Zapytałeś kiedyś mamę, dlaczego wtedy cię zostawiła?
Ona już tego nie pamiętała. W tamtym momencie to była dla niej prosta, naturalna decyzja. Nie zastanawiali się z tatą nad tym. Chcieli odpocząć, wyjechać na urlop. W zasadzie cały ten czas przeleżałem w łóżeczku. Potrzebowałem wtedy bliskości ukochanej osoby, żeby ktoś wziął mnie na ręce, pokazał mi świat. A ja tego w ważnym momencie zostałem pozbawiony... I teraz dygresja.
Moja żona, Lenka, która jest psychologiem, opowiadała mi kiedyś, że w ramach praktyk studenckich poszli całą grupą do domu dziecka. Weszli do sali, gdzie przebywały dzieci w wieku od trzech do siedmiu lat. Kto był w takiej placówce, ten wie, że dzieci rzucają się na wszystkich ludzi, którzy je odwiedzają. Wieszają się na rękach, szyi. Tak bardzo potrzebują kontaktu fizycznego, jakiejkolwiek czułości. I na początku to jest podobno nawet przyjemne, ale kiedy po długim czasie nie można się ruszyć, staje się to krępujące. One nie chcą człowieka puścić, ściskają tak na śmierć i życie. Studenci wyszli z tej sali w poczuciu, że muszą się jakoś ratować, odetchnąć. I za chwilę nakłada się na to jeszcze smutniejszy obrazek, też ze wspomnień mojej żony. Tym razem był to ośrodek preadopcyjny. Otóż moja żona weszła kiedyś do sali, gdzie stało jakieś dziesięć łóżeczek, a w nich leżały niemowlęta. Choć nie spały, to w sali panowała dojmująca, niezakłócona niczym cisza. Te dzieci nie poruszały się, nie krzyczały, nie kwiliły nawet, po prostu patrzyły w sufit. Jakby pogodziły się z tym, że i tak nikt do nich nie przyjdzie. Moja Lenka powiedziała mi, że niemal w każdej książce o rozwoju człowieka jest napisane, że do pierwszego roku życia nikt z nas nie ma poczucia czasu, czyli nie uświadamia sobie, że coś będzie później. Dziecko czuje to tak, że jak cię nie ma przy nim teraz, to znaczy, że nie będzie cię już nigdy. Poza tym do jakiegoś momentu jako małe dziecko myślisz, że jesteś z mamą jednym organizmem. Nie odróżniasz siebie od niej. Więc kiedy moja mama wyjechała, to pewnie czułem, jakby i mnie nie było. Nie pamiętam detali, ale pamiętam sytuację, że leżę sam w pustym łóżeczku, długo patrzę w sufit i cały czas wywołuje to we mnie jakiś rodzaj lęku i smutku, na który chcąc nie chcąc się godzę. Nie oceniam moich rodziców. Po prostu zrobili coś dla siebie, a dla mnie miało to takie konsekwencje. No nie przewidzisz.
A pamiętasz coś z przedszkola?
W przedszkolu było już fajniej, bezpieczniej. W tamtym okresie miałem pierwsze doświadczenia erotyczne. Na przykład z moją koleżanką, nazwijmy ją A, bo teraz jest dorosłą i piękną kobietą i może byłoby jej jakoś niefajnie o tym czytać tak wprost, pokazywaliśmy sobie nawzajem intymne części ciała. Wydawało się to nam absolutnie normalne i naturalne. Pamiętam też posiłki. Często była legumina albo szpinakopodobna zielonkawa breja. Mniej zapamiętałem obrazów, twarzy i dźwięków, a więcej smaków. Ale najbardziej znamienne jest to, że mam ogromne, nieprawdopodobne wręcz luki w pamięci odnośnie każdego okresu z dzieciństwa. Patrzę na niektóre swoje zdjęcia i widzę obcą osobę. To znaczy rozpoznaję się fizycznie, ale nie wiem, skąd się w danym miejscu wziąłem, co to było za wydarzenie. Po latach chodzenia do terapeuty pewne obrazy wróciły, część się poskładało w całość, inne przyszły do mnie razem ze zrozumieniem emocji, które wtedy czułem. Wiele jednak przepadło w czarnej dziurze w pamięci. Kiedy poznasz historię mojego życia, być może stwierdzisz podobnie jak ja, że mózg wyparł je, żebym jakoś przetrwał i nie zwariował doszczętnie.
Jakie masz wspomnienia związane z twoją mamą?
Pamiętam, że bardzo szybko zacząłem się obrażać. I wszyscy mieli o to do mnie pretensje. Obrażałem się na wszystkich i o wszystko, w każdej możliwej sytuacji. Byłem w tym arcymistrzem. Pamiętam moje pierwsze wakacje nad morzem. Jak tylko wyszedłem zza wydmy na plażę i zobaczyłem tę masę falującej, szumiącej wody, natychmiast się obraziłem, w sensie zamknąłem w sobie. Stanąłem na tej pięknej słonecznej plaży, skrzyżowałem ręce i odizolowałem się, jak potrafiłem najlepiej. Myślę, że tak naprawdę bardzo mi się to morze podobało, być może też trochę się przestraszyłem, ale zachwyt był na bank. Do tej pory mam do morza ogromny sentyment. Kiedy dojeżdżam do Gdyni, jestem podekscytowany na samą myśl, że zaraz zobaczę tę przestrzeń i poczuję słony zapach wody. Mój młodszy syn też tak ma. Czasem jeśli dotyka go jakaś bardzo silna emocja, i nie ma znaczenia, czy jest ona przyjemna, czy nieprzyjemna, to decyduje się przeżywać ją w samotności, odcina się. A wracając do mojej mamy, to pamiętam, że proponowała mi często sojusze w stylu "Będę cię kryć, nie powiem o tym ojcu". I to związywało mnie lojalnością - wiedziałem, że jestem jej coś winien, że mam jakiś dług wobec niej. Ponadto w naszej rodzinie nie rozmawialiśmy ze sobą o ważnych, trudnych sprawach. Zresztą o tych szczęśliwych też nie. Egzystowało się obok siebie, tworząc w miarę sprawny układ organizacyjny: jedzenie, spanie, obowiązki. Nie pamiętam, żeby mama kiedyś spytała o to, co przeżywam, co się w moim życiu dzieje, dlaczego jestem smutny, wesoły, jakich i czy w ogóle mam przyjaciół. Przez pierwsze lata podstawówki byłem takim dobrym, trochę okrągłym Michałkiem, który tylko grzecznie siedział i czytał, miał swój świat i nie trzeba było zwracać na niego uwagi, a w sklepie z zabawkami to nigdy nic nie chciał (sic!). Taki trochę niepokojący objaw, chociaż w sytuacji skromnego budżetu - jak znalazł. Gdyby moje dziecko, stojąc w sklepie z zabawkami, nigdy nic nie chciało i przekonywało mnie, że wszystko na półkach to, cytuję sam siebie z dzieciństwa - "belegówno", to od razu bym pomyślał, że jest coś nie tak. Z tego, co pamiętam, głównie bawiłem się sam. Dużo czasu spędzałem, bawiąc się na przykład swoimi dłońmi, udając że to samoloty lub samochody. Myślę, że dziś na pierwszej wizycie w przychodni wlepiono by mi diagnozę zespołu-kogoś-tam-kogoś i skazano na dwa lata integracji sensorycznej pod okiem fachowca. Wydaje mi się, że po prostu szukałem jakiegoś kontaktu ze swoim ciałem, bo mało mi go było. Zawsze za mało.
Jako mały chłopiec nie przyznałeś się nigdy rodzicom, że jest ci smutno?
W naszym domu panowała niepisana zasada, że o emocjach i przeżyciach się nie rozmawia i nigdy nie komunikuje się ich wprost. To od rodziców nauczyłem się odwracania uwagi od własnych emocji. Jako dziecko musiałem nauczyć się odczytywania stanów emocjonalnych rodziców bez żadnych podpowiedzi. Na przykład czujesz od rana, że mama jest zła. Nie wiesz dlaczego i nie wiesz na kogo, ale wyczuwasz napięcie. Jednocześnie mama podśpiewuje pod nosem wesołą melodyjkę, robiąc różne rzeczy. Dorosłemu się to nijak do kupy nie złoży, więc zapyta w końcu, o co chodzi. Z dziećmi jest chyba inaczej. Tym bardziej takimi jak ja. Obserwujesz i po kilku latach takiego treningu już wiesz, a może czujesz, że jak ona tak podśpiewuje, to znaczy, że jest już bardzo źle. Z ojcem było niby podobnie, ale całkiem inaczej. On nie podśpiewywał. Było super albo w miarę OK i nagle bez ostrzeżenia wybuchała dzika awantura. Dlatego jego się bałem jak ognia. Czułem, że jest w jakiś straszny sposób nieprzewidywalny i groźny. Po setkach i tysiącach godzin podobnych obserwacji stajesz się mistrzem odczytywania takich niuansów i reagowania zawczasu. To znaczy schodzisz z drogi, stajesz się jak najmniej uciążliwy lub znikasz rodzicom z oczu. Teraz paradoksalnie przydaje mi się to w pracy. Na przykład gdy wypowiadane przeze mnie słowa przeczą stanowi emocjonalnemu postaci. Już w domu miałem szansę uczyć się od wirtuozów. Przez, by tak rzec, osmozę.
Nigdy nie usłyszałeś od rodziców "kocham cię"?
Od ojca nie usłyszałem tych słów nigdy. Tego jestem pewien. Natomiast mama po latach nauczyła się artykułować pewne zwroty, które wie, że chciałem i może teraz chciałbym usłyszeć. Czyli właśnie takie: "kocham cię", "wierzę w ciebie", "jestem z ciebie dumna". Ja wiem, że ona w to wierzy i mówi to szczerze, ale ponieważ dużo w naszych relacjach było udawania, trudno mi potraktować te słowa jako coś więcej niż tylko deklarację. To rodzi patową sytuację. Jak się tego nie mówiło, było źle, teraz gdy się mówi - też jest źle. Tylko że nie da się kontrolować własnych emocji, tak jak i tego, w co się wierzy, a w co nie. Wiem, że mama naprawdę to czuje i pewnie czuła zawsze, ale coś we mnie każe mi odbierać to jako wykluczające się wzajemnie komunikaty. Bo ktoś na co dzień ci nie ufa, nie zadzwoni, jak jest mu źle, nie podzieli się niczym trudnym i udaje, że zawsze jest git, ale też chce dawać i brać tylko to, co dobre. To tak nie działa. Jak mawiał nieśmiertelny Jerzy Dobrowolski: "Niestety, niestety, niestety".
Jakie obrazy z rodzinnego domu zapamiętałeś najlepiej?
Osamotnienie i takie poczucie, że każdy jest osobno. Że nie ma razem, nawet jak jest. W mojej rodzinie panowała zasada zamiatania wszystkich trudnych spraw pod dywan. Wyobraź sobie, że mój ojciec przez dwadzieścia pięć lat małżeństwa nie powiedział swojej żonie, że człowiek, którego wszyscy mieliśmy za jego ojca, czyli mojego dziadka, w rzeczywistości nim nie jest. Moja mama, ja i siostra dowiedzieliśmy się o tym dopiero po jego śmierci. Ja miałem wtedy dziewiętnaście lat! I tak w sumie dobrze, że w ogóle się dowiedziałem, zanim zmarła ostatnia osoba, która o tym wiedziała - ciocia Gienia, kuzynka mojej babci od strony taty. Mój ojciec po prostu nikomu nie ufał.
A okazywał miłość twojej mamie?
Nie pamiętam takiej sytuacji, żeby rodzice okazywali sobie czułość. Zawsze albo to był układ organizacyjny, albo słyszałem jakieś pretensje. Dopiero teraz gdzieś tam dochodzą do mnie mgliste informacje od mamy, kiedy wspomina pierwsze lata ich małżeństwa, że wyglądało to trochę inaczej. Ale ja tego nie doświadczyłem. Dla mnie mój ojciec był zupełną enigmą. Ze zmysłowych wspomnień pamiętam, że miał mocny, donośny głos i wiecznie pachniał tytoniem, bo jarał z entuzjazmem godnym lepszej sprawy. Żyłem z nim przez szesnaście lat i właściwie nie wiedziałem o nim nic i nadal niewiele wiem. Na przykład w naszym domu były takie piękne czarno-białe wielkoformatowe zdjęcia, zrobione przez profesjonalnego fotografa. Jedne z najładniejszych, a już na bank największe ze wszystkich, jakie mieliśmy. Zdjęcia przedstawiały ojca z jakąś kobietą. Nikt nigdy nie pytał, kto to jest, nie komentował, choć zdjęcia leżały na widoku.
Dlaczego sam nie zapytasz o to mamy?
W końcu nie wytrzymałem i zapytałem. Wymijająco odpowiedziała, że to jakaś znajoma ojca. Ale przecież to musiał być ktoś ważny. Widać zażyłość na tych zdjęciach, poza tym w latach sześćdziesiątych profesjonalne sesje zdjęciowe nie były na porządku dziennym. Gdyby to nie było ważne, to ojciec nie trzymałby tych zdjęć przez całe życie. W dodatku nie schował ich głęboko, żeby nie trafiły na przykład w moje ręce. Ale nikt o tym nie rozmawiał. To są właśnie takie białe plamy rodzinnej historii. Wiesz, że ja nawet nie znam okoliczności poznania się moich rodziców? Coś tam słyszałem, że to było w Gdańsku, gdzie mój ojciec wtedy studiował w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej. Ale to są tylko strzępki opowieści. Odkąd pamiętam, ojciec nie angażował się w życie. Żadne. Ani moje, ani rodzinne, ani mamy. Myślę, że wewnętrznie był zajęty rozkminianiem swojej relacji z samym sobą i ojcem, którego nigdy nie poznał.