Wybór. Dziedzictwo Smoczego Serca - Nora Roberts

Kup ebooka

45.00 zł
35.89 zł (31,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Od wie­ków nie­które światy uwa­żają, że poza nimi nic nie ma. Te, które wie­dzą, że nie są same w bez­kre­sie i godzą się z tym, czę­sto wywyż­szają się ponad inne.

Natu­ral­nie oba poglądy są błędne, bo zaiste żaden świat nie jest ani jedyny, ani lep­szy od innych. Te światy po pro­stu współ­ist­nieją.

Nie­które z nich gło­szą pokój, nawet kiedy biją bębny wojenne. Kie­ruje tymi świa­tami nie­na­sy­cona żądza domi­na­cji nad innymi, chęć zagar­nię­cia ziemi, dóbr i bogactw. Robią to w imie­niu wyzna­wa­nego przez nich bóstwa, rzadko widząc w tym zło czy choćby iro­nię.

Tak już jest.

W nie­któ­rych świa­tach wojna staje się bóstwem, a cześć jej odda­wana jest krwawa i bar­ba­rzyń­ska.

W jed­nych świa­tach wiel­kie mia­sta wyra­stają ze zło­tych pia­sków, w innych pałace lśnią w głę­bi­nach błę­kit­nych mórz. Ale są też takie, gdzie toczy się walka o prze­trwa­nie, nie­wiele sil­niej­sze od bły­sku iskry w ciem­no­ści.

Nie­ważne, czy ludy tych świa­tów wspi­nają się na wyso­kie góry, czy pły­wają w oce­anach, biją w bębny, żeby wezwać do wojny, czy w pokoju wycho­wują kolejne poko­le­nia. Im wszyst­kim przy­świeca jeden cel.

Ist­nie­nie.

Dawno temu w jed­nym ze świa­tów żyli Ludzie, Fey i Bogo­wie. W tym świe­cie rosły mia­sta i pałace, roz­le­wały się jeziora i roz­ra­stały lasy. Góry pięły się wysoko, oce­any pogłę­biały. Przez szmat czasu magia jaśniała bla­skiem pod słoń­cem i księ­ży­cem.

Wojny zawsze były i będą. Nie­które wywo­łuje zachłan­ność, inne nie­na­sy­cona żądza pano­wa­nia, nawet gdy ono dławi się krwią poko­na­nych. Pewien mroczny bóg, upo­jony wła­dzą, ską­pany we krwi ludzi i Fey, został ska­zany na bani­cję z ich świata.

Jed­nak nie koniec na tym.

Wraz z nie­uchron­nym obro­tem koła czasu podejrz­li­wość i strach wśli­znęły się niczym węże w har­mo­nię pomię­dzy ludźmi i Fey. Tu i ówdzie pogoń za postę­pem wyparła więzy pomię­dzy magią i czło­wie­kiem, bał­wo­chwal­stwo zastą­piło cześć wcze­śniej oka­zy­waną bogom.

I oto nad­szedł czas wyboru; odejść od magii czy ją kul­ty­wo­wać, odwró­cić się od daw­nych bogów czy na­dal ich powa­żać. Fey odłą­czyli się od świata ludzi, gdzie podejrz­li­wość i strach kazały tro­pić ich po lasach, ska­zy­wać na stos albo ścię­ciem topo­rem.

I tak naro­dził się Talamh, świat ze świata.

Wizjo­ne­rzy obda­rzeni mądro­ścią stwo­rzyli por­tale pomię­dzy świa­tami i zgod­nie z pra­wem Talamh wszyst­kim miesz­kań­com pozo­sta­wiono wybór: mogli zostać lub odejść. W tej kra­inie wzgórz, wyso­kich gór, prze­past­nych lasów i mórz kwi­tła magia, a wódz zwany tao­ise­achem - wybie­rany i wybie­ra­jący - utrzy­my­wał pokój. Ale nie koniec na tym.

Mroczny bóg, który nie usta­wał w intry­gach w świe­cie mroku, skrzyk­nął armię z demo­nów i wyklę­tych. Z cza­sem spo­ży­wana przez niego krew pozwo­liła mu zebrać siły do przej­ścia przez por­tal do Talamh. Tam ude­rzył w kon­kury do mło­dej wiedźmy - tej wybra­nej i wybie­ra­ją­cej jako tao­ise­ach - roz­ko­chał ją w sobie i oma­mił kłam­stwami. Młoda tao­ise­ach dała mu syna, a on w sekre­cie, kiedy matka spała odu­rzona zaklę­ciem, noc w noc wysy­sał moc z nie­mow­lę­cia, aby zwięk­szyć swoją potęgę.

Ona jed­nak otrzą­snęła się z wymu­szo­nego snu, bo miłość mat­czyna ma wielką magiczną siłę. Prze­bu­dzona, popro­wa­dziła armię prze­ciwko mrocz­nemu bogowi, wyrzu­ciła go z Talamh i zamknęła por­tal. Uznała też sie­bie za nie­godną roli tao­ise­ach, więc wrzu­ciła miecz z powro­tem do Jeziora Prawdy i posta­no­wiła prze­ka­zać buławę temu, który podej­mie go z wody.

Do Talamh znowu powró­cił pokój. Wśród zie­lo­nych wzgórz i prze­past­nych lasów dora­stał jej syn. Nad­szedł dzień, kiedy z dumą i smut­kiem patrzyła, jak on wynu­rza się z mie­czem z jeziora i zostaje tao­ise­achem. Pod jego wodzą pano­wał pokój, spra­wie­dli­wość wymie­rzano mądrze i lito­ści­wie. Plony były obfite, kwi­tła magia.

Zrzą­dze­niem losu młody tao­ise­ach poznał i poko­chał kobietę ze świata ludzi. Za zgodą wybranki, spro­wa­dził ją przez por­tal do Talamh. I tam w miło­ści i szczę­ściu poczęli dziecko, dziew­czynkę.

To jaśnie­jące magią dziecko przez trzy lata znało wyłącz­nie miłość.

Jed­nak ape­tyt mrocz­nego boga nie słabł, a wręcz wzma­gała się jego wście­kłość.

Poprzez ofiary krwi i czarną magię raz jesz­cze urósł w siłę, wspie­rany przez prze­wrotną wiedźmę, która zamie­niła białą magię na czarną.

Wykradł dziecko i uwię­ził je w szkla­nej klatce pod wodą w pobliżu por­talu. Gdy ojciec dziew­czynki, babka i wszy­scy wojow­nicy Talamh, na koniach czy na smo­kach, ruszyli jej na ratu­nek, ona, która dotąd znała jedy­nie miłość, poczuła strach.

Ten strach prze­mie­nił się w gniew równy siłą gniewu boga. Obró­ciła swoją moc prze­ciwko niemu i wygrała; ona, krew z jego krwi, kość z kości.

Roz­biła klatkę, a Fey w tym cza­sie zaata­ko­wali boga i jego oddziały. Bóg, kolejny raz wypę­dzony z Talamh, skrył się w ruinach swo­jego Czar­nego Zamku.

Matka dziew­czynki, kie­ru­jąc się ludz­kim stra­chem, który coraz bar­dziej prze­sła­niał miłość, zażą­dała, aby córka wró­ciła z nią do świata ludzi. Z pamięci małej miały znik­nąć wspo­mnie­nia o magii, Talamh i jego miesz­kań­cach.

Kocha­jący ojciec i mąż przy­stał na to żąda­nie. Prze­niósł obie przez por­tal i żył z nimi w świe­cie ludzi, jed­nak z miło­ści i poczu­cia obo­wiązku wobec swo­jego ludu wra­cał też do Talamh tak czę­sto, jak tylko mógł.

Miłość ojca do dziecka ni­gdy nie osła­bła, ale uczu­cie pomię­dzy potom­ki­nią ludzi i potom­kiem Fey nie miało szansy na prze­trwa­nie. Wysiłki tao­ise­acha, aby żyć w obu świa­tach łamały mu serce.

Mroczny bóg ponow­nie zagro­ził Talamh i wszyst­kim świa­tom poza nim. I znowu Fey pod wodzą tao­ise­acha prze­pę­dzili wroga, lecz tym razem bóg czarną magią i czar­nym mie­czem uśmier­cił wła­snego syna.

I tak oto nad­szedł czas kolej­nej żałoby i kolej­nego wyboru.

Miecz pod­jął z jeziora młody chło­pak, opła­ku­jący tao­ise­acha jak rodzo­nego ojca.

Kiedy nowy tao­ise­ach sta­wał się męż­czy­zną, zasia­dał na Krze­śle Spra­wie­dli­wego w Sto­licy, poma­gał bratu i sio­strze na far­mie w doli­nie, latał na smoku nad Talamh i przy­go­to­wy­wał się do wojny z mrocz­nym bogiem, do któ­rej, jak wszy­scy wie­dzieli, prę­dzej czy póź­niej musiało dojść, córka poprzed­niego tao­ise­acha miesz­kała w świe­cie ludzi.

Matka, z powodu obawy i nie­chęci, robiła wszystko, aby jej córka trzy­mała się w cie­niu, miała niskie poczu­cie wła­snej war­to­ści i skromne ocze­ki­wa­nia. Dziew­czyna wio­dła ciche życie, w któ­rym było nie­wiele rado­ści. Oczy­wi­ście nic nie wie­działa o magii. Codzien­ność roz­ja­śniała jej obec­ność przy­ja­ciela, bli­skiego jak brat, i wspar­cie męż­czyzn peł­nią­cych rolę ducho­wej matki.

Dziew­czyna mie­wała dziwne, nie­ja­sne sny, któ­rych zna­cze­nia nie potra­fiła roz­szy­fro­wać. Tra­wiła ją też tęsk­nota za ojcem, który, jak wie­rzyła, porzu­cił matkę i zosta­wił swoją córkę.

Jed­nak nad­szedł taki dzień, kiedy otwo­rzyły się przed nią drzwi. Ta młoda kobieta pozba­wiona wiary w sie­bie, sta­now­czo znie­chę­cana do podej­mo­wa­nia ryzyka, doko­nała wyboru. Wsia­dła w samo­lot i pole­ciała do Irlan­dii w nadziei, że odnaj­dzie tam ojca i sie­bie. Ta podróż obu­dziła w niej miłość do zie­lo­nej wyspy, tam­tej­szych wzgórz i mgieł.

W cha­cie nad zatoką usi­ło­wała roz­wi­kłać zna­cze­nie swo­ich snów. Któ­re­goś dnia w głębi lasu natra­fiła na drzewo, które zda­wało się wyra­stać z litej skały. Wspięła się na nie po gru­bych dłu­gich gałę­ziach.

I prze­szła ze świata, który znała, do świata swo­ich naro­dzin.

Obu­dziła się w niej magia, ożyły wspo­mnie­nia. A stało się tak dzięki wspar­ciu babki, która cią­gle ją kochała i za nią tęsk­niła, wróżki - przy­ja­ciółki z dzie­ciń­stwa, oraz chłopca - teraz już męż­czy­zny, który swego czasu pod­jął miecz z jeziora.

Dowie­działa się o śmierci ojca i opła­kała go. Poznała poświę­ce­nie babki i ją poko­chała. Odkryła swoją moc i zna­la­zła w niej radość. Dowie­działa się, cho­ciaż ta wie­dza budziła w niej lęk, kim sama jest dla Talamh. Poznała zagro­że­nie pły­nące ze strony mrocz­nego boga, jej dziada, i dla­tego uczyła się wal­czyć magią, mie­czem i wręcz.

Mijały dni i mie­siące, a ona, jak wcze­śniej jej ojciec, żyła w dwóch świa­tach. W cha­cie w Irlan­dii wni­kała w zna­cze­nie swo­ich nie­zwy­kłych snów; w Talamh dosko­na­liła magiczną moc i wdra­żała się do walki.

Poko­chała swoje obo­wiązki wobec Talamh, zna­la­zła w sobie odwagę, któ­rej sym­bol miała wyta­tu­owany na nad­garstku. Podzi­wiała ple­mię Fey, skrzy­dlate wróżki, zawrotną szyb­kość elfów, trans­for­ma­cję hybry­dów.

Kiedy zło przy­pu­ściło atak na Talamh, co zagra­żało wszyst­kiemu i wszyst­kim, wal­czyła z nim magią, mie­czem i wręcz. Zmiaż­dżyła to, co miało uni­ce­stwić świa­tło, świa­tłem poko­nała naj­czar­niej­szą magię.

I speł­niła rolę, która była jej prze­zna­czona z racji uro­dze­nia.

Jed­nak nie koniec na tym.

Rozdział 1

Roz­dział 1

Po wal­kach zna­nych jako Bitwa o Czarny Por­tal Breen jesz­cze przez trzy tygo­dnie prze­by­wała w Sto­licy. Pierw­sze dni były dla niej potwor­nie cięż­kim doświad­cze­niem. Poma­gała przy pie­lę­gna­cji ran­nych wojow­ni­ków i zno­sze­niu ciał z pola walki pokry­tego popio­łem i nasiąk­nię­tego krwią.

Trzy­mała w ramio­nach Morenę zale­wa­jącą się łzami po śmierci brata. Sama, przy­bita smut­kiem, pocie­szała rodzi­ców Phe­lina, jego cię­żarną żonę, brata, dziad­ków i całą rodzinę.

Dopiero nie­dawno przy­po­mniała sobie Phe­lina, dopiero co zoba­czyła go ponow­nie go po tylu latach, a teraz już go nie było; zgi­nął, bro­niąc Talamh przed wasa­lami jej dziada.

Na Odpro­wa­dze­niu stała z rodziną Phe­lina. Ści­skała lewą dłoń Moreny, a z dru­giej strony Har­ken trzy­mał ją za prawą rękę.

Breen odczuła głę­boko ból przy­ja­ciółki, gdy pro­chy Phe­lina i wielu innych wojow­ni­ków wró­ciły znad morza do urn trzy­ma­nych przez bli­skich.

Nie odstę­po­wała Moreny, dopóki przy­ja­ciółka nie wró­ciła z Har­ke­nem w dolinę. Przy­gnę­biona, patrzyła, jak Finola i Seamus, trzy­ma­jąc się za ręce, roz­wi­jają skrzy­dła, żeby podą­żyć za nimi.

Keegana pochła­niało uczest­nic­two w zebra­niach i wyloty na patrole, więc Breen odwie­dzała pogrą­żone w żało­bie rodziny, choć bała się, że prze­peł­niona smut­kiem, sama uto­nie w morzu łez.

Po pierw­szym tygo­dniu w Sto­licy spró­bo­wała nakło­nić swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela Marco do powrotu do Chaty Fey.

- Zostaję z moją dziew­czyną - oznaj­mił i zaci­snął szczęki pod zgrab­nie przy­ciętą kozią bródką.

Prze­wi­działa taką reak­cję, toteż miała przy­go­to­waną odpo­wiedź.

Stali na moście pod zam­kiem, patrząc, jak Fąfel, jej irlandzki spa­niel wodny, barasz­kuje w fosie. Breen wzięła przy­ja­ciela pod ramię. Zawsze był przy niej, na dobre i na złe, czego dał naj­lep­szy dowód, prze­ska­ku­jąc z nią do innego świata.

- Twoja dziew­czyna ma się dobrze.

- Nie powie­dział­bym. Breen, jesteś wykoń­czona, za dużo na sie­bie bie­rzesz.

- Marco, wszy­scy dużo z sie­bie dają. Ty...

- Jasne, że poma­ga­łem. - Zapa­trzył się na postaci tre­nu­jące walkę na mie­cze i wręcz, celu­jące z łuków do tar­czy na polu za fosą. I przed oczami sta­nęły mu leżące tam zakrwa­wione ciała.

Ten widok zosta­nie z nim na zawsze.

- Poma­ga­łem - powtó­rzył - ale ty wzię­łaś na sie­bie więk­szy cię­żar niż inni i bar­dzo prze­ży­wasz to tutaj. - Pokle­pał się dło­nią po piersi na wyso­ko­ści serca.

- To wina Odrana, on za to wszystko odpo­wiada. Nie ja - dodała, zanim jej towa­rzysz zdą­żył się ode­zwać. - Nie ja, nie mój ojciec, nie moja matka, ani bab­cia. Ale to nie zmie­nia faktu, że tylu ludzi nie żyje tylko dla­tego, że Odran mnie chce dopaść, bo jestem, kim jestem, i mam to, co mam. Jeżeli dzie­ląc ból z rodzi­nami pole­głych, mogę im nieść pocie­chę, będę to robić.

Wysu­nął rękę spod jej ramie­nia i przy­gar­nął ją do sie­bie.

- Dla­tego zostanę.

- A ja dla­tego cię pro­szę, żebyś wró­cił do chaty. - Pogła­dziła go po policzku, patrząc w jego łagodne, zatro­skane brą­zowe oczy. - Też chcia­ła­bym wra­cać, jed­nak muszę zostać tu jesz­cze jakiś czas. To, nie­stety, ozna­cza, że nie mogę teraz wes­przeć Moreny, Finoli i Seamusa. Oni są dla mnie jak rodzina, Marco. A nie ma mnie przy nich.

- Ale byłaś i wie­dzą, że zosta­łaś ze względu na rodzi­ców Phe­lina, jego żonę i brata.

- Wła­śnie dla­tego muszę tu być. A ty wróć i zaopie­kuj się Moreną i całą resztą. I doliną. Zbyt wielu naszych stra­ci­li­śmy. Zabierz się z Bria­nem.

- Po pierw­sze, Brian wyru­sza jutro bla­dym świ­tem i leci na zachód. A po dru­gie, dziew­czyno, za cho­lerę ni­gdy wię­cej nie dam się wsa­dzić na smoka.

Roz­ba­wił ją.

- Mogła­bym ci przy­rzą­dzić mik­sturę uspo­ka­ja­jącą.

- Hej, super­po­mysł! - Prze­wró­cił brą­zo­wymi oczami. - Polecę na smoku pod warun­kiem, że będę naćpany. Co ty na to?

- A może poje­dziesz konno? Keegan wysyła Briana z grupą zbroj­nych na zachód, część z nich na koniach. Lubisz konną jazdę. Kurde, lepiej ode mnie trzy­masz się w sio­dle, co w pew­nym sen­sie mnie wku­rza. Marco, ujmiesz mi zmar­twień. Przy­się­gam na Boga, że mówię prawdę.

- Niech ci spoj­rzę w oczy. - Ujął jej twarz w dło­nie, popa­trzył w oczy i wes­tchnął. - Cho­lera, to prawda. Tylko nie chcę cię samej zosta­wić.

- Wiem. Wiem, że to, o co pro­szę, jest dla cie­bie trudne. Ale ja mam tutaj Keegana i mojego groź­nego psa.

Fąfel wsko­czył na most i otrzą­snął się zado­wo­lony. Pry­skały bry­zgi wody, psie oczy świe­ciły z rado­ści. Jed­nak Breen pamię­tała, jak on zażar­cie wal­czył, został jej w pamięci zakrwa­wiony pysk i waleczny ogień w tych teraz szczę­śli­wych oczach.

- I - dodała - tak się składa, że jestem w miarę mocną cza­row­nicą.

- W miarę mocną, deli­kat­nie rzecz ujmu­jąc - popra­wił ją. - Wyjadę, ale musisz mi obie­cać, że będziesz przy­sy­łać wia­do­mo­ści. Codzien­nie, Breen, to mój waru­nek. Pchnij sokoła czy zrób coś w ten deseń.

- Wczo­raj zaj­rza­łam do sklepu Ninii Col­co­nann i kupi­łam ci Widzące Zwier­cia­dło.

- A to co znowu takiego?

- Będę mogła z tobą roz­ma­wiać. Na doda­tek jest ładne. Pomyśl o tym jak o wide­ocza­cie na Zoo­mie. Pokażę ci, jak to działa. - Prze­gar­nęła pal­cami burzę rudych loków. - Będę spo­koj­niej­sza, poważ­nie. I popatrz na to z prak­tycz­nej strony. Jeżeli Der­rick czy Sally spró­bują się z nami skon­tak­to­wać, nie połą­czą się. Po co ich dener­wo­wać? - Wykal­ku­lo­wała, że tym argu­men­tem prze­kona Marco. W końcu cho­dziło o Sally, ich duchową mamę.

- No. - Wepchnął ręce do kie­szeni. - Też o tym myśla­łem.

- A więc ruszaj w drogę i jak tylko znaj­dziesz się w domu, poga­daj na Face­Ti­mie z Fila­del­fią. I... - szturch­nęła go pal­cem w brzuch - weź się do roboty, dla mnie.

Przy­kuc­nęła i powio­dła dłońmi po sier­ści Fąfla, żeby otrze­pać z wody jego rudo-fio­le­towe loki.

- A ty? Wiem, że dużo tutaj nie piszesz.

- Tro­chę. - Piesz­czo­tli­wie pocią­gnęła Fąfla za strzę­pia­stą bródkę, zanim pod­nio­sła się z kucek. - Bra­kuje mi weny do wymy­śla­nia kolej­nych przy­gód Fąfla, nie mogę wykrze­sać z sie­bie pogod­nych myśli. Ale pra­cuję nad drugą wer­sją powie­ści dla doro­słych. Teraz mam lep­sze poję­cie o sce­nach bata­li­stycz­nych.

- Och, Breen.

Przy­tu­liła się do niego. Zawsze miała w nim opar­cie.

- To nic, Marco. Dali­śmy radę. Wal­czy­li­śmy i poko­na­li­śmy zło. - Popa­trzyła na niego sza­rymi oczami zim­nymi jak stal i wypro­sto­wała ramiona. - Kiedy nadej­dzie czas, znowu stanę do walki. I będę to robić, dopóki nie odnie­siemy osta­tecz­nego zwy­cię­stwa.

Jej spoj­rze­nie zła­god­niało. Wzięła go za ręce.

- Chodź, pomogę ci się spa­ko­wać i pokażę, jak działa Widzące Zwier­cia­dło.

*

O świ­cie, sto­jąc wśród poran­nych mgieł, patrzyła, jak odjeż­dża. Jej Marco, miesz­czuch z uro­dze­nia i wyboru, trzy­mał się w sio­dle, jakby na nim przy­szedł na świat. Roz­bry­kana klaczka zda­wała się tań­czyć. Breen usły­szała jesz­cze jego śmiech, gdy spiął ją do galopu, dołą­cza­jąc do jeźdź­ców zmie­rza­ją­cych na zachód.

Nad jej głową trzy smoki skrzące się w poran­nym świe­tle jak klej­noty prze­cięły bure listo­pa­dowe niebo, a za nimi prze­le­ciały dwie wróżki.

Wojna i roz­lew krwi powrócą wznie­cone przez upa­dłego boga Odrana. Jej dziada.

Na szczę­ście Marco będzie bez­pieczny. O ile w ogóle można czuć się bez­piecz­nie w świe­cie kocha­ją­cym pokój, nad któ­rym wisi groźba ataku krwio­żer­czego boga.

Marco, naj­lep­szy czło­wiek, jaki kie­dy­kol­wiek przy­szedł na świat, połą­czy się ze swoim uko­cha­nym. W tej chwili tylko na tyle mogła mieć nadzieję.

- Będzie mu tam lepiej niż dobrze - ode­zwał się Keegan, odpro­wa­dza­jąc wzro­kiem kon­nych zni­ka­ją­cych we mgle. - Dobrze zro­bi­łaś, że go ode­sła­łaś.

- Wiem. I wiem też, że jego obec­ność dobrze wpły­nie na miesz­kań­ców doliny. To ważne.

- Tak, to ważne. Też byś się tam przy­dała. Jed­nak chcę zatrzy­mać cię tutaj... z pew­nych powo­dów, cho­ciaż wiem, że pomo­gła­byś w doli­nie, no i sama zna­la­zła wytchnie­nie.

- Na razie nie szu­kam wytchnie­nia. - Przy­glą­dała się temu męż­czyź­nie, wie­du­nowi, wojow­ni­kowi, w któ­rym się zako­chała, któ­rego pra­gnęła i potrze­bo­wała nie­mal do utraty tchu. Był silny, mocno zbu­do­wany, miał czarne wło­sami z nie­dbale zaple­cio­nym war­ko­czem wojow­nika. Widziała znu­że­nie i gniew na dnie jego ciem­no­zie­lo­nych oczu.

- Tak samo jak ty - zauwa­żyła.

- Taak. Na razie nie ma dla mnie wytchnie­nia.

- Odran odparty, por­tal zapie­czę­to­wany, teraz nie ma tutaj z kim wal­czyć.

Odpo­wie­dział jej dłu­gim chłod­nym spoj­rze­niem.

- Żądza wojny jest pra­gnie­niem śmierci. Innej drogi nie ma.

- Źle mnie zro­zu­mia­łeś, Keega­nie. Ćwi­czysz się w sztuce wojen­nej, bo Talamh i inne światy potrze­bują obrony. Nauczy­łeś mnie wszyst­kiego i wdro­ży­łeś do walki. Nie oszczę­dza­łeś mnie. Nie zli­czę, ile razy bole­śnie zwa­li­łeś mnie z nóg.

Wzru­szył ramio­nami i powiódł wzro­kiem po placu do ćwi­czeń.

- Teraz nie tak łatwo zwa­lić cię z nóg.

- Daj spo­kój. Z przy­kro­ścią stwier­dzam, że tobie zawsze się to uda­wało. Ni­gdy nie będę tak dobra w walce na mie­cze jak Robin Hood w strze­la­niu z łuku.

- To ładne histo­rie. Te o Robin Hoodzie. Masz rację, nie będziesz.

- Wiesz co, mógł­byś sobie daro­wać ten komen­tarz.

Z lek­kim uśmiech nawi­nął pukiel jej wło­sów na palec.

- Po co kła­mać, skoro prawdę widać jak na dłoni. Ale jesteś lep­sza, niż byłaś.

- Nie­wiele mi to mówi.

- Lep­sza, niż byłaś na początku. Nato­miast moc two­jej magii budzi... sza­cu­nek. Jest i zawsze będzie twoją naj­groź­niej­szą bro­nią. A to? - Uniósł jej dłoń, odwró­cił wewnętrzną stroną nad­garstka do góry i dotknął pal­cem tatu­ażu.

- Misne­ach. Odwaga, masz jej w sobie tyle samo co magii.

- Nie zawsze.

- Wystar­cza­jąco czę­sto. Ode­sła­łaś Marco, rezy­gnu­jąc z kom­fortu, jaki daje ci jego obec­ność, żeby wes­przeć innych. To odwaga. Poje­cha­ła­byś z nim, ale zosta­łaś, bo ja cię potrze­buję.

- Jak powie­dzia­łeś, z jakie­goś powodu.

- Z jakie­goś powodu.

Grupa mło­dzi­ków wylała się na plac ćwi­czebny. Część przy­le­ciała, inni wbie­gli tam z elfią szyb­ko­ścią, a jesz­cze inni, zie­wa­jąc, przy­wle­kli się zaspani.

A więc nie mają dziś lek­cji, domy­śliła się Breen. W Talamh bar­dzo dbano o edu­ka­cję. Spoj­rzała na Fąfla, widziała jego bła­galne spoj­rze­nie.

- Leć.

Puścił się bie­giem z rado­snym szcze­ka­niem.

- Nie zapy­ta­łaś mnie wcale - ode­zwał się Keegan. - O powód.

- Sądzisz, że tutaj, przy tobie, jestem bar­dziej bez­pieczna. Shana dwu­krot­nie pró­bo­wała mnie zabić, a teraz ona należy do niego. Do Odrana.

- Wszyst­kie por­tale są strze­żone. Nie prze­do­sta­nie się. Nie może cię skrzyw­dzić.

- Ona mnie nie zabije.

Zmru­żył oczy.

- Zoba­czy­łaś to?

Pokrę­ciła głową.

- Nie. Wiem, że nie dam jej tej satys­fak­cji. Jest jesz­cze Yseult. Dwu­krot­nie mnie zaata­ko­wała. Nie żeby zabić, bo w prze­ci­wień­stwie do Shany nie jest, jak to mówi Marco, taka popie­przona, ale chciała mnie osła­bić i odsta­wić do Odrana. Gdyby nie ty, za pierw­szym razem by jej się udało. Za dru­gim już nie. To było dokład­nie w tam­tym miej­scu.

Odwró­ciła się i ruchem głowy wska­zała plac.

- Sama nią się zaję­łam. Nie­stety, ule­głam emo­cjom i roz­gnie­wana, zamiast od razu ją wykoń­czyć, chcia­łam zadać jej cier­pie­nie. Wię­cej tego błędu nie popeł­nię.

- Robisz się mściwa, mo ban­dia.

Mściwa? Chyba nie. Raczej pewna sie­bie. Zro­biła się pewna sie­bie.

- Bar­dzo długo mia­łam niskie poczu­cie wła­snej war­to­ści, bar­dzo niskie. A teraz wiem, kim jestem, co mam, i zamie­rzam to wyko­rzy­stać. Sku­pia­jąc się na mnie, tra­cisz z oczu waż­niej­sze sprawy. Powi­nie­neś prze­stać.

Keegan, tak samo jak ona, obser­wo­wał ćwi­czą­cych na placu. Jacy oni mło­dzi, pomy­ślał z dumą pomie­szaną ze smut­kiem. I z dło­nią na gło­wicy mie­cza uświa­do­mił sobie, że w ich wieku robił to samo.

- Myślisz, że tylko z tego powodu chcę, żebyś została?

- Mię­dzy innymi, ale oboje wiemy, że się tu przy­daję.

- Fakt. Opie­ko­wa­łaś się ran­nymi i nio­słaś pocie­sze­nie, odwie­dza­jąc rodziny w żało­bie, zresztą na­dal to robisz. Za dużo na sie­bie bie­rzesz. To widać.

- Wiel­kie dzięki. W takim razie zacznę masko­wać zmę­cze­nie maki­ja­żem.

- Nie musisz, i tak jesteś piękna.

To idio­tyczne, ale ta banalna, jakby mimo­cho­dem rzu­cona uwaga, wywo­łała u niej dresz­czyk pod­nie­ce­nia.

- Nawet gdy jesteś zmę­czona, bar­dzo blada i przy­tło­czona smut­kiem - dokoń­czył.

- Z tobą jest tak samo. Ow­szem, jako tao­ise­ach masz szcze­gólne obo­wiązki, ale jest w tym coś wię­cej. Ty to wszystko głę­boko prze­ży­wasz, Keega­nie.

- Nie pró­buj mi ująć cię­żaru smutku. - Przy­trzy­mał jej dłoń, zanim zdą­żyła poło­żyć mu ją na sercu. - Potrze­buję go tak samo jak gniewu i jak zim­nej krwi. Wiem, że poma­ga­łaś przy pole­głych, nie chcia­łem takich wido­ków dla cie­bie.

- To też są moi ludzie. Jestem tak samo Talam­hijką jak Ame­ry­kanką. A może nawet bar­dziej, gdy się nad tym zasta­no­wić.

- Nie­mniej wolał­bym, żebyś nie musiała oglą­dać takich wido­ków. Ode­sła­łaś Marco, a ja nie mogę zapew­nić ci towa­rzy­stwa w miej­scu, które nie jest dla cie­bie domem, tak jak Irlan­dia czy dolina. Jeste­śmy razem tylko kiedy się kochamy albo śpimy, wła­ści­wie czę­ściej śpimy, niż się kochamy, co stwier­dzam z przy­kro­ścią. Ta roz­mowa jest chyba naszą naj­dłuż­szą na osob­no­ści od czasu bitwy.

- Jesteś tao­ise­achem, masz zebra­nia Rady, Osądy. Wiem, że odwie­dzasz wszyst­kich ran­nych i rodziny pole­głych. Wiem, bo sami mi to mówią. Do tego docho­dzi naprawa znisz­czeń, ćwi­cze­nia i sama nie wiem co jesz­cze. Myślisz, że się spo­dzie­wam, że będziesz dotrzy­my­wać mi towa­rzy­stwa, gdy masz tyle spraw na gło­wie?

Popa­trzył na nią tak samo jak zawsze; uważ­nie i wni­kli­wie. A potem prze­niósł wzrok z powro­tem na plac i wieś.

- Nie, nie spo­dzie­wasz się i może dla­tego żałuję, że nie mogę ci tego dać. Na­dal pozo­sta­jesz dla mnie tajem­nicą, Breen Sio­bhan. A to, co do cie­bie czuję, to kolejna tajem­nica. I ona nie zawsze mi się podoba.

Znowu ją roz­ba­wił.

- Co czę­sto dajesz mi jasno do zro­zu­mie­nia.

- Potrze­buję cię tutaj ze wszyst­kich powo­dów, które wymie­ni­łaś. Tak, ze wszyst­kich, ale przede wszyst­kim chcę cię tutaj dla sie­bie. To nie musi mi się podo­bać, ale... lepiej tego wyja­śnić nie umiem.

Wzru­szył ją, naprawdę wzru­szył, bo cho­ciaż zadał sobie trud, żeby spró­bo­wać.

- Coraz lepiej ci to wycho­dzi. Zna­czy, wyja­śnia­nie. Ni­gdy nie będziesz w tym mistrzem, ale jeżeli poćwi­czysz, nabie­rzesz wprawy.

Kąciki ust drgnęły mu w uśmie­chu.

- Tro­chę uszczy­pliwe, ale trafne.

- Taki był zamiar. Lubię być potrzebna. - Prze­su­nęła pal­cami po jego war­ko­czu wojow­nika zaple­cio­nym przy skroni. - Bar­dzo długo nikt mnie nie potrze­bo­wał. Oczy­wi­ście oprócz Marco, no i Sally i Der­ricka. Ale to co innego. A więc teraz sen, seks i co jesz­cze ewen­tu­al­nie się przy­trafi, musi nam wystar­czyć.

- Na razie nic się nie przy­trafi. Mam cho­lerne zebra­nie Rady.

- Nie ma pro­blemu. Czeka mnie tre­ning na placu. Cho­lerne strze­la­nie z łuku.

- Podobno nie jesteś już aż tak bez­na­dziejna.

- Zamknij się. Bie­gnij prze­wo­dzić światu.

Pod­su­nął dło­nie pod jej łok­cie i pod­cią­gnął ją na palce. Ich wargi złą­czyły się w dłu­gim poca­łunku. Mgły zdą­żyły się roz­wiać i słońce przedarło się przez chmury.

- Nie ruszaj się ni­gdzie bez Fąfla, dobrze? A na wizyty we wsi zabie­raj Kiarę, Brid­git czy kogo tam chcesz.

- Prze­stań się mną przej­mo­wać.

- Będę się mniej przej­mo­wał, jeżeli potrak­tu­jesz poważ­nie to, o co pro­szę.

- Dobrze. W takim razie przej­muj się mniej. Idę po mój łuk i będę mniej bez­na­dziejna. Myślę, że będę się lepiej bawić niż ty.

- Nie wąt­pię. Nie ruszaj się ni­gdzie bez Fąfla - powtó­rzył, po czym zama­szy­stym kro­kiem prze­szedł przez most i skie­ro­wał się do zamku z cho­rą­gwią na wieży opusz­czoną do połowy masztu.

*

Dni upły­wały jej pra­co­wi­cie, dzień w dzień ćwi­czyła, poma­gała przy napra­wach - magią i fizycz­nie - i spę­dzała tak dużo czasu, jak tylko mogła, z rodziną Phe­lina.

Ze swoją rodziną, bo tak o nich myślała, gdy powra­cało do niej coraz wię­cej wspo­mnień z pierw­szych trzech lat życia. Flynn brał ją na ręce i pod­rzu­cał wysoko w górę, a ona pisz­czała z rado­ści. Sinead dawała jej lukro­wane pier­niczki, z Moreną hasała po polach, a Seamus z Phe­li­nem zawsze wymy­ślali jakieś zwa­rio­wane przy­gody.

Czuła się u nich jak w domu, tak samo jak na far­mie, gdzie się uro­dziła.

To Flynn, wojow­nik, czło­nek Rady i ojciec rodziny, w końcu pomógł jej otrzą­snąć się z żałoby.

Potrze­bo­wała odde­chu, potrze­bo­wała ciszy. Przez dwie godziny bla­dym świ­tem odda­wała się pracy nad książką i liczyła, że wygo­spo­da­ruje jesz­cze dwie wie­czo­rem, a potem brała Fąfla na długi spa­cer.

Odro­bina czasu, kra­dzio­nego czasu, kiedy mogła nic nie robić; tak o tym myślała. Póź­niej z Rowa­nem, człon­kiem Rady i magiem, oraz trzema mło­dymi cza­row­ni­cami spo­rzą­dzała elik­siry i amu­lety. Odtwa­rzali zapasy wyczer­pane po bitwie. Magia nie jest jakąś abra­ka­da­brą, to dzia­ła­nie wyma­ga­jące wysiłku, zdol­no­ści, wprawy i sku­pie­nia.

Poma­gała w pra­cach ogrod­ni­czych, żeby odno­wić plony zruj­no­wane w cza­sie bitwy. Liczyła, że uda się jej prze­ko­nać Sinead i Noreen, aby do niej dołą­czyły i cho­ciaż godzinę w ciągu dnia spę­dzały w słońcu na świe­żym powie­trzu.

Potem nad­cho­dziła pora tre­ningu, naj­mniej lubiana przez nią cześć dnia. Dzi­siej­szy fech­tu­nek i walka na pię­ści były dla niej tor­turą, z góry zakła­dała, że wyj­dzie z tego poobi­jana.

Nie­sa­mo­wite, jak pra­co­wite były te dni i jak nie­po­strze­że­nie mijały. I cho­ciaż zamek na­dal budził jej podziw, a widok nie­okieł­zna­nego morza fascy­no­wał, tęsk­niła za swoją przy­tulną chatą po dru­giej stro­nie, za farmą na zacho­dzie Talamh, przy­ja­ciółmi w doli­nie i za bab­cią. Bra­ko­wało jej, do czego tylko w duchu się przy­zna­wała, satys­fak­cji, jaką dawał rytm dnia wypra­co­wany wiele mie­sięcy temu po wyjeź­dzie z Fila­del­fii.

Jed­nak teraz była tutaj potrzebna i wie­działa, że już sam jej widok, zaan­ga­żo­wa­nej w codzienne zada­nia, budzi w miesz­kań­cach Sto­licy nadzieję na pod­nie­sie­nie się po stra­tach.

Pozwa­lała Fąflowi plu­skać się w wodzie pod mostem, ale dzięki łączą­cej ich więzi wie­działa, że cho­ciaż cie­szy go kąpiel, on też tęskni za ich zatoką, za hasa­niem na łące z syn­kami Aisling i zabawą z Mab, wil­czarką irlandzką, pil­nu­jącą chłop­ców.

Kiedy Fąfel wyszedł wody, pocią­gnię­ciem dłońmi osu­szyła mu sierść. Rześki listo­pa­dowy wiatr pach­niał morzem i świeżo zaoraną zie­mią. W ogro­dach na zbo­czach wzgórz i na polach kieł­ko­wały ozi­miny.

Razem z Widzą­cymi leczyła spa­loną, nasiąk­niętą krwią zie­mię i teraz widziała owoce swo­jej pracy; znowu rosły poma­rań­czowe dynie, żółte kabaczki, zie­lone głowy kapu­sty i jar­mużu. Poja­wiły się kwiaty i zioła. Widziała dachy chat pokryte świeżą strze­chą, dzieci bawiące się na podwór­kach, ludzi zaglą­da­ją­cych do kra­mów i skle­pów na wiej­skiej uliczce, dym uno­szący się z komi­nów.

Życie i świa­tło, myślała, są uparte. Muszą i będą jaśnieć na tle ciem­no­ści. Nie zdmuch­nie się ich jak świecy, to odra­dza­jący się pło­mień. Miała w tym swój udział i zrobi wszystko, co w jej mocy, żeby ten pło­mień pod­trzy­mać.

Fąfel popę­dził przed sie­bie i znik­nął jej z oczu pod gałę­ziami wierzby pła­czą­cej. Podą­żyła za nim i zoba­czyła Flynna. Sie­dział na kamien­nej ławce i dumał z psim pyskiem opar­tym o kolano.

Nie musiała widzieć jego smutku, on przy­gnia­tał jej serce jak kotwica.

Mimo wszystko Flynn uśmiech­nął się do niej, gła­dząc Fąfla po kosma­tym czu­bie.

- Taki pies to wielka radość.

- To prawda.

- Wkrótce zaczną krą­żyć o nim przy­śpiewki i opo­wie­ści. Tak dużo widać z tego miej­sca. Wieś i tęt­niące tam życie, pola i wzgó­rza, zarys gór, a kiedy wytę­żysz słuch, doj­dzie cię pomruk morza. Twoja bab­cia usta­wiła tutaj tę ławkę, zanim jesz­cze przy­sze­dłem na świat. Wiele razy sia­dy­wa­łem na niej z twoim ojcem, gdy szu­ka­łem sku­pie­nia i ciszy.

- A tam... - Wska­zał pal­cem, więc pode­szła bli­żej. - W tam­tej cha­cie miesz­kała dziew­czyna, w któ­rej się pod­ko­chi­wa­łem w cza­sach mojej sza­lo­nej mło­do­ści. Oczy­wi­ście to zda­rzyło się przed Sinead, bo to ona zało­żyła pie­częć na moje serce, któ­rej nic nie zła­mie. Ale tamto uczu­cie, kiedy trwało, było bar­dzo szczere, a wspo­mnie­nia po nim są nie­winne i słod­kie.

- Gdzie teraz jest ta dziew­czyna?

- Wyszła za far­mera, mają troje dzieci - nie, zdaje się, czworo. Miesz­kają w środ­ko­wej czę­ści Talamh, przy­jeż­dżają tutaj han­dlo­wać i wymie­niać towary. Chodź, przy­siądź na chwilę. Musia­łem ode­tchnąć świe­żym powie­trzem.

Zawa­hała się, lecz intu­icja jej pod­po­wia­dała, że on w tej chwili potrze­buje towa­rzy­stwa tak jak powie­trza. A kiedy usia­dła, a on nakrył dło­nią jej dłoń, poczuła w sercu, że się nie myliła.

- Kiedy ja i twój ojciec byli­śmy chło­pa­kami i miesz­ka­li­śmy w doli­nie, marzy­łem o życiu w Sto­licy, podo­bały mi się tam­tej­szy roz­mach i zamie­sza­nie. W prze­ci­wień­stwie do Eiana nie mia­łem zadat­ków na far­mera. Nie odzie­dzi­czy­łem po tacie zami­ło­wa­nia do rol­nic­twa, ani nie mia­łem takiego talentu do budo­wa­nia jak on. Oczy­wi­ście była muzyka. Ach, to ona łączyła mnie z Eia­nem tak mocno jak naciąg na bęb­nie. Jak ja kocha­łem tamte czasy, gdy gra­li­śmy w pubach tutaj i po tam­tej stro­nie. Ja, Eian, Kavan i Brian byli­śmy jak bra­cia. Ale zawsze cią­gnęło mnie do wojaczki. Tam w doli­nie z Sinead i dziećmi czu­łem się szczę­śliwy. Czer­pa­łem z tego życia radość i spo­kój. Do czasu.

Odwró­cił się do niej.

- On był szczę­śliwy z twoją mamą. Powin­naś to wie­dzieć.

- Wiem. - Do czasu, dodała w myślach.

- Ale ty, rudy kró­liczku, byłaś jego oczkiem w gło­wie, świa­tłem duszy. Kiedy Odran cię porwał... Ktoś mniej­szego kali­bru osza­lałby, pozwo­lił, aby zawład­nęły nim obłęd i strach. Ale nie Eian; on zamknął serce, użył rozumu, swo­jej mocy i siły. Tak jak ty, taki maluch. Tak jak ty - wymru­czał pod nosem.

- Twoja matka przy­nio­sła mnie na skrzy­dłach z powro­tem do domu, a Sinead śpie­wała mi koły­sanki i nosiła na rękach. Teraz pamię­tam bar­dzo wyraź­nie, jak sta­ra­li­ście się spra­wić, abym wyzbyła się stra­chu i znowu poczuła się bez­piecz­nie. Kiedy pierw­szy raz tutaj wró­ci­łam, bab­cia pomo­gła mi to wszystko zoba­czyć w ogniu. Widzia­łam, jak wal­czył mój ojciec, jak ona wal­czyła. I ty... ze swo­imi impo­nu­ją­cymi skrzy­dłami i mie­czem. Sta­wa­łeś za mnie, za niego, za Talamh.

- To była potworna, krwawa noc, a ja pra­gną­łem zacho­wać się jak wojow­nik, gotów umrzeć dla cie­bie, dla niego, dla Talamh. Tak wybra­łem. I prze­ży­łem. Tam­tej nocy stra­ci­li­śmy Kavana.

- Wiem.

- Był mi bli­ski jak brat. Potem zgi­nął Brian, a po nim Eian. Wraz z ich śmier­cią, śmier­cią moich braci, umarła cząstka mnie, bo tak to już jest. Ale żyłem dalej jako wojow­nik, mąż, ojciec i rów­nież dzia­dek, bo uczysz się żyć dalej bez tej cząstki zabra­nej przez śmierć. Czcisz ich śmierć poprzez życie, dzia­ła­nie, trwa­nie.

- Wiem, jaki jesteś.

Tak jak Flynn sie­działa zapa­trzona przed sie­bie. Kró­lik, szary jak jej oczy, przy­ki­cał przez pole do grzędy kapu­sty.

- Ni­gdy wcze­śniej nie stra­ci­łam nikogo bli­skiego. Myśla­łam, że ojciec po pro­stu mnie zosta­wił.

- Ni­gdy by tego nie zro­bił. Ni­gdy.

- Teraz to wiem, tak jak wiem, że ty czcisz śmierć tych, któ­rych kocha­łeś, żyjąc, dzia­ła­jąc i trwa­jąc.

- Zasia­dam w Radzie i robię, co w mojej mocy, aby decy­zje były mądre i uczciwe. Wal­czę, kiedy ata­kuje nas zło. A teraz, Breen, wspie­ram moją żonę, żonę mojego chłopca, jego brata i sio­strę, moją mamę i tatę. Moje ramiona muszą być silne dla nich, bo wraz z nim cząstka ich też umarła. Mój chło­piec, moje dziecko, które na moich rękach zaczerp­nęło pierw­szego odde­chu, nie żyje. Maleń­stwo, które ma się naro­dzić, ni­gdy nie pozna ojca. On ni­gdy wię­cej nie przy­tuli żony. Jego matka ni­gdy nie usły­szy głosu syna, nie zoba­czy jego twa­rzy. Te cząstki znik­nęły i nie wiem, jak bez nich żyć.

Nie znaj­du­jąc słów, po pro­stu oto­czyła Flynna ramio­nami. Nie była w sta­nie uwol­nić go od smutku, nie miała takiej mocy. Mogła tylko, czu­jąc jego cier­pie­nie, dzie­lić je z nim.

- Jesteś wojow­ni­kiem - ode­zwała się w końcu. - Mężem, ojcem, dziad­kiem. Prze­trwasz. Miej­sca po cząst­kach zabra­nych przez śmierć wypełni świa­tło tych, co ode­szli. Świa­tło Phe­lina jest w tobie i zawsze będzie.

Łzy zapie­kły ją pod powie­kami; nie pozwo­liła im popły­nąć.

- Wyczu­wam jego świa­tło w tobie. I świa­tło mojego ojca. - Cof­nęła się, by poło­żyć mu dłoń na sercu, i nie odry­wa­jąc oczu od jego oczu, tchnęła w niego to, co czuła. - Jest takie jasne, że nawet śmierć nie potrafi go przy­ćmić.

Flynn oparł głowę na jej ramie­niu i wes­tchnął.

- Eian byłby z cie­bie taki dumny.

- We mnie też jest jego świa­tło.

Flynn ode­rwał głowę od jej ramie­nia i pogła­dził ją po wło­sach.

- Widzę go w tobie i to wielka pocie­cha. Rów­nież dla mnie. - Poca­ło­wał ją w czoło. - Dzię­kuję wszel­kim siłom, które w tym samym cza­sie spro­wa­dziły mnie i cie­bie w to miej­sce. Rudy kró­liczku - wyszep­tał, poca­ło­wał ją jesz­cze raz, pod­niósł się z ławki i zosta­wił ją samą pod wierzbą.

Chciała wziąć na sie­bie cały ból dzie­lony z Flyn­nem, ugiąć się pod jego cię­ża­rem.

Nie tutaj, pomy­ślała, gdzie ktoś mógłby się na nią natknąć, zoba­czyć ją. Odsu­nęła się od gałęzi wierzby i przy­wo­łała swo­jego smoka.

Och, tak, dobry Boże, potrze­bo­wała prze­strzeni, dystansu i ulgi.

Kiedy Lonarch opadł na zie­mię, wsia­dła na jego czer­wony grzbiet w złote cętki.

- Wska­kuj - rzu­ciła do Fąfla, który też chciał się wdra­pać za nią na Lonar­cha. - No, dalej.

Wzbili się wysoko pod niebo. Gwał­tow­nie, nie­mal pio­nowo. Wiatr sta­wiał opór, burzył jej włosy, tar­gał ubra­niem. Im wyżej się wzno­sili, prze­dzie­ra­jąc się przez war­stwy wil­got­nych chmur, tym moc­niej wiał wiatr. Gdy Talamh z góry wyglą­dał jak dzie­cięca zabawka, z jej piersi wydarł się prze­cią­gły krzyk.

W tym krzyku gniew mie­szał się z żalem. Czuła, jak drży powie­trze, sły­szała huk pio­runu, widziała bły­ska­wicę. Ale nic nie było w sta­nie jej powstrzy­mać. To był jej gniew, tylko jej, za każdą kro­plę prze­la­nej krwi, za wszyst­kie łzy, za ogrom strat. Zde­rze­nie mroku i świa­tła, dwóch stron jej gniewu, wstrzą­snęło nie­bem, roz­darło chmury i wyci­snęło z nich płacz. Witała burzę z wysoko wznie­sio­nymi ramio­nami i dłońmi zaci­śnię­tymi w pię­ści.

- Niech cię szlag! - krzy­czała. - Przy­się­gam na wszyst­kich bogów, że spro­wa­dzę na cie­bie śmierć za mojego ojca, za Phe­lina, za nich wszyst­kich.

Opusz­czała się z Lonar­chem coraz niżej i niżej, kie­ru­jąc go tam, gdzie chciała wylą­do­wać. Od tam­tego krwa­wego dnia nie miała siły udać się w to miej­sce.

Kiedy pośród wichury i zaci­na­ją­cego desz­czu Lonarch opadł na zie­mię w lesie, zesko­czyła z jego grzbietu i sta­nęła przed Drze­wem z Węży. Jej krew otwo­rzyła ten por­tal, by spro­wa­dzić zgubę na Talamh. A potem bab­cia, Tar­ryn i ona zablo­ko­wały go swoją krwią.

Gro­ma­dząc coraz więk­szą moc, wysta­wiła twarz na burzę, sto­piła się z nią. Stała, pło­nąc jak ogień i w sobie, i na zewnątrz.

- Usłysz mnie, Odra­nie Prze­klęty. Usłysz i zadrżyj. Jestem Breen Sio­bhan O'Ceal­la­igh. Córka Fey, ludzi i bogów. Jestem świa­tłem i mro­kiem, nadzieją i roz­pa­czą, poko­jem i zagładą. Jestem klu­czem, mostem, odpo­wie­dzią. I tym wszyst­kim, czym jestem, cie­bie uni­ce­stwię. Krew będzie wrzeć w two­ich żyłach, a ciało pło­nąć i do wszyst­kich świa­tów dotrze twój krzyk z prze­ra­że­nia i bólu. Usłysz mnie, Odra­nie. Kie­dyś bogo­wie ska­zali cie­bie na bani­cję, a ja spalę cię na popiół, któ­rego nawet pie­kło nie przyj­mie. Sta­niesz się niczym. To moja przy­sięga, moje prze­zna­cze­nie.

Stała wypro­sto­wana, świa­tło wiro­wało wokół jej unie­sio­nych rąk, oczy miała ciemne i groźne jak burza.

- Breen. Odejdź stam­tąd.

Obej­rzała się gwał­tow­nie, jed­no­cze­śnie prze­no­sząc za sie­bie moc. Keegan musiał prze­jąć jej część na wycią­gnięte ręce, bo ina­czej stru­mień tej siły zwa­liłby go z nóg.

- Odejdź stam­tąd - powtó­rzył. - Chcesz ryzy­ko­wać, że swoją furią otwo­rzysz por­tal?

- Nie otwo­rzy się. Ale on mnie sły­szy.

- Powie­dzia­łaś, co mia­łaś do powie­dze­nia, a teraz się cof­nij.

Stała upar­cie, nie­bez­piecz­nie bli­sko por­talu z mocą prze­ta­cza­jącą się przez nią fala za falą.

Wtedy on pod­szedł do niej, a gdy chwy­cił ją za ramię, potężny wstrząs tar­gnął jego cia­łem, jed­nakże mimo wszystko zdo­łał ją odcią­gnąć.

Prze­mo­czony Fąfel zaskom­lał, kiedy z mocą i zło­ścią popa­trzyła Keega­nowi w oczy.

- Myślisz, że możesz mnie powstrzy­mać?

- Jeżeli będę musiał. - Sta­nął pomię­dzy nią i por­ta­lem. Widział, jak jej wście­kłość powoli słab­nie i zastę­puje ją zakło­po­ta­nie. - Musisz odpu­ścić.

- Co? Co mam odpu­ścić?

- Spro­wa­dzi­łaś burzę, a teraz ją ucisz.

- O Boże. - Przy­ci­snęła drżącą dłoń do twa­rzy. - Prze­pra­szam. Prze­pra­szam. - Roz­trzę­siona, usia­dła na ziemi. - Prze­pra­szam.

Wiatr ucichł, deszcz zamarł. Przy­ga­sło wibro­wa­nie powie­trza.

- Abso­lut­nie nie powin­naś przy­cho­dzić tutaj sama - zaczął, lecz ona już pła­kała sku­lona. Kiedy opu­ścił ją gniew, zostały tylko łzy.

Keegan przy­kuc­nął przy niej, Fąfel, cicho popi­sku­jąc, oparł łeb o jej nogi.

- No, już, już. - Keegan gła­dził ją po wło­sach, po ple­cach, po ramio­nach, osu­sza­jąc je i ogrze­wa­jąc dłońmi. Potem ją objął, szu­ka­jąc w myślach koją­cych słów. - No, już, już - powtó­rzył, bo żadne inne nie przy­cho­dziły mu do głowy.

- Prze­pra­szam.

- Już to mówi­łaś. Było, minęło. Jeśli musisz, popłacz jesz­cze, aż ci przej­dzie.

- Sie­dzia­łam z Flyn­nem i on... Nie mogłam dłu­żej wytrzy­mać. Dusić tego w sobie. Musia­łam...

- Nawrzesz­czeć na bogów.

Kiedy pod­nio­sła głowę, popa­trzył na nią z ukosa.

- Pew­nie sły­szeli cię aż na Dale­kim Zacho­dzie.

- Och, jaka ja jestem głu­pia. - Ukryła twarz w dło­niach. - Nie powin­nam... stra­szyć wszyst­kich, kiedy...

- Stra­szyć? Kobieto, jeste­śmy Talam­hij­czy­kami i nie miękną nam nogi w kola­nach, gdy ktoś z naszych uwal­nia swoją moc. A taka jak twoja, to, co poka­za­łaś, hmm, może jedy­nie cie­szyć. No, może prze­sa­dzi­łaś z tą burzą, bo pew­nie ludziom zaj­mie tro­chę czasu pozbie­ra­nie pra­nia, które pospa­dało ze sznu­rów.

- Prze­pra­szam.

- Na bogów, nie powta­rzaj tego w kółko, to się robi męczące. Obie­caj mi, że wię­cej nie przyj­dziesz tutaj sama.

- Nie mia­łam takiego zamiaru. - Pokrę­ciła głową z kolej­nym chlip­nię­ciem. - Zna­czy, nie pla­no­wa­łam. Chyba na moment mnie ponio­sło.

- Co naj­mniej na cho­lerną godzinę. Tro­chę mi zajęło, żeby cię odna­leźć, a potrwa­łoby jesz­cze dłu­żej, gdyby nie on. - Ener­gicz­nie pogła­dził Fąfla. - Ścią­gnął mnie tutaj. Byłem o krok od namie­rze­nia cie­bie, ale aku­rat lunął deszcz. Pew­nie jesteś zmę­czona po takim wybu­chu ener­gii i wyla­niu litrów łez. Możemy wyje­chać jutro rano, zamiast dziś po połu­dniu.

- Wyje­chać? Dokąd?

- W dolinę. - Pod­niósł się i wycią­gnął rękę, żeby pomóc jej wstać.

- Nie, Keega­nie. - Zerwała się z ziemi. - Musia­łam uwol­nić się od przy­gnia­ta­ją­cego mnie cię­żaru, dać upust emo­cjom, albo zwy­czaj­nie... - Obej­rzała się na por­tal. - Dać mu znać. Ale nie możesz mnie odsy­łać tylko dla­tego, że mia­łam taki... epi­zod.

- Epi­zod, tak? Pierw­szy raz widzia­łem lata­jące owce.

- O mój Boże.

- Nic im nie będzie. Jed­nak cię wysy­łam - jestem tao­ise­achem i mogę to zro­bić. Taka prawda. Jestem potrzebny w innym miej­scu, poświę­ci­łem Sto­licy dosta­tecz­nie dużo czasu. Na razie wystar­czy. Poje­dziesz ze mną, bo tego mi potrzeba i dobrze wiem, że tobie też.

- Tak. - Przy­tu­liła się do niego i oparła mu głowę na ramie­niu. - Tak, potrze­buję tego. Możemy od razu wyru­szyć?

- Tak. Jak tylko zała­twimy swoje sprawy, ty się poże­gnasz i spa­ku­jesz to, co chcesz ze sobą zabrać. I nie miał­bym nic prze­ciwko temu, gdy­byś uprze­dziła Marco przez Widzące Zwier­cia­dło, żeby dać mu czas na przy­go­to­wa­nie posiłku. Wie­czo­rem chęt­nie zjadł­bym jego klop­siki.

- Dobrze. - Wes­tchnęła. - Daj mi chwilę. Muszę dopro­wa­dzić się do porządku, żeby nie było widać, że pła­ka­łam.

- Nie. - Zamknął jej dłoń w sta­now­czym uści­sku. - Sły­szeli twoją roz­pacz, niech ją też zoba­czą. Pozwól im ją widzieć. A mnie pozwól powie­dzieć, że Odran nie zna takiej modli­twy, którą mógłby wybła­gać w nie­bie czy pie­kle obronę przed kobietą, która stała tu dzi­siaj, pło­nąc jak tysiąc świec. Nie ma takiej modli­twy.

- Zbie­rajmy się. Szkoda dnia.

Rozdział 2

Roz­dział 2

Poże­gnała się, scho­wała do sakwy wia­do­mo­ści od matek Moreny i Keegana dla córek. A kiedy wsia­dła z Fąflem na sze­roki grzbiet Lonar­cha, przy­po­mniała sobie tam­ten sza­leń­czy lot do Sto­licy, nagły obrót spraw i strach, które kazały jej co żywo gnać na wschód.

Teraz leciała do domu, na zawsze odmie­niona.

Wie­działa, jakie widoki roz­cią­gają się na dole, ukryte w cie­niu skrzy­deł Lonar­cha. Znała zie­lone wzgó­rza i żyzne doliny, zapach gęstych lasów i maje­stat gór­skich szczy­tów. Znała wio­ski, chaty, jaski­nie i wszyst­kich tutej­szych miesz­kań­ców.

Tam na ziemi jeź­dziec galo­puje na koniu, kobieta w pele­ry­nie nie­sie kosz w zgię­ciu ramie­nia. Na skraju lasu jeleń zastygł w kró­lew­skiej pozie, kobieta robi pra­nie w stru­mie­niu, obok niej, na kocu, leży dziecko w powi­ja­kach.

Trolle fedrują w głę­bo­kich gór­skich jaski­niach, dzieci sie­dzą w kla­sach i znu­dzone lek­cjami, snują marze­nia o przy­go­dach. Far­me­rzy doglą­dają ozi­min i ostrzą lemie­sze, matki ukła­dają malu­chy na drzemkę. A wojow­nicy nie­zmor­do­wa­nie dosko­nalą się we wła­da­niu orę­żem, aby bro­nić tych wzgórz i dolin, gór i stru­mieni i wszyst­kich, któ­rzy tutaj miesz­kają.

Teraz ona też jest czę­ścią tego świata, bo prze­lała za niego krew. Bo wal­czyła, zabi­jała i krwa­wiła dla Talamh.

Obej­rzała się na Keegana. Jaki on sku­piony, a jed­no­cze­śnie czujny, pomy­ślała. Krewki z natury, jakimś cudem znaj­duje w sobie nie­zgłę­bione pokłady cier­pli­wo­ści. Twar­dziel, a zara­zem cho­dząca dobroć. Same prze­ci­wień­stwa.

To dobrze, stwier­dziła, bo on jest gotów wal­czyć, zabi­jać i odda­wać krew za naj­bar­dziej żywotny cel jego świata.

Za pokój.

Skie­ro­wała Lonar­cha bli­żej Crogi, żeby prze­krzy­czeć wiatr,

- Co dalej?

Zer­k­nął na nią i z powro­tem sku­pił się na obser­wa­cji ziemi, powie­trza i maja­czą­cego na hory­zon­cie morza.

- To samo co wcze­śniej. Wró­cisz do dosko­na­le­nia magii i tre­no­wa­nia walk.

- Pytam o to, co teraz.

- To jest teraz, jutro i poju­trze. Mamy czas, ale nie wolno go trwo­nić. Odran poniósł więk­sze straty niż my. W prze­ci­wień­stwie do nas, nie będzie trwał w żało­bie, bo demony i ciemne siły, które miały nas znisz­czyć, nic dla niego nie zna­czyły. Nie­mniej stra­cił moc.

- Musi ją odzy­skać. To może potrwać tygo­dnie, mie­siące, a nawet lata.

- Nie lata. Nie tym razem.

- Bo jestem tutaj.

- Jemu się wydaje, że jest bli­sko zdo­by­cia cie­bie i wszyst­kiego, czym jesteś. Ty, klucz, most, córka czło­wieka, Fey i bogów, masz wszystko, czego on pożąda. Według niego tak nie­wiele mu bra­kuje do zagar­nię­cia tego, co chce, a w rezul­ta­cie do zemsty nad wszyst­kimi świa­tami.

Keegan ponow­nie się rozej­rzał.

- Tym­cza­sem on się myli. Jest dalej, niż był kie­dyś.

- Dla­czego?

- Przez to wszystko, czym jesteś. Słu­chaj, wolisz w dolinę czy do chaty? Odpro­wa­dzę cię tam, gdzie chcesz, a potem polecę na połu­dnie.

- Kie­ru­jesz się na połu­dnie?

- Cze­kają mnie tam obo­wiązki, któ­rych wcze­śniej nie mogłem wypeł­nić, bo byłem zajęty w Sto­licy. Mahon nad­zo­ruje tam prace przy roz­biórce i odbu­do­wie Domu Modli­tew­nego, a także sta­wia­niu pomnika. Muszę poka­zać ludziom na połu­dniu, że tao­ise­ach o nich pamięta.

- W takim razie lecę tam z tobą.

- Od wielu tygo­dni nie byłaś w domu.

- Ty też nie. No tak, nie jestem tao­ise­achem - zazna­czyła, zanim on zdą­żył to zro­bić. - Mówi­łeś, że mam pozwo­lić, aby widziano mój żal. W takim razie niech go tam zoba­czą. Czy może myśla­łeś tylko o Sto­licy?

Mil­czał przez chwilę, patrząc na nią z uwagą, po czym kiw­nął głową i skrę­cił na połu­dnie.

- Cie­pła pogoda będzie miłą odmianą - rzu­cił swo­bod­nym tonem.

- Nie mam nic prze­ciwko temu. Zresztą chłód mi rów­nież odpo­wiada. Lubię obser­wo­wać, jak wpływa na wygląd drzew. Zie­leń sosen wydaje się ciem­niej­sza na tle dębów, kasz­ta­now­ców i klo­nów, które teraz mie­nią się kolo­rami. Świa­tło się staje inne, noce się wydłu­żają. Jele­nie wkła­dają płowe suk­nie. Ni­gdy, ani kiedy przy­le­cia­łam do Irlan­dii, ani kiedy pierw­szy raz prze­szłam do Talamh, nie sądzi­łam, że zoba­czę tutaj jesień i zimę, a ona wła­śnie nad­cho­dzi.

Wska­zała pal­cem dwóch jeźdź­ców na smo­kach kie­ru­ją­cych się na pół­noc.

- To nasi - uspo­koił ją.

- Patro­lują oko­licę.

- Nasi. No jasne, prze­cież Odran nie ma smo­ków.

- Nie. Nie może ich znie­wo­lić ani prze­cią­gnąć na swoją stronę, jak udaje się mu z nie­któ­rymi Fey. One są nie­ska­lane.

- A gdyby Odran prze­ka­ba­cił jeźdźca?

- Smok pozo­sta­nie nie­ugięty. Będzie cier­piał, może nawet umrzeć ze smutku, gdyby jego jeź­dziec prze­szedł na stronę Odrana. Nato­miast jeżeli jeź­dziec dostałby się do nie­woli, smok będzie wier­nie cze­kać.

Pogła­dził Crogę po gład­kich łuskach.

- Odran gdyby mógł, wybiłby je wszyst­kie, bo ni­gdy nie będą do niego nale­żeć. Zobacz. - Zato­czył dło­nią krąg. - Połu­dnie i morze.

Rze­czy­wi­ście zoba­czyła w oddali złote plaże i naj­bar­dziej nie­bie­ską z nie­bie­skich wód roz­le­wa­jącą się aż po hory­zont. Widziała wróżki uno­szące się na skrzy­dłach, owce na soczy­sto zie­lo­nych zbo­czach wzgórz pną­cych się ku słońcu, gęste lasy oka­la­jące pia­ski.

Na wzgó­rzu ponad plażą i dużą wsią zoba­czyła spory dolmen z kre­do­wo­bia­łych kamien­nych blo­ków.

- Czy to ten monu­ment?

Keegan oble­ciał dolmen, oglą­da­jąc go ze wszyst­kich stron.

Och tak, pamię­tał.

- Przez lata stał w tym miej­scu Dom Modli­tewny prze­ka­zany Świę­to­bli­wym do kul­ty­wo­wa­nia ich wiary, ale wiara to nie­wła­ściwe słowo, bo jaka reli­gia naka­zuje tor­tu­ro­wać, prze­śla­do­wać i zabi­jać. Jed­nak dano im ten dom na mocy umowy, w któ­rej pod przy­sięgą zobo­wią­zali się czy­nić dobro. Toric i jego zwo­len­nicy wyko­rzy­stali ten dar, tę hoj­ność do zdrady. Dla takich jak oni nie ma wyba­cze­nia, dom, w któ­rym gnieź­dziło się zło, znik­nął, a zie­mia został poświę­cona.

- Ten dolmen upa­mięt­nia tych, któ­rzy oddali życie w obro­nie nas wszyst­kich.

- Jest piękny. - I smutny, dodała w myślach. Żałoba oddana w kamie­niu. - Wszystko tutaj jest piękne; morze, plaże, wieś. To, co widzia­łam w ogniu w Sam­hain, było straszne, okrutne i boha­ter­skie. Patrzy­łam, jak wal­czy­li­ście; ty, Mahon, Sedric i pozo­stali. A teraz tutaj znowu jest pięk­nie.

- Talamh jest nie­ugięty, musi taki być, żeby trwać.

Skie­ro­wał Crogę nad wzgó­rze, zesko­czył na zie­mię, odcze­kał, aż Fąfel pój­dzie w jego ślady, i wycią­gnął rękę do Breen. Ze ści­śnię­tym żołąd­kiem zsu­nęła się z grzbietu Lonar­cha na trawę.

- Damy smo­kom tro­chę pola­tać, muszą poszu­kać miej­sca na wypo­czy­nek. Wrócą, gdy będą potrzebne.

- Fąfel, ty też ruszaj - rzu­ciła Breen do podry­gu­ją­cego w miej­scu psa.

Zbiegł pędem ze zbo­cza, w paru susach poko­nał plażę i wsko­czył do morza. Młoda syrenka ze śmie­chem wynu­rzyła się z wody i zanur­ko­wała, zapra­sza­jąc go do zabawy.

- Fąfel zawsze znaj­dzie sobie roz­rywkę - sko­men­to­wała Breen, pod­cho­dząc do dolmenu. - Jest impo­nu­jący. To potężny sym­bol. Budzi sza­cu­nek. - Oparła dłoń na jed­nym z gła­zów prze­wyż­sza­ją­cym wyso­ko­ścią dwóch postaw­nych męż­czyzn. - W słońcu jest cie­pły.

Cof­nęła się, gdy pod­le­ciał do nich Mahon. Szwa­gier Keegana i jego prawa ręka zwi­nął skrzy­dła i opa­dał na zie­mię.

- Witam. Zja­wia­cie się w samą porę. Dziś rano usta­wi­li­śmy kamień szczy­towy.

- Dobra robota - pochwa­lił Keegan. - Jak idą prace przy odbu­do­wie?

- Na ukoń­cze­niu. Mallo i Rory tro­chę psio­czyli, gdy zabra­łeś im Nilę. - Uśmiech­nął się i pogła­dził maho­niową brodę. - Nie powtó­rzę, co mówili. Ale przy­znam, że czy­nią cuda, jeżeli cho­dzi o postęp robót. Sam zoba­czysz, wieś na nowo roz­kwi­tła, a wcza­so­wi­cze bawią się nie gorzej od tego tam, na dole. - Wska­zał psa.

Jak wcze­śniej Breen, Mahon oparł dłoń na gła­zie.

- A to będzie im przy­po­mi­nać, dla­czego mogą się cie­szyć.

- Nic nie zostało po Toricu i jemu podob­nym - wtrą­ciła Breen. - Zie­mia z powro­tem jest zie­lona i żyzna, a dolmen upa­mięt­nia i oddaje cześć wszyst­kim dziel­nym i nie­win­nym. Prze­trwa wieki tak jak lud Fey.

Kie­ro­wana budzącą się w niej magią, prze­szła pomię­dzy pio­no­wymi gła­zami i sta­nęła pod zwień­cze­niem.

- Jed­nak ci, któ­rzy będą patrzeć na to wzgó­rze, cho­dzić po tej darni, zoba­czą coś wię­cej niż tylko smu­tek. To będzie...

Urwała, pod­nio­sła dłoń i pokrę­ciła głową.

- Mów dalej - pona­glił ją Keegan. - Co widzisz?

- Raczej czuję. Białą siłę, jasną i mocną, która żyje w tych kamie­niach i ziemi pod nimi. Czuję na skó­rze cie­pły dotyk powie­trza i słońca. Z nasta­niem nocy wzejdą bliź­nia­cze księ­życe i oświe­tlą wielki monu­ment ku czci dziel­nych, nie­win­nych i utra­co­nych. Ku pamięci praw­dzi­wej wiary i honoru.

- Tamte trzy drzewa zakwitną wio­sną jak zakwita nadzieja, nawet gdy wiatr strąci ich kwiaty, pokry­wa­jąc zie­mię płat­kami. Latem uro­dzą obfi­tość owo­ców, a jesie­nią ich liście zapłoną kolo­rami, bo taki jest cykl. A kiedy one opadną, wiru­jąc w powie­trzu, koło czasu obróci się i znowu poja­wią się kwiaty.

Wyszła spod zwień­cze­nia i przy­sta­nęła kawa­łek od dolmenu.

- Staw z wodą czy­stą jak krysz­tał. Kto­kol­wiek jej się napije, poczuje spo­kój. A na wiel­kim kamie­niu wieczny ogień pło­nie, pło­mie­nie ma żywe i mocne.

- Ci, któ­rzy będą patrzeć na to miej­sce, cho­dzić po tej darni, poznają połą­czone cztery ele­menty zwią­zane magią. Ci, któ­rzy przyjdą uczcić dziel­nych i nie­win­nych, poczują nadzieję, bo będą wie­dzieli, że śmierć nie ozna­cza końca, gdyż życie, miłość i świa­tło się odra­dzają.

Zadrżała i prze­gar­nęła włosy pal­cami.

- To było... Wybacz­cie, nie chcę...

Prze­rwała, gdy Keegan dał jej znak gestem dłoni.

- Maho­nie, tak wła­śnie zro­bimy. Ścią­gnij wróżki, niech posa­dzą drzewa, owo­cowe drzewa, murarz ocem­bruje staw, a cza­row­nice napeł­nią go wodą. Bądź tak dobry i przy­ślij elfa z mie­dzia­nym kotłem. Potem wra­caj do domu, do żony i dzieci. Jeżeli dotrę w dolinę przed tobą, Aisling urwie mi głowę, a wolał­bym tego unik­nąć.

- Jestem do usług. Zoba­czymy się wkrótce?

- Rano, a może i prę­dzej.

Mahon odwró­cił się do Breen i poca­ło­wał ją w poli­czek.

- Nie widzę tego, co ty, ale już nie mogę się docze­kać, żeby zoba­czyć twoją wizję wpro­wa­dzoną w czyn.

Kiedy odfru­nął, Breen splo­tła dło­nie.

- Keega­nie, jeśli prze­kro­czy­łam...

- A powie­dzia­łem coś takiego? Mówię, że masz rację, więc tak zro­bimy.

- Teraz to miej­sce wygląda tak, jak chcia­łeś, jak je widzia­łeś.

Z uwagą popa­trzył na dolmen, na surowe białe głazy. Tak, pomy­ślał, tak wła­śnie go widział.

- Kie­ro­wały mną smu­tek i gniew. Głazy zostały, zatem słusz­nie chcia­łem, żeby wznieść z nich dolmen. Jed­nak to za mało, zga­dzam się. Przy braku nadziei smu­tek traci moc prze­trwa­nia, nie opiera się cza­sowi.

- Wróżki posa­dzą drzewa, będzie staw, a my wznie­cimy wieczny ogień.

- Ni­gdy tego... nie jestem pewna, czy wiem, jak to zro­bić.

- Wiesz, że dasz radę. W końcu to twoja wizja. Nawet w ciem­no­ściach będzie świa­tło. Zadbamy o to.

Kiedy chło­pak dostar­czył wielki kocioł, w jego wypo­le­ro­wa­nej powierzchni odbi­jał się sło­neczny blask. Keegan mocą wyniósł go wysoko w górę i osa­dził na środku zwień­cze­nia.

- Dobra robota - pochwa­lił elfa. - Słuszny wybór.

- Mahon powie­dział, że ma być duży. - Chło­pak uśmiech­nął się uszczę­śli­wiony. - Mogę popa­trzeć, tao­ise­achu?

- Natu­ral­nie. - Keegan powiódł wzro­kiem po doli­nie. - Zacze­kaj. Bie­gnij na dół i powiedz wszyst­kim, żeby patrzyli. Niech zoba­czą, jak tao­ise­ach i córka Fey roz­pa­lają wieczny ogień w tym miej­scu pamięci.

Chło­pak wydał okrzyk rado­ści i już go nie było.

- No, świet­nie. Teraz będę miała publicz­ność.

- Breen Sio­bhan - ode­zwał się Keegan, znie­cier­pli­wiony - przej­mu­jesz się dro­bia­zgami. Poja­wi­łaś się, żeby być widzianą, i masz do tego prawo. I teraz będziesz widziana, a świad­ko­wie tej chwili ni­gdy jej nie zapo­mną. Świad­ko­wie tego wyda­rze­nia będą o nim opo­wia­dać dzie­ciom, które dopiero się uro­dzą. Ci, któ­rzy się zgro­ma­dzą, będą pamię­tać, jak my, tao­ise­ach i córka Fey, sta­li­śmy tutaj dla dziel­nych i nie­win­nych, dla wszyst­kich. Sta­li­śmy, jak oni wcze­śniej wal­czyli w tym miej­scu prze­ciwko siłom ciem­no­ści. I jak roz­pa­li­li­śmy ogień.

- Dobry w tym jesteś - mruk­nęła. - Cza­sami zapo­mi­nam, jak wspa­niale radzisz sobie w roli tao­ise­acha.

- To tylko intu­icja.

- Nie, to zdol­no­ści przy­wód­cze. - Uśmiech­nęła się do Fąfla, który jakby wyczu­wa­jąc donio­słość chwili, pobiegł na wzgó­rze. - W każ­dym razie, jeżeli to schrza­nię, zrzucę winę na cie­bie, Keega­nie.

Ludzie zaczęli gro­ma­dzić się u pod­nóża wznie­sie­nia. Breen widziała, jak wycho­dzą ze skle­pów i chat, prze­ry­wają pracę, żeby popa­trzeć w górę. Pary i rodziny koń­czyły spa­cer plażą albo wycho­dziły z wody. Syreny wynu­rzały się na bez­kre­sną błę­kitną powierzch­nię morza lub wśli­zgi­wały się na skały.

Męż­czyźni sadzali sobie dzieci na ramiona, kobiety trzy­mały nie­mow­lęta na bio­drze. Breen sły­szała w gło­wie ich słowa: "Patrz teraz uważ­nie. I zapa­mię­taj".

- Weź mnie za rękę - pole­cił Keegan. - Nie­po­trzeb­nie się dener­wu­jesz, córko Eiana O'Ceal­la­igha. Niech on zapło­nie. Niech się sta­nie. Wymów słowa. Są w tobie.

Były, oczy­wi­ście, że były. Czuła moc pul­su­jącą od Keegana do niej i od niej do niego. Złą­czoną, sprzę­żoną, podwo­joną. I słowa same przy­szły.

- Przy­wo­łu­jemy tę moc, wieczną jak oddech, by uho­no­ro­wać życie i śmierć. Iskra w pło­mień, pło­mień w ogień, niech pło­nie, jaśnieje i inspi­ruje. Dług wdzięcz­no­ści na zawsze pozo­sta­nie w naszej pamięci.

- Niech to świa­tło - dołą­czył do niej Keegan - pło­nie jasno nocami i dniami. Niech wiecz­nie unosi się ku nie­bio­som. Ognia, który wznie­cimy dla uczcze­nia ich imion, nie ugasi ani nawał­nica, ani wichura.

Czuła, jak moc prze­pływa przez nią niczym wiatr. Unio­sła wolną rękę i tak jak Keegan skie­ro­wała tę moc w stronę kotła.

- Zapłoń - powie­dzieli chó­rem - świeć jasno wiecz­nym ogniem.

Buch­nął pło­mień czy­sty i silny. Roz­go­rzał w słupy bez­dym­nego ognia. Piękno tego widoku wyci­snęło Breen łzy z oczu.

- Świeć wiecz­nie, żeby wszy­scy mogli cię widzieć - powie­dzieli chó­rem. - Niech tak się sta­nie.

Z plaży poni­żej i z otwar­tych drzwi chat ponio­sły się grom­kie wiwaty.

- Żad­nych łez. - Keegan moc­niej ści­snął jej dłoń. - Odda­jemy cześć, a nie pogrą­żamy się w żało­bie. To chwila siły, nie ma w niej miej­sca na płacz. Odwróć się do nich i pokaż, kim jesteś.

Zwal­czyła łzy i zro­biła, jak pole­cił.

Keegan uniósł miecz i kiedy klinga Defen­sora roz­bły­sła niczym pło­mień, z tłumu na dole popły­nęły entu­zja­styczne okrzyki.

- Za dziel­nych i nie­win­nych! - zawo­łał. - Za Talamh, za wszyst­kich!

- Nie wiem, co mam teraz zro­bić.

- Już wszystko zro­bi­łaś. - Wsu­nął miecz do pochwy. - Przy­wo­łaj swo­jego smoka. Czas ruszać do domu.

Prze­le­cieli nad plażą żegnani wiwa­tami. Breen obej­rzała się jesz­cze na ogień, który pocho­dził z jej mocy.

Nie, ni­gdy tego nie zapo­mni.

Naj­pierw poszła do Marg i cho­ciaż na dwo­rze pano­wał ziąb, jaskra­wo­nie­bie­skie drzwi chaty były otwarte. Fąfel z rado­snym szczek­nię­ciem wpadł do środka.

Chwilę po nim weszła Breen. Zastała Marg w kuchni, gdy się­gała po sma­ko­łyk dla psa. Potrza­ski­wał ogień pod płytą kuchenną, para leciała z dzióbka czaj­nika, w powie­trzu uno­sił się zapach cia­sta.

W Breen wez­brał i wymie­szał się nawał emo­cji. Jestem w domu, pomy­ślała, i wpa­dła w otwarte ramiona Marg.

- Moja dziew­czynka. - Marg zamknęła ją w moc­nym uci­sku.

- Tęsk­ni­łam za tobą. Jak dobrze cię widzieć.

- Ja też bar­dzo się cie­szę. Ale widzę, że coś cię nur­tuje. - Marg odsu­nęła się i z uwagą popa­trzyła w twarz Breen. - Opo­wiesz o tym babci? Chodź, usią­dziemy, Napi­jemy się her­baty, są pier­niczki. A ty mi wszystko powoli opo­wiesz.

- Chyba nie zda­wa­łam sobie sprawy z ogromu tego wszyst­kiego, dopóki nie zna­la­złam się tutaj. Tak wiele się działo i dzieje. Tam­ten dzień - bitwa, roz­lew krwi, Phe­lin i wszy­scy pozo­stali. Chwi­lami tamte obrazy się zama­zują, a momen­tami widzę każdy z nich jak wyrzeź­biony w krysz­tale. I to wszystko, co działo się potem. Zasta­na­wiam się, bab­ciu, jak ludzie mogą dalej żyć. A jed­nak dają radę. Ukła­dają sobie życie, mimo że nawet wie­dzą, że znowu będą musieli przez to wszystko prze­cho­dzić.

- Usiądź i pozwól mi tro­chę cię poroz­piesz­czać. - Marg nagrzała czaj­nik dłońmi. - Gdy stra­ci­łam mojego chłopca, kiedy zgi­nął Eian, zasta­na­wia­łam się, jak będę mogła dalej żyć. Ty miesz­ka­łaś po dru­giej stro­nie, pozba­wiona pamięci o mnie i moim synu, zgła­dzo­nym przez rodzo­nego ojca. Jak żyć, myśla­łam. Jak się poru­szać, roz­ma­wiać z ludźmi, jeść, spać? A jed­nak można.

Breen usia­dła i przy­glą­dała się Marg, ukła­da­ją­cej pier­niczki na tale­rzu. Ogni­sto­rude włosy miała wysoko upięte, była ubrana w spodnie i zie­lony swe­ter, na nogach miała buty za kostkę. Zapewne wcze­śniej pra­co­wała w ogro­dzie.

- Jesteś taka silna.

- Wtedy nie byłam. Wszystko we mnie pękło. Duch, serce, byłam bli­ska utraty zmy­słów. Obcię­łam włosy - mruk­nęła, oglą­da­jąc się na Breen. - Do skóry. Nocami wycho­dzi­łam do lasu, nad zatokę, gdzie­kol­wiek. Błą­ka­łam się bez celu. Sedric sądził, że ja nie wiem, że on na wszelki wypa­dek, gdy­bym go potrze­bo­wała, cho­dzi za mną w kociej postaci. Ni­gdy o tym nie roz­ma­wia­li­śmy. On też głę­boko prze­ży­wał żałobę. Kochał Eiana jak syna. Wtedy nie mogłam, nie umia­łam dzie­lić się z nim żałobą, nie przyj­mo­wa­łam do wia­do­mo­ści, że razem - mamie i tacie Eiana - łatwiej będzie ją unieść. Ego­istycz­nie zaskle­pi­łam się w swoim żalu.

- Bab­ciu.

- Robimy to, co w danej chwili jest nam potrzebne. Wtedy tego aku­rat potrze­bo­wa­łam. Zapa­trzona w swoją roz­pacz, potrze­bo­wa­łem tych bez­sen­sow­nych wędró­wek. Widocz­nie tak musiało być - dodała, usta­wia­jąc fili­żanki i imbryk na stole. - A Sedric cze­kał cier­pli­wie, kiedy do niego wrócę, kiedy mu pozwolę zbli­żyć się do mnie. I z cza­sem tak się stało. Cho­dzi­li­śmy, roz­ma­wia­li­śmy, jedli­śmy, spa­li­śmy. Żyli­śmy.

- Dobrze, że mie­li­ście sie­bie.

- On jest wielką miło­ścią mojego życia. A teraz ty opo­wia­daj.

Przy her­ba­cie i pier­nicz­kach Breen opo­wie­działa, jak sta­rała się nieść wspar­cie i pocie­chę, poma­gała przy­wró­cić do życia spa­lone pola. Opi­sała roz­mowę z Flyn­nem i burzę, którą potem wywo­łała.

- Chyba... nie byłam do tego wszyst­kiego przy­go­to­wana, zabra­kło mi doświad­cze­nia. Kiedy patrzę wstecz na moje życie, wszystko było pro­ste i bez­pieczne. Nie, nie czu­łam się szczę­śliwa, co to, to nie, ale wsta­wa­łam rano, szłam do pracy, po powro­cie do domu spraw­dza­łam testy albo robi­łam kon­spekty lek­cji. Mia­łam Marco, Sally i Der­ricka. Mogłam być i wła­ści­wie pozo­sta­wa­łam nie­wi­dzialna. Po pro­stu wta­pia­łam się w tło.

- A tutaj nie jesteś bez­pieczna i twoje życie nie jest takie pro­ste. Jesteś widziana i ocze­ki­wana. Czu­jesz się szczę­śliwa, mo stor?

- Tak. - Breen przy­ci­snęła palce do powiek, potem pozwo­liła opaść dło­niom. - Tak, mimo tego wszyst­kiego, co się działo i co może się stać, jestem zde­cy­do­wa­nie szczę­śliw­sza. Tyle mam. Mam cie­bie. - Wycią­gnęła rękę i uści­snęła doń Marg. - I mam w sobie to coś, co daje mi taką radość. Ale to, co rano zro­bi­łam w Sto­licy, dokład­nie dziś rano - dopiero teraz wszystko do niej dotarło - było nie­roz­ważne. Pozwo­li­łam, aby to, co jest we mnie, mną zawład­nęło. Wymknęło się spod kon­troli.

- Robimy to, co w danej chwili jest nam potrzebne - powtó­rzyła Marg. - Czy komuś stała się krzywda?

- Nie. Ale...

- Ach. - Marg pod­nio­sła palec. - Ufasz mi?

- Cał­ko­wi­cie, pod każ­dym wzglę­dem.

- W takim razie uwierz, że to, kim jesteś, co masz, nie może skrzyw­dzić i na pewno nie skrzyw­dzi nikogo poza mrocz­nymi siłami, które zagra­żają innym. Wiem to, bo jesteś z mojej krwi. Mojej i mojego syna.

- Część mnie pocho­dzi z niego, z Odrana.

- Tak jak wcze­śniej Eiana. Odran się myli, jemu się tylko wydaje, że może wyko­rzy­stać tę część. Ale to wła­śnie ona, mo stor, przy­czyni się do jego końca. Mar­twi cię, że możesz komuś wyrzą­dzić krzywdę?

- Nie mar­twiło aż do dziś rano. Było tak, jak wtedy na Osą­dzie Torica. Ponio­sło mnie. Nie kon­tro­lo­wa­łam tego żaru i mocy.

- I to cię nieco prze­raża.

- Tak.

- I słusz­nie. Moc jest nie­okieł­znana i pusz­czona na żywioł nisz­czy tego, kto nią włada. A z dru­giej strony prze­sad­nie tłu­miona, gaśnie i słab­nie. Będziemy nad tym pra­co­wać, ale osta­tecz­nie musisz zna­leźć wła­sną drogę.

Breen powoli opusz­czało napię­cie, roz­luź­niały się zaci­śnięte wnętrz­no­ści.

- To tylko jeden z powo­dów, dla­czego za tobą tęsk­ni­łam. I za doliną. Poma­gasz mi utrzy­mać rów­no­wagę. Już sam powrót tutaj mnie uspo­kaja. Sto­lica jest piękna i tętni życiem, ale...

- To nie dom.

- Nie dom. Wła­śnie widzia­łam połu­dnie, jest piękne, pełne życia, a zara­zem spo­kojne, ale... Zapo­mnia­łam powie­dzieć ci o monu­men­cie.

- Dwa dni temu byli­śmy z Sedri­kiem na połu­dniu. Keegan przy­słał do mnie sokoła z pyta­niem, czy nie pomo­gła­bym przy wzno­sze­niu dolmenu, bo nie mógł jesz­cze opu­ścić Sto­licy. To piękne surowe upa­mięt­nie­nie tego, co utra­cone, i tego, co poko­nane.

- Tak. - Breen prze­cze­sała włosy pal­cami. - Może to mój błąd i monu­ment powi­nien zostać taki piękny i surowy.

- O czym mówisz?

- Kiedy tam sta­li­śmy z Keega­nem, nagle zoba­czy­łam coś innego. Coś wię­cej.

- Co wię­cej widzia­łaś?

- Zoba­czy­łam... Mogę ci poka­zać? W ogniu?

Wstała, pode­szła do kominka, wycią­gnęła ręce i pocze­kała na Marg.

- Oto, co zoba­czy­łam.

Naj­pierw w ogniu uka­zała się wio­sna, z drze­wami obsy­pa­nymi bia­łymi i różo­wymi pąkami, mały staw u pod­nóża dolmenu, w któ­rym odbija się biel kamie­nia, oraz świa­tło i jarzący się złoto ogień. Potem poja­wił się dywan z płat­ków na ziemi, zawiązki owo­ców, które rosły i doj­rze­wały. Póź­niej spa­dały z drzew czer­wone i złote liście, a nagie gałę­zie trwały w ocze­ki­wa­niu.

I cały czas pło­nął złoto ogień.

Oczy Marg zaszkliły się łzami, przy­ci­snęła dłoń do ust.

- To zoba­czy­łaś?

- Bar­dzo wyraź­nie, bab­ciu. Zanim wyje­cha­li­śmy, roz­pa­li­li­śmy z Keega­nem ogień i...

Marg odwró­ciła się i ją objęła.

- To wizja zro­dzona z miło­ści i współ­czu­cia, a zara­zem z siły. Jest w niej twój ojciec, bo z całego serca wie­rzę, że on ujrzałby to samo.

- Tak myślisz?

- Tak. I chwała Keega­nowi za jego mądrość. Mądrze uczy­nił, burząc tam­ten dom zła i sta­wia­jąc w jego miej­scu potężne głazy. A jesz­cze mądrzej postą­pił, że cie­bie posłu­chał i dodał świa­tło. Mia­łaś dzień pełen prze­żyć!

- Mam wra­że­nie, że to nie dzień, a tydzień.

- W takim razie odpro­wa­dzę cię do Powi­tal­nego Drzewa, przej­dziesz na drugą stronę, do chaty.

- Nie widzia­łam się jesz­cze z Moreną, ani Finolą, ani Seamu­sem.

- Jutro będzie na to czas. A dziś wie­czo­rem odpocz­nij. - Marg prze­szła przez kuch­nię i zdjęła z wie­sza­ków okry­cia swoje i Breen. - Wyśpij się i wyko­rzy­staj pora­nek na pisa­nie. Robimy to, co w danej chwili jest nam potrzebne - przy­po­mniała, wkła­da­jąc kurtkę.

Breen nie mogła zaprze­czyć, że tego wła­śnie potrze­bo­wała, kiedy pode­szła do drzewa po wąskich kamien­nych stop­niach i odwró­ciła się, żeby poma­chać Marg. W świe­tle zmierz­chu widziała za sobą dom na far­mie i dym sączący się z komi­nów.

Kochała to miej­sce, jego wygląd i zapach tutej­szego powie­trza, ale bar­dzo chciała zająć się tym, co cze­kało po dru­giej stro­nie.

Wspięła się po gru­bych kona­rach, prze­śli­znęła mię­dzy powy­gi­na­nymi gałę­ziami, zesko­czyła na gładką skałę i zna­la­zła się w Irlan­dii.

Fąfel podry­gi­wał rado­śnie, jego ogon poru­szał się ryt­micz­nie niczym metro­nom i wcale mu nie prze­szka­dzał zimny drobny deszcz sią­piący z oło­wia­nego nieba.

Breen ten deszcz też nie prze­szka­dzał. Zadarła głowę, wysta­wia­jąc twarz na mżawkę i ruszyła przed sie­bie. Powie­trze pach­niało wil­gotną zie­mią i mokrymi sosno­wymi igłami. Fąfel, zamiast swoim zwy­cza­jem skrę­cić do stru­mie­nia na szybką kąpiel albo kur­so­wać tam i z powro­tem po ścieżce, tym razem nie odstę­po­wał Breen.

- Gotowy na powrót do domu, co? - Pies zadarł łeb i popa­trzył na nią, potrzą­sa­jąc kosma­tym czu­bem. - A może to mówiąc, myślę o sobie. Tak czy owak, wkrótce będziemy na miej­scu. - Wypu­ściła oddech i głę­boko wcią­gnęła powie­trze. - Czu­jesz ten zapach? Dym tor­fowy, woda w zatoce, mokra trawa.

Gdy wyszli z lasu, zoba­czyła to wszystko, dym, zatokę, mokrą trawę, zioła i kwiaty. I chatę z dachem ze strze­chy, z gru­bymi kamien­nymi ścia­nami, uro­czym tara­sem i świa­tłem w oknach. I tak samo jak za pierw­szym razem ten widok ją poru­szył. Było w nim wszystko, czego kie­dy­kol­wiek pra­gnęła.

Fąfel nie zbo­czył do zatoki. Pobiegł pro­sto do chaty i zaszcze­kał pod drzwiami. Zanim Breen zdą­żyła dotrzeć do wej­ścia, Marco z impo­nu­ją­cymi dre­dami spię­tymi nad kar­kiem, ze ścierką do naczyń na ramie­niu, otwo­rzył drzwi. Z wnę­trza popły­nęła muzyka.

Par­sk­nął śmie­chem, bo Fąfel wspiął się na tylne łapy i zatań­czył.

- Ile w tobie gra­cji! Tanecz­nym kro­kiem wejdź z desz­czu do domu. Jest moja Breen!

- Marco! - Gdyby mogła, pod­fru­nę­łaby do niego, ale musiała zado­wo­lić się pod­bie­gnię­ciem pro­sto w jego otwarte ramiona.

Z siar­czy­stym buzia­kiem zakrę­cił się z nią na progu.

- Jakąś godzinę temu Keegan przy­słał twoje rze­czy. Klop­siki się duszą w sosie pomi­do­ro­wym, bo twój facet ma do nich ogromną sła­bość.

- On nie cał­kiem jest moim face­tem.

- Dobra, dobra. - Ponow­nie cmok­nął ją w poli­czek. - Mam cię na oku. Nie­długo pojawi się Brian i dołą­czy Keegan. Wtedy urzą­dzimy ucztę, a teraz mam cie­bie całą tylko dla sie­bie.

Ścią­gnął z niej kurtkę, zarzu­cił ją na wie­szak, chwy­cił Breen wpół i wykrę­cił z nią piruet.

- Uwiel­biam to miej­sce. Tylko ktoś porą­bany mógłby go nie lubić. Ale to nie samo, gdy nie ma tutaj cie­bie.

- Też tęsk­ni­łam za domem i za tobą, za wszyst­kim i wszyst­kimi.

- Przy­go­to­wa­łem lap­top, żebyś mogła rano siąść do pracy, zanim wstaną cywi­li­zo­wane osoby. Masz mnó­stwo nowych komen­ta­rzy pod blo­giem. Póź­niej o tym poga­damy. Teraz nakar­mimy naszego wspa­nia­łego psa i napi­jemy się wina.

- Och, tak. Z ochotą.

Oto­czyła go ramio­nami. Dom, pomy­ślała. Jej dom.

Jak dwa światy mogły być jej domem, pozo­sta­wało dla niej tajem­nicą. Jed­nak uznała to za dar.

Rozdział 3

Roz­dział 3

Obu­dziła się przed świ­tem i zoba­czyła, że jest sama. Pole­żała jesz­cze tro­chę, delek­tu­jąc się tą cichą chwilą pomię­dzy snem a dniem w sypialni oświe­tlo­nej poświatą z kominka.

W nocy Keegan spał razem z nią, a Fąfel zwi­nął się w kłę­bek na swoim lego­wi­sku. Wie­czór spę­dzili we czworo; ona, Keegan, Brian i Marco. Jedli i roz­ma­wiali, omi­ja­jąc temat wojny, bitew i przy­go­to­wań do walki. Była muzyka, przy­ja­ciel­ska atmos­fera i dużo śmie­chu.

A potem przy bla­sku kominka kochała się z Keega­nem i zasnęła u jego boku.

Wie­działa, że to tylko inter­lu­dium i nadzieja na to, co może przy­nieść przy­szłość. Jed­nak ta nadzieja spełni się tylko wtedy, gdy będą wal­czyć, przy­go­to­wani przy­stą­pią do wojny i ją wygrają.

Wstała i ubrała się w spor­towy strój. Poćwi­czy, potem usią­dzie przy biurku i popra­cuje. Póź­niej znowu przej­dzie do Talamh, będzie prak­ty­ko­wać magię, zoba­czy się z Moreną i całą resztą oraz potre­nuje sztuki walki z Keega­nem.

Ale naj­pierw napije się kawy.

Na scho­dach usły­szała pomruk męskich gło­sów i poczuła zapach bekonu. Przy­pa­lo­nego bekonu.

Zoba­czyła w kuchni Keegana i Briana. Fąfel sie­dział nad miską zajęty chru­pa­niem suchej karmy, na kuchence stała osma­lona patel­nia.

- Jakieś pro­blemy? - spy­tała, kie­ru­jąc się pro­sto do eks­presu.

- Ta płyta jest.... - Keegan, krzy­wiąc się, obej­rzał się na kuchenkę. - Skom­pli­ko­wana.

- Pomy­śle­li­śmy, że na zmianę zaj­miemy się śnia­da­niem. - Brian, wysoki i musku­larny, patrzył na nią roze­śmia­nymi nie­bie­skimi oczami. - Keegan zaczął i tu poja­wiły się kom­pli­ka­cje.

Breen z kub­kiem kawy w ręce ruchem głowy wska­zała furę przy­pa­lo­nej jajecz­nicy, zde­cy­do­wa­nie bar­dziej w odcie­niu brązu niż żółci.

- Wła­śnie widzę. Hmm, zale­ca­ła­bym regu­larne ćwi­cze­nia i wię­cej prak­tyki, żeby te żało­sne wysiłki pod­nieść do zno­śnego poziomu.

- Ha! - Keegan obło­żył grzankę pla­strami bekonu i przy­krył je grubą war­stwą jajecz­nicy. - Dobre - oce­nił, żując.

- W takim razie życzę smacz­nego.

Pode­szła do drzwi, a kiedy je otwo­rzyła, Fąfel wypry­snął na dwór i puścił się bie­giem do zatoki. Breen wyszła za próg na chłodne poranne powie­trze.

W bla­dym świe­tle świtu mgła cienka jak paję­czyna wisiała nad szarą wodą zatoki, tu i ówdzie jej deli­katne pasma snuły się nad wil­gotną zie­loną trawą. W powie­trzu zapach roz­ma­rynu mie­szał się z ostrym aro­ma­tem goź­dzi­ków i wani­liową wonią helio­tro­pów. Czer­wone kulki jagód poły­ski­wały na krza­kach ostro­krzewu. Krzew róż o kwia­tach w kolo­rze let­niego słońca kwitł zadzior­nie, mimo że powie­trze już szep­tało o zimie.

Sącząc kawę, patrzyła, jak pies plu­ska się w zatoce. Bry­zgi wody roz­ry­wały welon mgły, słońce coraz śmie­lej prze­dzie­rało się przez chmury.

Kie­dyś pora­nek ozna­czał dla niej wyścig z cza­sem. Kawa na wynos, cze­ka­nie na auto­bus i jazda do wyko­ny­wa­nej z musu pracy, do któ­rej nie czuła powo­ła­nia. Ow­szem, lubiła tam­ten swój kawa­łek Fila­del­fii, jego kolo­ryt, atmos­ferę. Ale reszta? Szary cień i ona w naj­bar­dziej sza­rych odcie­niach sza­ro­ści.

A teraz miała coś, o czym daw­niej nawet nie śmia­łaby marzyć. Odpo­wia­dało jej to, co robiła, miała poczu­cie celu.

Nawet gdy ten cel zda­wał się ją prze­ra­stać i budził lęk, nale­żał do niej.

Podob­nie jak ten męż­czy­zna, przy­naj­mniej na razie, pomy­ślała, gdy Keegan wyszedł przed próg i sta­nął tuż obok.

- Wiem, że kiedy scho­dzi­łam na dół, nie roz­ma­wia­li­ście z Bria­nem o przy­pa­lo­nym beko­nie.

- Nie był przy­pa­lony, tylko porząd­nie usma­żony.

- Jasne. Jak wolisz. Cie­szę się, że wczo­raj nie roz­ma­wia­li­śmy o Odra­nie, woj­nie i tym wszyst­kim. Wiem prze­cież, że musisz oma­wiać plany i obo­wiązki ze swo­imi wojow­ni­kami, takimi jak Brian.

- Już wszystko zała­twione - uciął. - Ty rano popra­cu­jesz nad swo­imi opo­wia­da­niami, a ja zanim zajmę się innymi spra­wami, pomogę tro­chę Har­ke­nowi na far­mie. Teraz słońce wcze­śniej zacho­dzi, chcę cię widzieć na placu tre­nin­go­wym godzinę przed zacho­dem.

- W porządku.

Obej­rzał się na wycho­dzą­cego domu Briana.

- Miłego dnia, Breen.

- Nawza­jem, Bria­nie.

- Godzinę przed zacho­dem - powtó­rzył Keegan.

- Nie spóź­nij się.

Ruszył przez łąkę w stronę lasu, przy­sta­nął i dłu­gimi kro­kami cof­nął się do niej.

Pomy­ślała, że ma w sobie coś z dzi­kusa, gdy objął ją w pasie ramie­niem, przy­cią­gnął do sie­bie i poca­ło­wał.

- Nie spóź­nij się - powtó­rzył kolejny raz i odszedł.

Breen uśmiech­nęła się lekko, po czym pochy­liła nad kub­kiem z kawą, i jesz­cze przez chwilę patrzyła na wsta­jący dzień.

Czuła się cudow­nie, wręcz absur­dal­nie cudow­nie, po porząd­nym wypo­ce­niu w trak­cie ruty­no­wej por­cji ćwi­czeń. I może tylko miała wra­że­nie, że tri­cepsy jakby wyraź­niej się zazna­czały. Może ni­gdy nie będzie rewe­la­cyj­nie wła­dać mie­czem ani strze­lać z łuku, ale Bóg świad­kiem, te mor­der­cze tre­ningi nie­wąt­pli­wie przy­no­siły pewne korzy­ści.

A prysz­nic po ćwi­cze­niach? Siódme niebo.

Ubrała się i z coca-colą w ręku prze­szła do gabi­netu. Odpa­liła lap­top, wzięła głę­boki wdech i obej­rzała się na Fąfla, który już umo­ścił się na łóżku.

- Kolej na cie­bie - oznaj­miła.

Od bitwy pra­wie nie zaj­rzała do nowej histo­rii o Fąflu. Po pro­stu nie miała do tego serca. Dopiero teraz, w domu, z psem na łóżku, oto­czona murami chaty z przy­jem­no­ścią powró­ciła do pisa­nia.

Zupeł­nie stra­ciła poczu­cie czasu. Kiedy skoń­czyła, Fąfla nie było na łóżku, a z kuchni docho­dziły jakieś nie­sa­mo­wi­cie ape­tyczne zapa­chy.

Wyszła z gabi­netu i zoba­czyła otwarty lap­top Marco na robo­czym stole. On sam stał przy kuchence, któ­rej zde­cy­do­wa­nie nie uwa­żał za jakieś wielce wyra­fi­no­wane urzą­dze­nie, i wle­wał białe wino do spo­rego garnka.

- Co tak cudow­nie pach­nie?

- Hejka, dziew­czyno! Pisa­łaś taka sku­piona. Fąfel znowu wybiegł na dwór. Czy ty w ogóle coś jadłaś? Kiedy o dzie­wią­tej zsze­dłem na dół, byłaś nie­obecna duchem. Widać, że jesz­cze nie cał­kiem wró­ci­łaś.

- Byłam, rze­czy­wi­ście byłam. Mówi­łam ci, że w Sto­licy mogłam pra­co­wać nad książką dla doro­słych, ale abso­lut­nie nie czu­łam się na siłach pocią­gnąć dalej przy­gód Fąfla. - Odwró­ciła się do lodówki po kolejną colę jako nagrodę za osią­gnię­cia. - A dzi­siaj pstryk i popły­nęło! Boże, jak dobrze się przy tym bawi­łam! - Obró­ciła się w koło. - Zupeł­nie jakby ktoś odkrę­cił kurek.

- Miło sły­szeć, nawet jeśli to mi mówi, że jesteś bez śnia­da­nia. Zro­bię ci kanapkę.

- Sama potra­fię ją zro­bić, ale czemu nie mogę dostać tego, co masz w garnku? A wła­ści­wie co to jest? Fan­ta­stycz­nie pach­nie.

- Nie możesz dostać, bo jesz­cze musi się podu­sić. Zrób te swoje czary-mary, żeby było gotowe, jak wró­cimy. Bo prze­cho­dzimy na drugą stronę, tak?

- Tak, jasne, ale... Która godzina? - Otwo­rzyła usta ze zdzi­wie­nia, kiedy spoj­rzała na wyświe­tlacz kuchenki. - Cho­lera, powin­nam zamknąć lap­top pół godziny temu. Muszę lecieć!

- Już idziemy. Ty się skup na abra­ka­da­bra, a ja zro­bię kanapkę, możesz ją jeść po dro­dze.

- W czym mam cię wes­przeć magią?

- Dziś od rana Fran­cja ele­gan­cja - wyja­śnił Marco, kro­jąc chleb. - Więc parle wu, upie­kłem kilka bagie­tek i robię do nas kur­czaka en cocotte.

- Kur­czaka en cocotte? - Unio­sła pokrywkę. Zoba­czyła spore, lekko przy­ru­mie­nione kawałki kur­czaka, ćwiartki ziem­nia­ków, mar­chew i seler pokro­jone w talarki oraz krążki cebuli. No i ten aro­mat - tylko jedno okre­śle­nie przy­cho­dziło jej na myśl - eks­ta­tyczny.

- Boże, to jest... Czy coś takiego jest w ogóle legalne?

- Tak, we Fran­cji. Ten prze­pis wpadł mi w ręce w zeszłym tygo­dniu i mia­łem to ugo­to­wać na wasz powrót, ale Keegan zaży­czył sobie klop­siki. A więc kur­czak będzie na dziś wie­czór.

- Marco, jesteś cudo­twórcą.

- Zga­dza się. - Wrę­czył jej kanapkę z szynką i wędzoną goudą na razo­wym chle­bie.

Wło­żyli kurtki i wyso­kie buty, Breen owi­nęła szyję sza­li­kiem i ruszyli w drogę.

Fąfel zrów­nał się z nimi, zato­czył koło wokół nich i popę­dził do lasu.

Marco z dre­dami scho­wa­nymi pod czapką wci­śniętą na bakier wycią­gnął komórkę.

- Zabra­łem ją ze sobą, żeby zro­bić kilka zdjęć do blogu, zanim przej­dziemy na drugą stronę, bo tam nie ma zasięgu. Jesteś pewna, że nie można cze­goś z tym zro­bić?

- Oni wybrali magię, Marco.

- No, wiem. Nie­mniej...

Przy­sta­nął, zro­bił zdję­cie chaty i zatoki, na koniec sfo­to­gra­fo­wał Fąfla. Pies cze­kał na skraju lasu, przy­glą­da­jąc się im z przy­chy­loną głowa

- W ten week­end wybiorę się po cho­inkę dla nas na święta.

- Święta.

- Za pasem. Zaj­miemy się świa­teł­kami i ozdo­bami. Czeka nas dużo pracy, musimy to porząd­nie zro­bić.

- Z przy­jem­no­ścią. Kolo­rowy papier i wstążki. Zacznę szu­kać pre­zen­tów! I musimy pomóc przy pla­no­wa­niu wesela.

- Nic nie mówi­łem wie­czo­rem, w ten czas świę­to­wa­nia, ale Morena zmie­niła zda­nie i chce pocze­kać ze ślu­bem do wio­sny, a może nawet do lata.

- Co? Czemu? Och. - Nie musiał odpo­wia­dać. - Phe­lin. Stra­ciła brata, to dla niej trudne. Szkoda, że nie mogłam spę­dzić z nią wię­cej czasu, bo musiała wró­cić w dolinę, do Finoli i Seamusa.

- Finola pro­siła mnie, żebym poroz­ma­wiał o tym z Moreną. - Zatrzy­mał się i zro­bił kilka zdjęć w lesie. - Mówiła, że sama z nią roz­ma­wiała, ale nasza dziew­czyna nie dała się prze­ko­nać. Mnie też się nie udało. Może ty byś spró­bo­wała.

- Dobrze, cho­ciaż jeżeli nie jest gotowa i potrze­buje wię­cej czasu, Har­ken to zro­zu­mie. Nikt lepiej jej nie rozu­mie. Zorien­tuję się, co da się zro­bić, gdy się z nią zoba­czę.

Kiedy sta­nęli pod drze­wem, Marco scho­wał komórkę.

- Zosta­wię was same. Cza­sem dziew­czyna potrze­buje towa­rzy­stwa innej dziew­czyny, no nie?

Razem prze­szli z jed­nego świata do dru­giego.

Słońce mocno świe­ciło, niebo było inten­syw­nie nie­bie­skie. Zie­le­niły się i zło­ciły pola za kamien­nymi mur­kami. Owce pokryte gęstym runem szczy­pały trawę, zupeł­nie nie zwra­ca­jąc uwagi na przy­by­szy.

Breen zoba­czyła Morenę i Har­kena w wozie zaprzę­żo­nym do masyw­nych koni pocią­go­wych.

- Zwożą torf z wrzo­so­wisk - domy­śliła się. - Tną go, suszą i ukła­dają w sterty na zimę.

- Finola mówi, że Morena spę­dza przed­po­łu­dnia z nimi i zaj­muje się domem i drob­nymi pra­cami, a po połu­dniu prze­waż­nie idzie do Har­kena. Cza­sami znika z tym swoim jastrzę­biem, choć naj­czę­ściej...

- Pra­cuje. - Breen kiw­nęła głową. - Mia­łam iść pro­sto do babci, ale jed­nak naj­pierw zaj­rzę do Moreny.

- A co powiesz na to, żebym ja poszedł do babci i dotrzy­mał jej towa­rzy­stwa? Mia­ły­by­ście czas poga­dać.

- Super, dzięki.

Prze­cięli wąski pas pola i prze­szli nad mur­kiem.

- Powiedz babci, że przyjdę, kiedy będę mogła albo o ile będę mogła. Muszę się dowie­dzieć, jak pomóc More­nie.

- Jasne.

Roze­szli się na dro­dze, Marco poszedł dalej, a Breen skrę­ciła na farmę. Fąfel obej­rzał się na nią, a gdy kiw­nęła głową, pobiegł w stronę wozu, szcze­ka­jąc na powi­ta­nie.

Trzy ptaki spło­szone hała­sem pode­rwały się w górę jak nie­bie­skie strzały. Dopiero teraz Morena ją zauwa­żyła i poma­chała do niej. Breen widziała, jak Har­ken ją poca­ło­wał i deli­kat­nie trą­cił dla zachęty. Dziew­czyna zesko­czyła z wozu, pokle­pała uszczę­śli­wio­nego Fąfla i puściła się bie­giem na spo­tka­nie z Breen.

- Wiem od Har­kena, że wró­ci­łaś. Mia­łam nadzieję, że się zoba­czymy. - Objęła Breen, a ona poczuła radość i ulgę, pomie­szane ze smut­kiem.

- Cie­szę się, że tu jestem. Sto­lica to, hmm, Sto­lica, ale dolina...

- To dolina - dokoń­czyła Morena. - W samą porę się zja­wi­łaś, nie będę musiała roz­ła­do­wy­wać torfu. Wstą­pisz do domu na her­batę?

- Kawał dnia spę­dzi­łam, sie­dząc przy biurku i pisząc. Wolał­bym się przejść, jeżeli nie masz nic prze­ciwko temu.

- Z przy­jem­no­ścią pospa­ce­ruję. - Nachy­liła się i pogła­skała psa. - A on na pewno chęt­nie wsko­czy do zatoki.

- Jest cie­plej, niż się spo­dzie­wa­łam - zaczęła Breen, gdy ruszyły przed sie­bie.

- Dziś słońce mocno przy­grzewa, ale Har­ken twier­dzi, że jutro zerwie się zimny wiatr. - Prze­rzu­ciła zło­to­żółty war­kocz na plecy. - Może tak mówił, żeby wycią­gnąć mnie na zwo­że­nie torfu.

- Gdzie Amisz?

- Och, pew­nie poluje. - Przy­trzy­mu­jąc czapkę, zadarła głowę i powio­dła wzro­kiem po nie­bie, jakby spo­dzie­wała się zoba­czyć krą­żą­cego nad nimi jastrzę­bia. - Czyli dzi­siaj pra­co­wa­łaś nad opo­wia­da­niami?

- Nad następ­nym o Fąflu, a kiedy skoń­czy­łam, Marco powie­dział, że w week­end pój­dziemy po cho­inkę i zaczniemy robić ozdoby. Moje pierw­sze święta Bożego Naro­dze­nia w Irlan­dii i tutaj. Czeka nas sporo pracy - zauwa­żyła mimo­cho­dem. - Aisling twier­dzi, że dziecko uro­dzi się raczej w oko­licy Yul, a nie w lutym, no i mamy twój ślub.

- Myślę, że powin­ni­śmy zacze­kać do wio­sny, a może i lata.

- Tak?

- Jak mówi­łaś, idą święta i dziecko ma się uro­dzić. To bar­dzo pra­co­wity czas. Od początku wspo­mi­na­łam o wio­śnie, myślę więc, że to... Breen, nie mogę wyma­gać od rodziny, aby bawiła się na weselu w tych oko­licz­no­ściach. Jak mogła­bym być taka nie­czuła? Har­ken może pocze­kać.

- On umie cze­kać - zgo­dziła się z nią Breen. - I zależy mu, żebyś była szczę­śliwa. Na tym polega miłość. Nie będzie naci­skał, nato­miast ja tak.

- Wola­ła­bym nie.

- Chcę tylko, żebyś mnie wysłu­chała, potem zro­bisz, jak zechcesz. Zawsze będę po two­jej stro­nie. Jesteś moją naj­star­szą przy­ja­ciółką i cokol­wiek zde­cy­du­jesz, będę cię wspie­rać. Na długo znik­nę­łaś z mojej pamięci. - Wes­tchnęła. - A potem wszystko wró­ciło. Nie pamię­ta­łam Phe­lina ani two­jej rodziny. Kiedy ich zoba­czy­łam, pamięć od razu wró­ciła, bo oni byli rów­nież moją rodziną. Oni wszy­scy są moją rodziną.

Zeszły z drogi na plażę, a Fąfel natych­miast pobiegł do wody.

- To, że po tym wszyst­kim zosta­łaś w Sto­licy, bar­dzo wiele dla mnie zna­czyło. Matka mówiła, że codzien­nie spę­dza­łaś z nimi czas. Przy­znaję, chcia­łam mieć cię tutaj, ale byłam zado­wo­lona, że tam byłaś.

- Wszy­scy byli­śmy tam, gdzie powin­ni­śmy być.

Morena przy­mknęła oczy i wysta­wiła twarz na wiatr.

- Phe­lin był naj­lep­szy z nas. Kocham moją rodzinę, kocham ich wszyst­kich, wiem jed­nak, że to wła­śnie on był z nas naj­lep­szy. Wraż­liwy, zabawny i lojalny. Ow­szem, lubił robić kawały, ale nikogo nie krzyw­dził. Kochał żonę, nie mógł się docze­kać, kiedy zosta­nie ojcem. A teraz go nie ma. Pamię­tam, że oddał życie za Talamh, za nas, za wszyst­kich. Przy­się­gam ci, że to sza­nuję.

- Wiem, ale to nie umniej­sza bólu.

- Myślisz, że kie­dyś prze­sta­nie tak boleć? Że będzie mi lżej?

Breen wzięła ją za rękę i zeszły nad wodę.

- Wiesz, ja myśla­łam, że ojciec mnie zosta­wił, nie kochał mnie na tyle mocno, aby być przy mnie. I to spra­wiało mi głę­boki ból. A potem, kiedy tutaj się zna­la­złam, usły­sza­łam, że on nie żyje, dowie­dzia­łam się, kiedy i jak zgi­nął, i to też bar­dzo bolało. Bolało, nawet kiedy zro­zu­mia­łam, dla­czego poniósł śmierć. Nawet teraz, po cza­sie, na­dal boli, choć ina­czej. Gdy wspo­mi­nam tatę i czas, który razem spę­dzi­li­śmy, czuję radość. Tak samo będzie z tobą i Phe­li­nem. Myślę, że wraz z upły­wem czasu ta radość będzie łago­dzić ból.

- Bra­łam udział w Odpro­wa­dza­niu zna­jo­mych i sąsia­dów, ale ni­gdy nie żegna­łam kogoś tak mi bli­skiego. Roz­po­czę­cie wspól­nego życia z Har­ke­nem, zapro­sze­nie rodziny na tańce i dzie­le­nie tej chwili z nami byłoby z mojej strony czy­stym ego­izmem.

- I powiem ci, że wła­śnie tutaj się mylisz. Jed­nak zanim do tego dojdę, jesz­cze raz powtó­rzę, że będę cię wspie­rać, obo­jęt­nie, co posta­no­wisz, czego chcesz. Spę­dzi­łam sporo czasu z twoją rodziną i wiem, jakie to dla nich ważne, żebyś pobrała się z Har­ke­nem. Twoja matka roz­ma­wiała o tym ze mną i znam jej zda­nie.

- Może matka, ale...

- Noreen i twój brat myślą tak samo. Widok życia, szcze­gól­nie tego prze­jawu życia, ująłby tro­chę smutku. Przede wszyst­kim twój ojciec chce widzieć swoją córkę szczę­śliwą w dniu ślubu. Niech to będzie na wio­snę, jeśli tak chcesz, lub latem czy nawet za rok. Albo w prze­si­le­nie zimowe czy let­nie. Takie wyda­rze­nie wnosi świa­tło, Moreno, a oni wszy­scy potrze­bują świa­tła.

Morena ze łzami w oczach wpa­try­wała się w twarz Breen.

- Jesteś pewna?

- Ina­czej nic bym nie mówiła. Jeżeli nie jesteś gotowa, odcze­kaj. Nie odkła­daj ślubu ze względu na nich ani dla­tego, że według cie­bie musisz czy powin­naś tak postą­pić.

- Wiem od babci, że codzien­nie kon­tak­tuje się z mamą przez zwier­cia­dło. Roz­ma­wiają o ślu­bie, kwia­tach, sukni i... Bab­cia mówi, że abso­lut­nie nie powie mamie, że nie chce teraz wesela, sama mam to zro­bić. Twier­dzi, że te roz­mowy przy­no­szą mamie ulgę i nie prze­każe jej tej wia­do­mo­ści. Musi usły­szeć ją ode mnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki