Wybrana dla niego - S.B. Vinter

Kup ebooka

39.90 zł
29.93 zł (14,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ala­bama, 12 marca 2020 roku

Nie!

Bła­gam, nie!

Spa­ni­ko­wana roz­glą­dam się po zde­wa­sto­wa­nym po­miesz­cze­niu i do­sko­nale zdaję so­bie sprawę z tego, co ozna­cza ten ba­ła­gan.

Była tu.

Jezu Chry­ste. Je­śli za­brała pie­nią­dze, to je­stem w ciem­nej du­pie!

Bie­gnę do swo­jego po­koju, po dro­dze po­ty­ka­jąc się o po­roz­rzu­cane rze­czy. Dom wy­gląda jak po przej­ściu tor­nada. Wszę­dzie leżą po­roz­bi­jane szklanki i ta­le­rze. Wszystko, co zo­stało wy­rzu­cone z pó­łek i szu­flad, rów­nież znisz­czone, wala się po ziemi. Kiedy do­cie­ram do celu, ogar­nia mnie taka wście­kłość, że mam mroczki przed oczami. De­ska pod­ło­gowa, pod którą cho­wa­łam pie­nią­dze, znaj­duje się te­raz obok łóżka. Skrytka oka­zuje się pu­sta - wszyst­kie moje oszczęd­no­ści znik­nęły. Za­my­kam oczy i biorę kilka uspo­ka­ja­ją­cych od­de­chów, na­stęp­nie roz­glą­dam się po po­koju, a wła­ści­wie tym, co z niego zo­stało. Na ziemi leży kupka po­cię­tych szmat, na którą składa się więk­szość mo­ich ubrań. Ma­te­rac także jest cały po­cięty - pew­nie naj­pierw tam szu­kała kasy. Od za­wsze to wła­śnie pod ma­te­ra­cem cho­wa­łam wszyst­kie pre­zenty od mamy. Ta suka Con­nie o tym wie­działa. Cóż, jak wi­dać, o skrytce w pod­ło­dze też mu­siała się ja­koś do­wie­dzieć. Nie było jej dzie­sięć lat. Dzie­sięć. Kurwa. Lat! Nie ra­czyła się zja­wić na­wet na po­grze­bie wła­snej matki. Gdy pa­trzę na ogrom znisz­czeń w ca­łym domu, nie mam wąt­pli­wo­ści, że to była ona.

Wy­cho­dzę z po­koju i kie­ruje się do sa­lonu. Roz­glą­dam się po po­miesz­cze­niu. Łzy na­pły­wają mi do oczu, kiedy za­uwa­żam, że wszyst­kie kule śnieżne są roz­bite. Nie zo­stała ani jedna! Zbie­ra­ły­śmy je z mamą la­tami. To nie mógł być zwy­kły wła­my­wacz lub szu­ka­jący to­waru nar­ko­man. Leki mamy na­dal leżą na stole. Bu­te­leczki z tra­ma­do­lem są pełne, każdy zło­dziej albo ćpun wie­działby, co z nimi zro­bić. Con­nie mu­siała ja­koś usta­lić, że sprze­da­łam sa­mo­chód i wszystko inne, co miało ja­ką­kol­wiek war­tość.

Ju­tro za­mie­rza­łam za­nieść pie­nią­dze do banku i spła­cić część kre­dytu, który mama za­cią­gnęła, żeby opła­cić swoje le­cze­nie. Te­raz wszystko szlag tra­fił!

Od dwóch go­dzin pa­kuję znisz­czone rze­czy do czar­nych wor­ków na śmieci. Oczy mnie pieką i czuję, że cały tusz spły­nął mi po twa­rzy. Pew­nie wy­glą­dam tak nędz­nie, jak się czuję. Stra­ci­łam wszyst­kie pa­miątki po ma­mie. Może cho­ciaż parę zdjęć uda się ura­to­wać - są bar­dzo po­gnie­cione, lecz na szczę­ście całe.

Pod­no­szę jedno z pod­łogi. Mam na nim może trzy lub cztery lata. Sie­dzę na sta­rej po­prze­cie­ra­nej so­fie. Moją uśmiech­niętą i całą wy­sma­ro­waną nie­bie­ską ma­zią bu­zię ota­cza bu­rza lo­ków w ko­lo­rze tru­skaw­ko­wego blondu. Pa­mię­tam dzień, w któ­rym zro­biono to zdję­cie, by­łam taka szczę­śliwa. To wła­śnie wtedy zro­zu­mia­łam, że mogę z nią zo­stać, że będę bez­pieczna. Tego dnia mama za­brała mnie do cen­trum han­dlo­wego w Prat­tville, gdzie wy­bra­łam ko­lor farby, a na­stęp­nie przez kilka go­dzin po­ma­ga­łam jej ma­lo­wać swój nowy po­kój. Tak bar­dzo mi jej bra­kuje. Cho­wam fo­to­gra­fię do kie­szeni spodni. To nie czas na tego typu wspo­mnie­nia, nie mogę się jesz­cze bar­dziej roz­kleić. Po za­pa­ko­wa­niu więk­szo­ści rze­czy po­sta­na­wiam zro­bić so­bie prze­rwę i za­mó­wić coś do je­dze­nia. Wy­bie­ram wła­śnie nu­mer do ulu­bio­nej knajpki, gdy za drzwiami roz­lega się ja­kiś ha­łas. Za­raz po­tem sły­szę prze­kleń­stwa.

Znam ten głos...

- Co do chuja?

Drzwi wej­ściowe z hu­kiem od­bi­jają się od ściany, a do domu wpada jak bu­rza moja naj­lep­sza i w su­mie je­dyna przy­ja­ciółka, So­fia. Za nią, z taką samą fi­ne­zją, wcho­dzi jej chło­pak Ga­vin.

- Jezu, Maya, nic ci nie jest? Dzwo­nię do cie­bie od dwóch go­dzin. Gdzie masz te­le­fon? - war­czy So­fia.

Nim jed­nak zdążę od­po­wie­dzieć, roz­lega się jej gło­śny pisk:

- Byli tu! Ga­vin, oni tu byli!!

- Ta... Wi­dzę - mówi chło­pak So­fii, roz­glą­da­jąc się po moim znisz­czo­nym sa­lo­nie.

- Mu­sisz się spa­ko­wać i wy­no­simy się stąd w cho­lerę, za­nim wrócą - krzy­czy moja przy­ja­ciółka.

- Jak wi­dzisz, ja już nie mam czego pa­ko­wać, pra­wie wszystko na­daje się do ko­sza. Za­raz... Jacy oni?

So­fia spo­gląda te­raz na Ga­vina, jakby szu­ka­jąc u niego po­mocy.

- Do­szły mnie słu­chy, że kilku człon­ków Loki Ri­ders o cie­bie py­tało, a to nie są mili lu­dzie. Wi­dzę, że usta­le­nie two­jego ad­resu nie za­jęło im zbyt dużo czasu.

Pa­trzę na tego ogrom­nego fa­ceta i nie mam po­ję­cia, o czym on gada.

- Loki? Jak ten nor­dycki bóg? - py­tam z uśmie­chem, bo cała sy­tu­acja wy­daje się cał­kiem ab­sur­dalna.

- Maya! - grzmi Ga­vin. - To nie czas na żarty. Mu­simy się zbie­rać. Nie chcę się na nich na­tknąć, gdy je­stem tu­taj z So­fią. Zbie­raj się, je­dziesz z nami. Wi­dzisz, co zro­bili z twoim do­mem? Jak my­ślisz - co zro­bią z tobą?!

- Po pierw­sze, nie krzycz na mnie! Je­dyny klub mo­to­cy­klowy, jaki znam, to twój! Po dru­gie, to była Con­nie!

- Dla­czego my­ślisz, że to ona? - pyta So­fia.

Prze­no­szę wzrok na przy­ja­ciółkę, po czym od­po­wia­dam:

- Ro­zej­rzyj się. Nic tu nie zo­stało. Wszystko, co jest w tych wor­kach, na­daje się na śmiet­nik. Tylko jedna osoba by­łaby zdolna zro­bić coś ta­kiego. Poza tym wie­działa, gdzie szu­kać kasy.

***

Sie­dzę na so­fie zwi­nięta w kłę­bek i usi­łuję po­ukła­dać so­bie w gło­wie wszystko, czego się przed chwilą do­wie­dzia­łam.

Fa­ceci, o któ­rych mó­wił Ga­vin, spe­cja­li­zują się przede wszyst­kim w nar­ko­ty­kach. Słyną ze swych okrut­nych zbrodni. Żeby roz­sze­rzyć swoje te­ry­to­rium, do­ko­nują kra­dzieży i mor­dują człon­ków kon­ku­ren­cyj­nych grup mo­to­cy­klo­wych. Chło­pa­kowi So­fii udało się usta­lić, że Con­nie dość czę­sto była wi­dy­wana z ludźmi z Loki Ri­ders, a te­raz dziw­nym tra­fem oni szu­kają mnie.

- No do­brze - wzdy­cham. - Wy­tłu­macz­cie mi, bo cze­goś tu nie ro­zu­miem: niby dla­czego mie­liby szu­kać mnie? Nie mam z Con­nie nic wspól­nego, a poza tym nie wi­dzia­łam tej suki od wielu lat!

- Tego wła­śnie pró­bu­jemy się do­wie­dzieć. Moi lu­dzie już nad tym pra­cują.

Spo­glą­dam na Ga­vina, który przy­po­mina wo­jow­nika. Cały w ta­tu­ażach. Cel­tyc­kie wzory opla­tają oba jego ra­miona, a reszta ta­tu­ażu znika pod ko­szulką. Jest ogromny, mie­rzy około stu dzie­więć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów. Nie znam go tak do­brze jak So­fia, ale z tego, co zdą­ży­łam za­uwa­żyć, trudno go wy­pro­wa­dzić z rów­no­wagi. Jed­nak dzi­siaj wy­gląda, jakby miał ochotę roz­szar­pać ko­goś go­łymi rę­kami. Dla­tego do­my­ślam się, że sprawa jest na­prawdę po­ważna.

Go­dzinę póź­niej przy­ja­ciółka lo­kuje mnie w jed­nym z wol­nych po­koi, gdzie mo­men­tal­nie za­sy­piam. Bu­dzi mnie pu­ka­nie do drzwi. So­fia wcho­dzi do środka, nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie.

- Mu­simy po­ga­dać - mówi. - Ogar­nij się i zejdź na dół. Ga­vin już tam czeka. - Po czym szybko wy­cho­dzi, nie pa­trząc mi w oczy.

Coś jest nie tak, wiem to. Wstaję i idę do ła­zienki, tam szybko za­ła­twiam swoje sprawy. Na­stęp­nie spry­skuje twarz wodą. Przy­glą­dam się so­bie w lu­strze - wy­glą­dam okrop­nie. Je­stem blada i mam sińce pod oczami. Na­kła­dam tro­chę flu­idu i tu­szuję rzęsy. Tyle musi wy­star­czyć. Koń­czę to­a­letę i kie­ruje się scho­dami w dół.

Na­gle staję jak wryta. Z miej­sca, w któ­rym się znaj­duję, wi­dzę cały sa­lon. Do­strze­gam trzech fa­ce­tów. Stoją do mnie ty­łem. Każdy ma na so­bie klu­bową ka­mi­zelkę. Po­dob­nie jak chło­pak mo­jej przy­ja­ciółki, są wy­socy i do­brze zbu­do­wani. Je­stem za­sko­czona, bo gdy do­tar­li­śmy do klubu kilka go­dzin wcze­śniej, ni­kogo tu nie było. Ga­vin po­wie­dział, że reszta za­łogi udała się do od­działu ma­cie­rzy­stego w Na­shville.

- Naj­wy­raź­niej nie wszy­scy - mru­czę do sie­bie, ale chyba dość gło­śno, bo po chwili ga­pią się na mnie wszy­scy trzej go­rący jak pie­kło bi­ke­rzy.

Przy­glą­dam się im po ko­lei. Fa­cet z mo­jej le­wej strony wy­gląda jak młod­sza wer­sja Ga­vina. Jego ciem­no­cze­ko­la­dowe włosy się­gają ra­mion, a oczy są w ko­lo­rze ja­snej zie­leni. Cu­dow­nie za­ry­so­wana szczęka z kil­ku­dnio­wym za­ro­stem do­peł­nia wy­gląd ty­po­wego bad boya. Tak jak jego ko­le­dzy ma na so­bie skó­rzane spodnie, które ide­al­nie pod­kre­ślają mu­sku­larne uda. Spod pod­wi­nię­tych rę­ka­wów czar­nej ko­szulki wy­stają ko­lo­rowe ta­tu­aże. To musi być Asher, młod­szy brat Ga­vina. So­fia czę­sto o nim opo­wia­dała, a wła­ści­wie to opi­sy­wała dra­maty, które się roz­gry­wały, po­nie­waż gość pie­przył wszystko, co miało dwie nogi. Przez to do­cho­dziło do re­gu­lar­nych walk mię­dzy ko­bie­tami w klu­bie, i nie tylko. Dwaj po­zo­stali są rów­nie go­rący. Uśmie­chają się, bo nie mają wąt­pli­wo­ści, że po­doba mi się to, co wi­dzę. Czuję, że się czer­wie­nię. Wła­śnie wtedy, gdy za­mie­rzam od­wró­cić się na pię­cie i zna­leźć ja­kąś my­sią dziurę, by się w niej scho­wać, od­zywa się So­fia:

- Je­steś w końcu - mówi, pod­cho­dząc do mnie. - Wy­trzyj ślinę - szep­cze.

- Asher, Max, Col­ton, to moja przy­ja­ciółka Maya. - Pod­no­szę rękę i ma­cham do nich.

Ma­cham... Jezu, co się ze mną dzieje?

- Cześć. - Udaje mi się wy­du­sić tylko tyle. Nie wiem, co jest grane. To pew­nie szok, zwar­cie w mó­zgu, albo coś...

- Ja pier­dolę, zde­cy­do­wa­nie za­kle­puję - od­zywa się blon­dyn sto­jący po­środku.

Całe to­wa­rzy­stwo wy­bu­cha śmie­chem. Na­wet cho­lerna So­fia chi­cho­cze.

- Ma­cie ja­kieś wia­do­mo­ści? - pyta Ga­vin, a w jego gło­sie sły­chać iry­ta­cję.

- Tak. I to nie są do­bre wie­ści - od­po­wiada Col­ton, je­śli się nie mylę.

- Tego już się do­my­śli­łem. Więc?

- Nie­jaka Con­nie krę­ciła się ja­kiś czas koło Tra­shera, skarb­nika Loki Ri­ders. Mie­siąc temu znik­nęła ra­zem z klu­bową forsą. Da­leko nie ucie­kła. Zna­leźli ją dwa dni póź­niej, ra­zem z czę­ścią hajsu, któ­rej nie zdą­żyła prze­pu­ścić.

- Jak ro­zu­miem, suka jest już mar­twa?

- No wła­śnie nie. Co cie­kawe, po­szli z nią na układ. - Col­ton spo­gląda wprost na mnie. - W za­mian za da­ro­wa­nie ży­cia za­ofe­ro­wała Da­showi, pre­ze­sowi Loki Ri­ders, swoją córkę.

***

Pod­jeż­dżam pod ogromną bramę wjaz­dową. Cho­lera, to wy­gląda ra­czej jak wrota. Jak znam swoje szczę­ście, te wrota pro­wa­dzą do pie­kieł. Par­kuję po­ży­czo­nego od So­fii sta­rego forda za­raz za bramą.

Im bli­żej wej­ścia, tym le­piej. Ni­gdy nie wia­domo, czy nie będę mu­siała stąd ucie­kać. Roz­glą­dam się do­okoła. Miej­sce spra­wia wra­że­nie za­dba­nego, a bu­dy­nek wy­gląda ra­czej nor­mal­nie. Okna, z któ­rych są­czy się świa­tło, chyba są całe, z ele­wa­cji nie od­pada farba, a wła­śnie tego się spo­dzie­wa­łam po wy­słu­cha­niu opo­wie­ści Ga­vina. Jesz­cze raz spraw­dzam ad­res w te­le­fo­nie i fak­tycz­nie wszystko się zga­dza. Z bi­ją­cym ser­cem od­pi­nam pasy i już mam wy­siąść z sa­mo­chodu, gdy przy­po­mi­nam so­bie o broni ukry­tej pod sie­dze­niem pa­sa­żera.

Może i je­stem idiotką. Przy­je­cha­łam prze­cież sama do sie­dziby klubu Bla­sted, a od domu dzielą mnie dwie i pół go­dziny jazdy. Ale w ra­zie czego mam pi­sto­let. Cho­ciaż prawda jest taka, że na­wet nie mam po­ję­cia, jak tej broni użyć, gdyby za­szła taka po­trzeba. Więc... w su­mie tak, je­stem idiotką.

Mama wiele razy pró­bo­wała mnie na­mó­wić na na­ukę strze­la­nia, w końcu miesz­ka­ły­śmy w Ala­ba­mie i po­winno być to dla mnie tak na­tu­ralne jak je­dze­nie czy pi­cie. Ale nie, ja wo­la­łam książki. Je­stem prze­ko­nana, że mam w tor­bie swoją ulu­bioną Jude the Ob­scure Tho­masa Hardy'ego.

- Za­wsze mogę jej użyć, żeby się obro­nić - pry­cham sama do sie­bie. Uzbro­jona w książkę zmie­rzam do klubu peł­nego nie­bez­piecz­nych fa­ce­tów. Tak, to bez wąt­pie­nia się uda. Od bu­dynku dzieli mnie może sześć­dzie­siąt me­trów, a już stąd sły­szę dud­nie­nie mu­zyki. Gdy idę żwi­ro­wym pod­jaz­dem, moje serce przy­śpie­sza z każ­dym kro­kiem. Wy­cie­ram spo­cone dło­nie w no­gawki spodni i biorę kilka głę­bo­kich od­de­chów. Gdy znaj­duję się może dzie­sięć me­trów od wej­ścia, drzwi otwie­rają się z hu­kiem. Zza nich wy­ła­nia się ogromny męż­czy­zna, grubo po pięć­dzie­siątce. Chwiej­nym kro­kiem pod­cho­dzi do ba­lu­strady. Za­pala pa­pie­rosa i w tym mo­men­cie mnie za­uważa. Gdy lu­struje mnie z góry na dół, na jego pi­ja­nej twa­rzy za­kwita lu­bieżny uśmiech. Otwiera usta i coś mówi, ale sły­szę tylko nie­zro­zu­miały beł­kot. Naj­wy­raź­niej fa­cet ma już dość. Ostroż­nie pod­cho­dzę do otwar­tych drzwi, sta­ra­jąc się za­nadto nie zbli­żać do pi­ja­nego męż­czy­zny.

Za­glą­dam do środka i za­mie­ram. My­śla­łam, że zo­ba­czę nor­malną im­prezę, pi­ją­cych i tań­czą­cych lu­dzi. Ale się my­li­łam... Da­leko temu do nor­mal­no­ści. Ko­biety i męż­czyźni są w róż­nym stop­niu ro­ze­brani. Z miej­sca, w któ­rym stoję, nie je­stem w sta­nie do­strzec osoby, któ­rej szu­kam. Wcho­dzę więc w głąb po­miesz­cze­nia. Cho­ler­nie tu tłoczno, więk­szość zgro­ma­dzo­nych upra­wia seks lub wła­śnie do tego zmie­rza, a reszta się temu przy­gląda, śmie­jąc się i pi­jąc. To re­gu­larna or­gia. So­fia cza­sami opo­wia­dała o im­pre­zach w klu­bie Ga­vina, ale chyba dużą część tych hi­sto­rii po­mi­nęła. Z przodu tego lo­kalu znaj­duje się coś na kształt baru. Na pół­kach stoi al­ko­hol. Mimo dud­nią­cej mu­zyki i prze­krzy­ku­ją­cych się im­pre­zo­wi­czów sły­szę cha­rak­te­ry­styczny pi­skliwy głos. Wszę­dzie go roz­po­znam. Jesz­cze jej nie wi­dzę. Prze­ci­skam się mię­dzy ludźmi, ko­biety rzu­cają mi zdzi­wione lub po­gar­dliwe spoj­rze­nia. Tak. Wiem, że tu­taj nie pa­suję, cho­ciażby dla­tego, że mój ubiór jest kom­pletny. Od razu wzbu­dzam nie­chęć przed­sta­wi­cie­lek swo­jej płci. Dzi­siaj jed­nak mam to głę­boko w du­pie. Mój cel sta­nowi zna­le­zie­nie Con­nie, a nie no­wych przy­jaźni.

Kiedy do­cie­ram mniej wię­cej na śro­dek po­miesz­cze­nia, do­strze­gam przy ba­rze grupkę ko­biet pi­ją­cych szoty. Wśród nich wi­dzę tle­nioną głowę swo­jej ro­dzi­cielki. Ni­gdy nie wi­dzia­łam jej w ko­lo­rze in­nym niż spa­lony blond. Gdy by­łam dziec­kiem, zna­la­złam al­bum ze zdję­ciami. Stąd wiem, że na­tu­ralny ko­lor wło­sów Con­nie - po­dob­nie zresztą jak jej mamy - to ciemny kasz­tan, a twarz ma ob­sy­paną pie­gami, które skrzęt­nie chowa pod cięż­kim ma­ki­ja­żem. Za to ja w ogóle nie przy­po­mi­nam swo­jej matki. Mie­rzę sto sześć­dzie­siąt pięć cen­ty­me­trów, więc je­stem od niej ja­kieś dzie­sięć cen­ty­me­trów niż­sza, i mam się­ga­jące do pasa włosy w ko­lo­rze tru­skaw­ko­wego blondu. Moje oczy - w prze­ci­wień­stwie do jej wą­skich i piw­nych - są w kształ­cie mig­da­łów, w ko­lo­rze ja­sno­zie­lo­nym z żół­tymi plam­kami na brze­gach źre­nic. Tak więc je­stem pewna, że więk­szość cech wy­glądu odzie­dzi­czy­łam po ojcu. Nie­stety, nie dane mi było go po­znać. Mama nie chciała o nim zbyt wiele mó­wić. Gdy oka­zało się, że Con­nie jest w ciąży, zwi­nął ma­natki i ślad po nim za­gi­nął. Może to i le­piej. Z pew­no­ścią nie był kimś, z kim chcia­ła­bym spę­dzać czas, w końcu trzy­mał z Con­nie, a to dużo o czło­wieku świad­czy.

Gdy wi­dzę ją te­raz, jak sie­dzi i pije, taka wy­lu­zo­wana i za­do­wo­lona, cała moja fru­stra­cja i złość, którą gro­ma­dzi­łam przez lata, pró­bują się wy­do­stać na ze­wnątrz. Pod­cho­dzę do Con­nie i staję za jej ple­cami, ona mnie nie wi­dzi, ale jedna z jej to­wa­rzy­szek już tak, więc sztur­cha ją i po­ka­zuje do tyłu - na mnie. Nie daję Con­nie czasu na re­ak­cję. W mo­men­cie, gdy od­wraca się w moją stronę, wy­cią­gam rękę i wy­mie­rzam jej cios w twarz. Ko­bieta od­bija się od baru. Pod­nosi na mnie swoje zszo­ko­wane oczy. Całe jej to­wa­rzy­stwo milk­nie, na­to­miast na twa­rzy Con­nie ma­luje się prze­ra­że­nie. Tego się zu­peł­nie nie spo­dzie­wa­łam. Przez całe swoje ży­cie mia­łam do czy­nie­nia z róż­nymi jej uczu­ciami i za­cho­wa­niami, od nie­na­wi­ści po agre­sję, lecz ni­gdy nie wi­dzia­łam u niej stra­chu.

- Co ty tu­taj ro­bisz? - pyta, roz­glą­da­jąc się po po­miesz­cze­niu, jakby cze­goś szu­kała. - Nie po­winno cię tu być! - war­czy.

- Co ja tu­taj ro­bię? - wy­bu­cham gło­śno.

Moje za­cho­wa­nie spra­wia, że co­raz wię­cej lu­dzi zwraca oczy w na­szą stronę.

- Co ja tu­taj ro­bię? - py­tam raz jesz­cze, zbli­ża­jąc twarz do twa­rzy Con­nie.

Na­gle jej oczy ro­bią się ogromne z prze­ra­że­nia, gdy pa­trzy na ko­goś za mną.

Nim zdążę się od­wró­cić, sły­szę ochry­pły mę­ski głos.

- Co tu się, kurwa, od­pier­dala? Con­nie, pre­zes chyba ja­sno się wy­ra­ził, że jedna twoja wpadka i wy­la­tu­jesz. Nie na­le­żysz do klubu, ale wiesz, ja­kie tu obo­wią­zują za­sady. Je­śli do­wiem się, że pod­nio­słaś rękę na któ­rą­kol­wiek z suk, to jesz­cze dziś twoje dup­sko wy­lą­duje na ulicy, zro­zu­mia­łaś? - Kar­cący ton tego męż­czy­zny spra­wia, że włosy stają mi dęba.

- Drake, to nie była jej wina - od­zywa się jedna z ko­le­ża­nek Con­nie, chyba ta, która pierw­sza mnie za­uwa­żyła. - To ta dziwka za­częła! - tłu­ma­czy, wska­zu­jąc na mnie pal­cem. Con­nie, która wła­śnie przy­kłada dłoń do swo­jego krwa­wią­cego nosa, mówi:

- Nic się nie dzieje, Drake, to było tylko małe nie­po­ro­zu­mie­nie. Już wszystko jest wy­ja­śnione. - Głos jej się trzę­sie. - To moja zna­joma, która wła­śnie wy­cho­dzi - wy­po­wia­da­jąc ostat­nie zda­nie, pa­trzy na mnie bła­gal­nym wzro­kiem.

Con­nie ni­gdy ni­kogo się nie bała, a już tym bar­dziej nikt ni­gdy jej nie roz­ka­zy­wał. Hmm... dziwne. Je­stem bar­dzo cie­kawa, kto wy­wo­łał u mo­jej matki taką re­ak­cję.

W tym mo­men­cie od­wra­cam się w stronę ta­jem­ni­czego Drake'a. Stoi za mną naj­więk­szy męż­czy­zna, ja­kiego kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam. Jego brą­zowe włosy są lekko opró­szone si­wi­zną. Na oko może mieć ja­kieś czter­dzie­ści, może czter­dzie­ści pięć lat. Ostre rysy jego twa­rzy spra­wiają, że lekko się wzdry­gam. Chyba to do­strzega, bo na jego ustach za­kwita uśmiech. Na­stęp­nie spo­gląda na Con­nie.

- Mam uwie­rzyć, że ta słodka istota to twoja zna­joma? - Wzrok Drake'a znów wę­druje w moją stronę. I w tej sa­mej chwili jego po­stawa się zmie­nia. Krzy­żuje dło­nie na piersi, prze­chyla głowę i marsz­czy brwi. Wy­gląda, jakby się nad czymś in­ten­syw­nie za­sta­na­wiał. - Jak masz na imię, skar­bie? - pyta.

- M-maya - mó­wię trzę­są­cym się gło­sem. Kurwa. Wła­śnie do mnie do­ciera, jak je­stem głu­pia. Prze­cież mogą mnie za­bić lub zgwał­cić, a ko­bieta, która mnie uro­dziła, nie kiw­nie na­wet pal­cem w mo­jej obro­nie. Ba, je­stem pewna, że jako pierw­sza by się zgło­siła, żeby po­móc moim opraw­com.

- Maya - po­wta­rza po mnie Drake, a ja wy­tę­żam wszyst­kie siły, by się nie od­wró­cić i nie uciec.

Za­czy­nam się ner­wowo za­sta­na­wiać, czy będę w sta­nie do­biec do drzwi. Roz­glą­dam się po po­miesz­cze­niu i zdaję so­bie sprawę, że nie mam szans na ucieczkę. Wo­kół nas ze­brali się już chyba wszy­scy, i te­raz na nas pa­trzą. Na szczę­ście czę­ściowo zdą­żyli się ubrać. Wi­dzę, jak mój roz­mówca kiw­nię­ciem przy­wo­łuje ko­goś z tłumu. Za­raz pod­cho­dzi do niego chło­pak, mniej wię­cej w moim wieku. Nie ma na so­bie ka­mi­zelki, więc chyba nie na­leży do klubu. Drake na­chyla się ku niemu i coś szep­cze. Tam­ten kiwa głową i od­cho­dzi.

- Daj spo­kój, Drake - mówi Con­nie. - Ona już wy­cho­dzi - za­rzeka się, ła­piąc mnie za ra­mię.

W tej sa­mej chwili Drake kiwa głową na fa­ceta sto­ją­cego po pra­wej stro­nie mo­jej matki. Con­nie na­tych­miast zo­staje ode mnie od­cią­gnięta. Prze­ły­kam ner­wowo ślinę, gdy wi­dzę, jak szar­pie się i wije w że­la­znym uści­sku bi­kera, lecz na próżno. Fa­cet wy­gląda jak Hulk na ste­ry­dach. Con­nie jest bez szans.

- Ona ma ra­cję, po­win­nam so­bie pójść. - Ko­lejny już raz prze­ły­kam ner­wowo ślinę.

Drake znów tak­suje mnie wzro­kiem.

- Po­wiedz mi, skar­bie: co taka śliczna młoda dziew­czyna robi z kimś ta­kim jak ona? - Ostat­nie słowo wy­po­wiada z obrzy­dze­niem.

Wiem, że po­win­nam za­mknąć twarz i nie po­gar­szać jesz­cze bar­dziej swo­jej sy­tu­acji, ale mimo to mó­wię:

- Ktoś wła­mał się do mo­jego domu i za­brał wszyst­kie moje oszczęd­no­ści. My­ślę, że to była ona.

- To po­ważne oskar­że­nie, skar­bie. Kiedy to było? I dla­czego my­ślisz, że zro­biła to Con­nie?

- Ja­kieś trzy dni temu, gdy cho­wa­łam na cmen­ta­rzu matkę. Je­stem pewna, że to była ona. Tylko Con­nie tak bar­dzo mnie nie­na­wi­dzi, żeby zro­bić coś ta­kiego.

W tym mo­men­cie sły­szę, jak ta siar­czy­ście prze­klina męż­czy­znę, który ją przy­trzy­muje. Pró­buje mu się wy­rwać, lecz na wiel­kim bi­ke­rze nie robi to żad­nego wra­że­nia.

Drake robi krok w moją stronę i kła­dzie mi dłoń na ra­mie­niu. Cała sztyw­nieję, a krew pul­suje mi w uszach. Od razu wy­czuwa moje na­pię­cie, bo na­tych­miast cofa rękę.

- Przy­kro mi z po­wodu two­jej straty, ale da­lej nie ro­zu­miem, co z tym wszyst­kim wspól­nego ma Con­nie i z ja­kiego po­wodu mia­łaby cię nie­na­wi­dzić.

Za­sta­na­wiam się, jak mu to wy­ja­śnić. I tak po­wie­dzia­łam już za dużo. Może je­śli po­wiem wszystko zgod­nie z prawdą, to pu­ści mnie wolno?

- Wy­cho­wała nas ta sama ko­bieta. Con­nie chyba nie mo­gła znieść tego, że mama mnie ko­chała. Jej zda­niem, ja nie za­słu­guję na mi­łość - mó­wię ci­cho. - My­ślę, że mnie znie­na­wi­dziła, bo była za­zdro­sna.

- Kurwa... Czyli je­ste­ście sio­strami? - Pa­trzy to na mnie, to na Con­nie.

- Cóż, nie... Matką na­zy­wam ko­bietę, która mnie wy­cho­wała, ale nie uro­dziła. Tak na­prawdę je­stem córką Con­nie.

W po­miesz­cze­niu za­pada ci­sza. Je­stem pewna, że usły­sza­ła­bym prze­la­tu­jącą mu­chę. Spo­glą­dam na matkę - jest blada jak ściana. A prze­py­tu­jący mnie bi­ker wy­gląda, jakby in­ten­syw­nie nad czymś my­ślał.

- Za­bierz dziwkę do piw­nicy i przy­pil­nuj, żeby nie zwiała - mówi do Hulka, który już cią­gnie wy­ry­wa­jącą się Con­nie w głąb klubu. - A ty, skar­bie, za­cze­kasz na Shade'a i Cal­dera - zwraca się do mnie.

- Kim oni są? - py­tam. - Ja na­prawdę po­win­nam już iść, moi przy­ja­ciele będą mnie szu­kać.

- Shade jest pre­zy­den­tem tego klubu - od­po­wiada wy­raź­nie roz­ba­wiony. - A Cal­der... Hmm, je­stem prze­ko­nany, że z ra­do­ścią cię po­zna.

Za­raz po­tem zo­staję za­pro­wa­dzona po scho­dach na górę, a póź­niej za­mknięta w ja­kimś po­koju. Dzięki Bogu, że to nie piw­nica. Nie­na­wi­dzę pa­ją­ków!

W co ja się, kurwa, wpa­ko­wa­łam?

Krążę po po­koju już ja­kąś go­dzinę. Wy­glą­dam przez okno. Na oko jest ja­kieś sie­dem me­trów do ziemi. Nie ma więc szans, że­bym sko­czyła i nic so­bie nie zła­mała. Naj­gor­sze, że na dole zo­sta­wi­łam to­rebkę z te­le­fo­nem i bro­nią. Broń zdaje się mało ważna, i tak bym jej nie użyła, ale te­le­fonu bar­dzo po­trze­buję.

Cho­lera! Mu­sia­łam upu­ścić to­rebkę, gdy wa­li­łam Con­nie w twarz.

Kurwa!

Z za­my­śle­nia wy­rywa mnie gło­śny ryk sil­ni­ków. Pod­cho­dzę do okna i wi­dzę kilku mo­to­cy­kli­stów prze­jeż­dża­ją­cych przez bramę i zmie­rza­ją­cych w stronę klubu. Jest już po zmroku, ale do­strze­gam, że męż­czyźni są ubrani na czarno. Z po­koju, w któ­rym mnie za­mknięto, je­stem w sta­nie do­strzec tylko tyle. Za­trzy­mują się przed wej­ściem do bu­dynku, a po­tem zdej­mują ka­ski. W ciem­no­ści nie roz­po­znaję ich twa­rzy. Wszy­scy kie­rują się w stronę drzwi więc za­raz zni­kają mi z pola wi­dze­nia. Pod­cho­dzę do ściany, tuż obok drzwi, osu­wam się po niej i sia­dam na pod­ło­dze. Nie jest to naj­wy­god­niej­sza opcja, jed­nak po tym, czego by­łam świad­kiem na dole, wolę nie sia­dać na łóżku. Kto wie, co się tu­taj działo.

Po ja­kimś cza­sie sły­szę ha­łas za drzwiami, a po chwili zgrzyt klu­cza w zamku. Wstrzy­muję od­dech, prze­ra­żona tym, co mnie czeka. Czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek zo­ba­czę So­fię?

Do środka wcho­dzą dwaj męż­czyźni. Stają do­kład­nie przede mną. Pod­no­szę wzrok i prze­ły­kam ślinę.

Po ko­lei przy­glą­dam się każ­demu z nich. Pierw­szego już znam, to Drake. Wielka góra mię­śni pa­trzy na mnie z krzy­wym uśmie­chem. Obok stoi blon­dyn z po­chmurną miną. Na moje oko jest ja­kieś trzy, cztery lata star­szy ode mnie. Wy­gląda na góra dwa­dzie­ścia pięć lat. Gdyby nie jego wy­raz twa­rzy, można by go na­zwać uro­czym, z tymi się­ga­ją­cymi koł­nie­rzyka roz­czo­chra­nymi wło­sami. Ma piękne ja­sno­zie­lone oczy, które wy­róż­niają się na tle jego opa­lo­nej skóry. Mam nie­od­parte wra­że­nie, jak­bym już je gdzieś wi­działa. Na­gle na­sze oczy się spo­ty­kają. Jego zmarsz­czone brwi to wy­raźny sy­gnał, że nie jest za­do­wo­lony z mo­jej wi­zyty.

Cóż, ja też, ko­lego, nie ska­czę z ra­do­ści.

Prze­no­szę wzrok na Drake'a.

- Dla­czego, do cho­lery, mnie tu za­mkną­łeś? - Wstaję z pod­łogi, pod­cho­dzę do niego i od­chy­lam głowę, by móc pa­trzeć mu w oczy - Sie­dzę tu już któ­rąś go­dzinę. Kto o tym, do kurwy nę­dzy, de­cy­duje? Co?

Sły­szę prych­nię­cie. Spo­glą­dam w tamtą stronę i nie mam wąt­pli­wo­ści, że blon­dyn jest roz­ba­wiony moim wy­bu­chem.

- A z tobą, co jest, do dia­bła, nie tak? - wy­pa­lam, za­nim orien­tuję się, co ro­bię.

Tym ra­zem Drake wy­szcze­rza zęby w uśmie­chu.

- A nie mó­wi­łem? Jak dwie kro­ple wody. Chodź, skar­bie, mu­simy po­roz­ma­wiać. - Mó­wiąc to, bie­rze mnie za rękę i cią­gnie w stronę drzwi.

Za nami idzie jego to­wa­rzysz.

Scho­dzimy scho­dami, a moją uwagę od razu przy­kuwa ci­sza. Jesz­cze nie­dawno było tu dość gło­śno. De­li­kat­nie mó­wiąc. Gdy już je­ste­śmy na dole, do­strze­gam kilka osób sie­dzą­cych przy ba­rze. To w więk­szo­ści fa­ceci. Nie sły­szę, o czym roz­ma­wiają, ale to na pewno coś waż­nego, bo dużo przy tym ge­sty­ku­lują.

Roz­po­znaję Hulka, stoi za ba­rem i na­lewa al­ko­hol. Reszty chyba wcze­śniej nie wi­dzia­łam. Choć z dru­giej strony po prze­kro­cze­niu progu tego bu­dynku by­łam tak ze­stre­so­wana, że ni­czego nie za­re­je­stro­wa­łam. Strach za­czyna mnie pa­ra­li­żo­wać, ko­lana mi się trzęsą, dło­nie się pocą, a w gło­wie wi­ruje. Pró­buję się wy­rwać z moc­nego uści­sku bi­kera, a ten na­tych­miast się za­trzy­muje i od­wraca w moją stronę. Schyla się na tyle, by pa­trzeć mi pro­sto w oczy.

- Za­ufaj mi, skar­bie. Nic ci nie grozi, chcemy tylko po­roz­ma­wiać - mówi do mnie ła­god­nym gło­sem.

Biorę głę­boki od­dech i ki­wam głową na znak, że ro­zu­miem. Oczy­wi­ście kła­mię, bo kom­plet­nie nic nie ro­zu­miem. Po co chcą ze mną ga­dać? Prze­cież je­stem dla nich ni­kim. Chcia­łam tylko wy­ja­śnić sprawy z Con­nie i znik­nąć.

Wi­dzę, że lu­dzie sie­dzący przy ba­rze pa­trzą na mnie i dwóch męż­czyzn, któ­rzy spro­wa­dzili mnie na dół. Pew­nie sły­szeli uspo­ka­ja­jące słowa Drake'a. Zmie­rzamy w tamtą stronę. W pew­nym mo­men­cie blon­dyn nas wy­prze­dza i po­chyla się nad ba­rem. Zza lady wy­ciąga bu­telkę whi­sky, po czym siada obok po­zo­sta­łych.

Za­trzy­mu­jemy się do­kład­nie przed - jak przy­pusz­czam - kimś peł­nią­cym funk­cję szefa. Ota­cza go aura wła­dzy, tak przy­naj­mniej mi się wy­daje. Za­czy­nam się ku­rew­sko bać. Jest naj­star­szy z to­wa­rzy­stwa. Ma po­dobną minę do tej, którą ma­lo­wała się na twa­rzy blon­dyna, gdy na mnie pa­trzył. Mię­dzy brwiami do­mnie­ma­nego bosa bie­gnie po­dłużna zmarszczka. Fa­cet wy­gląda na doj­rza­łego - my­ślę, że ma coś koło pięć­dzie­siątki. Choć mogę się my­lić. Jego gę­ste ja­sno­brą­zowe włosy na bo­kach prze­tyka si­wi­zna. Ale to jego oczy przy­ku­wają uwagę. Mają ja­sno­zie­lony ko­lor, zu­peł­nie jak... Prze­no­szę wzrok na blon­dyna i wszystko staje się ja­sne. To oj­ciec i syn, a je­śli nie, to na pewno łą­czy ich bli­skie po­kre­wień­stwo.

Star­szy męż­czy­zna już otwiera usta, by coś po­wie­dzieć, lecz ubiega go ktoś inny.

- Jak masz na imię? - pyta głę­boki głos.

Spo­glą­dam w kie­runku, z któ­rego ten głos do­cho­dzi, i... Ja­sna cho­lera... Wi­dzę przed sobą naj­go­ręt­szego fa­ceta, ja­kiego kie­dy­kol­wiek spo­tka­łam. Jego ciemne, pra­wie czarne włosy są dłuż­sze na gó­rze, a kró­cej przy­cięte po bo­kach. Naj­bar­dziej jed­nak ude­rza­jące są jego in­ten­syw­nie bursz­ty­nowe oczy, które zmru­żone wpa­trują się te­raz we mnie. Kwa­dra­tową szczękę po­krywa ciemny za­rost. Ma na so­bie sprane dżinsy i skó­rzaną kurtkę, taką samą jak po­zo­stali. Zza koł­nie­rzyka wy­stają mu ta­tu­aże, a jego ra­miona są ogromne. Chrząk­nię­cie męż­czy­zny sto­ją­cego obok spro­wa­dza mnie z po­wro­tem na zie­mię.

- A ty? - od­po­wia­dam py­ta­niem na py­ta­nie.

- No, kurwa, nie wie­rzę! Po­zwo­lisz tej szma­cie tak do sie­bie mó­wić? - Sły­szę obu­rzony ton ko­biety.

Kurna, z tego wszyst­kiego jej nie za­uwa­ży­łam.

Nic dziw­nego, że ko­bieta wła­śnie mor­duje mnie wzro­kiem. Mu­siała za­uwa­żyć, jak roz­pły­wam się nad fa­ce­tem obok niej. Z tego, jak wbija swoje szpony w jego mu­skuły, wnio­skuję, że są ra­zem. Nie można jej od­mó­wić urody. He­ba­nowe włosy - te­raz prze­rzu­cone przez ra­mię - się­gają jej tro­chę po­ni­żej piersi. Ma nie­bie­skie oczy i dłu­gie czarne rzęsy. Przez mocny ma­ki­jaż nie po­tra­fię jed­nak od­gad­nąć jej wieku.

- Za­mknij się, Na­ta­sha. Dzi­siaj już nie za­mie­rzam zno­sić two­jego gówna. Albo znajdź so­bie ja­kieś za­ję­cie, albo wy­pier­da­laj!

Zszo­ko­wana Na­ta­sha wciąga gło­śno po­wie­trze, ale nie dys­ku­tuje z męż­czy­zną. Wstaje i od­cho­dzi, rzu­ca­jąc mi przy tym ja­do­wite spoj­rze­nie.

- Więc jesz­cze raz. Ja na­zy­wam się Shade, a to jest Smoke. - Wska­zuje na star­szego go­ścia. - Da­lej sie­dzi Cal­der, a za ba­rem stoi Jett. Drake'a już znasz. Jesz­cze ja­kieś py­ta­nia?

A więc to ten męż­czy­zna jest sze­fem, a mię­śniak to Jett.

Biorę głę­boki wdech i od­po­wia­dam.

- Na­zy­wam się Maya Fin­ley, ale to już prze­cież wie­cie - mó­wię ci­cho, pa­trząc na Drake'a. - Nie ro­zu­miem, dla­czego mnie tu trzy­ma­cie.

- Chcemy wie­dzieć - ce­dzi blon­dyn przez za­ci­śnięte zęby - jaki mia­ły­ście z Con­nie plan. Czemu miała słu­żyć ta szopka?

- Cal­der, synu, daj nam chwilę - od­zywa się star­szy męż­czy­zna.

Wy­raź­nie wku­rzony Cal­der wstaje, prze­wra­ca­jąc przy tym krze­sło, na któ­rym sie­dział. Od­cho­dzi w stronę otwar­tych drzwi wyj­ścio­wych. Wi­dzę, jak za­pala pa­pie­rosa i scho­dzi z we­randy.

Do­brze. Ten gość prze­raża mnie naj­bar­dziej spo­śród wszyst­kich. Ewi­dent­nie ma ze mną ja­kiś pro­blem.

- A więc, Mayu, po­wiedz nam, jak to się stało, że się zna­la­złaś tu­taj - zwraca się do mnie star­szy fa­cet.

Spo­glą­dam mu pro­sto w oczy i za­uwa­żam, że jest blady jak ściana. Wła­ści­wie im dłu­żej na mnie pa­trzy, tym bled­szy się staje.

To wszystko jest tak ku­rew­sko dziwne. Ga­vin mnie przed nimi ostrze­gał. Oczy­wi­ście zi­gno­ro­wa­łam jego uwagi i jak zwy­kle zro­bi­łam po swo­jemu. Kurwa. Pew­nie już wie­dzą, że mnie nie ma. Chry­ste, je­śli ci bi­ke­rzy mnie nie za­biją, to zrobi to Ga­vin.

- Szu­ka­łam Con­nie, dla­tego tu je­stem.

- Wy­tłu­macz nam, bo cze­goś tu nie ro­zu­miemy. Drake mó­wił, że Con­nie to twoja matka. Zga­dza się?

- Tak, a w za­sa­dzie... nie do końca. Gdy mia­łam ja­kieś trzy lub cztery lata, za­wio­zła mnie do babci, a wła­ści­wie nie, to bab­cia po mnie przy­je­chała. Od tego czasu wi­dzia­łam Con­nie może parę razy. W każ­dym ra­zie wy­cho­wała mnie bab­cia. Więc na do­brą sprawę to Abi­gail Fin­ley była moją praw­dziwą matką, a nie Con­nie.

- Skąd wie­dzia­łaś, że ona tu bę­dzie, skoro nie utrzy­mu­je­cie kon­taktu? I co naj­waż­niej­sze - po jaką cho­lerę jej szu­ka­łaś?

- Mój przy­ja­ciel ją dla mnie zna­lazł. Przy­je­cha­łam tu­taj, żeby po­roz­ma­wiać z nią o tym, co zro­biła.

- Czyli o czym? - chce wie­dzieć Shade.

- Hmm, ktoś wła­mał się do mo­jego domu, ukradł pie­nią­dze i wszystko zde­mo­lo­wał. Są­dzę, że to była ona.

Pa­trzą na mnie, a po­tem spo­glą­dają na sie­bie. Na szczę­ście nie py­tają o nią wię­cej. Roz­mowa o Con­nie za­wsze mnie de­ner­wuje.

- Ile masz te­raz lat, skar­bie?

- Za dwa dni skoń­czę dwa­dzie­ścia.

Star­szy fa­cet, Smoke, o ile do­brze pa­mię­tam, od­wraca się do Hulka i mówi:

- Przy­pro­wadź ją.

Ogromna bryła mię­śni wy­cho­dzi zza baru i kie­ruje się w stronę drzwi, które - jak się do­my­ślam - pro­wa­dzą do piw­nicy.

Za­pada krę­pu­jąca ci­sza. Czuję na so­bie wzrok Shade'a. Prze­no­szę na niego oczy. Wi­dzę, jak lu­struje mnie od góry do dołu. Szybko się orien­tuje, że go przy­ła­pa­łam. Za­gryza dolną wargę i uśmie­cha się do mnie. Cho­lera, na­gle robi się pie­kiel­nie go­rąco. Pa­trzę na swoje stopy i sta­ram się uspo­koić nerwy, nie­stety nie po­maga fakt, że wciąż czuję na so­bie jego spoj­rze­nie. Po chwili pa­trzę na naj­star­szego z bi­ke­rów, Smoke'a. Fa­cet wy­gląda, jakby miał za­raz zwy­mio­to­wać. Pew­nie gdzieś ba­lo­wali i oto skutki. Na­to­miast Drake zerka na mnie z uśmie­chem, ten gość chyba w ogóle dużo się uśmie­cha. Jest to dość cie­kawe, bo wy­gląda cho­ler­nie prze­ra­ża­jąco, ale gdy się uśmiech­nie, jego twarz zmie­nia się nie do po­zna­nia.

Po może dwóch mi­nu­tach męki do po­miesz­cze­nia wcho­dzi Hulk z szar­piącą się Con­nie. Ko­bieta wy­gląda, jakby miała za­raz ze­mdleć. Jest blada, a jej oczy są dzi­kie, roz­bie­gane. Gdy­bym nie wie­działa, że ostat­nią noc spę­dziła w piw­nicy, po­wie­dzia­ła­bym, że była na tej sa­mej im­pre­zie co Smoke. Za­trzy­mują się obok nas. Smoke wstaje i robi krok w stronę Con­nie. Ona mo­men­tal­nie się cofa, a fa­cet na­piera na nią z fu­rią i chwyta ją za szyję.

- Mu­sisz mi coś wy­tłu­ma­czyć, dziwko. Ja­kim cu­dem stoi tu dziew­czyna, która twier­dzi, że jest twoją córką, a wy­gląda jak wierna ko­pia mo­jej zmar­łej żony, co?

Pa­trzę osłu­piała na scenę, która się przede mną roz­grywa. Męż­czy­znę, który dusi Con­nie, ogar­nia ja­kiś szał. Pod­cho­dzi do niego Shade i szep­cze mu coś do ucha. Na efekty nie trzeba długo cze­kać - Smoke na­tych­miast pusz­cza Con­nie. Do­słow­nie. Ko­bieta upada na ty­łek. Przy­kłada dło­nie do szyi, pró­bu­jąc za­czerp­nąć po­wie­trza, a z jej gar­dła wy­do­bywa się gło­śne rzę­że­nie.

- Mo­żesz mi, do cho­lery, po­wie­dzieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi? - py­tam prze­ra­żona.

Męż­czy­zna pa­trzy jesz­cze chwilę na sie­dzącą na ziemi Con­nie, po czym prze­nosi spoj­rze­nie na mnie.

- Po­dej­rze­wam, a wła­ści­wie to je­stem pewny, że je­steś moją córką.

Przy­glą­dam mu się zdez­o­rien­to­wana, usi­łu­jąc po­jąć, o czym mówi.

- Nie no, to są ja­kieś jaja. Nie mam ojca i ni­gdy nie mia­łam, po­szedł w siną dal, gdy się o mnie do­wie­dział. Je­steś moim za­gi­nio­nym ta­tu­siem? Fa­ce­tem, który za­miast wziąć od­po­wie­dzial­ność za dziecko, wziął nogi za pas?

Pa­trzę na niego i pró­buję się do­szu­kać ja­kie­goś po­do­bień­stwa. Chry­ste, dla­czego wcze­śniej tego nie za­uwa­ży­łam. Na­sze oczy. Choć róż­nił je kształt, były do sie­bie łu­dząco po­dobne. Ten sam ko­lor, te same żółte plamki.

- Nie. Nic nie ro­zu­miesz, skar­bie.

Całe ży­cie ma­rzy­łam, że po mnie przyj­dzie, że bę­dzie chciał mnie po­znać. Ale to ni­gdy nie na­stą­piło. By­łam na­wet prze­ko­nana, że mój oj­ciec nie żyje. Te­raz oka­zuje się, że jak gdyby ni­gdy nic miesz­kał so­bie nie­całe trzy go­dziny drogi ode mnie.

- Ależ nie, ja do­sko­nale wszystko ro­zu­miem, a już na pewno to, że dłu­żej nie będę tu stała i słu­chała tych bzdur, które za­pewne za chwilę bę­dziesz pró­bo­wał mi wci­snąć. A poza tym nikt, kto uma­wiał się z Con­nie, nie może być do­brym czło­wie­kiem. Nie ro­zu­miem, jak kto­kol­wiek byłby w sta­nie z nią wy­trzy­mać. A po­dobno two­rzy­li­ście zwią­zek, nie była to przy­goda na jedną noc. Dla­tego nie za­mie­rzam dłu­żej uczest­ni­czyć w wa­szych ma­łych ro­dzin­nych dra­ma­tach. - Na tym koń­czę swój mo­no­log, bo bra­kuje mi tchu.

Już chcę się od­wró­cić i wyjść, kiedy drogę za­gra­dza mi Shade.

- Sorry, mała, ale ni­g­dzie nie pój­dziesz. Przy­naj­mniej do czasu, aż Smoke ci wszyst­kiego nie wy­tłu­ma­czy.

- Nie mo­żesz mnie tu trzy­mać wbrew mo­jej woli! - krzy­czę. - A poza tym chyba ja­sno się wy­ra­zi­łam, że mam w du­pie to, co on ma do po­wie­dze­nia.

- Skar­bie - zwraca się do mnie Smoke, który wy­gląda na zre­zy­gno­wa­nego - Con­nie nie jest twoją matką, tak jak po­wie­dzia­łem, a co pew­nie ci umknęło, je­steś po­dobna do swo­jej mamy, a mo­jej zmar­łej żony. Zo­sta­łaś po­rwana sie­dem­na­ście lat temu, na jej oczach i... - rzuca nie­na­wistne spoj­rze­nie ko­bie­cie, sie­dzą­cej na pod­ło­dze - ...i Con­nie.

Te słowa spra­wiają, że moją pierś prze­szywa prze­ni­kliwy ból.

Boże, to nie dzieje się na­prawdę.

Za­my­kam oczy i biorę głę­boki wdech.

- Ale jak? Nic z tego nie ro­zu­miem. Po­wie­dzia­łeś, że po­rwano mnie na oczach mo­jej matki. - Prze­no­szę spoj­rze­nie na Con­nie i pa­trząc na nią bła­gal­nie, py­tam: - Prze­cież ty nią je­steś, prawda?

Nie do­staję od­po­wie­dzi. Nie ob­da­rza mnie choćby spoj­rze­niem.

- Wy­tłu­macz mi, do kurwy nę­dzy, o czym on mówi!

Suka mil­czy jak za­klęta, pa­trzy na swoje dło­nie. Na mnie na­wet nie spo­gląda. Pa­trzę znów na Smoke'a.

- Nie. To nie może być prawda, mama, to zna­czy, hmm... bab­cia twier­dziła, że znała mo­jego ojca i że zo­sta­wił Con­nie, gdy ta była w czwar­tym mie­siącu ciąży.

- Cóż, przy­kro mi to mó­wić, ale Abi­gail znała prawdę. Wie­działa, czyją je­steś córką, a mimo to sie­działa ci­cho, po­zwa­la­jąc tym sa­mym, by twoja matka - twoja praw­dziwa matka - umie­rała z roz­pa­czy.

Boli mnie całe ciało. Trzęsą mi się dło­nie. Wszystko to, co przed chwilą usły­sza­łam, jest kom­plet­nie po­zba­wione sensu.

- Nie! To nie­moż­liwe! Ona nie zro­bi­łaby cze­goś ta­kiego. Była do­bra, do­bra dla mnie, za­wsze o mnie dbała, chro­niła mnie, gdy przy­jeż­dżała Con­nie. Ko­chała mnie!

- Hmm... Tak. Też są­dzi­li­śmy, że to była do­bra ko­bieta, zu­peł­nie inna niż jej córka. Jak wi­dać, gówno o niej wie­dzie­li­śmy.

Nie, nie mogę w to uwie­rzyć, to na pewno kłam­stwa. Prze­cież mama była do­brym czło­wie­kiem. Nie­raz wi­dzia­łam, jak żar­li­wie się mo­dliła o to, by Con­nie wró­ciła na wła­ściwą drogę. Ale z dru­giej strony by­wały sy­tu­acje, które ciężko było wy­tłu­ma­czyć. Ni­g­dzie nie mo­głam wy­cho­dzić sama, bez Abi­gail. Pa­mię­tam dzień, kiedy wraz z Alice, ko­le­żanką z są­siedz­twa, wy­mknę­ły­śmy się nad staw, ni­komu o tym nie mó­wiąc. To był pierw­szy i ostatni raz, kiedy mama zło­iła mi skórę. My­śla­łam, że to dla­tego, że to było nie­bez­pieczne, mo­głam wpaść do wody i się uto­pić, cho­ciaż pły­wa­łam naj­le­piej w szkole. Te­raz oka­zuje się, że to wcale nie mu­siał być je­dyny po­wód. Może się bała, że ktoś mnie roz­po­zna.

- Skar­bie, Abi­gail wiele razy cię tu­taj wi­działa. Przy­cho­dziła do Con­nie. Chciała, by ta ode­szła z klubu i za­częła ina­czej żyć. Więc tak, ko­bieta, którą uwa­ża­łaś za matkę, do­sko­nale zda­wała so­bie sprawę z tego, kim je­steś.

- Jezu - wzdy­cham i spo­glą­dam w stronę tej bez­dusz­nej suki.

- A ty? Dla­czego nic nie mó­wisz, co? Po­wiedz mu, że się myli!

Con­nie nie re­aguje na moje słowa. Sie­dzi ze zwie­szoną głową. Wy­raź­nie wi­dać, jaka jest prze­ra­żona.

- No ga­daj, suko!

- Ona nic nie po­wie - od­zywa się Shade z drwiną w gło­sie. - Wie, że nie po­winna po­gar­szać swo­jej sy­tu­acji - pry­cha. - Je­śli w ogóle może być go­rzej.

- Chro­niła cię, prawda? - Pa­trzę na tę po­zba­wioną skru­pu­łów ża­ło­sną kre­aturę. - To dla­tego mnie nie od­dała?! Bo bała się, że cię za­biją? - Prze­no­szę spoj­rze­nie na swo­jego, jak się osta­tecz­nie oka­zuje, ojca.

Smoke jest wy­raź­nie zmę­czony całą sy­tu­acją, lecz ja bar­dzo chcę się wszyst­kiego do­wie­dzieć.

- Jak to się stało? - py­tam.

- Może usią­dziemy?

Zer­kam w kie­runku wła­ści­ciela głosu. Zu­peł­nie za­po­mnia­łam, że Drake z nami zo­stał. Smoke kiwa głową w stronę sofy sto­ją­cej pod ścianą. Na­stęp­nie wska­zuje na krę­cą­cego się w po­bliżu Jetta, by ten pil­no­wał Con­nie. Kiedy już sie­dzimy wy­god­nie na so­fie, Smoke za­czyna opo­wia­dać.

- Za­cznijmy od tego, że nie na­zy­wasz się Maya. Twoja mama i ja da­li­śmy ci na imię Car­mella Aria Hol­den. Uro­dzi­łaś się szes­na­stego marca dwu­ty­sięcz­nego roku. Tu­taj, w Tu­sca­lo­osie. Beth, bo tak miała na imię twoja mama, po­je­chała do mia­sta, chciała ku­pić pre­zent dla Cal­dera. Tego dnia przy­pa­dały jego siódme uro­dziny. Za­brała cie­bie ze sobą. Ni­gdy so­bie nie wy­ba­czyła, że nie zo­sta­wiła cię ze mną. Po­je­cha­ły­ście ra­zem z Con­nie. Ta dziwka przez lata uda­wała przy­ja­ciółkę two­jej matki, a za jej ple­cami pró­bo­wała mi wsko­czyć do łóżka. Za­wsze wy­sy­ła­li­śmy ko­goś ze swo­ich lu­dzi, je­śli któ­raś z na­szych ko­biet wy­jeż­dżała z klubu. Tego dnia było duże za­mie­sza­nie, mieli nas od­wie­dzić bra­cia z Jack­so­nville. Boże - wzdy­cha - gdy­bym wtedy coś zro­bił, za­re­ago­wał, to być może ty by­ła­byś z nami, a twoja matka by żyła. Ni­gdy so­bie tego nie wy­ba­czę. Po tym, jak twoja mama za­trzy­mała się na sta­cji, żeby za­tan­ko­wać sa­mo­chód, zo­stała oto­czona przez gang, z któ­rym wtedy pro­wa­dzi­li­śmy wojnę. Ude­rzyli ją w głowę. Gdy się obu­dziła, cie­bie już nie było. Obok niej le­żała za­krwa­wiona i nie­przy­tomna Con­nie, przy­naj­mniej tak się Beth wtedy wy­da­wało. Te­raz już wiemy, że Con­nie chciała w ten spo­sób od­su­nąć od sie­bie po­dej­rze­nia.

- Masz, na­pij się cze­goś. Pew­nie je­steś spra­gniona.

Prze­staję się wpa­try­wać w swoje ko­lana i po­od­no­szę wzrok, by uj­rzeć piwo w wy­cią­gnię­tej dłoni Drake'a. Roz­glą­dam się i wi­dzę, że reszta już pije swoje.

- Hmm... Dzię­kuję. - Biorę łyk i od razu wy­krzy­wiam twarz w gry­ma­sie. Nie­na­wi­dzę piwa. Ni­gdy go nie lu­bi­łam, zresztą nie­spe­cjal­nie mia­łam oka­zję je pić. Ki­wam głową w stronę Smoke'a, da­jąc mu znak, żeby kon­ty­nu­ował.

- Po paru dniach od po­rwa­nia Con­nie stwier­dziła, że ży­cie klu­bo­wej dziwki już jej nie od­po­wiada, za­wi­nęła się i ode­szła.

- Nikt jej nie za­trzy­my­wał, ra­czej wszyst­kim ulżyło - od­zywa się Drake.

Och, to je­stem w sta­nie zro­zu­mieć. Do­sko­nale pa­mię­tam, jak ona po­trafi czło­wie­kowi za­leźć za skórę.

- No do­brze - zwra­cam się do Smoke'a - ale wspo­mnia­łeś, że za moim po­rwa­niem stał gang.

- Tak. De­struk­cion. Za­raz po po­rwa­niu się z nami skon­tak­to­wali. Nie chcieli wy­miany. Po­wie­dzieli... Po­wie­dzieli, że cię za­bili. To była ze­msta za to, że prze­ję­li­śmy ich to­war.

- My­ślisz, że Con­nie z nimi to wszystko uknuła?

- Tak. Tak my­ślę. Od nich się już ni­czego nie do­wiemy. Nie prze­żył ani je­den skur­wiel, upew­ni­łem się co do tego.

- Nie ro­zu­miem, po co by­łam jej po­trzebna, dla­czego mnie za­brała?

- Tego nie wiemy. Ale to tylko kwe­stia czasu.

Pa­trzę na Smoke'a i nie mam cie­nia wąt­pli­wo­ści, że mówi prawdę. Je­stem pewna, że już pla­nuje, jak zła­mać Con­nie.

***

Po­woli uno­szę po­wieki. Mru­gam kilka razy, by od­go­nić sen i przy­zwy­czaić oczy. Roz­glą­dam się po po­miesz­cze­niu.

Cho­lera, za­snę­łam tu­taj. Oż w mordę, spa­łam na tej sa­mej so­fie, na któ­rej parę go­dzin wcze­śniej ja­kaś para upra­wiała seks.

Ohyda. Wzdry­gam się. Nie je­stem pru­de­ryjną cnotką, no, ale każdy ma ja­kieś gra­nice.

Gdy Smoke skoń­czył mó­wić, ra­zem z resztą za­brał gdzieś Con­nie. Ka­zali mi cze­kać. Te kilka go­dzin w klu­bie i rze­czy, któ­rych się do­wie­dzia­łam, spra­wiły, że opa­dłam z sił.

Opusz­czam stopy na pod­łogę i na­tra­fiam na prze­szkodę. Pa­trzę w dół i do­strze­gam le­żącą tam to­rebkę, swoją to­rebkę. Nie­moż­liwe, że cały czas tu była, za­uwa­ży­ła­bym. Ktoś mu­siał ją tu przy­nieść.

- Ja pier­dolę, za­po­mnia­łam o niej - mó­wię sama do sie­bie.

Spraw­dzam za­war­tość i pra­wie wszystko jest na swoim miej­scu. Bra­kuje tylko mo­jej broni, ale to naj­bar­dziej błahy z mo­ich pro­ble­mów. Naj­waż­niej­sze, że od­zy­ska­łam te­le­fon. Od­blo­ko­wuję go i wi­dzę, że zo­stało mi cztery pro­cent ba­te­rii. Mam dwa­dzie­ścia dwa nie­ode­brane po­łą­cze­nia. Więk­szość od So­fii, są też trzy z nie­zna­nego nu­meru.

Do tego masa nie­prze­czy­ta­nych wia­do­mo­ści. Pra­wie wszyst­kie od przy­ja­ciółki, która usi­łuje się do­wie­dzieć, gdzie je­stem. Mar­twi się. Mu­szę jak naj­szyb­ciej do niej za­dzwo­nić. Spraw­dzam resztę. Są z tego sa­mego nu­meru, który do mnie dzwo­nił. Treść ostat­niego SMS-a spra­wia, że za­mie­ram.

Je­ste­śmy w dro­dze po cie­bie. G.

Spraw­dzam go­dzinę. Jest 04:14, a wia­do­mość zo­stała wy­słana o 2:05.

Jezu Chry­ste , je­śli wie­dzą, gdzie je­stem, to za­raz po­winni do­trzeć na miej­sce.

Zry­wam się z miej­sca. Cho­lera, to się nie skoń­czy do­brze. Mu­szę szybko zna­leźć ojca i przy­go­to­wać go na to, że będą mieli go­ści. Z tego, co kie­dyś sły­sza­łam od So­fii, nikt nie po­wi­nien wkra­czać na klu­bowe te­ry­to­rium, a już na pewno nie człon­ko­wie in­nego klubu, bo jest nie­mal pewne, że po­leje się krew. Nie wiem, gdzie ich szu­kać. W po­miesz­cze­niu, w któ­rym wcze­śniej sie­dzie­li­śmy, ni­kogo nie ma. Do dia­bła, jesz­cze chwilę temu by­łam za­mknięta w po­koju i pil­no­wana, a te­raz zo­sta­wili mnie samą. Pod­czas wcze­śniej­szej roz­mowy za­py­ta­łam, gdzie po­działa się reszta miesz­kań­ców czy też by­wal­ców klubu. Do­wie­dzia­łam się, że im­preza zo­stała prze­nie­siona nad je­zioro, nie­da­leko stąd. Shade i Smoke chcieli mieć pew­ność, że nikt ani nic nie bę­dzie nam prze­szka­dzało. Pod­cho­dzę do drzwi, przez które prze­szli Jett i Con­nie. Uznaję, że to musi być wej­ście do piw­nicy. Już mam na­ci­snąć klamkę, gdy moją uwagę przy­ku­wają krzyki na ze­wnątrz. Szyb­kim kro­kiem pod­cho­dzę do drzwi wej­ścio­wych i je otwie­ram.

Scena, któ­rej wła­śnie je­stem świad­kiem, spra­wia, że staję jak wryta. Przede mną stoi kil­ku­na­stu męż­czyzn, na czele z Ga­vi­nem. Mie­rzą do ko­goś z broni. Nie wi­dzę do kogo. Mu­szę po­dejść bli­żej. Mój ruch nie po­zo­staje nie­zau­wa­żony. Wi­dzę wzrok swo­jego przy­ja­ciela. Cho­lera, jest na maksa wkur­wiony. Gdy już je­stem na tyle bli­sko, by do­strzec, kogo trzy­mają na muszce, prze­ły­kam ner­wowo ślinę. To Cal­der. Cho­lera, kiep­sko wy­gląda. Ma pod­bite oko, a z jego dol­nej wargi leje się krew. Spo­glą­dam na Ga­vina ze zło­ścią, ale do­strze­gam, że jego oko rów­nież jest czer­wone. Sły­szę prych­nię­cie. Pa­trzę w tamtą stronę i wi­dzę wy­krzy­wioną twarz swo­jego, jak się oka­zuje... brata.

Chry­ste. Te­raz to już w ogóle sy­tu­acja jest bez­na­dziejna. Cal­der od po­czątku za mną nie prze­pa­dał, te­raz śmiało mogę po­wie­dzieć, że z jego spoj­rze­nia bije nie­na­wiść.

Pod­bie­gam do nich. Czuję na so­bie mor­der­czy wzrok swo­jego brata. Do skroni ma przy­sta­wiony pi­sto­let.

- Wy­ja­śnij mi - war­czy Ga­vin, na­dal ce­lu­jąc w Cal­dera. - Czego, kurwa, nie zro­zu­mia­łaś, gdy ci mó­wi­łem, że nie wolno ci się ru­szać z miej­sca, co?! Je­steś, do chuja, aż tak głu­pia?

Wzdry­gam się na jego ostry ton. Wiem, że ma prawo być zły, ale czy musi mnie od razu ob­ra­żać?

- Prze­pra­szam, Ga­vin, nie chcia­łam, żeby kto­kol­wiek z was ucier­piał, dla­tego przy­je­cha­łam tu sama.

- A po­my­śla­łaś o So­fii? Od­cho­dzi od zmy­słów. Jak mo­głaś tak po pro­stu znik­nąć bez słowa?

Cho­lera, to prawda. W ogóle o niej nie my­śla­łam. Chcia­łam tylko jak naj­szyb­ciej roz­mó­wić się z Con­nie. Ale z dru­giej strony, gdy­bym cze­kała, aż Ga­vin to za­ła­twi, to być może nie po­zna­ła­bym prawdy.

- Je­dziesz z Mak­sem. Wsia­daj na mo­tor. Te­raz! - war­czy. Na­stęp­nie po­py­cha Cal­dera, który nie­mal na­tych­miast traci rów­no­wagę i upada.

- Co jest, kurwa?! - sły­szymy gło­śny krzyk.

Wszy­scy pa­trzymy te­raz na drzwi klubu, w któ­rych stoją Smoke, Shade, Jett i fa­cet, któ­rego nie ko­ja­rzę. Każdy z nich ma w ręku broń, wy­ce­lo­waną w nas.

- Mó­wi­łem wam, że ta mała dziwka kła­mie! - pry­cha Cal­der, pa­trząc na mnie z od­razą.

- Ta, chyba mamy do po­ga­da­nia, Mayu - mówi Shade.

Wy­po­wiada moje imię tak, jakby to było coś ohyd­nego. Pa­trzę w górę i wi­dzę jego kar­cący wzrok, przez co czuję się jak dziecko ro­biące coś wbrew woli ro­dzi­ców. Do­my­ślam się, co cho­dzi mu po gło­wie, zwa­żyw­szy na to, w ja­kiej za­stał mnie sy­tu­acji.

Na­gle ktoś szar­pie mnie do tyłu, a czy­jeś ra­mię owija się wo­kół mo­jej ta­lii. Za ple­cami czuję twardą klatkę pier­siową. Spo­glą­dam za sie­bie i wi­dzę Ashera, brata Ga­vina. Jego mina świad­czy o tym, że jest rów­nie wkur­wiony jak jego star­szy brat.

- Scho­waj się za mnie - przy­ka­zuje mi Asher ści­szo­nym gło­sem. - Gdy dam ci znak, po­bie­gniesz do bramy. Tam czeka na cie­bie Max. Zro­zu­mia­łaś?

Już mam mu od­po­wie­dzieć, że nie mogę z nimi je­chać, a przy­naj­mniej na ra­zie, gdy moją uwagę przy­kuwa wark­nię­cie do­bie­ga­jące z góry scho­dów.

- Je­śli chcesz wyjść stąd żywy, ra­dzę ci pu­ścić dziew­czynę - wy­pluwa z sie­bie Shade, a na­stęp­nie prze­nosi spoj­rze­nie na Ga­vina. - Wi­dzę, Cruz, że nie cie­szy­łeś się po­ko­jem zbyt długo. Roz­je­biemy ten twój klu­bik jesz­cze dzi­siaj!

W tym mo­men­cie sły­szymy od­głos od­bez­pie­cza­nej broni... Wielu broni. Roz­glą­damy się i zda­jemy so­bie sprawę, że je­ste­śmy oto­czeni. Na moje oko przez człon­ków Bla­sted. Każdy z nich ma pi­sto­let, a wszyst­kie są wy­ce­lo­wane w nas.

Twarz Shade'a jest czer­wona, a jego na­pięta po­stawa świad­czy o go­to­wo­ści do ataku. Nie­malże mogę wy­czuć wście­kłość, którą ema­nuje.

- Shade, nie chcemy kło­po­tów - mówi Ga­vin - chcemy tylko od­zy­skać dziew­czynę.

- Niby dla­czego mie­li­by­śmy ją od­dać, co? - pyta kpiąco, pa­trząc wprost na mnie, - Przy­szła do nas i szu­kała za­bawy, więc naj­wy­raź­niej u cie­bie jej nie zna­la­zła. A my nie od­da­jemy swo­ich dzi­wek, póki się nam nie znu­dzą.

Słowa przy­wódcy Bla­sted spra­wiają, że ogromne ciało Ashera za­styga za mo­imi ple­cami.

Cho­lera, w co ten Shade po­grywa?

Nie ro­zu­miem, dla­czego pró­buje zro­bić ze mnie kurwę. Do­brze zna po­wód mo­jej wi­zyty w klu­bie. Niby nie po­winno mnie ob­cho­dzić, co o mnie mó­wił, jed­nak wszystko się we mnie go­tuje. Wi­dzę, że słowa Shade'a wku­rzyły rów­nież Smoke'a, który mówi coś te­raz do niego z wście­kłym wy­ra­zem twa­rzy. Nie­stety z tego miej­sca nie sły­szę co.

Ga­vin tak jak ja za­uwa­żył zmianę po­stawy Ashera, bo kła­dzie dłoń na ra­mie­niu brata, pew­nie by go uspo­koić, lecz ten ją od­rzuca. W tej sa­mej chwili zo­staję pchnięta do tyłu, przez co lą­duję za ple­cami Ashera, a on robi krok do przodu.

- Nie ra­dzę - war­czy Shade - jest was ilu? Dwu­na­stu, trzy­na­stu? Roz­je­biemy was na mia­zgę. Ma­cie pięć se­kund, by od­dać mi mo­jego vice i dziew­czynę.

Nie mam czasu na prze­my­śle­nia. Ro­bię pierw­szą rzecz, która przy­cho­dzi mi do głowy, czyli rzu­cam się do przodu. Za­nim kto­kol­wiek zdąży za­re­ago­wać, je­stem tuż pod scho­dami. Pa­trzę wprost na Smoke'a.

- Pro­szę, nie rób­cie im krzywdy. To moi przy­ja­ciele. Chcieli mi tylko po­móc, to oni zna­leźli Con­nie. Opo­wia­da­łam wam prze­cież. - Po­sy­łam ojcu bła­galne spoj­rze­nie. Na Shade'a nie mogę w tej chwili pa­trzeć, nie po tym, co po­wie­dział. Cho­lera, sama nie wiem, czemu aż tak za­bo­lały mnie jego słowa. By­łam już go­rzej na­zy­wana, ale ni­gdy nie czu­łam się tak jak te­raz. Łatka córki naj­więk­szej dziwki w Ala­ba­mie przy­lgnęła do mnie na do­bre. To, że tak bar­dzo róż­ni­łam się od matki, nie miało dla ni­kogo zna­cze­nia.

- Przy­ja­ciele - pry­cha Shade, jakby to słowo było czymś ohyd­nym. - Twoi, jak twier­dzisz, przy­ja­ciele, na­leżą do Ba­stards Ri­ders, a co za tym idzie, do­sko­nale znają za­sady. Ni­gdy, ale to, kurwa, ni­gdy nie wcho­dzisz bez ze­zwo­le­nia na te­ry­to­rium in­nego klubu. Zła­miesz tę za­sadę i je­steś mar­twy, zga­dza się, Cruz?

Ga­vin pod­niósł wzrok, na jego twa­rzy ma­lo­wała się wście­kłość. Ni­gdy nie wi­dzia­łam go ogar­nię­tego taką fu­rią.

- Po­wie­dzia­łem, że za­bie­ramy dziew­czynę i od­cho­dzimy. Wiem, że zła­ma­li­śmy za­sady. Wiesz rów­nie do­brze jak ja, że są sy­tu­acje, kiedy nasz ko­deks nie obo­wią­zuje, a to jest jedna z nich. Nie mamy czasu, mu­simy ją jak naj­szyb­ciej ukryć.

- A to niby czemu? - pyta tym ra­zem Cal­der, pod­czas gdy męż­czyźni sto­jący na we­ran­dzie za­czy­nają scho­dzić na dół. - Czyżby po­szła w ślady Con­nie? - Szcze­rzy zęby w szy­der­czym uśmie­chu.

Igno­ruję jego słowa. Wiem, że nie ma żad­nego po­wodu, by mi ufać, ale też nie za­słu­ży­łam so­bie na to, jak mnie trak­tuje. Za­cho­wuje się, jakby to on był tu­taj ofiarą.

- Oni już wie­dzą, prawda? Ga­vin, po­wiedz mi. Czy wie­dzą już, gdzie je­stem?

- Wie­dzą, że by­łaś z nami. Przy­je­chało ich wię­cej niż po­przed­nio. Dla­tego mu­sisz znik­nąć. Przy­naj­mniej na ja­kiś czas.

- O czym wy, do kurwy nę­dzy, mó­wi­cie? - Smoke pod­cho­dzi do mnie i staje z mo­jej pra­wej strony.

Na­staje ci­sza. Ga­vin mruży oczy. Jego po­stawa świad­czy o tym, że nie za­mie­rza ni­czego wy­ja­wiać.

Sy­tu­acja jest tak na­pięta, że za mo­ment może dojść do roz­lewu krwi, dla­tego to ja za­czy­nam tłu­ma­czyć.

- Szu­kają mnie Loki Ri­ders - za­czy­nam. - Con­nie ja­kiś czas była ko­bietą Tra­shera, ich skarb­nika. Ucie­kła od nich, za­bie­ra­jąc ze sobą tro­chę ich kasy.

- Nie­moż­liwe - sy­czy Shade - gdyby tak było, to suka już dawno gry­złaby zie­mię. Nie oka­za­liby dziwce li­to­ści, na­wet gdyby cią­gnęła fiuta naj­le­piej pod słoń­cem.

- A jed­nak - od­pie­ram. - Da­ro­wali jej ży­cie w za­mian za mnie. I żeby było śmiesz­niej, ukryła się tu­taj, w klu­bie, do któ­rego na­leżą mój brat i oj­ciec.