Rozdział 4
Aalb?k, 2021
Benedicte
Popołudniowy ruch ustał i akurat miałam dosłownie chwilę, żeby uzupełnić towar przed przyjściem Vinnie i jej córki. Mąż Vinnie zrobił dla nas wózek do lodów przyczepiany z tyłu roweru. Wymyśliłam, że córka Vinnie wraz z przyjaciółką będą sprzedawać z niego domowe lody przez najbliższe trzy, cztery tygodnie. Produkcja lodów szła pełną parą. Liczyłyśmy na to, że uda się rozkręcić sprzedaż dzięki ustawieniu przed sklepem wózka, który zwróci uwagę klientów. Wyjęłam sporą ilość naszego niebieskiego sera pleśniowego "Błękitny Lazur", a także łagodniejszy w smaku ser z białą pleśnią "Złoty Księżyc". W sklepie nosiłam przepisowo fartuch i siatkę na włosy. Mama pojechała już do domu po przedpołudniowej pracy przy wyrabianiu masła i przygotowaniu sporej ilości dojrzałego sera Havarti. Z popołudniową obsługą klientów bez problemu radziłam już sobie sama. Nuciłam pod nosem, kiedy dźwięk dzwonka obwieścił przybycie klienta.
- Już idę, proszę sekundkę poczekać - zawołałam z zaplecza, zgarniając produkty, które chciałam zanieść do sklepu
- Nie ma problemu - odpowiedział męski głos. - Pooglądam sobie towar... nie spieszy mi się.
Był to największy plus obsługiwania urlopowiczów. Mieli dużo czasu.
- Znalazł pan coś dla siebie? - zapytałam uprzejmie, odkładając ser na ladę za witryną.
Mężczyzna pochylał się nad gablotą z serami i nie widziałam jego twarzy. Mimo że miał na sobie swobodny ubiór, poznałam od razu po sposobie mówienia i wyglądzie, że nie jest stąd. Nad ladą ukazał się czubek głowy z włosami w kolorze jasnego brązu, a może to ciemny blond. Nie umiałam dokładnie określić ich barwy. Taki trochę przybrudzony blond. Zamyśliłam się, obserwując nieznajomego.
- Właściwie to przyciągnął mnie szyld z informacją o kawie i cynamonowych drożdżówkach. Jadę aż z Kopenhagi i nie zatrzymywałem się nigdzie po drodze. - Wyprostował się. - Ale teraz myślę, że wezmę też ser, masło i lody z... I może także ten jogurt grecki.
Świat wokół mnie znieruchomiał.
To był on.
Phillip.
Gapiłam się na niego bez słowa.
Mój pierwszy. Nie widziałam go dwadzieścia lat. Byłam absolutnie pewna, że to on w starszym wydaniu, choć nadal równie atrakcyjny jak wtedy.
- Eee, mówi pan, cynamonowe drożdżówki i kawa. - Cholera, fuck, co powinnam powiedzieć? Zerwałam z głowy siatkę i potrząsnęłam długimi kasztanowymi włosami, które z pewnością sterczały mi teraz dziko na wszystkie strony. To i tak lepsze niż siatka na włosy. - Najmocniej przepraszam, zapomniałam schować szyld. Drożdżóweczki już się skończyły, ale mam jeszcze kawę.
Amatorka, skrzyczałam się w duchu. I w dodatku te "drożdżóweczki". Czy profesjonalna ekspedientka mówi do klienta "drożdżóweczki"? Cholera, naprawdę dobrze wygląda. Oczywiście trochę się postarzał. Ale kto się nie postarzał? A akurat jemu jest z tym... piekielnie do twarzy. Dżinsy przylegały do jego ciała, podkreślając wąskie biodra. Przypomniały mi się stare reklamy Levi'sa z lat dziewięćdziesiątych. Ciemnozielona koszulka polo opinała ramiona i bicepsy. Bez wątpienia dbał o formę. Zaschło mi w gardle, oblizałam usta i musiałam odchrząknąć.
- Proponuję kawę na koszt firmy, a w tym czasie będzie się pan mógł spokojnie zastanowić nad zakupami - zaproponowałam i dodałam: - Jutro rano znowu będą miała świeże drożdżówki. Serdecznie zapraszam, jeżeli będzie pan miał czas.
Dziękuję ci, dobry losie. Co powinnam teraz zrobić? Tym razem to on zlustrował mnie od góry do dołu. Z zażenowaniem uświadomiłam sobie swój strój. Nikt na świecie nie wygląda dobrze w białym fartuchu i chodakach.
- Tak, dziękuję bardzo, chętnie wypiję kawę. Proszę mi powiedzieć, czy my się już kiedyś nie spotkaliśmy? Wygląda pani znajomo. - Przyglądał się mi badawczo, uśmiechając się przy tym szeroko i ukazując dołeczek w policzku. Niesamowicie cudowny dołeczek, który prześladował mnie w snach od dwóch dekad. Właśnie teraz miałam niepowtarzalną szansę powiedzieć mu, że spotkaliśmy się dwadzieścia lat temu na imprezie w Gammel Skagen. Między nami zaiskrzyło i zmyliśmy się z imprezy na wydmy. Ale oczywiście zabrakło mi odwagi.
- Nie, nie wydaje mi się. Jest pan nowy w mieście? - Odwróciłam się, żeby włączyć włoski ekspres do kawy. To Vinnie nalegała, żeby go kupić. Powiedziała, że muszę serwować porządną kawę, by klienci chcieli do mnie wracać.
- I tak, i nie. Mam letni dom w Gammel Skagen, to świeża sprawa. Co pani poleca? Szyld przy drodze naprawdę kusi.
Pochylił się w moją stronę, a wtedy podmuch wiatru z otwartych drzwi przywiał zapach jego wody po goleniu. No dobra, jeżeli kiedykolwiek wątpiłam, że istnieje coś takiego jak natychmiastowa reakcja chemiczna, teraz moje wątpliwości zniknęły. A może to działa tylko jednokierunkowo?
- Nasz niebieski ser pleśniowy "Błękitny Lazur" cieszy się dużą popularnością. Jest bardzo intensywny i smakuje niebiańsko na przypieczonym ciemnym pieczywie. Mam też dobry dojrzały Havarti.
Czekałam, co odpowie, i byłam ciekawa, czy mnie rozpoznał.
- Mogę spróbować obu? I poproszę jeszcze masło z solą z L?s? i jogurt. - Wskazał dłonią w prawo na gotowe produkty w opakowaniach.
- Oczywiście. Ile sera? - Jogurt był w kubeczkach, a masło w dwudziestogramowych opakowaniach. Zaznaczyłam nożem proponowane miejsce ukrojenia, a on potwierdził skinieniem głowy. Zdziwiło mnie, że jestem w stanie rozmawiać z nim zupełnie naturalnie, nie przyznając się, że go znam, i że nie plącze mi się język. Prowadziliśmy zwyczajową pogawędkę przy ladzie. Ile można gapić się na klienta, zanim ten uzna, że to nieuprzejme? Zauważyłam cień zarostu na policzkach i brodzie. I kilka siwych włosów, które mieszały się z ich naturalną barwą. Co jest ze mną nie tak? Dlaczego mam obsesję na punkcie jego włosów?
- Coś jeszcze? - zapytałam z profesjonalnym uśmiechem.
Chciałam, żeby on również mnie zapamiętał po dzisiejszym dniu, a może nawet wrócił tu kiedyś, chociaż mieszka w Gammel Skagen. Większość właścicieli letnich domów w Skagen nie przemieszczała się w kierunku południowym, raczej odwrotnie, ale zawsze można przecież mieć nadzieję.
- Nie, to znaczy tak, chwileczkę. Ma pani również domowe lody, prawda? - zapytał z entuzjazmem w głosie.
Wyczułam, że on także ma ochotę zostać chwilę dłużej. A może tylko bardzo chciałam, żeby tak było.
- Oczywiście. Mam małe litrowe opakowania z próbkami różnych rodzajów naszych lodów. - Nie mogłam przestać się do niego uśmiechać. Musiałam wyglądać idiotycznie, jak jakaś nastoletnia fanka.
- Świetny pomysł. W takim razie poproszę jedno opakowanie, a potem wrócę po większą porcję ulubionego smaku.
Dlaczego musi być tak cholernie miły? Byłoby mi łatwiej, gdyby zachowywał się jak gbur. Przecież sam powiedział, że tu wróci. Miałam wielką nadzieję, że mówił poważnie.
- Szanowna pani, właśnie zajechał pani powóz - skłoniła się Vinnie, wskazując ręką na wózek z baldachimem w niebiesko-białe paski.
- Sekundkę. Skończę tylko obsługiwać klienta i już idę. - Przechyliłam się przez ladę, żeby wyjrzeć przez otwarte drzwi. Phillip przesunął się na bok i podążył za moim spojrzeniem.
- Jaki piękny! - zawołał. Ucieszyła mnie jego spontaniczna reakcja.
- Chcemy sprzedawać z niego lody turystom. To nowy pomysł na przyciągnięcie większej liczby klientów do Aalb?k.
Nie mogłam się doczekać, żeby dokładniej obejrzeć wehikuł, a z drugiej strony nie miałam też ochoty wypuścić stojącego przede mną Phillipa.
- Nie wątpię, że odniesiecie wielki sukces. Któregoś dnia przyjadę na lody... Rozpuszczę też wieści w Gammel Skagen - obiecał, wskazując głową wózek.
- Dziękuję. Byłabym niezmiernie wdzięczna.
Jaki on słodki i bezpośredni. Nadal jednak nic nie zdradzało, że mnie rozpoznał. Przyjęłam zapłatę i podałam mu przez ladę brązową papierową torbę z zakupami. Jego dłoń musnęła moją, a wtedy świat zatrzymał się na ułamek sekundy. Zrobiło mi się słabo i musiałam przytrzymać się lady.
- Zmywamy się stąd?
Szeptał mi do ucha. Moje ręce oplatały jego szyję, jego dłonie spoczywały na moich biodrach. Tańczyliśmy przytuleni w letniej nocy, kołysząc się w rytm muzyki. W powietrzu unosił się uwodzicielski, rozpustny zapach słońca i młodości. Skinęłam głową.
- Chodźmy.
Ujął moją dłoń i pociągnął mnie za sobą przez dom w kierunku tylnych drzwi. Po drodze chwycił pikowany pled, dwie poduszki i butelkę różowego wina. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Wszyscy byli pochłonięci sobą i zatopieni w euforii młodości.
- Muszę najpierw spróbować towaru, ale kto wie, czy nie wrócę po więcej - wyraźnie ze mną flirtował.
Spojrzałam na niego speszona i szybko otrząsnęłam się ze wspomnień.
- Oczywiście, serdecznie zapraszam - powiedziałam. Miałam nadzieję, że nie przesadziłam z entuzjazmem.
- Dicte, może zaczniemy od razu dzisiaj? Wiele osób chce kupić lody już teraz. - Vinnie weszła do sklepu i zatrzymała się, widząc, że nadal obsługuję klienta.
- Jasne. A dziewczynki są gotowe?
Właściwie umówiłyśmy się na jutro, ale lodów było przecież całe mnóstwo.
- Zacznijcie od razu. Wiele osób jedzie do Skagen właśnie dzisiaj, a w kolejne dni będzie ich jeszcze więcej. - Phillip jeszcze nie wyszedł. Bardzo chciałam, żeby został. - No, ja też muszę już ruszać na północ. Powodzenia ze sprzedażą. Zajrzę tu znowu któregoś dnia.
- Dziękuję, bardzo dziękuję. - Nie bardzo wiedziałam, co powiedzieć.
Proszę, wróć... wracaj codziennie... do końca mojego życia - westchnęło moje głupie serce.
Vinnie się nie odezwała. Przenosiła tylko spojrzenie ze mnie na Phillipa i odwrotnie, a potem podążyła za nim wzrokiem i obserwowała, jak idzie do samochodu.
- Kto... to... był? - Powachlowała dłonią przed twarzą. - Zrobiło się tutaj jakoś gorąco, nie uważasz? Kurczę, ale ciacho. Co za tyłek!
- To pewnie początki klimakterium - rzuciłam sarkastycznie.
- Mam trzydzieści sześć, a nie czterdzieści sześć lat, ale ty - wycelowała we mnie palec - flirtowałaś sobie na potęgę z tym przystojnym DILF-em.
- DILF-em? - Nie znałam tego słowa.
- Dad, I'd like to fuck - wyjaśniła, śmiejąc się gromko.
- O nie! Na pewno jest żonaty i ma dzieci, tacy faceci nie są przecież singlami - jęknęłam zrezygnowana.
- Miał obrączkę? - Vinnie wskazała na swój serdeczny palec.
- Nie, ale można być żonatym i nie nosić obrączki.
Targały mną rozmaite uczucia. Nie wiedziałam, co ze sobą począć.
- To on - wyszeptałam.
- Jaki on? - Vinnie weszła za ladę i myła sobie ręce w umywalce.
- On, z tamtego lata...
- Ten on? - zapytała, wpatrując się we mnie uważnie.
- Tak, ten on. - Podeszłam do niej i również umyłam ręce.
- Dlaczego mu nie powiedziałaś? - Vinnie zrobiła zdziwioną minę.
- Bo zrobiłoby się niezręcznie, jeżeli on mnie nie pamięta. Był moim pierwszym, ale ja nie byłam przecież jego pierwszą. A potem już nigdy się ze mną nie skontaktował.