Wybór M - Natalia Nowak-Lewandowska

-
Proszę czekać

Każdy z nas jest niewolnikiem własnego

doświadczenia

Rozdział 1

Początki

Stukot obcasów odbijał się głuchym echem po pustoszejącej wraz z upływem dnia ulicy. Kobieta szła pospiesznie, jak każdego wieczoru, nie oglądając się za siebie. Choć ulica była oświetlona, to wydłużające się cienie starych kamienic sprawiały upiorne wrażenie. Kocie łby dawno zostały zastąpione chodnikiem, ale odczucie przebywania w innym, nieco mrocznym świecie pozostało, jakby przy ulicy Wólczańskiej w Łodzi czas się zatrzymał ponad wiek temu. Władze miasta dokładały wszelkich starań, aby zrewitalizować kamienice, jednak kładły nacisk przede wszystkim na zabytki oraz perełkę łódzkiej architektury - willę Leopolda Kindermanna, pozostawiając opustoszałe budynki dawnych fabryk włókienniczych samym sobie. Czas nie był dla nich łaskawy. Ponadstuletnie budynki straszyły powybijanymi szybami, w oknach powiewały folie i materiały, tynk z elewacji odpadał, a niektóre pustostany zaczęły zagrażać bezpieczeństwu przechodniów.

Wiosną i latem, kiedy dzień był dłuższy od nocy, Michalina uwielbiała spacerować tą ulicą, choć duszne powietrze i nagrzany asfalt nie pozostawiały zbyt wiele świeżego powietrza. Ale dla niej w tym miejscu było coś magicznego, jakby tuż nad nią unosił się duch minionej epoki. Przepiękna, secesyjna willa Kindermanna, niedawno odnowiona, poruszała w Michalinie romantyczną duszę. Kobieta wyobrażała sobie siebie ubraną w długą suknię, osadzoną koniecznie na kilku warstwach sztywnych halek, z kołnierzykiem, zdobną haftowanymi motywami kwiatowymi. Talię nadal uciskał gorset, sprawiając, że drobna figura dziewczyny stawała się filigranowa. Na głowie spoczywał wielki kapelusz, ozdobiony piórem rajskiego ptaka i wstążkami, skrywający wysoko upięte, ciemne włosy.

Czasem przystawała przed willą i zamykała oczy. Widziała, jak schodzi po szerokich schodach, jedną ręką przytrzymując spódnicę, a drugą delikatnie przesuwając po drewnianej balustradzie. Słyszała szelest materiału, czuła na sobie spojrzenie męża i wyobrażała sobie, jak bardzo jest zachwycony jej widokiem. Z marzeń z reguły wyrywał ją pomruk przechodniów, którzy musieli ją omijać, kiedy tak stała w bezruchu. Wtedy ostatni raz spoglądała tęsknym wzrokiem na budynek pięknie ozdobiony motywami roślinnymi i ruszała dalej.

Mieszkała nieopodal willi Leopolda Kindermanna, przy numerze czterdziestym trzecim, w starej kamienicy, która lata świetności miała już dawno za sobą. Niedawno jedna ze ścian pustostanu znajdującego się tuż obok zawaliła się i wraz z Igorem zaczęli rozważać przeprowadzkę do nowszego bloku. Na Wólczańskiej robiło się coraz bardziej niebezpiecznie, ale Michalina tak bardzo lubiła swoją codzienną wędrówkę tą starą ulicą, że było jej bardzo trudno podjąć wiążącą decyzję.

Dla Michaliny nie tylko budynki były ważne, ale i wspomnienia, jakie wiązały się z tym mieszkaniem i okolicą. Kiedy była małym dzieckiem, często nocowała u babci Heleny i dziadka Romualda. To właśnie tu jako dziecko nawiązała pierwsze przyjaźnie, tu się uczyła pod czujnym okiem dziadka jeździć na rowerze, co niejednokrotnie kończyło się obtarciami na kolanach i łokciach, które później z czułością opatrywała babcia Helenka.

Kiedy Michalina miała gorszy dzień, szła do babci wypłakać swoje dziewczęce żale. Zawsze czekał na nią jakiś pyszny posiłek - latem knedle z sezonowymi owocami, a zimą pierogi z kapustą i grzybami. W dużej kuchni zawsze pachniało ciastem drożdżowym z rodzynkami, które uwielbiał dziadek, i ziołami, których miłośniczką była babcia. Dziadek, jak to mężczyzna, zawsze ich unikał, twierdząc, że picie tego paskudztwa uwłacza jego męskości. Nie pomagały babcine tłumaczenia, że chciałaby, aby jak najdłużej był zdrów, że chciałaby się cieszyć jego towarzystwem do późnej starości.

Śmierć, jak zwykle, przyszła przedwcześnie i rozłączyła na zawsze to idealne małżeństwo. Babcia Helena już nigdy nie była taka jak wcześniej. Nadal kochała Michalinę bezwarunkowo, ale mieszkanie już nie miało wcześniejszego zapachu, a uśmiech na twarzy babci pojawiał się rzadko i podszyty był wyrzutami sumienia, jakby Helena czuła się z nim źle. Do końca swojego życia była już tylko cieniem dawnej kobiety, kiedyś cudownie pulchnej i rumianej, a potem zszarzałej, z wyblakłym spojrzeniem. Kilka lat po śmierci dziadka Romualda babcia dołączyła do swojego ukochanego męża, czym doprowadziła Michalinę do rozpaczy. Ale kiedy dziewczyna ochłonęła z pierwszego żalu i szoku, pomyślała, że dla babci tak było lepiej. Ukochani dziadkowie znowu byli razem, pewnie na nowo szczęśliwi, a ona musiała pogodzić się z nieuchronnością losu.

Babcia Helena zostawiła wszystko, co miała, swojej ukochanej wnuczce, i tak Michalina w wieku dwudziestu lat stała się właścicielką mieszkania w kamienicy przy ulicy Wólczańskiej oraz mnóstwa pamiątek po bliskich. Wiele tygodni zajęło jej przejrzenie wszystkich rzeczy, które przez lata zgromadzili dziadkowie. Z większością nie była się w stanie rozstać, wrodzony sentyment i przywiązywanie się do wszystkiego były w tym przypadku jeszcze silniejsze, bo dotyczyły osób, które Miszka kochała ponad życie, może nawet bardziej niż rodziców.

Wspominając, nad każdym zdjęciem uroniła łzę, każdy przedmiot przywoływał jakieś zdarzenie, opowiadał ich wspólną historię. Gdy natknęła się na woreczek z jakąś mieszanką ziół, rozpłakała się na głos, wyrzucając z siebie cały żal i wściekłość na los, że tak szybko odebrał jej tych ludzi. Tylko z nimi czuła się kochana i akceptowana, tylko oni dawali jej to, czego najbardziej potrzebowała - uwagę i czas. Bez nich czuła się opuszczona.

Na rodziców nigdy nie mogła liczyć. Ojciec odszedł od matki i swoich córek, kiedy Michalina miała zaledwie kilka miesięcy, i swój rodzicielski obowiązek wypełniał raz w miesiącu za pomocą przekazu pocztowego , a następnie przelewu bankowego. Jej starsza siostra, Małgorzata, pamiętała ojca, ale Miszka nie. Był tylko wytworem jej wyobraźni, jakimś mglistym obrazem z pojedynczych fotografii, które tylko cudem uchowały się w domu rodzinnym. Maria Sobieszewska, matka dziewczynek, starała się raz na zawsze zatrzeć ślad po swoim mężu i tylko nieuwaga spowodowała, że cokolwiek pozostało po Tadeuszu Sobieszewskim, oprócz dwóch córek. Małgosia czuła się bardzo związana z matką, ale Michalina wolała dziadków. Dziadek Romuald przejął rolę ojca. To on wpajał jej wszystkie prawdy i zasady, które powinny płynąć z ust rodziców, a na których uczenie zapracowanej matce, próbującej związać koniec z końcem, wiecznie brakowało czasu.

Maria Sobieszewska była zagorzałą tradycjonalistką, dla której pozory stanowiły sedno istnienia. Każda niedziela wyglądała dokładnie tak samo, poranna msza bez względu na pogodę czy rzeczywistą potrzebę ducha, następnie tradycyjny obiad składający się z rosołu i kotleta schabowego z ziemniakami i kapustą. Kiedy Michalina była nastolatką, zaczęła się buntować. Miała w pewnym momencie wrażenie, że jeśli jeszcze raz poczuje zapach rosołu czy kotleta, zwymiotuje. W ten sposób te dwa dania stały się najbardziej znienawidzonymi i kojarzyły się z przykrym obowiązkiem, a nie przyjemnością, jaka może płynąć z jedzenia.

To samo dotyczyło kościoła i wiary. Michalina, z natury mocno stąpająca po ziemi, oczekiwała jakiegoś potwierdzenia, wyjaśnień dla bytności sił wyższych, a coniedzielne modlitwy, które przypominały klepanie wierszyków bez większego skupienia nad ich treścią, tylko utwierdzały ją w przekonaniu, że to wszystko jest oparte na bajkach. Ona potrzebowała faktów, a nie ślepej wiary. Małgosia była zupełnie inna, bardziej przypominała matkę. Z pokorą poddawała się żądaniom rodzicielki, dzięki czemu zyskała sobie jej przychylność i coś na kształt miłości. Michalina zresztą podejrzewała, że matka nie potrafi kochać nikogo, nie tylko ich - własnych dzieci, ona w ogóle nie lubiła ludzi i dziewczyna przypuszczała, że winą za ten stan należałoby obarczyć ojca i jego odejście, ale ciężko było jej nienawidzić kogoś, kogo nie znała. Znowu odezwał się jej racjonalizm; skoro kogoś nie ma, to jak czuć do niego cokolwiek?

Kiedy Małgosia poznała swojego przyszłego męża, Karola, pani Maria zaczęła zachowywać się zupełnie inaczej. Nadskakiwała mu, podtykała pod nos to, co najlepsze, niemal nosiła na rękach i gorąco zachęcała Małgosię do małżeństwa. Pewnego wieczoru siostra nie wytrzymała już tego nacisku i z natury spokojna oraz spolegliwa, wybuchnęła, nie szczędząc matce niczego, co do tej pory głęboko skrywała. Wykrzyczawszy cały żal i latami skrywane emocje, uspokoiła się i przeprosiła, co pani Maria skwitowała krótkim zdaniem: przedślubna panika.

To stwierdzenie uderzyło bardziej w Miszkę niż w jego adresatkę. Dziewczyna z całą mocą uświadomiła sobie, że nigdy nie zrozumie własnej matki i siostry, były jej tak bardzo obce, a jedyni ludzie, których kochała, odeszli na zawsze.

W tamtej chwili podjęła decyzję o jak najszybszym usamodzielnieniu się i aby tego dokonać zaczęła rozważać decyzję o przerwaniu studiów i znalezieniu dobrze płatnej pracy. Poinformowawszy o swoich planach matkę, spotkała się z oczywistym sprzeciwem, ale tego się właśnie spodziewała, więc, nie zważając na słowa rodzicielki, ukazujące w czarnych kolorach życie bez skończonych studiów, które wydały jej się śmieszne z uwagi na wykształcenie matki, Michalina jedynie wzruszyła ramionami i zaczęła wprowadzać swoje plany w czyn.

I pewnie z wrodzoną sobie konsekwencją osiągnęłaby cel, gdyby na jej drodze nie stanął Igor. Kilka lat starszy, przystojny mężczyzna zawładnął jej życiem w tak krótkim czasie, że sama była zaskoczona tym, jak szybko mu uległa. Ale może właśnie tak działało przeznaczenie?

Doskonale pamiętała dzień, w którym pierwszy raz zobaczyła Igora. Siedziała na wykładzie z rachunkowości, rozmyślając o tym, co ma w planach, i pisząc swoje pierwsze CV, kiedy drzwi auli się otworzyły, a do środka wszedł prorektor wraz z wysokim, młodym mężczyzną i przeprosił profesora za przerwanie wykładu. Zwrócił się do zebranych, przedstawiając swojego towarzysza jako Igora Domańskiego, fotografa, który uwieczni na zdjęciach studentów, profesorów oraz pracowników uczelni w ramach projektu mającego na celu propagowanie nauki na ich wydziale. Michalina oczywiście miała swoje zdanie na temat reklamowania wydziału, który zawsze cieszył się dużą popularnością, ale nie zamierzała wypowiadać go głośno, tym bardziej że mężczyzna natychmiast przykuł uwagę damskiej części oraz wzbudził wyraźną niechęć męskiej.

Prorektor wyszedł, a Igor Domański przeszedł na sam koniec sali i zaczął wyciągać swój sprzęt fotograficzny. Miszka nieznacznie obróciła się, żeby móc obserwować mężczyznę, a kiedy ich spojrzenia się spotkały, przeszedł ją dreszcz i natychmiast skierowała wzrok z powrotem w stronę profesora. Jeszcze przez chwilę czuła na plecach spojrzenie piwnych oczu, pod wpływem którego przez jej ciało przechodziło jakby napięcie elektryczne. Za chwilę usłyszała dźwięk zwalnianej migawki i miała niejasne przeczucie, że właśnie została bohaterką pierwszego zdjęcia.

Już do końca wykładu nie spojrzała na fotografa. Właśnie zbierała swoje rzeczy ze stolika, kiedy usłyszała za sobą niski, wibrujący głos:

- Pokażesz mi ciekawe miejsca?

Obróciła się gwałtownie, zrzucając ze stolika torbę, a kiedy sięgała po nią, z całej siły niechcący wpadła na mężczyznę, który tylko cudem uniknął upadku. Policzki zaczęły ją palić niemal ogniem piekielnym i przez chwilę myślała, że powinna zabrać swoje rzeczy i uciec stąd jak najszybciej i najdalej, jak to tylko możliwe. Kiedy poczuła na ramieniu dłoń, która delikatnie pociągnęła ją do góry, marzyła o tym, by podłoga sali właśnie w tej chwili się zapadła. Nic takiego się nie stało. Spojrzała w roześmianą twarz Igora i... sama zaczęła głośno się śmiać.

- Brawo ja - powiedziała, kiedy już złapała oddech.

- Skoro już udało się nam przetrwać małą apokalipsę, oprowadzisz mnie?

Michalina kiwnęła głową i podała rękę mężczyźnie.

- Michalina.

- Igor.

Dziewczyna zabrała rękę zbyt długo trzymaną w uścisku.

To właśnie dzięki Igorowi, jego namowom, Michalina dokończyła jednak studia, za co była mu później wdzięczna. Po bardzo krótkiej znajomości zamieszkali razem w mieszkaniu Miszki, które wymagało gruntownego remontu, ale mieli w nim swój azyl, do którego nikogo nie wpuszczali. Nie imprezowali, żadne z nich nie było duszą towarzystwa i doskonale się czuli tylko we dwoje.

Wspólne życie bez ślubu spotkało się ze sprzeciwem ze strony matki Michaliny, ale i tym razem córka postawiła na swoim, skazując się jednocześnie na potępienie w oczach matki i przyszłego szwagra, Karola. Utrzymywały kontakt, ale był on raczej z obowiązku i sporadyczny, a Miszka odnosiła wrażenie, że obu taki układ jest na rękę.

Ślub Małgosi i Karola odbył się oczywiście w kościele, z wielką pompą, choć panna młoda nie pochodziła z zamożnej rodziny i matka, żeby sprostać zadaniu, zaciągnęła potężny kredyt, który prawdopodobnie będzie spłacała do końca swojego życia, ale nic nie miało znaczenia, liczył się tylko podziw i zazdrość w oczach bliższej i dalszej rodziny oraz znajomych.

Miszka, co zrozumiałe, nie lubiła pana młodego. Karol wydawał jej się zimny i oślizgły, zupełnie nie pasował do spokojnej, zamkniętej w sobie i wycofanej Małgosi. Michalinę raziło u niego nadmierne przywiązanie do kościoła, które w żaden sposób nie przeszkadzało mu uprawiać seksu przed ślubem i traktować narzeczoną jak człowieka podrzędnej kategorii. Michalina przy okazji nielicznych rodzinnych spotkań obserwowała z zażenowaniem zachowanie przyszłego szwagra i niemal niewolniczą uległość siostry, ale wnioski z obserwacji pozostawiała dla siebie. Jak sądziła, jakakolwiek próba wytłumaczenia, że takie zachowanie nie prowadzi do niczego dobrego, nic by nie dała.

Również Karol Chrzanowski nie darzył sympatią swojej przyszłej szwagierki, która jak na jego standardy była zbyt wyzwolona i niepokorna. Uważał, że przydałaby się jej lekcja pokory, bo wychowanie w duchu tradycji w jej przypadku się nie powiodło. Miał nawet w planach odsunąć Małgorzatę od siostry na tyle, na ile to było tylko możliwe bez zbędnego wzbudzania podejrzeń.

Kiedy Miszka wracała do domu po rodzinnych spotkaniach, oddychała swobodniej i pełniej. Przy Igorze czuła się bezpieczna i na swoim miejscu, jakby właśnie tak miało wyglądać jej życie.

Ślub Miszki i Igora był skromny, tylko w gronie najbliższych i bez zbędnych ozdobników. Złożyli przysięgę przed urzędnikiem stanu cywilnego, przyjęli gratulacje i pojechali na kilkudniowe wakacje do Zakopanego. Po powrocie ich życie toczyło się dalej utartym torem, dając obojgu poczucie spełnienia.

Michalina po skończeniu studiów znalazła pracę w dziale kadr jednej z łódzkich firm, a Igor dorywczo pracował dla lokalnej gazety i realizował projekty fotograficzne. Nareszcie udało im się wyremontować mieszkanie po dziadkach Michaliny, które choć teraz urządzone nowocześnie, zachowało wspomnienie o ludziach, którzy mieli tak ogromny wpływ na swoją wnuczkę. Stąd również brały się wątpliwości i niechęć do opuszczenia tego miejsca. Za każdym razem, kiedy tylko myślała o przeprowadzce, miała wrażenie, że kawałek jej duszy odrywa się i odpada, rozbijając na kawałki.

Igor miał zdecydowanie mniej sentymentalny stosunek do okolicy, w której mieszkali. Ot, zwykłe mieszkanie, odziedziczone po zmarłej babci, było tylko miejscem, a ulica tylko ulicą. Gdyby to od niego zależało, już dawno mieszkaliby gdzieś indziej, ale nie miał sumienia wywierać zbyt dużej presji na żonę, doskonale wiedział, jak jest jej bliskie.

Oczywiście jako fotograf doceniał walory artystyczne okolicy wraz z jej architektonicznym pięknem i niepowtarzalnym klimatem, niejednokrotnie uwieczniał to wszystko na swoich zdjęciach, jednak własne bezpieczeństwo i spokój były ważniejsze. Igor nie chciał któregoś dnia odebrać telefonu z informacją: państwa mieszkanie właśnie uległo zniszczeniu. Myśl o tym, że w tym czasie mogła przebywać w nim Miszka, przyprawiała go o mdłości, ale jednocześnie obawiał się rozpoczynania rozmowy dotyczącej sprzedaży mieszkania i przeprowadzki.

Jedynym wsparciem w przeforsowaniu decyzji o przeprowadzce była wieloletnia przyjaciółka Miszki, Basia Markowska. Dziewczyny znały się jeszcze z czasów, kiedy chodziły razem do szkoły średniej.

Początkowo były tylko zwykłymi koleżankami, ale zbliżyły się, kiedy poznały się bliżej. Okazało się, że w wielu tematach mają wspólne zdanie i więcej je łączy, niż dzieli. W drugiej klasie usiadły razem w jednej ławce i tak już zostało do końca szkoły średniej. Choć studiowały zupełnie różne kierunki, ich przyjaźń przetrwała.

Basia była osobą pogodną, zawsze optymistycznie patrzącą na świat, co zjednywało jej ludzi, ale kiedy zaczynała mówić, na pierwszy plan wybijała się twardość charakteru i ogromne zdecydowanie. Miszka bardzo ceniła te cechy u przyjaciółki, dzięki temu ona sama nabierała większej pewności siebie, ale to, co stanowiło ogromny plus dla Michaliny, dla wielu było zniechęcające.

Basia broniła swojego zdania do upadłego, nie bacząc na konsekwencje. Nie przywiązywała wagi do tego, co ktoś o niej myśli, wystarczyło, że sama ze sobą czuła się dobrze i wstając rano z łóżka, mogła ze spokojem patrzeć w lustro.

Cicha i uparta Michalina była jedną z bardzo niewielu osób, które akceptowały w pełni jej osobowość i charakter. Choć czasem zdarzały im się różnice zdań podnoszące temperaturę dyskusji, to jednak była to silna, prawdziwa przyjaźń, którą obie miały nadzieję zachować na długie lata.

Kiedy Michalina poznała Igora, Basia od razu wiedziała, że ci dwoje będą razem. I nie bez znaczenia był fakt, że oboje z Igorem po prostu się polubili i zaakceptowali wzajemną obecność w życiu Miszki. Natomiast w życiu Markowskiej mężczyźni pojawiali się i znikali. Basia nie odczuwała potrzeby wiązania się na stałe, być może kiedyś, za jakiś czas mogłaby to rozważyć, ale w tej chwili wolała prosty układ, bez niepotrzebnych zobowiązań i męczących więzów. Nie przeszkadzało jej to kibicować przyjaciołom i wspierała ich, kiedy potrzebowali.

Wspólnie spędzali dużo czasu, spotykali się na drinka, czasem razem wyjeżdżali. Teraz planowali kilkudniowy urlop nad polskim morzem. Lato chyliło się już ku końcowi i to był ostatni moment, żeby zaczerpnąć oddechu przed kolejnymi miesiącami wytężonej pracy. W związku z tym Domańscy oczekiwali Basi na kolacji, mieli podjąć ostatnie wyjazdowe decyzje.

Michalina zbliżała się właśnie do bramy kamienicy, w której mieszkała, kiedy usłyszała za plecami głos przyjaciółki.

- Hej - wysapała zdyszana - co za upał, nie ma czym oddychać, a przecież już powinno być chłodniej, nie?

Zwyczajowo cmoknęły się w policzki i wspólnie weszły na schody. Igor otworzył im drzwi w krótkich spodenkach, przepasany fartuchem kuchennym przedstawiającym nagą, kobiecą sylwetkę. Jak zawsze na ten widok dziewczyny roześmiały się głośno.

- Co? - zapytał, udając że nie wie, o co im chodzi. - Niemęsko? - Zakręcił zalotnie pupą, co tylko zwiększyło natężenie śmiechu. Miszka podeszła do męża, klepnęła go w pośladek i wymruczała:

- Mmm... jesteś słodka, Marysiu. - Cmoknęła go w policzek.

Basia pokręciła głową i wzniosła oczy ku sufitowi.

- Mańka, podaj no coś zimnego do picia, pan wrócił!

Już we troje zaśmiewali się z żartu.

Basia weszła do przestronnego salonu i z impetem opadła na wielki, czarny puf, leżący na podłodze w rogu pokoju.

- Do jutra stąd nie wstaję - oświadczyła i przymknęła powieki - tylko dostarczajcie mi płyny. Re-gu-lar-nie. - Przeciągnęła się.

Miszka weszła do kuchni i nadal zaśmiewała się pod nosem.

- Chcesz piwo czy wolisz wino z lodem?! - krzyknęła w stronę Basi.

- Obojętnie, byle było mokre, zimne i dużo!

Miszka wyciągnęła z lodówki zimną puszkę piwa i podała Igorowi.

- Zanieś hrabiance, niech spragniona nie czeka dłużej - powiedziała, a sama zabrała się za krojenie owoców na sałatkę. Czuła, że ciepłego posiłku nie byłaby w stanie przełknąć przy tych upałach.

Igor już wcześniej przygotował małe kanapki oraz słone przekąski. Tak naprawdę nikt nie był specjalnie głodny, ale przy alkoholu i rozmowach przekąski zawsze się przydawały.

W pokoju Basia delektowała się zimnym piwem, a Igor wyszukiwał w internecie oferty wakacyjne.

- Może Niechorze?

- I nie czuję, kiedy rymuję, Igorku - zaśmiała się Basia. - Nie, już było. Może Hel?

- O nie, nie, już mam po kokardy wakacji na Helu - powiedziała Miszka, wchodząc do pokoju i niosąc misę z sałatką.

- A jedziemy we trójkę? - Igor zerknął znad komputera na Baśkę i znacząco poruszył brwiami.

- Daruj - prychnęła dziewczyna i wydęła usta. - Jestem ponad twoje głupie insynuacje.

Jej ostatni związek rozpadł się z hukiem, którego nikt się nie spodziewał, gdyż początkowo wszystko układało się raczej poprawnie. Nagle jednak wybranek zaczął rościć sobie jakieś prawa do wolnego czasu Basi, czym wkurzył ją tak bardzo, że nie bacząc na obecność przyjaciół, złapała buty kochanka i z hukiem wyrzuciła przez okno, znajdujące się nota bene na dziewiątym piętrze. Niedoszły nie mógł takiej zniewagi zlekceważyć i opuścił mieszkanie Baśki z nie mniejszym hukiem.

- Oczywiście, że we trójkę, skończyłam wszelkie próby sprostania bycia układną Barbarą Markowską. - Przybrała ton własnej matki, wiecznie niezadowolonej z poczynań córki jedynaczki.

- Dobra, to może Mielno? Czy wolicie ciszę i spokój? - zapytał Igor, śledząc mapę Polski na ekranie komputera.

- Szczerze wam powiem, że chyba potrzebuję tym razem wytchnienia, pojechałabym gdzieś, gdzie nie potknę się na plaży o człowieka czy parawan, a wrzask dzieci nie będzie dominującym dźwiękiem - powiedziała Michalina.

Igor zerknął na nią i kiwnął potakująco głową.

- Dobrze, a ty? - zwrócił się do Basi.

Kobieta wzruszyła ramionami.

- Mnie jest obojętne, pojadę tam, gdzie sobie życzycie, byle odpocząć choć kilka dni.

- Dobra, zatem Junoszyno - rzekł Igor.

- Co???- zawołały jednocześnie, wytrzeszczając oczy na Domańskiego.

- Ju-no-szy-no, powtórzyć jeszcze raz? - zaśmiał się Igor.

Miszka pokręciła głową.

- Słuchajcie, koniec sierpnia? - zapytała.

- Okej, mnie pasuje. - Basia wyciągnęła rękę w kierunku Miszki. - Pić, daj mi pić, kobieto.

- Wino z lodem - odparła Miszka i nie czekając na odpowiedź przyjaciółki, poszła do kuchni.

- To dzwonię - oświadczył Igor. - Nie jest chyba za późno, co?

- Coś ty, ludzie morza nigdy nie zasypiają - zaśmiała się Basia w odpowiedzi.

Ku zaskoczeniu przyjaciół znalazło się miejsce na ostatni tydzień wakacji tylko dlatego, że ktoś zrezygnował z rezerwacji.

Tuż po północy Basia pożegnała się i pojechała do domu.

Michalina była szczęśliwa, miała wspaniałego męża, który otaczał ją opieką i miłością, cudowną przyjaciółkę, która świetnie dogadywała się z jej mężem, a teraz jeszcze w planach wyjazd nad morze. Zasypiała z uśmiechem na ustach, czując, że jest spełniona.