Część I
Marek Grechuta
Romantyk z Zamościa
"Z Markiem Grechutą w moim życiu to było jak z Beatlesami - wspominała
aktorka Dorota Segda. - Odkryłam go dużo później niż jego rówieśnicy.
Słuchałam go z niemałym przejęciem w liceum. Wszystkie piosenki mi się
podobały. Zresztą i teraz nastolatki dostają od swoich chłopaków płyty
CD właśnie z przebojami Grechuty. Bo jest to piosenkarz
nieśmiertelny"1.
Trudno sobie wyobrazić polską muzykę ostatniego półwiecza bez postaci
Marka Grechuty. Ten wieczny romantyk i najpopularniejszy przedstawiciel
nurtu piosenki poetyckiej na stałe zapisał się w dziejach polskiej
kultury. Jego piosenki znali i znają praktycznie wszyscy, a większość
odbiorców ma do nich bardzo osobisty stosunek. Sam artysta zapłacił
jednak wysoką cenę za swoją popularność, a do tego przez niemal całe
życie walczył z chorobą psychiczną (cyklofrenią), która stała się też
jedną z przyczyn jego śmierci.
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie
Być może pewien wpływ na przedwczesne odejście artysty miały również
problemy rodzinne. W lipcu 1999 roku Polskę obiegła informacja o zaginięciu jego 27-letniego syna, Łukasza.
"(...) po raz pierwszy zniknął w lutym bieżącego roku - relacjonowała
komisarz Jolanta Maciejewska, rzeczniczka Komendy Miejskiej Policji w Krakowie. - Wyszedł z domu pod pretekstem jakiegoś spotkania i na
kilkanaście dni ślad po nim zaginął. Gdy rodzina zgłosiła zaginięcie, po
kilku dniach skontaktował się z nami policjant z Jeleniej Góry. Jadąc
samochodem do pracy, rozpoznał Łukasza na ulicy i zaproponował mu
podwiezienie. Kiedy chłopak wsiadł do samochodu, zawiózł go na
komisariat. Powiadomiliśmy rodziców. Wiem, że pojechali do Jeleniej
Góry, by go odebrać. Po kilku dniach znów jednak złożyli zawiadomienie o zaginięciu syna"2.
Łukasz był absolwentem krakowskiej ASP, uchodził za człowieka podobnie
wrażliwego jak Marek. Uważano, że rodzice wychowywali go w złotej
klatce, czego chłopak nie potrafił znieść. Niemal wszędzie postrzegano
go wyłącznie jako "syna sławnego ojca", co fatalnie odbijało się na jego
psychice.
W marcu Łukasz zniknął już na dobre. Niczego ze sobą nie zabrał, po
prostu wyszedł z domu i przepadł bez wieści. Zrozpaczony artysta i jego
żona, Danuta, usiłowali go odnaleźć, ich zabiegi były jednak
bezskuteczne. Oboje podejrzewali, że Łukasz chce się całkowicie
odizolować od świata zewnętrznego.
"(...) jest samotnikiem - przyznawał Grechuta. - Był zafascynowany pracą
Alberta Chmielowskiego. Mówił, że postanowił żyć w ubóstwie. W ostatnim
okresie, tuż przed zniknięciem, wiele spraw mu się nie układało. Miał
kłopoty z dziewczyną i z pracą. Powtarzał, że chce się zastanowić nad
własnym życiem, że musi sobie pewne sprawy przemyśleć"3.
W lipcu 1999 roku Danuta i Marek wystąpili w telewizyjnym programie
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, prosząc syna o powrót. Podczas
emisji ktoś zadzwonił do studia, podszywając się pod Łukasza i obiecując, że pojawi się w domu. Gdy rodzice po kilku dniach
zorientowali się, że był to tylko niewybredny żart, ich rozpacz nie
miała granic.
W tym czasie Łukasz wędrował pieszo przez Europę. Podążał trasami
pielgrzymek, był w hiszpańskim Santiago de Compostela, a wędrówkę
zakończył na mszy papieskiej w Rzymie. Wszystko trwało dwa lata, nie
przyszło mu jednak do głowy, by zadzwonić do domu i przekazać
informację, że żyje. Potem tłumaczył się, że taką miał potrzebę ducha.
"Podróżowałem samotnie jak tysiące wędrujących po świecie pielgrzymów -
wyjaśniał już po śmierci ojca. - Szedłem na piechotę. Pokonałem dystans,
jakiego ludzie zwykle nie pokonują. Miałem ogromną determinację do
pielgrzymowania. (...) Czasem, kiedy myśli się o Bogu, zapomina się nawet
o bliskich. Ludziom w dzisiejszym świecie trudno jest zrozumieć tych,
którzy patrzą na świat w inny sposób. Dzisiejszy świat inaczej
funkcjonuje"4.
Nie potrafił jednak logicznie wytłumaczyć, dlaczego milczał przez dwa
lata. Trudno zrozumieć jego motywy, a prawdziwych przyczyn takiego
postępowania zapewne nigdy nie poznamy:
"Rzeczywistość zmusza czasem do tego, aby ją porzucić po to, by
zrozumieć sens swego życia. Mówi się, że ci, którzy przeszli wędrówkę
szlakiem Santiago de Compostela, doznają duchowej przemiany. Poza tym
jest to fantastyczna podróż przez kraje, kulturę, historię sztuki,
cywilizację. A to, że nie zadzwoniłem do domu, trudno prosto
wytłumaczyć. Moje zachowanie może być odebrane jako dziwne, ale wtedy
miałem taką potrzebę ducha"5.
Odezwał się dopiero z Rzymu, dokąd natychmiast poleciała jego matka.
Pani Danuta do dzisiaj niespecjalnie chce rozmawiać na ten temat,
natomiast Marek chyba nigdy nie doszedł do siebie po zniknięciu
jedynaka. Choroba artysty nasiliła się, coraz bardziej tracił kontakt z rzeczywistością. Nie zrezygnował jednak z występów i nagrań, był bowiem
typem człowieka, który pracuje do końca.
Młodzieńcza miłość
Grechuta pochodził z Zamościa. Jego rodzice rozwiedli się, gdy był
jeszcze dzieckiem - przeżył to bardzo ciężko, od tamtej pory odczuwał
potrzebę ciągłej akceptacji. Dorastał w otoczeniu kobiet: matki,
siostry, babki i ciotki, co jeszcze bardziej wzmogło jego wrodzoną
wrażliwość. Już w czasach licealnych marzył o wielkiej miłości i przez
kilka lat uważał, że na odpowiednią partnerkę trafił właśnie w rodzinnym
mieście. Podczas nauki w szkole średniej poznał bowiem młodszą o dwa
lata Halinę Marmurowską i zakochał się w niej bez pamięci. Halina
uchodziła za niezwykle urodziwą dziewczynę, "zawsze elegancką,
stonowaną, budzącą respekt", a razem tworzyli "zjawiskową parę -
jasnowłosi, piękni, zawsze przytuleni i wpatrzeni w siebie"6.
"To było wszystko urocze, niewinne - wspominała pani Halina. - Miał we
mnie partnerkę, przyjaciółkę. Nie zainteresowałaby go płocha panienka.
Lubił grać ze mną na cztery ręce albo on na fortepianie, ja na
skrzypcach. Cieszyły nas spacery, brydż, pływanie kajakiem,
wycieczki"7.
Łączyły ich wspólne zainteresowania i sport, bardzo lubili też tańczyć.
Związek ten nie miał jednak przyszłości, bo Marek rozpoczął studia
architektoniczne w Krakowie, natomiast Halina wybrała medycynę w Lublinie. Pisali do siebie listy, on czasami tytułował ją "żoną",
odwiedzali się wzajemnie. Jednak odległość nie sprzyjała uczuciom, tym
bardziej że ona potrzebowała partnera innego rodzaju. W Zamościu do dziś
się opowiada, że bardziej od romantyków imponowali jej silni mężczyźni.
Latem 1967 roku podczas obozu sportowego w Augustowie poznała studenta
medycyny, Krzysztofa Michałowskiego. Po pewnym czasie zdecydowała się na
rozstanie z Markiem, co dla niego było prawdziwą klęską życiową.
"Po naszym rozstaniu - wspominała Halina - rozwiesił w domu na sznurach
od bielizny moje zdjęcia. Zajmowały pół pokoju. Oniemiałam. Zrobiło mi
się głupio i przykro"8.
To właśnie wtedy po raz pierwszy ujawniła się u Grechuty choroba
afektywna dwubiegunowa, która miała go prześladować do końca życia.
Trafił do szpitala, a Halina dowiedziała się o tym z listu od niego.
Bardzo mu współczuła, ale nie zmieniła swojej decyzji. Wyszła za mąż za
Krzysztofa, dochowali się trzech synów i zawsze uchodzili za wzorowe
małżeństwo. Halina Marmurowska-Michałowska jest cenionym psychiatrą, ma
tytuł profesorski, a w rodzinnym Zamościu nazywana jest "Halinką M.".
Nie wybaczono jej bowiem faktu, że przed laty porzuciła Grechutę...
Marek doszedł do siebie, niebawem w jego życiu pojawiła się nowa
dziewczyna. Nie zapomniał jednak o Halinie i czasami przesyłał jej listy
- zawsze na adres kliniki, w której pracowała. Ale jakiś uraz musiał w nim pozostać, gdyż niechętnie koncertował w Zamościu. Przez całą swoją
karierę wystąpił tam zaledwie siedem razy...
Kraków
Grechuta od najmłodszych lat przejawiał ogromne zdolności artystyczne -
brał lekcje gry na pianinie, miał duży talent do deklamacji, był lokalną
gwiazdą i występował na każdej szkolnej akademii. Pociągało go też
aktorstwo, jednak najbardziej interesował się muzyką.
"Już wtedy grałem swoją muzykę! - wspominał po latach. - Improwizowałem,
szalałem na fortepianie. To były pierwsze chwile wolności w muzyce, w komponowaniu, sztuce. To był wstęp do tego, co miało stać się
później"9.
Miał też talent plastyczny, wobec czego rodzina nakłoniła go, by zdawał
egzaminy na Wydział Architektury Politechniki Krakowskiej. Miało mu to
zapewnić poważny zawód, z którego w przyszłości mógłby się utrzymywać.
Po latach przyznawał jednak, że o wyborze uczelni zadecydował także brak
wiary we własny talent.
"Nie grałem tak dobrze, by zdecydować się na akademię muzyczną - mówił w rozmowie z redaktorką Katarzyną Litwinczuk - a moja recytacja nie była
na tyle doskonała, bym dostał się do szkoły aktorskiej. Wybrałem więc
architekturę"10.
Wydział ten zawsze przyciągał indywidualności, przy czym w przyszłości
wielu studentów architektury miało zdobyć sławę w zupełnie innych
dziedzinach. W Krakowie kierunek ten studiowali: Andrzej Bachleda
(narciarz alpejski) i Wojciech Zabłocki (szermierz), Stefan Szlachtycz i Janusz Majewski (reżyserzy), a także Ewa Demarczyk, Andrzej Mleczko i Sławomir Mrożek. Grechuta nie był więc wyjątkiem.
"Studiowanie architektury było wielkim szczęściem - wspominał Jan Kanty
Pawluśkiewicz. - W zapapranym dziadostwie lat 60. dawało nadzieję na
kontakt z cywilizacją śródziemnomorską, pozwalało czuć się jej częścią.
To dobre studia dla artystycznych dusz"11.
Choć początkowo studia całkowicie pochłonęły Grechutę, starał się na
bieżąco śledzić wydarzenia kulturalne. Najbardziej interesowała go
muzyka, a dzięki studenckiemu radiowęzłowi miał okazję zapoznać się z najnowszymi trendami.
"Pamiętam - opowiadał po latach - że kiedy pierwszy raz usłyszałem
Czesława Niemena, autentycznie zaniemówiłem. Ekspresja, z jaką śpiewał,
specyficzna barwa głosu, były porywające. W trakcie pracy nad jednym z projektów architektonicznych, także z radia, po raz pierwszy usłyszałem
zespół The Beatles. Pomyślałem sobie: co ja właściwie robię przy desce
kreślarskiej?"12.
Studiując w Krakowie, nie mógł nie trafić do Piwnicy pod Baranami. Było
to najważniejsze miejsce na kulturalnej mapie Krakowa, a zapoznanie się
z najnowszym programem tego kabaretu uważano za obowiązek każdego
inteligentnego człowieka. Z tego też powodu na sali zwykle panował taki
ścisk, że nawet zagraniczni goście nie zawsze mogli wejść do środka i czasami próbowali dostać się przez niewielkie okienko wprost na scenę...
Piwnica istotnie była ewenementem na skalę ogólnopolską, mógł z nią
rywalizować tylko gdański teatr Bim-Bom. W jednym miejscu i w jednym
czasie spotkała się grupa niezwykle uzdolnionych twórców, którzy
znaleźli dla siebie właściwe miejsce. A wspólna praca w kabarecie często
okazywała się najlepszym katalizatorem ich rozwoju.
"Nigdy nie zapomnę wspaniałych monologów Dymnego i Litwina oraz
rewelacyjnego występu Ewy Demarczyk - kontynuował Grechuta. - Cała
pierwsza ekipa artystyczna stanowiła fantastyczny kabaret. Wtedy
przemknęło mi już przez myśl, żeby zająć się sztuką"13.
Jako student drugiego roku trafił na recital Ewy Demarczyk w Teatrze
Kameralnym, co miało się okazać jednym z najważniejszych wydarzeń w jego
studenckim życiu. Nigdy nie zapomniał tego koncertu - od tej chwili
coraz częściej zastanawiał się nad swoją dalszą drogą życiową.
"Występ Ewy stanowił genialną całość. Pamiętam, że wtopiłem się w krzesło i otrzeźwiałem dopiero po koncercie. Bardzo spodobały mi się
kompozycje Zygmunta Koniecznego. Ewa śpiewała wspaniale, koncert mną
wstrząsnął"14.
Nie przypuszczał jeszcze wówczas, że za kilka lat sam stanie na scenie
Piwnicy pod Baranami, a w przyszłości przyćmi sławą członków jej
zespołu...
Pomarańcze i mandarynki
"Kraków w latach 60. kipiał artystyczną energią - relacjonował Jan Kanty
Pawluśkiewicz. - Kantor przywoził z Paryża plastyczne nowości, w klubach
grali świetni muzycy jazzowi, Piwnica pod Baranami błyszczała Ewą
Demarczyk i Zygmuntem Koniecznym. Z kolegami z architektury stworzyliśmy
chaotyczny, nieuporządkowany kabaret Anawa (z języka francuskiego "iść
do przodu"). Nagle wśród nas, facetów skłonnych do wygłupów,
nieustających żartów, pojawił się Marek, który zaskoczył nas swoją
powagą. Był bardzo nieśmiały, my też byliśmy nieśmiali, a wiadomo, że
tacy ludzie, jeśli już coś robią, to z wielkim rumorem"15.
Pawluśkiewicz był starszy od Grechuty o trzy lata i również studiował
architekturę. Urodził się w Nowym Targu i zawsze podkreślał, że to, iż
obaj z Markiem "pochodzili z terenu", znacznie ułatwiało im
porozumienie.
Jednocześnie dużo ich też dzieliło - Pawluśkiewicz miał zupełnie inne
podejście do studiów i wcale nie przypominał pod tym względem sumiennego
Grechuty. Studia zresztą nigdy nie były dla niego celem same w sobie.
"(...) niejednokrotnie było tak - wspominał - że nawet sekretarka z dziekanatu nie wiedziała, na którym jestem roku. (...) Z historii
architektury byłem jeszcze na trzecim, z wojska - po czwartym... Pamiętam,
że Marek Grechuta był długo dwa lata za mną, a piąty rok robiliśmy
razem..."16.
Pawluśkiewicz miał też znacznie bogatsze doświadczenie muzyczne, bo od
kilku lat grał w zespole jazzowym. I chociaż jego grupa z reguły
przygrywała do tańca na imprezach studenckich, to miała dość ambitny
repertuar, a Jan zaczynał już wtedy komponować. Uznał, że nie ma jednak
talentu do improwizacji, natomiast znacznie lepiej "wychodziło mu
układanie muzyki". Grechutę poznał w klubie Pod Przewiązką w podziemiach
akademika przy ulicy Bydgoskiej, gdzie obaj mieszkali.
"Stało tam pianino, na którym ćwiczyłem standardy jazzowe i różne
improwizacje, zamiast chodzić na zajęcia, godzinami zajmowałem pianino.
I kiedyś przyszedł młody student, który też chciał poćwiczyć. To był
Marek Grechuta"17.
Ich pierwsze spotkanie było nad wyraz owocne, szybko znaleźli wspólny
język. Marek zagrał Janowi skomponowane przez siebie Pomarańcze i mandarynki, a Jan z miejsca zaczął opracowywać aranżację. Niebawem
powstała ich pierwsza piosenka.
Anawa
Nie myśleli o karierze muzyków estradowych. Ich zainteresowania
skierowały się w stronę kabaretu, co było naturalną reakcją na sukces
Piwnicy pod Baranami. Młodzi zapaleńcy mieli jednak własną wizję
scenicznych występów. Przyjęli nazwę Anawa pochodzącą od francuskiego
zwrotu en avant (naprzód), co trafnie oddawało ich stosunek do
twórczości artystycznej.
"Prób mieliśmy mało - komentował Pawluśkiewicz - za to chęć występowania
ogromną. Wszystko zgodnie z hasłem: "Najsamprzód do przodu, a potem
zobaczymy"18.
Członkowie zespołu określali swoją koncepcję jako "sztukę
jarmarczno-cyrkową z przerwami na piosenkę liryczną". Premiera
pierwszego programu odbyła się w jednym z krakowskich domów kultury i przebiegła w dość niecodzienny sposób.
"Marek otwierał program piosenką Tango Anawa. Grający w niej na
skrzypcach student AGH miał trzymać nutę A (...) przez pierwszą część, ale
tak go spięło, że został przy tym dźwięku do końca piosenki. Wyszedł za
kulisy, powiedział: "Kurwa, już nigdy więcej...". I faktycznie - więcej
nie wystąpił"19.
Okazało się jednak, że osiągnął nieprawdopodobny efekt vibrato, gdyż
drżał nie tylko jego palec na strunie, lecz także trzęsła się cała ręka,
a "z nią smyczek i on cały". Gdy po pewnym czasie do grupy dołączył
Zbigniew Wodecki, mimo swoich umiejętności "długo się męczył, by uzyskać
taki niezwykły dźwięk, który okazał się idealny do tego numeru".
Obecnie trudno sobie wyobrazić, jak wyglądały pierwsze przedstawienia
Anawy. Nietypowa konferansjerka w wykonaniu współlokatora Pawluśkiewicza
z akademika, Tadeusza Kalinowskiego, monolog Hamleta połączony z żonglowaniem czaszką, zwierzęta powycinane z papieru i ciągnięte na
sznurkach, teksty z kalendarzy z okresu belle époque, zwariowane
improwizacje na wiolonczelę, a do tego liryczne piosenki Grechuty.
Chociaż trzeba przyznać, że panu Markowi zdarzało się też wykonywać
żywiołowy pastisz uwielbianego Czesława Niemena. Na melodię Czy mnie
jeszcze pamiętasz? śpiewał tekst zaczynający się od słów: "Czemuś taka
wymięta"...
Wydaje się, że podczas prezentacji pierwszego programu twórcy bawili się
znacznie lepiej niż widownia. Mimo że Grechuta przyciągał już uwagę
dziewcząt, dla organizatorów imprezy zainteresowanie publiczności było
jednak zbyt małe. Zdarzały się więc bardzo negatywne reakcje:
"Po występie w Klubie Inteligencji Technicznej AGH - wspominał
Pawluśkiewicz - pani kierowniczka zakomunikowała nam, że nie tylko nie
otrzymamy obiecanych pieniędzy, ale nie dostaniemy żadnych, bo ten nasz
program "nie dorasta do poziomu klubu inteligencji
technicznej"..."20.
W drodze na szczyt
Członkowie Anawy nie zamierzali jednak rezygnować z występów i udało im
się znaleźć własną siedzibę - niewielkie pomieszczenie w domu studenckim
przy ulicy Piastowskiej, pierwotnie przeznaczone na magazyn. Wnętrze
przystroili porzuconymi deskami z pobliskiej budowy, a pod sufitem
podwiesili tyczki bambusowe. Wtedy do ich lokalu przylgnęła nazwa
Bambuko.
"Dobry wieczór państwu - zapowiadał Tadeusz Kalinowski - starą
galicyjską piosenką wita państwa zespół kabaretowy z Krakowa, Anawa. (...)
Naszym patronem w Krakowie jest niejaki Bambuko Józef, który był wielkim
wojownikiem o czystość moralną Skalnego Podhala. Jemu to pewnego razu
Cyganka Roza podała usta u zdroju i z tego związku narodził się niejaki
Marek Grechuta, który zaśpiewa teraz przepiękne Tango Anawa (...)".
Przedstawienia w Bambuko wyglądały podobnie jak powyższa zapowiedź,
czyli jak jeden wielki happening. Zbigniew Wodecki nawet po latach nie
potrafił ukryć fascynacji tym, że brał w nich udział:
"Bambuko to przefantastyczny czas, salka na sześćdziesiąt osób, a wchodziło sto. I wszyscy palili. (...) To był zwariowany kabaret; koledzy
w prześcieradłach wygłupiali się, wymyślając jakieś karkołomne scenki,
absurdalne dialogi. Było jak w Tangu Anawa - "teatr to dziwny, gdzie
sens, gdzie treść, czort jeden zna..." - śmiesznie i zabawnie. Janek
śpiewał dawne tango Inez, rozrywając na sobie koszulę..."21.
Skład zespołu ulegał częstym zmianom, a kabaret powoli zyskiwał na
popularności. Zapraszano też artystów z Piwnicy pod Baranami, a jeden z nich, Andrzej Warchał, chciał nawet dołączyć do Anawy. Członkowie
zespołu uznali jednak, że transfery od konkurencji nie są im potrzebne.
"(...) zwarliśmy szeregi i go nie wpuściliśmy - tłumaczył Pawluśkiewicz. -
Bo on chciał wejść z dwoma studentkami ASP, nic to, że nieznanymi, ale
bardzo przykrej urody. Bardzo przykrej. Podobno utalentowanymi, lecz na
weryfikację ich talentu zabrakło nam cierpliwości"22.
W składzie kabaretu pojawił się natomiast student architektury,
gitarzysta Tadeusz Dziedzic. Sukcesem zakończyły się też przeprowadzone
przez Marka poszukiwania wśród uczniów liceów muzycznych - dzięki nim do
zespołu dołączyli skrzypek Zbigniew Wodecki i wiolonczelistka Anna
Wójtowicz.
"Mieliśmy akurat próbę w sali perkusyjnej - wspominał Wodecki. -
Przyszedł student w płaszczyku, gdy paliliśmy papieroska przy piecu na
dole, i powiedział, że szuka skrzypka i wiolonczelisty. (...) I żeby
oderwać się od trudnego Bacha poszliśmy [z Anią] do kabaretu
studenckiego. To była Anawa"23.
Wodecki dołączył później do zespołu towarzyszącego Ewie Demarczyk,
natomiast Anna Wójtowicz związała się z Anawą na dłużej. Wyszła za mąż
za jednego z braci Jana Kantego, a jej niezwykła uroda spowodowała, że
dziewczyna stała się tytułową bohaterką piosenki Skaldów Prześliczna
wiolonczelistka.
W repertuarze kabaretu pojawiało się coraz więcej piosenek w wykonaniu
Grechuty aranżowanych przez Pawluśkiewicza. Było to zupełnie nowe
zjawisko na polskiej scenie muzycznej - poetyckie teksty wykonywane z "barokowo-jazzowym" zestawem instrumentów. Wprawdzie krytycy narzekali,
że taki repertuar jest bardzo odległy od popularnego bigbitu, ale
słuchaczom to nie przeszkadzało. Pawluśkiewicz nie zawsze był zachwycony
interpretacjami Grechuty i podobno namawiał go nawet na lekcje śpiewu.
Inni członkowie grupy też czasem grymasili, twierdząc, że Marek powinien
iść "na zajęcia z choreografii, bo teraz króluje bigbit, trzeba się
jakoś ruszać". Grechuta był jednak uparty, a jego oszczędne zachowanie
na scenie działało wręcz hipnotyzująco na dziewczęta.
"Ja tam nie wiem, co one w nim widziały! - nie mógł się nadziwić
kompozytor Zygmunt Konieczny. - Przecież on taki wycofany, nie był duszą
towarzystwa, nie bywał na bankietach. No sam nie wiem..."24.
Podobno żaden mężczyzna nie miał szans wcisnąć się do pierwszych dwóch
rzędów widowni okupowanych przez wierne wielbicielki. W tej sytuacji
pozostali członkowie Anawy zrozumieli, kto jest największą gwiazdą ich
grupy.
"(...) wychodził na scenę, nie ruszał się prawie w ogóle - komentował
Pawluśkiewicz. - Nieruchome miał ręce, nogi, nie wykonywał żadnych
gestów, a wszystkie się w niego wpatrywały. Na początku to jeszcze się
łudziliśmy, że one dla kogo innego przychodzą, ale szybko pozbyliśmy się
złudzeń"25.
Sława
Kolegom z zespołu zdarzało się na Marka narzekać, jednak znaleźli się
wybitni artyści, którzy przepowiadali mu wielką przyszłość. Ewa
Demarczyk, jedna z największych ówczesnych gwiazd polskiej piosenki, z miejsca dostrzegła w nim ogromny potencjał.
"(...) pojawiła się na przedstawieniu - wspominał Grechuta. - Ze sceny
dojrzałem w trzecim rzędzie jej postać - czarne oczy, czarne włosy...
Śpiewałem z ogromną tremą, a po koncercie podeszła do mnie i powiedziała: "Bardzo mi się podoba to, co pan robi, proszę nie zmieniać
stylu i dalej iść swą drogą". To była dla mnie wielka
zachęta"26.
W 1967 roku Marek wystartował w eliminacjach do Ogólnopolskiego
Festiwalu Piosenkarzy Studenckich, ale jego występ nie rzucił jurorów na
kolana. Z trudem przebrnął przez eliminacje wewnętrzne na politechnice
(zajął drugie miejsce), a jeszcze większe problemy miał podczas
regionalnego etapu rywalizacji. Preferowano wówczas studentów szkół
aktorskich, zaś wyjątkowo oszczędna interpretacja Grechuty nie zrobiła
na nikim większego wrażenia. O jego losach zadecydowała Ewa Demarczyk,
która przekonała jury, że Grechuta zasługuje na występ w finale.
Koncert galowy odbył się w październiku 1967 roku w sali Filharmonii
Krakowskiej. Transmitowała go telewizja, a że były to czasy jednego,
jedynego programu, to Marka zobaczyła cała Polska. Wykonał trzy
piosenki: Serce, Tango Anawa oraz Pomarańcze i mandarynki. I to w zupełności wystarczyło, by na jego punkcie oszalały wszystkie słuchaczki
- i to bez względu na ich wiek.
"Pamiętam ten jego występ i zachwyt mojej babci - relacjonowała
piosenkarka Anna Szałapak. - Była Markiem oczarowana. Mówiła o nim:
"Anielski cherubinek z aureolą blond loków wokół głowy". Cała Polska
oszalała, gdy śpiewał: "Będziesz moją panią" i "dam ci serce
szczerozłote, dam konika cukrowego""27.
Grechuta zajął drugie miejsce (pierwszą nagrodę wywalczyła wówczas
Maryla Rodowicz), ale piosenka Serce zdobyła Grand Prix. Marek z dnia
na dzień stał się gwiazdą, a to był dopiero początek jego drogi na
szczyt. Laureatów studenckiego przeglądu zapraszano bowiem na festiwal w Opolu, co oznaczało, że drzwi do wielkiej kariery stoją przed nim
otworem...
Opole
Grechuta chyba nie był przygotowany na tak wielki sukces. Nigdy nie
lubił zamieszania wokół swojej osoby, chciał być artystą, a nie
celebrytą. Tymczasem jego popularność rosła w zawrotnym tempie.
"Plotkowało się o Grechucie albo o mistrzach jazdy figurowej -
wspominała aktorka Iwona Bielska. - Spełniał wszystkie warunki ideału
dla lekko egzaltowanych dziewcząt. Był przystojny, inteligentny,
poetycki, tajemniczy. Na scenie zawsze z takim fascynującym dystansem.
(...) Jak słyszałyśmy: "Będziesz moją panią", no to która nie chciałaby
nią być? Wszystkie o tym marzyłyśmy"28.
Dodatkowy problem stanowiło dla Grechuty rozstanie z Haliną. Sylwestra
1967 roku prawdopodobnie spędzili jeszcze razem29, ale później
przyszły dla Marka ciężkie dni - załamanie nerwowe, pobyt w szpitalu,
zwątpienie we własne możliwości. Ostatecznie zwyciężył w nim
profesjonalista i pod koniec czerwca 1968 roku wraz zespołem Anawa
pojawił się w Opolu. Mieli zaprezentować Serce, gdyż uznali, że "była
to niezła piosenka, dobrze skomponowana, zaaranżowana i miała znamiona
przeboju".
"Przed występem w Opolu przez pięć dni po dwie, trzy godziny na okrągło
ćwiczyliśmy Serce - opowiadał Pawluśkiewicz - każdy detal był
wyćwiczony tak, że całość brzmiała perfekcyjnie"30.
Po pierwszym występie zakwalifikowano ich do koncertu Mikrofon i Ekran, co członków zespołu wprawiło w stan nerwowej gorączki. Sytuację
pogarszał fakt, że ze względu na rozmiary sceny nie słyszeli się
wzajemnie, a zdarzyło im się to po raz pierwszy w karierze.
"(...) lekko nie było - kontynuował Pawluśkiewicz. - Altowiolista z nerwów
zjadł jajecznicę z dwudziestu pięciu jajek, Tadzio Dziedzic po występie
w amfiteatrze był tak rozdygotany, że wracając na bani, próbował
roztrzaskać o krawężnik swoją gitarę Jolana, powtarzając: "Kurwa, dość
tego, nigdy więcej w życiu". Ale nie roztrzaskał, bo to była porządna
czechosłowacka decha"31.
Było jednak lepiej, niż muzycy się spodziewali - Grechuta dostał nagrodę
dziennikarzy, posypały się też oferty koncertów. Jednocześnie zespół nie
zaniedbywał swojej działalności kabaretowej - w tym samym roku Anawa
zajęła drugie miejsce na Festiwalu Artystycznym Młodzieży Akademickiej
(FAMA) w Świnoujściu (Marek dołożył do tego pierwszą nagrodę jako
piosenkarz), zwyciężyła też na cieszyńskim przeglądzie zespołów
kabaretowych. Jednak prawdziwy wielki sukces nadszedł podczas kolejnego
opolskiego festiwalu, na którym Grechuta otrzymał (wraz z zespołem)
nagrodę Telewizji Polskiej za piosenkę Wesele. W ciągu kolejnych
festiwalowych dni grupa kilka razy pojawiała się na scenie i zawsze była
gorąco witana.
Triumfy estradowe sprawiły, że liderzy Anawy zdecydowali się porzucić
studia. Według ówczesnych przepisów po zdobyciu dyplomów musieliby przez
trzy lata pracować w wyuczonym zawodzie, a do tego w miejscu wyznaczonym
przez władze. W praktyce mogło to oznaczać przeniesienie na drugi koniec
kraju, zresztą praca na etacie uniemożliwiałaby regularne próby i koncerty. Gdy po latach te przepisy uchylono, Grechuta zmobilizował się
i w 1976 roku ukończył studia32. Temat jego pracy dyplomowej
dotyczył "adaptacji kamieniczki w rynku zamojskim na dom muzyki", a otwarta obrona magisterium wzbudziła duże zainteresowanie. Przyszło
wówczas wielu widzów, którzy chcieli zobaczyć, jak słynny Grechuta
zdobywa uprawnienia architekta.
Łatwiej poszło mu z wojskiem, bo ze względu na stan zdrowia Marek
posiadał kategorię D, co oznaczało, że w warunkach pokoju jest niezdolny
do pełnienia służby wojskowej. Ominęły go zatem różnego rodzaju problemy
związane z "zaszczytnym obowiązkiem", w tym intensywne szkolenie
ideologiczne i praktyka w jednostce wojskowej. W efekcie swoją karierę
militarną zakończył na stopniu szeregowego.
Jan Kanty Pawluśkiewicz również planował poświęcić swoją pracę dyplomową
rodzinnemu miastu, zabrakło mu jednak determinacji. Wprawdzie postanowił
się zająć pewną karczmą w Nowym Targu, ale zanim przystąpił do pracy,
budynek zawalił się, co pan Jan uznał za rozstrzygający dowód na to, że
dyplom architekta nie jest mu pisany...
Danuta
"Marek nie był typem faceta, który jest w stanie poderwać dziewczynę i iść z nią do łóżka - wspominał Zbigniew Wodecki. - (...) Był człowiekiem
wstydliwym, nieśmiałym. Rumienił się. Znałem go w jego najlepszym
okresie. To romantyk, a nie facet, który czerpie z życia pełnymi
garściami. Rumiany blondynek, uroczy, błękitnooki cherubinek,
wrażliwiec..."33.
Chociaż stał się idolem dziewcząt i gdyby chciał, mógłby "przebierać jak
w ulęgałkach", nie było to w jego stylu. Bardzo przeżył zawód miłosny,
ale - jak przystało na romantyka - nigdy nie wymazał Haliny z pamięci.
Skutecznie natomiast zrobiły to matka i późniejsza żona artysty, w których świecie panna Marmurowska nigdy nie istniała. Ale czy można się
temu dziwić?
"Moja przyjaciółka Urszula zaprosiła mnie na sylwestra - wspominała
Danuta Grechuta. - (...) To był dokładnie 31 grudnia 1967 roku. Impreza
odbywała się w mieszkaniu przy ulicy Karmelickiej w Krakowie. Marek
pojawił się z panią, a ja z panem. (...) Tamto spotkanie niczego by nie
przesądziło, gdyby nie sytuacja, dzięki której okazało się, że mieszkamy
na jednym osiedlu studenckim. (...) Nad ranem każde z nas poszło wraz z partnerem w swoją stronę. Bodaj Marek wyszedł z dziewczyną wcześniej.
Zaś mój towarzysz wyraźnie nadużył i musiałam odholować go do mieszkania
zlokalizowanego obok mojego akademika"34.
Podobno podczas całej zabawy sylwestrowej nie zamienili ze sobą ani
słowa, co w przypadku Grechuty nie jest wielkim zaskoczeniem, tym
bardziej że przyszedł tam z inną dziewczyną. Rankiem przypadkowo spotkał
Danutę Bednarczyk na osiedlu studenckim i wówczas zaczęli rozmowę. Marek
chciał się dowiedzieć, gdzie dziewczyna mieszka, ale ona nie
odpowiedziała...
Czy to prawda? Niewykluczone. Zapewne po imprezie Marek odprowadził
Halinę do pociągu, którym wracała do Lublina lub Zamościa, a gdy później
spotkał Danutę, a ona się do niego uśmiechnęła, podjął rozmowę.
Po feriach zaczął jej szukać, ustalił numer pokoju i pewnego dnia
pojawił się u niej.
"Przywitałam Marka uśmiechem - kontynuowała pani Danuta - on zaś zastygł
w drzwiach, bo akurat w radiowęźle studenckim leciała śpiewana przez
niego piosenka, czyli Serce. (...) Albowiem podówczas jeszcze publikacje
Markowych pieśni robiły na artyście Grechucie wrażenie. (...) Marek chwilę
posłuchał piosenki, po czym usiadł i zaczął nawijać. Urządził mały,
prywatny występ kabaretowy"35.
Zaprosił Danutę na wieczór do Bambuko, a ona miała wrażenie, że śpiewał
wtedy tylko dla niej (zupełnie jak bohater jego słynnej piosenki z 1970
roku Nie dokazuj). Czasami się spotykali, a potem Marek wyjechał do
Zamościa, bo "chyba przeżywał kryzys". Prawdopodobnie chodziło o załamanie nerwowe, które przeszedł po rozstaniu z Haliną.
Regularnie zaczęli się spotykać w maju 1968 roku, a w czerwcu - już jako
para - pojechali na festiwal opolski. Dwa lata później zostali
małżeństwem.
Danuta Bednarczyk pochodziła z Oświęcimia i była o kilkanaście miesięcy
starsza od Marka. Studiowała w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie,
chciała zostać nauczycielką. Poznanie Grechuty całkowicie odmieniło te
plany, gdyż artysta dość szybko ją poinformował, że "to jest sprawa
szybciutko do realizacji i zakontraktowania". Nie doszło do formalnych
romantycznych oświadczyn - w życiu osobistym Grechuta najwyraźniej nie
hołdował poetyckim schematom.
Koniec studiów oznaczał zarazem koniec zakwaterowania w akademikach,
toteż Danuta i Marek wspólnie wynajęli mieszkanie. Natomiast o przyspieszeniu sformalizowania ich związku zadecydowała socjalistyczna
ekonomia.
"(...) po kolejnej nagrodzie w Opolu - tłumaczyła Danuta - tym razem za
Wesele, Rada Miasta Krakowa pozwoliła swemu coraz sławniejszemu
mieszkańcowi wykupić bez kolejki (...) mieszkanie w spółdzielni. Jednakże
żeby je dostać, artysta Grechuta musiał być żonaty! Wymóg związany był z powierzchnią lokalu, (...) bez małżonki pan Grechuta też dostałby
mieszkanie, ale już zupełnie maleńkie"36.
Wbrew pozorom Marek potrafił też myśleć bardzo pragmatycznie, toteż
poinformował Danutę, że ze względów lokalowych powinni się pobrać. Nie
brał pod uwagę odmowy i od razu przystąpił do załatwiania formalności.
Ślub odbył się w lipcu 1970 roku, a rodziny nowożeńców dowiedziały się o tym dopiero po fakcie.
Zmęczenie materiału
Grechuta odnosił sukcesy jako piosenkarz, wciąż jednak działał w kabarecie Anawa. Wprawdzie zespół został wyrzucony z Bambuko, gdyż
"władze akademika doszły do wniosku, że z ich powodu odbywają się tam
przesadne brewerie", jednak szybko znaleziono nową siedzibę - Teatr 38
przy Rynku Głównym, gdzie kabaret występował przez kilka miesięcy.
Ostatecznie także i stamtąd ich usunięto, jako że "próby odbywały się
nieustająco", a do tego członkowie Anawy "za bardzo zaczęli się
panoszyć".
Przez pewien czas działali, krążąc po klubach studenckich na terenie
całego kraju, ale były to już ostatnie chwile istnienia kabaretu. Jego
członkowie kończyli studia i rozjeżdżali się po Polsce, a Grechutę i Pawluśkiewicza coraz bardziej wciągała kariera muzyczna. Zmieniał się
również skład zespołu akompaniującego Markowi - pojawili się nowi
muzycy: gitarzysta Marek Jackowski (późniejszy lider Maanamu) oraz
basista i flecista Jacek Ostaszewski (mający za sobą współpracę z Krzysztofem Komedą). W tym składzie nagrano dwie płyty: Anawa i Korowód.
"Wyglądaliśmy też oryginalnie - wspominał Pawluśkiewicz. - Zbyszek
Paleta [skrzypek - S.K.], wykwintny światowiec, zawsze z muszką i w znakomicie uszytym przez ojca - świetnego krawca - fraku. Zjawiskowa
wiolonczelistka Ania w pięknej sukni, Marek Grechuta również wytworny,
romantyczny, w świetnie skrojonym na miarę surducie. Długowłosy Marek
Jackowski był za to w podkoszulku i spodniach wyraźnie zagranicznych
(bez gatek, bo mówił, że to niehigieniczne), obok niego Jacek
Ostaszewski na biało, wychudzony buddysta, Tadek Kożuch [altowiolista -
S.K.] o intrygującej urodzie krwistego Cygana i ja, w przedwojennym
wyświechtanym smokingu"37.
Początki profesjonalnego życia estradowego okazały się jednak niełatwe,
bo muzycy Anawy nie byli przyzwyczajeni do dużej liczby koncertów.
Starali się grać ich nie więcej niż dziesięć miesięcznie, obawiając się
rutyny i utraty radości z kontaktu z publicznością. Przestrogą były
występy w stołecznym klubie Riviera-Remont, gdzie grali dwa razy
dziennie przez dziesięć dni.
"Wymarzony kontrakt - przyznawał Pawluśkiewicz. - A ja piątego dnia już
miałem dość, szóstego obmyślałem - chociaż wiedziałem, że to niemożliwe
- jak by to wszystko odwołać, a siódmego musiałem na siłę zajmować myśli
czymś innym, żeby w Dzikim winie zagrać solówkę"38.
Zmęczenie coraz bardziej dawało o sobie znać, w efekcie Pawluśkiewicz
był kiedyś świadkiem nieprawdopodobnej sceny z perkusistą Anawy w roli
głównej. Działo się to podczas jednego z koncertów grupy:
"(...) nasz Genio Makówka zasnął, grając solówkę w Korowodzie. Przy
solówce perkusyjnej - zasnął! Łomotał, łomotał, coraz słabiej, słabiej,
aż wreszcie zasnął. Czegoś takiego nie wymyśliłbym, gdybym nie zobaczył
na własne oczy"39.
Zmęczenie potęgowały nagrania dla radia i telewizji - zespół ciągle był
w drodze. Narastały też różnice muzyczne między dwoma liderami grupy.
Pawluśkiewicza interesowały rozbudowane formy, chciał więcej
improwizacji i głośniejszego grania, co nie odpowiadało Grechucie.
Dochodził też element rywalizacji. Gdy na pierwszej płycie Anawy pojawił
się Korowód Jana Kantego, nikt nie zwrócił na ten utwór większej
uwagi, natomiast wersja Grechuty z drugiej płyty natychmiast weszła do
kanonu polskiej muzyki rozrywkowej. Na domiar złego z zespołu odeszli
Jackowski i Ostaszewski (założyli grupę Osjan), a to właśnie oni mieli
znaczący wpływ na brzmienie zespołu.
Ponadto po pięciu latach przebywania w tym samym gronie nastąpiło typowe
zmęczenie towarzyskie. Marek i Jan coraz gorzej znosili swoją obecność i "nawet drobne gesty irytowały".
"Kiedyś w telewizyjnej audycji ktoś, zapowiadając nas, powiedział:
"Witamy pana Marka Grechutę i jego chłopców" - żalił się Pawluśkiewicz.
- Aż krzyknąłem, i to tak, że musieli zatrzymać rejestrację. "Kurde, co
za chłopcy?!". Ale jeżeli ktoś tak mówi, to znaczy, że z zewnątrz tak to
wygląda. To mi kompletnie przestało pasować. Chciałem, aby moje nazwisko
też coś znaczyło, a tu zostałem chłopcem"40.
Anawę dopadło to, co często jest problemem zespołów z charyzmatycznym
frontmenem. Słuchacze i dziennikarze przestali dostrzegać resztę
muzyków, skupiając uwagę wyłącznie na wokaliście. Nie miało znaczenia,
kto komponuje, kto jest odpowiedzialny za brzmienie zespołu - liczył się
tylko człowiek stojący za mikrofonem. Pod względem medialnym Grechuta
zdominował Anawę niczym Mick Jagger Rolling Stonesów. Markowi chyba to
nawet odpowiadało, jednak scena dla niego i Jana Kantego stała się już
zbyt ciasna.
"Pamiętam - kontynuował Pawluśkiewicz - że Marek bardzo posmutniał, gdy
w Pradze na konferencji prasowej najpierw zwrócono się do mnie. Widać
było, że jest mu bardzo przykro. W Związku Radzieckim, w telewizji, też
uznano mnie za szefa, na co on zaprotestował. Zawsze był frontmenem, ale
to ja kierowałem zespołem"41.
Decyzje zapadły po koncercie we Wrocławiu, gdy Pawluśkiewicz "powiedział
- koniec, kropka" i "rozstali się w ciągu jednej nocy". Chciał wszystko
uciąć od razu, nigdy "nie lubił paprania się, że coś nie idzie, a to
trwa i trwa". Jako człowiek o "cholerycznych skłonnościach" wolał sprawę
zakończyć natychmiast. Miejsce Marka zajął Andrzej Zaucha.
Grupa ruszyła na serię koncertów do Republiki Federalnej Niemiec, gdzie
wzbudziła duże zainteresowanie. Niestety, nie miała szans na prawdziwą
karierę za żelazną kurtyną, bo w tamtych czasach monopolistą w kontaktach artystów z zagranicą była państwowa agencja Pagart.
"(...) Sukces spory - komentował Pawluśkiewicz - przez dziesięć dni (...)
słuchało nas dwa i pół tysiąca osób. I co wieczór ktoś przychodził,
proponując: może byście zagrali w Hamburgu, może byście przyjechali w październiku do Tokio, a może cztery koncerty w Lizbonie?... Tyle że
wszystko odbywało się przez Pagart, który trzymał łapę na kontraktach,
paszportach... To było irytujące. Pamiętam, jak podczas jakiegoś bankietu
naubliżałem pracownikowi Pagartu i na tym skończyły się nasze plany
koncertów zagranicznych"42.
Po powrocie do kraju Anawa nagrała znakomitą płytę, niestety - dzisiaj
już niemal zupełnie zapomnianą. Rewelacyjny, progresywny repertuar,
rockowo-jazzowe popisy instrumentalistów, fantastyczna forma wokalna
Zauchy i poetyckie teksty. Wszystko to było jednak spóźnione, Zaucha
wyjechał do Austrii, gdzie przez dwa lata śpiewał w restauracjach.
Ostatecznie zespół zawiesił działalność, ale Pawluśkiewicz i Grechuta
niebawem mieli się przekonać, że nigdy nie należy mówić "nigdy"...
Sceny z życia rodzinnego
Życie z artystą nigdy nie jest łatwe. Po latach pani Danuta przyznała,
że było to wyjątkowo trudne zadanie:
"Przez myśl mi nie przeszło, że zwiążę się dozgonnie z artystą.
Wychodziłam za mąż za architekta, a nie za twórcę mającego całe lata
spędzić na estradzie. Kariera sceniczna Marka mogła się przecież
skończyć tak szybko, jak prędko się zaczęła (wiadomo, ilu artystów było
jedynie efemerydami). Ale los zdecydował inaczej, więc rolę małżonki
artysty należało zagrać najlepiej, jak można. Zarówno pan, jak i pani
Grechuta uczyli się tego w praktyce"43.
Żona artysty powinna być nie tylko jego partnerką życiową, lecz także
muzą. Twórca często oczekuje, by jako pierwsza oceniała jego dzieła albo
wręcz współpracowała przy ich powstawaniu.
"Marek - kontynuowała Danuta - przeważnie na najlepsze pomysły wpadał
nocą, siedząc przy stole albo nagle zrywając się z łóżka, by zapisać
myśl, która właśnie przychodziła mu do głowy. Długo nie mógł zasnąć, a ja z kolei wręcz przeciwnie. Co często kończyło się tym, iż w czasie
rozmowy z panem mężem porywał mnie w swe objęcia Morfeusz. Szanownego
małżonka podobne zachowanie szalenie denerwowało"44.
Oboje mieli jednak szczęście, że wspólne życie zaczynali już we własnym
mieszkaniu. Wprawdzie nie było ono specjalnie duże (niespełna 40 metrów
kwadratowych), ale zapewniało minimum stabilizacji. Istotna była też
jego lokalizacja przy ulicy Bałuckiego na krakowskich Dębnikach,
nieopodal historycznego centrum Krakowa. Niebawem zresztą było ich już
troje, gdyż na świat przyszedł syn, Łukasz.
Danuta opowiadała, że pomysłodawcą powiększenia rodziny był Marek, który
najwyraźniej uznał, że nigdy nie ma odpowiedniej chwili na dziecko,
wobec czego należy postarać się o nie jak najszybciej. Piosenkarz myślał
bardzo logicznie - mieli już swoje mieszkanie, dochody też nie były
najgorsze, zatem nic nie stało na przeszkodzie, by powiększyć rodzinę.
Po raz kolejny udowodnił, że mimo romantycznej duszy całkiem nieźle
orientuje się w realnym świecie.
Łukasz Grechuta przyszedł na świat w czerwcu 1972 roku, a wtedy szybko
okazało się, że dla trzyosobowej rodziny mieszkanie na Dębnikach jest
jednak zbyt małe. Nie mając pieniędzy na zakup większego lokum,
Grechutowie liczyli na zamianę. Ale w czasach PRL-u nic nie było łatwe,
szczególnie gdy dotyczyło kwestii mieszkaniowych. Upatrzone przez nich
mieszkanie było lokalem kwaterunkowym (komunalnym), więc o jego losie
decydowały władze miejskie - jednak nie wszyscy włodarze sprzyjali temu
pomysłowi. Okazało się też, że metraż mieszkania jest zbyt duży jak na
trzyosobową rodzinę. Z tego powodu Danuta przez pewien czas prowadziła
dom kultury, jako że zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami
pedagodzy mieli prawo do większego lokalu. Ostatecznie w 1973 roku
Grechutowie zamieszkali w kamienicy przy ulicy Szlak, gdzie mieli
spędzić następne 22 lata.
Prowadzili dom otwarty, co nie zawsze spotykało się ze zrozumieniem
sąsiadów. Ale pani Danuta nie uważała, by specjalnie uprzykrzali życie
swojemu otoczeniu:
"Otwartość wynikała również ze specyfiki życia zawodowego Marka. Często
odbywały się u nas próby z zespołem. Do tego spotkania towarzyskie oraz
brydże do rana, szczególnie w letnie wieczory przy otwartych oknach, co
mogło czasami przeszkadzać sąsiadom. Ale nie byliśmy - chyba! - złymi
lokatorami, albowiem po dziś dzień dostaję na święta życzenia od
sąsiadów ze Szlaku"45.
Danuta nie mogła podjąć normalnej pracy zawodowej. Wiedziała, że musi
dbać o męża artystę i syna, co całkowicie ją absorbowało. Obecnie uważa,
że złożyła swoje ambicje na ołtarzu sztuki, ale nie miała innego wyboru.
Większość żon artystów faktycznie zajmowała się domem, rezygnując z kariery zawodowej.
"Zmagania ze szkołą dziecka - tłumaczyła - odrabianie wspólnie lekcji,
zaprowadzanie, odprowadzanie itp. Jak w każdej rodzinie. (...) Przeważnie
takie żony nie pracowały na etacie. W moim przypadku byłoby to wręcz
niemożliwe. Gdybym poszła do pracy, rodzina nie przetrwałaby, ponieważ
wszystko uległoby rozpadowi"46.
Łukasz
Podobnie jak wielu innych muzyków Grechuta był ojcem na pół etatu. Wiele
czasu zajmowały mu trasy koncertowe, audycje radiowe i telewizyjne,
sesje w studiu nagraniowym. Również w domu często poświęcał się pracy -
i rodzina musiała się do tego dostosować.
"Kiedy byłem małym chłopcem, a kariera ojca rozwijała się, zdarzały się
takie dni, kiedy ojciec był niedostępny - wspominał Łukasz Grechuta. -
Trudno było nawiązać z nim rozmowę, ponieważ sztuka pochłaniała go bez
reszty. Siedząc na fotelu, pisał teksty piosenek, albo przy fortepianie
zapisywał papier nutowy. Ciągle coś zmieniał i przekreślał już napisane
nuty. Był w zupełnie innym świecie"47.
Jednakże w wolnych chwilach zajmował się chłopcem, starał się budzić w nim wrażliwość artystyczną. Łukasz nigdy nie zapomniał najszczęśliwszych
lat swojego dzieciństwa:
"Ojciec rysował jakiś pejzaż albo budynek. Mnie to fascynowało i starałem się go naśladować, tworząc swoją wizję. Ojciec lubił również
sklejać mi modele. Kiedyś zobaczyłem na wystawie zabawkę: miasteczko
Dziki Zachód. I ojciec postanowił, że zamiast zabawki kupi zestaw do
modelowania: listewki, kleje, piły. I zaczął kleić makietę domu z westernu. Byłem tak zafascynowany, że budziłem go wczesnym rankiem, żeby
dalej pracował"48.
Nigdy jednak nie poszedł na wywiadówkę szkolną - zapewne nie chciał, by
jego osoba absorbowała zebranych. Te obowiązki pozostawiał żonie,
podobnie jak wszelkie sprawy związane z edukacją potomka.
"Dobry tata, ale zbyt łagodny - oceniała Danuta. - Typ zakochanego
tatusia: syn mógł ojca okręcić sobie wokół palca. Mnie zaś przypadła
rola żandarma. Następstwem była klasyczna męska solidarność, czyli
namawianie się na boku, męskie zakupy, zachcianki, zabaweczki itp. Co
przeniosło się także w starszy wiek Łukasza. Często knuli przeciwko
mnie, szczególnie w sprawie zakupu nowego samochodu"49.
Łukasz zdradzał duży talent artystyczny, dlatego wybrał liceum
plastyczne, a potem krakowską Akademię Sztuk Pięknych. Jednak od
najmłodszych lat żył w cieniu sławnego ojca, a ponieważ zazwyczaj
"dzieci płacą za popularność rodziców", zaczęły się problemy z nauczycielami i kolegami ze szkoły.
"Niektórzy rówieśnicy - kontynuowała pani Danuta - odgrywali się na nim
za pozycję i popularność ojca. (...) Dla młodego chłopaka były to naprawdę
trudne sytuacje. Choć synowi w sumie ułożyło się nie najgorzej: miał
kolegów i przyjaciół, lubiących go i akceptujących. Ale bywały również
przeżycia traumatyczne. Do tego stopnia, że Łukasz bał się chodzić do
szkoły"50.
Zapewne właśnie stąd wziął się jego specyficzny dystans do ludzi. Poza
tym, patrząc na ojca, nabrał niechęci do bycia osobą publiczną. Uważał,
że to "straszne ograniczenie" i że nie chciałby bez przerwy być "na
oczach wszystkich".
"Nigdy się nie wywyższałem - mówił w wywiadzie. - Byłem dumny z ojca,
choć może nigdy tego mu nie okazywałem. Nigdy nie podkreślałem, czyim
jestem synem. Jednak gdy otoczenie dowiadywało się, kim jestem, często
wykorzystywało to przeciwko mnie, nie mając wtedy wobec mnie nawet
cienia kurtuazji, widząc tylko znane nazwisko"51.
Po latach pani Danuta uważa, że wraz z Markiem popełnili poważne błędy,
gdyż w "wychowaniu rygor jest konieczny, należy być wobec potomków
bardziej stanowczym". Patrząc na późniejsze relacje Łukasza z rodzicami,
trudno się z tym nie zgodzić...
WIEM
Po rozstaniu z Pawluśkiewiczem i Anawą Grechuta stworzył własny zespół -
WIEM (W Innej Epoce Muzycznej) - złożony z doświadczonych muzyków
jazzowych. Repertuar grupy miał być kontynuacją stylistyki Korowodu -
fuzją poezji, rocka i jazzu.
"(...) miała być zaprzeczeniem baroku Anawy - wyjaśniała pani Danuta. -
Nastąpiło zerwanie z dawnym stylem, po czym Marek wszedł w muzyczną
komitywę z jazzmanami. Wtedy objawił się Paweł Ścierański wraz ze swoją
gitarą i bratem Krzysztofem - basistą. Pamiętam, kiedy pierwszy raz
weszli do naszego mieszkania przy ulicy Szlak. Od razu zaczęła się
próba"52.
Na koncertach utwory Grechuty i WIEM nabierały nowego wyrazu.
Rozbudowane, improwizowane partie instrumentalne, piosenki znacznie
dłuższe niż ich studyjne wersje. Niemal każdy utwór miał otwarty
charakter - sami muzycy nie wiedzieli, w jakiej formie zostanie
przedstawiony publiczności. Do tego dochodziły eksperymenty brzmieniowe,
takie jak gra smyczkiem na strunach gitary elektrycznej. Słynął z tego
Jimmy Page z Led Zeppelin, ale nad Wisłą stanowiło to zupełną nowość.
Koncerty Marka z nowym zespołem były dla publiczności zupełnym
zaskoczeniem, nie wszyscy też byli zadowoleni z ich przebiegu. Większość
przychodziła posłuchać starych przebojów Grechuty i nie akceptowała
jazzrockowego misterium.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki