Philip G. Zimbardo
Przedmowa
Philip G. Zimbardo, psycholog i emerytowany profesor Uniwersytetu
Stanforda, jest twórcą słynnego stanfordzkiego eksperymentu więziennego
(1971) i autorem wielu znakomitych publikacji, w tym bestsellera "New
York Timesa" Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?1
(2007), pozycji uhonorowanej nagrodą literacką im. Williama Jamesa za
najlepszą książkę z dziedziny psychologii. Jest też założycielem i prezesem Heroic Imagination Project.
Pewnej wiosny dr Edith Eva Eger na zaproszenie głównego psychiatry
amerykańskich sił lądowych wsiadła na pokład pozbawionego okien
odrzutowca bojowego, zmierzającego ku jednemu największych okrętów
wojennych świata, lotniskowca USS Nimitz, stacjonującego w pewnej
odległości od kalifornijskiego wybrzeża. Samolot zanurkował w kierunku
krótkiego, zaledwie stupięćdziesięciometrowego pasa startowego i wylądował z trzaskiem, zahaczając ogranicznikiem na ogonie o kabel,
który zapobiegł jego wpadnięciu do oceanu. Dr Eger, jedyną kobietę na
pokładzie, zaprowadzono do kabiny kapitana lotniskowca. Jaka była jej
misja? Miała nauczyć pięciuset młodych marynarzy, jak radzić sobie z przeciwnościami losu, traumą i chaosem wojny.
Dr Eger już niezliczoną ilość razy występowała w roli ekspertki
klinicznej, która leczy żołnierzy, również tych z jednostek specjalnych,
cierpiących na zespół stresu pourazowego i urazowe uszkodzenia mózgu.
Jak to możliwe, że ta łagodna kobieta, która już się doczekała
prawnuków, potrafi pomóc tak wielu żołnierzom wyleczyć się z tkwiącej w nich głęboko traumy spowodowanej brutalnością wojny?
Zanim poznałem dr Eger osobiście, zadzwoniłem do niej, by zaproponować
jej wygłoszenie wykładu na moich zajęciach z psychologii kontroli umysłu
na Uniwersytecie Stanforda. Jej wiek i akcent sprawiły, że wyobrażałem
ją sobie jako staroświecką babunię z chustą zawiązaną pod brodą. Gdy
zwracała się do moich studentów, zobaczyłem na własne oczy jej moc
uzdrawiania. Bił od niej blask promiennego uśmiechu, błyszczących
kolczyków i płomiennie złocistych włosów. Ubrana od stóp do głów, jak
powiedziała mi później żona, w stroje Chanel, swoje przerażające i wstrząsające opowieści o przetrwaniu nazistowskiego obozu śmierci
przetykała humorem, zachowując optymistyczną i zadziorną postawę, a jej
obecność i ciepło mogę opisać tylko jako czystą światłość.
Życie dr Eger było pełne mroku. Gdy miała zaledwie kilkanaście lat,
została więźniem w Auschwitz. Mimo tortur, głodu i ciągłego zagrożenia
unicestwieniem, zachowała wolność umysłu i wolność ducha. Nie złamała
jej potworność tego, czego doświadczyła. Dodało jej to raczej odwagi i ją wzmocniło. Tak naprawdę jej mądrość pochodzi z głębi najbardziej
druzgocących momentów w jej życiu.
Dr Eger potrafi pomagać innym, bo sama przebyła drogę od traumy do
zwycięstwa. Po tym, jak doznała ludzkiego okrucieństwa, odkryła, jak
wykorzystać to swoje doświadczenie, by dodawać siły innym ludziom - od
personelu wojskowego, jak w przypadku marynarzy na USS Nimitz, po pary
zabiegające o rozpalenie na nowo intymności w ich związku; od ludzi
zaniedbywanych lub wykorzystywanych po cierpiących z powodu uzależnienia
lub choroby; od tych, którzy stracili ukochanych, po tych, którzy
stracili nadzieję. A nas wszystkich, cierpiących z powodu rozczarowań i wyzwań stawianych przez życie, jej przesłanie inspiruje do tego, byśmy
dokonywali własnych wyborów, aby uwolnić się od cierpienia - odnaleźć
naszą własną wewnętrzną światłość.
Na zakończenie jej wykładu wszyscy obecni, trzystu moich studentów,
poderwali się do spontanicznej owacji na stojąco. Następnie co najmniej
setka młodych kobiet i mężczyzn otoczyła małe podium i wszyscy czekali
na swoją kolej, by uściskać tę niezwykłą kobietę i jej podziękować.
Przez całe dziesięciolecia mojej pracy akademickiej nie widziałem nigdy
tak silnie zainspirowanej grupy studentów.
Podczas dwudziestu lat mojej współpracy i podróży z Edie nauczyłem się,
że na całym świecie taka właśnie będzie reakcja każdej publiczności, do
której się zwróci. Od Hero Round Table we Flint w stanie Michigan, gdzie
mówiliśmy do grupy młodych ludzi w mieście zmagającym się z wysokim
ubóstwem, pięćdziesięcioprocentowym bezrobociem i pogłębiającym się
konfliktem rasowym, po Budapeszt, miasto, w którym zginęło wielu
krewnych Edie, w którym mówiła do ludzi próbujących wydostać się z destrukcyjnej przeszłości - wszędzie tam raz po raz widziałem to samo:
obecność Edie dokonywała w ludziach przemiany.
W tej książce dr Eger przeplata historię przemian swoich pacjentów z własną, niedającą się zapomnieć historią przetrwania Auschwitz. Choć ta
ostatnia jest tak samo przejmująca i dramatyczna jak wszystkie inne,
które dotąd opowiedziano, to jednak nie tylko ona sprawiła, że żarliwie
chciałem podzielić się tą książką ze światem. Chodzi o to, że Edie
wykorzystała swoje własne doświadczenia, żeby pomóc wielu ludziom odkryć
prawdziwą wolność. Jej książka jest zatem czymś więcej niż tylko
kolejnymi wspomnieniami o Shoah, nie kwestionując tego, jak ważne dla
upamiętniania przeszłości są te opowieści. Jej celem jest bowiem nic
innego, jak pomóc nam wydostać się z więzienia naszego własnego umysłu.
Każdy z nas w pewien sposób jest swoim własnym więźniem, a misją Edie
jest właśnie pomóc nam uświadomić sobie, że tak samo, jak możemy być dla
siebie samych więziennymi strażnikami, tak samo możemy też być swoimi
wyzwolicielami.
Podczas przedstawiania Edie młodej publiczności często nazywa się ją
"Anną Frank, która nie umarła", bo Edie i Anna odebrały podobne
wychowanie i były w podobnym wieku, gdy wywieziono je do obozów. Pomimo
okrucieństwa i prześladowań, których doznały, obie te młode kobiety
uosabiają niewinność i współczucie, pozwalające wierzyć w elementarną
dobroć ludzkich istot. Oczywiście, gdy Anna Frank pisała swój dziennik,
dopiero miała doświadczyć okrucieństwa życia obozowego, co sprawia, że
przemyślenia Edie jako tej, która przeżyła, i jako lekarza praktyka (i prababci!), są szczególnie poruszające i przekonujące.
Jak większość ważnych książek o Holokauście, książka dr Eger odkrywa
zarówno najciemniejszą stronę zła, jak i niezłomną siłę ludzkiego ducha
w obliczu zła. Ale czyni jeszcze coś innego. Można w niej zauważyć spore
podobieństwo do innych wspomnień o Shoah, chociażby klasycznego już
utworu Viktora Frankla pt. Człowiek w poszukiwaniu sensu2. Dr
Eger dzieli z Franklem głębię i ogrom wiedzy o człowieczeństwie, ale
dodaje do tego ciepło i intymność wieloletniej klinicystki. Viktor
Frankl przedstawił psychologię więźniów, którzy byli z nim w Auschwitz.
Dr Eger daje nam z kolei psychologię wolności.
W mojej własnej pracy przez długi czas badałem psychologiczne podstawy
negatywnych form wpływu społecznego. Usiłowałem zrozumieć mechanizmy, na
skutek których dopasowujemy się, jesteśmy posłuszni oraz pozostajemy w sytuacjach, w których pokój i sprawiedliwość można by osiągnąć tylko
wtedy, jeśli wybralibyśmy inną drogę: działanie heroiczne. Edie pomogła
mi odkryć, że heroizm nie jest wyłącznie domeną tych, którzy dokonują
wyjątkowych czynów lub podejmują impulsywnie ryzyko, by ochronić siebie
lub innych - choć dokonała też i tego. Heroizm to raczej nastawienie
umysłu lub suma naszych osobistych i społecznych nawyków. To sposób
bycia. I szczególny sposób widzenia samych siebie. Bycie bohaterem
wymaga podejmowania skutecznego działania w kluczowych momentach naszego
życia, aktywnych prób przeciwstawienia się niesprawiedliwości lub
dokonania pozytywnej zmiany w świecie. Bycie bohaterem wymaga ogromnej
moralnej odwagi. Każdy z nas ma w sobie wewnętrznego bohatera, który
czeka, by znaleźć dla siebie sposób wyrazu. Wszyscy jesteśmy
"trenującymi bohaterami". Naszym treningiem bohaterstwa jest życie,
codzienne okoliczności zapraszające nas do praktykowania nawyków
bohaterstwa, takich jak: codzienne akty życzliwości; promieniowanie
współczuciem, zaczynając od współczucia dla samego siebie; wydobywanie
tego, co najlepsze z innych i nas samych; podtrzymywanie miłości nawet w najbardziej wymagających związkach; cieszenie się i używanie mocy naszej
mentalnej wolności. Edie to bohaterka - i to podwójna, ponieważ uczy
każdego z nas, jak mamy się rozwijać i tworzyć pełną sensu, i trwałą
przemianę w nas samych, w naszych związkach i w naszym świecie.
Dwa lata temu poleciałem z Edie do Budapesztu, gdzie mieszkała jej
siostra, gdy naziści rozpoczęli obławy na węgierskich Żydów.
Odwiedziliśmy synagogę, której dziedziniec służy za upamiętnienie
Holokaustu. Na jej ścianach wiszą fotografie sprzed wojny, z czasów
wojennych i powojennych. Poszliśmy też zobaczyć pomnik Buty na brzegu
Dunaju, oddający cześć ludziom - a byli wśród nich także członkowie
rodziny Edie - którzy zostali zabici w czasie drugiej wojny światowej
przez węgierskich faszystów strzałokrzyżowców. Bezbronnym ludziom kazano
stanąć na brzegu rzeki i zdjąć buty, po czym ich zastrzelono, a ich
spadające do wody ciała odpływały z prądem rzeki. Czułem wtedy
przeszłość namacalnie.
Tego dnia Edie stawała się coraz bardziej milcząca. Zastanawiałem się,
czy wieczorem po tej emocjonalnej podróży, która na pewno przywołała
bolesne wspomnienia, nie będzie jej trudno mówić do publiczności
złożonej z sześciuset osób. Ale gdy weszła na scenę, nie zaczęła od
opowieści o strachu, traumie czy grozie, które wspomnienia tego dnia
uczyniły aż zanadto rzeczywistymi. Zaczęła od opowieści o życzliwości,
aktach codziennego heroizmu, które, jak nam przypomniała, przydarzają
się nawet w piekle.
- Czy to nie zdumiewające? - zapytała. - Najgorsze wydobywa z nas to, co
najlepsze.
Przy końcu jej wystąpienia, które zamknęła swoim znakiem firmowym, czyli
wysokim wykopem w górę, jak w balecie, Edie zawołała:
- Dobrze, a teraz wszyscy zatańczą!
Publiczność zerwała się na nogi. Setki ludzi wbiegło na scenę. Nie grała
muzyka. Ale tańczyliśmy. Tańczyliśmy i śpiewaliśmy, śmialiśmy się i obejmowaliśmy w niedającej się z niczym porównać celebracji życia.
Dr Eger to jedna z malejącego grona ocalałych, którzy osobiście mogą dać
świadectwo grozy obozów koncentracyjnych. Jej książka opowiada o piekle
i traumie, którą przeżyli ona i inny ocalali, zarówno w czasie wojny,
jak też po jej zakończeniu. Daje także uniwersalne przesłanie o nadziei
i szansie dla wszystkich tych, którzy próbują uwolnić się od bólu i cierpienia. Czytelnicy, czy to uwięzieni w złych małżeństwach,
destrukcyjnych rodzinach, w znienawidzonej pracy, czy też owinięci
drutem kolczastym samoograniczających przekonań, będących pułapką dla
ich własnych umysłów, dowiedzą się z tej książki, że tak naprawdę mogą
wybrać radość i wolność bez względu na okoliczności.
Wybór to wyjątkowa kronika bohaterstwa i wracania do zdrowia,
wytrzymałości i współczucia, przetrwania z godnością, mentalnej
nieustępliwości i moralnej odwagi. Inspirujące przypadki, opisane przez
dr Eger, i jej niezwykła osobista historia to lekcja dla nas wszystkich,
jak uzdrowić własne życie.
San Francisco, Kalifornia
styczeń 2017
Wprowadzenie
Miałam swój sekret, a on miał mnie
Nie wiedziałam, że pod koszulą chowa naładowaną broń, a jednak gdy
pewnego letniego dnia 1980 roku kapitan Jason Fuller wszedł do mojego
gabinetu w El Paso, ścisnęło mnie w żołądku i poczułam ukłucie w karku.
Wojna nauczyła mnie wyczuwać niebezpieczeństwo, zanim w ogóle zdołam
zrozumieć, dlaczego się boję.
Jason był wysoki, miał szczupłą sylwetkę sportowca, ale ciało tak
sztywne, że bardziej niż człowieka przypominał figurę z drewna. Jego
niebieskie oczy patrzyły nieobecnym wzrokiem, miał nieruchome szczęki i nic nie mówił - być może nie był w stanie. Pokierowałam go na białą
kozetkę. Usiadł sztywno, wciskając pięści w kolana. Widziałam go
pierwszy raz w życiu i nie miałam pojęcia, co wywołało u niego stan
katatoniczny. Siedział tuż obok, jego ból był niemal namacalny, a jednocześnie jakby on sam przebywał, zagubiony, gdzieś naprawdę daleko
stąd. Wydawało się, że nie widzi nawet Tess, mojego srebrnego pudla,
suczki, która stała na baczność obok mojego biurka, jakby była drugą
żywą statuą w pokoju.
Wzięłam głęboki oddech i w myślach szukałam sposobu, jak rozpocząć.
Czasem pierwszą sesję zaczynam od tego, że się przedstawiam, opowiadam
trochę o sobie i podejściu, które stosuję. Czasem od razu przechodzę do
identyfikacji i analizy emocji, które przywiodły pacjenta do mojego
gabinetu. Czułam, że w przypadku Jasona najważniejsze było to, żeby nie
przytłoczyć go zbyt dużą ilością informacji ani zbyt szybko nie poprosić
o to, by się odsłonił. Był całkowicie zamknięty w sobie. Musiałam
znaleźć sposób, by zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa, tak by był
skłonny zaryzykować i ukazać mi to, czego tak pilnie strzegł w swoim
wnętrzu.
Musiałam też kontrolować system ostrzegawczy mojego ciała, tak by
poczucie zagrożenia nie przeważyło nad zdolnością niesienia pomocy.
- Jak mogę panu pomóc? - zapytałam.
Nie odpowiedział. Nie mrugnął nawet okiem. Przypominał bohatera z mitu
albo ludowej baśni, którego ktoś zamienił w kamień. Jakież zaklęcie
mogłoby go uwolnić?
- Dlaczego teraz? - kontynuowałam. To była moja tajna broń. Pytanie,
które zawsze stawiam pacjentom podczas pierwszej wizyty. Muszę się
dowiedzieć, co zmotywowało ich do zmiany. Dlaczego właśnie dzisiaj chcą
zacząć ze mną pracować? Czym różni się ten dzień od wczorajszego albo od
ubiegłego tygodnia lub ubiegłego roku? Czym różni się dziś od jutra?
Czasem pcha nas ból, a czasem przyciąga nadzieja. "Dlaczego teraz?" nie
jest zwykłym pytaniem - to pytanie o wszystko.
Jedno z jego oczu szybko się zamknęło. Ale nic nie odpowiedział.
- Proszę mi powiedzieć, dlaczego pan tu jest - zachęciłam go raz
jeszcze.
Ale on dalej nic nie mówił.
Moje ciało spięło się pod falą niepewności i świadomości, w jak
delikatnym i ważnym punkcie się znaleźliśmy - dwoje ludzi, twarzą w twarz, oboje wrażliwi, oboje podejmujący ryzyko wysiłku nazwania swojego
bólu i znalezienia na niego remedium. Jason nie przyszedł z oficjalnym
skierowaniem. Najwyraźniej wybrał się do mojego gabinetu sam, z własnego
wyboru. Wiem jednak z doświadczenia - i klinicznego, i osobistego - że
nawet jeśli ktoś postanowi się wyleczyć, mimo to może nadal przez lata
pozostać skamieniały.
Wziąwszy pod uwagę powagę jego symptomów, gdyby nie udało mi się do
niego dotrzeć, jedyną alternatywą byłoby polecenie go mojemu koledze po
fachu, głównemu psychiatrze w William Beaumont Army Medical Center,
gdzie robiłam doktorat. Dr Harold Kolmer zdiagnozowałby u niego
katatonię, zamknął go w szpitalu i prawdopodobnie przepisał jakiś lek
przeciwpsychotyczny, na przykład Haldol. Wyobraziłam sobie Jasona w szpitalnej koszuli nocnej, z tym jego przeszklonym wzrokiem, z ciałem
już teraz tak spiętym, szarpanym spazmami mięśni, będących często
skutkiem ubocznym leków na psychozę. Polegam bez zastrzeżeń na wiedzy
moich kolegów psychiatrów i jestem wdzięczna za leki ratujące życie. Nie
lubię jednak od razu przechodzić do hospitalizacji, jeśli istnieje
najmniejsza szansa powodzenia terapii. Obawiałam się, że jeśli
zarekomenduję hospitalizację, Jason zmieni jeden typ odrętwienia na
inny, skamieniałe członki na bezwolne ruchy dyskinezy - nieskoordynowany
taniec powtarzanych tików i ruchów, gdy układ nerwowy wysyła sygnał
ruchu do ciała bez pozwolenia mózgu. Jego ból, niezależnie od przyczyny,
może i dałby się uśmierzyć lekami, ale to nie załatwiłoby sprawy. Może
poczułby się lepiej albo po prostu czuł mniej - ten stan często mylimy z poprawą samopoczucia - ale nie zostałby wyleczony.
"Co teraz?" - zastanawiałam się, gdy w ciężkiej ciszy ciągnęły się
kolejne minuty, a Jason siedział nieruchomo na mojej kozetce. Z własnego
wyboru, a jednak wciąż uwięziony. Miałam tylko godzinę. Jedną szansę.
Czy uda mi się do niego dotrzeć? Czy potrafię zdusić w nim skłonność do
użycia przemocy, którą wyczuwałam równie silnie jak podmuch klimatyzacji
na skórze? Czy potrafię pomóc mu dostrzec, że niezależnie od jego
problemów czy rodzaju bólu, już teraz trzyma w ręku klucz do własnej
wolności? Nie mogłam wówczas wiedzieć, że gdyby nie udało mi się właśnie
tego dnia nawiązać kontaktu z Jasonem, czekałby go los znacznie gorszy
niż szpital, a mianowicie życie w prawdziwym więzieniu, prawdopodobnie z wyrokiem kary śmierci. Wtedy wiedziałam tylko, że muszę spróbować.
Obserwując Jasona, byłam przekonana, że nie dotrę do niego, posługując
się językiem uczuć. Potrzebowałam języka, w którym wojskowy czuje się
znacznie wygodniej, który jest mu o wiele lepiej znany. Będę wydawać
rozkazy. Czułam, że jedyną nadzieją na odblokowanie tego mężczyzny jest
pobudzenie obiegu krwi w jego ciele.
- Idziemy na spacer - powiedziałam. Nie poprosiłam. Rozkazałam. -
Kapitanie, bierzemy Tess do parku - teraz.
Jason przez chwilę wyglądał na spanikowanego. Oto obcy człowiek, kobieta
mówiąca z wyraźnym węgierskim akcentem, mówi mu, co ma robić. Widziałam,
jak się rozgląda i zastanawia: "Jak można stąd uciec?". Ale to był dobry
żołnierz. Wstał.
- Tak jest, proszę pani - powiedział. - Tak, proszę pani.
Wkrótce udało mi się odkryć źródło traumy Jasona, a on zrozumiał, że,
mimo oczywistych różnic między nami, mieliśmy ze sobą wiele wspólnego.
Oboje wiedzieliśmy, co to przemoc. I oboje wiedzieliśmy, jak to jest być
skamieniałym. Ja również nosiłam w sobie ranę, żal tak głęboki, że przez
wiele lat nie byłam w stanie o nim mówić, z nikim.
Moja przeszłość wciąż mnie prześladowała - niepokojące, przyprawiające o zawrót głowy uczucie za każdym razem, gdy słyszałam syreny, ciężkie
kroki albo krzyczących mężczyzn. To właśnie, jak się dowiedziałam, jest
trauma: niemal ciągłe wrażenie, że coś jest nie tak albo że stanie się
coś strasznego, odruchowy strach w ciele, każący mi uciekać, szukać
schronienia, schować się przed atakującym zewsząd niebezpieczeństwem.
Moja trauma wciąż potrafi się obudzić pod wpływem nieistotnych bodźców.
Nagły widok czegoś, jakiś szczególny zapach, potrafią zabrać mnie z powrotem do przeszłości. Kiedy poznałam kapitana Fullera, minęło ponad
trzydzieści lat od chwili, gdy zostałam wyzwolona z obozu zagłady. Dziś
od tamtych dni dzieli mnie ponad siedemdziesiąt lat. Nie da się
zapomnieć ani zmienić tego, co się stało. Jednak z czasem zrozumiałam,
że mogę wybrać, jak reagować na przeszłość. Mogę być załamana albo mogę
mieć nadzieję - mogę być w depresji albo mogę być szczęśliwa. Zawsze
mamy wybór, szansę przejęcia kontroli. "Jestem tutaj, to jest teraz" -
nauczyłam się powtarzać sobie, dopóki uczucie paniki nie zaczynało
ustępować.
Zdroworozsądkowa mądrość głosi, że jeśli coś cię męczy albo wywołuje
lęk, po prostu powinieneś odwrócić głowę. Nie analizuj tego. Nie
zapuszczaj się tam. Dlatego uciekamy od traum i nieszczęść z przeszłości
albo od aktualnych niedogodności czy konfliktów. Przez dużą część
dorosłego życia byłam przekonana, że warunkiem przetrwania w teraźniejszości jest trzymanie przeszłości na dystans, odcięcie się od
niej. W pierwszych latach życia jako imigrantka w Baltimore, w latach
50. XX wieku, nie wiedziałam, jak wymawia się Auschwitz po angielsku.
Nawet gdybym wiedziała, nie chciałabym nikomu mówić, że tam byłam. Nie
chciałam litości. Nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział.
Chciałam po prostu być prawdziwą Amerykanką. Mówić po angielsku bez
akcentu. Ukryć się przed przeszłością. Pragnąc zbudować poczucie
przynależności, bojąc się, że przeszłość mnie pochłonie, wkładałam sporo
wysiłku w ukrywanie bólu. Nie wiedziałam jeszcze, że moje milczenie i potrzeba akceptacji, zakorzenione w strachu, były sposobem ucieczki od
siebie samej. Że decydując się na to, by przez dziesięciolecia po tym,
jak skończyło się rzeczywiste więzienie, nie spojrzeć w twarz
przeszłości i sobie samej, wciąż wybierałam zniewolenie. Miałam swój
sekret, a on miał mnie.
Kapitan w stanie katatonii, siedzący bez ruchu na mojej kozetce,
przypomniał mi to, co w końcu udało mi się odkryć: że gdy na siłę
ukrywamy nasze prawdy i nasze opowieści, to te sekrety same w sobie mogą
stać się traumami, naszym własnym więzieniem. Gdy odmawiamy sobie
możliwości zaakceptowania źródeł bólu, nie uśmierzamy go. Jest nam tylko
trudniej się od niego wyzwolić, jakby strzegły go ceglane mury i stalowe
pręty. Jeśli nie pozwolimy sobie na opłakanie naszych strat, ran i rozczarowań, będziemy skazani na ciągłe ich przeżywanie.
Wolność to umiejętność zmierzenia się z tym, co się stało. Wolność
oznacza, że zbieramy się na odwagę, by zburzyć więzienie, cegła po
cegle.
Obawiam się, że złe rzeczy zdarzają się wszystkim. Tego nie zmienimy.
Spójrzcie na swój akt urodzenia - czy jest tam napisane, że życie będzie
proste? Nie jest. Tak wielu z nas pozostaje jednak w pułapce traumy czy
smutku, nie potrafimy w pełni doświadczać życia. To możemy zmienić.
Niedawno, czekając na lot powrotny do domu do San Diego, siedziałam na
lotnisku Kennedy'ego i przypatrywałam się twarzom przechodzących obok
mnie nieznajomych. To, co ujrzałam, głęboko mnie poruszyło. Zobaczyłam
nudę, gniew, napięcie, zmartwienie, zagubienie, zniechęcenie,
rozczarowanie, smutek i, co najbardziej niepokojące, pustkę. Ogromnie
zasmuciło mnie to, że widziałam tak niewiele radości i śmiechu. Nawet
najnudniejsze chwile w życiu są szansą na doświadczenie nadziei, pogody
ducha, szczęścia. Prozaiczne życie to przecież też życie. Tak samo jak
życie bolesne i życie stresujące. Dlaczego tak często trudno nam czuć,
że żyjemy, albo dlaczego sami dystansujemy się od życia pełnią życia?
Dlaczego ożywienie życia jest dla nas tak dużym wyzwaniem?
Jeśli ktoś spyta mnie o najczęstszą diagnozę osób, które leczę, nie
odpowiem, że to depresja czy stres pourazowy, choć dolegliwości te
zdarzały się aż nazbyt często wśród tych, których znałam, kochałam i prowadziłam ku wolności. Odpowiem, że tym, co nam najczęściej doskwiera,
jest głód. Jesteśmy głodni. Głodni akceptacji, uwagi, uczuć. Głodni
wolności życia w pełni, głodni poznania siebie samych naprawdę i głodni
tego, by być sobą.
Moje własne poszukiwania wolności i lata doświadczeń jako psycholożki
klinicznej nauczyły mnie, że cierpienie jest zjawiskiem powszechnym. Ale
bycie ofiarą to kwestia wyboru. Istnieje różnica między opresją a syndromem ofiary. W pewnym momencie życia niewątpliwie dotknie nas jakaś
przypadłość, nieszczęście lub ktoś nas wykorzysta; będzie to spowodowane
przez okoliczności, ludzi czy instytucje, nad którymi nie mamy żadnej
kontroli lub mamy jej niewiele. Takie jest życie. Stajemy się ofiarą
zjawisk i sytuacji, które pochodzą z zewnątrz. To może być prześladowca
z podwórka, wściekający się szef, małżonek, który bije, niewierna
kochanka, dyskryminujące przepisy i wypadek, na skutek którego
wylądujemy w szpitalu.
W przeciwieństwie do tego syndrom ofiary ma źródła wewnątrz nas. Nikt
inny nie zrobi z człowieka ofiary - tylko on sam. Stajemy się ofiarami
nie dlatego, że coś nam się przydarza, ale dlatego, że chcemy nimi być.
Rozwijamy w sobie mentalność ofiary - sposób myślenia, który jest
sztywny, który szuka winnych, jest pesymistyczny, tkwi w przeszłości,
który nie wybacza, jest odwetowy i nie ma zdrowych ograniczeń czy
barier. Gdy decydujemy się na pozostanie w granicach umysłowości ofiary,
stajemy się swoimi własnymi strażnikami więziennymi.
Chcę powiedzieć wyraźnie jedną rzecz. Mówiąc o ofiarach i ocalałych, nie
winię ofiar, gdyż wiele spośród nich nie miało żadnych szans. Nigdy nie
mogłabym obwiniać tych, których wysłano prosto do komór gazowych, albo
tych, którzy umarli na swoich pryczach, a nawet tych, którzy rzucili się
na ogrodzenia z drutu kolczastego pod napięciem. Opłakuję wszystkich
ludzi skazanych na przemoc i wyniszczenie. Żyję po to, by w obliczu
trudów życia pokierować pozostałych ku wzmocnieniu.
Chcę również powiedzieć, że nie istnieje hierarchia cierpienia. Nic nie
uczyni mojego bólu gorszym czy lepszym od waszego, nie ma wykresu, na
którym możemy zaznaczyć ważność jednego smutku względem innego. Ludzie
mówią do mnie: "Jest mi obecnie dość ciężko w życiu, ale nie mam prawa
się skarżyć - to przecież nie Auschwitz".
Tego rodzaju porównania mogą sprawić, że będziemy pomniejszać własne
cierpienie. Bycie ocalałym, "żyjącym w pełni", wymaga całkowitej
akceptacji tego, co było, i tego, co jest. Jeśli pomniejszamy nasz ból
albo karzemy siebie za to, że czujemy się zagubieni, osamotnieni albo
przestraszeni wyzwaniami życia, nawet jeśli komuś innemu mogą się one
wydać całkowicie nieistotne, to wówczas dokonujemy wyboru, by pozostać
ofiarą. Nie dostrzegamy własnych decyzji. Oceniamy siebie samych. Nie
chcę, żebyście po wysłuchaniu mojej historii powiedzieli: "Moje
cierpienie jest mniej istotne".
Chcę, żebyście poznali moją historię i powiedzieli: "Jeśli ona dała
radę, to ja też mogę!".
Pewnego ranka przyjęłam dwie pacjentki, jedną po drugiej. Obie były
matkami po czterdziestce. Córka pierwszej z nich umierała na hemofilię.
Przez większą część wizyty kobieta płakała, pytając Boga, dlaczego
zabiera jej dziecko. Było mi jej bardzo żal - poświęciła się całkowicie
opiece nad córką i czuła się po prostu zdruzgotana nieuchronnie
zbliżającą się stratą. Była wściekła, zrozpaczona i nie była wcale
pewna, czy da radę przetrwać ten ból.
Kolejna pacjentka przyszła do mnie nie prosto ze szpitala, lecz z klubu
golfowego. Była rozżalona, bo właśnie dostarczono jej nowego cadillaca,
który był w nie takim, jak miał być, odcieniu żółci. Jej problem wydawał
się na pozór błahy, zwłaszcza w porównaniu z cierpieniem mojej
poprzedniej pacjentki, której dziecko umierało. Wiedziałam o niej jednak
na tyle dużo, żeby zrozumieć, że łzy rozczarowania z powodu koloru
samochodu były tak naprawdę łzami rozczarowania z powodu ważniejszych
spraw w jej życiu, które nie poszły tak, jak chciała - małżeństwa, w którym była samotna; syna, którego wyrzucono z kolejnej szkoły;
aspiracji do kariery, którą porzuciła, żeby być do dyspozycji męża i dziecka. Małe niepokoje w naszym życiu często odzwierciedlają większe
straty. Na pozór nieznaczące zmartwienia są wyrazem głębszego bólu.
Tamtego dnia uzmysłowiłam sobie, jak wiele wspólnego mają te dwie
pacjentki, które wydawały się tak od siebie różne - jak wiele wspólnego
mają ze sobą i ze wszystkimi ludźmi. Obie reagowały na sytuację, nad
którą nie miały kontroli, a która całkowicie rozminęła się z ich
oczekiwaniami. Obie cierpiały, bo zdarzyło się nie to, czego pragnęły.
Próbowały pogodzić to, co było, z tym, co powinno było być. Ból każdej z nich był prawdziwy. Każda z kobiet była w środku ludzkiego dramatu -
wielu z nas znajduje się w sytuacjach, których się nie spodziewaliśmy, i nie czujemy się gotowi, by sobie z nimi poradzić. Obie zasługiwały na
moje współczucie. Obie miały potencjał, by się wyleczyć. Obie kobiety,
tak jak każdy z nas, miały wybór postawy i działania, które mogły
zmienić je z ofiar w ocalałe, nawet jeśli okoliczności, z którymi się
zmagały, nie ulegną zmianie. Ocalali nie mają czasu pytać: dlaczego ja?
Dla ocalałych jedynym istotnym pytaniem jest: co teraz?
Niezależnie od tego, czy przeżywacie właśnie świt, południe, czy też
późny wieczór życia, czy wiecie, co to głębokie cierpienie, czy też
dopiero od niedawna zaczynacie zmagać się z losem, czy pierwszy raz się
zakochujecie, czy też tracicie partnera, który umiera ze starości, czy
dochodzicie do siebie po czymś, co zmieniło wasz bieg życia, czy też
szukacie małej poprawy, która mogłaby wnieść nieco więcej radości do
waszego życia, bardzo chciałabym wam pomóc odkryć, jak uciec z obozu
koncentracyjnego waszego własnego umysłu i jak stać się osobą, którą
zamierzaliście być. Chciałabym wam pomóc doświadczyć wolności od
przeszłości, wolności od porażek i obaw, wolności od gniewu i błędów,
wolności od żalu i nieprzepracowanej żałoby, a także wolności do
cieszenia się pełną, bogatą ucztą życia. Nie mamy możliwości wyboru
życia bez cierpienia. Ale możemy wybrać wolność, uwolnić się od
przeszłości, niezależnie od tego, co nam się przydarza, i chwytać to, co
możliwe. Zapraszam was do podjęcia decyzji o wyborze wolności.
Tak jak chałka, którą moja matka piekła na piątkową kolację, książka ta
ma trzy pasma: moją opowieść o przetrwaniu, moją opowieść o odzyskiwaniu
zdrowia i opowieści o wspaniałych ludziach, których miałam zaszczyt
prowadzić na drodze do wolności. Przekazałam tu moje doświadczenia
zgodnie z tym, co pamiętam. Opowieści o pacjentach dokładnie
odzwierciedlają jądro ich doświadczeń, zmieniłam jednak wszystkie
nazwiska i szczegóły dotyczące tożsamości, a w niektórych przypadkach
stworzyłam postaci złożone z doświadczeń kilku pacjentów stojących w obliczu podobnych wyzwań. Cała książka jest opowieścią o wyborach, tych
dużych i tych małych, wyborach, które mogą prowadzić nas od traumy do
triumfu, od mroku do światła, z więzienia ku wolności.
Rozdział 1
Cztery pytania
Gdybym miała sprowadzić całe moje życie do jednej chwili, jednego
obrazu, to wygląda on tak: trzy kobiety w ciemnych wełnianych płaszczach
czekają, trzymając się pod ręce, stojąc na wydeptanej ziemi dziedzińca.
Są wykończone. Mają zakurzone buty. Stoją w długiej kolejce.
Te trzy kobiety to moja matka, moja siostra Magda i ja. To nasza
ostatnia wspólna chwila. Nie wiemy o tym. Nie chcemy w ogóle brać tego
pod uwagę. A może jesteśmy zbyt zmęczone, by w ogóle zastanawiać się nad
tym, co nas czeka. To moment oddzielenia - matki od córek,
dotychczasowego życia od tego, które nadejdzie. A jednak dopiero z perspektywy czasu można nadać mu to znaczenie.
Widzę nas trzy od tyłu, jakbym była następna w kolejce. Dlaczego noszę w pamięci tył głowy matki, a nie jej twarz? Długie włosy ma misternie
splecione i spięte na czubku głowy. Jasnobrązowe loki Magdy sięgają jej
ramion. Moje ciemne włosy schowane są pod szalem. Matka stoi w środku, a Magda i ja pochylamy się w jej stronę. Nie da się stwierdzić, czy to my
podtrzymujemy ją w pozycji pionowej, czy też jest odwrotnie, to jej siła
jest filarem wspierającym Magdę i mnie.
Ten moment to próg, po przekroczeniu którego doznałam w życiu ogromnych
strat. Przez siedemdziesiąt lat wciąż od nowa wracałam do tego obrazu
naszych trzech postaci. Badałam go, tak jakbym przy wystarczająco
dokładnej analizie mogła odzyskać coś cennego. Jakbym mogła odzyskać
życie sprzed tamtej chwili, życie poprzedzające stratę. Jakby to było
możliwe.
Wracam, żeby pozostać chwilę dłużej w tamtym czasie, gdy trzymamy się
pod ręce i przynależymy do siebie. Widzę nasze pochylone ramiona. Kurz
pokrywający skraje naszych płaszczy. Moja matka. Moja siostra. Ja.
Wspomnienia z dzieciństwa to często migawki, krótkie chwile czy
spotkania, które, zebrane razem, tworzą album z wycinkami z naszego
życia. To wszystko, co mamy, żeby zrozumieć opowieść, którą pragniemy
sobie samym opowiedzieć o tym, kim jesteśmy.
Moje najintymniejsze wspomnienie o matce, też z czasu, zanim nas
rozdzielono, choć je pielęgnuję, jest pełne smutku i poczucia straty.
Jesteśmy same w kuchni, ona owija resztki strucli, którą wcześniej
upiekła - widziałam, jak formowała ciasto ręką i układała niczym ciężkie
płótno na stole w jadalni.
- Poczytaj mi - mówi, a ja przynoszę z jej stolika nocnego zaczytany
egzemplarz Przeminęło z wiatrem. Już raz kiedyś go przeczytałyśmy.
Teraz zaczynamy od początku. Zatrzymuję się na tajemniczym napisie, po
angielsku, na stronie tytułowej tłumaczenia. To pismo odręczne
mężczyzny, ale nie mojego ojca. Matka powiedziała tylko, że książka była
prezentem od człowieka, którego poznała, kiedy pracowała w ministerstwie
spraw zagranicznych, zanim spotkała ojca.
Siedzimy na krzesłach przy piecyku. Choć mam dopiero dziewięć lat, tę
powieść dla dorosłych czytam płynnie.
- Cieszę się, że jesteś mądra, bo urodą nie grzeszysz - powtarzała mi
matka, łącząc komplement z krytyką. Czasem jest dla mnie surowa. Ale
doceniam tę chwilę. Gdy razem czytamy, nie muszę się nią z nikim
dzielić. Zagłębiam się w słowach, opowieści i uczuciu, że jestem z nią
sama na całym świecie. Pod koniec wojny Scarlett wraca do Tary, gdzie
dowiaduje się, że jej matka nie żyje, a ojciec pogrążony jest w żałobie.
"Bóg mi świadkiem - mówi Scarlett - że nigdy więcej głodna nie
będę"3. Moja matka zamyka oczy i opiera głowę o oparcie krzesła.
Chcę jej usiąść na kolanach. Chcę oprzeć głowę na jej piersi. Chcę, żeby
ustami dotknęła moich włosów.
- Tara... - mówi. - Ameryka. To miejsce, które warto zobaczyć.
Chciałabym, żeby moje imię wypowiadała z takim samym uczuciem, z jakim
wymawia nazwę kraju, w którym nigdy nie była. Wszystkie zapachy kuchni
mojej matki to dla mnie dramatyczne połączenie głodu i uczty - zawsze,
nawet podczas uczty, pojawia się tęsknota. Nie wiem, czy jest jej, czy
moja, czy też nasza wspólna.
Siedzimy, a między nami płonie ogień.
- Kiedy byłam w twoim wieku... - zaczyna.
Teraz, gdy mówi, boję się poruszyć; boję się, że jeśli to zrobię, ona
zamilknie.
- Kiedy byłam w twoim wieku, młodsze rodzeństwo spało razem, a ja i matka spałyśmy w jednym łóżku. Pewnego ranka obudziłam się, bo wołał
mnie ojciec: "Ilonka, obudź matkę, nie zrobiła jeszcze śniadania i nie
przygotowała mi ubrania". Odwróciłam się do leżącej obok mnie pod kołdrą
matki. Ale ona się nie ruszała. Nie żyła.
Nigdy wcześniej mi tego nie opowiadała. Chcę poznać każdy szczegół tej
chwili, gdy córka budzi się obok matki, którą właśnie straciła.
Jednocześnie pragnę odwrócić wzrok. Myślenie o tym jest zbyt
przerażające.
- Tamtego popołudnia, gdy ją pochowali, myślałam, że złożyli ją do ziemi
żywą. Wieczorem ojciec powiedział, żebym przygotowała rodzinną kolację.
Tak też zrobiłam.
Chcę usłyszeć dalszy ciąg tej historii. Czekam na morał, który pojawi
się na koniec, albo na pocieszenie.
- Czas spać - mówi tylko matka. Pochyla się, by zebrać popiół spod
piecyka.
W korytarzu za naszymi drzwiami słychać kroki. Czuję zapach tytoniu
ojca, jeszcze zanim słyszę brzęk kluczy w zamku.
- Drogie panie - woła - jeszcze nie śpicie?
Wchodzi do kuchni w swoich błyszczących butach i eleganckim garniturze,
z szerokim uśmiechem i małym woreczkiem w dłoni. Wręcza mi go i głośno
całuje mnie w czoło.
- Znów wygrałem - chwali się.
Zawsze gdy gra z przyjaciółmi w karty lub bilard, dzieli się ze mną
wygraną. Dziś przyniósł ciasteczko z różowym wzorkiem. Gdybym była moją
siostrą Magdą, matka, która zawsze martwi się jej wagą, wyrwałaby mi
łakoć, ale w moją stronę kiwa głową, pozwalając mi zjeść ciastko.
Teraz stoi, rusza od piecyka w kierunku zlewu. Ojciec zatrzymuje ją,
podnosi jej dłoń, by okręcić ją wokół siebie - matka pozwala mu to
zrobić, ale jest przy tym sztywna i się nie uśmiecha. Ojciec przyciąga
ją, obejmuje, jedną rękę kładzie jej na plecach, drugą przykłada do
piersi. Matka odpycha go.
- Twoja matka jest mną rozczarowana - mówi ojciec półszeptem, gdy
wychodzimy z kuchni. Czy chce, żeby usłyszała, czy też jest to sekret
przeznaczony tylko dla mnie? Tak czy inaczej, zapisuję to w pamięci do
przemyślenia później. A jednak rozgoryczenie w jego głosie wywołuje we
mnie lęk.
- Co wieczór chciałaby chodzić do opery, prowadzić wykwintne życie
kosmopolitki. A ja jestem tylko zwykłym krawcem. Krawcem, który gra w bilard.
Przegrany ton głosu ojca niepokoi mnie. Ojciec jest w naszym mieście
dobrze znany i lubiany. Zabawny, uśmiechnięty, pełen życia, zawsze
wydaje się w dobrym nastroju. W jego towarzystwie jest wesoło. Spotyka
się z licznymi przyjaciółmi. Uwielbia jeść (zwłaszcza szynkę; czasem
przemyca ją do naszego koszernego gospodarstwa domowego i zjada nad
gazetą, w którą była zawinięta, wpychając mi do ust kawałki zabronionej
wieprzowiny i znosząc oskarżenia matki, że kiepski z niego wzór do
naśladowania). Jego zakład krawiecki zdobył dwa złote medale. Nie jest
zwykłym rzemieślnikiem, który szyje równe szwy i dokonuje prostych
przeróbek. Jest mistrzem krawiectwa. Tak poznał matkę - przyszła do jego
zakładu, bo potrzebowała sukni, a on cieszył się wielką renomą. Pragnął
zostać lekarzem, nie krawcem, lecz ojciec mu to odradził, i to
rozczarowanie sobą samym czasem powraca.
- Nie jesteś zwyczajnym krawcem, tato - zapewniam go. - Jesteś
najlepszym krawcem!
- A ty będziesz najlepiej ubraną panną w całych Koszycach - mówi,
klepiąc mnie po głowie. - Masz świetną figurę, ubrania dobrze na tobie
leżą.
Wydaje się, że się pozbierał. Zepchnął swoje rozczarowanie z powrotem w cień. Dochodzimy do drzwi sypialni, którą dzielę z Magdą i naszą średnią
siostrą Klarą. Tam widzę Magdę; udaje, że odrabia zadanie domowe, a Klara wyciera kalafonię ze swoich skrzypiec. Przez chwilę stoimy z ojcem
przy drzwiach, żadne z nas nie chce jeszcze odejść.
- Wiesz, chciałem, żebyś była chłopcem - mówi ojciec. - Gdy się
urodziłaś, to trzasnąłem drzwiami, taki byłem wściekły, że mam kolejną
córkę. Ale teraz tylko z tobą mogę porozmawiać. - Całuje mnie w czoło.
Uwielbiam, gdy ojciec obdarza mnie uwagą. Tak jak w przypadku matki,
jest ona cenna... ale i nietrwała. Jakby to, czy jestem warta ich miłości,
miało mniejszy związek ze mną samą, a większy z ich samotnością. Jakby
moja tożsamość nie wynikała z tego, kim jestem czy co mam, a była
jedynie miarą tego, czego brakuje każdemu z moich rodziców.
- Dobranoc, Dicuka - mówi w końcu ojciec. Używa imienia, które wymyśliła
dla mnie matka. Dicu-ka. Te nic nieznaczące sylaby brzmią przyjemnie w moich uszach.
- Powiedz siostrom, że czas gasić światło.
Gdy wchodzę do pokoju, Magda i Klara witają mnie piosenką, którą dla
mnie ułożyły. Wymyśliły ją, kiedy miałam trzy latka i na skutek źle
wykonanego zabiegu zaczęło mi zezować jedno oko.
- Jesteś taka brzydka, wątła taka - śpiewają. - Męża nigdy nie
znajdziesz.
Od tamtego wypadku, chodząc, opuszczam głowę, żeby nie widzieć, jak ktoś
patrzy na moją zniekształconą twarz. Nie wiem jeszcze, że problem nie
polega na tym, iż siostry prześladują mnie złośliwą piosenką, ale na
tym, że im wierzę. Jestem tak przekonana o tym, że jestem gorsza, iż
nigdy nie przedstawiam się ludziom z imienia. Nigdy nie mówię: jestem
Edie. Klara jest cudownym dzieckiem skrzypiec. Gdy miała pięć lat,
nauczyła się grać koncert skrzypcowy Mendelssohna. Jestem siostrą Klary
- mówię.
Ale dzisiaj dowiedziałam się czegoś szczególnego.
- Mama naszej mamy umarła, kiedy mama miała dokładnie tyle lat, co ja -
mówię im. Jestem tak pewna, że tylko ja o tym wiem, iż nie przychodzi mi
do głowy, że dla moich sióstr to żadna nowina, że dowiedziałam się
ostatnia, a nie pierwsza.
- Żartujesz - mówi Magda z tak wyraźnym sarkazmem w głosie, że nawet ja
go odczytuję. Ma piętnaście lat, duży biust, zmysłowe usta, pofalowane
włosy. Gdy byłyśmy młodsze, pokazywała mi, jak wrzucać z okna naszego
pokoju winogrona do filiżanek z kawą osób siedzących na tarasie na dole.
Z jej inspiracji wkrótce wymyślę własne zabawy. Ale wtedy stawki będą
już inne. Razem z koleżanką będę podchodzić do chłopców w szkole albo na
ulicy.
- Spotkajmy się o czwartej na placu pod zegarem - będziemy do nich
świergotać, trzepocząc rzęsami. Oni przyjdą, zawsze będą przychodzić,
czasem oszołomieni, czasem nieśmiali, czasem pewni siebie, pełni
oczekiwań. W bezpiecznym punkcie obserwacyjnym - w moim pokoju - moja
przyjaciółka i ja będziemy stać w oknie i patrzeć, jak chłopcy
nadchodzą.
- Nie drocz się tak - rzuca teraz Klara do Magdy. Jest od niej młodsza,
ale wtrąca się, by mnie ochronić.
- To zdjęcie, które wisi nad pianinem, wiesz które? - zwraca się do
mnie. - To, do którego mama zawsze mówi. Jest na nim jej matka.
Znam zdjęcie, o którym mówi. Patrzę na nie codziennie, odkąd się
urodziłam.
- Pomóż mi, pomóż - szepcze matka w stronę portretu, odkurzając pianino
czy wycierając podłogę. Czuję zakłopotanie, ponieważ nigdy nie zapytałam
matki ani nikogo innego, kto jest na tym zdjęciu. Jestem rozczarowana,
że informacja, którą posiadłam, nie nadaje mi specjalnego statusu u sióstr.
Jestem przyzwyczajona do bycia tą cichą, niewidzialną siostrą. Nie zdaję
sobie sprawy, że Magda może mieć dosyć grania roli klauna, a Klara może
nie znosić bycia cudownym dzieckiem. Ani na sekundę nie wolno jej
przestać być niezwykłą, inaczej może wszystko stracić - podziw, do
którego przywykła, całą swoją tożsamość. Magda i ja musimy pracować, by
coś dostać, i nigdy nie mamy pewności, że będzie tego wystarczająco
dużo. Klara musi się martwić, że w każdej chwili może popełnić
kardynalny błąd i straci wszystko. Gra na skrzypcach od trzeciego roku
życia, odkąd jestem na świecie. Dopiero znacznie później uświadomię
sobie, jakim kosztem osiągnęła swój sukces - zrezygnowała z dzieciństwa.
Nigdy nie widziałam, żeby bawiła się lalkami. Zamiast tego stała przy
otwartym oknie, gdzie ćwiczyła grę na skrzypcach, i dopóty nie osiągnęła
satysfakcji, dopóki nie przyciągnęła uwagi przechodniów, którzy stawali
się świadkami jej talentu.
- Czy mama kocha tatę? - pytam teraz sióstr. Dystans między rodzicami,
smutne wyznania, które od nich usłyszałam, przypominają mi, że nigdy nie
widziałam, aby się wystroili i razem gdzieś wyszli.
- Co to za pytanie? - mówi Klara. Choć zaprzecza moim wątpliwościom,
wydaje mi się, że w jej oczach widzę nić porozumienia. Nigdy więcej o tym nie porozmawiamy, choć ja będę próbować. Całe lata zajmie mi
zrozumienie tego, co moje siostry muszą już wiedzieć - że to, co
nazywamy miłością, jest często czymś warunkowym, nagrodą za dobre
wykonanie tego, na co się umawiacie.
Gdy zakładamy koszule nocne i kładziemy się do łóżka, odwracam myśli od
martwienia się o rodziców i kieruję je na mojego nauczyciela baletu i jego żonę, na uczucie, którego doznaję, gdy przeskakując po dwa lub trzy
schodki naraz, wbiegam do studia, zrzucam szkolne ubrania i zakładam
trykot oraz rajstopy. Uczę się baletu, odkąd skończyłam pięć lat, a matka zorientowała się, że nie jestem muzykiem i mam inny talent.
Właśnie dzisiaj ćwiczyliśmy szpagat. Nasz baletmistrz przypomniał nam,
że siła i elastyczność są nierozerwalne, że aby jeden mięsień mógł się
napiąć, drugi musi się rozprężyć. Aby dojść do rozciągłości i gibkości,
musimy mieć silny kręgosłup.
Instrukcje te przechowuję w głowie jak modlitwę. Schodzę w dół,
kręgosłup prosty, mięśnie brzucha napięte, nogi rozciągają się na
zewnątrz. Wiem, jak oddychać, zwłaszcza gdy czuję, że utknęłam. Widzę
moje ciało rozciągające się jak struny na skrzypcach mojej siostry,
odnajdujące dokładnie miejsce napięcia, dzięki któremu gra cały
instrument. I jestem na dole. W pełnym szpagacie. Udało się.
- Brawo! - Mój mistrz klaszcze w dłonie. - Nie zmieniaj pozycji. -
Podnosi mnie z podłogi ponad swoją głowę. Trudno jest utrzymać nogi
całkowicie wyprostowane bez podłoża, na którym można się oprzeć, ale
przez chwilę czuję się jak złożona w ofierze. Czuję się jak czyste
światło.
- Editke - mówi nauczyciel - wszelka ekstaza w twoim życiu będzie się
brała z wnętrza.
Wiele lat minie, zanim w pełni zrozumiem, co ma na myśli. Teraz wiem
tylko, że umiem oddychać, obracać się, robić wyrzuty i skłony. Gdy moje
mięśnie rozciągają się i wzmacniają, każdy ruch, każda poza zdaje się
wołać: "To ja, to ja, to ja. Jestem mną. Jestem kimś".
Pamięć to święta ziemia. Ale zarazem udręczona. To miejsce, w którym
gniew, wina i smutek krążą niczym wygłodniałe ptaki wygrzebujące resztki
wciąż z tych samych starych kości. To miejsce, dokąd się udaję w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, na które nie ma odpowiedzi: dlaczego
ocalałam?
Mam siedem lat, moi rodzice urządzają wieczorne przyjęcie. Wysyłają
mnie, żebym napełniła dzbanek wodą. Z kuchni słyszę, jak żartują:
- Ją mogliśmy sobie darować.
Myślę, że chcą powiedzieć, że zanim się pojawiłam, rodzina była już
kompletna. Mieli córkę, która grała na pianinie, i drugą, która grała na
skrzypcach. Ja jestem niepotrzebna, niewystarczająco dobra, nie ma dla
mnie miejsca, tak myślę. W taki właśnie sposób błędnie interpretujemy
fakty z naszego życia, czynimy założenia i nie sprawdzamy ich; tak
wymyślamy sobie jakąś historię, którą następnie powtarzamy, wzmacniając
te elementy we własnym wnętrzu, o których istnieniu już jesteśmy
przekonani.
Pewnego dnia, gdy mam osiem lat, postanawiam uciec. Sprawdzę, czy to
prawda, że jestem zbędna, niewidzialna. Zobaczę, czy moi rodzice w ogóle
zauważą, że mnie nie ma. Zamiast iść do szkoły, wsiadam do trolejbusu,
który jedzie do moich dziadków. Wierzę, że oni - ojciec i macocha mojej
matki - ukryją mnie u siebie. Toczą niekończące się boje z matką, stając
po stronie Magdy, i wkładają ciasteczka do szuflady jej szafy. Czuję się
z nimi bezpiecznie, choć pozwalają na rzeczy zakazane. Trzymają się za
ręce, moi rodzice nigdy tego nie robią. W ich miłości nie ma nic na
pokaz, nie trzeba niczego udawać, żeby wkraść się w ich łaski. Są
uosobieniem komfortu - zapach antrykotu i pieczonej fasoli, chałki,
czulentu, gęstego gulaszu, który babcia niesie w szabas do piekarni,
żeby tam go upiec, gdyż zgodnie z ortodoksyjną praktyką nie wolno wtedy
korzystać z własnego pieca.
Dziadkowie bardzo się cieszą na mój widok. To cudowny poranek. Siedzę w kuchni, jem orzechowe bułeczki. Ale potem rozlega się dzwonek u drzwi.
Mój dziadek idzie otworzyć. Chwilę później szybkim krokiem wchodzi do
kuchni. Ma problemy ze słuchem, dlatego słowa ostrzeżenia wypowiada zbyt
głośno.
- Chowaj się, Dicuka! - krzyczy. - Twoja matka tu jest!
Próbując mnie ochronić, wydaje mnie.
Najbardziej uderza mnie wyraz twarzy mojej matki w momencie, gdy zauważa
mnie w kuchni dziadków. Nie jest po prostu zaskoczona, że tam jestem,
ale wygląda, jakby zaskoczył ją w ogóle fakt mojego istnienia. Jakbym
nie była tym kimś, kim chciałaby czy oczekiwała, bym była.
Nigdy nie będę piękna. Matka postawiła tę sprawę jasno, ale w dziesiątym
roku mojego życia sprawia, że nie będę już musiała chować twarzy. Doktor
Klein w Budapeszcie naprawi moje zezujące oko. W pociągu jem czekoladę i cieszę się uwagą matki, którą mam na wyłączność.
- Klein jest sławny - mówi - był pierwszym, który wykonał operację na
oku bez znieczulenia.
Tak pochłonął mnie romantyzm podróży, że nie zdaję sobie sprawy, iż to
ostrzeżenie. Nigdy nie wpadłam na to, że operacja będzie boleć. Aż do
chwili, gdy zawładnął mną ból. Matka i krewni, którzy pomogli nam
nawiązać kontakt ze słynnym doktorem Kleinem, przytrzymują moje
wierzgające ciało na stole. Uczucie, że ludzie, którzy mnie kochają,
uniemożliwiają mi poruszanie się, jest gorsze niż ból, ogromny,
nieskończony. Dopiero później, długo potem, kiedy się okazało, że
operacja się udała, jestem w stanie spojrzeć na tę scenę oczami mojej
matki: jak wiele cierpienia musiało jej sprawić moje własne.
Najszczęśliwsza jestem w samotności, kiedy mogę schować się do swojego
wewnętrznego świata. Gdy mam trzynaście lat, pewnego ranka w drodze do
szkoły, prywatnego gimnazjum, ćwiczę kroki do układu Nad pięknym modrym
Dunajem, z którym moja grupa baletowa wystąpi na festiwalu nad rzeką.
Potem górę bierze kreatywność i odlatuję w nowym, własnym tańcu, w którym wyobrażam sobie, jak spotkali się moi rodzice. Odtwarzam role ich
obojga. Matka wchodzi do pokoju, ojciec błaznuje, udając niedowierzanie,
gdy ją zauważa. Ona obraca się prędzej, podskakuje wyżej. Cały łuk
mojego ciała staje się radosnym śmiechem. Nigdy nie widziałam matki
uradowanej, nigdy nie słyszałam, by śmiała się naprawdę szczerze, ale we
własnym ciele czuję nieograniczone źródło jej szczęścia.
Gdy jestem już w szkole, okazuje się, że znikły pieniądze, które dał mi
ojciec na opłacenie czesnego za cały kwartał. W tanecznym zatraceniu
musiałam je zgubić. Sprawdzam każdą kieszeń i fałdę w ubraniu, ale
pieniędzy nie ma. Przez cały dzień strach przed ujawnieniem tego ojcu
jest jak palący lód w żołądku. W domu, gdy ojciec podnosi na mnie
pięści, nie jest w stanie na mnie patrzeć. To pierwszy raz, kiedy bije
mnie czy którąkolwiek z nas. Gdy skończył, nie powiedział ani słowa. Tej
nocy, leżąc w łóżku, pragnę umrzeć, żeby ojciec musiał cierpieć z powodu
tego, co mi zrobił. A potem pragnę, żeby on umarł.
Czy te wspomnienia niosą ze sobą wyobrażenie o mojej sile? Czy też o mojej krzywdzie? Być może dzieciństwo każdego z nas jest obszarem, na
którym usiłujemy określić, na ile się liczymy, a na ile jesteśmy
nieważni; swego rodzaju mapą, na której studiujemy wymiary i granice
własnej wartości.
Być może każde życie polega na analizie rzeczy, których nie mamy, a których pragniemy, i tych, które mamy, a których wolelibyśmy nie mieć.
Wiele dziesięcioleci zabrało mi, zanim odkryłam, że mogę podejść do
własnego życia, zadając inne pytanie. Nie: dlaczego przeżyłam? Ale: co
mogę zrobić z życiem, które mi dano?
Zwykłe ludzkie dramaty mojej rodziny były dodatkowo zagmatwane z powodu
granic i wojen. Przed pierwszą wojną światową region Słowacji, w którym
się urodziłam i wychowałam, stanowił część Austro-Węgier. Dziesięć lat
przed moimi narodzinami, w 1918 roku, wojna, a potem postanowienia
traktatu wersalskiego, na nowo narysowały mapę Europy i utworzyły nowe
państwo. Czechosłowacja została sklecona z rolniczej Słowacji, kraju
mojej rodziny, który był etnicznie węgierski i słowacki; bardziej
przemysłowych obszarów Czech i Moraw, które były etnicznie czeskie; oraz
podkarpackiej Rusi, obszaru stanowiącego teraz część Ukrainy. Wraz z utworzeniem Czechosłowacji moje miasto - węgierska Kassa - przeobraziło
się w czechosłowackie Koszyce. A moja rodzina stała się podwójną
mniejszością. Byliśmy etnicznymi Węgrami mieszkającymi wśród czeskiej
większości, a do tego byliśmy Żydami.
Choć Żydzi mieszkali na Słowacji od XI wieku, dopiero w 1840 roku
pozwolono im osiedlić się w Kassie. Nawet wówczas jednak władze miasta,
przy wsparciu chrześcijańskich gildii handlowych, utrudniały życie
żydowskim rodzinom, które chciały tam osiąść. Mimo to na przełomie
wieków w Kassie funkcjonowała jedna z największych w Europie wspólnot
żydowskich. W odróżnieniu od innych państw środkowoeuropejskich, na
przykład Polski, Węgry nie izolowały Żydów (to dlatego moja rodzina
mówiła wyłącznie po węgiersku, a nie w jidysz). Nie byliśmy poddawani
segregacji i mieliśmy sporo możliwości na polu edukacyjnym, zawodowym
czy kulturalnym. Mimo to wciąż spotykaliśmy się z uprzedzeniami, zarówno
tymi ledwo dostrzegalnymi, jak i bezpośrednimi. Antysemityzmu nie
wymyślili naziści. Dorastając, przyswoiłam sobie pewne poczucie
niższości i przekonanie, że bezpieczniej jest nie przyznawać się, że
jestem Żydówką, że lepiej się zasymilować, wmieszać w tłum, nigdy się
nie wyróżniać. Trudno było w takiej sytuacji odnaleźć własną tożsamość i poczucie przynależności. A potem w 1938 roku Węgry ponownie zaanektowały
Koszyce, a my poczuliśmy, jakby dom znów stał się domem.
Moja matka stoi na naszym balkonie w pałacu Andrássy'ego - starym gmachu
przebudowanym na budynek mieszkalny. Do balustrady przymocowała
orientalny dywan. Nie dlatego, że sprząta. Świętuje. Admirał Miklós
Horthy, Jego Najjaśniejsza Mość Regent Królestwa Węgier, przybywa dziś,
by formalnie przywitać nasze miasto w swoim kraju. Rozumiem podniecenie
i dumę moich rodziców. Przynależymy! Dziś ja także witam Horthy'ego.
Wykonuję taniec. Mam na sobie węgierski strój - odważny kwiecisty haft
na jasnej wełnianej kamizelce i spódnicy, falującą bluzkę z białymi
rękawami, wstążki, koronki, czerwone kozaki. Gdy wykonuję nad rzeką
szpagat w pionie, Horthy bije brawo. Obejmuje tancerzy. Obejmuje mnie.
- Dicuka, chciałabym być blondynką, tak jak Klara - szepcze Magda przed
snem.
Wciąż jeszcze lata dzielą nas od godziny policyjnej i dyskryminujących
ustaw, ale parada Horthy'ego jest pierwszym aktem tego, co ma nadejść.
Obywatelstwo węgierskie z jednej strony dało nam poczucie
przynależności, z drugiej zaś wykluczenia. Jesteśmy bardzo szczęśliwi,
że możemy mówić własnym językiem, że jesteśmy akceptowani jako Węgrzy,
ale ta akceptacja jest uwarunkowana asymilacją. Sąsiedzi twierdzą, że
tylko etniczni Węgrzy, którzy nie są Żydami, powinni móc nosić
tradycyjne stroje.
- Lepiej się nie ujawniaj, że jesteś Żydówką - ostrzega mnie moja
siostra Magda. - Bo ludzie będą chcieli odebrać ci twoje piękne ubrania.
Magda jest pierworodna, tłumaczy mi świat. Podaje szczegóły, często
niepokojące, które analizuję i nad którymi się zastanawiam. W 1939 roku,
gdy niemieccy naziści najeżdżają Polskę, węgierscy naziści -
strzałokrzyżowcy - zajmują mieszkanie pod nami w budynku pałacu
Andrássy'ego. Plują na Magdę. Eksmitują nas. Przenosimy się do nowego
mieszkania przy ulicy Lajosa Kossutha 6, ale to boczna uliczka, nie
główna, co negatywnie wpływa na sytuację zakładu mojego ojca. Mieszkanie
jest dostępne, bo jego poprzedni lokatorzy, inna żydowska rodzina,
wyjechali do Ameryki Południowej. Słyszeliśmy o kolejnych żydowskich
rodzinach, które opuszczają Węgry. Siostra ojca, Matylda, wyjechała już
wiele lat temu. Mieszka w Nowym Jorku, w miejscu zwanym Bronks,
dzielnicy żydowskich imigrantów. Wydaje się, że jej życie w Ameryce
podlega większym ograniczeniom niż nasze tutaj. Nie rozmawiamy o wyjeździe.
Nawet w 1940 roku, kiedy mam trzynaście lat, a strzałokrzyżowcy
zaczynają zatrzymywać żydowskich mężczyzn w Kassie i wysyłać ich do
obozu pracy przymusowej, wciąż nam się wydaje, że wojna dzieje się
gdzieś daleko. Nie zabierają mojego ojca. Przynajmniej nie od razu.
Naszą ochroną jest wyparcie. Nie zwracamy uwagi na to, co się dzieje, by
móc dalej żyć normalnie, niezauważeni. W swoich głowach wciąż możemy się
zapewniać, że świat jest bezpieczny. Możemy pozostawać niewidoczni dla
krzywdy.
Ale pewnego dnia w czerwcu 1941 roku, gdy Magda jest poza domem, na
rowerze, zaczynają wyć syreny. Przyspiesza, by znaleźć schronienie
kawałek dalej, w domu dziadków, lecz okazuje się, że połowy domu już nie
ma. Dzięki Bogu dziadek i babcia przeżyli, ale właścicielka mieszkania,
które wynajmowali, już nie. To był pojedynczy atak, jedna dzielnica
zrównana z ziemią jednym bombardowaniem. Mówią nam, że za zniszczenia i śmierć odpowiadają Rosjanie. Nikt w to nie wierzy, nikt jednak nie może
temu zaprzeczyć. W jednej chwili czujemy, że mamy szczęście, ale też, że
jesteśmy narażeni na niebezpieczeństwo. Niezaprzeczalne jest tylko to,
że w miejscu, w którym wcześniej stał dom, leży stos pokruszonych
cegieł. Zniszczenie i nieobecność - to staje się prawdą. Węgry
przyłączają się do Niemiec, biorąc udział w Operacji Barbarossa.
Najeżdżamy Rosję.
Mniej więcej w tym czasie zostaliśmy zmuszeni do noszenia żółtej
gwiazdy. Sztuczka polega na tym, żeby ją ukryć pod płaszczem. Ale nawet
gdy jej nie widać, czuję się, jakbym zrobiła coś złego, coś
zasługującego na karę. Na czym polega mój niewybaczalny grzech? Matka
stale słucha radia. Gdy urządzamy sobie piknik nad rzeką, ojciec
opowiada, jak to było być jeńcem wojennym w Rosji podczas pierwszej
wojny światowej. Wiem, że to doświadczenie, ta trauma, choć wówczas nie
znam tego określenia, ma związek z jedzeniem przez niego wieprzowiny, z dystansem wobec religii. Wiem, że wojna jest źródłem jego niepokojów.
Ale ta obecna wojna wciąż dzieje się gdzieś indziej. Mogę ją ignorować i tak właśnie robię.
Po szkole spędzam pięć godzin w studiu baletowym i zaczynam też ćwiczyć
gimnastykę. Choć początkowo jest to ćwiczenie uzupełniające do baletu, z czasem staje się równie silną pasją, tak samo ważną sztuką. Zapisuję się
do klubu książki założonego przez dziewczyny z mojego prywatnego
gimnazjum i uczniów z sąsiedniej prywatnej szkoły dla chłopców. Czytamy
Marię Antoninę Stefana Zweiga. Rozmawiamy o tym, że autor pisze o historii od wewnątrz, z perspektywy jednej osoby. W klubie jest chłopiec
o imieniu Eryk, który pewnego dnia zwraca na mnie uwagę. Widzę, że
wpatruje się we mnie za każdym razem, gdy zabieram głos. Jest wysoki, ma
piegi i rudawe włosy. Wyobrażam sobie Wersal. Buduar Marii Antoniny.
Fantazjuję, że spotykam się tam z Erykiem. Nie wiem nic o seksie, ale
jestem romantyczna. Widzę, że mnie zauważył, i zastanawiam się, jak
wyglądałyby nasze dzieci? Czy też miałyby piegi? Po dyskusji Eryk
podchodzi do mnie. Bardzo ładnie pachnie, jak świeże powietrze, jak łąka
na brzegach rzeki Hornád, dokąd wkrótce będziemy chodzić na spacery.
Nasz związek od początku jest treściwy i poważny. Rozmawiamy o literaturze. Rozmawiamy o Palestynie (jest zagorzałym syjonistą). To nie
są czasy beztroskich randek, nasza więź to nie przypadkowe zauroczenie,
szczeniacka miłość. To jest miłość w obliczu wojny. Żydom wyznaczono
godzinę policyjną, ale pewnego wieczoru wymykamy się z domów, nie
założywszy naszych żółtych gwiazd. Czekamy w kolejce do kasy kina. W ciemności odnajdujemy nasze miejsca. To amerykański film z Bette Davis.
Później dowiaduję się, że jego tytuł po angielsku brzmi Now, Voyager,
ale na Węgrzech to Utazás a múltból, "Podróż do przeszłości" (po
polsku - Trzy kamelie, przyp. red.). Bette Davies gra niezamężną
kobietę znajdującą się pod wpływem terroryzującej ją, władczej matki.
Próbuje odnaleźć siebie i odzyskać wolność, ale krytyka ze strony matki
wciąż pozbawia ją pewności siebie. Eryk odczytuje to jako polityczną
metaforę samostanowienia i poczucia własnej wartości. Ja widzę tu
nawiązanie do postaci mojej matki i Magdy - matka uwielbia Eryka, lecz
Magdę krytykuje za randkowanie; mnie błaga, żebym zjadła więcej, a Magdzie odmawia dokładki; zazwyczaj jest cicha i zanurzona we własnych
myślach, ale wobec Magdy wybucha gniewem, a ta złość, choć nie jest
skierowana przeciwko mnie, równie mocno mnie przeraża.
Potyczki rodzinne, zbliżający się front walki z Rosją - nie wiemy już,
czego dalej się spodziewać. W ciemności chaosu i niepewności Eryk i ja
rozpalamy własne światło. Każdego dnia, gdy nasza wolność i zakres
wyboru są coraz bardziej ograniczane, planujemy naszą przyszłość. Nasz
związek jest jak most, przez który możemy przejść od aktualnych
zmartwień ku przyszłym radościom. Plany, namiętność, obietnica. Być może
to zawierucha wokół nas stwarza przestrzeń na więcej zaangażowania, a mniej wątpliwości. Nikt inny nie wie, co przyniesie jutro, tylko my.
Mamy siebie i przyszłość, wspólne życie, które widzimy tak wyraźnie jak
nasze splecione dłonie. Pewnego sierpniowego dnia 1943 roku idziemy nad
rzekę. On ma ze sobą aparat i pstryka zdjęcie, jak robię szpagat w trawie, w kostiumie kąpielowym. Wyobrażam sobie, jak pewnego dnia
pokażemy tę fotografię naszym dzieciom, opowiadając o tym, jak promienna
była nasza miłość i zaangażowanie.
Gdy tego dnia wracam do domu, nie ma ojca. Zabrali go do obozu pracy
przymusowej. Jest krawcem, jest apolityczny. Komuż może zagrażać?
Dlaczego stał się celem? Czy ma jakiegoś wroga? Matka o wielu rzeczach
mi nie mówi. Czy dlatego, że po prostu nie wie? Czy też chce mnie
ochronić? A może chroni siebie? Nie mówi otwarcie o tym, co ją martwi,
ale podczas tych długich miesięcy nieobecności ojca czuję, jak bardzo
jest smutna i przestraszona. Widzę, jak stara się przygotować kilka
posiłków z jednego kurczaka. Ma migreny. Przyjmujemy lokatora, żeby
zrekompensować utratę dochodów. To właściciel sklepu znajdującego się po
drugiej stronie ulicy. Przesiaduję u niego godzinami tylko dlatego, że
jego obecność działa na mnie kojąco.
Magda, która praktycznie jest teraz dorosła i nie chodzi już do szkoły,
jakimś sposobem dowiaduje się, gdzie jest ojciec, i go odwiedza. Widzi,
jak chwieje się pod ciężarem stołu, który musi przenieść z miejsca na
miejsce. Z odwiedzin zdradza mi tylko ten jeden szczegół. Nie wiem, do
jakiej pracy zmuszany jest ojciec; nie wiem, jak długo jeszcze będzie
uwięziony. Noszę w sobie dwa jego obrazy: na jednym jest taki, jakim
znałam go całe życie - w ustach ma papierosa, wokół szyi centymetr
krawiecki, w ręku mydełko do oznaczania wykrojów na kawałku drogiej
tkaniny, oczy mu błyszczą, za chwilę zacznie śpiewać albo opowie dowcip.
I teraz ten nowy: podnosi stół, który jest zbyt ciężki, w miejscu bez
nazwy, na ziemi niczyjej.
W dniu szesnastych urodzin nie idę do szkoły z powodu przeziębienia.
Eryk przychodzi do nas z szesnastoma różami i po raz pierwszy mnie
całuje. Jestem szczęśliwa, a jednocześnie smutna. Na czym mogę się
oprzeć? Co przetrwa? Zdjęcie, które Eryk zrobił mi nad rzeką, daję
przyjaciółce. Nie pamiętam dlaczego. Żeby było bezpieczne? Nie
przeczuwałam, że wkrótce mnie tam nie będzie, że wyjadę na długo przed
kolejnymi urodzinami. A jednak skądś musiałam wiedzieć, że trzeba, by
ktoś zachował dowody mojego życia, że będę potrzebować dowodów własnego
istnienia, by rozsiewać je wokół jak ziarna.
Jakoś wczesną wiosną, po siedmiu czy ośmiu miesiącach pracy przymusowej
w obozie, ojciec wraca. To łaska, został wypuszczony akurat przed
Paschą, która będzie za tydzień czy dwa. Tak przynajmniej sądzimy.
Ponownie zakłada na szyję centymetr, bierze mydełko krawieckie do ręki.
Nie mówi o tym, gdzie był.
Kilka tygodni po jego powrocie siedzę na niebieskiej macie w sali
gimnastycznej, rozgrzewam się, wyciągam dłonie do palców, napinam stopy,
rozciągam nogi, ręce, szyję i plecy. Znów czuję się sobą. Nie jestem już
tym zezowatym chuchrem, które boi się wypowiedzieć własne imię. Nie
jestem córką, która martwi się o rodzinę. Jestem artystką i sportowcem,
moje ciało jest silne i gibkie. Nie mam urody Magdy ani talentu Klary,
ale mam zwinne, pełne wyrazu, rozkwitające ciało, i tak naprawdę tylko
ono jest mi potrzebne w życiu. Moje treningi, moje umiejętności - przede
mną niezmierzone pole możliwości. Najlepsi w klasie gimnastycznej
utworzyli zespół trenujący do olimpiady. Igrzyska w 1944 roku zostały
odwołane z powodu wojny, ale dzięki temu zyskujemy więcej czasu na
przygotowania do zawodów.
Zamykam oczy i wyciągam dłonie i ciało, robiąc skłon do przodu.
Przyjaciółka trąca mnie palcem, podnoszę głowę i widzę, że w moją stronę
idzie nasza trenerka. Wszystkie trochę się w niej kochamy. Nie jest to
seksualne zauroczenie. To uwielbienie dla bohaterki. Czasem specjalnie
wracamy z treningu dłuższą drogą, by przejść obok jej domu, gdzie
zwalniamy, jak tylko się da, w nadziei, że uda nam się dostrzec przez
okno choć zarys jej ciała. Jesteśmy zazdrosne o to, czego nie wiemy o jej życiu. Obietnica udziału w igrzyskach, gdy wojna wreszcie się
skończy, sprawia, że w dużym stopniu czerpię poczucie sensu ze wsparcia
i wiary we mnie ze strony trenerki. Jeśli tylko uda mi się przyswoić
wszystko, czego mnie uczy, jeśli nie zawiodę jej zaufania, to czekają
mnie wspaniałe chwile.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki