niem opa­dła na fo­tel.

- Cri­stia­no mnie ko­cha. Jest wier­ny i do­brze mi z nim. Do two­je­go ser­ca też ktoś kie­dyś się prze­drze. Wie­rzę w to.

Na­dzie­ja mat­ką głu­pich.

- Masz ra­cję. Zde­cy­do­wa­nie się prze­drze, ale nie do ser­ca, tyl­ko do cip­ki. - Chwy­ci­łam za te­le­fon i wsta­łam na rów­ne nogi. - Jadę do Vic­to­ra - rzu­ci­łam z zu­chwa­łym uśmie­chem.

- Mam na­dzie­ję, że nie do­sta­niesz rze­żącz­ki! - krzy­cza­ła za mną. - Nie proś mnie pó­źniej o po­moc!

Uśmiech­nęłam się pod no­sem, za­my­ka­jąc za sobą drzwi.

***

Prze­kręci­łam lek­ko gło­wę, bo pach­nący kawą od­dech owiał moją skó­rę tuż przy uchu.

- Je­steś taka ślicz­na - wy­mru­czał Vic­tor. Ku­li­sty­mi ru­cha­mi ma­so­wał moją nagą pie­rś.

Prze­ta­rłam za­spa­ne oczy i spoj­rza­łam na nie­go.

Zde­cy­do­wa­nie ko­ciak.

Jego wło­sy były wil­got­ne, bo pew­nie wzi­ął prysz­nic, a na so­bie miał tyl­ko bia­łe bok­ser­ki od Ca­lvi­na Kle­ina. No i ten per­wer­syj­ny uśmie­szek.

- Zna­my się tyle lat, a tak mało o to­bie wiem... - wy­chry­piał, wpa­tru­jąc się w moją twarz. Nie po­do­ba­ło mi się to jego ckli­we spoj­rze­nie. - Chcia­łbym do­wie­dzieć się wi­ęcej.

Pie­prze­nie, nic wi­ęcej. Żad­nych szcze­gó­łów. Do ni­cze­go by się to nie przy­słu­ży­ło.

- Gdy­bym ci po­wie­dzia­ła, mu­sia­ła­bym cię po­tem za­bić. - Pu­ści­łam mu oczko.

Ro­ze­śmiał się, bo my­ślał, że żar­to­wa­łam, ale mó­wi­łam po­wa­żnie. Może nie­ko­niecz­nie ja bym go za­bi­ła, ale osta­tecz­nie sko­ńczy­łby mar­twy.

Wie­dział do­kład­nie tyle, ile po­wi­nien. Gdy­by miał świa­do­mo­ść, że na­wet nie po­tra­fi­łam zli­czyć, ilu lu­dzi za­bi­łam w trak­cie swo­je­go krót­kie­go ży­cia, ucie­ka­łby stąd w pod­sko­kach. Da­łam mu się po­znać jako po­rząd­na biz­ne­swo­man, pro­wa­dząca sie­ci le­gal­nych in­we­sty­cji, tak samo, jak moi ro­dzi­ce mi­liar­de­rzy. Li­nie lot­ni­cze, sa­mo­cho­dy, nie­ru­cho­mo­ści i tak da­lej. On sam nie na­le­żał do bied­nych, ale nie mógł kon­ku­ro­wać z moim obrzy­dli­wie ol­brzy­mim ma­jąt­kiem.

- Je­steś słod­ka jak kar­mel.

Pra­wie par­sk­nęłam śmie­chem.

Sło­dycz? Kar­mel? Do­bre so­bie. Je­stem pie­przo­ną pa­prycz­ką chi­li!

Ko­niec tych smętów. To po­szło w złą stro­nę.

- Któ­ra go­dzi­na? - Prze­ci­ągnęłam się, wy­pi­na­jąc do przo­du pier­si.

- Dzie­si­ąta dwa­dzie­ścia.

- Co?! - Ze­rwa­łam się wście­kle na rów­ne nogi.

Mia­łam omó­wić z oj­cem jesz­cze kil­ka szcze­gó­łów przed przy­jaz­dem Re­je­sów.

Za­bi­je mnie!

Pró­bo­wa­łam wzro­kiem zlo­ka­li­zo­wać swo­ją ko­mór­kę. Oka­za­ło się, że le­ża­ła na podło­dze, za­pląta­na w moje strin­gi.

Ład­nie nas po­nio­sło.

Mia­łam je­dy­nie czter­dzie­ści pięć nie­ode­bra­nych po­łączeń od Es­ter, mat­ki i ojca.

- Ja pier­do­lę! Mam prze­sra­ne! - krzyk­nęłam po ro­syj­sku.

- Co po­wie­dzia­łaś?

Do­brze, że oj­ciec na­le­gał na na­ukę języ­ków ob­cych, dzi­ęki temu oprócz wło­skie­go mó­wi­łam bie­gle w języ­ku an­giel­skim, fran­cu­skim, hisz­pa­ńskim i ro­syj­skim. Mu­sia­łam przy­znać, że to dużo uła­twia­ło, kie­dy co chwi­lę ne­go­cjo­wa­łam ró­żne trans­ak­cje z ob­co­kra­jow­ca­mi, któ­rzy nie byli aż tak bar­dzo am­bit­ni. Albo wła­śnie w ta­kiej chwi­li.

- Nic!

W eks­pre­so­wym tem­pie za­częłam na­ci­ągać na sie­bie leg­gin­sy i nie kło­po­ta­łam się z wkła­da­niem sta­ni­ka, tyl­ko prze­ci­ągnęłam przez gło­wę bia­ły, krót­ki top. Prze­świ­ty­wa­ły mi przez nie­go sut­ki, ale cóż...

- Ubie­raj się! Je­dziesz ze mną! Szyb­ko!

- Do­kąd? - za­py­tał za­sko­czo­ny.

- Do mnie! Już! - roz­ka­za­łam.

- Okej! - Chwy­cił za swo­je ubra­nia. - Mu­szę przy­naj­mniej po­pra­wić wło­sy.

Wło­si i ich pier­do­lo­ne wło­sy. Już wiem, cze­mu wolę Ame­ry­ka­nów.

- Nie ma cza­su na two­je cho­ler­ne wło­sy! Je­steś przy­stoj­ny i bez nich! - Mó­wi­ąc to, wsu­wa­łam lewą sto­pę w Adi­da­sa.

Uśmiech­nął się sze­ro­ko na ten nie­spo­dzie­wa­ny kom­ple­ment.

Ja­kieś pięć mi­nut pó­źniej sie­dzie­li­śmy w moim czar­nym Ran­ge Ro­ve­rze. Ochro­niarz, któ­ry przez całą noc mu­siał słu­chać na­szych jęków, rzu­cał mi roz­ba­wio­ne spoj­rze­nia we wstecz­nym lu­ster­ku. Uwiel­bia­łam tego go­ścia. Leo nie tyl­ko był moim ochro­nia­rzem, lecz ta­kże przy­ja­cie­lem. Trak­to­wa­łam go jak star­sze­go bra­ta, któ­re­go ni­g­dy nie mia­łam. Gdy za­czął pra­co­wać dla mo­je­go ojca, mia­łam ja­kieś dzie­wi­ęć lat. Kie­dyś na­wet się w nim pod­ko­chi­wa­łam. Na­dal był przy­stoj­ny, choć miał już czter­dziest­kę na kar­ku.

Dwa­dzie­ścia mi­nut za­jęło nam do­tar­cie do for­te­cy mo­ich ro­dzi­ców. Prze­kro­czy­li­śmy wy­so­kie, że­la­zne bra­my, a po­tem dłu­gi na co naj­mniej trzy ki­lo­me­try, za­wi­ły pod­jazd, aż w ko­ńcu do­tar­li­śmy do głów­ne­go we­jścia re­zy­den­cji, przed któ­rym sta­ła ogrom­na fon­tan­na i cho­ler­nie dużo czar­nych, luk­su­so­wych Mer­ce­de­sów. To ozna­cza­ło tyl­ko jed­no - Ro­dzi­na Re­je­sów do­ta­rła.

Cie­szy­łam się, że zo­ba­czę Za­ha­rę. Ko­cha­łam tę ko­bie­tę. W jed­nej chwi­li go­to­wa­ła obiad, a w dru­giej wy­dłu­by­wa­ła ko­muś ły­żką oko. Im­po­no­wa­ła mi do­słow­nie wszyst­kim. Pi­ęk­nym wy­glądem, cha­rak­te­rem, prze­bie­gło­ścią, in­te­lek­tem, a ta­kże wy­bo­rem męża. Chcia­łam być wła­śnie taka jak ona. No poza tym, że nie chcia­łam wy­cho­dzić za mąż.

- Kim są ci lu­dzie? - za­py­tał Vic­tor. Wska­zał dło­nią na wy­sia­da­jących z auta Mar­ko­sa Pe­de­ra­zę, jego żonę i dwóch sy­nów.

Już z da­le­ka wi­dzia­łam kry­tycz­ny wzrok mo­je­go ojca i cho­ler­ne­go pana pi­ęk­ne­go, a u jego boku ja­kąś wy­wło­kę.

- Czy to nie przy­pad­kiem słyn­ni Re­je­so­wie? - Wy­glądał na zszo­ko­wa­ne­go.

Za­po­mnia­łam, że kie­dy mnie nie pie­przył, strasz­nie dużo kła­pał tą nie­wy­pa­rzo­ną ja­dacz­ką.

- Po­słu­chaj mnie. - Chwy­ci­łam go moc­no za bro­dę i zmu­si­łam, by po­pa­trzył mi w oczy. - Zero py­tań. Masz ro­bić, co ci mó­wię i pie­przyć mnie wte­dy, kie­dy ci po­wiem, nic wi­ęcej, zro­zu­mia­łeś?

Wy­ba­łu­szył oczy i prze­łk­nął ner­wo­wo śli­nę.

- Ni­lay, za­raz zmia­żdżysz mi szczękę - wy­char­czał.

Kur­wa! Po­nio­sło mnie.

Od razu go pu­ści­łam.

- Osza­la­łaś? - za­py­tał zszo­ko­wa­ny i zła­pał się za twarz. Przez kil­ka se­kund po­cie­rał szczękę, na któ­rej zo­sta­ły czer­wo­ne śla­dy po mo­ich pal­cach.

To był zły po­my­sł, by go tu­taj za­bie­rać.

- Po pro­stu nie za­da­waj py­tań i się nie od­zy­waj. Idzie­my się przy­wi­tać z mo­imi przy­ja­ció­łmi.

Mia­łam na­dzie­ję, że mnie po­słu­cha...