Wybitne dzieci sławnych Polaków - Marek Borucki

-
Proszę czekać

Stanisław Baczyński

Kim byli rodzice poety i powstańca?

Stanisław Baczyński urodził się 5 maja 1890 roku we Lwowie. Po ukończeniu gimnazjum studiował filozofię i polonistykę na Uniwersytecie Jana Kazimierza. W 1912 roku ożenił się ze Stefanią z Zieleńczyków, katoliczką ze zasymilowanej rodziny żydowskiej. W czasie I wojny światowej należał do Polskiej Organizacji Wojskowej, walczył w I Brygadzie Legionów Piłsudskiego, a po wojnie, już w Warszawie, pracował w II Oddziale Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, czyli ówczesnym wywiadzie. Brał udział w akcji plebiscytowej na Śląsku Cieszyńskim, a później walczył w III powstaniu śląskim. Bardzo skutecznie prowadził działania dywersyjne na tyłach wojsk niemieckich, co stanowiło ogromną pomoc dla powstańców. Otrzymał kilka odznaczeń za waleczność i służbę ojczyźnie.

Jednak jego powołaniem była literatura, a nie wojsko. Debiutował w 1913 roku (a więc jako dwudziestotrzylatek) powieścią Wiszary. W okresie międzywojennym wydał między innymi: Miecz i korona. Myśli o duszy polskiej; Historie o szczęściu i cnocie; Sztuka walcząca; Literatura w ZSRR; Literatura piękna Polski porozbiorowej oraz szkice i rozprawy o literaturze, jak Syty Paraklet i głodny Prometeusz; Losy romansu; Powieść kryminalna.

W latach 1929-1930 wydawał miesięcznik literacki "Europa". Publikował też artykuły w czasopismach "Wiek XX" i "Lewy Tor". W czasach PRL-u został skazany na zapomnienie, a w 1951 roku część publikacji Baczyńskiego wycofano z bibliotek jako "posanacyjne". Na przykład w książce Wódz i naród tak napisał o marszałku Piłsudskim: "Piłsudski odwrócił karty naszych dziejów i stając się własnością narodu wycisnął piętno na powszechnym biegu naszego życia". A o jego czynie i zasługach dla niepodległości napisał, że ich "nikt nie wymaże z historii i nikt nie powtórzy". Był więc postacią niemiłą dla ówczesnych władców Polski, choć w latach 30. zbliżył się do lewicy.

W latach 1933-1935 wykładał literaturę w Wileńskim Instytucie Badań Europy Wschodniej. Zmarł 27 lipca 1939 roku, niewiele ponad miesiąc przed wybuchem II wojny światowej, na raka żołądka. Został pochowany w kwaterze legionowej na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Krótko po kapitulacji Warszawy do mieszkania Baczyńskich wtargnęło gestapo, by aresztować Stanisława. Wdowa, pani Stefania, z trudem udowodniła, że mąż już nie żyje. Baczyński - działacz plebiscytu i uczestnik powstania śląskiego - znajdował się bowiem na niemieckiej liście proskrypcyjnej Polaków bardzo niebezpiecznych dla Trzeciej Rzeszy. Taką listę antyniemieckich aktywistów i autorów publikacji Niemcy sporządzali w okresie międzywojennym dzięki swojemu wywiadowi i piątej kolumnie niemieckiej w Polsce. Mieli więc nazwiska i dokładne adresy, dlatego wielu naszych patriotów zapłaciło życiem za wierną służbę ojczyźnie.

Żona Stanisława i matka Krzysztofa Stefania urodziła się 5 grudnia 1889 roku w Warszawie (zmarła 15 maja 1953 roku). Była nauczycielką, autorką podręczników szkolnych i książek dla dzieci. Długo nie mogła doczekać się potomstwa. Pierworodna córka - Kamila - zmarła w wieku niemowlęcym, więc kiedy urodził się Krzysztof, otoczyła go miłością nadopiekuńczą. Drugie imię otrzymał po zmarłej siostrze. Chłopiec rzeczywiście wymagał troskliwej opieki. Drobny, szczupły, wzrostu poniżej 170 centymetrów, był dzieckiem słabym, chorowitym, cierpiał z powodu astmy, często się przeziębiał. Szczery patriotyzm przejął od ojca, którego uwielbiał, ale utrzymywał z nim rzadki kontakt, bo Stanisław Baczyński miał ponoć młodszą kochankę, dla której zostawił rodzinę na parę lat.

Krzysztof Kamil Baczyński

Krzysztof był uczniem Gimnazjum im. Stefana Batorego, miał tam wspaniałych kolegów, przyszłych przywódców Szarych Szeregów: Tadeusza Zawadzkiego - "Zośkę", Macieja Aleksego Dawidowskiego - "Alka" i Jana Bytnara - "Rudego". Był kiepskim uczniem, nawet z języka polskiego otrzymywał bardzo słabe oceny. Nie lubił tej szkoły, nie lubił jej profesorów. Po maturze zamierzał studiować w Akademii Sztuk Pięknych, ponieważ miał uzdolnienia malarskie. Niestety, wybuchła wojna i musiał zrezygnować z ambitnych planów. Natomiast podjął tajne studia polonistyczne na konspiracyjnym Uniwersytecie Warszawskim. Na drugim roku jednak je przerwał, ponieważ uznał, że ważniejsza jest walka z bronią w ręku. Ale wierzył, że po wojnie powróci na uniwersytet. Postanowił walczyć, chociaż niektórzy z jego dowódców radzili mu, aby "nie bawił się w wojsko, bo wojna nie dla takich jak on". Był jednak uparty w swoim postanowieniu, powoływał się na ojca, który tłumaczył mu, że w życiu są sytuacje i wyzwania, kiedy nie można słuchać nawet najbardziej rozsądnych rad.

Wielu przyjaciół, starszych kolegów, znanych literatów też odradzało mu wojaczkę, choćby w najsłuszniejszej sprawie. Podnoszono dwa argumenty: pierwszy to mizerna kondycja Krzysztofa - niski, słaby, chorowity, nie nadawał się do ciężkich zadań w konspiracji; drugi to troska o jego talent, tak dobrze zapowiadający się poeta nie powinien narażać się na utratę życia, a literatury polskiej - na utratę klejnotów swojej poezji.

Początkowo w konspiracji należał do batalionu "Zośka", ale koledzy pomijali go w kompletowaniu grup przygotowujących akcje przeciwko okupantowi, po prostu chroniąc go i jego talent. Ta sytuacja bardzo go gniewała, powiedział wówczas: "Boże, ja oszaleję z tym waszym niańczeniem mnie" i przeszedł do "Parasola".

Kazimierz Wyka (1910-1975), już wówczas autorytet w dziedzinie literatury, wysoko ceniący twórczość Baczyńskiego, przed powstaniem warszawskim rozmawiał z młodym poetą, o czym później napisał: "Zacząłem mu tłumaczyć, czy naprawdę jest rzeczą potrzebną, ażeby on z bronią w ręku szedł do powstania, że może lepiej by siebie przechować, nie wiadomo, jak to będzie. Baczyński się bardzo żachnął, jak był opanowany, tak żachnął się wręcz gniewnie i oto powiedział mi wprost: - Proszę pana, kto jak kto, ale pan to powinien wiedzieć, dlaczego ja muszę iść, jeżeli będzie walka. Kto jak kto, ale człowiek, który tak zna i rozumie moje dzieło, musi zrozumieć mnie!".

A inny literaturoznawca, Stanisław Pigoń (1885-1968), gdy dowiedział się o przystąpieniu Krzysztofa do zbrojnej konspiracji, jakby usprawiedliwiając i tłumacząc jego wolę walki, napisał: "Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga brylantami".

Jeden z dowódców Krzysztofa, Jan Rodowicz, pseudonim "Anoda" (1923-1949), powiedział kiedyś do koleżanki z oddziału cytowane już częściowo zdanie: "Znasz Baczyńskiego, powiedz mu, żeby pisał wiersze, a nie bawił się w wojsko, wojna nie dla takich jak on".

Wróćmy do kwietnia 1943 roku. W dniu wybuchu powstania w getcie warszawskim Baczyński, czujący bliskość z narodem żydowskim (poza matką, także jego ojciec miał żydowskie korzenie, znał, a nawet i pisywał w jidysz), stworzył wiersz bez tytułu:

Byłeś jak wielkie stare drzewo

narodzie mój, jak dąb zuchwały,

wezbrany ogniem soków żrałych

jak drzewo wiary, mocy gniewu.

Jęli ci oczy z ognia łupić

byś ich nie zmienił wzrokiem w trupy.

Jęli ci ciało w płomień kruszyć

by wydrzeć Boga z żywej duszy.

Krzysztof Kamil Baczyński pisał bardzo dużo (cała jego spuścizna to ponad 500 wierszy, kilkanaście poematów i 20 opowiadań), ale publikował niewiele, bo to przecież czasy okupacji, paraliżujące działalność kulturalną Polaków. W 1942 roku wydał tomik wierszy w formie maszynopisu pod pseudonimem Jan Bugaj. To małe dziełko zatytułowane Wiersze wybrane zostało gorąco przyjęte przez poetów rówieśników i przez krytykę, o czym świadczą omówienia w prasie konspiracyjnej. Entuzjastyczną recenzję napisał Kazimierz Wyka w formie Listu do Jana Bugaja zamieszczonego w konspiracyjnym krakowskim "Miesięczniku Literackim". Pojedyncze wiersze Baczyńskiego ukazywały się też w różnych podziemnych gazetkach.

Jednym z pierwszych recenzentów poezji młodziutkiego Baczyńskiego był sławny pisarz Jarosław Iwaszkiewicz. Wspomina on w Dziennikach: "Pamiętam, jak czytał je u nas po raz pierwszy na Nowy Rok 1942, i kiedy spróbowałem mu zrobić parę uwag; jak się od razu postawił okoniem, jak bronił swoich poezji, jakbym ja je atakował z całą powagą. Bardzo mnie to rozśmieszyło, ale kiedy na wiosnę zamieszkał u nas na parę tygodni lecząc się na tę swoją astmę (Podkowa Leśna doskonale mu robiła na te ataki...), polubiłem go bardzo. (...) Wiersze jego nie wszystkie lubię, ale zadziwia mnie łatwość, z jaką je pisze, i jakie mnóstwo! Może trochę za dużo".

O swoim pobycie w rezydencji Iwaszkiewiczów w marcu 1942 roku Krzysztof Kamil pisał do matki: "Kiedy dopłynąłem do Stawiska (buty zdały dobrze swój egzamin), poszedłem do pana Jarosława na "pogaduszki". Potem o wpół do drugiej był obiad. (...) Obiad dobry, domowy, z czarną kawą. (...) Około szóstej, kiedy pan Jarosław zobaczył, że wyprawiłem się na spacer, przyfrunął ze szklaneczką (obacz: lampką wina ku pokrzepieniu)".

Młody, bardzo młody, bo zaledwie dwudziestojednoletni poeta w 1942 roku ożenił się z Barbarą Drapczyńską. Jarosław Iwaszkiewicz, który był na ich ślubie w kościele Świętej Trójcy, tak wspomina tę ceremonię w Dziennikach: "4 czerwca 1942. Wczoraj odbył się ślub Krzysztofa Baczyńskiego z Basią Drapczyńską. W kościele na Powiślu. Przywiozłem im olbrzymi bukiet bzów, które w tym roku wyjątkowo obficie kwitną na Stawisku. (...) Jak w zeszłym roku chrzciny, tak w tym roku śluby - szalona na to jest moda - i wszystkie albo prawie wszystkie przy mszy rzymskiej, co długo trwa, ale wygląda bardzo uroczyście. Baczyńscy przystępowali do komunii, oboje tacy drobni, malutcy, dziecinni, powiedziałem potem, że wyglądało to nie na ślub, a na pierwszą komunię. Krzysztof bardzo wzruszony".

Warto dodać, że przez mszę rzymską, o której pisze Iwaszkiewicz, rozumiano mszę zwaną dziś trydencką, która w dużym uproszczeniu polega na tym, że sprawowana jest w całości po łacinie, kapłan cały czas zwrócony jest w stronę ołtarza a tyłem do wiernych, oraz jest dłuższa z racji na różne dodatkowe elementy.

Byli może za młodzi na założenie rodziny, ale bardzo dojrzali emocjonalnie. Matka Krzysztofa nie akceptowała jednak decyzji syna, bo szczerze nie lubiła Basi. Młodzi jednak kochali się bardzo, nie skorzystali z rady Stefanii Baczyńskiej i rodziców Basi, aby poczekać ze ślubem do zakończenia wojny. Jakby przeczuwali, że wojny nie przeżyją, więc dlaczego czekać?

Początkowo małżonkowie mieszkali z matką Krzysztofa, ale to nie mogło trwać długo z powodu narastającego konfliktu między teściową a synową. Krzysztof znalazł się między młotem a kowadłem, bardzo kochał matkę, ale bardziej Basię. Doszło do tego, że Basia wyprowadziła się do rodziców. Nie chcąc rozbijać małżeństwa, Stefania Baczyńska przeniosła się w końcu do Anina pod Warszawą. Młodzi małżonkowie znów mogli być razem.

1 sierpnia 1944 roku Krzysztof przystąpił do powstania, które zastało go na placu Teatralnym. Bronił Ratusza. Został zastrzelony przez niemieckiego snajpera 4 sierpnia 1944 roku. Basia zmarła kilka dni później ranna w głowę. Była w ciąży. Umierając, nie wiedziała o śmierci Krzysztofa, trzymała w ręku tomik jego wierszy.

Krzysztof Kamil wyznawał żonie miłość w swojej poezji, poświęcając jej subtelne liryki, i recytował je w chwilach, kiedy wierzyli w swoją wspólną przyszłość:

Biała magia

Stojąc przed lustrem ciszy

Barbara z rękami u włosów

nalewa w szklane ciało

srebrne kropelki głosu.

I wtedy jak dzban - światłem

zapełnia się szkląca

przejmuje w siebie gwiazdy

i biały pył miesiąca.

Przez ciała drżący pryzmat

w muzyce białych iskier

łasice się prześlizną

jak snu puszyste listki.

Aż napełniona mlecznie,

w sen się powoli zapadnie,

a czas melodyjnie osiądzie

kaskadą blasku na dnie.

Więc ma Barbara srebrne

ciało. W nim pręży się miękko

biała łasica milczenia

pod niewidzialną ręką.

Małżonkowie Krzysztof i Barbara Baczyńscy mają wspólny grób w kwaterze powstańczej batalionu "Parasol" na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.

Pięć lat po śmierci Krzysztofa przyszli po niego ubecy, którzy wyłapywali byłych żołnierzy "Zośki" i "Parasola" jako "zdrajców narodu". Nie chcieli uwierzyć w jego śmierć, sądzili, że matka go ukrywa. Jakże historia się powtarza, dziesięć lat wcześniej okupanci niemieccy poszukiwali jego ojca. Podobieństwo zbrodniczego nazizmu i komunizmu jest przerażająco oczywiste.

Publikowane podczas nocy okupacyjnej wiersze Baczyńskiego to tylko maleńka cząstka tego, co stworzył, co po nim pozostało i ocalało, starannie zabezpieczone przez jego kochającą matkę. Po wojnie Stefania Baczyńska wydała poezje syna w 1947 roku pod tytułem Śpiew z pożogi ze wstępem Kazimierza Wyki. Później przez wiele lat był nieco zapomniany, odkryto go na nowo dopiero w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy ukazały się kolejne wydania jego wierszy. W niemałym stopniu do popularyzacji twórczości Baczyńskiego przyczyniła się Ewa Demarczyk swoją piosenką Wiersze wojenne, z muzyką Zygmunta Koniecznego. Wykonana premierowo na festiwalu w Sopocie w roku 1965 była kompilacją fragmentów trzech różnych wierszy poety.

Jan Niecisław Baudouin de Courtenay

Urodził się 13 marca 1845 roku w Radzyminie. Uczył się początkowo w rodzinnym mieście, gdzie ukończył szkołę średnią w 1862 roku, a następnie studiował w warszawskiej Szkole Głównej. W 1866 roku otrzymał stopień magistra nauk historyczno-filologicznych. Jako student napisał ciekawą broszurę wspomnieniową pod tytułem Rok 1863 a Szkoła Główna Warszawska, wydaną w Moskwie w 1916 roku.

W latach 1866-1868, otrzymawszy stypendium rosyjskiego ministerstwa oświaty, pogłębiał studia humanistyczne w Pradze, Jenie i Berlinie. Na uniwersytecie w Lipsku przedstawił rozprawę O języku staropolskim sprzed wieku XIV, za którą otrzymał doktorat z filozofii. O ironio, Polak pracę o języku staropolskim napisał w języku rosyjskim w Niemczech i wydał w Lipsku. Fachowcy ocenili tę pracę jako bardzo dojrzałą, cechującą się drobiazgową dokładnością i ścisłością.

Jeszcze w czasach studiów publikował wiele artykułów w czasopiśmie "Notatki Filologiczne" wydawanym w Woroneżu. W 1875 roku został profesorem Uniwersytetu Kazańskiego, a w 1883 roku - Dorpackiego, gdzie pełnił funkcję kierownika Katedry Gramatyki Porównawczej. W 1893 roku otrzymał zaproszenie objęcia katedry na Uniwersytecie Jagiellońskim. W Krakowie był jednym z głównych inicjatorów opracowania słownika staropolskiego i jednym z głównych jego autorów. Jednak z powodu swoich radykalnych poglądów społecznych, którym dawał wyraz w prasie krakowskiej, popadł w konflikt z tamtejszym środowiskiem ludzi wpływowych. Stanisław Głąbiński, późniejszy czołowy działacz endecki, nazwał go nawet wariatem. Kiedy skończył się jego kontrakt na wykłady na Uniwersytecie Jagiellońskim, władze nie przedłużyły z nim umowy. Poświęcił się więc językoznawstwu i opublikował wiele prac z tej dziedziny.

Po odejściu ze stanowiska w Krakowie wyjechał do Petersburga, gdzie prowadził wykłady do 1918 roku. W Rosji angażował się w działania na rzecz niepodległości Polski. Należał do zawiązanego w Petersburgu Koła Przyjaciół Niepodległości Polski, oczywiście tajnego.

Z chwilą odzyskania przez Polskę niepodległości udał się do Lublina i tam został jednym z pierwszych profesorów założonego w 1918 roku Uniwersytetu Lubelskiego, od 1928 roku Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Wykładał językoznawstwo porównawcze i indoeuropejskie. Wkrótce przeniósł się do Warszawy i objął Katedrę Językoznawstwa Porównawczego na Uniwersytecie Warszawskim.

Profesor był od 1887 roku członkiem Akademii Umiejętności w Krakowie, był też członkiem Petersburskiej Akademii Nauk i paru innych akademii europejskich.

W odrodzonej Polsce stał się też obrońcą praw mniejszości narodowych, zyskując ich ogromną sympatię i wdzięczność. Kiedy organizowano od podstaw oświatę w młodej Rzeczypospolitej, wysunął odważny postulat, aby we wszystkich szkołach żydowskich w Polsce wprowadzić naukę języka polskiego, a we wszystkich szkołach polskich - naukę jidysz. Oczywiście postulatu nie przyjęto, a jego autorowi prawica miała za złe krytykę antysemityzmu.

Profesor Witold Doroszewski (1899-1976), który dobrze znał Baudouina, tak go scharakteryzował: "...nieustannie czynny mimo już sędziwego wieku, na wykładach i ćwiczeniach uniwersyteckich urzekający bezpośredniością i żywością myśli, w wystąpieniach publicznych (do których czasem pchały go temperament i zadzierżystość, nawet ze szkodą dla jego pracy naukowej, a bez pożytku dla spraw innych, bo Baudouin nie był politycznym działaczem - realizatorem) bojowy, unoszący się, gwałtowny, w stosunkach natomiast osobistych z ludźmi ujmująco delikatny, dobry, wyrozumiały, życzliwy".

W pierwszych wyborach prezydenckich w 1922 roku zgłoszono kilku kandydatów z różnych partii politycznych. Mniejszości narodowe reprezentowane w parlamencie, zgłosiły kandydaturę profesora Jana Baudouina nie uzgadniając z nim tego. W ówczesnej sytuacji politycznej i układzie sił w parlamencie nie miał żadnych szans na wybór. Wprawdzie w pierwszej turze głosowania otrzymał 103 głosy elektorów, ale w drugiej tylko 10, a w trzeciej 5. Profesor jednak nie przejął się przegraną, bo nie zabiegał o wybór. Dla niego ważniejsza była praca naukowa.

W 1925 roku należał do założycieli Polskiego Towarzystwa Językoznawczego powstałego w Krakowie. Jednym z jego osiągnięć naukowych było rozgraniczenie pojęć statyki i dynamiki języka: statyka bada prawa równowagi języka, a dynamika jego historyczne przemiany. Dokonał też rozróżnienia między językiem jako zbiorem słów i zasad gramatycznych a językiem jako mówieniem. Jako pierwszy wprowadził pojęcie fonemu - najmniejszej jednostki mowy rozpoznawanej przez użytkowników języka. W kwestii pochodzenia języka Baudouin sformułował tezę o wielości jego początków, czyli poligenezę. Języki narodowe i plemienne powstały przez mieszanie się, a to jest wynikiem historycznego pomieszania samych plemion, czyli są to zmiany o podłożu etnicznym.

W kwestiach polityczno-społecznych uczony występował zawsze w obronie uciśnionych. Państwo traktował jako organizację, której obowiązkiem jest zaspokajać wszystkie potrzeby materialne obywateli bez względu na narodowość, rasę, poglądy polityczne i wyznania. Opowiadał się za powszechną tolerancją oraz za całkowitym oddzieleniem Kościoła od państwa. A zapytany kiedyś, jakiego jest wyznania, odpowiedział: "swojego własnego".

Był też nieprzejednanym pacyfistą, potępiał przemoc w stosunkach międzynarodowych i wszelkie wojny, które niosą niepotrzebny rozlew krwi i krzywdę maluczkich.

Jan Baudouin de Courtenay był dwukrotnie żonaty, jego pierwszą żoną była Cezaria z Pryfków (1841-1878), która zmarła w bardzo młodym wieku. Drugą, od 1882 roku, była Romualda z Bagnickich (1857-1935), wykształcona w Petersburgu lekarka i historyczka specjalizująca się w dziejach stosunków polsko-rosyjskich. Napisała wiele artykułów i recenzji do czasopism historycznych. Z drugiego małżeństwa przyszło na świat pięcioro dzieci: cztery córki - Cezaria, Zofia, Ewelina i Maria oraz syn Świętosław. Wszyscy oni mieli wielki wkład w rozwój polskiej nauki, sztuki i dyplomacji, a największą sławę zdobyły Cezaria i Zofia.

Profesor był poliglotą (w tym znawcą, miłośnikiem i propagatorem języka esperanto stworzonego przez Ludwika Zamenhofa) i publikował swoje prace w wielu językach: polskim, rosyjskim, czeskim, słoweńskim, włoskim, francuskim i niemieckim. Oto wybrane jego dzieła spośród ponad trzystu napisanych i wydanych: Opyt fonetyki riazjanskich goworow; O ogólnych przyczynach zmian językowych; Próba teorii alternacji fonetycznych; Kaszubskij "jazyk", kaszubskij narod i "kaszubskij vopros"; Myśli nieoportunistyczne; Szkice językoznawcze; Krzewiciele zdziczenia; Jeden z objawów moralności oportunistyczno-prawomyślnej; O języku pomocniczym międzynarodowym; Zarys historii językoznawstwa, czyli lingwistyki (glottologii); Charakterystyka psychologiczna języka polskiego; Zarys historii języka polskiego; Spostrzeżenia nad językiem dziecka.

W latach 1974-1990 Państwowe Wydawnictwo Naukowe wydało Dzieła wybrane Jana Baudouina w sześciu tomach. Profesor uważany jest za jednego z najwybitniejszych językoznawców w skali światowej.

Jan Niecisław Baudouin de Courtenay zmarł 3 listopada 1929 roku w Warszawie i został pochowany na cmentarzu ewangelicko-reformowanym w Warszawie, ponieważ dwa lata przed śmiercią ogłosił swoje wystąpienie z Kościoła rzymskokatolickiego. Miał 84 lata.

* * *

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji