1
Kenneth pchnął ramieniem drzwi wejściowe i zawołał:
- Gemma! Udało mi się zdobyć baharat, tę przyprawę, której szukałaś!
Znasz ten grecki sklep przy Ada Street? Tam ją mieli!
- Co zdobyłeś? - rozległ się chrapliwy głos z końca korytarza.
Kenneth zmarszczył czoło i popatrzył w ciemność. Zauważył niewyraźną
sylwetkę przysadzistego osobnika stojącego pomiędzy klatką schodową a drzwiami do salonu.
- Kim ty jesteś, do diabła? - zapytał ze złością.
Postawił na podłodze dwie pękate torby z zakupami, po czym przekręcił
włącznik światła.
Zobaczył niskiego mężczyznę o szerokich ramionach, ubranego w płowy
pikowany płaszcz o odcieniu karmelowym, z wysoko podniesionym brązowym
aksamitnym kołnierzem. Mężczyzna miał na głowie brązowy filcowy kapelusz
o rondzie tak szerokim, że jego twarz pozostawała w cieniu. Kenneth
dostrzegł jednak jego oczy, błyszczące jak oczy zwierzęcia kryjącego się
w jaskini.
- Przepraszam! - warknął groźnie, chociaż jego głos zabrzmiał trochę
zbyt piskliwie. - Kim jesteś, do diabła, i co tutaj robisz?
- A ty? - odezwał się mężczyzna. - Mógłbym ci zadać takie samo cholerne
pytanie. Właśnie mam zamiar pójść do pubu, a ty włazisz tutaj, jakbyś
był właścicielem tej chałupy, i zadajesz mi jakieś głupie pytania. Mam
nadzieję, że się nie wybierasz do mojej kobiety, bo jeśli tak jest, to
możesz się spodziewać cholernych kłopotów.
Kenneth zbliżył się do niego, ciężko oddychając. Rondo kapelusza
znajdowało się na wysokości klatki piersiowej Kennetha, ale mężczyzna
roztaczał wokół siebie groźną i niepokojącą aurę. Znalazłszy się blisko,
Kenneth dostrzegł różową szramę, która wyglądała jak rozciągnięty sznur
i biegła od prawej kości policzkowej do kącika ust. Jego płaszcz cuchnął
paskudnym odorem dymu z papierosów.
- Do jasnej cholery, nie wiem, o czym mówisz - rzekł Kenneth. - Ale
dobrze zrobisz, jeżeli natychmiast się stąd ulotnisz, ponieważ w przeciwnym wypadku wezwę policję.
Wyciągnął z kieszeni telefon.
Mężczyzna przechylił głowę w lewo i prawo, spoglądając za jego plecy, w głąb korytarza.
- Naprawdę? Ściągniesz tu psy? A niby w jaki sposób to zrobisz?
- Zadzwonię na dziewięć-dziewięć-dziewięć, oczywiście - odparł Kenneth.
- Tak? A w jaki sposób? Nigdzie nie widzę telefonu.
- A jak myślisz, co to jest? - zapytał Kenneth i zbliżył rękę z telefonem do jego twarzy.
- A skąd mam, kurwa, wiedzieć? Jakaś fikuśna zapalniczka? Spieprzaj
stąd, zanim naprawdę się wkurzę.
- Rozumiem! Sam tego chciałeś! Gemma! Gemma, gdzie jesteś? Gemma!
- Właśnie wychodzę spod prysznica, Ken! - usłyszał słaby głos z piętra.
- Co się dzieje na dole?
- Mamy tu intruza! Nie chce odejść, więc dzwonię na policję!
Mężczyzna dwukrotnie dźgnął Kennetha palcem w mostek.
- Niestety, facet, jesteś w błędzie. To ty stąd sobie pójdziesz. Ty i ta
panienka, która zakradła się na piętro, kimkolwiek ona jest.
Kenneth zaczął wystukiwać numer, ale mężczyzna, mimo że najwyraźniej nie
wiedział, z jakim urządzeniem ma do czynienia, wytrącił mu telefon z ręki. Komórka upadła na podłogę.
Kenneth pochylił się, żeby ją podnieść, ale intruz bez wahania pchnął go
na schody, tak że jego głowa uderzyła w słupek poręczy. Kenneth szybko
się wyprostował, dotknął prawego ucha i zobaczył na palcach krew.
- Dobrze - powiedział. - Wynocha.
Nigdy w życiu z nikim się nie bił, ale kiedy pracował dla samorządu w Newham, wziął trzy lekcje ju-jitsu. Złapał mężczyznę za klapy płaszcza i spróbował powlec go korytarzem w stronę drzwi wyjściowych. Mężczyzna był
jednak zbyt ciężki, zbyt silny, i wydawał się niemal przyklejony do
podłogi. Pchnął Kennetha jeszcze raz, tym razem znacznie mocniej, przez
co ten wypuścił z dłoni poły jego płaszcza i przewrócił się na plecy.
Kiedy próbował się podnieść, mężczyzna sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wydobył z niej duży czarny pistolet automatyczny. Trzymając go w obu
rękach, wycelował prosto w twarz Kennetha i odezwał się szorstko:
- Ostrzegałem cię, stary, nie? Kurwa, ostrzegałem cię! Nie możesz
powiedzieć, że cię nie ostrzegałem!
Pociągnął za spust i rozległ się ogłuszający huk. Nos Kennetha zapadł
się do środka, a tył jego czaszki eksplodował. Na ścianę za jego
plecami, wyklejoną tapetą w paski, trysnęły krew i lśniące beżowe
fragmenty tkanki mózgowej.
- Co się tam dzieje? Co to za hałas? - wrzasnęła Gemma z sypialni. -
Ken, co się dzieje?
Kenneth osunął się na podłogę, a nad jego głowę leniwie nadpłynął dym z lufy pistoletu. Chowając broń z powrotem do kieszeni, zabójca pokręcił
głową i głośno cmoknął, jakby był niezadowolony, że Kenneth zmusił go do
tak drastycznego kroku. Następnie pochylił się, złapał za kołnierz
anoraka, w który ubrany był Kenneth, i pociągnął trupa po podłodze
korytarza.
Gemma pośpiesznie owinęła się różowym szlafrokiem i stanęła u szczytu
schodów w tym samym momencie, w którym mężczyzna dotarł do drzwi
wejściowych.
- Stój! - zawołała. - Stój!
Mężczyzna przystanął, a potem odwrócił się i spojrzał w jej kierunku.
Wyraz jego twarzy wystarczył, żeby z przerażenia zastygła. Chociaż był
mocno zbudowany, zaskoczył ją widok jego nieproporcjonalnie krótkich
nóg. Wydawało się, że nie nosi butów. W gruncie rzeczy chyba nie miał
stóp. Kiedy się znowu odwrócił i zaczął wywlekać ciało Kennetha na próg
domu, Gemma zobaczyła, że jego podwinięte nogawki szorują po podłodze.
Zaczęła nieporadnie schodzić po stopniach, ale było już za późno.
Mężczyzna zepchnął zwłoki Kennetha w bok z ceglanych schodów
prowadzących do domu, prosto na stromy klomb z pigwowcem japońskim, a potem odszedł.
Gemma wybiegła na zewnątrz, zbyt wstrząśnięta i zbyt przerażona, żeby
znowu krzyczeć. Popatrzyła w lewo i w prawo na ulicę, lecz chodniki były
puste i nie dostrzegła nawet śladu po mężczyźnie, który zabił Kennetha.
Padła na kolana obok jego ciała i wyszeptała:
- Ken... Ken... słyszysz mnie?
Jego twarz zamieniła się już w krwawą maź, chociaż oczy miał otwarte. Po
chwili jego ciało przetoczyło się na brzuch, kobieta zobaczyła z tyłu
głowy wielką dziurę i cały jej świat w jednej chwili się zawalił.
2
- Mam szczerą nadzieję, że jeszcze nie jedliście śniadania - powiedział
szef techników, prowadząc ich korytarzem.
Był zupełnie łysy, miał wybałuszone zielone oczy i niesłychanie wielkie
uszy, a w obwisłym białym kombinezonie z tyveku jego głowa wydawała się
zbyt mała w stosunku do reszty ciała. Nazywał się Derek Grant, ale Jerry
zawsze uważał, że wygląda jak obcy z filmów science fiction z lat
pięćdziesiątych XX wieku, więc nazywał go Marsjaninem.
- Prawdę mówiąc, zamierzałem zjeść tosta z fasolką, ale się okazało, że
chleb już mi zzieleniał - odpowiedział Jerry. Przed drzwiami salonu
zatrzymał się i dodał: - A więc to znów jeden z tych ohydnych trupów?
Taki, że jak go zobaczę, to będę chciał wyrzygać wnętrzności?
- Cóż, obrażenia są niezwykłe, zapewniam cię. Jeszcze nigdy nie miałem z czymś takim do czynienia, a wykonuję tę robotę już od piętnastu lat.
- Więc ja najlepiej poczekam na zewnątrz - odezwał się Jeżozwierz. -
Zjadłem właśnie birjani z kurczakiem.
- Żartujesz! Na śniadanie?
- Wczoraj wieczorem zasnąłem, zanim zdążyłem zjeść kolację, którą
przyniosłem do domu. A poza tym lubię zimne curry.
- Jezu. Teraz już wiem, dlaczego tak ci cuchnie z ust. Ale nie wyobrażaj
sobie, że ci odpuścimy spotkanie z trupem. Chociaż będzie nam przykro,
jeśli wyrzygasz śniadanie razem z własnymi wnętrznościami.
Dwaj umundurowani funkcjonariusze przywitali ich przed domem, a teraz
szli za nimi do środka. Jeden z nich rzekł:
- Mówicie o rzyganiu wnętrznościami? Nie unikniecie tego, koledzy,
gwarantuję. Mnie się to już przydarzyło. Zwróciłem dobrze przeżute
kiełbaski.
Drugi policjant dodał:
- Myślałem, że tą sprawą zajmuje się komisarz Baker.
- Tak, ale się spóźni - odparł Jerry. - Właśnie doczekał się dziecka.
- Freddy Baker? Nie wiedziałem, że nosił dzieciaka w brzuchu.
- Nie on. Jego żona.
Jerry i Jeżozwierz już wcześniej założyli na buty plastikowe
ochraniacze. Teraz ukryli również twarze pod maskami chirurgicznymi.
Marsjanin poprowadził ich do salonu. Zasłony były zaciągnięte, lecz
salon i jadalnia oświetlały silne reflektory na trójnogach.
- Rewelacja - powiedział Jeżozwierz. - Wygląda tu jak w domu mojej
babci.
Ściany salonu oklejone były tapetą z brązowymi chryzantemami, a na jego
umeblowanie składały się dwa wyświechtane fotele, równie wyświechtana
brązowa sofa oraz niski stolik z koronkowym obrusem. Nad kominkiem z cegieł wisiał oprawiony w ramy Śpiewający lokaj Jacka Vettriano -
obraz przedstawiający elegancką parę, tańczącą na plaży skąpanej w deszczu, oraz ich służącą i lokaja, przytrzymujących nad państwem
parasole.
- Jezu - jęknął Jerry. - Już sam obraz wystarczy, żebym puścił pawia.
Bardzo podobał się mojej żonie.
- Proszę tędy, jeśli chcesz zobaczyć ofiarę - powiedział do niego
Marsjanin.
Pchnął rozsuwane szklane drzwi, które oddzielały salon od jadalni. Trzej
kolejni śledczy, dwaj mężczyźni i kobieta, otaczali duży stół, wykonując
fotografie, nagrania wideo i dokładne pomiary. Jerry rozpoznał kobietę,
z którą kilkakrotnie już pracował, mimo że miała maseczkę na twarzy.
Pozdrowił ją otwartą dłonią, ale była bardzo zajęta fotografowaniem
lewej ręki ofiary i tego nie zauważyła.
- Cholera jasna - powiedział Jeżozwierz i przycisnął dłoń do swojej
maseczki.
Ofiara leżała na plecach na stole. Była naga: biała kobieta, zdaniem
Jerry'ego około czterdziestki. Miała kręcone ciemnorude włosy i wąski
pióropusz włosów łonowych w tym samym kolorze. Była osobą pulchną, z dużymi piersiami i lekko obwisłym brzuchem, ale nie na tyle grubą, żeby
Jeżozwierz uznał ją za opasłą.
Nie było wątpliwości co do tego, w jaki sposób została zabita albo co
jej zrobiono po śmierci. Jerry pomyślał, że lepiej byłoby dla niej,
gdyby to wszystko się stało po śmierci, ale jej nadgarstki i stopy
przywiązano do nóg od stołu nylonowymi sznurami do rozwieszania prania.
Kobieta nie miała szansy się ruszyć, nawet gdyby oprawca zadawał jej
najbardziej straszliwy ból.
Jej gardło zostało przecięte do głębokości kręgu, dlatego głowę miała
mocno odchyloną, a w jej szyi widoczny był szeroki otwór. Od twarzy do
stóp została też pocięta w jodełkę, ukośnymi nacięciami, powtarzającymi
się mniej więcej co półtora centymetra, głębokimi aż do kości. Piersi
miała poprzecinane w identyczny sposób, aż do klatki piersiowej, przez
co przypominały dwie lepkie porcje puddingu.
Straciła mnóstwo krwi, choć ta teraz już zaschła, a takie obfite
krwawienie dowodziło, że rany zadano jej za życia.
- Temperatura ciała każe przypuszczać, że śmierć nastąpiła
prawdopodobnie około północy - powiedział Marsjanin. Materiał maseczki
tłumił jego głos. - Została wykorzystana seksualnie, ale nigdzie nie
natrafiłem na ślady nasienia. Do tej pory zabezpieczyliśmy jedynie ślady
butów na dywanie i drobinki jakiegoś osadu, które mogły się przedostać
do domu na podeszwach sprawcy.
- Znamy jej personalia?
- Tak - odparł umundurowany funkcjonariusz, który stał za plecami
Jerry'ego. - To Kathleen Hartley. Nauczycielka pracująca na zastępstwach
w Lavender Hill School. Córka pary właścicieli tego domu, mieszkająca
tutaj w czasie ich wakacji na Teneryfie.
- Wiemy o niej coś więcej? Zamężna? Związana z kimś?
- Samotna. Nic więcej do tej pory nie ustaliliśmy. Mieszka przy Elsley
Road z inną nauczycielką, ale jeszcze nie zdołaliśmy się z nią
skontaktować.
- Wiadomo, gdzie po raz ostatni widziano ją żywą?
Policjant pokręcił głową.
- I wszystko wskazuje na to, że dzisiaj nie była potrzebna w szkole -
dodał. - Rozmawialiśmy już z sąsiadami, których spotkaliśmy na zewnątrz,
ale oni nie widzieli jej od kilku dni.
- Dobrze. Będziemy musieli przejść się w najbliższej okolicy od drzwi do
drzwi, a także sprawdzić, czy nie nagrały jej gdzieś kamery monitoringu.
Zdaje się, że są zainstalowane w większości sklepów.
Jerry znowu popatrzył na ciało Kathleen Hartley, poprzecinane do kości.
Widywał już ofiary torturowane przed śmiercią przez morderców, ale
jeszcze nigdy się nie zetknął z tak licznymi ranami na zwłokach.
Przyszło mu do głowy, że morderstwo popełnił rzeźnik albo szef kuchni,
ponieważ kobieta wyglądała tak, jakby przygotowano ją do umieszczenia w oknie wystawowym sklepu mięsnego albo upieczenia w piekarniku.
- Przepraszam, Jer, muszę wyjść - powiedział Jeżozwierz i głośno czknął.
- Chyba birjani ruszyło w kierunku mojego gardła.
Jerry odpowiedział mu uniesionym kciukiem. Sam nie zjadł jeszcze
śniadania, ale ohydny widok i zapach sprawiły, że w jego ustach pojawiła
się kwaśna kula o smaku kawy. Zdołał ją przełknąć, lecz nie miał
pewności, czy zechce już na dobre pozostać głęboko w jego
wnętrznościach. Jego żołądek rozszerzał się i zaciskał jak pięść
bukmachera.
Rozejrzał się po jadalni. Podobnie jak w salonie, jej ściany wyklejone
były wyblakłą tapetą w brązowe kwiaty. Poza stołem jadalnym i sześcioma
niepasującymi do siebie krzesłami w pomieszczeniu znajdował się tylko
tani lakierowany kredens i patykowaty trzypoziomowy stojak na doniczki,
z których wyrastały dwie zielistki i skrzydłokwiat. Nad kredensem
wisiało duże zniekształcone lustro, w którym widoczne były wszystkie
osoby obecne w pokoju.
- Przepraszam - powiedziała jedyna kobieta w gronie śledczych.
Stanęła przed krótszym bokiem stołu i sfotografowała nogi oraz stopy
Kathleen. Jerry musiał się cofnąć i potrącił stojak z doniczkami.
Przytrzymał go szybko, dzięki czemu stojak nie runął na podłogę, ale
donica ze skrzydłokwiatem się przewróciła i wypadł z niej niedopałek
papierosa.
- No i popatrz - powiedział do Marsjanina. - Ktoś wcisnął tu szluga.
Marsjanin podszedł bliżej i zajrzał do doniczki.
- Tak, oczywiście, zbadamy go - powiedział. - Przypuszczam, że
Hartleyowie nie palili papierosów. Nigdzie nie zauważyłem popielniczek,
a ponadto w domu bynajmniej nie czuć dymu tytoniowego. Nasza ofiara
prawdopodobnie także nie paliła. Ani na jej palcach, ani na zębach nie
ma przebarwień nikotynowych.
Poprosił kobietę, żeby wykonała kilka fotografii papierosa, a potem
ostrożnie zacisnął na nim pęsetę. Zanim wrzucił niedopałek do
plastikowego woreczka, odchylił maskę i go powąchał.
- Fuj - mruknął. - To jest jakiś strasznie ostry papieros.
Przytrzymał go przez chwilę, żeby Jerry również mógł to sprawdzić.
- O rety. Jeszcze nigdy nie wąchałem tak paskudnego szluga. Śmierdzi jak
jasna cholera.
Marsjanin zamknął woreczek.
- Znasz Geoffa Baxtera z Lambeth Road? To nasz fachowiec, jeśli chodzi o wyroby tytoniowe. Kiedy tylko wejdziesz do pokoju, od razu powie ci,
jakie papierosy ostatnio paliłeś, nawet jeśli nie będziesz miał żadnego
przy sobie. On nam powie, co to jest. Może znajdziemy na nim ślinę i dzięki temu zdobędziemy DNA.
Kobieta odłożyła aparat fotograficzny i po raz pierwszy popatrzyła na
Jerry'ego. Miała oczy zielone jak winogrona, a spod jej kaptura
wydobywało się kilka pasemek jasnych włosów. Jerry pamiętał, że kobieta
nazywa się Molly Jakaś-Tam i że kiedy ostatnio widział ją bez maseczki,
miała zadarty nos i była całkiem urodziwa.
- Och... detektyw posterunkowy Pardoe! - odezwała się. - Przepraszam, nie
zauważyłam, jak wszedłeś.
- Wszystkie dziewczęta tak do mnie mówią.
- Co u ciebie słychać? Dokąd zostałeś przydzielony po zamknięciu
komisariatu w Tooting?
- Do Lavender Hill. To niezłe miejsce, ale cholernie trudno się tam
dojeżdża, nieważne z jakiego kierunku. No i bufet na komisariacie jest
ohydny.
- Nie widziałam cię... od kiedy? Od tego zdarzenia na lodowisku w Streatham?
- Zgadza się. Chodziło wtedy o biedaka, któremu ktoś rozwalił głowę
łyżwą. - Jerry umilkł na chwilę, a potem rzucił: - Musielibyśmy znowu
się gdzieś we dwoje spotkać.
- Byłoby miło.
Ruchem głowy wskazał zwłoki Kathleen Hartley.
- Co o tym sądzisz? Widziałaś kiedyś coś podobnego? To niewiarygodne.
Odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z jakąś ofiarą rytualną,
nieprawdaż?
Molly Jakaś-Tam pokręciła głową.
- Owszem, ale widywałam już gorzej potraktowane ofiary. Ręce, nogi i głowy poodcinane od reszty i zakopane w workach na śmieci w przydomowym
ogrodzie. Takie modus operandi sprawcy nie jest niczym niezwykłym.
Jednak żeby ponacinać ciało w ten sposób... Właściwie w jakim celu? Pewnie
masz rację, Jim. Prawdopodobnie to rzeczywiście była rytualna ofiara,
ale jeszcze nigdy w życiu nie słyszałam o takim rytuale.
- Jerry.
- Słucham?
- To moje imię. Jerry, a nie Jim.
- Och, przepraszam. Zawsze myślałam, że Jim. Bardzo mi przypominasz
brata mojego narzeczonego, a on ma na imię właśnie Jim.
- Jesteś więc zaręczona?
Zanim Molly Jakaś-Tam zdołała mu odpowiedzieć, do jadalni wszedł kolejny
policjant w mundurze.
- Detektyw posterunkowy Pardoe? Przed domem stoi świadek, który widział,
jak ofiara wchodziła wczoraj późno w nocy do domu w towarzystwie
mężczyzny.
- Naprawdę? Dobrze. Zaraz zamienię z nim słowo.
- Ma na imię Hugo - powiedziała Molly Jakaś-Tam. Po chwili dodała, jakby
to wyjaśnienie było konieczne: - Mój narzeczony.
Jerry pokiwał głową. Sam przypuszczał, że Molly jest zaręczona z jakimś
facetem o imieniu Nigel. Śliczne młode kobiety z reguły bywają
zaręczone.
Posłał ostatnie długie spojrzenie w kierunku zmasakrowanych zwłok
Kathleen Hartley. Spróbował sobie wyobrazić cierpienie tej kobiety,
kiedy ktoś nacinał jej ciało, i ogarnąć umysł kogoś, kto potraktował ją
z tak niewyobrażalnym okrucieństwem. Trudno mu było zapanować nad własną
reakcją wobec tej zbrodni. Owszem, przyprawiła go o mdłości, ale też
straszliwie otępiła, więc zastanawiał się, dlaczego nie wstrząsnęła nim
bardziej gwałtownie. Przecież zaledwie przed dwoma tygodniami, kiedy w Battersea Park zobaczył zwłoki czteroletniego chłopca uduszonego przez
własną matkę, nieomal się rozpłakał.
Wyszedł z jadalni i po chwili znalazł się na ulicy. Był zaledwie
kwadrans po trzeciej, ale rozmazane szare chmury na niebie sprawiły, że
dzień zrobił się ponury i posępny. Jedna po drugiej zaczynały się
włączać lampy uliczne. Dostrzegł Jeżozwierza, który stał przy żywopłocie
przed domem i rozmawiał z czarnoskórą kobietą w srebrnej kurtce Puffa.
Miała włosy splecione w mnóstwo dredów, a w nosie srebrny pierścionek.
- To jest Shantelle - powiedział Jeżozwierz, kiedy Jerry do nich
podszedł. - Shantelle, to detektyw posterunkowy Pardoe.
- Dobrze się czujesz, Jeżozwierzu?
- Tak, już lepiej, dzięki. O ile nie zaglądam za żywopłot. Shantelle,
powtórz detektywowi Pardoe to wszystko, co mi powiedziałaś.
- Co, wszystko od początku?
- Jeśli nie masz nic przeciwko.
- Wracałyśmy z imprezy w Sugar Cane, ja i moja przyjaciółka Tamara.
Wyszłyśmy stamtąd wcześnie, bo było nudno. Szłyśmy Bennerley Road,
właśnie tutaj, i zobaczyłyśmy, że ten mężczyzna i ta kobieta stoją przed
drzwiami domu. Nie wiedziałyśmy, co to za ludzie, ale mężczyzna zaciskał
rękę na ramieniu kobiety, a ona chyba chciała, żeby się od niej
odczepił, wyrywała się, no, sam pan rozumie?
- Myślisz, że się pokłócili?
- No tak. Ona mówiła coś do niego, ale nie usłyszałam jej słów. I ciągle
chciała się od niego oderwać, nawet gdyby miał mu w ręce pozostać jej
płaszcz.
- Czy ty albo twoja przyjaciółka próbowałyście interweniować?
- Że co?
- Zapytałyście tę kobietę, czy potrzebuje pomocy?
- Chyba powinnyśmy. Ale obie wypiłyśmy po trzy zombie i kiepsko stałyśmy
na nogach. Buty niosłyśmy w rękach, bo na bosaka łatwiej było nam iść. W każdym razie pomyślałyśmy, że to jest tylko kłótnia domowa, jak
nazywacie to w policji. W piątkowe wieczory wiele par znajduje powody,
żeby się pokłócić. A poza tym mężczyzna wyglądał jakoś tak przerażająco.
- Co znaczy "jakoś tak przerażająco"?
- Hmm, byłam nawalona, więc to może dlatego. Ale kiedy ostatni raz się
odwróciłam i na niego popatrzyłam, to przysięgłabym, że facet nie miał
głowy.
- Przepraszam. Nie miał głowy? Może po prostu wysoko postawił kołnierz
płaszcza i jej nie widziałaś?
- Nie - powiedziała Shantelle. - Przysięgam na Jezusa, że nie miał
głowy. Żałuję, że nie zrobiłam mu zdjęcia.
- Byłem kiedyś w Sugar Cane - odezwał się Jeżozwierz. - Zazwyczaj
jednemu klientowi nie podają więcej niż dwie zombie.
Jerry znowu odwrócił się do Shantelle.
- Dobra, facet nie miał głowy - podjął. - Albo po prostu jego głowy nie
widziałaś. Jak był ubrany?
- Nie wiem. Zauważyłam tylko ciemny płaszcz.
- A bez tej głowy był wysoki czy niski?
- Identycznego wzrostu jak ona. Może był trochę wyższy.
- Obserwowałaś jeszcze tę parę, widziałaś, co stało się później? Czy ta
kobieta zdołała mu się wyrwać?
- Nie. Nie chciałyśmy się w nic wplątać, chyba pan rozumie? Ale kiedy
dotarłyśmy do rogu ulicy, usłyszałyśmy, jak trzasnęły drzwi, naprawdę
głośno. Wtedy się jeszcze raz obejrzałyśmy i tej pary nie było.
Przypuszczam, że oboje weszli do tego domu.
- Rozumiem, Shantelle, dziękuję, że nam o tym opowiedziałaś. Nagrałeś
wszystko, Jeżozwierzu?
Jeżozwierz pomachał mu przed oczami dyktafonem.
- Każde słowo, Jer. Dwukrotnie.
Kiedy Shantelle odeszła, z domu Kathleen Hartley wyszedł Marsjanin.
Podszedł do policjantów, trzymając szary wełniany szalik.
- Znaleźliśmy to w ogrodzie przed domem, obok przedsionka. Z całą
pewnością to jest męski szalik, a zatem prawdopodobnie zgubił go nasz
sprawca.
- Widzę na nim metkę - powiedział Jerry. - Co jest na niej napisane?
Marsjanin odwrócił szalik na drugą stronę i przymrużył oczy.
- Wellington and Smart. Nigdy nie słyszałem o takiej firmie.
- Wellington and Smart? - powtórzył Jeżozwierz. - To był kiedyś duży dom
towarowy w Clapham. Moja babcia robiła tam zakupy, ale ten dom stał przy
torach kolejowych i w czasie wojny został zbombardowany. O ile wiem, w środku zginęło wtedy wielu klientów, a także jeden z właścicieli. Albo
Wellington, albo Smart. Nie wiem który.
- I nie odbudowano tego domu? A może właściciel otworzył firmę w innym
miejscu?
- Nie. Ten biznes już nie stanął na nogi. W tym miejscu chyba jest teraz
Argos.
- Ale to oznacza, że szalik ma co najmniej osiemdziesiąt lat. A tylko na
niego popatrz. Wygląda, jakby był nowiutki, jakby ktoś go kupił zaledwie
wczoraj.
- Zrobimy mu badanie na obecność izotopów węgla - powiedział Marsjanin.
- To pozwoli określić wiek szalika z dużą dokładnością. Zrobimy też
testy DNA, oczywiście. Jutro albo pojutrze będę w stanie przekazać wam
wszystkie wyniki.
Marsjanin wrócił do budynku, pozostawiając Jerry'ego i Jeżozwierza na
ulicy. Jerry zauważył furgonetkę Sky News zaparkowaną przy końcu ulicy i kilku dziennikarzy za żółtą taśmą policyjną.
Dziennikarz, którego Jerry pamiętał z "Sun", pomachał do niego i krzyknął: "Detektywie Pardoe!", ale on odwrócił się plecami. Wolał
poczekać na przyjazd komisarza Bakera i jemu pozostawić wątpliwą
przyjemność poinformowania reporterów o tym, co zrobiono z Kathleen
Hartley. Obawiał się, że gdyby to zadanie spadło na niego, nie zdołałby
znaleźć odpowiednich słów, żeby to opisać.
- Coś ci powiem, Jeżozwierzu. W tej sprawie jest coś cholernie
dziwacznego.
- Dziwacznego? Kobietę pocięto jak porcję wędzonego bekonu i kręcił się
przy niej dziad bez łba? Nie, stary, w tym nie ma nic dziwacznego.
Zwyczajna sprawa. Przecież takie rzeczy zdarzają się w Lavender Hill
codziennie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki