2.
Mariusz się martwił. Właściwie nie mógł dojść do siebie od momentu, gdy znaleźli półprzytomnego Aleksego w leśnej chatce przy szlaku. Był mocno wyziębiony, majaczył, wyglądał bardzo źle. Z rany na głowie sączyła się krew. Coś mamrotał niewyraźnie, ale Mariusz uszczęśliwiony, że poszukiwania zakończyły się sukcesem, nie zwracał uwagi na to, czy poszkodowany mówi z sensem, czy nie.
Przeszukiwali las przez całą wigilijną noc. Zdawał sobie sprawę, że akcja nocą może niewiele przynieść i musi się wydarzyć cud, aby podczas padającego śniegu, w takich warunkach osiągnąć sukces. Coś jednak pchało go wciąż do przodu. Obietnica, jaką złożył Zośce - że go odnajdą na przekór wszystkiemu. Najpierw kręcili się w najbliższej okolicy samochodu. Świecili latarkami i nawoływali. Nie odniosło to skutku. Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, by przede wszystkim przepatrzyć wszystkie okoliczne tereny piknikowe i turystyczne wiaty. To było sensowne i zabrali się do tego systematycznie. Wreszcie, kiedy się już rozjaśniło, odnaleźli właściwe miejsce. Mieli szczęście, że dotarli do Aleksego, zanim zasłabł z wychłodzenia. Nie miałby siły odpowiedzieć na nawoływania ani sam opuścić tego schronienia.
Kiedy Mariusz wszedł do wnętrza chatki, poczuł kolosalną ulgę, że wszystko skończyło się dobrze. Poszkodowany zdołał owinąć się w kilka koców znajdujących się na wyposażeniu tego miejsca i ulokować na pryczy w dobrze izolowanym kącie. Dawna bacówka okazała się nieźle osłonięta przed wiatrem, ale temperatura w środku nie była zadowalająca, co miało wpływ na ogólny stan Aleksego. Kalinowski był mimo wszystko przekonany, że w szpitalu pomogą synowi przyrodnika i wyciągną go z tego. Wypadki potoczyły się jednak inaczej i teraz trudno mu było z tym dojść do ładu.
Przede wszystkim chodziło o Zośkę i Antoniego Szeptynę. Ona bardzo zaangażowała się w opiekę nad chorym i przez cały czas towarzyszyła mu w szpitalu. Mariusz tego nie negował. Sam zamierzał się włączyć we wszystkie działania, gdy tylko Aleksy wróci ze szpitala. Podwieźć do miasteczka na rehabilitację, załatwić coś, a nawet dotrzymać towarzystwa - był gotowy to robić.
Tylko że nieustannie miał wrażenie, że w przywiązaniu Zośki do syna Szeptyny jest coś więcej. Jakby ten wypadek uświadomił jej, że jednak żywi do niego uczucie. Bo przecież nie była to tylko litość. Taka relacja musiała być głębsza, ważniejsza od troski zwykłej przyjaciółki, która niesie pomoc. No a Antoni? Mariusz odwiedzał go w tych dniach często, tłumacząc się zresztą przed samym sobą, że właśnie dlatego nie jeździ do szpitala. Musi się zająć starym przyrodnikiem. Szeptyna bardzo przeżywał wypadek i sytuację swego syna. Mało o tym mówił, ale na jego twarzy widać było wyraźnie cierpienie i niepokój nadchodzących dni. Nie potrafił się zmusić do niczego, zarzucił pracę nad swoją książką, wszystko przestało być dla niego ważne. Poza Aleksym.
Mariusza niezwykle to gnębiło. Nieustannie myślał o całej tej historii i za każdym razem dochodził do tego samego wniosku - znajdował się na marginesie wydarzeń. Nikt się z nim nie liczył i na dobrą sprawę - nikt go nie potrzebował. Ani Zośka, ani Antoni, ani tym bardziej Aleksy. Nie pasowało mu to i budziło jego sprzeciw. Ale nic nie mógł zrobić. Jeszcze nie nadszedł czas, by coś wyjaśniać, oczekiwać rozwiązań, prosić o deklaracje. Wiedział o tym najlepiej.
- Co ty taki skwaszony wiecznie chodzisz? - zaczepiła go siostra, gdy gadał do siebie (a tak naprawdę: do kozy na wybiegu, której rzucił trochę siana i przypatrywał się, jak z lubością skubie suche badyle). "Taka to nie ma zmartwień" - stwierdził i właśnie to jej powiedział, gdy Elwira wyszła z domu i z obrzydzeniem ostukała buty ze śniegu, który przylepił się do obcasów.
- Wcale nie - zaprzeczył bez przekonania i obejrzał się na krogulca Gedeona tradycyjnie przyczajonego na żerdzi ogrodzenia i obserwującego gospodarstwo. Kawka sfrunęła na ramię gospodarza i potarła przyjacielsko dziobem jego policzek. Uśmiechnął się.
- Przecież widzę, że jesteś struty. Nie masz powodów. Zachowałeś się jak bohater. Gdyby nie twoja determinacja, ten biedny Aleksy z pewnością by uświerknął w końcu w tej chatynce - tłumaczyła mu te oczywistości z zaangażowaniem, a on wzruszył ramionami. "I co z tego?" - pomyślał. "Teraz on stracił pamięć i nie wiadomo, kiedy się to cofnie. Może nigdy".
Nie powiedział tego jednak siostrze, tylko skrzywił się wymownie.
- Rozchmurz się. Jak włóczyłeś się bez celu po łące, przyjechał kurier. Przywiózł nową książkę. Laura będzie przeszczęśliwa, kiedy wróci ze szkoły.
Elwira ucieszyła się, bo brat wreszcie wykazał jakieś zainteresowanie.
- Tak szybko? To świetnie. To wielki triumf małej. W końcu jej rysunek jest na okładce - przytaknął Mariusz.
- Wezmę jeden egzemplarz i dam Teo, dobrze? Niepokoję się o niego. Krystian mówił, że on ma poważną chorobę serca, ale nie chce się leczyć - dodała siostra, unosząc brwi w górę.
Jako stomatolog uważała się za krzewiciela wszelkiej wiedzy medycznej i z nieufnością podchodziła do osób, które nie zamierzały profesjonalnie dbać o swoje zdrowie. Coś takiego - że ktoś poważnie niedomaga, wie, jaki ma problem, a i tak rezygnuje z kuracji - zwyczajnie nie mieściło się jej w głowie. Lubiła Teo i uważała, że z pewnością go przekona do medycyny.
Mariusz znał doskonale poglądy swojej siostry, ale tym razem postanowił ją powstrzymać.
- Zostaw go w spokoju. Widocznie ma swoje powody.
- Niby jakie, Mario? Zwyczajnie się zniechęcił, bo nikt mu nie zaproponował nowoczesnych metod. Krystian mówił mi, że z łatwością znalazłby dla niego konsultacje. Jeśli trzeba załatwić jakiś szpital, lekarstwa lub zabieg, to przecież moglibyśmy pomóc.
- Nie.
- Co: nie?
- Po prostu odczep się od niego. Już cię widzę, jak mu ciosasz kołki na głowie: że musi dać się ponownie przebadać, że zrobi się nad nim konsylium albo że się go z powodzeniem zoperuje, czy co tam trzeba będzie przedsięwziąć. Nie bierzesz jednak pod uwagę, że on świadomie podjął taką decyzję? Po prostu chce właśnie tak żyć?
- To niedorzeczne. A jeśli przez to umrze, choć może miałby jakieś szanse przy leczeniu? Nie powiesz mi, że ktoś rozmyślnie wybiera taki los. Każdy chce żyć, Mario, nawet jeśli mówi co innego. I nie rób takiej miny. Przekonujesz się o tym każdego dnia, kiedy ocalasz te swoje zwierzaki.
Nachmurzył się, ale niechętnie przytaknął.
- Skoro więc ratujesz te wszystkie nieboraki, to czemu nie chcesz przyjąć do wiadomości, że Teo też należy się szansa? - przyparła go do muru.
- Posłuchaj mnie, Ira. Zwierzęta to co innego, podejmujemy za nie decyzję, bo one nie mogą nam powiedzieć, czego chcą. Wybieramy za nie w dobrej wierze. Ale Teo nie jest zwierzęciem z lasu. Skoro Krystian zaproponował już pomoc, my nie powinniśmy naciskać. Teo wie, jakie ma opcje, i sam rozstrzyga o swojej egzystencji. Uważasz, że będzie szczęśliwszy, jeśli go zmusisz do czegoś, na co nie ma ochoty i czemu się sprzeciwia?
- Przynajmniej będzie zdrowy, a może wręcz: będzie żył. I tak, uważam, że trzeba go przekonywać, oferować wsparcie. Nie namówisz mnie, żebym przestała.
Westchnął. Nie widział sensu w dalszej rozmowie.
- Nie fukaj mi tu - obruszyła się siostra. - Wiesz, że mam rację, tylko nie chcesz tego przyznać.
Wygłosiwszy tę opinię, spojrzała na niego z góry i odwróciła się na pięcie, żeby wejść do domu. W progu przypomniała sobie o czymś.
- Czy możesz odebrać Laurę ze szkoły? Ja poszłabym do Teo.
- Jasne. Jadę z Maćkiem po samochód, zabiorę ją przy okazji.
Siostra uniosła pytająco brwi.
- Auto Maćka i Iwony było w warsztacie, po tym wypadku. Wyciągnęli je na drogę, potem policja oglądała ślady, a teraz jest w naprawie. Nie bardzo można było nim jeździć, Aleksy zjechał w dół skarpy, na końcu zatrzymał go duży kamień, uszkodzenia były spore.
- To ładnie z twojej strony, że wspierasz Iwonę - rzuciła siostra dosyć obojętnym głosem.
- Daj spokój. To normalne między sąsiadami - wypowiedział te słowa i od razu pomyślał o Zośce. Jej także powinien pomóc. Przynajmniej dowiedzieć się, co dalej z jej domem. Wciąż trzymała zima, ale przecież należało zaplanować prace remontowe na wiosnę, a było ich sporo. Zapisał w pamięci, by porozmawiać z Mietkiem, który miał firmę budowlaną.
- Jedź już, bo nie zdążysz po Laurę - przypomniała mu siostra. - Pewnie musisz jeszcze podjechać po Maćka? - To ostatnie dodała już z pewnym naciskiem, żeby się zreflektował.
Skinął głową i zerknął na zegarek. Przepychanka w sprawie Teo pochłonęła sporo czasu i Mariusz był już spóźniony. Czekali na niego w "Gościnnych Progach". Miał jeszcze coś powiedzieć Elwirze, spróbować zniechęcić ją do wywierania presji na Teo, ale zrezygnował. Wierzył, że sąsiad poradzi sobie z jego siostrą. Najwyżej więcej jej nie wpuści do domu, a Ira zrozumie, że w ten sposób nie załatwia się takich spraw.
Wskoczył do samochodu i odjechał.
Gdy dotarł do "Gościnnych Progów", Iwona przywitała go bardzo miło, a przy stole w dużej jadalni zastał Zośkę.
- Co słychać? - zapytał, patrząc z troską na jej wymizerowaną i bladą twarz.
- Bez zmian. Dzisiaj robili Aleksemu badania, ale nie ma jeszcze wyników. Lekarz twierdzi, że ta utrata pamięci ma charakter czasowy, tylko nie wiadomo, kiedy się to cofnie. Jak więc widzisz, żadnych krzepiących nowości.
- To niełatwe, rozumiem - powiedział ciepło. - W takich razach człowiek chciałby, żeby sprawy rozwiązały się natychmiast bez konieczności męczącego oczekiwania. Tylko że to tak nie działa. Trzeba przejść ten czyściec niepokoju i lęku, nie da się inaczej.
Zerknęła na niego badawczo, a potem przygryzła wargi. Czy to było tylko wrażenie, czy też on wcale nie mówił o Aleksym, ale o własnej sytuacji? Nie chciała na razie wnikać, to było zbyt trudne.
- Jedziesz z Maćkiem po samochód? - Bardziej stwierdziła, niż zapytała, a on po prostu przytaknął. - Mogę się zabrać? Chcę odwiedzić posterunek i dowiedzieć się, czy wyjaśnili już okoliczności pożaru. Trzeba to ruszyć, jeśli mam jakoś załatwić kwestię remontu.
Ucieszył się. To był dobry znak, że myślała o czymś innym niż tylko o wypadku Aleksego i jego niedomaganiach.
- Nie ma sprawy, tylko musimy też podjechać do szkoły po Laurę. Elwira zrzuciła to na moje barki, bo sama zamierza wybrać się do Teo i truć mu cztery litery - wypalił gniewnie, a ona niespodziewanie się uśmiechnęła. Bladym, jakby przezroczystym, ale jednak uśmiechem.
- Na jaki temat? - zagadnęła, a on się zapalił i zaczął wymachiwać rękami, opowiadając jej wszystko.
- Ira ma rację - oceniła Zośka, a Mariusz spojrzał na nią ze zdumieniem.
- Tak - potwierdziła. - Też uważam, że każdy chce żyć. Pamiętam tę chwilę, kiedy Teo wyznał mi, że jest nieuleczalnie chory i właściwie umiera. Gdy to oznajmił, wcale nie zauważyłam, żeby był pogodzony z tą sytuacją. Wręcz przeciwnie, odniosłam wrażenie, że jest zły, iż jego los potoczył się w ten sposób. On woła o pomoc. O nasze wsparcie. A my powinniśmy odpowiedzieć.
- Nie patrzyłem na to w ten sposób - przyznał Mariusz ze skruchą. - Ale nie powiesz mi, że zgadzasz się na styl postępowania mojej siostry? Przecież ona go zadręczy. Będzie przyłaziła i namawiała go na leczenie. Nic tym nie wskóra.
- Czemu tak uważasz?
- Bo odmówił Krystianowi. Mój szwagier złożył mu konkretną propozycję pomocy, a on nie chciał.
- Nie wiesz, czy nie zmienił zdania. Wypadek Aleksego wpłynął na każdego. Wiele się odmieniło. Być może wszystko.
Zamilkła i teraz on zmarszczył brwi. Poczuł nagłą przykrość i smutek. Na szczęście pojawił się Maciek, którego zatrzymał jakiś ważny telefon.
- Możemy jechać, przepraszam, że tak długo. To ta grupa na ferie. Mieli tysiąc pytań - usprawiedliwił się.
- Nie ma sprawy - zbagatelizował Mariusz. - Ruszajmy, bo Laura na mnie czeka pod szkołą. Zośka też się zabierze, chce pogadać z Potyrą.
- Słusznie. - Maciek kiwnął głową w stronę Zośki. - Warto trzymać rękę na pulsie, żeby im się nie odechciało szukać.
Wsiedli do terenówki Kalinowskiego i bez problemu zjechali polną drogą do wsi, a potem już normalną do miasteczka. Zostawili Maćka pod warsztatem samochodowym, gdzie miał odebrać naprawione auto, a potem Zośka poszła na posterunek, Mariusz zaś pojechał po siostrzenicę.
- Dobrze, że panią widzę. - Posterunkowy ucieszył się na widok Zośki. - Chciałbym zapytać o tamten wieczór.
- Z pożarem? - spytała, a on pokręcił głową.
- Chodzi o Wigilię, gdy Aleksy Szeptyna miał wypadek. Nie zauważyła pani czegoś nietypowego? Ktoś nie kręcił się wokół domu pana Kalinowskiego albo agroturystyki Iwony Kilian? Nie słyszała pani hałasu jakichś pojazdów?
- Nie. Zupełnie nic takiego się nie wydarzyło. Pomagałam najpierw w "Gościnnych Progach" i tam rzeczywiście zjeżdżali się goście, był spory ruch i hałas aut, ale nie wydało mi się to dziwne, a potem poszłam do "Leśnego ustronia". Byłam tam cały czas, aż do momentu, gdy pan Antoni dowiedział się, że Aleksy nie dojechał do domu pani Uli. To wszystko.
- Goście, mówi pani - zasępił się Potyra. - Nie zwróciła pani może uwagi, że ktoś miał świeżo uszkodzone auto? Może wspominał o jakiejś stłuczce?
Pokręciła głową. Nie pamiętała niczego podobnego. Policjant nie był zadowolony.
- Znaleźliśmy spore wgniecenie na boku samochodu, którym poruszał się Aleksy Szeptyna. Nietypowe - podkreślił. - Auto było mocno poobijane, bo po zsunięciu się ze skarpy uszkodziło sobie również przód o kamień. Ale tamto wgniecenie nie mogło powstać przy zatrzymaniu samochodu. Może ktoś w niego wjechał i to wymusiło manewr, w wyniku którego spadł z drogi? Próbujemy ustalić, do kogo należał ten pojazd. Jeśli do któregoś z gości, którzy przyjechali w nasze okolice na święta i sylwestra, a potem wrócił do siebie, to szukaj wiatru w polu. W najbliższej okolicy w każdym razie nikt ostatnio nie naprawiał wozu po kolizji - mruknął zniechęcony.
- Ale będziecie dalej to sprawdzać? - zaniepokoiła się. - To taka straszna historia. Mógł stracić życie...
- Oczywiście, że nie zamykamy śledztwa, nawet niech pani tak nie myśli. Dojdziemy do kłębka po tej nitce, spokojna głowa.
Zośka nie była do końca przekonana.
- A sprawa mojego domu i pożaru?
- Strażacy sprawdzili, że to nie był samoistny zapłon ani zaprószenie ognia przez nieuwagę. Śledztwo prowadzimy w sprawie podpalenia, ale ustalenie sprawców trochę potrwa, bo nagrania z kamery pana Kłuszyńskiego nie dały dostatecznych wskazówek. Proszę jednak nie tracić nadziei, to także wyjaśnimy.
Zośka wyszła z posterunku nie bardzo pocieszona. Jedno było dobre: skoro był już raport straży pożarnej i policja ustaliła, że odpowiedzialne są osoby trzecie, nie było przeszkód do wypłaty odszkodowania.
- I jak? - spytał Mariusz, który czekał na nią w holu posterunku. Streściła mu rozmowę, pytając jednocześnie o Laurę. - Poszła kupić ciastka. Powiedziałem jej, że przyszły egzemplarze autorskie książki o detektywach Skakance i Gedeonie. Chce to uczcić.
- Cudownie! - uśmiechnęła się Zośka.
- Czyli wychodzi z tego, że niczego nie mają i nic nie wiedzą w obu sprawach - podsumował poprzedni temat. - Patałachy - wybuchnął po chwili. - Czas płynie i coraz trudniej będzie złapać tych podpalaczy. Najważniejsze, że teraz ubezpieczenie ci na pewno wypłaci z polisy. Wszystko masz udokumentowane i nie jest to twoja wina.
- Wiem. I to jest chyba jedyne, co z tego wyniknie - westchnęła. - Pewnie umorzą sprawę z powodu niewykrycia sprawców i muszę się z tym pogodzić.
- Co gorsza, mogą też nie znaleźć tego pacana, który zepchnął z drogi Aleksego - mruknął niezadowolony, ale potem zaraz uderzył się dłonią w czoło. - Pojedziemy tam!
- Gdzie? - Nie rozumiała.
- Na miejsce wypadku. Policja oglądała je pobieżnie, bo interesował ich przede wszystkim samochód.
- Myślisz, że tam zostały jakieś ślady? Tyle osób się tam kręciło: ekipa poszukująca, ludzie, którzy przyszli z wioski, zresztą wtedy padał śnieg...
- No właśnie. Łatwo było coś przeoczyć. Nie zaszkodzi sprawdzić, prawda?
- Owszem, to zawsze dobry pomysł - zgodziła się z pewnym ociąganiem. Myśl, że znajdzie się na miejscu wypadku, wprawiała ją w przerażenie. Nie chciała nawet o tym wspominać, a co dopiero być tam. Zganiła się w duchu. To prywatne śledztwo zapewne nic nie da, ale przynajmniej będą mieli przekonanie, że zrobili wszystko, co możliwe.
Laura wyszła z cukierni i bardzo ucieszyła się na widok Zośki.
- Pojedziesz do nas? Są książeczki o kozie i krogulcu. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć mój rysunek na okładce.
Podskakiwała i była pełna entuzjazmu, więc Wichocka także się odprężyła. Radość dziewczynki była zaraźliwa.
- Pakujcie się do auta. Podjedziemy jeszcze do Porąbki. - Mariusz zwrócił się do siostrzenicy. - W to miejsce, gdzie auto Aleksego zjechało z drogi. Rozejrzymy się tam.
- O, to jak w twoich książkach, wujku. Tylko bez kozy i krogulca. - Mała pokiwała głową.
Ten odcinek drogi wśród lasów był niebezpieczny, zwłaszcza podczas opadów i po zmroku. Trzeba było dobrze znać okolicę, żeby przejechać pewnie i bez strachu. Droga wiodła wąską przecinką, gdzie z jednej strony ciągnęła się stroma skarpa, a z drugiej wysokie zbocze. Na zakręcie należało zachować szczególną ostrożność, zwłaszcza gdy ktoś nadjeżdżał z naprzeciwka.
Mariusz zatrzymał samochód kawałek przed zakrętem i wyskoczył z auta.
- To tutaj - zwrócił uwagę Zośki i siostrzenicy. - Samochodu początkowo nie zauważyliśmy z drogi, bo się stoczył i zatrzymał na tamtym dużym kamieniu. - Pokazał ręką.
- Policjanci na pewno dobrze obejrzeli teren tutaj. - Zośka rozejrzała się wokół siebie. Droga na powrót pokryła się śniegiem, podobnie jak całe zbocze i skarpa, zupełnie nie było widać, że wydarzyło się tutaj coś złego.
- Jeśli są jakieś przeoczone ślady, to tylko na trasie - zgodził się Mariusz. - Zastanówmy się. Ten drugi pojazd przyjechał z naprzeciwka, tak trzeba założyć. Wyminęli się w niebezpiecznej odległości i Aleksy stracił panowanie nad kierownicą...
Zośka skinęła głową.
- Potyra mówił, że na aucie było podejrzane wgniecenie. Zatem ten drugi uderzył w Aleksego.
- Musi tu coś być. - Mariusz grzebał patykiem między kamieniami gruntowej drogi, a Laura w milczeniu oglądała zbocze.
- Pójdę kawałek dalej i poszukam - zadeklarowała, wracając w stronę ich terenówki.
Wujek skinął przyzwalająco i wciąż rozglądał się w miejscu wypadku.
- Nic tu nie ma. - Zośka wygłosiła opinię obojga. - Nawet jeśli były jakieś ślady, to śnieg je przykrył i rozjeździły inne pojazdy.
- Masz rację - westchnął Mariusz. - Za dużo czasu minęło, ale przynajmniej przekonaliśmy się o tym sami... Zejdę jeszcze na dół, w miejsce, gdzie zatrzymało się auto.
- Nie pójdę z tobą - odezwała się cicho Zośka. - Po prostu nie potrafię...
- Nie musisz, tam jest stromo i niezbyt bezpiecznie.
Zeskoczył w śnieg poniżej drogi i ruszył w kierunku dużego kamienia widocznego w pewnej odległości. Kobieta chwilę patrzyła za nim ze zmarszczonymi brwiami, a potem podążyła za Laurą.
Dziewczynka zatrzymała się kilkadziesiąt metrów dalej i podziwiała ptaka na gałęzi drzewa.
- Popatrz, jaki cudny - zwróciła się do Zośki. Ona zadarła głowę.
- To zimorodek. Uwielbiam je.
- Zimorodek? Bo rodzi się zimą?
- Nie wiem. Trzeba by spytać pana Antoniego, on wie wszystko o ptakach. - Zośka poczuła przykrość. Antoni. Ależ mu było ciężko! A ona nie potrafiła go pocieszyć.
- Coś tam błyszczy, widzisz? - Laura wskazała ręką.
Z boku drogi, między kamieniami, widać było resztki szkła.
- Ciekawe, co to jest. - Zośka przykucnęła i zaczęła rozgarniać śnieg.
Były to kawałki stłuczonej lampy, wraz z jakimiś dodatkowymi elementami. Ewidentnie musiały odpaść od uszkodzonego pojazdu.