Prolog
Prolog
Od wieków niektóre światy uważają, że poza nimi nic nie ma. Te, które
wiedzą, że nie są same w bezkresie i godzą się z tym, często wywyższają
się ponad inne.
Naturalnie oba poglądy są błędne, bo zaiste żaden świat nie jest ani
jedyny, ani lepszy od innych. Te światy po prostu współistnieją.
Niektóre z nich głoszą pokój, nawet kiedy biją bębny wojenne. Kieruje
tymi światami nienasycona żądza dominacji nad innymi, chęć zagarnięcia
ziemi, dóbr i bogactw. Robią to w imieniu wyznawanego przez nich bóstwa,
rzadko widząc w tym zło czy choćby ironię.
Tak już jest.
W niektórych światach wojna staje się bóstwem, a cześć jej oddawana jest
krwawa i barbarzyńska.
W jednych światach wielkie miasta wyrastają ze złotych piasków, w innych
pałace lśnią w głębinach błękitnych mórz. Ale są też takie, gdzie toczy
się walka o przetrwanie, niewiele silniejsze od błysku iskry w ciemności.
Nieważne, czy ludy tych światów wspinają się na wysokie góry, czy
pływają w oceanach, biją w bębny, żeby wezwać do wojny, czy w pokoju
wychowują kolejne pokolenia. Im wszystkim przyświeca jeden cel.
Istnienie.
Dawno temu w jednym ze światów żyli Ludzie, Fey i Bogowie. W tym świecie
rosły miasta i pałace, rozlewały się jeziora i rozrastały lasy. Góry
pięły się wysoko, oceany pogłębiały. Przez szmat czasu magia jaśniała
blaskiem pod słońcem i księżycem.
Wojny zawsze były i będą. Niektóre wywołuje zachłanność, inne
nienasycona żądza panowania, nawet gdy ono dławi się krwią pokonanych.
Pewien mroczny bóg, upojony władzą, skąpany we krwi ludzi i Fey, został
skazany na banicję z ich świata.
Jednak nie koniec na tym.
Wraz z nieuchronnym obrotem koła czasu podejrzliwość i strach wśliznęły
się niczym węże w harmonię pomiędzy ludźmi i Fey. Tu i ówdzie pogoń za
postępem wyparła więzy pomiędzy magią i człowiekiem, bałwochwalstwo
zastąpiło cześć wcześniej okazywaną bogom.
I oto nadszedł czas wyboru; odejść od magii czy ją kultywować, odwrócić
się od dawnych bogów czy nadal ich poważać. Fey odłączyli się od świata
ludzi, gdzie podejrzliwość i strach kazały tropić ich po lasach,
skazywać na stos albo ścięciem toporem.
I tak narodził się Talamh, świat ze świata.
Wizjonerzy obdarzeni mądrością stworzyli portale pomiędzy światami i zgodnie z prawem Talamh wszystkim mieszkańcom pozostawiono wybór: mogli
zostać lub odejść. W tej krainie wzgórz, wysokich gór, przepastnych
lasów i mórz kwitła magia, a wódz zwany taoiseachem - wybierany i wybierający - utrzymywał pokój. Ale nie koniec na tym.
Mroczny bóg, który nie ustawał w intrygach w świecie mroku, skrzyknął
armię z demonów i wyklętych. Z czasem spożywana przez niego krew
pozwoliła mu zebrać siły do przejścia przez portal do Talamh. Tam
uderzył w konkury do młodej wiedźmy - tej wybranej i wybierającej jako
taoiseach - rozkochał ją w sobie i omamił kłamstwami. Młoda
taoiseach dała mu syna, a on w sekrecie, kiedy matka spała odurzona
zaklęciem, noc w noc wysysał moc z niemowlęcia, aby zwiększyć swoją
potęgę.
Ona jednak otrząsnęła się z wymuszonego snu, bo miłość matczyna ma
wielką magiczną siłę. Przebudzona, poprowadziła armię przeciwko
mrocznemu bogowi, wyrzuciła go z Talamh i zamknęła portal. Uznała też
siebie za niegodną roli taoiseach, więc wrzuciła miecz z powrotem do
Jeziora Prawdy i postanowiła przekazać buławę temu, który podejmie go z wody.
Do Talamh znowu powrócił pokój. Wśród zielonych wzgórz i przepastnych
lasów dorastał jej syn. Nadszedł dzień, kiedy z dumą i smutkiem
patrzyła, jak on wynurza się z mieczem z jeziora i zostaje
taoiseachem. Pod jego wodzą panował pokój, sprawiedliwość wymierzano
mądrze i litościwie. Plony były obfite, kwitła magia.
Zrządzeniem losu młody taoiseach poznał i pokochał kobietę ze świata
ludzi. Za zgodą wybranki, sprowadził ją przez portal do Talamh. I tam w miłości i szczęściu poczęli dziecko, dziewczynkę.
To jaśniejące magią dziecko przez trzy lata znało wyłącznie miłość.
Jednak apetyt mrocznego boga nie słabł, a wręcz wzmagała się jego
wściekłość.
Poprzez ofiary krwi i czarną magię raz jeszcze urósł w siłę, wspierany
przez przewrotną wiedźmę, która zamieniła białą magię na czarną.
Wykradł dziecko i uwięził je w szklanej klatce pod wodą w pobliżu
portalu. Gdy ojciec dziewczynki, babka i wszyscy wojownicy Talamh, na
koniach czy na smokach, ruszyli jej na ratunek, ona, która dotąd znała
jedynie miłość, poczuła strach.
Ten strach przemienił się w gniew równy siłą gniewu boga. Obróciła swoją
moc przeciwko niemu i wygrała; ona, krew z jego krwi, kość z kości.
Rozbiła klatkę, a Fey w tym czasie zaatakowali boga i jego oddziały.
Bóg, kolejny raz wypędzony z Talamh, skrył się w ruinach swojego
Czarnego Zamku.
Matka dziewczynki, kierując się ludzkim strachem, który coraz bardziej
przesłaniał miłość, zażądała, aby córka wróciła z nią do świata ludzi. Z pamięci małej miały zniknąć wspomnienia o magii, Talamh i jego
mieszkańcach.
Kochający ojciec i mąż przystał na to żądanie. Przeniósł obie przez
portal i żył z nimi w świecie ludzi, jednak z miłości i poczucia
obowiązku wobec swojego ludu wracał też do Talamh tak często, jak tylko
mógł.
Miłość ojca do dziecka nigdy nie osłabła, ale uczucie pomiędzy
potomkinią ludzi i potomkiem Fey nie miało szansy na przetrwanie.
Wysiłki taoiseacha, aby żyć w obu światach łamały mu serce.
Mroczny bóg ponownie zagroził Talamh i wszystkim światom poza nim. I znowu Fey pod wodzą taoiseacha przepędzili wroga, lecz tym razem bóg
czarną magią i czarnym mieczem uśmiercił własnego syna.
I tak oto nadszedł czas kolejnej żałoby i kolejnego wyboru.
Miecz podjął z jeziora młody chłopak, opłakujący taoiseacha jak
rodzonego ojca.
Kiedy nowy taoiseach stawał się mężczyzną, zasiadał na Krześle
Sprawiedliwego w Stolicy, pomagał bratu i siostrze na farmie w dolinie,
latał na smoku nad Talamh i przygotowywał się do wojny z mrocznym
bogiem, do której, jak wszyscy wiedzieli, prędzej czy później musiało
dojść, córka poprzedniego taoiseacha mieszkała w świecie ludzi.
Matka, z powodu obawy i niechęci, robiła wszystko, aby jej córka
trzymała się w cieniu, miała niskie poczucie własnej wartości i skromne
oczekiwania. Dziewczyna wiodła ciche życie, w którym było niewiele
radości. Oczywiście nic nie wiedziała o magii. Codzienność rozjaśniała
jej obecność przyjaciela, bliskiego jak brat, i wsparcie mężczyzn
pełniących rolę duchowej matki.
Dziewczyna miewała dziwne, niejasne sny, których znaczenia nie potrafiła
rozszyfrować. Trawiła ją też tęsknota za ojcem, który, jak wierzyła,
porzucił matkę i zostawił swoją córkę.
Jednak nadszedł taki dzień, kiedy otworzyły się przed nią drzwi. Ta
młoda kobieta pozbawiona wiary w siebie, stanowczo zniechęcana do
podejmowania ryzyka, dokonała wyboru. Wsiadła w samolot i poleciała do
Irlandii w nadziei, że odnajdzie tam ojca i siebie. Ta podróż obudziła w niej miłość do zielonej wyspy, tamtejszych wzgórz i mgieł.
W chacie nad zatoką usiłowała rozwikłać znaczenie swoich snów. Któregoś
dnia w głębi lasu natrafiła na drzewo, które zdawało się wyrastać z litej skały. Wspięła się na nie po grubych długich gałęziach.
I przeszła ze świata, który znała, do świata swoich narodzin.
Obudziła się w niej magia, ożyły wspomnienia. A stało się tak dzięki
wsparciu babki, która ciągle ją kochała i za nią tęskniła, wróżki -
przyjaciółki z dzieciństwa, oraz chłopca - teraz już mężczyzny, który
swego czasu podjął miecz z jeziora.
Dowiedziała się o śmierci ojca i opłakała go. Poznała poświęcenie babki
i ją pokochała. Odkryła swoją moc i znalazła w niej radość. Dowiedziała
się, chociaż ta wiedza budziła w niej lęk, kim sama jest dla Talamh.
Poznała zagrożenie płynące ze strony mrocznego boga, jej dziada, i dlatego uczyła się walczyć magią, mieczem i wręcz.
Mijały dni i miesiące, a ona, jak wcześniej jej ojciec, żyła w dwóch
światach. W chacie w Irlandii wnikała w znaczenie swoich niezwykłych
snów; w Talamh doskonaliła magiczną moc i wdrażała się do walki.
Pokochała swoje obowiązki wobec Talamh, znalazła w sobie odwagę, której
symbol miała wytatuowany na nadgarstku. Podziwiała plemię Fey,
skrzydlate wróżki, zawrotną szybkość elfów, transformację hybrydów.
Kiedy zło przypuściło atak na Talamh, co zagrażało wszystkiemu i wszystkim, walczyła z nim magią, mieczem i wręcz. Zmiażdżyła to, co
miało unicestwić światło, światłem pokonała najczarniejszą magię.
I spełniła rolę, która była jej przeznaczona z racji urodzenia.
Jednak nie koniec na tym.
Rozdział 1
Rozdział 1
Po walkach znanych jako Bitwa o Czarny Portal Breen jeszcze przez trzy
tygodnie przebywała w Stolicy. Pierwsze dni były dla niej potwornie
ciężkim doświadczeniem. Pomagała przy pielęgnacji rannych wojowników i znoszeniu ciał z pola walki pokrytego popiołem i nasiąkniętego krwią.
Trzymała w ramionach Morenę zalewającą się łzami po śmierci brata. Sama,
przybita smutkiem, pocieszała rodziców Phelina, jego ciężarną żonę,
brata, dziadków i całą rodzinę.
Dopiero niedawno przypomniała sobie Phelina, dopiero co zobaczyła go
ponownie go po tylu latach, a teraz już go nie było; zginął, broniąc
Talamh przed wasalami jej dziada.
Na Odprowadzeniu stała z rodziną Phelina. Ściskała lewą dłoń Moreny, a z drugiej strony Harken trzymał ją za prawą rękę.
Breen odczuła głęboko ból przyjaciółki, gdy prochy Phelina i wielu
innych wojowników wróciły znad morza do urn trzymanych przez bliskich.
Nie odstępowała Moreny, dopóki przyjaciółka nie wróciła z Harkenem w dolinę. Przygnębiona, patrzyła, jak Finola i Seamus, trzymając się za
ręce, rozwijają skrzydła, żeby podążyć za nimi.
Keegana pochłaniało uczestnictwo w zebraniach i wyloty na patrole, więc
Breen odwiedzała pogrążone w żałobie rodziny, choć bała się, że
przepełniona smutkiem, sama utonie w morzu łez.
Po pierwszym tygodniu w Stolicy spróbowała nakłonić swojego najlepszego
przyjaciela Marco do powrotu do Chaty Fey.
- Zostaję z moją dziewczyną - oznajmił i zacisnął szczęki pod zgrabnie
przyciętą kozią bródką.
Przewidziała taką reakcję, toteż miała przygotowaną odpowiedź.
Stali na moście pod zamkiem, patrząc, jak Fąfel, jej irlandzki spaniel
wodny, baraszkuje w fosie. Breen wzięła przyjaciela pod ramię. Zawsze
był przy niej, na dobre i na złe, czego dał najlepszy dowód,
przeskakując z nią do innego świata.
- Twoja dziewczyna ma się dobrze.
- Nie powiedziałbym. Breen, jesteś wykończona, za dużo na siebie
bierzesz.
- Marco, wszyscy dużo z siebie dają. Ty...
- Jasne, że pomagałem. - Zapatrzył się na postaci trenujące walkę na
miecze i wręcz, celujące z łuków do tarczy na polu za fosą. I przed
oczami stanęły mu leżące tam zakrwawione ciała.
Ten widok zostanie z nim na zawsze.
- Pomagałem - powtórzył - ale ty wzięłaś na siebie większy ciężar niż
inni i bardzo przeżywasz to tutaj. - Poklepał się dłonią po piersi na
wysokości serca.
- To wina Odrana, on za to wszystko odpowiada. Nie ja - dodała, zanim
jej towarzysz zdążył się odezwać. - Nie ja, nie mój ojciec, nie moja
matka, ani babcia. Ale to nie zmienia faktu, że tylu ludzi nie żyje
tylko dlatego, że Odran mnie chce dopaść, bo jestem, kim jestem, i mam
to, co mam. Jeżeli dzieląc ból z rodzinami poległych, mogę im nieść
pociechę, będę to robić.
Wysunął rękę spod jej ramienia i przygarnął ją do siebie.
- Dlatego zostanę.
- A ja dlatego cię proszę, żebyś wrócił do chaty. - Pogładziła go po
policzku, patrząc w jego łagodne, zatroskane brązowe oczy. - Też
chciałabym wracać, jednak muszę zostać tu jeszcze jakiś czas. To,
niestety, oznacza, że nie mogę teraz wesprzeć Moreny, Finoli i Seamusa.
Oni są dla mnie jak rodzina, Marco. A nie ma mnie przy nich.
- Ale byłaś i wiedzą, że zostałaś ze względu na rodziców Phelina, jego
żonę i brata.
- Właśnie dlatego muszę tu być. A ty wróć i zaopiekuj się Moreną i całą
resztą. I doliną. Zbyt wielu naszych straciliśmy. Zabierz się z Brianem.
- Po pierwsze, Brian wyrusza jutro bladym świtem i leci na zachód. A po
drugie, dziewczyno, za cholerę nigdy więcej nie dam się wsadzić na
smoka.
Rozbawił ją.
- Mogłabym ci przyrządzić miksturę uspokajającą.
- Hej, superpomysł! - Przewrócił brązowymi oczami. - Polecę na smoku pod
warunkiem, że będę naćpany. Co ty na to?
- A może pojedziesz konno? Keegan wysyła Briana z grupą zbrojnych na
zachód, część z nich na koniach. Lubisz konną jazdę. Kurde, lepiej ode
mnie trzymasz się w siodle, co w pewnym sensie mnie wkurza. Marco,
ujmiesz mi zmartwień. Przysięgam na Boga, że mówię prawdę.
- Niech ci spojrzę w oczy. - Ujął jej twarz w dłonie, popatrzył w oczy i westchnął. - Cholera, to prawda. Tylko nie chcę cię samej zostawić.
- Wiem. Wiem, że to, o co proszę, jest dla ciebie trudne. Ale ja mam
tutaj Keegana i mojego groźnego psa.
Fąfel wskoczył na most i otrząsnął się zadowolony. Pryskały bryzgi wody,
psie oczy świeciły z radości. Jednak Breen pamiętała, jak on zażarcie
walczył, został jej w pamięci zakrwawiony pysk i waleczny ogień w tych
teraz szczęśliwych oczach.
- I - dodała - tak się składa, że jestem w miarę mocną czarownicą.
- W miarę mocną, delikatnie rzecz ujmując - poprawił ją. - Wyjadę, ale
musisz mi obiecać, że będziesz przysyłać wiadomości. Codziennie, Breen,
to mój warunek. Pchnij sokoła czy zrób coś w ten deseń.
- Wczoraj zajrzałam do sklepu Ninii Colconann i kupiłam ci Widzące
Zwierciadło.
- A to co znowu takiego?
- Będę mogła z tobą rozmawiać. Na dodatek jest ładne. Pomyśl o tym jak o wideoczacie na Zoomie. Pokażę ci, jak to działa. - Przegarnęła palcami
burzę rudych loków. - Będę spokojniejsza, poważnie. I popatrz na to z praktycznej strony. Jeżeli Derrick czy Sally spróbują się z nami
skontaktować, nie połączą się. Po co ich denerwować? - Wykalkulowała, że
tym argumentem przekona Marco. W końcu chodziło o Sally, ich duchową
mamę.
- No. - Wepchnął ręce do kieszeni. - Też o tym myślałem.
- A więc ruszaj w drogę i jak tylko znajdziesz się w domu, pogadaj na
FaceTimie z Filadelfią. I... - szturchnęła go palcem w brzuch - weź się do
roboty, dla mnie.
Przykucnęła i powiodła dłońmi po sierści Fąfla, żeby otrzepać z wody
jego rudo-fioletowe loki.
- A ty? Wiem, że dużo tutaj nie piszesz.
- Trochę. - Pieszczotliwie pociągnęła Fąfla za strzępiastą bródkę, zanim
podniosła się z kucek. - Brakuje mi weny do wymyślania kolejnych przygód
Fąfla, nie mogę wykrzesać z siebie pogodnych myśli. Ale pracuję nad
drugą wersją powieści dla dorosłych. Teraz mam lepsze pojęcie o scenach
batalistycznych.
- Och, Breen.
Przytuliła się do niego. Zawsze miała w nim oparcie.
- To nic, Marco. Daliśmy radę. Walczyliśmy i pokonaliśmy zło. -
Popatrzyła na niego szarymi oczami zimnymi jak stal i wyprostowała
ramiona. - Kiedy nadejdzie czas, znowu stanę do walki. I będę to robić,
dopóki nie odniesiemy ostatecznego zwycięstwa.
Jej spojrzenie złagodniało. Wzięła go za ręce.
- Chodź, pomogę ci się spakować i pokażę, jak działa Widzące
Zwierciadło.
*
O świcie, stojąc wśród porannych mgieł, patrzyła, jak odjeżdża. Jej
Marco, mieszczuch z urodzenia i wyboru, trzymał się w siodle, jakby na
nim przyszedł na świat. Rozbrykana klaczka zdawała się tańczyć. Breen
usłyszała jeszcze jego śmiech, gdy spiął ją do galopu, dołączając do
jeźdźców zmierzających na zachód.
Nad jej głową trzy smoki skrzące się w porannym świetle jak klejnoty
przecięły bure listopadowe niebo, a za nimi przeleciały dwie wróżki.
Wojna i rozlew krwi powrócą wzniecone przez upadłego boga Odrana. Jej
dziada.
Na szczęście Marco będzie bezpieczny. O ile w ogóle można czuć się
bezpiecznie w świecie kochającym pokój, nad którym wisi groźba ataku
krwiożerczego boga.
Marco, najlepszy człowiek, jaki kiedykolwiek przyszedł na świat, połączy
się ze swoim ukochanym. W tej chwili tylko na tyle mogła mieć nadzieję.
- Będzie mu tam lepiej niż dobrze - odezwał się Keegan, odprowadzając
wzrokiem konnych znikających we mgle. - Dobrze zrobiłaś, że go
odesłałaś.
- Wiem. I wiem też, że jego obecność dobrze wpłynie na mieszkańców
doliny. To ważne.
- Tak, to ważne. Też byś się tam przydała. Jednak chcę zatrzymać cię
tutaj... z pewnych powodów, chociaż wiem, że pomogłabyś w dolinie, no i sama znalazła wytchnienie.
- Na razie nie szukam wytchnienia. - Przyglądała się temu mężczyźnie,
wiedunowi, wojownikowi, w którym się zakochała, którego pragnęła i potrzebowała niemal do utraty tchu. Był silny, mocno zbudowany, miał
czarne włosami z niedbale zaplecionym warkoczem wojownika. Widziała
znużenie i gniew na dnie jego ciemnozielonych oczu.
- Tak samo jak ty - zauważyła.
- Taak. Na razie nie ma dla mnie wytchnienia.
- Odran odparty, portal zapieczętowany, teraz nie ma tutaj z kim
walczyć.
Odpowiedział jej długim chłodnym spojrzeniem.
- Żądza wojny jest pragnieniem śmierci. Innej drogi nie ma.
- Źle mnie zrozumiałeś, Keeganie. Ćwiczysz się w sztuce wojennej, bo
Talamh i inne światy potrzebują obrony. Nauczyłeś mnie wszystkiego i wdrożyłeś do walki. Nie oszczędzałeś mnie. Nie zliczę, ile razy boleśnie
zwaliłeś mnie z nóg.
Wzruszył ramionami i powiódł wzrokiem po placu do ćwiczeń.
- Teraz nie tak łatwo zwalić cię z nóg.
- Daj spokój. Z przykrością stwierdzam, że tobie zawsze się to udawało.
Nigdy nie będę tak dobra w walce na miecze jak Robin Hood w strzelaniu z łuku.
- To ładne historie. Te o Robin Hoodzie. Masz rację, nie będziesz.
- Wiesz co, mógłbyś sobie darować ten komentarz.
Z lekkim uśmiech nawinął pukiel jej włosów na palec.
- Po co kłamać, skoro prawdę widać jak na dłoni. Ale jesteś lepsza, niż
byłaś.
- Niewiele mi to mówi.
- Lepsza, niż byłaś na początku. Natomiast moc twojej magii budzi...
szacunek. Jest i zawsze będzie twoją najgroźniejszą bronią. A to? -
Uniósł jej dłoń, odwrócił wewnętrzną stroną nadgarstka do góry i dotknął
palcem tatuażu.
- Misneach. Odwaga, masz jej w sobie tyle samo co magii.
- Nie zawsze.
- Wystarczająco często. Odesłałaś Marco, rezygnując z komfortu, jaki
daje ci jego obecność, żeby wesprzeć innych. To odwaga. Pojechałabyś z nim, ale zostałaś, bo ja cię potrzebuję.
- Jak powiedziałeś, z jakiegoś powodu.
- Z jakiegoś powodu.
Grupa młodzików wylała się na plac ćwiczebny. Część przyleciała, inni
wbiegli tam z elfią szybkością, a jeszcze inni, ziewając, przywlekli się
zaspani.
A więc nie mają dziś lekcji, domyśliła się Breen. W Talamh bardzo dbano
o edukację. Spojrzała na Fąfla, widziała jego błagalne spojrzenie.
- Leć.
Puścił się biegiem z radosnym szczekaniem.
- Nie zapytałaś mnie wcale - odezwał się Keegan. - O powód.
- Sądzisz, że tutaj, przy tobie, jestem bardziej bezpieczna. Shana
dwukrotnie próbowała mnie zabić, a teraz ona należy do niego. Do Odrana.
- Wszystkie portale są strzeżone. Nie przedostanie się. Nie może cię
skrzywdzić.
- Ona mnie nie zabije.
Zmrużył oczy.
- Zobaczyłaś to?
Pokręciła głową.
- Nie. Wiem, że nie dam jej tej satysfakcji. Jest jeszcze Yseult.
Dwukrotnie mnie zaatakowała. Nie żeby zabić, bo w przeciwieństwie do
Shany nie jest, jak to mówi Marco, taka popieprzona, ale chciała mnie
osłabić i odstawić do Odrana. Gdyby nie ty, za pierwszym razem by jej
się udało. Za drugim już nie. To było dokładnie w tamtym miejscu.
Odwróciła się i ruchem głowy wskazała plac.
- Sama nią się zajęłam. Niestety, uległam emocjom i rozgniewana, zamiast
od razu ją wykończyć, chciałam zadać jej cierpienie. Więcej tego błędu
nie popełnię.
- Robisz się mściwa, mo bandia.
Mściwa? Chyba nie. Raczej pewna siebie. Zrobiła się pewna siebie.
- Bardzo długo miałam niskie poczucie własnej wartości, bardzo niskie. A teraz wiem, kim jestem, co mam, i zamierzam to wykorzystać. Skupiając
się na mnie, tracisz z oczu ważniejsze sprawy. Powinieneś przestać.
Keegan, tak samo jak ona, obserwował ćwiczących na placu. Jacy oni
młodzi, pomyślał z dumą pomieszaną ze smutkiem. I z dłonią na głowicy
miecza uświadomił sobie, że w ich wieku robił to samo.
- Myślisz, że tylko z tego powodu chcę, żebyś została?
- Między innymi, ale oboje wiemy, że się tu przydaję.
- Fakt. Opiekowałaś się rannymi i niosłaś pocieszenie, odwiedzając
rodziny w żałobie, zresztą nadal to robisz. Za dużo na siebie bierzesz.
To widać.
- Wielkie dzięki. W takim razie zacznę maskować zmęczenie makijażem.
- Nie musisz, i tak jesteś piękna.
To idiotyczne, ale ta banalna, jakby mimochodem rzucona uwaga, wywołała
u niej dreszczyk podniecenia.
- Nawet gdy jesteś zmęczona, bardzo blada i przytłoczona smutkiem -
dokończył.
- Z tobą jest tak samo. Owszem, jako taoiseach masz szczególne
obowiązki, ale jest w tym coś więcej. Ty to wszystko głęboko przeżywasz,
Keeganie.
- Nie próbuj mi ująć ciężaru smutku. - Przytrzymał jej dłoń, zanim
zdążyła położyć mu ją na sercu. - Potrzebuję go tak samo jak gniewu i jak zimnej krwi. Wiem, że pomagałaś przy poległych, nie chciałem takich
widoków dla ciebie.
- To też są moi ludzie. Jestem tak samo Talamhijką jak Amerykanką. A może nawet bardziej, gdy się nad tym zastanowić.
- Niemniej wolałbym, żebyś nie musiała oglądać takich widoków. Odesłałaś
Marco, a ja nie mogę zapewnić ci towarzystwa w miejscu, które nie jest
dla ciebie domem, tak jak Irlandia czy dolina. Jesteśmy razem tylko
kiedy się kochamy albo śpimy, właściwie częściej śpimy, niż się kochamy,
co stwierdzam z przykrością. Ta rozmowa jest chyba naszą najdłuższą na
osobności od czasu bitwy.
- Jesteś taoiseachem, masz zebrania Rady, Osądy. Wiem, że odwiedzasz
wszystkich rannych i rodziny poległych. Wiem, bo sami mi to mówią. Do
tego dochodzi naprawa zniszczeń, ćwiczenia i sama nie wiem co jeszcze.
Myślisz, że się spodziewam, że będziesz dotrzymywać mi towarzystwa, gdy
masz tyle spraw na głowie?
Popatrzył na nią tak samo jak zawsze; uważnie i wnikliwie. A potem
przeniósł wzrok z powrotem na plac i wieś.
- Nie, nie spodziewasz się i może dlatego żałuję, że nie mogę ci tego
dać. Nadal pozostajesz dla mnie tajemnicą, Breen Siobhan. A to, co do
ciebie czuję, to kolejna tajemnica. I ona nie zawsze mi się podoba.
Znowu ją rozbawił.
- Co często dajesz mi jasno do zrozumienia.
- Potrzebuję cię tutaj ze wszystkich powodów, które wymieniłaś. Tak, ze
wszystkich, ale przede wszystkim chcę cię tutaj dla siebie. To nie musi
mi się podobać, ale... lepiej tego wyjaśnić nie umiem.
Wzruszył ją, naprawdę wzruszył, bo chociaż zadał sobie trud, żeby
spróbować.
- Coraz lepiej ci to wychodzi. Znaczy, wyjaśnianie. Nigdy nie będziesz w tym mistrzem, ale jeżeli poćwiczysz, nabierzesz wprawy.
Kąciki ust drgnęły mu w uśmiechu.
- Trochę uszczypliwe, ale trafne.
- Taki był zamiar. Lubię być potrzebna. - Przesunęła palcami po jego
warkoczu wojownika zaplecionym przy skroni. - Bardzo długo nikt mnie nie
potrzebował. Oczywiście oprócz Marco, no i Sally i Derricka. Ale to co
innego. A więc teraz sen, seks i co jeszcze ewentualnie się przytrafi,
musi nam wystarczyć.
- Na razie nic się nie przytrafi. Mam cholerne zebranie Rady.
- Nie ma problemu. Czeka mnie trening na placu. Cholerne strzelanie z łuku.
- Podobno nie jesteś już aż tak beznadziejna.
- Zamknij się. Biegnij przewodzić światu.
Podsunął dłonie pod jej łokcie i podciągnął ją na palce. Ich wargi
złączyły się w długim pocałunku. Mgły zdążyły się rozwiać i słońce
przedarło się przez chmury.
- Nie ruszaj się nigdzie bez Fąfla, dobrze? A na wizyty we wsi zabieraj
Kiarę, Bridgit czy kogo tam chcesz.
- Przestań się mną przejmować.
- Będę się mniej przejmował, jeżeli potraktujesz poważnie to, o co
proszę.
- Dobrze. W takim razie przejmuj się mniej. Idę po mój łuk i będę mniej
beznadziejna. Myślę, że będę się lepiej bawić niż ty.
- Nie wątpię. Nie ruszaj się nigdzie bez Fąfla - powtórzył, po czym
zamaszystym krokiem przeszedł przez most i skierował się do zamku z chorągwią na wieży opuszczoną do połowy masztu.
*
Dni upływały jej pracowicie, dzień w dzień ćwiczyła, pomagała przy
naprawach - magią i fizycznie - i spędzała tak dużo czasu, jak tylko
mogła, z rodziną Phelina.
Ze swoją rodziną, bo tak o nich myślała, gdy powracało do niej coraz
więcej wspomnień z pierwszych trzech lat życia. Flynn brał ją na ręce i podrzucał wysoko w górę, a ona piszczała z radości. Sinead dawała jej
lukrowane pierniczki, z Moreną hasała po polach, a Seamus z Phelinem
zawsze wymyślali jakieś zwariowane przygody.
Czuła się u nich jak w domu, tak samo jak na farmie, gdzie się urodziła.
To Flynn, wojownik, członek Rady i ojciec rodziny, w końcu pomógł jej
otrząsnąć się z żałoby.
Potrzebowała oddechu, potrzebowała ciszy. Przez dwie godziny bladym
świtem oddawała się pracy nad książką i liczyła, że wygospodaruje
jeszcze dwie wieczorem, a potem brała Fąfla na długi spacer.
Odrobina czasu, kradzionego czasu, kiedy mogła nic nie robić; tak o tym
myślała. Później z Rowanem, członkiem Rady i magiem, oraz trzema młodymi
czarownicami sporządzała eliksiry i amulety. Odtwarzali zapasy
wyczerpane po bitwie. Magia nie jest jakąś abrakadabrą, to działanie
wymagające wysiłku, zdolności, wprawy i skupienia.
Pomagała w pracach ogrodniczych, żeby odnowić plony zrujnowane w czasie
bitwy. Liczyła, że uda się jej przekonać Sinead i Noreen, aby do niej
dołączyły i chociaż godzinę w ciągu dnia spędzały w słońcu na świeżym
powietrzu.
Potem nadchodziła pora treningu, najmniej lubiana przez nią cześć dnia.
Dzisiejszy fechtunek i walka na pięści były dla niej torturą, z góry
zakładała, że wyjdzie z tego poobijana.
Niesamowite, jak pracowite były te dni i jak niepostrzeżenie mijały. I chociaż zamek nadal budził jej podziw, a widok nieokiełznanego morza
fascynował, tęskniła za swoją przytulną chatą po drugiej stronie, za
farmą na zachodzie Talamh, przyjaciółmi w dolinie i za babcią. Brakowało
jej, do czego tylko w duchu się przyznawała, satysfakcji, jaką dawał
rytm dnia wypracowany wiele miesięcy temu po wyjeździe z Filadelfii.
Jednak teraz była tutaj potrzebna i wiedziała, że już sam jej widok,
zaangażowanej w codzienne zadania, budzi w mieszkańcach Stolicy nadzieję
na podniesienie się po stratach.
Pozwalała Fąflowi pluskać się w wodzie pod mostem, ale dzięki łączącej
ich więzi wiedziała, że chociaż cieszy go kąpiel, on też tęskni za ich
zatoką, za hasaniem na łące z synkami Aisling i zabawą z Mab, wilczarką
irlandzką, pilnującą chłopców.
Kiedy Fąfel wyszedł wody, pociągnięciem dłońmi osuszyła mu sierść.
Rześki listopadowy wiatr pachniał morzem i świeżo zaoraną ziemią. W ogrodach na zboczach wzgórz i na polach kiełkowały oziminy.
Razem z Widzącymi leczyła spaloną, nasiąkniętą krwią ziemię i teraz
widziała owoce swojej pracy; znowu rosły pomarańczowe dynie, żółte
kabaczki, zielone głowy kapusty i jarmużu. Pojawiły się kwiaty i zioła.
Widziała dachy chat pokryte świeżą strzechą, dzieci bawiące się na
podwórkach, ludzi zaglądających do kramów i sklepów na wiejskiej
uliczce, dym unoszący się z kominów.
Życie i światło, myślała, są uparte. Muszą i będą jaśnieć na tle
ciemności. Nie zdmuchnie się ich jak świecy, to odradzający się płomień.
Miała w tym swój udział i zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby ten
płomień podtrzymać.
Fąfel popędził przed siebie i zniknął jej z oczu pod gałęziami wierzby
płaczącej. Podążyła za nim i zobaczyła Flynna. Siedział na kamiennej
ławce i dumał z psim pyskiem opartym o kolano.
Nie musiała widzieć jego smutku, on przygniatał jej serce jak kotwica.
Mimo wszystko Flynn uśmiechnął się do niej, gładząc Fąfla po kosmatym
czubie.
- Taki pies to wielka radość.
- To prawda.
- Wkrótce zaczną krążyć o nim przyśpiewki i opowieści. Tak dużo widać z tego miejsca. Wieś i tętniące tam życie, pola i wzgórza, zarys gór, a kiedy wytężysz słuch, dojdzie cię pomruk morza. Twoja babcia ustawiła
tutaj tę ławkę, zanim jeszcze przyszedłem na świat. Wiele razy
siadywałem na niej z twoim ojcem, gdy szukałem skupienia i ciszy.
- A tam... - Wskazał palcem, więc podeszła bliżej. - W tamtej chacie
mieszkała dziewczyna, w której się podkochiwałem w czasach mojej
szalonej młodości. Oczywiście to zdarzyło się przed Sinead, bo to ona
założyła pieczęć na moje serce, której nic nie złamie. Ale tamto
uczucie, kiedy trwało, było bardzo szczere, a wspomnienia po nim są
niewinne i słodkie.
- Gdzie teraz jest ta dziewczyna?
- Wyszła za farmera, mają troje dzieci - nie, zdaje się, czworo.
Mieszkają w środkowej części Talamh, przyjeżdżają tutaj handlować i wymieniać towary. Chodź, przysiądź na chwilę. Musiałem odetchnąć świeżym
powietrzem.
Zawahała się, lecz intuicja jej podpowiadała, że on w tej chwili
potrzebuje towarzystwa tak jak powietrza. A kiedy usiadła, a on nakrył
dłonią jej dłoń, poczuła w sercu, że się nie myliła.
- Kiedy ja i twój ojciec byliśmy chłopakami i mieszkaliśmy w dolinie,
marzyłem o życiu w Stolicy, podobały mi się tamtejszy rozmach i zamieszanie. W przeciwieństwie do Eiana nie miałem zadatków na farmera.
Nie odziedziczyłem po tacie zamiłowania do rolnictwa, ani nie miałem
takiego talentu do budowania jak on. Oczywiście była muzyka. Ach, to ona
łączyła mnie z Eianem tak mocno jak naciąg na bębnie. Jak ja kochałem
tamte czasy, gdy graliśmy w pubach tutaj i po tamtej stronie. Ja, Eian,
Kavan i Brian byliśmy jak bracia. Ale zawsze ciągnęło mnie do wojaczki.
Tam w dolinie z Sinead i dziećmi czułem się szczęśliwy. Czerpałem z tego
życia radość i spokój. Do czasu.
Odwrócił się do niej.
- On był szczęśliwy z twoją mamą. Powinnaś to wiedzieć.
- Wiem. - Do czasu, dodała w myślach.
- Ale ty, rudy króliczku, byłaś jego oczkiem w głowie, światłem duszy.
Kiedy Odran cię porwał... Ktoś mniejszego kalibru oszalałby, pozwolił, aby
zawładnęły nim obłęd i strach. Ale nie Eian; on zamknął serce, użył
rozumu, swojej mocy i siły. Tak jak ty, taki maluch. Tak jak ty -
wymruczał pod nosem.
- Twoja matka przyniosła mnie na skrzydłach z powrotem do domu, a Sinead
śpiewała mi kołysanki i nosiła na rękach. Teraz pamiętam bardzo
wyraźnie, jak staraliście się sprawić, abym wyzbyła się strachu i znowu
poczuła się bezpiecznie. Kiedy pierwszy raz tutaj wróciłam, babcia
pomogła mi to wszystko zobaczyć w ogniu. Widziałam, jak walczył mój
ojciec, jak ona walczyła. I ty... ze swoimi imponującymi skrzydłami i mieczem. Stawałeś za mnie, za niego, za Talamh.
- To była potworna, krwawa noc, a ja pragnąłem zachować się jak
wojownik, gotów umrzeć dla ciebie, dla niego, dla Talamh. Tak wybrałem.
I przeżyłem. Tamtej nocy straciliśmy Kavana.
- Wiem.
- Był mi bliski jak brat. Potem zginął Brian, a po nim Eian. Wraz z ich
śmiercią, śmiercią moich braci, umarła cząstka mnie, bo tak to już jest.
Ale żyłem dalej jako wojownik, mąż, ojciec i również dziadek, bo uczysz
się żyć dalej bez tej cząstki zabranej przez śmierć. Czcisz ich śmierć
poprzez życie, działanie, trwanie.
- Wiem, jaki jesteś.
Tak jak Flynn siedziała zapatrzona przed siebie. Królik, szary jak jej
oczy, przykicał przez pole do grzędy kapusty.
- Nigdy wcześniej nie straciłam nikogo bliskiego. Myślałam, że ojciec po
prostu mnie zostawił.
- Nigdy by tego nie zrobił. Nigdy.
- Teraz to wiem, tak jak wiem, że ty czcisz śmierć tych, których
kochałeś, żyjąc, działając i trwając.
- Zasiadam w Radzie i robię, co w mojej mocy, aby decyzje były mądre i uczciwe. Walczę, kiedy atakuje nas zło. A teraz, Breen, wspieram moją
żonę, żonę mojego chłopca, jego brata i siostrę, moją mamę i tatę. Moje
ramiona muszą być silne dla nich, bo wraz z nim cząstka ich też umarła.
Mój chłopiec, moje dziecko, które na moich rękach zaczerpnęło pierwszego
oddechu, nie żyje. Maleństwo, które ma się narodzić, nigdy nie pozna
ojca. On nigdy więcej nie przytuli żony. Jego matka nigdy nie usłyszy
głosu syna, nie zobaczy jego twarzy. Te cząstki zniknęły i nie wiem, jak
bez nich żyć.
Nie znajdując słów, po prostu otoczyła Flynna ramionami. Nie była w stanie uwolnić go od smutku, nie miała takiej mocy. Mogła tylko, czując
jego cierpienie, dzielić je z nim.
- Jesteś wojownikiem - odezwała się w końcu. - Mężem, ojcem, dziadkiem.
Przetrwasz. Miejsca po cząstkach zabranych przez śmierć wypełni światło
tych, co odeszli. Światło Phelina jest w tobie i zawsze będzie.
Łzy zapiekły ją pod powiekami; nie pozwoliła im popłynąć.
- Wyczuwam jego światło w tobie. I światło mojego ojca. - Cofnęła się,
by położyć mu dłoń na sercu, i nie odrywając oczu od jego oczu, tchnęła
w niego to, co czuła. - Jest takie jasne, że nawet śmierć nie potrafi go
przyćmić.
Flynn oparł głowę na jej ramieniu i westchnął.
- Eian byłby z ciebie taki dumny.
- We mnie też jest jego światło.
Flynn oderwał głowę od jej ramienia i pogładził ją po włosach.
- Widzę go w tobie i to wielka pociecha. Również dla mnie. - Pocałował
ją w czoło. - Dziękuję wszelkim siłom, które w tym samym czasie
sprowadziły mnie i ciebie w to miejsce. Rudy króliczku - wyszeptał,
pocałował ją jeszcze raz, podniósł się z ławki i zostawił ją samą pod
wierzbą.
Chciała wziąć na siebie cały ból dzielony z Flynnem, ugiąć się pod jego
ciężarem.
Nie tutaj, pomyślała, gdzie ktoś mógłby się na nią natknąć, zobaczyć ją.
Odsunęła się od gałęzi wierzby i przywołała swojego smoka.
Och, tak, dobry Boże, potrzebowała przestrzeni, dystansu i ulgi.
Kiedy Lonarch opadł na ziemię, wsiadła na jego czerwony grzbiet w złote
cętki.
- Wskakuj - rzuciła do Fąfla, który też chciał się wdrapać za nią na
Lonarcha. - No, dalej.
Wzbili się wysoko pod niebo. Gwałtownie, niemal pionowo. Wiatr stawiał
opór, burzył jej włosy, targał ubraniem. Im wyżej się wznosili,
przedzierając się przez warstwy wilgotnych chmur, tym mocniej wiał
wiatr. Gdy Talamh z góry wyglądał jak dziecięca zabawka, z jej piersi
wydarł się przeciągły krzyk.
W tym krzyku gniew mieszał się z żalem. Czuła, jak drży powietrze,
słyszała huk piorunu, widziała błyskawicę. Ale nic nie było w stanie jej
powstrzymać. To był jej gniew, tylko jej, za każdą kroplę przelanej
krwi, za wszystkie łzy, za ogrom strat. Zderzenie mroku i światła, dwóch
stron jej gniewu, wstrząsnęło niebem, rozdarło chmury i wycisnęło z nich
płacz. Witała burzę z wysoko wzniesionymi ramionami i dłońmi
zaciśniętymi w pięści.
- Niech cię szlag! - krzyczała. - Przysięgam na wszystkich bogów, że
sprowadzę na ciebie śmierć za mojego ojca, za Phelina, za nich
wszystkich.
Opuszczała się z Lonarchem coraz niżej i niżej, kierując go tam, gdzie
chciała wylądować. Od tamtego krwawego dnia nie miała siły udać się w to
miejsce.
Kiedy pośród wichury i zacinającego deszczu Lonarch opadł na ziemię w lesie, zeskoczyła z jego grzbietu i stanęła przed Drzewem z Węży. Jej
krew otworzyła ten portal, by sprowadzić zgubę na Talamh. A potem
babcia, Tarryn i ona zablokowały go swoją krwią.
Gromadząc coraz większą moc, wystawiła twarz na burzę, stopiła się z nią. Stała, płonąc jak ogień i w sobie, i na zewnątrz.
- Usłysz mnie, Odranie Przeklęty. Usłysz i zadrżyj. Jestem Breen Siobhan
O'Ceallaigh. Córka Fey, ludzi i bogów. Jestem światłem i mrokiem,
nadzieją i rozpaczą, pokojem i zagładą. Jestem kluczem, mostem,
odpowiedzią. I tym wszystkim, czym jestem, ciebie unicestwię. Krew
będzie wrzeć w twoich żyłach, a ciało płonąć i do wszystkich światów
dotrze twój krzyk z przerażenia i bólu. Usłysz mnie, Odranie. Kiedyś
bogowie skazali ciebie na banicję, a ja spalę cię na popiół, którego
nawet piekło nie przyjmie. Staniesz się niczym. To moja przysięga, moje
przeznaczenie.
Stała wyprostowana, światło wirowało wokół jej uniesionych rąk, oczy
miała ciemne i groźne jak burza.
- Breen. Odejdź stamtąd.
Obejrzała się gwałtownie, jednocześnie przenosząc za siebie moc. Keegan
musiał przejąć jej część na wyciągnięte ręce, bo inaczej strumień tej
siły zwaliłby go z nóg.
- Odejdź stamtąd - powtórzył. - Chcesz ryzykować, że swoją furią
otworzysz portal?
- Nie otworzy się. Ale on mnie słyszy.
- Powiedziałaś, co miałaś do powiedzenia, a teraz się cofnij.
Stała uparcie, niebezpiecznie blisko portalu z mocą przetaczającą się
przez nią fala za falą.
Wtedy on podszedł do niej, a gdy chwycił ją za ramię, potężny wstrząs
targnął jego ciałem, jednakże mimo wszystko zdołał ją odciągnąć.
Przemoczony Fąfel zaskomlał, kiedy z mocą i złością popatrzyła Keeganowi
w oczy.
- Myślisz, że możesz mnie powstrzymać?
- Jeżeli będę musiał. - Stanął pomiędzy nią i portalem. Widział, jak jej
wściekłość powoli słabnie i zastępuje ją zakłopotanie. - Musisz
odpuścić.
- Co? Co mam odpuścić?
- Sprowadziłaś burzę, a teraz ją ucisz.
- O Boże. - Przycisnęła drżącą dłoń do twarzy. - Przepraszam.
Przepraszam. - Roztrzęsiona, usiadła na ziemi. - Przepraszam.
Wiatr ucichł, deszcz zamarł. Przygasło wibrowanie powietrza.
- Absolutnie nie powinnaś przychodzić tutaj sama - zaczął, lecz ona już
płakała skulona. Kiedy opuścił ją gniew, zostały tylko łzy.
Keegan przykucnął przy niej, Fąfel, cicho popiskując, oparł łeb o jej
nogi.
- No, już, już. - Keegan gładził ją po włosach, po plecach, po
ramionach, osuszając je i ogrzewając dłońmi. Potem ją objął, szukając w myślach kojących słów. - No, już, już - powtórzył, bo żadne inne nie
przychodziły mu do głowy.
- Przepraszam.
- Już to mówiłaś. Było, minęło. Jeśli musisz, popłacz jeszcze, aż ci
przejdzie.
- Siedziałam z Flynnem i on... Nie mogłam dłużej wytrzymać. Dusić tego w sobie. Musiałam...
- Nawrzeszczeć na bogów.
Kiedy podniosła głowę, popatrzył na nią z ukosa.
- Pewnie słyszeli cię aż na Dalekim Zachodzie.
- Och, jaka ja jestem głupia. - Ukryła twarz w dłoniach. - Nie powinnam...
straszyć wszystkich, kiedy...
- Straszyć? Kobieto, jesteśmy Talamhijczykami i nie miękną nam nogi w kolanach, gdy ktoś z naszych uwalnia swoją moc. A taka jak twoja, to, co
pokazałaś, hmm, może jedynie cieszyć. No, może przesadziłaś z tą burzą,
bo pewnie ludziom zajmie trochę czasu pozbieranie prania, które
pospadało ze sznurów.
- Przepraszam.
- Na bogów, nie powtarzaj tego w kółko, to się robi męczące. Obiecaj mi,
że więcej nie przyjdziesz tutaj sama.
- Nie miałam takiego zamiaru. - Pokręciła głową z kolejnym chlipnięciem.
- Znaczy, nie planowałam. Chyba na moment mnie poniosło.
- Co najmniej na cholerną godzinę. Trochę mi zajęło, żeby cię odnaleźć,
a potrwałoby jeszcze dłużej, gdyby nie on. - Energicznie pogładził
Fąfla. - Ściągnął mnie tutaj. Byłem o krok od namierzenia ciebie, ale
akurat lunął deszcz. Pewnie jesteś zmęczona po takim wybuchu energii i wylaniu litrów łez. Możemy wyjechać jutro rano, zamiast dziś po
południu.
- Wyjechać? Dokąd?
- W dolinę. - Podniósł się i wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wstać.
- Nie, Keeganie. - Zerwała się z ziemi. - Musiałam uwolnić się od
przygniatającego mnie ciężaru, dać upust emocjom, albo zwyczajnie... -
Obejrzała się na portal. - Dać mu znać. Ale nie możesz mnie odsyłać
tylko dlatego, że miałam taki... epizod.
- Epizod, tak? Pierwszy raz widziałem latające owce.
- O mój Boże.
- Nic im nie będzie. Jednak cię wysyłam - jestem taoiseachem i mogę to
zrobić. Taka prawda. Jestem potrzebny w innym miejscu, poświęciłem
Stolicy dostatecznie dużo czasu. Na razie wystarczy. Pojedziesz ze mną,
bo tego mi potrzeba i dobrze wiem, że tobie też.
- Tak. - Przytuliła się do niego i oparła mu głowę na ramieniu. - Tak,
potrzebuję tego. Możemy od razu wyruszyć?
- Tak. Jak tylko załatwimy swoje sprawy, ty się pożegnasz i spakujesz
to, co chcesz ze sobą zabrać. I nie miałbym nic przeciwko temu, gdybyś
uprzedziła Marco przez Widzące Zwierciadło, żeby dać mu czas na
przygotowanie posiłku. Wieczorem chętnie zjadłbym jego klopsiki.
- Dobrze. - Westchnęła. - Daj mi chwilę. Muszę doprowadzić się do
porządku, żeby nie było widać, że płakałam.
- Nie. - Zamknął jej dłoń w stanowczym uścisku. - Słyszeli twoją
rozpacz, niech ją też zobaczą. Pozwól im ją widzieć. A mnie pozwól
powiedzieć, że Odran nie zna takiej modlitwy, którą mógłby wybłagać w niebie czy piekle obronę przed kobietą, która stała tu dzisiaj, płonąc
jak tysiąc świec. Nie ma takiej modlitwy.
- Zbierajmy się. Szkoda dnia.
Rozdział 2
Rozdział 2
Pożegnała się, schowała do sakwy wiadomości od matek Moreny i Keegana
dla córek. A kiedy wsiadła z Fąflem na szeroki grzbiet Lonarcha,
przypomniała sobie tamten szaleńczy lot do Stolicy, nagły obrót spraw i strach, które kazały jej co żywo gnać na wschód.
Teraz leciała do domu, na zawsze odmieniona.
Wiedziała, jakie widoki rozciągają się na dole, ukryte w cieniu skrzydeł
Lonarcha. Znała zielone wzgórza i żyzne doliny, zapach gęstych lasów i majestat górskich szczytów. Znała wioski, chaty, jaskinie i wszystkich
tutejszych mieszkańców.
Tam na ziemi jeździec galopuje na koniu, kobieta w pelerynie niesie kosz
w zgięciu ramienia. Na skraju lasu jeleń zastygł w królewskiej pozie,
kobieta robi pranie w strumieniu, obok niej, na kocu, leży dziecko w powijakach.
Trolle fedrują w głębokich górskich jaskiniach, dzieci siedzą w klasach
i znudzone lekcjami, snują marzenia o przygodach. Farmerzy doglądają
ozimin i ostrzą lemiesze, matki układają maluchy na drzemkę. A wojownicy
niezmordowanie doskonalą się we władaniu orężem, aby bronić tych wzgórz
i dolin, gór i strumieni i wszystkich, którzy tutaj mieszkają.
Teraz ona też jest częścią tego świata, bo przelała za niego krew. Bo
walczyła, zabijała i krwawiła dla Talamh.
Obejrzała się na Keegana. Jaki on skupiony, a jednocześnie czujny,
pomyślała. Krewki z natury, jakimś cudem znajduje w sobie niezgłębione
pokłady cierpliwości. Twardziel, a zarazem chodząca dobroć. Same
przeciwieństwa.
To dobrze, stwierdziła, bo on jest gotów walczyć, zabijać i oddawać krew
za najbardziej żywotny cel jego świata.
Za pokój.
Skierowała Lonarcha bliżej Crogi, żeby przekrzyczeć wiatr,
- Co dalej?
Zerknął na nią i z powrotem skupił się na obserwacji ziemi, powietrza i majaczącego na horyzoncie morza.
- To samo co wcześniej. Wrócisz do doskonalenia magii i trenowania walk.
- Pytam o to, co teraz.
- To jest teraz, jutro i pojutrze. Mamy czas, ale nie wolno go trwonić.
Odran poniósł większe straty niż my. W przeciwieństwie do nas, nie
będzie trwał w żałobie, bo demony i ciemne siły, które miały nas
zniszczyć, nic dla niego nie znaczyły. Niemniej stracił moc.
- Musi ją odzyskać. To może potrwać tygodnie, miesiące, a nawet lata.
- Nie lata. Nie tym razem.
- Bo jestem tutaj.
- Jemu się wydaje, że jest blisko zdobycia ciebie i wszystkiego, czym
jesteś. Ty, klucz, most, córka człowieka, Fey i bogów, masz wszystko,
czego on pożąda. Według niego tak niewiele mu brakuje do zagarnięcia
tego, co chce, a w rezultacie do zemsty nad wszystkimi światami.
Keegan ponownie się rozejrzał.
- Tymczasem on się myli. Jest dalej, niż był kiedyś.
- Dlaczego?
- Przez to wszystko, czym jesteś. Słuchaj, wolisz w dolinę czy do chaty?
Odprowadzę cię tam, gdzie chcesz, a potem polecę na południe.
- Kierujesz się na południe?
- Czekają mnie tam obowiązki, których wcześniej nie mogłem wypełnić, bo
byłem zajęty w Stolicy. Mahon nadzoruje tam prace przy rozbiórce i odbudowie Domu Modlitewnego, a także stawianiu pomnika. Muszę pokazać
ludziom na południu, że taoiseach o nich pamięta.
- W takim razie lecę tam z tobą.
- Od wielu tygodni nie byłaś w domu.
- Ty też nie. No tak, nie jestem taoiseachem - zaznaczyła, zanim on
zdążył to zrobić. - Mówiłeś, że mam pozwolić, aby widziano mój żal. W takim razie niech go tam zobaczą. Czy może myślałeś tylko o Stolicy?
Milczał przez chwilę, patrząc na nią z uwagą, po czym kiwnął głową i skręcił na południe.
- Ciepła pogoda będzie miłą odmianą - rzucił swobodnym tonem.
- Nie mam nic przeciwko temu. Zresztą chłód mi również odpowiada. Lubię
obserwować, jak wpływa na wygląd drzew. Zieleń sosen wydaje się
ciemniejsza na tle dębów, kasztanowców i klonów, które teraz mienią się
kolorami. Światło się staje inne, noce się wydłużają. Jelenie wkładają
płowe suknie. Nigdy, ani kiedy przyleciałam do Irlandii, ani kiedy
pierwszy raz przeszłam do Talamh, nie sądziłam, że zobaczę tutaj jesień
i zimę, a ona właśnie nadchodzi.
Wskazała palcem dwóch jeźdźców na smokach kierujących się na północ.
- To nasi - uspokoił ją.
- Patrolują okolicę.
- Nasi. No jasne, przecież Odran nie ma smoków.
- Nie. Nie może ich zniewolić ani przeciągnąć na swoją stronę, jak udaje
się mu z niektórymi Fey. One są nieskalane.
- A gdyby Odran przekabacił jeźdźca?
- Smok pozostanie nieugięty. Będzie cierpiał, może nawet umrzeć ze
smutku, gdyby jego jeździec przeszedł na stronę Odrana. Natomiast jeżeli
jeździec dostałby się do niewoli, smok będzie wiernie czekać.
Pogładził Crogę po gładkich łuskach.
- Odran gdyby mógł, wybiłby je wszystkie, bo nigdy nie będą do niego
należeć. Zobacz. - Zatoczył dłonią krąg. - Południe i morze.
Rzeczywiście zobaczyła w oddali złote plaże i najbardziej niebieską z niebieskich wód rozlewającą się aż po horyzont. Widziała wróżki unoszące
się na skrzydłach, owce na soczysto zielonych zboczach wzgórz pnących
się ku słońcu, gęste lasy okalające piaski.
Na wzgórzu ponad plażą i dużą wsią zobaczyła spory dolmen z kredowobiałych kamiennych bloków.
- Czy to ten monument?
Keegan obleciał dolmen, oglądając go ze wszystkich stron.
Och tak, pamiętał.
- Przez lata stał w tym miejscu Dom Modlitewny przekazany Świętobliwym
do kultywowania ich wiary, ale wiara to niewłaściwe słowo, bo jaka
religia nakazuje torturować, prześladować i zabijać. Jednak dano im ten
dom na mocy umowy, w której pod przysięgą zobowiązali się czynić dobro.
Toric i jego zwolennicy wykorzystali ten dar, tę hojność do zdrady. Dla
takich jak oni nie ma wybaczenia, dom, w którym gnieździło się zło,
zniknął, a ziemia został poświęcona.
- Ten dolmen upamiętnia tych, którzy oddali życie w obronie nas
wszystkich.
- Jest piękny. - I smutny, dodała w myślach. Żałoba oddana w kamieniu. -
Wszystko tutaj jest piękne; morze, plaże, wieś. To, co widziałam w ogniu
w Samhain, było straszne, okrutne i bohaterskie. Patrzyłam, jak
walczyliście; ty, Mahon, Sedric i pozostali. A teraz tutaj znowu jest
pięknie.
- Talamh jest nieugięty, musi taki być, żeby trwać.
Skierował Crogę nad wzgórze, zeskoczył na ziemię, odczekał, aż Fąfel
pójdzie w jego ślady, i wyciągnął rękę do Breen. Ze ściśniętym żołądkiem
zsunęła się z grzbietu Lonarcha na trawę.
- Damy smokom trochę polatać, muszą poszukać miejsca na wypoczynek.
Wrócą, gdy będą potrzebne.
- Fąfel, ty też ruszaj - rzuciła Breen do podrygującego w miejscu psa.
Zbiegł pędem ze zbocza, w paru susach pokonał plażę i wskoczył do morza.
Młoda syrenka ze śmiechem wynurzyła się z wody i zanurkowała,
zapraszając go do zabawy.
- Fąfel zawsze znajdzie sobie rozrywkę - skomentowała Breen, podchodząc
do dolmenu. - Jest imponujący. To potężny symbol. Budzi szacunek. -
Oparła dłoń na jednym z głazów przewyższającym wysokością dwóch
postawnych mężczyzn. - W słońcu jest ciepły.
Cofnęła się, gdy podleciał do nich Mahon. Szwagier Keegana i jego prawa
ręka zwinął skrzydła i opadał na ziemię.
- Witam. Zjawiacie się w samą porę. Dziś rano ustawiliśmy kamień
szczytowy.
- Dobra robota - pochwalił Keegan. - Jak idą prace przy odbudowie?
- Na ukończeniu. Mallo i Rory trochę psioczyli, gdy zabrałeś im Nilę. -
Uśmiechnął się i pogładził mahoniową brodę. - Nie powtórzę, co mówili.
Ale przyznam, że czynią cuda, jeżeli chodzi o postęp robót. Sam
zobaczysz, wieś na nowo rozkwitła, a wczasowicze bawią się nie gorzej od
tego tam, na dole. - Wskazał psa.
Jak wcześniej Breen, Mahon oparł dłoń na głazie.
- A to będzie im przypominać, dlaczego mogą się cieszyć.
- Nic nie zostało po Toricu i jemu podobnym - wtrąciła Breen. - Ziemia z powrotem jest zielona i żyzna, a dolmen upamiętnia i oddaje cześć
wszystkim dzielnym i niewinnym. Przetrwa wieki tak jak lud Fey.
Kierowana budzącą się w niej magią, przeszła pomiędzy pionowymi głazami
i stanęła pod zwieńczeniem.
- Jednak ci, którzy będą patrzeć na to wzgórze, chodzić po tej darni,
zobaczą coś więcej niż tylko smutek. To będzie...
Urwała, podniosła dłoń i pokręciła głową.
- Mów dalej - ponaglił ją Keegan. - Co widzisz?
- Raczej czuję. Białą siłę, jasną i mocną, która żyje w tych kamieniach
i ziemi pod nimi. Czuję na skórze ciepły dotyk powietrza i słońca. Z nastaniem nocy wzejdą bliźniacze księżyce i oświetlą wielki monument ku
czci dzielnych, niewinnych i utraconych. Ku pamięci prawdziwej wiary i honoru.
- Tamte trzy drzewa zakwitną wiosną jak zakwita nadzieja, nawet gdy
wiatr strąci ich kwiaty, pokrywając ziemię płatkami. Latem urodzą
obfitość owoców, a jesienią ich liście zapłoną kolorami, bo taki jest
cykl. A kiedy one opadną, wirując w powietrzu, koło czasu obróci się i znowu pojawią się kwiaty.
Wyszła spod zwieńczenia i przystanęła kawałek od dolmenu.
- Staw z wodą czystą jak kryształ. Ktokolwiek jej się napije, poczuje
spokój. A na wielkim kamieniu wieczny ogień płonie, płomienie ma żywe i mocne.
- Ci, którzy będą patrzeć na to miejsce, chodzić po tej darni, poznają
połączone cztery elementy związane magią. Ci, którzy przyjdą uczcić
dzielnych i niewinnych, poczują nadzieję, bo będą wiedzieli, że śmierć
nie oznacza końca, gdyż życie, miłość i światło się odradzają.
Zadrżała i przegarnęła włosy palcami.
- To było... Wybaczcie, nie chcę...
Przerwała, gdy Keegan dał jej znak gestem dłoni.
- Mahonie, tak właśnie zrobimy. Ściągnij wróżki, niech posadzą drzewa,
owocowe drzewa, murarz ocembruje staw, a czarownice napełnią go wodą.
Bądź tak dobry i przyślij elfa z miedzianym kotłem. Potem wracaj do
domu, do żony i dzieci. Jeżeli dotrę w dolinę przed tobą, Aisling urwie
mi głowę, a wolałbym tego uniknąć.
- Jestem do usług. Zobaczymy się wkrótce?
- Rano, a może i prędzej.
Mahon odwrócił się do Breen i pocałował ją w policzek.
- Nie widzę tego, co ty, ale już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć
twoją wizję wprowadzoną w czyn.
Kiedy odfrunął, Breen splotła dłonie.
- Keeganie, jeśli przekroczyłam...
- A powiedziałem coś takiego? Mówię, że masz rację, więc tak zrobimy.
- Teraz to miejsce wygląda tak, jak chciałeś, jak je widziałeś.
Z uwagą popatrzył na dolmen, na surowe białe głazy. Tak, pomyślał, tak
właśnie go widział.
- Kierowały mną smutek i gniew. Głazy zostały, zatem słusznie chciałem,
żeby wznieść z nich dolmen. Jednak to za mało, zgadzam się. Przy braku
nadziei smutek traci moc przetrwania, nie opiera się czasowi.
- Wróżki posadzą drzewa, będzie staw, a my wzniecimy wieczny ogień.
- Nigdy tego... nie jestem pewna, czy wiem, jak to zrobić.
- Wiesz, że dasz radę. W końcu to twoja wizja. Nawet w ciemnościach
będzie światło. Zadbamy o to.
Kiedy chłopak dostarczył wielki kocioł, w jego wypolerowanej powierzchni
odbijał się słoneczny blask. Keegan mocą wyniósł go wysoko w górę i osadził na środku zwieńczenia.
- Dobra robota - pochwalił elfa. - Słuszny wybór.
- Mahon powiedział, że ma być duży. - Chłopak uśmiechnął się
uszczęśliwiony. - Mogę popatrzeć, taoiseachu?
- Naturalnie. - Keegan powiódł wzrokiem po dolinie. - Zaczekaj. Biegnij
na dół i powiedz wszystkim, żeby patrzyli. Niech zobaczą, jak
taoiseach i córka Fey rozpalają wieczny ogień w tym miejscu pamięci.
Chłopak wydał okrzyk radości i już go nie było.
- No, świetnie. Teraz będę miała publiczność.
- Breen Siobhan - odezwał się Keegan, zniecierpliwiony - przejmujesz się
drobiazgami. Pojawiłaś się, żeby być widzianą, i masz do tego prawo. I teraz będziesz widziana, a świadkowie tej chwili nigdy jej nie zapomną.
Świadkowie tego wydarzenia będą o nim opowiadać dzieciom, które dopiero
się urodzą. Ci, którzy się zgromadzą, będą pamiętać, jak my, taoiseach
i córka Fey, staliśmy tutaj dla dzielnych i niewinnych, dla wszystkich.
Staliśmy, jak oni wcześniej walczyli w tym miejscu przeciwko siłom
ciemności. I jak rozpaliliśmy ogień.
- Dobry w tym jesteś - mruknęła. - Czasami zapominam, jak wspaniale
radzisz sobie w roli taoiseacha.
- To tylko intuicja.
- Nie, to zdolności przywódcze. - Uśmiechnęła się do Fąfla, który jakby
wyczuwając doniosłość chwili, pobiegł na wzgórze. - W każdym razie,
jeżeli to schrzanię, zrzucę winę na ciebie, Keeganie.
Ludzie zaczęli gromadzić się u podnóża wzniesienia. Breen widziała, jak
wychodzą ze sklepów i chat, przerywają pracę, żeby popatrzeć w górę.
Pary i rodziny kończyły spacer plażą albo wychodziły z wody. Syreny
wynurzały się na bezkresną błękitną powierzchnię morza lub wślizgiwały
się na skały.
Mężczyźni sadzali sobie dzieci na ramiona, kobiety trzymały niemowlęta
na biodrze. Breen słyszała w głowie ich słowa: "Patrz teraz uważnie. I zapamiętaj".
- Weź mnie za rękę - polecił Keegan. - Niepotrzebnie się denerwujesz,
córko Eiana O'Ceallaigha. Niech on zapłonie. Niech się stanie. Wymów
słowa. Są w tobie.
Były, oczywiście, że były. Czuła moc pulsującą od Keegana do niej i od
niej do niego. Złączoną, sprzężoną, podwojoną. I słowa same przyszły.
- Przywołujemy tę moc, wieczną jak oddech, by uhonorować życie i śmierć.
Iskra w płomień, płomień w ogień, niech płonie, jaśnieje i inspiruje.
Dług wdzięczności na zawsze pozostanie w naszej pamięci.
- Niech to światło - dołączył do niej Keegan - płonie jasno nocami i dniami. Niech wiecznie unosi się ku niebiosom. Ognia, który wzniecimy
dla uczczenia ich imion, nie ugasi ani nawałnica, ani wichura.
Czuła, jak moc przepływa przez nią niczym wiatr. Uniosła wolną rękę i tak jak Keegan skierowała tę moc w stronę kotła.
- Zapłoń - powiedzieli chórem - świeć jasno wiecznym ogniem.
Buchnął płomień czysty i silny. Rozgorzał w słupy bezdymnego ognia.
Piękno tego widoku wycisnęło Breen łzy z oczu.
- Świeć wiecznie, żeby wszyscy mogli cię widzieć - powiedzieli chórem. -
Niech tak się stanie.
Z plaży poniżej i z otwartych drzwi chat poniosły się gromkie wiwaty.
- Żadnych łez. - Keegan mocniej ścisnął jej dłoń. - Oddajemy cześć, a nie pogrążamy się w żałobie. To chwila siły, nie ma w niej miejsca na
płacz. Odwróć się do nich i pokaż, kim jesteś.
Zwalczyła łzy i zrobiła, jak polecił.
Keegan uniósł miecz i kiedy klinga Defensora rozbłysła niczym płomień, z tłumu na dole popłynęły entuzjastyczne okrzyki.
- Za dzielnych i niewinnych! - zawołał. - Za Talamh, za wszystkich!
- Nie wiem, co mam teraz zrobić.
- Już wszystko zrobiłaś. - Wsunął miecz do pochwy. - Przywołaj swojego
smoka. Czas ruszać do domu.
Przelecieli nad plażą żegnani wiwatami. Breen obejrzała się jeszcze na
ogień, który pochodził z jej mocy.
Nie, nigdy tego nie zapomni.
Najpierw poszła do Marg i chociaż na dworze panował ziąb,
jaskrawoniebieskie drzwi chaty były otwarte. Fąfel z radosnym
szczeknięciem wpadł do środka.
Chwilę po nim weszła Breen. Zastała Marg w kuchni, gdy sięgała po
smakołyk dla psa. Potrzaskiwał ogień pod płytą kuchenną, para leciała z dzióbka czajnika, w powietrzu unosił się zapach ciasta.
W Breen wezbrał i wymieszał się nawał emocji. Jestem w domu, pomyślała,
i wpadła w otwarte ramiona Marg.
- Moja dziewczynka. - Marg zamknęła ją w mocnym ucisku.
- Tęskniłam za tobą. Jak dobrze cię widzieć.
- Ja też bardzo się cieszę. Ale widzę, że coś cię nurtuje. - Marg
odsunęła się i z uwagą popatrzyła w twarz Breen. - Opowiesz o tym babci?
Chodź, usiądziemy, Napijemy się herbaty, są pierniczki. A ty mi wszystko
powoli opowiesz.
- Chyba nie zdawałam sobie sprawy z ogromu tego wszystkiego, dopóki nie
znalazłam się tutaj. Tak wiele się działo i dzieje. Tamten dzień -
bitwa, rozlew krwi, Phelin i wszyscy pozostali. Chwilami tamte obrazy
się zamazują, a momentami widzę każdy z nich jak wyrzeźbiony w krysztale. I to wszystko, co działo się potem. Zastanawiam się, babciu,
jak ludzie mogą dalej żyć. A jednak dają radę. Układają sobie życie,
mimo że nawet wiedzą, że znowu będą musieli przez to wszystko
przechodzić.
- Usiądź i pozwól mi trochę cię porozpieszczać. - Marg nagrzała czajnik
dłońmi. - Gdy straciłam mojego chłopca, kiedy zginął Eian, zastanawiałam
się, jak będę mogła dalej żyć. Ty mieszkałaś po drugiej stronie,
pozbawiona pamięci o mnie i moim synu, zgładzonym przez rodzonego ojca.
Jak żyć, myślałam. Jak się poruszać, rozmawiać z ludźmi, jeść, spać? A jednak można.
Breen usiadła i przyglądała się Marg, układającej pierniczki na talerzu.
Ognistorude włosy miała wysoko upięte, była ubrana w spodnie i zielony
sweter, na nogach miała buty za kostkę. Zapewne wcześniej pracowała w ogrodzie.
- Jesteś taka silna.
- Wtedy nie byłam. Wszystko we mnie pękło. Duch, serce, byłam bliska
utraty zmysłów. Obcięłam włosy - mruknęła, oglądając się na Breen. - Do
skóry. Nocami wychodziłam do lasu, nad zatokę, gdziekolwiek. Błąkałam
się bez celu. Sedric sądził, że ja nie wiem, że on na wszelki wypadek,
gdybym go potrzebowała, chodzi za mną w kociej postaci. Nigdy o tym nie
rozmawialiśmy. On też głęboko przeżywał żałobę. Kochał Eiana jak syna.
Wtedy nie mogłam, nie umiałam dzielić się z nim żałobą, nie przyjmowałam
do wiadomości, że razem - mamie i tacie Eiana - łatwiej będzie ją
unieść. Egoistycznie zasklepiłam się w swoim żalu.
- Babciu.
- Robimy to, co w danej chwili jest nam potrzebne. Wtedy tego akurat
potrzebowałam. Zapatrzona w swoją rozpacz, potrzebowałem tych
bezsensownych wędrówek. Widocznie tak musiało być - dodała, ustawiając
filiżanki i imbryk na stole. - A Sedric czekał cierpliwie, kiedy do
niego wrócę, kiedy mu pozwolę zbliżyć się do mnie. I z czasem tak się
stało. Chodziliśmy, rozmawialiśmy, jedliśmy, spaliśmy. Żyliśmy.
- Dobrze, że mieliście siebie.
- On jest wielką miłością mojego życia. A teraz ty opowiadaj.
Przy herbacie i pierniczkach Breen opowiedziała, jak starała się nieść
wsparcie i pociechę, pomagała przywrócić do życia spalone pola. Opisała
rozmowę z Flynnem i burzę, którą potem wywołała.
- Chyba... nie byłam do tego wszystkiego przygotowana, zabrakło mi
doświadczenia. Kiedy patrzę wstecz na moje życie, wszystko było proste i bezpieczne. Nie, nie czułam się szczęśliwa, co to, to nie, ale wstawałam
rano, szłam do pracy, po powrocie do domu sprawdzałam testy albo robiłam
konspekty lekcji. Miałam Marco, Sally i Derricka. Mogłam być i właściwie
pozostawałam niewidzialna. Po prostu wtapiałam się w tło.
- A tutaj nie jesteś bezpieczna i twoje życie nie jest takie proste.
Jesteś widziana i oczekiwana. Czujesz się szczęśliwa, mo stor?
- Tak. - Breen przycisnęła palce do powiek, potem pozwoliła opaść
dłoniom. - Tak, mimo tego wszystkiego, co się działo i co może się stać,
jestem zdecydowanie szczęśliwsza. Tyle mam. Mam ciebie. - Wyciągnęła
rękę i uścisnęła doń Marg. - I mam w sobie to coś, co daje mi taką
radość. Ale to, co rano zrobiłam w Stolicy, dokładnie dziś rano -
dopiero teraz wszystko do niej dotarło - było nierozważne. Pozwoliłam,
aby to, co jest we mnie, mną zawładnęło. Wymknęło się spod kontroli.
- Robimy to, co w danej chwili jest nam potrzebne - powtórzyła Marg. -
Czy komuś stała się krzywda?
- Nie. Ale...
- Ach. - Marg podniosła palec. - Ufasz mi?
- Całkowicie, pod każdym względem.
- W takim razie uwierz, że to, kim jesteś, co masz, nie może skrzywdzić
i na pewno nie skrzywdzi nikogo poza mrocznymi siłami, które zagrażają
innym. Wiem to, bo jesteś z mojej krwi. Mojej i mojego syna.
- Część mnie pochodzi z niego, z Odrana.
- Tak jak wcześniej Eiana. Odran się myli, jemu się tylko wydaje, że
może wykorzystać tę część. Ale to właśnie ona, mo stor, przyczyni się
do jego końca. Martwi cię, że możesz komuś wyrządzić krzywdę?
- Nie martwiło aż do dziś rano. Było tak, jak wtedy na Osądzie Torica.
Poniosło mnie. Nie kontrolowałam tego żaru i mocy.
- I to cię nieco przeraża.
- Tak.
- I słusznie. Moc jest nieokiełznana i puszczona na żywioł niszczy tego,
kto nią włada. A z drugiej strony przesadnie tłumiona, gaśnie i słabnie.
Będziemy nad tym pracować, ale ostatecznie musisz znaleźć własną drogę.
Breen powoli opuszczało napięcie, rozluźniały się zaciśnięte
wnętrzności.
- To tylko jeden z powodów, dlaczego za tobą tęskniłam. I za doliną.
Pomagasz mi utrzymać równowagę. Już sam powrót tutaj mnie uspokaja.
Stolica jest piękna i tętni życiem, ale...
- To nie dom.
- Nie dom. Właśnie widziałam południe, jest piękne, pełne życia, a zarazem spokojne, ale... Zapomniałam powiedzieć ci o monumencie.
- Dwa dni temu byliśmy z Sedrikiem na południu. Keegan przysłał do mnie
sokoła z pytaniem, czy nie pomogłabym przy wznoszeniu dolmenu, bo nie
mógł jeszcze opuścić Stolicy. To piękne surowe upamiętnienie tego, co
utracone, i tego, co pokonane.
- Tak. - Breen przeczesała włosy palcami. - Może to mój błąd i monument
powinien zostać taki piękny i surowy.
- O czym mówisz?
- Kiedy tam staliśmy z Keeganem, nagle zobaczyłam coś innego. Coś
więcej.
- Co więcej widziałaś?
- Zobaczyłam... Mogę ci pokazać? W ogniu?
Wstała, podeszła do kominka, wyciągnęła ręce i poczekała na Marg.
- Oto, co zobaczyłam.
Najpierw w ogniu ukazała się wiosna, z drzewami obsypanymi białymi i różowymi pąkami, mały staw u podnóża dolmenu, w którym odbija się biel
kamienia, oraz światło i jarzący się złoto ogień. Potem pojawił się
dywan z płatków na ziemi, zawiązki owoców, które rosły i dojrzewały.
Później spadały z drzew czerwone i złote liście, a nagie gałęzie trwały
w oczekiwaniu.
I cały czas płonął złoto ogień.
Oczy Marg zaszkliły się łzami, przycisnęła dłoń do ust.
- To zobaczyłaś?
- Bardzo wyraźnie, babciu. Zanim wyjechaliśmy, rozpaliliśmy z Keeganem
ogień i...
Marg odwróciła się i ją objęła.
- To wizja zrodzona z miłości i współczucia, a zarazem z siły. Jest w niej twój ojciec, bo z całego serca wierzę, że on ujrzałby to samo.
- Tak myślisz?
- Tak. I chwała Keeganowi za jego mądrość. Mądrze uczynił, burząc tamten
dom zła i stawiając w jego miejscu potężne głazy. A jeszcze mądrzej
postąpił, że ciebie posłuchał i dodał światło. Miałaś dzień pełen
przeżyć!
- Mam wrażenie, że to nie dzień, a tydzień.
- W takim razie odprowadzę cię do Powitalnego Drzewa, przejdziesz na
drugą stronę, do chaty.
- Nie widziałam się jeszcze z Moreną, ani Finolą, ani Seamusem.
- Jutro będzie na to czas. A dziś wieczorem odpocznij. - Marg przeszła
przez kuchnię i zdjęła z wieszaków okrycia swoje i Breen. - Wyśpij się i wykorzystaj poranek na pisanie. Robimy to, co w danej chwili jest nam
potrzebne - przypomniała, wkładając kurtkę.
Breen nie mogła zaprzeczyć, że tego właśnie potrzebowała, kiedy podeszła
do drzewa po wąskich kamiennych stopniach i odwróciła się, żeby pomachać
Marg. W świetle zmierzchu widziała za sobą dom na farmie i dym sączący
się z kominów.
Kochała to miejsce, jego wygląd i zapach tutejszego powietrza, ale
bardzo chciała zająć się tym, co czekało po drugiej stronie.
Wspięła się po grubych konarach, prześliznęła między powyginanymi
gałęziami, zeskoczyła na gładką skałę i znalazła się w Irlandii.
Fąfel podrygiwał radośnie, jego ogon poruszał się rytmicznie niczym
metronom i wcale mu nie przeszkadzał zimny drobny deszcz siąpiący z ołowianego nieba.
Breen ten deszcz też nie przeszkadzał. Zadarła głowę, wystawiając twarz
na mżawkę i ruszyła przed siebie. Powietrze pachniało wilgotną ziemią i mokrymi sosnowymi igłami. Fąfel, zamiast swoim zwyczajem skręcić do
strumienia na szybką kąpiel albo kursować tam i z powrotem po ścieżce,
tym razem nie odstępował Breen.
- Gotowy na powrót do domu, co? - Pies zadarł łeb i popatrzył na nią,
potrząsając kosmatym czubem. - A może to mówiąc, myślę o sobie. Tak czy
owak, wkrótce będziemy na miejscu. - Wypuściła oddech i głęboko
wciągnęła powietrze. - Czujesz ten zapach? Dym torfowy, woda w zatoce,
mokra trawa.
Gdy wyszli z lasu, zobaczyła to wszystko, dym, zatokę, mokrą trawę,
zioła i kwiaty. I chatę z dachem ze strzechy, z grubymi kamiennymi
ścianami, uroczym tarasem i światłem w oknach. I tak samo jak za
pierwszym razem ten widok ją poruszył. Było w nim wszystko, czego
kiedykolwiek pragnęła.
Fąfel nie zboczył do zatoki. Pobiegł prosto do chaty i zaszczekał pod
drzwiami. Zanim Breen zdążyła dotrzeć do wejścia, Marco z imponującymi
dredami spiętymi nad karkiem, ze ścierką do naczyń na ramieniu, otworzył
drzwi. Z wnętrza popłynęła muzyka.
Parsknął śmiechem, bo Fąfel wspiął się na tylne łapy i zatańczył.
- Ile w tobie gracji! Tanecznym krokiem wejdź z deszczu do domu. Jest
moja Breen!
- Marco! - Gdyby mogła, podfrunęłaby do niego, ale musiała zadowolić się
podbiegnięciem prosto w jego otwarte ramiona.
Z siarczystym buziakiem zakręcił się z nią na progu.
- Jakąś godzinę temu Keegan przysłał twoje rzeczy. Klopsiki się duszą w sosie pomidorowym, bo twój facet ma do nich ogromną słabość.
- On nie całkiem jest moim facetem.
- Dobra, dobra. - Ponownie cmoknął ją w policzek. - Mam cię na oku.
Niedługo pojawi się Brian i dołączy Keegan. Wtedy urządzimy ucztę, a teraz mam ciebie całą tylko dla siebie.
Ściągnął z niej kurtkę, zarzucił ją na wieszak, chwycił Breen wpół i wykręcił z nią piruet.
- Uwielbiam to miejsce. Tylko ktoś porąbany mógłby go nie lubić. Ale to
nie samo, gdy nie ma tutaj ciebie.
- Też tęskniłam za domem i za tobą, za wszystkim i wszystkimi.
- Przygotowałem laptop, żebyś mogła rano siąść do pracy, zanim wstaną
cywilizowane osoby. Masz mnóstwo nowych komentarzy pod blogiem. Później
o tym pogadamy. Teraz nakarmimy naszego wspaniałego psa i napijemy się
wina.
- Och, tak. Z ochotą.
Otoczyła go ramionami. Dom, pomyślała. Jej dom.
Jak dwa światy mogły być jej domem, pozostawało dla niej tajemnicą.
Jednak uznała to za dar.
Rozdział 3
Rozdział 3
Obudziła się przed świtem i zobaczyła, że jest sama. Poleżała jeszcze
trochę, delektując się tą cichą chwilą pomiędzy snem a dniem w sypialni
oświetlonej poświatą z kominka.
W nocy Keegan spał razem z nią, a Fąfel zwinął się w kłębek na swoim
legowisku. Wieczór spędzili we czworo; ona, Keegan, Brian i Marco. Jedli
i rozmawiali, omijając temat wojny, bitew i przygotowań do walki. Była
muzyka, przyjacielska atmosfera i dużo śmiechu.
A potem przy blasku kominka kochała się z Keeganem i zasnęła u jego
boku.
Wiedziała, że to tylko interludium i nadzieja na to, co może przynieść
przyszłość. Jednak ta nadzieja spełni się tylko wtedy, gdy będą walczyć,
przygotowani przystąpią do wojny i ją wygrają.
Wstała i ubrała się w sportowy strój. Poćwiczy, potem usiądzie przy
biurku i popracuje. Później znowu przejdzie do Talamh, będzie
praktykować magię, zobaczy się z Moreną i całą resztą oraz potrenuje
sztuki walki z Keeganem.
Ale najpierw napije się kawy.
Na schodach usłyszała pomruk męskich głosów i poczuła zapach bekonu.
Przypalonego bekonu.
Zobaczyła w kuchni Keegana i Briana. Fąfel siedział nad miską zajęty
chrupaniem suchej karmy, na kuchence stała osmalona patelnia.
- Jakieś problemy? - spytała, kierując się prosto do ekspresu.
- Ta płyta jest.... - Keegan, krzywiąc się, obejrzał się na kuchenkę. -
Skomplikowana.
- Pomyśleliśmy, że na zmianę zajmiemy się śniadaniem. - Brian, wysoki i muskularny, patrzył na nią roześmianymi niebieskimi oczami. - Keegan
zaczął i tu pojawiły się komplikacje.
Breen z kubkiem kawy w ręce ruchem głowy wskazała furę przypalonej
jajecznicy, zdecydowanie bardziej w odcieniu brązu niż żółci.
- Właśnie widzę. Hmm, zalecałabym regularne ćwiczenia i więcej praktyki,
żeby te żałosne wysiłki podnieść do znośnego poziomu.
- Ha! - Keegan obłożył grzankę plastrami bekonu i przykrył je grubą
warstwą jajecznicy. - Dobre - ocenił, żując.
- W takim razie życzę smacznego.
Podeszła do drzwi, a kiedy je otworzyła, Fąfel wyprysnął na dwór i puścił się biegiem do zatoki. Breen wyszła za próg na chłodne poranne
powietrze.
W bladym świetle świtu mgła cienka jak pajęczyna wisiała nad szarą wodą
zatoki, tu i ówdzie jej delikatne pasma snuły się nad wilgotną zieloną
trawą. W powietrzu zapach rozmarynu mieszał się z ostrym aromatem
goździków i waniliową wonią heliotropów. Czerwone kulki jagód
połyskiwały na krzakach ostrokrzewu. Krzew róż o kwiatach w kolorze
letniego słońca kwitł zadziornie, mimo że powietrze już szeptało o zimie.
Sącząc kawę, patrzyła, jak pies pluska się w zatoce. Bryzgi wody
rozrywały welon mgły, słońce coraz śmielej przedzierało się przez
chmury.
Kiedyś poranek oznaczał dla niej wyścig z czasem. Kawa na wynos,
czekanie na autobus i jazda do wykonywanej z musu pracy, do której nie
czuła powołania. Owszem, lubiła tamten swój kawałek Filadelfii, jego
koloryt, atmosferę. Ale reszta? Szary cień i ona w najbardziej szarych
odcieniach szarości.
A teraz miała coś, o czym dawniej nawet nie śmiałaby marzyć. Odpowiadało
jej to, co robiła, miała poczucie celu.
Nawet gdy ten cel zdawał się ją przerastać i budził lęk, należał do
niej.
Podobnie jak ten mężczyzna, przynajmniej na razie, pomyślała, gdy Keegan
wyszedł przed próg i stanął tuż obok.
- Wiem, że kiedy schodziłam na dół, nie rozmawialiście z Brianem o przypalonym bekonie.
- Nie był przypalony, tylko porządnie usmażony.
- Jasne. Jak wolisz. Cieszę się, że wczoraj nie rozmawialiśmy o Odranie,
wojnie i tym wszystkim. Wiem przecież, że musisz omawiać plany i obowiązki ze swoimi wojownikami, takimi jak Brian.
- Już wszystko załatwione - uciął. - Ty rano popracujesz nad swoimi
opowiadaniami, a ja zanim zajmę się innymi sprawami, pomogę trochę
Harkenowi na farmie. Teraz słońce wcześniej zachodzi, chcę cię widzieć
na placu treningowym godzinę przed zachodem.
- W porządku.
Obejrzał się na wychodzącego domu Briana.
- Miłego dnia, Breen.
- Nawzajem, Brianie.
- Godzinę przed zachodem - powtórzył Keegan.
- Nie spóźnij się.
Ruszył przez łąkę w stronę lasu, przystanął i długimi krokami cofnął się
do niej.
Pomyślała, że ma w sobie coś z dzikusa, gdy objął ją w pasie ramieniem,
przyciągnął do siebie i pocałował.
- Nie spóźnij się - powtórzył kolejny raz i odszedł.
Breen uśmiechnęła się lekko, po czym pochyliła nad kubkiem z kawą, i jeszcze przez chwilę patrzyła na wstający dzień.
Czuła się cudownie, wręcz absurdalnie cudownie, po porządnym wypoceniu w trakcie rutynowej porcji ćwiczeń. I może tylko miała wrażenie, że
tricepsy jakby wyraźniej się zaznaczały. Może nigdy nie będzie
rewelacyjnie władać mieczem ani strzelać z łuku, ale Bóg świadkiem, te
mordercze treningi niewątpliwie przynosiły pewne korzyści.
A prysznic po ćwiczeniach? Siódme niebo.
Ubrała się i z coca-colą w ręku przeszła do gabinetu. Odpaliła laptop,
wzięła głęboki wdech i obejrzała się na Fąfla, który już umościł się na
łóżku.
- Kolej na ciebie - oznajmiła.
Od bitwy prawie nie zajrzała do nowej historii o Fąflu. Po prostu nie
miała do tego serca. Dopiero teraz, w domu, z psem na łóżku, otoczona
murami chaty z przyjemnością powróciła do pisania.
Zupełnie straciła poczucie czasu. Kiedy skończyła, Fąfla nie było na
łóżku, a z kuchni dochodziły jakieś niesamowicie apetyczne zapachy.
Wyszła z gabinetu i zobaczyła otwarty laptop Marco na roboczym stole. On
sam stał przy kuchence, której zdecydowanie nie uważał za jakieś wielce
wyrafinowane urządzenie, i wlewał białe wino do sporego garnka.
- Co tak cudownie pachnie?
- Hejka, dziewczyno! Pisałaś taka skupiona. Fąfel znowu wybiegł na dwór.
Czy ty w ogóle coś jadłaś? Kiedy o dziewiątej zszedłem na dół, byłaś
nieobecna duchem. Widać, że jeszcze nie całkiem wróciłaś.
- Byłam, rzeczywiście byłam. Mówiłam ci, że w Stolicy mogłam pracować
nad książką dla dorosłych, ale absolutnie nie czułam się na siłach
pociągnąć dalej przygód Fąfla. - Odwróciła się do lodówki po kolejną
colę jako nagrodę za osiągnięcia. - A dzisiaj pstryk i popłynęło! Boże,
jak dobrze się przy tym bawiłam! - Obróciła się w koło. - Zupełnie jakby
ktoś odkręcił kurek.
- Miło słyszeć, nawet jeśli to mi mówi, że jesteś bez śniadania. Zrobię
ci kanapkę.
- Sama potrafię ją zrobić, ale czemu nie mogę dostać tego, co masz w garnku? A właściwie co to jest? Fantastycznie pachnie.
- Nie możesz dostać, bo jeszcze musi się podusić. Zrób te swoje
czary-mary, żeby było gotowe, jak wrócimy. Bo przechodzimy na drugą
stronę, tak?
- Tak, jasne, ale... Która godzina? - Otworzyła usta ze zdziwienia, kiedy
spojrzała na wyświetlacz kuchenki. - Cholera, powinnam zamknąć laptop
pół godziny temu. Muszę lecieć!
- Już idziemy. Ty się skup na abrakadabra, a ja zrobię kanapkę, możesz
ją jeść po drodze.
- W czym mam cię wesprzeć magią?
- Dziś od rana Francja elegancja - wyjaśnił Marco, krojąc chleb. - Więc
parle wu, upiekłem kilka bagietek i robię do nas kurczaka en cocotte.
- Kurczaka en cocotte? - Uniosła pokrywkę. Zobaczyła spore, lekko
przyrumienione kawałki kurczaka, ćwiartki ziemniaków, marchew i seler
pokrojone w talarki oraz krążki cebuli. No i ten aromat - tylko jedno
określenie przychodziło jej na myśl - ekstatyczny.
- Boże, to jest... Czy coś takiego jest w ogóle legalne?
- Tak, we Francji. Ten przepis wpadł mi w ręce w zeszłym tygodniu i miałem to ugotować na wasz powrót, ale Keegan zażyczył sobie klopsiki. A więc kurczak będzie na dziś wieczór.
- Marco, jesteś cudotwórcą.
- Zgadza się. - Wręczył jej kanapkę z szynką i wędzoną goudą na razowym
chlebie.
Włożyli kurtki i wysokie buty, Breen owinęła szyję szalikiem i ruszyli w drogę.
Fąfel zrównał się z nimi, zatoczył koło wokół nich i popędził do lasu.
Marco z dredami schowanymi pod czapką wciśniętą na bakier wyciągnął
komórkę.
- Zabrałem ją ze sobą, żeby zrobić kilka zdjęć do blogu, zanim
przejdziemy na drugą stronę, bo tam nie ma zasięgu. Jesteś pewna, że nie
można czegoś z tym zrobić?
- Oni wybrali magię, Marco.
- No, wiem. Niemniej...
Przystanął, zrobił zdjęcie chaty i zatoki, na koniec sfotografował
Fąfla. Pies czekał na skraju lasu, przyglądając się im z przychyloną
głowa
- W ten weekend wybiorę się po choinkę dla nas na święta.
- Święta.
- Za pasem. Zajmiemy się światełkami i ozdobami. Czeka nas dużo pracy,
musimy to porządnie zrobić.
- Z przyjemnością. Kolorowy papier i wstążki. Zacznę szukać prezentów! I musimy pomóc przy planowaniu wesela.
- Nic nie mówiłem wieczorem, w ten czas świętowania, ale Morena zmieniła
zdanie i chce poczekać ze ślubem do wiosny, a może nawet do lata.
- Co? Czemu? Och. - Nie musiał odpowiadać. - Phelin. Straciła brata, to
dla niej trudne. Szkoda, że nie mogłam spędzić z nią więcej czasu, bo
musiała wrócić w dolinę, do Finoli i Seamusa.
- Finola prosiła mnie, żebym porozmawiał o tym z Moreną. - Zatrzymał się
i zrobił kilka zdjęć w lesie. - Mówiła, że sama z nią rozmawiała, ale
nasza dziewczyna nie dała się przekonać. Mnie też się nie udało. Może ty
byś spróbowała.
- Dobrze, chociaż jeżeli nie jest gotowa i potrzebuje więcej czasu,
Harken to zrozumie. Nikt lepiej jej nie rozumie. Zorientuję się, co da
się zrobić, gdy się z nią zobaczę.
Kiedy stanęli pod drzewem, Marco schował komórkę.
- Zostawię was same. Czasem dziewczyna potrzebuje towarzystwa innej
dziewczyny, no nie?
Razem przeszli z jednego świata do drugiego.
Słońce mocno świeciło, niebo było intensywnie niebieskie. Zieleniły się
i złociły pola za kamiennymi murkami. Owce pokryte gęstym runem
szczypały trawę, zupełnie nie zwracając uwagi na przybyszy.
Breen zobaczyła Morenę i Harkena w wozie zaprzężonym do masywnych koni
pociągowych.
- Zwożą torf z wrzosowisk - domyśliła się. - Tną go, suszą i układają w sterty na zimę.
- Finola mówi, że Morena spędza przedpołudnia z nimi i zajmuje się domem
i drobnymi pracami, a po południu przeważnie idzie do Harkena. Czasami
znika z tym swoim jastrzębiem, choć najczęściej...
- Pracuje. - Breen kiwnęła głową. - Miałam iść prosto do babci, ale
jednak najpierw zajrzę do Moreny.
- A co powiesz na to, żebym ja poszedł do babci i dotrzymał jej
towarzystwa? Miałybyście czas pogadać.
- Super, dzięki.
Przecięli wąski pas pola i przeszli nad murkiem.
- Powiedz babci, że przyjdę, kiedy będę mogła albo o ile będę mogła.
Muszę się dowiedzieć, jak pomóc Morenie.
- Jasne.
Rozeszli się na drodze, Marco poszedł dalej, a Breen skręciła na farmę.
Fąfel obejrzał się na nią, a gdy kiwnęła głową, pobiegł w stronę wozu,
szczekając na powitanie.
Trzy ptaki spłoszone hałasem poderwały się w górę jak niebieskie
strzały. Dopiero teraz Morena ją zauważyła i pomachała do niej. Breen
widziała, jak Harken ją pocałował i delikatnie trącił dla zachęty.
Dziewczyna zeskoczyła z wozu, poklepała uszczęśliwionego Fąfla i puściła
się biegiem na spotkanie z Breen.
- Wiem od Harkena, że wróciłaś. Miałam nadzieję, że się zobaczymy. -
Objęła Breen, a ona poczuła radość i ulgę, pomieszane ze smutkiem.
- Cieszę się, że tu jestem. Stolica to, hmm, Stolica, ale dolina...
- To dolina - dokończyła Morena. - W samą porę się zjawiłaś, nie będę
musiała rozładowywać torfu. Wstąpisz do domu na herbatę?
- Kawał dnia spędziłam, siedząc przy biurku i pisząc. Wolałbym się
przejść, jeżeli nie masz nic przeciwko temu.
- Z przyjemnością pospaceruję. - Nachyliła się i pogłaskała psa. - A on
na pewno chętnie wskoczy do zatoki.
- Jest cieplej, niż się spodziewałam - zaczęła Breen, gdy ruszyły przed
siebie.
- Dziś słońce mocno przygrzewa, ale Harken twierdzi, że jutro zerwie się
zimny wiatr. - Przerzuciła złotożółty warkocz na plecy. - Może tak
mówił, żeby wyciągnąć mnie na zwożenie torfu.
- Gdzie Amisz?
- Och, pewnie poluje. - Przytrzymując czapkę, zadarła głowę i powiodła
wzrokiem po niebie, jakby spodziewała się zobaczyć krążącego nad nimi
jastrzębia. - Czyli dzisiaj pracowałaś nad opowiadaniami?
- Nad następnym o Fąflu, a kiedy skończyłam, Marco powiedział, że w weekend pójdziemy po choinkę i zaczniemy robić ozdoby. Moje pierwsze
święta Bożego Narodzenia w Irlandii i tutaj. Czeka nas sporo pracy -
zauważyła mimochodem. - Aisling twierdzi, że dziecko urodzi się raczej w okolicy Yul, a nie w lutym, no i mamy twój ślub.
- Myślę, że powinniśmy zaczekać do wiosny, a może i lata.
- Tak?
- Jak mówiłaś, idą święta i dziecko ma się urodzić. To bardzo pracowity
czas. Od początku wspominałam o wiośnie, myślę więc, że to... Breen, nie
mogę wymagać od rodziny, aby bawiła się na weselu w tych
okolicznościach. Jak mogłabym być taka nieczuła? Harken może poczekać.
- On umie czekać - zgodziła się z nią Breen. - I zależy mu, żebyś była
szczęśliwa. Na tym polega miłość. Nie będzie naciskał, natomiast ja tak.
- Wolałabym nie.
- Chcę tylko, żebyś mnie wysłuchała, potem zrobisz, jak zechcesz. Zawsze
będę po twojej stronie. Jesteś moją najstarszą przyjaciółką i cokolwiek
zdecydujesz, będę cię wspierać. Na długo zniknęłaś z mojej pamięci. -
Westchnęła. - A potem wszystko wróciło. Nie pamiętałam Phelina ani
twojej rodziny. Kiedy ich zobaczyłam, pamięć od razu wróciła, bo oni
byli również moją rodziną. Oni wszyscy są moją rodziną.
Zeszły z drogi na plażę, a Fąfel natychmiast pobiegł do wody.
- To, że po tym wszystkim zostałaś w Stolicy, bardzo wiele dla mnie
znaczyło. Matka mówiła, że codziennie spędzałaś z nimi czas. Przyznaję,
chciałam mieć cię tutaj, ale byłam zadowolona, że tam byłaś.
- Wszyscy byliśmy tam, gdzie powinniśmy być.
Morena przymknęła oczy i wystawiła twarz na wiatr.
- Phelin był najlepszy z nas. Kocham moją rodzinę, kocham ich
wszystkich, wiem jednak, że to właśnie on był z nas najlepszy. Wrażliwy,
zabawny i lojalny. Owszem, lubił robić kawały, ale nikogo nie krzywdził.
Kochał żonę, nie mógł się doczekać, kiedy zostanie ojcem. A teraz go nie
ma. Pamiętam, że oddał życie za Talamh, za nas, za wszystkich.
Przysięgam ci, że to szanuję.
- Wiem, ale to nie umniejsza bólu.
- Myślisz, że kiedyś przestanie tak boleć? Że będzie mi lżej?
Breen wzięła ją za rękę i zeszły nad wodę.
- Wiesz, ja myślałam, że ojciec mnie zostawił, nie kochał mnie na tyle
mocno, aby być przy mnie. I to sprawiało mi głęboki ból. A potem, kiedy
tutaj się znalazłam, usłyszałam, że on nie żyje, dowiedziałam się, kiedy
i jak zginął, i to też bardzo bolało. Bolało, nawet kiedy zrozumiałam,
dlaczego poniósł śmierć. Nawet teraz, po czasie, nadal boli, choć
inaczej. Gdy wspominam tatę i czas, który razem spędziliśmy, czuję
radość. Tak samo będzie z tobą i Phelinem. Myślę, że wraz z upływem
czasu ta radość będzie łagodzić ból.
- Brałam udział w Odprowadzaniu znajomych i sąsiadów, ale nigdy nie
żegnałam kogoś tak mi bliskiego. Rozpoczęcie wspólnego życia z Harkenem,
zaproszenie rodziny na tańce i dzielenie tej chwili z nami byłoby z mojej strony czystym egoizmem.
- I powiem ci, że właśnie tutaj się mylisz. Jednak zanim do tego dojdę,
jeszcze raz powtórzę, że będę cię wspierać, obojętnie, co postanowisz,
czego chcesz. Spędziłam sporo czasu z twoją rodziną i wiem, jakie to dla
nich ważne, żebyś pobrała się z Harkenem. Twoja matka rozmawiała o tym
ze mną i znam jej zdanie.
- Może matka, ale...
- Noreen i twój brat myślą tak samo. Widok życia, szczególnie tego
przejawu życia, ująłby trochę smutku. Przede wszystkim twój ojciec chce
widzieć swoją córkę szczęśliwą w dniu ślubu. Niech to będzie na wiosnę,
jeśli tak chcesz, lub latem czy nawet za rok. Albo w przesilenie zimowe
czy letnie. Takie wydarzenie wnosi światło, Moreno, a oni wszyscy
potrzebują światła.
Morena ze łzami w oczach wpatrywała się w twarz Breen.
- Jesteś pewna?
- Inaczej nic bym nie mówiła. Jeżeli nie jesteś gotowa, odczekaj. Nie
odkładaj ślubu ze względu na nich ani dlatego, że według ciebie musisz
czy powinnaś tak postąpić.
- Wiem od babci, że codziennie kontaktuje się z mamą przez zwierciadło.
Rozmawiają o ślubie, kwiatach, sukni i... Babcia mówi, że absolutnie nie
powie mamie, że nie chce teraz wesela, sama mam to zrobić. Twierdzi, że
te rozmowy przynoszą mamie ulgę i nie przekaże jej tej wiadomości. Musi
usłyszeć ją ode mnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki