2
- Miro, musisz wstać, natychmiast!
- Co się dzieje, ciociu? - Dziewczyna ledwie mogła otworzyć zaspane oczy. Zdecydowanie jeszcze nie świtało.
- Płoną nasze pola, twój wuj i reszta wioski już tam są, musisz iść i zobaczyć, czy się przydasz. - Mira momentalnie zeskoczyła z posłania i na gołe nogi naciągnęła długą szarą spódnicę. Przerosła swą ciotkę już kilka lat temu, więc odziedziczona suknia sięgała jej zaledwie do łydek.
Mieszkała w maleńkiej chatce, dołączonej do gospodarstwa swojego wujostwa. Ponieważ nie posiadała własnego inwentarza, pomagała siostrze swojej matki i jej mężowi jak mogła. Pośpiesznie zawiązała chustę na zaplecionych włosach i nałożyła trzewiki.
- Jak tylko się czegoś dowiem, przybiegnę, nie martw się, ciociu, na pewno już sobie poradzili, nie pierwszy raz to się przecież dzieje. - Zacisnęła jednak mocno usta, ogień na polu to nie przelewki i mógł wyrządzić wiele szkód.
Czym prędzej wybiegła z chatki, zostawiając ciotkę samą.
Radzisława cierpiała na bolesne schorzenie kręgosłupa, które utrudniało jej poruszanie się. Ograniczała się do niewielkich prac domowych, ciesząc się, że bogowie nie odebrali jej jeszcze sprawnych rąk. W cięższych pracach wyręczała ją Mirosława, córka jej tragicznie zmarłej siostry. Gdyby nie pomoc dziewczyny, ani ona, ani jej Mirogniew nie daliby sobie rady. Oboje byli już bardzo starzy i zdawali sobie sprawę, że ich czas na tym świecie dobiega końca. Musieli przekazać siostrzenicy całą swą wiedzę, aby przygotować ją do samodzielnego gospodarowania. Nie było już nikogo z krewnych, kto mógłby jej dopomóc lub ją przygarnąć, a sami nie mieli własnego potomstwa. Zawczasu próbowali wyswatać Mirę z kilkoma młokosami, ale dziewczyna nie zamierzała opuszczać wujostwa.. Zresztą nie mogliby ofiarować wybrankowi zbyt okazałego wiana. Ona sama nie paliła się do zamążpójścia, więc jej nie zmuszali, choć w obejściu przydałby się silny mężczyzna. Dzięki swej wrodzonej uprzejmości i niebywałej dobroci już jako dziecko zaskarbiła sobie przychylność miejscowych, szanowano jej wybór, po cichu tylko nazywając ją starą panną.
Mira przebiegła podwórko, podrywając na nogi starą kozę. Później przecięła dróżkę za domem opiekunów, wbiegając pomiędzy drzewa niewielkiego zagajnika. W oddali widziała czerwone smugi światła przecinające ciemność.
- Nie idź tam! - Obróciła się momentalnie na szept tak donośny, że aż zabolało ją w uszach. Omiotła wzrokiem zagajnik, ale nie dostrzegła nikogo.
- Czy ktoś tu jest? - zapytała ostrożnie. Nikt jej nie odpowiedział, przyśpieszyła więc kroku.
- Nie idź tam... tam tylko śmierć! - powtórzył nieznany głos.
Zimny pot zrosił jej plecy. Przystanęła, starając się dostrzec kogoś w ciemności, rozglądała się na wszystkie strony, ale dalej nic nie widziała. Poczuła mrowienie na karku. Ani przed, ani za sobą nie miała nikogo. Pośród brzozowych gałęzi usłyszała szelest skrzydeł i wtedy dojrzała wielkie, błyszczące sowie oczy. Ptaszysko zaskrzeczało jeszcze raz i usiadło spokojnie na liściastej odnodze, złowrogo wpatrując się w przybysza.
- Bobok - szepnęła z lękiem, cofając się kilka kroków.
Puchacz zaskrzeczał groźnie, ale nie ruszył się z miejsca. Nie zamierzała czekać na jego atak. Znała doskonale opowieści o tym demonie, straszył głównie dzieci, ale nie chciała sprawdzać, czy i jej wyrządzi krzywdę. Bobok za dnia ukrywał się w ciemnych miejscach, najczęściej na strychach, ale już po zapadnięciu zmroku wyłaniał się z ukrycia, by znęcać się nad najmłodszymi. Udobruchać można było go tylko zacną porcją strawy, ale nie zawsze pełna misa spełniała swe zadanie.
Dyskretnie wycofała się w stronę prześwitu, ostrożnie stawiając kroki, a po chwili ruszyła biegiem w stronę palących się pól. Na widok szalejącej pożogi szybko zapomniała o leśnym spotkaniu i tajemniczym ostrzeżeniu.
Gdy wkroczyła na pola należące do swego wuja, ogień zdążył rozprzestrzenić się już na graniczne łany. Ludzie biegali z wiadrami, chcąc uratować, co się da, żar jednak ogarniał wszystko. Kukurydza i pszenica, które należały do nich, zostały spalone do ziemi. W ciemną noc niebo rozświetlały strzelające w górę płomienie, nie było niczego do ocalenia. Z przerażeniem spojrzała na to, co się działo. Szybko odnalazła krewnego. Ludzie stali oniemiali na miedzy, nie będąc w stanie zrobić już nic więcej, pozostawało tylko modlić się o deszcz, aby ogień nie strawił wszystkiego. Mira spojrzała w mokre oczy swego wuja, żadne słowa otuchy nie mogły pocieszyć starego człowieka. Oboje wiedzieli, że czeka ich głodowy rok. Wędrująca po świecie bieda tym razem zapuka także do ich drzwi.
- Co się mogło stać? - zapytał ochryple Barnim, najstarszy w wiosce. - Piorun...? A może ktoś podpalił w nocy?
- Ogień nie dotknął lasu - zauważył Starosław, najbliższy sąsiad ich gospodarstwa.
- Leszy nie pozwoli - odezwała się jego żona i wszyscy razem zwrócili się w stronę granicznych drzew. - Zobaczcie, ktoś tam jest! - zawołała ponownie. - Czy to nie aby...?
- A niech to... Wygląda jak... bóg ognia - dodał stojący za nią syn.
Na skraju lasu stała nadzwyczaj wysoka, długowłosa postać. Brodaty mężczyzna wpatrywał się w trwającą gorączkę. Był za daleko, aby mogli dostrzec jego wściekłość. Ale on słyszał i widział dokładnie. Zszedł do Jawii, człowieczego świata, aby na własne oczy zobaczyć niegodziwość Pana Zaświatów.
- To jego sprawka - krzyknął ktoś za plecami Mirosławy.
- Bóg nas pokarał - zawtórował jej wuj. - Swymi uczynkami naraziliśmy się na jego gniew - zapłakał pokornie nad swym losem.
- Nieprawda - huknęła Ciesława, żona Starosława. - Niczym nie zawiniliśmy, wiedziemy spokojny i uczciwy żywot. To Swaroży syn. Nie dba o nikogo, zsyła na nas tę udrękę. Po co miałby tu być? - wymachiwała rękoma w stronę Swarożyca. Pośród tłumu zawrzało.
- Zważaj, kobieto, na słowa, bogowie słuchają uważnie i jeszcze pokarają nas bardziej przez twe bluźnierstwa.
- A można jeszcze bardziej, dobrodzieju? - krzyknęła w stronę Mirogniewa, wskazując na dopalające się plony. - Od dawna nami gardzą, mimo naszych modłów, składanych ofiar, nie można liczyć już na ich pomoc. Jesteśmy dla bogów tylko robakami, na które nie warto splunąć. - Liczni pokiwali na znak zgody z Ciesławą.
- Zaklinam cię, milcz, bo spotka cię kara boska! - ostrzegł stanowczo Mirogniew. - Dla waszego dobra ucisz żonę, Staro, dość już nam smutków na dziś. - Starosław spojrzał groźnie na małżonkę, mimo iż sam podzielał jej osąd, nie odważył się wypowiedzieć go na głos. Zagarnął skomlącą kobietę pod ramię i oddalił się w stronę domostw. Pozostało czekać, aż ogień się uspokoi i zacznie dogasać, noc była bezchmurna i nawet płanetnik im już nie pomoże.
Mirosława nie mogła uwierzyć, iż to bóg mógłby zesłać taki kataklizm na ich osadę. Mieszkający tu ludzie pracowicie i pokornie zajmowali się swoim skromnym dobytkiem, zawsze skrzętnie dbali o coroczne święta i swoje bóstwa. Mimo iż nigdy żadnego nie spotkała, ich życie było ściśle połączone i przeplatało się nawet pośród codzienności. Odłączyła się od tłumu, by przyjrzeć się przybyszowi, i choć stał daleko, poczuła jego siłę. W momencie, kiedy spojrzał na nią, ugięły się pod nią nogi i poczuła dziwne mrowienie w opuszkach, jakby poraził ją piorun.
Swarożyc słyszał oskarżenia chłopów. Mógłby nauczyć ich rozumu, ale zostali już wystarczająco pokarani. Tak jak spodziewał się tego Weles, cała wina spadła na boga ognia. Niegdyś niegroźne swary w niebiosach przerodziły się w batalie pośród niczego nieświadomych ludzi. Nie odda panowania i władzy nad słońcem, którą chciał odebrać mu władca zaświatów. Znajdzie rozwiązanie i pokona czarciego wroga.
Wpatrywał się w szalejący ogień, ukochał ten żywioł, ale nauczył się go szanować i wykorzystywać. Ponownie usłyszał wrogie podszepty, złowieszczo zerknął w stronę gawiedzi. Mógłby ukazać im się bliżej, wyjaśnić, ale nie będzie się kajał. Po raz ostatni ogarnął wzrokiem pożogę i zrozpaczonych gospodarzy, pośród tłumu dojrzał jednak kogoś jeszcze. Zamierzał odejść, kiedy wyszła ze zbiorowiska. Drobna, ciemnowłosa, wokół której dostrzegł tylko dla niego widoczną jasną poświatę. Patrzyła prosto na niego, jakby ujrzała jego chmurne, zmęczone oblicze. Zmrużyła oczy, ciężko wzdychając, aż nagle jego serce zaczęło bić szybciej.
- Nie zrobiłem tego - szepnął, sam nie wiedząc dlaczego. Pragnął, by wiedziała. Nie mogła go usłyszeć, a jednak kiwnęła głową na znak zrozumienia.
Minęło siedemdziesiąt pięć lat, odkąd odwiedził starą czarownicę. Na długo zapomniał o proroctwie, nie przywiązując do niego większej wagi, choć sam pomysł unicestwienia Welesa podobał mu się niezwykle. Zaburzyłoby to dotychczasowy porządek, ale bogowie potrafili sprytnie przejmować obce domeny i zamieniać je na swoje, jakby od zawsze nimi władali. Dowiedli tego podczas licznych wojen. Szczerze powiedziawszy, tylko dzięki ich potyczkom świat ludzi nabrał dzisiejszego kształtu. Wszystko, co działo się w górze, miało swoje następstwa w Jawii. Żadna z krain, Jawia, oddana ludziom, Prawia, zwana domem bogów, czy Nawia, kraina umarłych, nie byłaby w stanie istnieć bez siebie. Uzupełniały się i wzajemnie przenikały, tak jak wymyślił to praojciec.
Pożałował, że zszedł dziś na ziemię. Odwrócił się i rozpłynął pośród ciemnego lasu.
Mira poczuła zawód, kiedy mężczyzna zniknął pomiędzy drzewami. Coś dziwnego i niecodziennego ciągnęło ją w tamtą stronę. Jeśli rzeczywiście był to Swarożyc, to dostąpili niezwykłych odwiedzin. Spotkania z bogami nie zdarzały się bez powodu i nie każdy był godzien towarzystwa najwyższych. Odniosła wrażenie, że jeszcze się spotkają. Albo po prostu żywiła taką nadzieję.
Zgliszcza dopalały się przez dwa następne dni, nieliczne płomienie ugaszono. Trzeciego dnia zwołano wiec, mieszkańcy spotkali się w jedynej oberży, jaką posiadała osada. Tylko to miejsce i święty chram było w stanie pomieścić tak liczną grupę poszkodowanych. Cała wioska zgromadziła się, by obliczyć straty. Niestety nie było nikogo, kto nie ucierpiał przez podpalenie.
- Został miesiąc do Święta Plonów, uda nam się coś jeszcze wyhodować? - Wszyscy niemo wpatrywali się w syna Starosława, Miłosza, który zadał pytanie. Młodzieniec nieśmiało spuścił głowę.
- Pozostaje nam to, co mamy w swych ogrodach, pewne warzywa jeszcze da się posadzić, zgromadźcie wszelkiego rodzaju sadzonki, ziarna i nasiona, podzielimy pomiędzy wszystkich. Wyśle się posłańców do sąsiadów z prośbą o wsparcie i z pomocą bogów przetrwamy tę zimę.
Jak zarządziła starszyzna, tak zrobiono. Zliczono także zwierzęta gospodarskie, decydując, ile z nich można poświęcić, nie zapominając, że ofiara należy się także Welesowi.
Posłańcy wrócili po trzech dniach, żaden nie miał dobrych wieści. Pola zapłonęły także pomiędzy włościami sąsiednich wiosek. Wydawało się, iż pożoga ogarnęła cały kraj. Błagalne modły mogły odwrócić losy wszystkich, tylko czy zagniewani bogowie zechcą ich jeszcze wysłuchać?