Pogrzebany żywcem
Miłość do Poego zawdzięczam ojcu i Telewizji Polskiej.
Na początku lat dziewięćdziesiątych telewizja rozpoczęła nadawanie cyklu
opowiadań wielkiego Amerykanina w reżyserii George'a Cormana, ze
wspaniałym Vincentem Pricem. Sam Price za sprawą tych występów stał się
ikoną kina grozy i gwiazdą Hollywood jednocześnie, co rzadko kiedy
chodzi w parze. Dla odmiany Corman słynął z oszczędności i błyskawicznego tempa realizacji kolejnych majstersztyków. Maskę
czerwonego moru, Zagładę domu Usherów i inne opowiadania realizował w kilka dni, na improwizowanym scenariuszu i w tych samych dekoracjach.
Jakimś cudem powstał cykl klimatycznych, stylowych filmów, które do
dzisiaj stanowią wzorzec udanej ekranizacji. Mało który reżyser poradził
sobie z Poem lepiej. Miałem jakieś czternaście lat i tonąłem w tych
światach, wierzyłem w sztuczne drzewa, pałace z dykty i upiory w szkarłacie. Nie wiem, kim był człowiek, który ściągnął Cormana do
polskiej telewizji. Dziękuję mu jednak szczerze za ważne, a nawet
formacyjne przeżycie kulturowe.
Co było pierwsze? Telewizja czy ojciec? Cudownym aspektem wspomnień z okresu dzieciństwa jest zanik chronologii, ucieczka w bezczas. Różne
wydarzenia funkcjonują nie jedno po drugim, lecz krążą w ciężkiej magmie
wspomnień, kręgu minionego życia: tam pierwszy papieros, proca, ten
Corman, kasety VHS, taśmy z hałasem, książki Kinga, Mastertona i ojciec
przerażony tym wszystkim.
Zanurzałem się w kulturze popularnej, dosłownie zachłystując się kulturą
Zachodu. Ojciec, który sam mieszkał kiedyś w Ameryce, rozpoznawał to
uwielbienie w kategoriach zagrożenia. Fascynacja horrorem wydawała mu
się niska, głupkowata i nie rozumiał mnie dokładnie tak, jak ja nie
rozumiem swoich dzieci, oglądających godzinami transmisje z Minecrafta.
Dziecięcego świata nie wolno jednak niszczyć. W ten sposób wyrządzimy
krzywdę i tylko krzywdę. W zamian można go wzbogacić, co świetnie
rozumiał mój zatroskany stary, kiedy podsunął mi dwa tomy opowiadań
Poego, w pięknym przekładzie Leśmiana, tym samym, który czeka tutaj,
obok, już za parę stron.
Spodziewałem się ramoty, jakichś bajań o amerykańskiej Świteziance,
dostałem najprawdziwszy horror, znakomicie wykonany od strony
literackiej, wiarygodny psychologicznie i po prostu przerażający. Bałem
się czarnego kota, który powraca zza grobu po zemstę, upiornego jęku
wahadła w kazamatach inkwizycji i głuchego trzepotu serca pogrzebanego
pod podłogą. Byłem bardzo młody, nieoczytany, kochałem Mastertona z Kingiem, czyli solidnych rzemieślników. Poe był jednak geniuszem,
prawdziwym artystą strachu, znawcą najmroczniejszych sekretów człowieka.
Mam szczerą nadzieję, że ktoś z Was - może Ty, który właśnie czytasz te
słowa - nie zetknął się jeszcze z jego twórczością i przeczyta te
opowiadania tak jak ja, wiele lat temu je przeczytałem. Zazdroszczę tego
doświadczenia. Chciałbym przeżyć je ponownie.
Do Poego wracam regularnie, jego twórczość towarzyszy mi przez całe
dorosłe życie i ciągle odkrywam w nich coś nowego. Znajduję tropy,
wpadam w sieci znaczeń, przypominam sobie, jak żywa i piękna to
literatura. Wspomniałem o grozie ziejącej z tych tekstów, więc teraz
upomnę się o komponent każdego prawdziwego horroru - o poczucie humoru.
Opowiadania Poego wyróżniają się błyskotliwym, choć bardzo czarnym
dowcipem. Przywołam tutaj Hop-Froga, na pozór prościutką przypowiastkę
o zemście, z przepięknym obrazem możnych tego świata, królów, ministrów
i prokuratorów przebranych za małpy i podwieszonych pod sufitem. Majtają
bezradnie nogami, wrzeszczą, aż wreszcie płoną. Dowcip leży u podstaw
Prawdziwego opisu wypadku z panem Waldemarem, gdzie tytułowy starzec
nieoczekiwanie znajduje się w stanie zawieszenia pomiędzy życiem a śmiercią, przepowiadając dzisiejszą modę na żywe trupy, z żartu wychodzi
Beczka Amontillada, Król Dżumiec i Diabeł na wieży, nie odsuwając
przy tym grozy. Tu ujawnia się prawdziwa wielkość Poego. Żart nie
niszczy grozy, horror nie ściera z twarzy uśmiechu. Życie jest przecież
straszne i śmieszne jednocześnie.
Sam Poe żył krótko. Ojciec błyskawicznie opuścił rodzinę, matka zmarła
wkrótce potem i przyszły pisarz dorastał w rodzinie zastępczej. Z umiarkowanym powodzeniem próbował kariery wojskowej. Wreszcie chwycił za
pióro. Zaistniał najpierw jako krytyk literacki, dopiero później jako
poeta i autor znakomitych opowiadań - ojciec nie tylko amerykańskiego
horroru, ale i nowelistyki. Próbował żyć wyłącznie z pisania, co w tamtych czasach było zadaniem jeszcze bardziej karkołomnym niż teraz.
Publikował poezję, recenzje, ogłosił powieść i sztukę teatralną. Chwytał
się każdej możliwej roboty. Znam ten trud.
Przeszkadzał sam sobie i konsekwentnie deptał owoce własnych,
nielicznych przecież sukcesów. Nadużywał alkoholu? Nie, wielki pisarz
pił jak smok, przychodził do pracy urżnięty w dym i awanturował się na
przyjęciach, zrażając do siebie wszystkich, którzy mogliby wesprzeć jego
kulawą karierę. Choroba alkoholowa pogłębiła się po śmierci żony.
Znaleziono go na ulicach Baltimore, w głębokim delirium i cudzych
ubraniach. Nie potrafił wyjaśnić skąd tam się wziął, nie wiedział nawet
jak się nazywa. Lekarz na próżno ratował jego życie. Legenda chce, że
Edgar Allan Poe w ostatnich słowach błagał Boga o litość.
Pisał o demonach tak pięknie i mądrze, bo miał swoje, z którymi w końcu
przegrał. Żałuję, bo mógł jeszcze wiele lat . Prawdziwa sława przyszła
po śmierci. Co nam, biednym pisarzom po niej? Ale Poe żyje niemal
dwieście lat od zgonu, jest czytany, ekranizowany i komentowany, a jego
twórczość stanowi niesłabnącą inspirację dla współczesnych autorów
grozy. To także jest śmieszne i straszne - tragiczne, krótkie życie i piękna nieśmiertelność.
Łukasz Orbitowski
Edgar Allan Poe
Edgar Allan Poe
Życie Edgara Poego było jednym z tych cichych, żmudnych i beznadziejnie
bolesnych dramatów, których ocenę i odsłonę publiczną rozumnie i celowo
zrzeszone społeczeństwo odsuwa starannie na męczeńską chwilę
przedwczesnej śmierci zbytecznego bohatera, pozwalając mu cierpieć i ginąć samopas oraz, pilnie odwracając oczy od "krwawych scen", gdyż
widok ich mógłby niepotrzebnie zakłócić rozzuchwalony ład zbrodniczej
codzienności - ład, który jest wszakże sumieniem społeczeństwa. Ponętną
ofiarą tego ładu, potajemnym łupem tego sumienia był wielki poeta,
któremu zbrakło na ziemi tyle nawet miejsca, ile go zagarnia żebrak w przytułku noclegowym. Popełniono na nim zbrodnię tym większą, że
bezkarną, bo uświęconą prawem, zwyczajem i obowiązkiem społecznym.
Zapewne śmierć poety jest dla niektórych tym samym, czym dla szczurów
nikczemnych - nieobecność pana w pałacu: rządzą się samowolnie i bezczelnie w pustych komnatach i mienie pańskie uważają za prawnie
przywróconą swym kłom i pyskom własność. I nie tyle nawet kły, ile
właśnie pyski tuczą się na bezbronnym chlebie wzgardzonego za życia
siewcy, przedzierzgając ów chleb w podnietliwe smakołyki dla swych
zdrętwiałych od nudy podniebień, lub spieniężając go umiejętnie na
rynkach i targach publicznych. Dziś - po śmierci Poego - uznano jego
geniusz i uwielbiono jego dzieła, to znaczy, iż niebieski przepych
wywalczonych przezeń na ziemi marzeń stał się rozrywką czytających lub
oczytanych filistrów, oraz źródłem dochodu byle jakiego wydawcy lub
księgarza. Wobec tak jawnych i nieodpartych zysków czyż wolno mówić o bezużyteczności marzeń, o bezpotrzebie sztuki dla sztuki? Czyż wolno
twierdzić, jak to czyni jeden z zoilów Poego, iż musiano go opłacać
mniej od innych, ponieważ zażywał zbyt ponad poziom wybiegającego stylu?
Czyż wolno wreszcie pouczać poetę o tym, iż winien poniechać marzeń,
stłumić snu nadmiar i zbytek, a zbliżyć się za to lub powrócić do
życia, i w dodatku do życia w tej postaci, w jakiej raczą je widzieć,
postrzegać i przenikać zbrukane trywialnym bielmem codzienniej tępoty, a zuchwałe ślepie uspołecznionego recenzenta? Oderwany od życia, poza nim
kędyś przebywający marzyciel - trwa dotąd, żywotny i nieśmiertelny,
podczas gdy wspomniani recenzenci - ludzie "z rzeczywistego życia,
bezpośredni życia postrzegacze i pochłaniacze, poufni jego zausznicy i,
że tak powiem, zapanbraty - znawcy żywiołu i potrzeb najdonioślejszych
istnienia - zmarli doszczętnie na zbyt pośpieszną bezimienność i zbyt
widoczną bezżywotność, nie pozostawiając po sobie nawet tych znaków i śladów, które pozostawia na ręku komar zgnieciony. Ktokolwiek swą napaść
na sztukę osłania przebiegłą i obłudną maską troskliwej dla życia
"rzeczywistego" miłości, temu w żywe oczy zaprzeczy wywłaszczony z życia
za nadmiar marzeń nędzarz-poeta, który wzbogacał i wzbogaca owo
wzbronione mu życie bez względu na to, czy osobistą, czy zbiorową jest
własnością.
W Baltimore, w roku 1813 urodził się Edgar Poe z ojca Dawida i z matki
Elżbiety Arnoldówny. Ta ostatnia była artystką dramatyczną. Dawid Poe
pokochał ją płomiennie i bezrozumnie. Pokochał raz na zawsze. Los
chciał, aby Edgar był dzieckiem niepowszedniej i bezwzględnej
namiętności. Wypadki zmusiły kochanków do ucieczki. Wkrótce Dawid
poślubił Elżbietę i - dla tym ściślejszego zgmatwania przeznaczeń obojga
- sam został aktorem. Dawidowstwo, prócz Edgara, mieli jeszcze dwoje
dzieci. Wszyscy troje w młodym wieku pozostali bez środków do życia,
gdyż śmierć niemal jednoczesna odebrała im rodziców - w Richmond.
Bogaty bezdzietny kupiec, nazwiskiem Allan - zwrócił uwagę na
niezwykłość i niepowszedniość czarująco pięknego Edgara. Upodobał go
sobie i usynowił. Odtąd poeta nazywał się Edgar Allan Poe. Zdawało się,
iż przypadły mu w dziale - dostatek i niezależność materialna. Ta
ostatnia jest najwyższym przepychem poety, który nie potrafi nigdy
nałamać się, zastosować i pokurczyć aż do poziomu wymagań, stanowiących
warunek niezbędny pozyskania choćby względnego dobrobytu lub nawet
"małego ubóstwa". Warunek ów, mówiąc mimochodem, zawiera jednocześnie -
nagrodę i zemstę. Społeczeństwo nagradza mniejszym lub większym kęsem
trudnego lub łatwego chleba - nagradza według stopnia upodobnienia mu
się duszy, w zasadzie odrębnej. Mści się zaś życie samo, detronizując i pozbawiając skrzydeł pokurczoną do wspomnianego poziomu duszę - mści się
za to, iż samochcąc lub niechcący, stała się gorszą od siebie samej,
brzydszą od własnych przeznaczeń, znikomszą od własnego lęku o dzień
jutrzejszy.
Przybrani rodzice Poego udali się z nim razem w podróż po Anglii,
Szkocji, Irlandii. Wracając do domu, zostawili chłopca w słynnej wówczas
szkole doktora Bransby'ego, w Stoke-Newington, w pobliżu Londynu. W noweli pt. William Wilson opisał Poe swe wspomnienia i wrażenia
szkolne.
W roku 1822 powraca Poe do Richmond i już tu - w Ameryce - kształci się
nadal pod kierunkiem najwybitniejszych profesorów. W roku 1825 - jako
student uniwersytetu w Charlottesville - przejawił Poe inteligencję
niezwykłą, zdolności rzadkie, a jednocześnie wykazał płomienne zasoby
drzemiących dotąd na dnie duszy, a obudzonych przedwcześnie namiętności.
Te ostatnie były powodem, iż go wkrótce z uniwersytetu wyrzucono. W tych
czasach zaznaczyć należy osobliwy dar i zapał Poego do fizyki i matematyki. Zaznaczyć należy dlatego, że później niektóre ze swych
koncepcji literackich będzie Poe osnuwał na pomysłach pozornie ścisłych,
matematycznych, aby w ten sposób uprawdopodobnić, uzasadnić i tym
łacniej, tym nieodparciej narzucić czytelnikowi drogą nieuniknionej
logiki - swe obrazy, swe wizje fantastyczne, nierzeczywiste, a tak
tęczowo prawdziwe, tak sennie bliskie i pokrewne każdej głębszej zadumie
ludzkiej!
Z powodu wynikłych pomiędzy Poem a jego ojcem przybranym - doraźnych
zresztą - rozterek i nieporozumień, których nie dość sprawdzoną
przyczyną były jakoby drobne, karciane długi Poego, ten ostatni, dzięki
zapewne naturze gwałtownej i gwoli całkowitego oderwania swej osoby od
przybranego ogniska, a jednocześnie dając ujście swym rycerskim
skłonnościom i folgując fantazji płomiennej - postanawia nagle zaciągnąć
się do szeregów wojsk greckich - w walce z Turcją. Był to zamiar
dojrzały, czy też tylko młodzieńczy? Czy rzeczywiście wyruszył Edgar do
Grecji? Podobno - tak. Istnieje w legendowym skądinąd żywocie mistrza
Twardowskiego - słynnego czarodzieja - okres pełen niejasnych i niezbadanych wieści, które go nagle przenoszą do krajów przeróżnych,
ogólnikowo jeno wspominając o jego pobycie i nie podając szczegółów
wyraźnych.
Taki sam okres ma w swym życiu Poe, też mistrz i też czarodziej.
Legenda, niepozbawiona zresztą plotek, przenosi go najpierw do Grecji, a potem do Petersburga, gdzie brak paszportu mógł się łatwo stać źródłem
podejrzeń, a nawet poważnym rodzajem przestępstwa, i skąd wreszcie, za
wdaniem się ministra amerykańskiego, Henryka Middletona, wyjęty spod
karalności rosyjskiej, zhańbiony zapewne brakiem paszportu i obciążony
sprawą zapewne za włóczęgostwo - powraca pozbawiony chwilowo "imienia i rodu", lecz słynny skądinąd mistrz i czarodziej Poe na łono swej
ojczyzny. Pisma amerykańskie zapowiadały przez czas pewien druk całego
szeregu artykułów o wspomnianej odysei Poego. Artykuły te jednak nigdy
się w druku nie ukazały. Nie wiem, czy pisma owe były świadome
odpowiedzialności niemal kryminalnej, którą mógł pociągnąć za sobą brak
paszportu, to tylko pewna, że plotki, które wówczas naprędce klecono,
zbyt rozmyślnie uwłaczały czci i honorowi młodego poety. Zdaje się, iż
całe jego życie było nieprzerwalnym i nieodpartym dowodem niepokalanej
bezinteresowności anielsko-czystej i tęczowo-promiennej duszy. Raczej
wrodzona niezależność i skrzydlata buntowniczość jego cudacznie boskiej
natury mogła się pośrednio lub bezpośrednio przyczynić do tych lub
innych wypadków na obczyźnie. W roku 1829, po powrocie do Ameryki -
widzimy go nagle w jednej ze szkół militarnych, gdzie, jak zwykle,
zwraca na siebie uwagę wybitną umysłowością, lecz jednocześnie, nie
znosząc żadnych karbów i więzów, tak dalece zaznacza swą odrębność,
niezależność, własną wolę i niepowściągliwość, że po kilku miesiącach
wykreślono go, ma się rozumieć, z listy wychowanków.
Tymczasem umiera pani Allanowa, dla której Poe czuł przywiązanie
prawdziwie synowskie. Pan Allan poślubia młodą dziewczynę. Dom Allanów
staje się odtąd miejscem niesnasek rodzinnych, o których jeno mgliście i pobieżnie napomykają biografowie. Trudno odgadnąć rodzaj i barwę tych
niesnasek - dość, że Edgar zajął, zda się, stanowisko wrogie względem
pana Allana i jego młodej małżonki - i dość, że pan Allan, obdarzony
potomstwem, wydziedzicza przybranego syna. Odtąd nędza ściga Poego,
utrudniając mu - w imieniu całego społeczeństwa - swobodę marzeń i wykonań twórczych i przecząc jego lotom tysiącem przeszkód - niestety -
zbyt spodziewanych i zbyt banalnie bolesnych. W tym czasie - wbrew owym
przeszkodom i trudnościom, wbrew woli swego społeczeństwa - wydaje
pierwszy, szczupły tom poezji - poezji tak zaświatowo przejrzystych, jak
gdyby życie nie tknęło go wcale swym pazurem, czy też swym łbem,
bezmyślnie bodliwym. Mowa tu, ma się rozumieć, nie o tym życiu, którego
twórcą był Edgar Poe, jeno o tym, które byle pierwsza z rzędu kwoka
radykalna, lub smętnie zadumany dziennikarz przezywają zdławionym,
twardym lub po prostu rzeczywistością i mierzą wartość poety stopniem
zdławienia lub stwardnienia jego duszy, zarzucając jej, iż nie jest dość
bieżącą, a więc dość czynną i bohaterską.
Owo zdławione i twarde życie, którym starannie otaczano Poego, zmusza
go do przedzierzgnięcia się w żołnierza, żeby swój byt marzeniowy na
ziemi ratować żołdem zwykłego szeregowca. Trwa to wszakże niedługo. Po
pewnym bowiem czasie poeta pozbawia siebie wspomnianego żołdu i oddaje
się w ręce bezwzględnej nędzy. Praca literacka opłaca mu się gorzej niż
żołnierska. Zwykłe dzieje brzydkiego kaczęcia, któremu tak zaszkodziło
zbyt łabędziowe pochodzenie! Niezależność, odrębność i bezpoddańczość
charakteru uraża każdego, ktokolwiek ma kark społecznie zgięty i minę
kompromisowo układną. Edgar Poe jest wyrzutkiem społeczeństwa,
bezużytecznym opojem, karygodnym darmozjadem, któremu daje się od
niechcenia i z pobłażliwym uśmiechem nie zarobek, nie honorarium, jeno
odczepnego. Podczas gdy inni otrzymują należność za pracę, Poe dostaje
jałmużnę z rąk sytych i popularnych łaskawców. Podczas gdy innych,
według jednomyślnej i jednozgodnej opinii, trzeba koniecznie ratować
udzieleniem stosownej pracy i stanowiska, z Poem, według tej samej
opinii, nie trzeba liczyć się zgoła. Poe nie istnieje. Cokolwiek dlań
się czyni - czyni się za wiele, a w każdym razie zadość. Przyznaje mu
się wprawdzie talent, jak się przyznaje komuś ciężką, chroniczną i nieuleczalną chorobę, ale i owo przyznanie robi się z uśmiechem
pobłażania lub powątpiewania, lub wreszcie z osobliwym, a zupełnym
bezwyrazem twarzy, zdolnej skądinąd do przejawiania uprzejmych
współniepokojów lub serdecznych zaciekawień. Baudelaire w przedmowie do
przekładu dzieł Poego wspomina dość, zda się, pojemną księgę jakiegoś
autora, poświęconą wyłącznie wykazaniu tej smutnej, czy też radosnej
prawdy, że poeta, prawdziwy poeta nie może znaleźć dla siebie stanowiska
w żadnym społeczeństwie, ani w demokratycznym, ani w arystokratycznym,
ani w republikańskim, ani wreszcie w ustroju absolutnej lub umiarkowanej
monarchii.
Żadnego stanowiska! Dziwne słowo - pełne dobrobytu, powagi, tryumfu,
spełnionych życzeń, tysiącznych powinszowań, powszechnego szacunku i osobistego szczęścia! Słowo jasne, na wskroś zrozumiałe, całkowicie
określone, pozbawione wszelkiej tajemniczości, wszelkiej zadumy,
wszelkiego nieporozumienia!
Istnieją rozmaite stanowiska na świecie. Dobre jest stanowisko adwokata,
ponętne - stanowisko dziennikarza, trudne do zdobycia - stanowisko
prezesa Towarzystwa wzajemnego kredytu. Do niezgorszych też należy
stanowisko partyjne lub stanowisko życiowe, lub stanowisko kompromisowe.
Zgoła inne jest owo stanowisko, które zajmuje artyleria względem
wrogiego obozu. Podobne do powyższego, a bardziej może dochodowe jest
stanowisko redaktora, które ten ostatni zajmuje też względem wrogiego mu
obozu. Lecz stanowisko, które zajmuje poeta względem świata i ludzi, i siebie samego! Cóż za śmieszne i bezpożyteczne stanowisko! Któż by
opłacał tego rodzaju tajemnicze, niepojęte i nierzeczywiste
stanowiska!
Toteż głodem przymierał Edgar Poe, przyszła chluba swego narodu,
przyszła sława swego społeczeństwa. Przymierał - mało jeszcze znany,
daleki od sławy i poczytności. Zdawało się, iż nędza już go do końca nie
wypuści ze swych śmiertelnych uścisków. Atoli uśmiechnęło mu się
szczęście nagłe i niespodziewane. Istnieje podobno taki osobliwy rodzaj
kokieteryjnego szczęścia, które się tylko uśmiecha zaczepnie i mimochodem.
Jedno z pism ogłosiło konkurs na nowelę i poemat. Poe na chybił trafił
stanął do konkursu. Zdarzyło się, iż kaligraficznie piękny charakter
jego pisma pogłaskał oczy i przykuł uwagę prezesa jury - Kennedy'ego.
Dzięki temu właśnie zbiegowi okoliczności Kennedy odczytał osobiście
rękopisy Poego. Traf chciał, że przyznano Poemu obydwie nagrody - i za
poemat, i za nowelę. Kennedy wyraził życzenie poznania autora osobiście.
Redaktor wspomnianego pisma przyprowadził doń Poego. Głębokie zapewne, a może nawet wstrząsające wrażenie wywarł na Kennedym widok młodzieńca
uderzająco pięknego, o rysach subtelnych, niemal kobiecych, w przyodziewie z łachmanów, starannie i z odruchem wrodzonej elegancji
zapiętych aż do ostatniego guzika. Dumny, z piętnem geniuszu na czole,
wytworny głodomór i darmozjad, wychudzony i wynędzniały stanął przed
prezesem jury. Kennedy zapoznał go wkrótce z Tomaszem White'em,
redaktorem i wydawcą "Southern Literary Messenger" w Richmond.
W dwudziestym drugim roku życia zostaje Poe redaktorem wspomnianego
pisma i zdobywa dla niego olbrzymie powodzenie, drukując między innymi -
Przygodę nieporównaną poniektórego Hansa Pfaalla. Przez dwa lata z rzędu redaguje Poe z zapałem poruczone mu pismo. Gaża jego redaktorska
wynosi 2700 franków rocznie: dla takiego jak on nędzarza - niespodzianie
i wyjątkowo przychylne warunki istnienia, a raczej marzenia na ziemi.
Poślubia w tym czasie swoją kuzynkę, czarująco powabną, bohatersko
szlachetną Wirginię Clemm. Wszakże niepokonany nałóg pijaństwa oraz
niepodległość i porywczość charakteru były zapewne przyczyną, dla której
White usunął Poego z redakcji. Odtąd włóczy się beznadziejnie i rozpaczliwie z miasta do miasta. Czujne na wszelkie zjawiska życiowe
dzienniki podają pewnego razu sensacyjną wiadomość o tym, że Poe i jego
żona, dotknięci chorobą niebezpieczną, mrą z nędzy w Fordhamie. Wkrótce
potem umiera umiłowana przez poetę i na wieki tkwiąca w jego duszy
natchnionej Wirginia, zaś Poe podlega pierwszemu atakowi delirium
tremens. Tymczasem jeden z dzienników oburza się i oskarża Poego o pogardę dla ludzkości, o zniechętę do życia, o odwrócenie oczu od
świata, o zasklepienie się we własnych, zarozumiale uporczywych snach.
Zwykłe oskarżenia, które w każdej epoce spotykają każdego niemal poetę,
a które - pod kątem szczerości - powinny raczej brzmieć tak: "Nie
drażnij nas swoją odrębnością! Złości nas twoja nienawistnie skrzydlata
zdolność odlotu w niebiosa w chwili, gdy my całą śmiertelną rozciągłość
zastosowanego do wymagań życia cielska musimy włóczyć po ziemi, udając
przy tym zadowolenie z powodu braku skrzydeł! Jak śmiesz nie tylko być
do nas niepodobnym, lecz - na domiar bezczelności - zdobywać cześć i uznanie dla owej różnicy, która istnieje pomiędzy tobą a nami! Śpiewaj o nas! Utwory twoje pełnij naszą myślą, naszą troską codzienną! Bądź tym,
czym my jesteśmy - a uwielbimy cię wówczas, nazwiemy rzeczywistym, i swoim, i swojskim i narodowym".
Poe wszakże tworzy cały szereg utworów, które nie mają nic wspólnego z ich myślą i z ich troską codzienną. Dla powiększenia zapewne swych
dochodów, wygłasza odczyty. W Nowym Jorku odczytuje poemat kosmogoniczny
pt. Eureka - z biciem serca wraca do Richmond i mówi o Zasadach
poezji. W Richmond spotyka go przyjęcie uroczyste, pełne niemal
entuzjazmu. Postanawia więc Poe na stałe osiąść w Richmond. Jakaś jednak
sprawa zmusza go do chwilowego odjazdu z powrotem do Nowego Jorku.
Odjeżdża czwartego października, a już szóstego tegoż miesiąca w Baltimore, po drodze do Filadelfii, zatrzymuje się z powodu złego stanu
zdrowia. Tegoż dnia wchodzi do jakiejś oberży, aby się trunkiem
pokrzepić. W oberży tej spotyka - niestety - kilku starych druhów i braci po kieliszku. Nazajutrz - skoro świt - znaleziono na ulicy jego
ciało, w którym życie tliło się jeszcze drętwym, niepostrzegalnym
płomykiem. Ciało - bezimienne, gdyż konający poeta nie miał przy sobie
nic, co by świadczyło o jego nazwisku. Nie miał też, mówiąc nawiasem,
ani złamanego szeląga przy duszy, którą za chwilę winien był wyzionąć.
Ciało zaniesiono do szpitala. I tam - w szpitalu poeta zmarł samotnie na
delirium tremens, siódmego października roku 1849, mając lat 37.
Pokój jego snom cudacznym, które na ziemi przytułku znaleźć nie mogły!
Cmentarz gościnniej niźli reszta świata przyjął trupa - przybłędę,
trupa, który po pijanemu padł w objęcia śmierci i zasnął, być może snem
pijanym, odrębnie wiekuistym, niepodobnym do normalnie wiekuistego snu
ludzi trzeźwych i rozsądnych.
Dla trzeźwych i rozsądnych, dla sytych posiadaczy stanowisk społecznych
tragiczna śmierć genialnego poety była jeno - sensacyjnym skandalem,
smakowitym żerem dla rozpustnie usłużnych dziennikarzy, których
duszyczki bieżące z nikczemnym pośpiechem rozpasanej codzienności
zwęszyły sen wiekuisty poety, aby pijany i bolesny czar tego snu
oświetlić stosownie z własnego, dobrze płatnego stanowiska. Cnota
mieszczańska miała sposobność załamywania swych lubieżnie obłudnych
dłoni nad życiem bezładnym, grzesznym, a przeto słusznie pokaranym. Kat
płakał nad własną ofiarą nie dla tego, iż czuł wyrzuty sumienia, jeno
dla tego, iż go do łez rozczulał widok spełnionej przezeń, a tak dalece
bezkarnej, tak dalece uczciwej i chwalebnej zbrodni! Rozczulała go sama
słuszność kary. Rozczulało go wreszcie poczucie swej wyższości nad
zarozumiałym opojem, który zginął marnie przeto właśnie, iż za życia -
zachowując swą bezprawną i karygodną odrębność - świecił w oczy ludziom
porządnym domniemaną nad nimi wyższością.
Przeczuwając zapewne śmierć nagłą i niespodzianą, polecił Poe dwóm
"przyjaciołom" - Griswoldowi i Willisowi wydanie pośmiertne swych dzieł
i opatrzenie ich życiorysem. Skorzystał z tego polecenia Griswold, żeby
owo wydanie pośmiertne poprzedzić do woli obszernym, a pełnym niskich
oszczerstw i kalumnii artykułem. Brak talentu i zawiść chętnie się
przytraczają do imienia geniuszów, aby w ten sposób i dla siebie
pozyskać nieśmiertelność. Willis - przeciwnie - zachował w swym artykule
łagodność, tolerancję i ugrzecznioną powściągliwość względem zmarłego.
John Neal i George Graham z oburzeniem zaprotestowali przeciwko
artykułowi Griswolda. Poeta Longfellow, którego Poe bezlitośnie miażdżył
swym piórem, potrafił jednak stwierdzić niezwykły artyzm i potęgę
duchową Poego, jako prozaika i poety.
Oto - wszystko. Nie, nie wszystko jeszcze! Ten wzgardzony pijanica, ten
wyrzutek społeczeństwa, ten nędzarz bez stanowiska spotkał w swym życiu
istotę, która stała się dlań aniołem - stróżem. Była nią Maria Clemm,
matka Wirginii, która po śmierci swej córki jakimś czarodziejskim
zbiegiem zaświatowych okoliczności przedzierzgnęła się w natchnioną
matkę i jasnowidzącą służebnicę poniewieranego skądinąd geniusza.
Miłością samą odgadła i wyczuła czar i potęgę ducha w chwili, gdy ów
duch nie miał jeszcze uznania. Widziano ją, jak wędrowała po ludziach w pilnym poszukiwaniu zarobku dla ukochanego Edgara. Widziano, jak
wystawała dumnie i cierpliwie po redakcjach pism z manuskryptami poety w swej macierzyńsko wytrwałej dłoni. - "On jest chory" - oto jedyne
słowa, któremi usprawiedliwiała częstą bezpłodność kapryśnego twórcy.
Tej matce natchnionej, tej służebnicy geniusza poświęca Baudelaire swój
przekład Poego. Poświęcenie owo jest jedynym czynem, na jaki mógł się w swej niemocy społecznej zdobyć inny nędzarz-poeta, aby tym świętem,
opiekuńczym, niepokalanym imieniem zaprotestować przeciwko wszelkiej
krzywdzie, obojętności i wydziedziczeniu z życia tych, którzy je tworzą,
barwią i pogłębiają.
Utwory Poego to - szaleńcze uprawdopodobnienia zaledwo pochwytnych
wizji, w których gorączkowa równoległość snów i ocknień przetapia
atrybuty rzeczywistości w tęczę marzeń. Marzenie graniczy z rzeczywistością, rzeczywistość z marzeniem. Zresztą - różnica pomiędzy
nimi znika radośnie w chwili, gdy je pochłania wiecznie zagadkowa, a niepodzielna całość. Przedmiot i jego odbicie zyskuje jednakie prawa na
ziemi i jednakie przywileje w niebiosach. A nie masz tu przedmiotów
błahych i podrzędnych: wszystko jest zarówno ważne i wieczne, wszystko
po prawicy, nic po lewicy Boga. Śnić - i widzieć sen własny, i ująć go w bezwględne karby bezwzględnego artyzmu, i wywalczyć mu cudaczne prawo
bytu w dookolnych obszarach - oto czyn jedyny, na który zdobyć się
winien poeta.
Tajemnica śmierci i milczenia, wyczuwana i stopniowana drogą
niepochwytnych szczegółów zawrotnie bacznej psychologii, przejawia się w obrazach już to anielsko oskrzydlonych, już to potwornie straszliwych,
już to groteskowo spazmatycznych. W świecie tym, czy też zaświecie,
panuje zaraźliwy klimat strachu, zgrozy, pożogi, zagłady i wiekuistego
odrodzenia w sobie, przez się i poza sobą.
Demonizm i anielskość - długie godziny przerażeń i przelotne chwile
rozrzewnień niebiańskich - nagłe objawienia i ścisłe wnioski logiczne -
upadki i wzloty - zemsta i przebaczenie - ciemność podziemi i światłość
niebios na oścież rozwartych - cała ta czarna i biała magia posłuszna
była skinieniu wielkiego czarnoksiężnika.
Tworzył piękno i pozostawił je - komu? Czy istnieją spadkobiercy takich,
jak on, nędzarzy i opojów?... Dziś nazwisko jego jest chlubą
społeczeństwa. Jest nią na pewno ze stanowiska tegoż społeczeństwa. Lecz
z innego, niespołecznego, bezprawnego stanowiska jest ono chlubą tej
ściśle i głęboko pokrewnej sobie, choć rozrzuconej po świecie rodziny,
którą tworzą wzajem wszyscy poeci bez względu na to, jakie społeczeństwo
utrudniało im życie i stawiało przeszkody ich marzeniom twórczym.
Bolesław Leśmian
Wyspa zaklęta
Wyspa zaklęta
Nullus enim locus sine genio est.1
Servius
Muzyka - mówi Marmontel w tych Bajkach Obyczajowych, które nasi
tłumacze, jakby własnym istotom na urągowisko, Bajkami Obyczajnymi
uporczywie przezywają - muzyka jest jedynym darem, który sam z siebie
czerpie swe upojenie; wszystkie inne pożądają widzów.
Marmontel gmatwa w tych słowach rozkosz chłonięcia dźwięków powabnych z władzą tworzenia tych dźwięków. Muzyce w tej samej mierze, co wszelkim
innym darom twórczym, brak mocy udzielania zadowoleń całkowitych bez
obecności osoby postronnej, gwoli oceny dokonanych zamiarów. Zaś owa
władza tworzenia zjawów, które pełnią upojeń samotnika obdarzają, nie
jest jej wyłącznym przywilejem, lecz i wszystkich innych sztuk
wspólnotą. Myśl, której wspomniany twórca bajek nie zdołał ująć
wyraźniej, lub którą w swym określeniu poświęcił narodowym umiłowaniem
skrótów, niewątpliwie zawiera bardzo uzasadnione twierdzenie, że
muzyka w stylu najwyższym udziela się najcałkowiciej naszym wyczuciom
wówczas, gdy jesteśmy bezwzględnie samotni. Wniosek, w ten sposób ujęty,
znajdzie gościnę przede wszystkim u tych, którzy kochają lirę dla samych
ukochań lirnych i dla jej wnętrznych zdobyczy. Wśród upojeń istnieje
wszakże jedno, zawsze dosiężne dla zwykłego śmiertelnika - i, być może,
jedynie dosiężne - które dla doznania więcej nawet niż muzyka, wymaga
obwarowań samotniczych. Mam na myśli szczęście doświadczane w chwili
oglądania krajobrazu. Zaiste - kto pragnie oko w oko oglądać chwałę Boga
na ziemi, winien tę chwałę oglądać w samotności. Dla mnie przynajmniej
obecność nie tylko życia ludzkiego, lecz życia pod wszelką inną powłoką,
prócz tej, co rozzielenia roje istnień, którymi ziemia porasta, a które
są bez głosu - plami krajobraz, jest bowiem w rozterce z duchem
krajobrazu. Tak, zaprawdę, lubię oglądać doliny cieniste i szarawe
opoki, i wody, które się zacisznie uśmiechają, i bory, które drzemota
nieukojna do westchnień przynagla, i wyniosłe a baczne góry, które na
wszystko poglądają z wysoka. Lubię widzieć w tych dziwach to, czym są w istocie: olbrzymimi strzępami przestronnej całości, żywej i czujnej.
Kształt tej całości (kształt kulisty) jest najdoskonalszym i najpojemniejszym ze wszystkich ukształtowań. Jej wędrówkom towarzyszą
inne planety. Jej paziem przesłodkim jest księżyc. Jej władyką
współzależnym jest słońce. Jej trwaniem jest wieczność. Jej myśl jest
myślą Boga. Jej radością jest świadomość. Jej przeznaczenia zatracają
się w bezmiarach. My zaś w jej pojęciu jesteśmy tym samym, czym są dla
nas nurtujące mózg żyjątka. Istotę ową z naszego stanowiska uważamy za
bezduszną i do cna materialną - ocena wielce podobna do tej, którą o nas
winny powziąć owe żyjątka.
Teleskopy nasze i badania matematyczne - wbrew obłudzie dotkniętego
najskrajniejszem nieuctwem kleru - utwierdzają nas całkowicie w tym
przekonaniu, że przestrzeń, a więc i pojemność posiadają doniosłe
względy w oczach Wszechmogącego. Kręgi, których śladem toczą się
gwiazdy, są jak najtrafniej zastosowane do zabezpieczonego od zderzeń
obrotu możliwie największej ilości ciał. Kształty ciał owych są skutkiem
zmyślnego doboru, gwoli skupienia na danej powierzchni najsutszych
zasobów materii. Układ zaś samych powierzchni nadaje się do gęstszego
zaludnienia, niźli te same powierzchnie w innym układzie. Z zasady
nieskończoności przestrzeni nie można wysnuć żadnego wniosku przeciw
temu twierdzeniu, że pojemność ma wagę w oczach Boga; ku wypełnieniu
bowiem tej przestrzeni przypuścić należy nieskończoność materii.
Ponieważ tedy wskroś widzimy, że obdarzenie materii przepychem życia
jest zasadą - a nawet, ile sądzić zdołamy, zasadą najprzedniejszą czynów
Bożych - miałby wobec tego podstawy logiczne domysł uwięzienia tej
zasady w obrębie ułamku, kędy ją oczom naszym powszedniość ukazuje - i wyświecenia jej z państwa bezmiarów? Jeżeli raz po raz bez końca
wykrywamy orbity w orbitach, których zespół wszakże wiruje wokół
jedynego a nieskończenie dalekiego ośrodka, przyrównanego Bóstwu - cóż
nam wzbrania zgadywać istnienie w istnieniu - pomniejsze w donioślejszym
- wszystkie zaś razem w Duchu Bożym? Słowem błądzimy szaleńczo w swej
pysze, rojąc, że człowiek w swych doczesnych lub pozgonnych
przeznaczeniach ma wyższą rangę we wszechświecie, niźli ta rozległa
glina padolna, którą uprawia, a którą pogardza, odmawiając jej duszy
na tej niezbyt głębokiej zasadzie, iż nie przyłapał tej duszy na gorącym
uczynku widomego działania2. Te i tym podobne wnioski
przydawały zawsze mej zadumie wśród gór i lasów, w pobliżu rzek i oceanów - ów odcień, który ludzie gminni skwapliwie napiętnują
przezwiskiem fantastyczności. Częste były, osobliwie ciekawe,
po wielekroć samotne włóczęgi moje błędne wpośród takich właśnie
zakątków. Wzruszenie towarzyszące mym wędrowaniom poprzez więcej niż
jedną dolinę przepastną i zamierzchłą, lub moim wypatrywaniom
podniebia w wielu a wielu przezroczach jeziornych - należało do rzędu
tych wzruszeń, które wzrastały niepomiernie na samą myśl o tym, że
błądzę samopas - że samopas wypatruję. Cóż to za Francuz gadatliwy,
napomykając o słynnym dziele Zimmermana, orzekł: "Samotność jest dobrym
wynalazkiem, lecz konieczna jest obecność kogokolwiek, coby nam
powiedział, że samotność jest dobrym wynalazkiem"? Świetny epigramat,
lecz - konieczna jest! Konieczność owa jest czymś, co nie istnieje.
Stało się podczas jednej z mych wycieczek samotnych, w krainie bardzo
odległej - wzgórza, wzgórzami zwikłane przeguby rzek melancholijnych,
jeziora ociemniałe i senne - stało się, żem zdybał pewien ruczaj
niewielki i wyspę na tym ruczaju. Przybyłem tam niespodzianie, w dniach
pewnego czerwca - miesiąca rozlistwienia - położyłem się na ziemi pod
gałęzistą osłoną wonnego krzewu, który mi był nieznany - położyłem się
takim obyczajem, ażeby grążącemu się w drzemocie zwolić oglądania
krajobrazu. Uznałem, że tylko w ten sposób zdołam go oglądać należycie -
tak dalece zdawał się być - przywidzeniem.
Od wszystkich stron, prócz zachodu, gdzie słońce miało się wkrótce
pogrążyć, piętrzyły się zieleniejące ściany boru. Drobna rzeczułka,
czyniąc nagły zakręt i przeto z oczu pierzchając niespodzianie,
nadaremnie, zda się, usiłowała wyszarpnąć się ze swej uwięzi; rzekłbyś
natomiast, że od strony wschodniej wsiąkała w pochłonną zieleń drzew. Od
strony zaś przeciwnej (tak mi się widziało leżącemu, jakom się był
położył z oczyma utkwionymi w niebiosach), spadała w dolinę bez przerwy
i bez hałasu kaskada olśnień - ze złota i purpury, wyzionięta przez
zachodnie upusty nieba.
Niemal wpośrodku zwężonej perspektywy, którą mój wzrok, majaczeniem
zaprawny, ogarniał, drobna, okrągła wyspa, bujnie zieleniejąca,
spoczywała na piersi ruczaju.
Brzeg i jego odbicie w taki zamęt ścisły
Zwiały się, jakby wzajem w powietrzu zawisły.
Woda przezrocza tak się nieodparcie zwierciedliła, że prawie nie można
było domysłem naznaczyć, w którym miejscu szmaragdowego ukosa poczyna
się jej państwo kryształowe.
Stanowisko moje pozwalało mi ogarnąć jednym rzutem oka obydwa krańce
wysepki - wschodni i zachodni - i dostrzegłem w ich pozorach różnicę,
dziwnie podkreśloną. Zachód był od końca do końca jednym jaśniejącym
haremem ogrodowych przepychów. Żarzył się i szkarłacił pod zezem oka
słonecznego i uśmiechał się ekstatycznie całym swym rozkwieceniem.
Murawa była niska, prężna, wonna i asfodelami zatrzęsiona. Drzewa były
gibkie, radosne, proste, bujne, smukłe i czarowne - kształtem i ulistwieniem wschodniej roślinności pokrewne - o korze gładkiej,
połyskliwej i różnobarwnej. Rzekłbyś, iż wszędy krążyło otchłanne
poczucie życia i wesela, a chociaż niebiosa nie tchnęły żadnego powiewu,
wszystko wszakże roiło się pozornie, dzięki niezliczonej gromadzie
motyli, które w swych zalotnych pościgach i zygzakach powietrznych mogły
się wydać oku - oskrzydlonymi tulipanami. Drugi brzeg wyspy - brzeg
wschodni - zawieruszył się w cieniu najgłębszym. Tam - melancholia
ponura, lecz pełna uciszenia i czaru, przesłaniała rzecz wszelką. Drzewa
barwy czerniawej, żałobne kształtem i postawą - tężyły się kurczowo w widma smętne a uroczyste, szerząc zadumę o udręce śmiertelnej i o zgonie
przedwczesnym. Głęboka zamrocz cyprysowa przyoblekała murawę tamtejszą,
a źdźbła jej bezsilnie chyliły swe kończyny. Tam - w rozproszeniu
widniała garść pagórków przyziemnych, szczupłych, niezbyt wydłużonych,
które mając wejrzenia mogił, nie były wszakże mogiłami, chociaż je po
wierzchu i wokół opełzły ruta i rozmaryn. Cień drzewny ociężale padał na
wodę i - rzekłbyś - sam siebie w niej grzebał, sycąc mrokiem bezdeń
żywiołu. Śniłem, że cień każdy, w miarę jak słońce staczało się niżej,
wciąż niżej - z żalem odłączał się od pnia, który go stworzył, i zaprzepaszczał się w ruczaju, podczas gdy inne cienie co chwila z drzew
wynikały, aby zająć miejsce swych zmarłych przodków.
Myśl ta, zaledwo owładnąwszy moją wyobraźnią, już ją rozpłomieniła tak
bardzo, że się natychmiast zapodziałem w marzeniach. - "Jeżeli wyspa
kiedykolwiek doznała zaklęcia - rzekłem sam w sobie - jest nią na pewno
ta oto - nie inna. Oto - miejsce spotkania kilkorga Wróżek czarownych,
które przetrwały zagładę swej rasy. Te zielone mogiły byłyż by ich
mogiłami? Czyżby się zbywały swych zwiewnych istnień sposobem
człowieczym? Czyli raczej zgon ich jest rodzajem melancholijnego
niknienia? Albo też źdźbło za źdźbłem zwiewają swój żywot ku Bogu, jako
te drzewa zwiewają swe cienie jeden po drugim? Czemuż by życie Wróżki
nie miało być tym samym dla chłonącej je śmierci, czym jest drzewo mrące
dla wody w chwili, gdy spijając jego cienie, mrocznieje od żeru, który
sama wgarnia?"
Gdym śnił tak właśnie, z oczyma na wpół przymkniętymi, podczas gdy
słońce zdążało pośpiesznie ku swemu łożysku, a fal rozkłęby krążyły
wokół wyspy, unosząc na swej piersi przestronne, połyskliwe, białe
pierwoliście, od pni sykomorów oderwane - pierwoliście, które płomienna
wyobraźnia, dzięki przeróżnym ich na wodzie układom, mogłaby
przedzierzgnąć w przedmiot dowolny - gdym śnił tak właśnie, przywidziało
mi się, że postać jednej z tych samych Wróżek, o których marzyłem -
odtrącając się od świetlanych, zachodnich dziedzin wyspy, posuwa się z wolna ku ciemnościom. Wyprostowana w swym nad wyraz kruchym czółnie,
widmem wiosła znaglała je do biegu. Dopóki trwała w obrębie wpływu
cudownych, zapóźnionych promieni, dopóty ruch jej zdawał się zdradzać
wesele - lecz smutek zaniepokoił jej oblicze, skoro wstąpiła w państwo
cieni. Z wolna przebrnęła całą jego długość, krok za krokiem okoliła
wyspę i wnikła ponownie w okręg światłości.
"Koło błędne, którego przed chwilą dopełniła Wróżka - myślałem dalej,
wciąż oddany snowi - jest krótkim okresem jej doczesnego istnienia.
Przeszła wskroś swej zimy i swego lata. O rok jeden zbliżyła się do
śmierci - postrzegłem bowiem wyraźnie, że w chwili wnijścia w pomrocze
cień jej oderwał się od niej i zaprzepaścił się w wodach zamierzchłych,
których ciemnota przeto pociemniała jeszcze".
I znowu łódź drobna ukazała się wraz z Wróżką, postać jej wszakże
zdradzała więcej troski i niepewności, mniej zasię krzepkich uniesień.
Żeglowała ponownie od świateł ku ciemnościom, które się co chwila
pogłębiały, i ponownie cień jej, oderwany od niej, upadł na płynne
hebany i zaprzepaścił się w mroku. I jeszcze kilkakroć okoliła wyspę,
podczas gdy słońce na oślep zapadało się w swe podłoża - i za każdym
wynurzeniem się na światło postać jej coraz bardziej słabła i nędzniała,
i niewidoczniała - i za każdem wnijściem w mroki odrywało się od niej
widmo coraz posępniejsze i grzęzło w cieniu coraz głębszym. Aż wreszcie,
gdy słońce znikło doszczętnie, Wróżka - odtąd istne widmo siebie samej -
zabrnęła wraz ze swą łodzią - biedna nieukojnica! - w oddale hebanowych
porzeczy - i, czy wróciła stamtąd kiedykolwiek - odpowiedzieć nie mogę,
gdyż ciemności padły na wszystko dokoła - i już nigdy nie ujrzałem jej
postaci zaklętej.
Morella
Morella
Samo w sobie i przez się,
w niezmiennej bytujące tożsamości.
Plato
Uczucie, którego doznałem wobec mej przyjaciółki Morelli, było głębokim,
lecz zgoła swoistym uczuciem przywiązania.
Odkąd traf - przed lat szeregiem - zdarzył mi ową znajomość, serce moje
od pierwszej chwili naszego spotkania zawrzało nieznanym mu dotychczas
płomieniem. Nie od Erosa wszakże ów płomień pochodził - toteż duchowi
memu bolesną zgryzotą stało się wzrastające przeświadczenie, iż nigdy
nie zdołam określić niezwykłych tego płomienia znamion, ani uśmierzyć
jego błędnych rozżarzeń. Tak czy owak - upodobaliśmy siebie nawzajem i przeznaczenie połączyło nas wobec ołtarza. Nigdy nie mówiłem o pożądaniu, nigdy nie marzyłem o miłości. A jednak - Morella unikała
zgiełku światowego i jej wyłączna do mnie przynależność czyniła, żem był
szczęśliwy. Jest szczęście w zdziwieniu - a we śnie czyliż zarówno
szczęście nie przebywa?
Morella posiadała wiedzę głęboką. Mam nadzieję, iż złożę dowody
niepośledniości jej talentów. Potęga jej umysłu była nadludzka. Nie
uszło to mej baczności i pod wieloma względami stałem się jej uczniem.
Wkrótce jednak postrzegłem, że Morella ulegając presburskim wpływom
swego wykształcenia, olśniewała mnie całym szeregiem owych dzieł
mistycznych, którym zazwyczaj przypisują wartość mętów pierwotnej
literatury niemieckiej. Księgi te - dla niedostępnych mym zrozumieniom
powodów - były przedmiotem jej stałych i ulubionych zajęć, a jeżeli z biegiem czasu stały się tym samym dla mnie, przyczyn po temu szukać
należy jedynie w niezawiłym, lecz nieodpartym wpływie przyzwyczajenia i przykładu. Nie pobłądzę, jeśli powiem, że umysł mój w całej tej
dziedzinie nie znajdował żadnego ujścia swym czynnościom. Albo
zatraciłem już wiedzę o sobie samym, albo światopogląd mój u swoich
podstaw był doszczętnie wyzbyty ideału, i - o ile nie mylę się
zasadniczo - ani w mym życiu, ani w mym myśleniu nie można było
wyśledzić najmniejszych zakusów mistycznych, pokrewnych rodzajowi mego
czytelnictwa. Przekonany o tym, poddałem się na oślep przywództwu mojej
żony i wkroczyłem bez wahania w labirynt jej badań. I wówczas, gdy
zatopiony w księgach wyklętych, czułem, jak się we mnie duch wyklęty
rozniecał, Morella jawiła się tuż, aby swą chłodną dłoń położyć na mej
dłoni i z popiołów martwej filozofii wygarnąć kilka znaczenia pełnych a osobliwych wyrazów, które mocą swej treści dziwacznej ryły się w mej
pamięci. Natenczas godzinami trwałem, marząc u jej boku i chłonąłem
melodię jej głosu, aż do chwili, gdy owa melodia, przedłużona w czasie,
zaprawiała się grozą - i cień padał na mą duszę - i bladłem - i drżałem
w sobie na odgłos tych zbyt nieziemskich dźwięków. I oto - upojenie
nicestwiało nagle od przerażeń - i wzór piękna stawał się wzorem grozy,
jak ongi dolina Hinnomu - Gehenną. Za zbędne uważam ustalenie dokładnej
poznaki owych zagadnień, które jako posiew ksiąg wspomnianych, stanowiły
przez czas długi wyłączną niemal treść rozmów moich z Morellą. W lot je
pochwycą znawcy owej dziedziny, której można przydać nazwę wiedzy
teologicznej, zaś niewtajemniczeni, tak czy owak, jeno cząstkę maluczką
wyrozumieć potrafią. Dziwotworny panteizm Fichtego, Pytagorejska odmiana
Palingenezy, a przede wszystkim nauka o tożsamości w tym kształcie, w jakim ją Schelling podaje, dostarczały zazwyczaj rozmowom tych
zadzierzgnięć, z których wyobraźnia Morelli snuła dla siebie najwięcej
oczarowań. Ową tożsamość, mianowicie tożsamość jednostki, M. Locke, jak
mi się zdaje, słusznie utwierdza na wiekuistości istoty rozumnej. O ile
pod jednostką pojmujemy treść myślącą, obdarzoną rozumem, i o ile
istnieje świadomość, która nieustannie myśleniu towarzyszy, o tyle i przede wszystkim świadomość owa pozwala nam być tym, co przezywamy sobą,
odgraniczając nas w ten sposób od reszty istot myślących i udzielając
nam naszej tożsamości osobistej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki