Wybór przy zachodzie słońca - Justyna Obrycka

Kup ebooka

40.38 zł
33.52 zł (40,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1 - Spotkanie

Michał zobaczył ją, gdy wychodził z piekarni przy rynku.

Stała pod kasztanem, w jasnej koszuli, z telefonem przy uchu. Wiatr poruszał jej włosami, tak jak kiedyś na szkolnym boisku. Przez chwilę patrzył, próbując upewnić się, że się nie myli. Minęło tyle lat, a jednak rozpoznał ją od razu. Nie po twarzy. Po sposobie, w jaki marszczyła brwi, gdy się skupiała. Po spojrzeniu, które przenikało duszę.

- Ania?

Odwróciła się powoli. Najpierw spojrzała na niego obojętnie, jak na przechodnia. Potem jej oczy rozszerzyły się mimowolnie. Brwi nabrały innego kształtu.

- Michał...?

W jej głosie było coś między niedowierzaniem a ostrożnością.

Rozłączyła się szybciej, niż planowała.

Przez sekundę stali naprzeciw siebie, jakby każde z nich próbowało dopasować wspomnienie do rzeczywistości. On wyższy, szersze ramiona, zmęczenie w oczach. Ona dojrzalsza, spokojniejsza, ale z tym samym nieuchwytnym ciepłem.

- Nie wiedziałam, że wróciłeś... - powiedziała w końcu.

- Wróciłem miesiąc temu. Na chwilę. Tak jakoś wyszło.

Zawiesił głos. Jakby sam nie był pewien, czy to wciąż aktualne.

Rozmawiali tylko kilka minut. O tym, że wrócił. O tym, że ona pracuje w urzędzie. O tym, że miasto właściwie się nie zmieniło.

- Nadal chodzisz do tej piekarni? - zapytała z lekkim uśmiechem.

- Nadal pieką najlepsze drożdżówki.

- Z makiem?

- Z makiem.

Uśmiechnęli się jednocześnie. To było absurdalne, jak szybko rozmowa przestała być niezręczna.

Ale pod słowami płynęło coś innego. Coś, czego żadne z nich nie nazwało.

On chciał zapytać, czy jest szczęśliwa.

Ona chciała zapytać, dlaczego nigdy nie napisał.

Nie zapytali.

- To... może kiedyś kawa? - rzucił w końcu, jakby od niechcenia.

To jedno zdanie zawisło między nimi ciężej niż wszystkie poprzednie.

Ania zawahała się ułamek sekundy... Tylko ułamek.

- Może - odpowiedziała.

Wymienili się numerami. Tak zwyczajnie. Tak niewinnie.

A jednak kiedy się rozchodzili, oboje czuli, że to spotkanie nie było przypadkiem.

Michał odwrócił się jeszcze raz. Stała w tym samym miejscu, patrząc jak odchodzi. Kiedy ich spojrzenia znowu się spotkały, szybko odwróciła wzrok.

Jak w liceum.

Wieczorem Ania siedziała przy kuchennym stole.

Zupa stygła w talerzach. W tle grały wiadomości, których nikt nie słuchał. Jej mąż, Paweł, przewijał coś w telefonie, od czasu do czasu mrucząc pod nosem komentarze do świata.

- Jutro odbierzesz młodego z treningu? - zapytał bez podnoszenia wzroku.

- Mogę - odpowiedziała automatycznie.

Automatycznie.

To słowo pasowało do większości jej dni.

Telefon zawibrował na blacie. Krótko. Jedno powiadomienie.

Spojrzała odruchowo. Nieznany numer.

Serce zrobiło jej coś dziwnego, jakby potknęło się o własny rytm. Otworzyła wiadomość.

"Nie wiem, czy wypada pisać po tylu latach, ale... miło było cię dziś zobaczyć... M."

Tylko tyle.

Nic niewłaściwego. Żadnego przekroczenia granicy.

A jednak poczuła ciepło pod skórą.

- Coś ważnego? - zapytał Paweł.

Zawahała się sekundę.

- Nie. Z pracy.

To kłamstwo przyszło łatwiej, niż się spodziewała.

Zablokowała ekran. Odłożyła telefon. Próbowała skupić się na rozmowie o rachunkach, o treningu, o tym, że trzeba w końcu umówić przegląd samochodu.

Ale gdzieś pod stołem, na jej udzie, leżał ciężar nie wysłanej odpowiedzi.

Michał patrzył teraz na swój telefon w małym mieszkaniu nad apteką.

Wiedział, że czyta. Czuł to.

Minęła minuta. Dwie.

W końcu ekran rozświetlił się.

"Mnie też. To było... niespodziewane."

Uśmiechnął się.

W kuchni Paweł wstał po dokładkę zupy.

- Anka, podasz sól?

Spojrzała na męża. Na jego plecy, na znajomy gest poprawiania rękawa koszuli.

A potem znowu na telefon.

Trzy kropki na ekranie.

Michał pisał.

I nagle zwyczajny wieczór przestał być zwyczajny....