Wybierz mnie w te święta - Joanna Mordak

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Vivian

Nienawidzę zimy.

Nienawidzę grudnia. Nienawidzę świąt. I - owszem - nienawidzę Granta Robertsona, który wręczył mi dzisiaj wypowiedzenie. Przebrzydła, szowinistyczna świnia. Wiecie, co chcę powiedzieć o tym dniu, prawda? Owszem. Jego też nienawidzę.

Drzwi zamykają się za mną, a ja biorę pierwszy wdech po opuszczeniu murów Empire Insurance Company - firmy, w której pracowałam od czasu przyjazdu do Nowego Jorku. Firmy, której poświęciłam ostatnie siedem lat swojego życia.

Całe to siedzenie po godzinach, przeglądanie w nieskończoność tych samych raportów i poprawianie cudzych błędów - i wszystko po to, by dostać wypowiedzenie w ciasnym gabinecie obok kserokopiarki.

Niech to szlag.

Nigdy nie pozwalałam sobie na słabość, ale trudno zignorować fakt, że właśnie straciłam jedyną stałą, wokół której budowałam dotychczasowe życie. To nie była kwestia emocji, tylko organizacji. Prostego układu, który aż do dzisiaj działał bez zarzutu i który nagle przestał obowiązywać, bez żadnego dodatkowego komunikatu.

Ostatnie spojrzenie w stronę dwudziestego siódmego piętra wystarczy, by uznać, że nie mam tam już czego szukać. Zaklinanie rzeczywistości albo próba kontaktu z HR-em i tak niczego nie zmienią. Zostałam zwolniona, a na moje miejsce przesunięto człowieka, którego praca od miesięcy ciągle wymagała korekty. Mojej korekty.

To tylko kolejny dowód na to, że kompetencje nie zawsze mają cokolwiek wspólnego z decyzjami.

Nie tracąc więcej czasu, robię krok w stronę ulicy. Zawsze wydawało mi się, że w takim dniu jak ten będę trzymać w dłoniach ciężkie kartonowe pudło, tymczasem w gabinecie nie znalazłam zupełnie niczego, co uznałabym za warte zabrania. Ani jednej ramki ze zdjęciem czy nawet ulubionego kubka. Wszystko, co przez lata stanowiło moją biurową codzienność, zostało na górze.

Wciskam więc lewą dłoń w kieszeń, po czym drugą poprawiam gruby płaszcz. Robię to bardziej z odruchu niż potrzeby, bo zimno i tak znajduje drogę wszędzie tam, gdzie nie powinno. Brakuje tylko, by zaczął padać śnieg i zasypał ulice białą breją.

Idąc w kierunku metra, pokonuję kolejne skrzyżowanie, a w głowie powoli układa mi się plan: wrócę do mieszkania, zamknę drzwi i nie wyjdę aż do pierwszej rozmowy o pracę. Żadna inna siła nie sprawi, że choćby wyściubię nos poza miejsce, w którym jest naprawdę ciepło.

W branży ubezpieczeniowej nazywamy to redukcją ryzyka - zmniejszamy margines niepewności, niwelujemy zmienne i sprowadzamy wszystko do jednego, kontrolowanego scenariusza. Przynajmniej w teorii. W praktyce każdy system ma lukę, której nie da się zidentyfikować na zapas.

I - jak to w życiu bywa - ja również jej doświadczam. Tyle że moja luka ma metr osiemdziesiąt sześć, nosi szary dres i spogląda na mnie zza czarnych oprawek okularów.

Pierwsze spotkanie decyduje o wszystkim.

Jeśli chcesz, by Vivian i Matthew poznali się przy dźwiękach All I Want For Christmas Is You - kontynuuj czytanie ?.

Jeśli wolisz, by towarzyszyły temu... przepisy przeciwpożarowe - przejdź do rozdziału trzeciego ?.

Rozdział 2

Vivian

Jeśli masz fatalny dzień i wydaje ci się, że gorzej już być nie może, to niestety mam złe wieści: może. Zawsze może. Na przykład wtedy, gdy wrócisz do domu i okaże się, że sąsiad wypełnia klatkę schodową świątecznymi przebojami, których puszczanie poza dwudziestym piątym grudnia (i to także w ostateczności) powinno być zakazane.

Możesz wtedy albo spróbować to zignorować, albo wyraźnie zaznaczyć swoje niezadowolenie. Co prawda ryzykujesz, że wyjdziesz na marudnego dziwaka, ale kto by się tym przejmował, gdy w grę wchodzi święty spokój.

Zaciskam dłonie w pięści i powtarzam sobie, że zaraz się to skończy. Przecież bożonarodzeniowych piosenek nie ma aż tak dużo, prawda?

Na moje nieszczęście porzucam tę nadzieję niecałą minutę później. Rockin' Around the Christmas Tree wdziera się nieproszone do mieszkania, a ja po raz pierwszy żałuję, że kupiłam apartament z tak małą liczbą ścian.

- Spokojnie. Tylko spokojnie. - Cały ten dzień nie potrzebuje jeszcze jednego punktu kulminacyjnego.

Powietrze dociera do moich płuc wolniej, niż powinno, kiedy szukam dla siebie miejsca. Próbuję skupić się na ekspresie do kawy, po czym upijam łyk gorącego napoju.

Wreszcie wokół zapada cisza - krótka przerwa, która sprawia, że naprawdę zaczynam wierzyć, że to już koniec.

I właśnie wtedy, kiedy pozwalam sobie odetchnąć, zza ściany wybrzmiewa All I Want For Christmas Is You. I to znacznie głośniej niż wszystkie wcześniejsze piosenki, co doprowadza mnie do granic wytrzymałości.

Z hukiem odstawiam kubek, a kilka kropel kawy wylewa się na blat.

- Nie no, tego już za wiele.

Nie zastanawiam się długo i chwilę później jestem na korytarzu. Wystarczy kilka szybkich kroków, żebym znalazła się pod drzwiami sąsiada.

Pukam, czekając, aż ktoś otworzy, ale nic takiego się nie dzieje. Ogłuszająca muzyka wypełnia całą klatkę schodową i naprawdę się dziwię, że nikomu innemu to nie przeszkadza. Przecież nie żyjemy w dziczy, na litość boską. Powinny panować tu jakieś zasady.

Kolejny raz uderzam pięścią, wyraźnie już wkurzona, i obiecuję sobie, że jeśli w ciągu dziesięciu sekund nikt mi nie otworzy, zadzwonię na policję. Ta myśl daje mi coś na kształt kontroli, choć znika dokładnie w chwili, gdy za drzwiami słyszę nagły ruch, a klamka w końcu się porusza.

Sekundę później w progu staje mężczyzna.

Jest tak wysoki, jakby ktoś zaprojektował go specjalnie po to, by tłumił blask kolorowych lampek sączący się z wnętrza apartamentu. Przypatruję mu się przez chwilę, szukając znajomych cech, ale żadnej nie dostrzegam.

Chociaż mieszkam tu już dwa lata, nigdy nie przywiązywałam wagi do tego, z kim dzielę piętro. Wydawało mi się jednak, że sąsiad spod trzydziestki sprawiał wrażenie bardziej eleganckiego i uporządkowanego. Tymczasem stojący przede mną mężczyzna ma na sobie nisko opuszczone szare spodnie dresowe, świąteczny sweter i przekrzywione oprawki okularów.

- Hej - wita się, jakbyśmy byli starymi znajomymi.

Gdyby to do mnie ktoś się tak dobijał, z pewnością nie byłabym zachwycona. On natomiast wygląda na kogoś, kto nie ma z tym najmniejszego problemu. Aż emanuje energią, którą trudno mi określić.

Widzę, że chce powiedzieć coś jeszcze, dlatego ubiegam go, z trudem się powstrzymując, by nie zatkać uszu.

- Możesz to ściszyć? - Nie przejmuję się tym, co wypada, a co nie.

W odpowiedzi opiera prawe ramię o futrynę. Jest tak swobodny i wyluzowany, że aż mnie tym denerwuje. Zwłaszcza wtedy, kiedy jego wzrok przesuwa się po mnie powoli, bez pośpiechu i żadnej potrzeby, żeby udawać, że wcale nie robi tego celowo.

- Mogę - odpowiada głosem znacznie bardziej ochrypłym, niż mogłabym się po nim spodziewać. - Ale wtedy stracisz najlepszy moment.

- Zaryzykuję.

Jego niewielki uśmiech nie ma nic wspólnego z przepraszającym gestem, a bardziej z rozbawieniem. To wręcz niewiarygodne.

- Słuchaj... Terroryzujesz cały korytarz swoim świątecznym jazgotem, a chyba obowiązują tu jakieś zasady dotyczące elementarnego poszanowania ciszy, czy może się mylę? Bo jeśli jednak mam rację, to ktoś powinien ci je w końcu przypomnieć. - Spokój, z którym zaczynałam rozmowę, ostatecznie wyparowuje. - Więc albo to ściszysz, albo znajdź sobie inną przestrzeń, w której będziesz robił, co chcesz, bo naprawdę nie mam dziś siły udawać, że coś takiego da się ignorować.

W powietrzu wisi napięcie mogące w każdej chwili przerodzić się w ostrą wymianę zdań. I kiedy już myślę, że się posprzeczamy, on nagle prostuje plecy i przybiera nieco poważniejszą minę.

- Przepraszam. - Głos mu łagodnieje. - Nie wiedziałem, że jest aż tak głośno.

Jasne.

Na moment znika, zostawiając mnie samą przed drzwiami, a nieznośne dźwięki wreszcie cichną. Spokój, nienaturalnie przyjemny, rozlewa się po klatce.

Nie mam nic więcej do powiedzenia, dlatego odwracam się i zmierzam do siebie. Nim jednak zdążę pokonać połowę drogi, zatrzymuję się w pół kroku. Intuicyjnie czuję, że powinnam się odwrócić, a gdy to robię, zauważam, że brunet zdążył już wrócić i teraz przypatruje mi się uważnie.

Wykorzystuję to, by zadać ostatnie pytanie, jakie mam zamiar kiedykolwiek do niego skierować.

- Na pewno tu mieszkasz? - Mogę się założyć o wszystkie oszczędności, że nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy. - Nie przypominam sobie...

Jedna, niemal niewidoczna zmiana w jego postawie wystarcza, by napięcie między nami przybrało bardziej namacalny kształt. Nie jest to nic spektakularnego, raczej drobne przesunięcie ciężaru, proporcjonalne do wydłużającej się ciszy.

Wreszcie facet odchrząkuje.

- Tak. - Kaszle zmieszany. - Pilnuję mieszkania przyjaciela. Wyjechał na parę miesięcy.

Pewnie dlatego go nie kojarzę.

- Świetnie. To może postarasz się przez ten czas nie być taki...

- Głośny? - podsuwa, a dołeczek w jego policzku się pogłębia.

Ponownie tego popołudnia krzyżuję ręce na piersi, co jest cholernie niewygodne w koszuli przylegającej do ciała. Nie mam jednak innego wyboru, jeśli chcę pokazać swoje niezadowolenie.

- Ujęłabym to mniej dyplomatycznie, ale tak.

- Oczywiście.

Prawdopodobnie właśnie się ze mnie naśmiewa, ale nie dbam o to. Kolejny raz staję plecami do niego i ruszam w swoją stronę. Nie wydaje mi się, by ta rozmowa wymagała specjalnego pożegnania ani tym bardziej jakiejkolwiek kontynuacji.

Najwyraźniej jednak on ma na ten temat zupełnie inne zdanie.

- Wszystko okej? - pyta niespodziewanie i wychodzi na klatkę schodową.

Słyszę, jak stawia dwa kroki, po czym zatrzymuje się w bezpiecznej odległości. Spoglądam na niego. W porównaniu do eleganckiego, niemal sterylnego korytarza wygląda tak, jakby przeniósł się tu z zupełnie innej rzeczywistości.

- Miałaś zły dzień?

- A czy wyglądam na kogoś, kto ma świetny humor i postanawia spędzić popołudnie, kłócąc się z sąsiadem?

Naprawdę nie trzeba być jasnowidzem, by domyślić się odpowiedzi.

- Nie wiem. Może to twój sposób na relaks.

- A twój to denerwowanie obcych?

Wcale nie chcę być niemiła, przysięgam. Po prostu zmęczenie, frustracja i wszystko, co do tej pory próbowałam ignorować, znajduje ujście w tej absurdalnej sytuacji. Kimkolwiek jest, jedyne, co można mu zarzucić, to naprawdę fatalne wyczucie czasu. I jeszcze gorszy gust muzyczny.

W żaden sposób nie komentuje mojej drobnej uszczypliwości. Zamiast tego podchodzi bliżej, nie przejmując się, że nie ma na sobie ani butów, ani nawet skarpetek.

- Jestem Matt. A dokładniej Matthew Chandler.

Prycham, nieprzyzwyczajona, że ktoś tak po prostu próbuje się ze mną zapoznać.

- Nie pytałam.

- Wiem, ale skoro już przyszłaś się pokłócić, to pomyślałem, że wypada chociaż się przedstawić.

Cholera.

Czuję się źle z tym, że tak na niego naskoczyłam. Owszem, może nie jestem z natury przyjazna i z całą pewnością nie stanowię wzoru uprzejmego obchodzenia się z ludźmi, ale on wcale nie zasłużył, by spotkać dziś tę najgorszą wersję mnie. Tym bardziej że sam zachowuje się zupełnie inaczej.

- Nie przyszłam się kłócić - oznajmiam.

- Szkoda. Myślę, że akurat to mogłoby być naprawdę interesujące.

- Wierz mi, nie chciałbyś tego doświadczyć.

W odpowiedzi cmoka językiem o podniebienie, wyraźnie zadowolony.

- Coś mi się zdaje, że jeszcze znajdę powód, żebyś znowu do mnie zapukała. Oczywiście niecelowo. - Natychmiast unosi dłonie w obronnym geście. - Obiecuję, że postaram się być przykładnym sąsiadem.

Oczywiście.

Najwyższa pora zakończyć tę pogawędkę. To i tak najdłuższa rozmowa od miesięcy, jaką odbyłam poza pracą. Nie licząc spotkań z Thomasem.

Wskazuję na mieszkanie za sobą, tym samym dając znać, że na mnie pora. Matthew podchodzi bliżej, zupełnie nie zawracając sobie głowy szybkim pożegnaniem.

- Więc jak? - Ponownie mnie zatrzymuje. - Beznadziejny poniedziałek?

Rzadko spotyka się człowieka, który pyta o samopoczucie i brzmi przy tym naprawdę szczerze. Jemu się to właśnie udało. Zaciekawia mnie tym, ale wciąż nie na tyle, bym zwierzała się ze swoich problemów obcemu facetowi.

- Można tak powiedzieć - mówię tylko.

- W takim razie mam propozycję nie do odrzucenia. - Robi kolejny krok. - Co ty na to, żeby spróbować niezawodnego zestawu ratunkowego? Nic tak nie poprawia nastroju, jak domowe pierniczki. Właśnie upiekłem całą blachę, są jeszcze ciepłe, gdybyś chciała.

Mrużę oczy, zaskoczona tym wyznaniem. Próbuję je jakoś dopasować do obrazu, który stworzyłam w głowie na jego temat, i niechętnie przyznaję, że powinnam się była tego spodziewać. Całe te bożonarodzeniowe piosenki, choinkowe światełka, pierniczki... Nie mogliśmy się bardziej od siebie różnić.

Wyraźnie czeka na odpowiedź, mając nadzieję, że mnie przekonał. To wręcz niebywałe, że ze wszystkich potencjalnych sąsiadów musiał mi się trafić miłośnik świątecznej atmosfery.

- Nie, dzięki. - Rozczarowuję go. - Wolę dzisiaj pobyć sama. - Podobnie jak przez pozostałe trzysta sześćdziesiąt cztery dni w roku.

Wcale nie kryje się z tym, że liczył na coś innego. To niebywałe. Ledwo się poznaliśmy, a ja już potrafię czytać z niego jak z otwartej księgi.

- W porządku. Gdybyś zmieniła zdanie, to wiesz...

- Jasne.

Ja nie zmieniam raz podjętych decyzji, ale on nie musi o tym wiedzieć. I tak nie będziemy utrzymywać zażyłych kontaktów sąsiedzkich. Chyba że faktycznie znajdzie kolejny powód, bym zwróciła mu uwagę.

Oboje wiemy, że nasza rozmowa właśnie dobiegła końca. On jeszcze stoi w miejscu, ale ja już robię krok wstecz. Nim ostatecznie zaszyję się w mieszkaniu, rzucam niespodziewanie:

- Dobranoc.

Uśmiecha się na to jedno słowo z wyraźnym ciepłem w oczach. Pasuje mu to.

- Do zobaczenia, tajemnicza sąsiadko.

Przejdź do rozdziału czwartego ?, by sprawdzić, co wydarzy się dalej.

Rozdział 3

Matthew

Kocham zimę.

Nie ma nic cudowniejszego niż moment, w którym świat na chwilę zwalnia i nawet najbardziej powściągliwi ludzie pozwalają sobie na odrobinę miękkości.

Odkąd pamiętam, babcia zawsze powtarza, że koniec roku jest od tego, by przestać walczyć z problemami, które i tak muszą się rozwiązać. W końcu podobnie jak przyroda niedługo zacznie się odradzać, tak i człowiek odzyska przejrzystość myśli.

Owszem, Edna Chandler bardzo lubiła wygłaszać podobne filozoficzne rozważania. Zwłaszcza po imbirowej nalewce swojego syna.

Uśmiecham się pod nosem i wracam do poręczy, by poprawić zawieszoną na niej girlandę. Od blisko godziny dekoruję piętro budynku, w którym od jakiegoś czasu pomieszkuję. Kilka pojedynczych ozdób już znalazło swoje miejsce i świetnie przełamuje surowe wnętrze, dodając mu świątecznej magii. Naprawdę nie wiem, jak wcześniej tu sobie bez niej radzili.

Jestem gdzieś w połowie, kiedy słyszę dźwięk rozsuwanych drzwi windy, a następnie kroki. Szybkie, konkretne - jak gdyby ktoś taranował sobie drogę pełną przeszkód.

Odwracam głowę, by przywitać się z sąsiadem, i wtedy ją widzę.

Vivian.

Niestety ani ja, ani Logan, którego mieszkania pilnuję, nie poznaliśmy jej nazwiska. Przyjaciel zawsze określa ją jako zdystansowaną kobietę - królową lodu - która zapewne nawet nie wie o jego istnieniu. Dla mnie ona jest jednak kimś, kto nie rozdaje ciepła byle komu.

Spojrzenie jej błękitnych oczu zatrzymuje się na dekoracjach. Ocenia je, mrużąc oczy, i zapewne liczy, ile dostała nowych powodów, żeby stracić resztki cierpliwości. A nawet ja wiedziałem, że nie ma jej zbyt wiele.

Kiedy wreszcie przenosi wzrok na mnie, mam pewność, że i teraz mnie nie rozpoznała. Podobnie jak za każdym razem, gdy mijaliśmy się przez ostatnie trzy tygodnie.

- Co to ma być? - pyta bez wstępu.

Ton głosu ma zmęczony, podszyty frustracją.

- Dekoracje. - Notuję w pamięci, że po raz pierwszy to ona zaczęła rozmowę.

- Na klatce schodowej?

Lustruje ozdobny wianek zawieszony na moich drzwiach, a prychnięcie, którym wypełnia przestrzeń, wcale nie jest przyjacielskie. Mimo to sprawia, że sam wyginam kącik ust.

- Nie uważasz, że to przesada?

- Być może. Przekonamy się, kiedy wreszcie skończę. - Na potwierdzenie unoszę ozdobę trzymaną w dłoni.

Tyle wystarcza, by pokręciła głową z wyraźnym oburzeniem.

- Och, a więc jesteś jednym z nich, tak?

- To znaczy?

- No jednym z tych uroczych optymistów, którzy myślą, że zarażą cały świat miłością do tej sztucznej otoczki świąt. Przykro mi, że cię rozczaruję, ale nie każdy się na to nabiera.

Uśmiecham się szeroko, jak idiota, bo nazwała mnie uroczym.

Przysięgam, to głupie, ale w jej ustach to jedno słowo brzmi zupełnie inaczej. Nie potrafię tego wyjaśnić ani tym bardziej nazwać, jednak doskonale to czuję. Nawet może aż za wyraźnie.

Przyglądam się jej. Zdążyła już rozpiąć gruby czarny płaszcz, bez którego nie wychodzi na zewnątrz. Policzki wciąż ma zarumienione od zimna, a blond włosy ukryte pod czapką. Podobnie jak szyję, owiniętą mięsistym szalikiem. Nietrudno się domyślić, że nie pała sympatią do najpiękniejszej pory roku.

- Zdejmij wszystko - rozkazuje i zaplata ręce pod biustem. - Zdajesz sobie w ogóle sprawę, że to niezgodne z przepisami przeciwpożarowymi?

- Serio?

- Materiały łatwopalne na drodze ewakuacyjnej, ograniczenie szerokości przejścia - recytuje z pamięci. - Instalacja elektryczna o charakterze prowizorycznym, elementy mogące utrudnić dostęp do poręczy...

Podchodzę odrobinę bliżej, słuchając coraz to nowszych zasad, które nieświadomie złamałem.

- Och, czyli jesteś jedną z nich? - Zatrzymuję się pięć kroków od kobiety i używam tych samych słów co ona. Różnica między nami polega na tym, że ona nie zamierza zapytać, co dokładnie mam na myśli. - Wiesz, osób, które czytają wszystkie regulaminy. Nawet te przy zakupach online, zanim klikną, że je akceptują.

Po cichu liczyłem, że ją tym rozbawię. Chciałbym się przekonać, jak wygląda jej uśmiech - czy unosi oba kąciki ust, czy może tylko jeden? Czy ma dołeczki w policzkach? Albo czy uśmiecha się szeroko, czy może bardziej nieśmiało? Trudno mi to sobie wyobrazić, gdy nieustannie trafiam na grymas niezadowolenia lub obojętności.

Tak jak w tej chwili.

Przewraca oczami, a ja w mig decyduję, że to one są najbardziej problematyczną - i zarazem najpiękniejszą - częścią jej twarzy. Błękitne, przypominające niebo i zbyt spokojne jak na kogoś, kto nie ma zamiaru nikogo do siebie dopuścić.

- Widzę, że twój humor idealnie pasuje do dekoracji.

- To komplement?

- Nie.

Parskam, słysząc, jak szybko odpowiedziała.

- Szkoda.

Nie wiem dlaczego, ale jestem niemal pewny, że gdyby tylko pozwoliła sobie na mały żart, świetnie byśmy się razem bawili.

Wykorzystuję naszą rozmowę i przysuwam się jeszcze odrobinę. Wciąż stoi niedaleko windy, za to ja przystaję przy schodach. Świadomie przeciągam ten moment o kilka dodatkowych sekund, które spędzimy na korytarzu, zupełnie jakby mogło to coś zmienić. Zredukować dystans, który normalnie nas dzieli, do czegoś, co przestaje być wyłącznie kwestią przypadku. W końcu widuję ją częściej, niż mógłbym przyznać, i zdecydowanie częściej, niż ona widzi mnie.

Teraz także skupia się na dekoracji.

- Wygląda to naprawdę źle. - Ma na myśli zawieszoną nad nami ogromną materiałową wstęgę.

- Auć. Zadałaś mi cios prosto w serce.

Nawet nie zauważa, jak teatralnie przykładam dłoń do piersi.

- Po co te czerwone kokardy? I te całe stroiki?

- Bo czerwony to kolor świąt.

- I tandety.

Gdybym mógł przyznać komuś order Grincha roku, powędrowałby on właśnie do Vivian.

- Powiedziałbym, że raczej miłości - mówię spokojnie, choć w środku już układam trzy inne wersje tego zdania.

Bardzo możliwe, że odrobinę się przy niej denerwuję i nie ma to nic wspólnego z jej szorstkością.

Ostatnie słowo przykuwa jej uwagę na tyle, by na mnie spojrzała. Stoimy tak blisko siebie, że bez trudu wychwytuję ułamek sekundy, w którym wykrzywia twarz w grymasie.

- Dajesz mi kolejny powód, żeby zgłosić to do administracji.

Z trudem zaciskam wargi, by się nie roześmiać. Czyli do niechęci wobec świąt mogę dodać awersję związkową. Gdybym w ogóle liczył, że mam u niej jakieś szanse, pomyślałbym, że nie wróży to najlepiej.

- Rozumiem.

- I?

- Najwyraźniej ktoś musi się poświęcić, by inni mogli wracać do domu z uśmiechem na twarzy.

Z pewnością będzie to prostsze zadanie niż rozbawienie zdystansowanej sąsiadki.

Wygląda tak poważnie, jakby sama przedstawiona przeze mnie koncepcja stanowiła niepotrzebną stratę energii. Nawet ruch, który wykonuje, pozostaje oszczędny i precyzyjny.

- Nie zauważyłam, by ktokolwiek się tu uśmiechał. - Wskazuje na samą siebie.

- Ale myślę, że zaraz się to zmieni. Zobacz tylko...

- Posłuchaj - wchodzi mi w słowo. - Naprawdę nie chcę robić nikomu problemów. Mam na głowie ważniejsze rzeczy niż... to. Ale zasady to zasady, po coś zostały ustalone, a ty zaakceptowałeś je, gdy się tutaj wprowadzałeś. W swoim mieszkaniu możesz wieszać, co tylko zechcesz. Na przykład ta gwiazda... - Podchodzi do ozdoby zawieszonej pod drugą lampą. - Przyczep ją sobie nad łóżkiem. A te światełka - wskazuje w kierunku okna - jeśli chcesz, możesz mieć je nawet pod prysznicem. Twoja sprawa. Ale nie powinny zaśmiecać wspólnej przestrzeni.

Wow. Nie mam pojęcia, kim jest z zawodu, ale świetnie sprawdziłaby się w roli prokuratorki. Albo od razu sędzi. Z jej podejściem nawet manekin na świątecznej witrynie sklepowej musiałby mieć adwokata.

- Dobrze nam idą te negocjacje. Zaczęliśmy od "zdejmij wszystko", a skończyliśmy na planowaniu, co zrobimy u mnie.

- To nie są żarty. - Oczywiście. - Każdy, kto stwarza zagrożenie w miejscu publicznym, musi liczyć się z konsekwencjami - wypowiada to z taką powagą, że mam ochotę sprawdzić, czy przypadkiem nie stoję przed sądem.

- Okej, zanotowałem. Czyli, podsumowując, mamy już "miejsce publiczne", "zagrożenie", a wcześniej też zasady przeciwpożarowe. Myślę, że do kompletu brakuje tylko mandatu.

Jeśli to jej nie rozbawi...

- Możemy to zmienić, jeśli chcesz.

Każdy inny człowiek przynajmniej parsknąłby z grzeczności, ale nie ona. Vivian nawet nie próbuje udawać, że ma dzisiaj dobry nastrój.

Wytrzymuję panującą między nami ciszę. Pozwalam, by stłamsiła nieco emocje, po czym - w końcu - dochodzę do wniosku, że skoro i tak kompromituję się przed nią od kilku minut, mogę równie dobrze robić to oficjalnie.

- Jestem Matt - wypalam niespodziewanie. - Matthew Chandler. Wiesz, żebyś miała pewność, komu powinni go wlepić.

Czekam, aż sama też się przedstawi, ale nic takiego się nie dzieje. Wciąż stoi wyprostowana, niczym jedna z figur oglądanych w muzeach.

Nie zamierzam naciskać. Zresztą nie jestem przekonany, czy w ogóle zdaje sobie sprawę, że i tak znam jej imię. Sama nigdy go nie zdradziła, ale gdy mieszka się w jednym bloku, trudno o zachowanie pełnej anonimowości.

- Pilnuję mieszkania przyjaciela. - Może im więcej o sobie powiem, tym ona poczuje się pewniej? - Wyjechał na jakiś czas.

Nic to nie daje. Kiedy staje się jasne, że dystans to jedyne, co zamierza mi zaoferować, wreszcie mówię coś, od czego powinienem zacząć całą naszą rozmowę.

- Dostałem zgodę od administracji.

- Słucham?

- Dostałem zgodę - powtarzam dla zasady. - Zgłosiłem, że chciałbym udekorować blok, i zarządca się zgodził. Powinienem powiedzieć o tym od razu, ale spodobało mi się to, z jaką zaciętością walczyłaś o swoje. Także... przepraszam. Nie chciałem cię ani zdenerwować, ani urazić tymi dekoracjami.

- Chyba sobie żartujesz. - Trudno stwierdzić, czy jest zła, czy to jej naturalna reakcja.

Z ciebie nigdy, ale z tobą próbuję nieustannie, myślę, ale zamiast się do tego przyznać, po prostu zaprzeczam.

- Nie.

- Cholera jasna.

W spojrzeniu, którym mnie obdarza, jest pełna świadomość, że od dziesięciu minut marnuję jej czas. A ja, zamiast czuć się winny, nawet nie udaję, że żałuję. Za bardzo podoba mi się to, że wreszcie zwróciła na mnie uwagę. Jest to nawet warte potencjalnej śmierci, bo im dłużej kręci głową, tym większą zyskuję pewność, że planuje moje morderstwo.

Dopiero po chwili otwiera usta, gotowa powiedzieć coś ostrego, ale nagle się powstrzymuje. Wypuszcza powietrze przez nos i - ku mojemu zaskoczeniu - nie stawia kolejnej granicy.

- Punkt dla ciebie - rzuca, a ja przez chwilę nie dowierzam w to, co usłyszałem.

Ostatnie trzy słowa są najbliższe swobodnego, wyluzowanego tonu, jakim kiedykolwiek mnie obdarzyła. Całkowicie zaskoczony, odnotowuję w pamięci małe zwycięstwo i liczę, że niedługo je powtórzę.

Jasna cholera, teraz mam wreszcie na to szansę, prawda?

W odpowiedzi uśmiecham się szeroko, by wiedziała, jak bardzo mi się to spodobało. I co z tego, że z pewnością niczego się nie domyśli?

- Czy w takim razie zdradzisz mi teraz swoje imię? - Idę na całość, grając w grę, o której ona nie ma pojęcia.

Według niej jesteśmy sobie całkowicie obcy.

I kiedy wreszcie mam nadzieję, że się to zmieni, że może następnym razem nie tylko mnie rozpozna, lecz także chwilę ze mną porozmawia, Vivian - jak zwykle - studzi mój zapał.

Nie potrzebuje nawet sekundy, by rozważyć odpowiedź.

- Nie.

Rozdział 4

Vivian

Niech żyje Uber Eats.

Dostawca co prawda zostawił zakupy w lobby, więc musiałam po nie zjechać, ale to wciąż lepsze niż wychodzenie na zewnątrz w taką pogodę.

Mamy dopiero drugi grudnia, a ja - jak co roku - dochodzę do wniosku, że powinnam mieszkać gdzieś, gdzie temperatura nigdy nie spada poniżej dwudziestu stopni. Skoro i tak zostałam bez pracy, może to wcale nie jest taki głupi pomysł? Przecież właśnie o tym marzyłam jako mała dziewczynka.

Opieram papierową torbę o nogę i sięgam do panelu windy. Drzwi ledwie ruszają, kiedy przez hol niesie się znajomy głos, a chwilę później zauważam przy recepcji ruch.

- Przytrzymaj, proszę! - krzyczy mężczyzna.

No jasne. Wszechświat nie mógłby mi tego oszczędzić.

Niezauważalnie przewracam oczami i udaję, że nie słyszę. Liczę na chwilę spokoju, ale Matthew rzuca się biegiem w kierunku windy i w ostatniej chwili wsuwa rękę między drzwi. Wpada do środka razem z podmuchem lodowatego powietrza, a płatki śniegu topnieją na jego czarnych sportowych legginsach.

Chryste, czy on naprawdę urządza sobie treningi w taką pogodę?

- Hej - wita się, na co odpowiadam skinieniem głowy.

Trzyma kubek z kawą i tyle wystarczy, bym zatęskniła za swoimi dawnymi porankami. Zaciągam się więc dyskretnie, czekając na aromat świeżo zmielonych ziaren, ale zamiast tego dostaję coś słodkiego. Jakby karmel? To kolejny dowód na to, że nasza dwójka nie mogłaby się bardziej różnić.

- Dzięki wielkie, że je przytrzymałaś. - Dobrze wie, że nie ruszałam się ani o milimetr, a i tak uśmiecha się z wdzię­cznością.

Oczywiście, że ze wszystkich mieszkańców musiałam wpaść akurat na niego. I oczywiście, że musi być miły aż do przesady. Mężczyźni naprawdę nie mają wyczucia.

- Co słychać?

Wzruszam ramionami i raz jeszcze naciskam przycisk, bo winda wciąż stoi na parterze.

Doskonale wiem, że powinnam być milsza. Wypominam to sobie, ale za każdym razem, gdy w przeszłości się starałam, wychodziło odwrotnie. W pewnym momencie po prostu zaakceptowałam fakt, że ludzie łatwiej mnie tolerują, kiedy trzymam ich na dystans.

- Wszystko w porządku?

- Chyba powinnam cię przeprosić - rzucam niespodziewanie.

Opiera biodro o poręcz i wbija uważne spojrzenie w moją twarz.

- Za co?

- Za wczoraj. Mogłam być nieco nieuprzejma - odpowiadam, po czym zapada cisza.

Niczym jej nie wypełnia; czeka, aż dodam coś więcej, ale ja tylko stoję wyprostowana, z uniesioną głową i wzrokiem utkwionym we wreszcie zmieniającym się numerze piętra.

- No więc...

- Powiedziałam, że powinnam. Nie, że to zrobię.

Kątem oka rejestruję moment, w którym wybucha gromkim śmiechem. Odrzuca głowę do tyłu i mocniej zaciska palce na papierowym kubku, który właśnie drży w jego dłoni. W przeciwieństwie do wszystkich innych, zupełnie nie przeszkadza mu sposób, w jaki go traktuję.

- Punkt dla ciebie. - Brzmi, jakbyśmy grali w jakąś grę.

Mam ochotę ponownie przewrócić oczami, lecz dokładnie w tej samej chwili windą gwałtownie szarpie. Kabina staje z ostrym zgrzytem i słychać wyłącznie stuk mechanizmu nad nami.

- Nie - wyduszam, wiedząc, co to oznacza. - Nie ma mowy...

Z całej siły wciskam przycisk otwierania drzwi, ale nie reaguje. Zresztą jak każdy inny.

Czuję, jak robi mi się duszno, i po raz pierwszy od lat posyłam jakiemukolwiek mężczyźnie spanikowane spojrzenie. Matthew natychmiast je przechwytuje, po czym próbuje wezwać pomoc.

W końcu z niewielkiego głośnika wydobywa się szum. Całkowicie zniekształca głos pracownika ochrony, który odebrał nasz alarm i który - mam nadzieję - zaraz wyciągnie nas z tej metalowej puszki. W przeciwnym razie naprawdę przestanę odpowiadać za swoje czyny.

- Dobra wiadomość jest taka - odzywa się po chwili sąsiad - że raczej nie spadniemy.

- Raczej?

- Za to zła, że jeśli posiedzimy tu jakieś dwadzieścia minut, z nudów zacznę śpiewać świąteczne piosenki.

Natychmiast mierzę go ostrzegawczym wzrokiem, zdając sobie sprawę, że się ze mnie nabija. Zanim zdążę ugryźć się w język, wypalam na jednym wydechu:

- Jeśli spróbujesz, sama poproszę, aby odłączyli prąd w całym budynku. Nawet jeśli oznacza to dla nas natychmiastową śmierć.

Nie ma najmniejszych szans, bym to zniosła. Tak samo jak jego uśmiechu - najszerszego, jaki kiedykolwiek widziałam u faceta.

- Nie martw się, na pewno za chwilę ktoś nas stąd wyciągnie.

- I to ma mnie uspokoić?

- Wątpię. Ale przynajmniej mamy coś do jedzenia, jeśli zgłodniejemy.

Chyba sobie żartuje.

Odwracam się do niego plecami i próbuję ignorować, że z każdą chwilą robi się tu coraz cieplej i ciaśniej. Matthew jednak wygląda absurdalnie swobodnie. Siada na ziemi, upija łyk kawy i jakimś cholernym cudem wyciąga jedną mandarynkę z kieszeni sportowych spodenek.

- Chcesz?

- A jak myślisz?

Zastanawia się przez chwilę, choć nietrudno rozgryźć, jak bardzo jestem zdenerwowana całą tą sytuacją. Nie dość, że tu utknęliśmy, to jeszcze on rozmawia ze mną tak swobodnie, jakby nie zauważał, że od dawna nie umiem być blisko ludzi.

- Myślę, że wyglądasz, jakbyś miała ochotę kogoś zamordować. - Podrzuca owoc, a ten spada mu na kolana.

- Może dlatego, że mam.

- A czy jestem wysoko na tej liście?

- Jeśli zaraz stąd nie wyjdziemy, możesz być na niej jedyną osobą.

- Zawsze miło czuć się wyjątkowym, dzięki.

Dobry Boże.

Przysięgam, że po raz trzeci w ciągu paru minut mam ochotę przewrócić oczami. Nie ukrywam tego, a on bez trudu odczytuje mój grymas. Śmieje się i odrzuca głowę do tyłu w całkowicie naturalnym geście.

Dziwnie mnie to irytuje.

- Czy mógłbyś... - Nie kończę, bo celuje we mnie cytrusem. Łapię go odruchowo i przyciskam do piersi, całkowicie zaskoczona. - Co ty...

- Próbuję zwiększyć swoje szanse na przeżycie. Głodni ludzie zawsze są agresywniejsi.

Kolejny raz żartuje, jakby świat nie był niczym więcej niż serią łatwych rozmów i przypadkowych spotkań. Po prostu jest tu i teraz. A to wydaje mi się czymś, czego nie da się nauczyć, jeśli już raz się o tym zapomniało.

Zbywam ten komentarz i jednocześnie odrzucam owoc. Spoglądam na telefon i natychmiast zauważam, że nie łapie choćby jednej kreski. Jakby to w ogóle miało jakieś znaczenie, myślę. Nawet nie wiem, do kogo mogłabym zadzwonić - mieszkam tutaj od kilku lat, a mimo to nie poznałam nikogo na tyle dobrze, by mieć jego numer.

- Masz zasięg? - pytam.

Matthew, w przeciwieństwie do mnie, na pewno zna większość sąsiadów.

Sprawdza pospiesznie, po czym ze zrezygnowaniem kręci głową.

Fantastycznie.

Przez następne pięć minut żadne z nas się nie odzywa. Ja wciąż krążę od ściany do ściany, za to on siedzi bez ruchu i jedynie mnie obserwuje. W pewnej chwili mam ochotę poprosić, by skupił się na czymkolwiek innym, ale gryzę się w język. Ostatnie, czego teraz potrzebujemy, to kłótnia.

- Słuchaj... - odzywa się, a ja przystaję na moment. - Skoro najwyraźniej spędzimy razem trochę czasu, może zdradzisz mi swoje imię?

Nieprzyjemne napięcie zaciska się gdzieś pod żebrami. Milczę, gotowa zbyć go kolejnym wymijającym komentarzem, bo od dawna wszystko, co osobiste, zachowuję dla siebie. Nauczyłam się tego jakiś czas temu, lecz teraz sama muszę przyznać, że dalsze unikanie odpowiedzi zaczęłoby się ocierać o absurd.

Przesuwam więc językiem po wewnętrznej stronie policzka i przeciągam tę chwilę jeszcze o parę sekund, aż wreszcie kapituluję.

- Vivian. Vivian Bennett - dodaję, przyzwyczajona do oficjalnego zwrotu.

- Vivian... - powtarza.

Smakuję brzmienie tego słowa.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ktoś nazwał mnie w ten sposób. Od dawna każdy zwraca się do mnie wyłącznie "panno Bennett", zachowując służbowe stosunki. Doszło do tego, że czasami wręcz zapominam, że poza nazwiskiem mam jeszcze imię.

Matthew jednak wygląda na kogoś, kto będzie używał go przy każdej możliwej okazji.

- Wiesz, że to znaczy "pełna życia"?

Kręcę głową, zrezygnowana, bo nie mógł się bardziej pomylić. To zdecydowanie ostatnie określenie, jakie do mnie pasuje.

- Znasz znaczenie wszystkich przypadkowych imion?

- To akurat nie jest przypadkowe.

Potrzeba dopytania niespodziewanie rodzi się w moim wnętrzu. Skutecznie ją ignoruję i spycham w ciemne zakamarki niezaspokojonej ciekawości.

Wciąż nad nim stoję, a spojrzenie jego brązowych oczu omiata moje ciało.

- Pasuje do ciebie. - Nie daje za wygraną.

- Mam inne zdanie na ten temat.

- Och, oczywiście, że tak. Nie zmienia to jednak faktu, że to ja mam rację. Wiesz, ile trzeba mieć w sobie energii, żeby przewracać oczami z taką zaciętością co ty?

Ledwo powstrzymuję się przed wykonaniem wspomnianego ruchu.

- Myślę, że nie więcej niż ktoś, kto uczynił z bycia nieznośnie pogodnym cechę charakteru.

Przez krótką chwilę rozważam, czy istnieje sposób, by udusić człowieka samym spojrzeniem, a po jego minie wnioskuję, że nie byłabym pierwszą osobą, która próbowała tego dokonać.

Cudownie. Może przynajmniej mi by się udało?

Wzdycham ciężko, odrzucam te myśli, opieram plecy o ścianę i zsuwam się na podłogę. Ignoruję to, że długie nogi mężczyzny niemal przecinają windę na pół, i ostatecznie udaje mi się usiąść kilka centymetrów od jego butów.

- Ależ postęp. Jeszcze chwila i naprawdę zaczniemy śpiewać te świąteczne piosenki razem.

Dam sobie rękę uciąć, że nie ma za grosz instynktu samozachowawczego. To wręcz niebywałe, z jaką łatwością przychodzi mu droczenie się ze mną.

Gdybyśmy teraz zginęli, jestem przekonana, że właśnie z takim wyrazem twarzy znaleźliby go ratownicy.

- Naprawdę aż tak nie lubisz świąt? - pyta.

Czy to nie jest oczywiste?

- Tak - odpowiadam.

- Mogę spytać dlaczego?

- Możesz.

- Ale i tak nie odpowiesz, co?

Nie muszę go dobrze znać, by wiedzieć, że jest jednym z tych ludzi, którzy mają w sobie duże pokłady ciepła, łagodności i irytującego spokoju. Zwłaszcza to ostatnie sprawia, że ktoś taki jak ja zaczyna czuć się przy nim jeszcze bardziej spięty niż zazwyczaj.

Nie wiem, czy to zauważa, czy po prostu z typowym dla siebie uporem ignoruje wszystkie sygnały ostrzegawcze. Niezależnie od tego zachowuje się tak samo - jakby moje milczenie nie było murem, tylko kolejnym elementem rozmowy, który należy odhaczyć. A wszystko po to, by w końcu zadać najbardziej absurdalne pytanie na świecie.

- W porządku, w takim razie może to ja będę mówił za nas dwoje?

Jezu.

Parsknięcie niemal wyrywa mi się z gardła. Niemal, bo w ostatniej chwili udaje mi się je zdusić.

Czy on w ogóle zdaje sobie sprawę, że biorąc pod uwagę liczbę wypowiedzianych przez niego słów, trudno uznać to za znaczącą zmianę?

- Mam rozumieć, że do tej pory było inaczej? - Wyginam obie brwi, nie siląc się nawet na ukrycie sarkazmu.

Bez zastanowienia podnosi wolną dłoń, na znak, że jest niewinny.

- Na swoją obronę mam to, Vivian, że jesteś naprawdę wymagającą publicznością.

Nie wiem, ile czasu minęło od ostatniego razu, kiedy wypowiedział moje imię, ale zdecydowanie zbyt mało.

Każda wymiana zdań między nami zaczyna przypominać grę, której zasad nigdy nie ustalaliśmy. Ja wykonuję ruch, Matthew odpowiada swoim. I jakimś cudem zawsze wychodzi na prowadzenie, bo nim się zorientuję, słucham, jak opowiada o wszystkim, czego od lat staram się unikać.

- Pewnie będzie to dla ciebie ogromne zaskoczenie, ale w przeciwieństwie do niektórych tu obecnych naprawdę lubię święta. W ogóle całą zimę. Uważam, że to najlepsza pora roku, i nie wiem, co by się musiało zdarzyć, żebym zmienił zdanie.

Pod tym względem dzieli nas prawdziwa przepaść. Niektórzy - tak jak on - wierzą, że grudzień to czas cudów, ja natomiast nauczyłam się, że to raczej czas rozczarowań.

- Może wynika to z tego, że tam, gdzie się wychowywałem, wyglądało to trochę inaczej - kontynuuje. - Wszyscy się znali, więc człowiek miał wrażenie, że tak naprawdę świętuje z połową miasteczka. W domu zawsze było tłoczno, gwarno i dużo się działo. Uwielbiałem to jako dzieciak.

Opowiada o dzieciństwie z taką łatwością, jakby wspomnienia mu nie ciążyły, a jedynie go ogrzewały. Nawet wtedy, kiedy przechodzi do studiów i pierwszych miesięcy w Nowym Jorku, który - jak sądził - miał go pozbawić tego świątecznego entuzjazmu. Najwyraźniej zupełnie bezskutecznie.

Nim zdąży skończyć kolejne zdanie, podsuwa mi połowę owocu, który jeszcze chwilę temu zajmował jego ręce. Mrugam zaskoczona, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje.

- Chcesz? - pyta jak o najbardziej naturalną rzecz na świecie.

Przypatruję się zawieszonej w powietrzu dłoni z dziwną ostrożnością i dopiero po kilku sekundach unoszę własną.

- Dzięki.

Matthew wrzuca owoc do ust, a ja obracam swoją połówkę między palcami i przyglądam się jej w skupieniu. Nie pamiętam, kiedy ktoś obrał dla mnie mandarynkę. Nie wiem nawet, czy kiedykolwiek ktoś to zrobił.

To drobiazg, powtarzam w myślach. Nic szczególnego. A mimo wszystko to wystarczyło, bym uświadomiła sobie, jak bardzo odzwyczaiłam się od podobnych gestów.

Matthew nawet na moment nie traci wątku, snując kolejne opowieści. Jedna historia prowadzi do następnej, a każda z nich zdaje się przychodzić mu równie łatwo co oddech.

Kręcę głową, gdy na moment milknie i upija łyk pewnie już zimnej kawy.

- Zawsze taki jesteś? - Tym razem to ja zadaję pytanie.

- Jaki?

- Jakby nic cię nie stresowało. - To nie przytyk, choć prawdopodobnie tak to odbierze. - Utknęliśmy w zamknięciu, a ty, zamiast się tym przejąć, po prostu siedzisz i opowiadasz mi o swoim życiu. Zupełnie obcej kobiecie. - Chyba właśnie to jest dla mnie najbardziej zaskakujące.

- Przynajmniej odwróciłem twoją uwagę - stwierdza i nieznacznie wzrusza ramionami. - Minęło już ponad dwadzieścia minut, a nawet tego nie zauważyłaś.

Że co?

Natychmiast spoglądam na zegarek i orientuję się, że ma rację.

- Widzisz? Cała przyjemność po mojej stronie.

Otwieram usta, by odpowiedzieć, że wcale nie musiał się tak mną przejmować, ale wtedy z góry dobiega nas cichy trzask. Winda wydaje z siebie kolejny metaliczny dźwięk, podobny do tego, który rozbrzmiał na moment przed zatrzymaniem między piętrami.

- Słyszałeś? - Trudno mi ukryć emocje.

Rozglądam się dookoła i szukam oznak, czy serwis w końcu zaczął pracę, czy może wręcz przeciwnie i zaraz z hukiem spadniemy z wysokości kilku pięter. Jeśli wziąć pod uwagę moje dotychczasowe szczęście, wszystko jest możliwe.

Mężczyzna także odrywa ode mnie spojrzenie, po czym przenosi je na panel sterowania. Dopiero przecinający powietrze dźwięk interkomu sprawia, że oddychamy z ulgą.

- Proszę odsunąć się od drzwi - rozkazuje ktoś.

Z nadzieją spoglądam na swojego sąsiada, który prostuje się z wyraźnym ociąganiem.

- Uratowani - mówi.

I ku mojemu zaskoczeniu brzmi odrobinę tak, jakby było mu szkoda.

Natychmiast podnoszę się z podłogi - a raczej próbuję, bo od siedzenia w niewygodnej pozycji nogi odmawiają współpracy. Klnę cicho. W przeciwieństwie do Matthew, najwyraźniej potrzebuję nieco więcej czasu.

- Uważaj - odzywa się z rozbawieniem i zanim zdążę zaprotestować, wyciąga w moją stronę rękę.

Patrzę na nią, upierając się w myślach, że poradzę sobie sama.

To kłamstwo trwa mniej więcej dwie sekundy, po czym z irytującą niechęcią chwytam pomocną dłoń. Mój sąsiad ma ciepłe palce oraz zaskakująco delikatny uścisk.

Pociąga mnie ku górze, a ja odpycham się od ziemi i w końcu odzyskuję równowagę. Niestety w tym samym momencie łokciem zahaczam o kubek trzymany przez niego w drugiej ręce. Plastikowe wieczko spada, a ciemny słodkawy napój rozlewa się na koszulkę mężczyzny.

O cholera...

Zamieram na ułamek sekundy, licząc, że cofnę czas. Jestem zawieszona między "to nie moja wina" a "to zdecydowanie moja wina", kiedy Matthew spogląda mi prosto w oczy, mrużąc powieki.

- Vivian... - robi krótką, spokojną pauzę. - Mam wrażenie, że naprawdę przejawiasz wobec mnie przemocowe tendencje. Czy powinienem zacząć się bać?

Rozdział 5

Matthew

Gdyby ktoś mi powiedział, że będę siedział nad odpowiedzią dla dziewczyny, która od doby analizuje znaczenie losowych emotikonów wysłanych przez chłopaka, który jej się podoba, uznałbym to za całkowicie normalne. Gdyby jednak ta sama osoba stwierdziła, że utknę w windzie z najbardziej ponurą kobietą, jaką miałem szczęście poznać, i zacznę jej się zwierzać, wziąłbym ją za wariata.

Dzięki Bogu życie bywa cholernie przewrotne.

Sięgam po ołówek, który wcześniej umieściłem za uchem, i obracam go w palcach, po raz setny zastanawiając się, czy nie przesadziłem. Chciałem sprawić, by Vivian nie spanikowała, ale może faktycznie mówiłem zbyt wiele? I zbyt szczerze? Wątpię, by kiedykolwiek jakiś obcy facet aż tak się przed nią otworzył.

Ta myśl zostaje ze mną chwilę dłużej, niż powinna. Wciąż patrzę w ekran laptopa, ale zamiast niego widzę tylko urywek chłodnego spojrzenia blondynki. Jest uporczywe i zbyt wyraźne, jakby wcale nie chciało zniknąć z tyłu głowy.

Ostatecznie musi ustąpić miejsca dzwonkowi do drzwi, wyrywającemu mnie z krótkiego rozproszenia.

Spoglądam za siebie, świadomy, że nie czekam na żadnego gościa. Mimo to od razu wstaję, przepełniony irracjonalną nadzieją co do tego, kogo mogę zastać po drugiej stronie.

Nawet nie patrzę przez wizjer - po prostu przekręcam zamek, po czym otwieram drzwi i w tej samej sekundzie moje serce omija jedno uderzenie.

Vivian stoi przede mną - na wyciągnięcie dłoni - i zniecierpliwiona unosi rękę. Kiedy nasze spojrzenia się krzyżują, odchrząkuje dwukrotnie i nieznacznie się wycofuje, by zwiększyć dystans.

Na ten widok uśmiech sam pojawia się na mojej twarzy.

- Hej - odzywam się jako pierwszy i pilnuję, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo się cieszę. - Dobrze cię widzieć.

Cholera, ile wytrzymałem? Pół sekundy?

Nie odzywa się przez chwilę, najwyraźniej analizując swoje opcje. Już to, że w ogóle do mnie przyszła, wydaje się kompletnie nie w jej stylu.

- To nie jest wizyta towarzyska - mówi wreszcie z pełną powagą.

Nie daje mi szansy, bym na to odpowiedział. Zamiast tego wyciąga niewielką reklamówkę i bez słowa pokazuje, bym ją przejął. Tak też robię, całkowicie zaskoczony.

Przez krótką chwilę jestem przekonany, że jest w niej butelka wina, ale gdy tylko wyjmuję białe opakowanie, odkrywam, że to...

Odplamiacz?

Co jest, do cholery?

Posyłam kobiecie pytające spojrzenie, ale ta nie zawraca sobie głowy odpowiedzią. Wskazuje jedynie, że w środku czeka coś jeszcze, i przysięgam, że zaczyna mnie to przerażać.

Niepewny, ponownie zaglądam do reklamówki, a mój wzrok pada na małą kartkę, złożoną na pół.

- Co to? - pytam, zanim ją wyjmę.

- Instrukcja.

- Używania odplamiacza? - żartuję, ale gdy tylko potwierdza, niemal parskam. - Vivian, mam dwadzieścia siedem lat...

- Gratuluję. A ja niedługo dwadzieścia dziewięć i jakoś się tym nie chwalę.

Wreszcie wybucham śmiechem. Choćbym długo myślał, nie znalazłbym prezentu bardziej w jej stylu niż to. Cały ten pakiet - o ile można go tak nazwać - aż krzyczy: "Vivian".

- Nie rozumiem, co w tym zabawnego. - Marszczy nos, a krystalicznie niebieskie oczy przeszywają mnie z niewiarygodną intensywnością.

- Kupiłaś mi odplamiacz. I dołączyłaś własnoręcznie napisaną instrukcję użytkowania. - To cholernie ważny szczegół.

- Założyłam, że istnieje szansa, że coś pójdzie nie tak. Jeśli plama nadal nie zejdzie, po prostu zwrócę ci za koszulkę.

Nie do końca wiem, jak na to zareagować. Niczego od niej nie oczekuję - w końcu to był wypadek. Założyłem, że oboje o tym zapomnimy od razu po wyjściu z windy.

Mógłbym teraz o tym wspomnieć, ale z pewnością ma przygotowaną jakąś odpowiedź. Zamiast tego po prostu dziękuję, chowam prezent do torebki i nieznacznie odsuwam się w progu.

- Wejdziesz?

Wygląda dokładnie tak, jak się spodziewałem. Zerka na korytarz prowadzący do salonu, potem na mnie, a następnie znowu na korytarz. Daję jej mniej więcej trzy sekundy, nim odmówi.

- Obiecuję, że nie zaatakuje cię żaden święty mikołaj. - Co najwyżej parę dekoracji i jedna jemioła na wejściu.

Nie zwraca na nią uwagi, zbyt skupiona na rozważaniu propozycji. Wreszcie - nieco ociężale - kiwa głową.

- W porządku. Ale tylko na pięć minut.

Dobry Boże.

Tyle wystarczy, by moje serce wykonało wyjątkowo żałosny fikołek.

Nie wiem, co jest ze mną nie tak. Zgodziła się wejść na chwilę, a ja zachowuję się jak facet, któremu właśnie udało się umówić na randkę z kobietą zdecydowanie spoza jego ligi.

Po części to prawda. Vivian nigdy nie spojrzy na mnie jak na kogoś, z kim mogłoby łączyć ją cokolwiek poza relacjami sąsiedzkimi. Nigdy nie byłoby mnie stać na kupno apartamentu w Nowym Jorku ani nawet na część markowych ubrań, w których ją widuję. Jestem tego boleśnie świadomy.

Skupiam się jednak na tym, że po raz kolejny mamy okazję spędzić trochę czasu razem. Przepuszczam ją w progu i dopiero gdy wejdzie do środka, pozwalam sobie na przelotny uśmiech. Nie dostrzega go, bo rozgląda się po wnętrzu.

- Kłamałeś. - Od razu przystępuje do ataku. - Czuję się jak w samym środku wioski Mikołaja. Trzymasz tu gdzieś renifery?

- Jeszcze nie zdążyły przyjść w paczce z Laponii. Najwyraźniej kurier był zbyt zajęty ekspresową dostawą odplamiacza.

Zostawia to bez odpowiedzi. Przenosi uwagę na stojącą w rogu niemal dwumetrową żywą choinkę i natychmiast krzywi się na jej widok. Większość ludzi wzięłaby to za naturalny wyraz jej twarzy, ale nie ja. W głębi duszy wiem, że jest zdolna do uśmiechu, tylko potrzebuje więcej czasu.

Zamierzam nam go dać, dlatego zaparzam kawę. To tylko marna wymówka, by Vivian nie wyszła po minucie lub dwóch.

Jestem do niej tyłem, ale słyszę, jak stawia kolejne kroki. Gdy tylko się odwracam, zauważam, że przeszła przez niemal całe pomieszczenie. Stoi teraz przy stole, a konkretnie przy laptopie, który zostawiłem otwarty.

- Robisz listę niegrzecznych dziewczyn, którym wręczysz rózgę, czy może jesteś zwykłym oszustem matrymonialnym? - pyta z pełną powagą.

Zatrzymuję się po drugiej stronie mebla.

- Słucham?

- Czy którakolwiek z tych kobiet wie, że nie jest jedyna? Wszystkie zaczynają zwierzenia od "Drogi Matcie...". Nawet nie zamierzam czytać dalej, bo boję się, co mogą tam opisywać.

Wreszcie dociera do mnie, co ma na myśli.

Trudno mi utrzymać nieruchomo kąciki ust wyrywające się ku górze. Przysięgam, że z przyjemnością bym się roześmiał, ale wiem, że jeśli to zrobię, Vivian od razu wyjdzie.

Zbliżam się więc do niej na bezpieczną odległość i pochylam nad laptopem. Na ekranie nadal widnieje moja skrzynka mailowa z paroma otwartymi wiadomościami. Wszystkie zawierają tematy w stylu: "Czy on mnie kocha?", "Powinnam dać mu drugą szansę?" i "Czy trzy dni bez wiadomości to zły znak?".

- Pracuję dla portalu lifestyle'owego - wyjaśniam. - Prowadzę rubrykę z poradami dotyczącymi związków. Każdy może napisać pytanie, niektórzy czytelnicy wysyłają je przez formularz na stronie albo bezpośrednio na skrzynkę redakcji. Opisują swoje przypadki i proszą o opinię.

Nie reaguje na to tłumaczenie. Przez ułamek sekundy przesuwa tylko po mnie spojrzeniem, jakby próbowała przesądzić, czy robię sobie z niej żarty.

Dodaję więc, by wypełnić ciszę:

- Potem wybieramy kilka najciekawszych listów i publikujemy je na stronie, gdzie w konkretnych wątkach mogą komentować je wszyscy zarejestrowani użytkownicy. Dzięki temu nie tylko pojawia się więcej porad, lecz także budujemy wokół siebie społeczność.

- Chcesz powiedzieć, że obce kobiety wysyłają wam maile o swoich prawdziwych problemach miłosnych?

- Mniej więcej. Faceci też do nas piszą.

- I jak dużo takich wiadomości dostajesz?

- Nie wiem, pewnie z kilkadziesiąt tygodniowo. Może bliżej setki.

- Chryste. - To najbardziej emocjonalna reakcja, jakiej mogłem się spodziewać. - Społeczeństwo zdecydowanie nie powinno mieć dostępu do internetu.

Potrząsam głową i walczę z potrzebą okrążenia stołu. Nagle wydaje się przesadnie szeroki.

- Powiem to przełożonym, z pewnością będą zachwyceni.

Wreszcie stawiam na blacie dwie filiżanki, które przez cały czas trzymałem w dłoni. Z jednej z nich wylało się kilka kropel kawy, dlatego zatrzymuję ją dla siebie.

- Jest w ogóle choć jedna kobieta w promieniu pięciu kilometrów, której nie udzieliłeś jeszcze żadnej porady? - Wskazuje palcem na ekran laptopa.

Choć powinienem ugryźć się w język, nie robię tego.

- Jedna - odpowiadam, a fala gorąca rozlewa się po mojej piersi. - Ale jeśli poprosisz, z przyjemnością to zmienię.

Powiedziałem to. Naprawdę to powiedziałem.

Jezu drogi.

Mam nadzieję, że nie spytałaby mnie o jakiegoś faceta, bo moja jedyna rada dla niej brzmiałaby: "Umów się na kawę z sąsiadem".

W reakcji na moje słowa jej oczy natychmiast wędrują ku sufitowi. Doskonale znam ten wyraz twarzy będący mieszanką politowania i irytacji.

Nie odpowiada na zaczepkę, bo nigdy nie marnuje słów, jeśli wierzy, że samo spojrzenie wystarczy. I właśnie nim mnie teraz obdarza - jest chłodne, ostre, jakby już w pierwszej sekundzie rozebrała propozycję na części pierwsze i uznała ją za całkowicie pozbawioną sensu. Powinienem poczuć się tym zniechęcony, ale zamiast tego wpadam na pewien pomysł.

Byłaby fenomenalna w udzielaniu miłosnych porad.

Mówię poważnie. Czytałem dzisiaj wiadomość od dziewczyny, której chłopak nie odpisuje od trzech dni, i zastanawiałem się, czy może tamten przechodzi trudny okres. Vivian natomiast od razu spytałaby autorkę wpisu, czy próbowała znaleźć sobie faceta, który potrafi korzystać z telefonu.

Gdybyśmy połączyli siły, stanowilibyśmy duet idealny.

Romantyk i sceptyczka.

Nadzieja i trzeźwe spojrzenie na świat.

Miłość i... no cóż, ona.

Prezesi nie musieliby mnie już strofować, bym był nieco bardziej przyziemny w swoich odpowiedziach.

Nim zdążę wymyślić tysiąc argumentów za tym, że to głupie, okrążam biurko. Stoimy teraz ramię w ramię - a przynajmniej do momentu, aż się pochylę i znajdę maila, o którym myślę.

- Przeczytaj, proszę - mówię, gdy wyświetla się historia przesłana przez Natalie.

Vivian natychmiast marszczy brwi, wyraźnie zbita z tropu. Idę o zakład, że gdyby teraz otworzyła usta, usłyszałbym: "Co ty właśnie powiedziałeś?".

Jeszcze raz proszę więc o to samo, aż w końcu się poddaje i nachyla do ekranu.

- Drogi Matcie... - Ledwo zaczyna, a znów ten pełen politowania grymas pojawia się na jej twarzy. - Miesiąc temu poznałam świetnego faceta, z którym natychmiast zaklikało. Od tamtego czasu codziennie ze sobą rozmawialiśmy, bla bla bla... Nie odpisał mi od trzech dni. Jak myślisz, co to oznacza? - kończy wreszcie, omijając znaczną część historii. Nie musi się nawet zastanawiać, nim rzuci odpowiedź: - Że nie odpisał od trzech dni.

Śmieję się, gdy słyszę powagę w jej głosie. Wiem, że nie żartuje - dla niej wiele sytuacji jest zero-jedynkowych.

- To nie jest odpowiedź.

- Oczywiście, że jest. Dokładnie o to zapytała.

Przestrzeń między nami zmniejsza się jeszcze odrobinę. Nim zdążę coś zrobić, Vivian już stawia krok do tyłu. I tak dobrze, że nie uciekła, prawda?

Odwracam się do niej, zaplatając ręce na wysokości klatki piersiowej.

- A gdybyś miała jej coś poradzić?

- Nie wiem, może niech spróbuje znaleźć sobie faceta, który potrafi obsługiwać telefon? - odpowiada natychmiast. - Po co temu komórka, skoro nie może wysłać głupiej wiadomości "Pogadamy później, nie martw się", czy cokolwiek się tam pisze w takich sytuacjach.

A nie mówiłem?

Jest idealna.

Gdyby tylko się zgodziła, nie dość, że pomogłaby mi w pracy, to jeszcze moglibyśmy spędzić razem więcej czasu. A raczej - wreszcie zacząć go razem spędzać.

- Wiesz, Vivian... Myślę, że wymyśliłem znacznie lepszy sposób, żebyś mogła wynagrodzić mi tę poplamioną koszulkę. - Uwielbiam to, że oficjalnie znam jej imię.

Obserwuje mnie uważnie, gotowa na każdą ewentualność. Na jej miejscu zacząłbym podejrzewać coś związanego ze świętami.

- Powinnaś pomagać mi w odpisywaniu na maile - mówię zamiast tego.

I choć spodziewam się gwałtownej reakcji, w mieszkaniu panuje całkowita cisza. Gdybym miał ją odmierzać oddechami, złamałaby się gdzieś przy drugim.

- Nie ma nawet takiej opcji.

- Byłabyś świetna. - Próbuję ją przekonać. - Masz całkowicie inne spojrzenie niż wszyscy, których znam. Inne ode mnie.

- Nie będę brała udziału w tych desperackich bzdurach.

Cholera.

Cztery dni temu nawet mnie nie kojarzyła, a dzisiaj siedzi w moim mieszkaniu i na głos przyznaje, że praca, w której się spełniam, jest zbiorem desperackich bredni. Postęp w naszej relacji jest zaskakujący. I najwyraźniej pędzimy jak szaleni.

Oby nie w stronę katastrofy.

- I wciąż uważam, że pytanie obcego człowieka o radę nie ma sensu - dopowiada.

- Nie zgodzę się. Czasami łatwiej powiedzieć coś obcemu niż komuś, kogo to dotyczy.

Widzę, jak przez moment analizuje tę odpowiedź. Nie wygląda na przekonaną - właściwie przypomina kogoś, kto od lat sam rozwiązuje wszystkie swoje problemy i tego samego oczekuje od innych.

- A czasami - kontynuuję - ludzie po prostu potrzebują usłyszeć, że nie zwariowali.

- Lepiej zajęliby się czymś produktywnym.

Oczywiście, że klasyfikuje ludzkie emocje jako błąd systemu, który powinno się dać naprawić jednym chłodnym zdaniem. Bez analizowania, bez sentymentów.

Przyjmuję to kiwnięciem głowy, ale i tak się nie poddaję. Ciągnę temat, wchodząc przy tym na wyżyny swoich umiejętności. Obiecuję nawet, że jeśli pierwszy dzień naszej współpracy jej się nie spodoba, odpuszczę temat i więcej do niego nie wrócę.

- To jak? - pytam po kilku minutach monologu. - Zgoda?

Skupia całą swoją uwagę na kubku z chłodną już kawą. Widzę, jak walczy ze sobą, by znaleźć kolejny argument, który pozwoliłby jej odmówić.

Ostatecznie wzdycha, a po chwili niechętnie przytakuje. Widząc to, czuję się tak, jakbym wygrał los na loterii. A może nawet i lepiej, bo jeśli moje życie ma dalej wyglądać w ten sposób - z Vivian przebywającą w moim salonie i krytykującą całą ideę romantycznych relacji - nie mam nic przeciwko.

Dalsza część w wersji pełnej