Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie - Federico Moccia

Reflow text when sidebars are open.
Noc. Zaczarowana noc. Bolesna noc. Szalona noc, magiczna i zwariowana. I jeszcze ciągle noc. Noc, zupełnie jakby miała trwać w nieskończoność. Noc, która jednak czasami kończy się zbyt szybko.
A to moje przyjaciółki, kurczę... Zajebiste. Są zajebiste. Tak samo zajebiste jak Fale. Które gnają przed siebie. Problemy zaczną się wtedy, gdy jedna z nas zakocha się w jakimś facecie tak na serio. - Ej, poczekajcie, zostałam jeszcze ja! - Niki przygląda się każdej z osobna. Są na via dei Giuochi Istmici. Mają minibrykę Aixam, z otwartymi na oścież drzwiami, muzyka gra na cały regulator, a one paradują, jakby były na wybiegu, bawią się w pokaz mody. - No rusz się, dawaj! - Olly chodzi, jakby jej odbiło, tam i z powrotem wzdłuż ulicy. Muzyka podkręcona na maksa, a ona ma na sobie okulary podobne do gogli. Wygląda niczym Paris Hilton. Jakiś pies ujada w oddali. Zjawia się Erica, wielka animatorka. Bierze cztery butelki corony. Przystawia szyjki z kapslami do krawędzi barierki, zadaje kilka celnych ciosów i kapsle odskakują jeden po drugim. Z małego plecaka wyciąga cytrynę i kroi ją na ćwiartki.
- Ej, Erica, a ten nóż, jak cię złapią, czy nie ma aby zbyt długiego ostrza?...
Niki się śmieje i jej pomaga. Sięga i umieszcza po kawałku cytryny w szyjce każdej butelki i brzdęk! wznoszą toast, stukając się ochoczo coronami, i unoszą piwo do góry. Po chwili uśmiechają się do siebie, prawie zamykają przy tym oczy, rozmarzone. Niki pierwsza wypija do dna. Bierze głęboki oddech i usiłuje oprzytomnieć. Mam zajebiste przyjaciółki, myśli i obciera sobie usta. Cudownie jest móc na nich polegać. Oblizuje językiem ostatnią kroplę corony.
- Dziewczyny, jesteście prześliczne... Wiecie co? Brakuje mi miłości.
- Chyba masz na myśli rżnięcie.
- Ale walnęłaś - wtrąca się Diletta. - Powiedziała, że brakuje jej miłości.
- Właśnie, miłości - podchwytuje Niki - tej cudownej tajemnicy, o której ty nie masz zielonego pojęcia...
Olly wzrusza ramionami.
Tak, myśli Niki. Brakuje mi miłości. Ale mam siedemnaście lat, w maju skończę osiemnaście. Jeszcze zdążę... - Poczekajcie, poczekajcie, teraz ja wychodzę na wybieg, co...
I Niki rusza przed siebie po tym dziwnym ni to wybiegu, ni to chodniku, mijając swoje przyjaciółki, które gwiżdżą i zanoszą się śmiechem, rozbawione widokiem tej niezwykłej, wspaniałej, białej pantery, która, przynajmniej na razie, nikogo jeszcze nie poharatała.
- Kochanie, kochanie, jesteś? Przepraszam, że cię nie uprzedziłem, ale nie dałbym rady wrócić jutro.
Alessandro wchodzi do siebie do domu i rozgląda się wokół. Specjalnie wrócił, gnany chęcią bycia z nią oraz chęcią nakrycia jej z kimś innym. Już od zbyt dawna się nie kochali. A kiedy nie ma seksu, czasami znaczy to tylko tyle, że jest ktoś inny. Alessandro kręci się po całym domu, ale nikogo w nim nie ma, mało tego, nie ma w nim niczego. O Boże, a to co, czyżby sprawka złodziei? Dostrzega na stole liścik. Jej charakter pisma.
Dla Alexa. Zostawiłam Ci w lodówce coś do jedzenia. Dzwoniłam do hotelu, żeby Cię uprzedzić, ale powiedziano mi, że już wyjechałeś. Może chciałeś mnie nakryć. Nie? Przykro mi. Nie ma niczego, co by się do tego nadawało. Odchodzę. Odchodzę i już. Proszę, nie staraj się mnie szukać, przynajmniej na razie. Dziękuję. Uszanuj mój wybór, tak jak ja zawsze szanowałam Twoje wybory.
Elena
Nie, Alessandro kładzie liścik na stole, żadnych złodziei tu nie było. To jej sprawka. To ona ukradła mi życie, ukradła mi serce. Ona, która utrzymuje, że szanowała moje wybory. Niby jakie? Krąży po domu. Szafy są puste. Moje wybory, co? Nawet mój własny dom nie należał do mnie.
Alessandro zauważa migające światełko sekretarki. Czyżby się rozmyśliła? Może właśnie wraca? Pełen nadziei wciska przycisk.
"Cześć. Jak żyjesz? Jakoś długo się nie odzywasz, co... Nieładnie. Dlaczego któregoś wieczora nie wpadniecie razem z Eleną do nas na kolację? Bardzo byśmy się cieszyli! Zadzwoń jak najszybciej, cześć!"
Alessandro kasuje wiadomość. Ja też bym się cieszył i to bardzo, mamo. Ale obawiam się, że tym razem przyjdzie mi stawić się u ciebie na kolacji w pojedynkę. A ty będziesz się mnie dopytywać, no to jak, kiedy się z Eleną wreszcie pobierzecie, co? Na co czekacie? Sam widzisz, jakie to piękne, twoje siostry mają już dzieci. A ty kiedy w końcu dasz nam wnuka? A ja pewnie nie będę wiedział, co odpowiedzieć. Nie zdołam ci się przyznać, że Elena odeszła. Więc skłamię. Okłamię własną matkę. Jasne, nie ma czym się chwalić. Zwłaszcza mając trzydzieści sześć lat, trzydzieści siedem w czerwcu... Wstyd doprawdy.
Godzinę wcześniej.
Bardzo wiele przemawia za tym, że Stefano Mascagni jest pedantem. Ale na pewno nie stan jego auta. Audi A4 Station Wagon szybko bierze zakręt na końcu via del Golf i wjeżdża na via dei Giuochi Istmici. Napis na tylnej szybie obwieszcza wszem i wobec: Umyj mnie. Nawet słoń ma czystszy zad, a na bocznej: Nie. Nie myj mnie. Hoduję mech do bożonarodzeniowego żłóbka. Reszta karoserii jest tak zakurzona, że tylko w kilku miejscach przez warstwę brudu przebija srebrny metalik. Teczka pełna kartek zsuwa się do przodu, wypada spod tylnej szyby, a jej zawartość rozsypuje się na dywanik. To samo spotyka pustą plastikową butelkę, która wpada pod fotel i turla się, lądując niebezpiecznie blisko pedału sprzęgła. Bliżej nieokreślona ilość papierków po cukierkach, stercząca z popielniczki, przypomina tęczę. Ale nie jest aż tak romantyczna.
Nagle z bagażnika dobiega głuche tąpnięcie. Szlag by to trafił, rozwalił się jak nic, wiedziałem. Kurczę. A w ogóle to mowy nie ma, bym się miał jej pokazać samochodem w takim stanie. Carlotta pewnie zaraz zamówiłaby dezynsekcję i więcej nie chciałaby mnie widzieć. Niektórzy utrzymują, że samochód świadczy o jego właścicielu. Tak jak pies.
Stefano parkuje w pobliżu kontenerów na śmieci i wyłącza silnik. Szybko wysiada ze swojego audi. Otwiera klapę bagażnika. Jego laptop przekoziołkował na bok. Musiał mu wypaść z nesesera gdzieś na zakręcie. Bierze go, ogląda ze wszystkich stron, z góry, z dołu. Chyba nic się nie stało. Tylko jedna śrubka przy ekranie trochę się poluzowała. Całe szczęście. Wkłada go z powrotem do nesesera. Po czym wsiada znów do auta. Rozgląda się wokół. Krzywi usta. Olbrzymi worek z supermarketu, częściowo pusty, pozostałość po jakichś kolosalnych zakupach w sobotnie popołudnie, sterczy od połowy z kieszeni oparcia fotela dla pasażera. Sięga po niego. Stefano zaczyna zbierać wszystko, co tylko ma pod ręką. Wkłada to do worka, póki starcza miejsca. Następnie wysiada, ponownie otwiera bagażnik, bierze komputer i opiera go kawałek dalej, o kontener na śmieci, tuż przy spodzie. Poprawia jeszcze laptopa, tak by się nie przechylił i nie upadł na ziemię. Zaczyna wyjmować z bagażnika jeszcze jakieś niepotrzebne i zapomniane graty. Stary worek, pudełko po płycie kompaktowej, trzy puste puszki, połamaną parasolkę, pudełko po butach, przeterminowane opakowanie baterii paluszków, zmechacony szalik. Wreszcie, nim olbrzymi wór na dobre pęknie, Stefano udaje się w stronę kontenerów. Nie ma co, popatrz no tylko, ile ich jest... Szkło, plastik, papier, trwałe odpadki, odpadki organiczne. No, pięknie. Skrupulatni, nie ma co. I zorganizowani. I gdzie ja mam to wrzucić? Wszystko w jednym. Bo ja wiem. Ten szary chyba będzie najlepszy. Stefano podchodzi bliżej i staje, naciskając metalowy drążek u dołu. Pokrywa unosi się gwałtownie. Kontener jest pełny. Stefano wzrusza ramionami, opuszcza klapę i stawia worek na ziemi. Wsiada do samochodu. Znów się rozgląda. Teraz jest zdecydowanie lepiej. A, nie. Chyba jeszcze powinienem zajrzeć do myjni. Patrzy na zegarek. Nie, nie, jest późno, Carlotta już na mnie czeka. A przecież nie wolno kazać kobiecie na siebie czekać na pierwszej randce. Stefano zamyka bagażnik, wsiada do samochodu, włącza silnik. Wkłada kompakt. Fortepian i orkiestra, III Koncert fortepianowy, op. 30, trzeci pasaż, krótki finał, Rachmaninow. Właśnie. Tak jest wprost doskonale. Za sprawą "Rach 3" Carlotta, kiedy mnie zobaczy, zemdleje, zupełnie jak w Lśnieniu. Sprzęgło. Jedynka. Gaz. I rusza. Co za noc. I też co za pewność w prowadzeniu pojazdu.
Dwukolorowy kot ze zmierzwioną sierścią przechadza się zaciekawiony. Siedział w ukryciu, póki samochód nie odjechał. Dopiero potem wyskoczył na zewnątrz i od dobrze wymierzonego susa zaczął swój obchód od kontenera do kontenera. Coś przyciąga jego uwagę. Podchodzi bliżej. Zaczyna się łasić, bacznie przyglądać, nie przestaje węszyć. Ociera się uchem, przejeżdżając nim kilkakrotnie po kancie ekranu. Zaiste dziwny to rekwizyt pośród tej masy śmieci.
Rytmiczna i głęboka muzyka rozlega się z głośników bryki.
- Za Naomi!
- Dobrze mi idzie, co... - Niki się uśmiecha, Diletta pociąga łyk piwa.
- Naprawdę powinnaś być modelką.
- Przed upływem roku przytyje jak nic...
- Olly, z ciebie to dopiero jadowita żmija... Wkurza cię, że dobrze mi szło przy tym kawałku, co? Ale wiesz, że zajebista jest ta laska, no jak jej tam?
- Alexz Johnson.
- Co, nieźle się do niej chodzi po wybiegu! Popatrz, mi też dobrze idzie. - I Olly dociera do końca chodnika, kładzie sobie rękę na prawym biodrze, lekko ugina nogę i przystaje, wpatrując się przed siebie nieruchomym wzrokiem. Po czym robi w tył zwrot, jednym, zamaszystym ruchem głowy odrzuca włosy na plecy i wraca na początek chodnika.
- Rany, wyglądasz jak prawdziwa! - I wszystkie biją jej brawo.
- Model numer cztery, Olimpia Crocetti!
- Nie za Crocetti, tylko za Giudittę! - I wszystkie zaczynają śpiewać tamten kawałek, jedna lepiej, druga gorzej, nie wszystkie znają na pamięć dobrze prawdziwe słowa, więc wymyślają pierwsze lepsze, byle dobrze brzmiało. - I know how this all must look, like a picture ripped from the story book, I've got it easy, I've got it made... - I pociągają ostatni, orzeźwiający łyk piwa.
- Za Valentino, Armaniego, Dolce i Gabbana, koniec pokazu. Jeśli chcecie mnie zatrudnić, to mnie tu znajdziecie! - I Olly kłania się pozostałym Falom. - Słuchajcie, co robimy? Mam już potąd siedzenia tutaj...
- Jedźmy do dzielnicy Eur albo, bo ja wiem, do Alaski! Tak, zróbmy coś!
- Ale przecież właśnie coś zrobiłyśmy! Nie, dziewczyny, ja tam wracam do domu. Jutro mam odpowiadać, jeśli mi nie pójdzie, to mam przesrane. Muszę się wyciągnąć na mierny.
- No co ty, weź, chodź! Nie truj! Nie będziemy długo siedzieć. A poza tym, sorry, ale co ci zależy, wstaniesz wcześniej jutro rano i zrobisz sobie szybką powtórkę, nie?
- Nie. Potrzebuję się wyspać, już trzy wieczory z rzędu kładę się przez was późno, nie jestem przecież niezniszczalna!
I każda udaje się w stronę własnego pojazdu. Trzy z nich wyruszają w niewiadomym kierunku, a jedna - do domu. Cztery butelki po coronie wciąż stoją na murku powyżej chodnika, puste niczym muszle pozostawione na plaży po przypływie. No proszę, ale zostawiły po sobie bajzel. Pewnie, przecież to ja jestem pedantką... I zbiera butelki. Rozgląda się wokół. Na parę ustawionych w szeregu kontenerów na śmieci pada światło latarni. Całe szczęście, jest też zielony pojemnik na szkło, w kształcie dzwonu. Szkoda gadać, ludzie są wstrętni, bałaganiarze i niechluje. Wystarczy tylko spojrzeć na te wszystkie porozrzucane na ziemi worki. Mogliby chociaż segregować śmieci. Czy oni nie wiedzą, że los planety jest w naszych rękach? Bierze butelki i wrzuca je jedną za drugą do tego, co trzeba, okrągłego otworu. A co z kapslami? Gdzie się wrzuca kapsle? Ze szkła to one jednak nie są... Może do pojemnika na puszki? W sumie mogliby umieścić jakiś napis na górze, bo ja wiem, naklejkę albo rysunek. Kapsle tutaj. Po chwili przystaje i zaczyna się śmiać. Jak to było w tym starym kawale Groucho? A, już wiem... "Tato, śmieciarz przyjechał. - To powiedz mu, że my śmieci nie potrzebujemy".
Jak przystało na pedantkę, wyrzuca też worek postawiony przy kontenerze. I wtedy to dostrzega. Podchodzi bliżej, cała przejęta. Własnym oczom nie wierzę. Właśnie tego potrzebowałam. I masz, czasami bycie pedantem nie jest takie złe.
Wciąż noc, później. Samochód hamuje z lekkim piskiem opon. Kierowca pospiesznie wysiada i rozgląda się wokół. Wygląda jak jeden z bohaterów serialu Starsky i Hutch. Ale nie potrzebuje do nikogo strzelać. Spuszcza wzrok i patrzy na spód kontenera. Z tyłu, powyżej, poniżej, na ziemię. Nic. Już go tam nie ma.
- Wierzyć mi się nie chce. Nikt tu nigdy nie sprząta, nikt nigdy nie zawraca sobie głowy zostawionymi na ziemi workami, że też akurat właśnie ja musiałem dziś wieczór trafić na jakiegoś pedanta... A do tego jeszcze Carlotta mnie wystawiła. Powiedziała, że w końcu się zakochała... Tyle że w kimś innym...
Ale Stefano Mascagni nawet nie podejrzewa, że z powodu tego, co stracił, pewnego dnia jeszcze będzie szczęśliwy.
Dwa miesiące później. Tak około.
Nie mogę w to uwierzyć. Nie mogę i już. Alessandro krąży po domu. Minęły dwa miesiące, a on wciąż się z tym nie uporał. Elena mnie zostawiła. A co najgorsze, zrobiła to bez powodu. A w każdym razie mnie nic nie wyjaśniła. Alessandro podchodzi do okna i wygląda na zewnątrz. Gwiazdy, cudowne gwiazdy. Nagie gwiazdy na tym nocnym niebie. Gwiazdy dalekie. Przeklęte gwiazdy, które wiedzą. Wychodzi na taras. Drewniane zadaszenie, ażurowe ścianki z drewnianych listewek po to, by mogły się po nich wspinać pnącza roślin, w narożnikach przepiękne zabytkowe wazy, całkiem gładkie, tak samo zresztą przy każdym balkonowym oknie, przez które wychodzi się na zewnątrz. A po bokach długie zasłony w delikatnym kolorze, pastelowe barwy, odcieniem zbliżone do promieni wschodzącego i zachodzącego słońca. Są niczym fala, która opływa dom i od niechcenia wsiąka u progu każdego pomieszczenia, a w samym wnętrzu ściany kolorystycznie z nią harmonizujące. Ale to wszystko sprawia mu tylko jeszcze większy ból.
- Aaa! - Nagle Alessandro wydziera się jak szalony: - Aaa! - Czytał kiedyś, że dobrze jest odreagować.
- Ej, skończyłeś? - Koleś wychyla się z tarasu naprzeciwko. Alessandro natychmiast chowa się za wielkim krzewem jaśminu, który u niego rośnie. - To co, skończyłeś czy nie? Ej, gościu, nie myśl, że cię nie widzę, co ty, bawisz się w kotka i myszkę?
Alessandro cofa się trochę, tak by nie być w zasięgu światła.
- Tara! Widziałem cię, trafiony. Słuchaj, oglądam film, więc jeśli coś cię gryzie, to lepiej idź się przejść...
Koleś wraca do mieszkania i szybkim ruchem zasuwa wielkie przeszklone okno, po czym zaciąga zasłony. Znów zapada cisza. Alessandro, skulony, bardzo powoli skrada się z powrotem do środka.
Kwiecień. Mamy już kwiecień. A ja jestem wkurzony na maksa. A do tego jeszcze ten cham... Urządziłem sobie mieszkanie na poddaszu w dzielnicy Trieste i trafiłem akurat na jedynego chama dokładnie naprzeciwko mojego mieszkania. Dzwoni telefon stacjonarny. Alessandro pędzi, przemierza salon i zastyga w oczekiwaniu, wciąż jeszcze ma nadzieję. Jeden sygnał. Dwa. Włącza się sekretarka. Tu numer zero sześć osiem zero osiem pięć cztery... - i ciągnie dalej - proszę zostawić wiadomość... - Może to ona? Alessandro zbliża się do aparatu z błyskiem nadziei w oku. - ...po sygnale. - Zamyka oczy. - Alex, skarbie. To ja, mama. Co z tobą? I komórki też nie odbierasz.
Alessandro idzie w stronę drzwi wejściowych, bierze kurtkę, kluczyki od samochodu i motorolę. I przerzuca sobie kurtkę przez ramię, gdy tymczasem jego matka nie przestaje mówić.
- No i? - Wiadomość na sekretarce ma swój ciąg dalszy: - A może wpadniesz do nas na kolację w przyszłym tygodniu, a nuż razem z Eleną? Już ci mówiłam, bardzo bym się ucieszyła... Od tak dawna się nie widzieliśmy...
Ale on już stoi przed windą, nie zdążył jej wysłuchać. Ciągle jeszcze nie dałem rady powiedzieć swojej matce, że ja i Elena się rozstaliśmy. Zawracanie dupy. Drzwi się otwierają, wchodzi do środka i uśmiecha się do swojego odbicia w lustrze. Wciska zero. W takich sytuacjach nie zawadzi odrobina ironii. Niedługo skończę trzydzieści siedem lat i znów jestem singlem. Dziwne. Większość facetów nie może się tego doczekać. Znów być singlem, byle się trochę zabawić i sobie poszaleć. Właśnie. Nie wiem dlaczego, ale jakoś nie jestem w stanie się tym cieszyć. Coś mi tu nie gra. W ostatnich dniach Elena była jakaś dziwna. Miała kogoś? Nie. Powiedziałaby mi. A tam, nie chcę o tym więcej myśleć. Dlatego go kupiłem. Brrrum. Alessandro już siedzi w swoim nowym aucie. Mercedes-Benz ML 320 Cdi. Najnowszy model. Nowa terenówka, doskonała, nieskazitelna, zakupiona miesiąc temu pod wpływem tego bólu, który zadała mu Elena. Lub raczej z winy tej "miłosnej pogardy", jakiej później doświadczył. Alessandro rusza z miejsca. I zaraz dopada go wspomnienie. Ostatni raz, kiedy razem wyszliśmy. Wybieraliśmy się do kina. Zanim weszliśmy na salę, do Eleny ktoś zadzwonił, ale ona nie odebrała, wyłączyła komórkę i się do mnie uśmiechnęła. - Nic takiego, to z pracy. Nie mam ochoty odbierać. - Też się wtedy do niej uśmiechnąłem. Ale Elena miała piękny uśmiech... Dlaczego mówię w czasie przeszłym? Elena ma piękny uśmiech. I on sam również się uśmiecha. A przynajmniej usiłuje i bierze zakręt. Rozpędzony na maksa. I kolejne wspomnienie. Tamten dzień. To rani go jeszcze bardziej. Naszą rozmowę mam odciśniętą w sercu, zupełnie jakby to było wczoraj, kurwa mać. Zupełnie jak wczoraj.
Tydzień po tym, jak znalazł liścik od niej, wieczorem Alessandro zjawia się w domu wcześniej niż zwykle. I ją spotyka. Uśmiecha się, z powrotem szczęśliwy, ożywiony, pełen nadziei.
- Wróciłaś...
- Nie, tylko wpadłam...
- I co zamierzasz?
- Już mnie nie ma.
- Jak to już cię nie ma?
- No, już mnie nie ma. Tak będzie lepiej, Alex, wiem, co mówię.
- A co z naszym domem, naszymi rzeczami, zdjęciami ze wspólnych podróży...
- Zatrzymaj je sobie.
- Nie o to chodzi, jak to możliwe, że masz je za nic...
- Wcale nie, dlaczego mówisz, że mam je za nic...
- Bo odchodzisz.
- Tak, odchodzę, ale nie mam ich za nic.
Alessandro wstaje, obejmuje ją, przytula. Ale nie stara się jej pocałować. Nie to nie, to już by było za dużo.
- Proszę cię, Alex... - Elena zamyka oczy, opuszcza ręce, pozwala mu się przytulić. Wzdycha. - Proszę cię, Alex... daj mi odejść.
- Ale dokąd idziesz?
Elena wychodzi. Ostatnie spojrzenie.
- Masz kogoś?
Elena zaczyna się śmiać, kręci głową. - Jak zwykle nic nie rozumiesz, Alex... - I zamyka za sobą drzwi.
- Potrzebujesz tylko trochę czasu, ale zostań, kurwa, zostań i tak! - Za późno. Cisza. Szczęk zamykanych drzwi, kolejnych, bez trzaskania. To boli jeszcze bardziej. - Mam cię w miłosnej pogardzie, tak, kurwa! - krzyczy za nią. I nawet on sam nie wie, co takiego chce przez to powiedzieć. Miłosna pogarda. Też coś. Chodziło mu o to, by ją zranić, by coś powiedzieć, zrobić na niej wrażenie, odnaleźć sens w czymś, co tak naprawdę nie ma sensu. Żadnego.
Kolejny zakręt. Co tu dużo gadać, samochód sunie jak marzenie, żadnego ale. Alessandro zapuszcza kompakt. Nastawia głośniej muzykę. Nie ma rady, kiedy czegoś nam brak, musimy jakoś wypełnić nieznośną lukę. Choć kiedy brak nam miłości, to jej akurat niczym zastąpić się nie da.
Ta sama godzina, to samo miasto, tyle że gdzieś dalej.
- Pokaż, i jak mi w tym?
- Wyglądasz groteskowo! Jak Charlie Chaplin!
Olly paraduje tam i z powrotem po dywanie w pokoju matki, ubrana w niebieski garnitur swojego ojca, za duży na nią o conajmniej pięć rozmiarów. - No co ty, wyglądam w nim lepiej od niego!
- Biedaczek, twój tata ma przecież tylko niewielki brzuszek...
- Niewielki? Wygląda jak mors z filmu 50 pierwszych randek! Popatrz tylko, te spodnie! - Olly chwyta je za pasek i rozciąga. - To wór Świętego Mikołaja!
- Świetnie! Więc rozdaj nam prezenty! - Fale podrywają się i rzucają na nią, przetrząsając, co się tylko da, zupełnie jakby naprawdę czegoś szukały.
- Łaskoczecie mnie, dość! A tak w ogóle to byłyście niegrzeczne, więc w tym roku zasłużyłyście jedynie na rózgi! Diletta za to dostanie laskę lukrecji, najwyższy czas, żeby oswoiła się z tym kształtem!...
- Olly!
- Rany, jak to jest, zawsze musisz się ze mnie nabijać i to tylko dlatego, że nie mam tak jak ty, bo wiadomo, Olly to żadnemu nie przepuści!
- Nie przypadkiem nazywają mnie Sexterminator!
- Tekst z brodą, i na dodatek cudzego autorstwa!
Znów zanoszą się śmiechem i rzucają razem na łóżko.
- Przyszło wam do głowy, że dokładnie tutaj wszystko się zaczęło?
- W jakim sensie?
- No że to dzięki temu miałyście farta, bo w przeciwnym razie mogłybyście tylko pomarzyć o takiej przyjaciółce jak ja!
- To znaczy?
- Mama i tata pewnego upalnego wieczoru, ponad osiemnaście lat temu, uznali, że ich życie wymaga wstrząsu, zastrzyku energii, i proszę, trach! - wylądowali na tym wyrze i nieźle musieli się napocić!
- Cóż za cudowny sposób opowiadania o miłości, Olly!
- Taaa, miłości... lepiej nazwij rzecz po imieniu, tu chodzi o seks! Seks w najczystszej postaci!
Diletta obejmuje poduszkę, którą ma pod ręką. - Zajebisty jest ten pokój, ma megawygodne łóżko... Popatrz tam, na zdjęcie na komodzie. Pięknie wyglądali twoi starzy w dniu ślubu.
Erica chwyta Niki za szyję i dusi ją, tak dla jaj. - Czy ty, Niki, chcesz poślubić nieobecnego tu Fabia? - Niki w odpowiedzi wymierza jej jeden celny cios ręką. - Nie!
- Ej, dziewczyny, a propos. A jak wyglądał wasz pierwszy raz? - Wszystkie odwracają się naraz w stronę Olly. Następnie spoglądają jedna na drugą. Diletta w okamgnieniu milknie i robi się poważna. Olly się uśmiecha. - No, myślałby kto, że chcę od was wyciągnąć, czy aby kogoś nie zamordowałyście! Dobra, zrozumiałam, wobec tego ja zacznę, to zaraz same zrobicie się śmielsze. A więc Ilario... Olly od zawsze była w gorącej wodzie kąpana. Już w przedszkolu wpiła się w usta swojemu koleżce Ilariowi, zwanemu Łój, z racji kolosalnej nadprodukcji obleśnej wydzieliny z tysiąca bąbli, którymi, niczym małymi wulkanami, usiana była jego buźka...
- Co za obrzydlistwo, Olly!
- A bo ja wiem, mnie się tam podobał, zawsze się z nim ścigałam na zjeżdżalni. Potem, w podstawówce przyszła kolej na Rubio...
- Rubio? Czy naprawdę zawsze samych takich zaliczałaś?
- Czy to prawdziwe imię?
- Pewnie, że tak! I do tego ładne. No, więc Rubio był naprawdę zajebistym kolesiem. Nasz związek trwał dwa miesiące, siedzieliśmy ławka w ławkę.
- Tak, dobra, Olly, ale to dziecinada. Powiedziałaś, że ma być pierwszy raz,nie takie bajki dla grzecznych dzieci. - Niki jej przerywa, wyciągając się ze skrzyżowanymi nogami na poduszkach, a plecami opierając o wezgłowie.
- Słusznie. Ale chciałam wam uzmysłowić, jak pewne postawy widać już od wczesnego dzieciństwa! Więc domagacie się wersji dla dorosłych? Czy jesteście gotowe na relację, której nie powstydziłby się sam "Playboy"? To proszę. Mój pierwszy raz miał miejsce całe trzy lata temu.
- Kiedy miałaś piętnaście lat?!
- To znaczy, że straciłaś dziewictwo, jak miałaś piętnaście lat? - Diletta przygląda jej się z rozdziawionymi ustami.
- Pewnie, a niby co lepszego mogłam z tym począć? Pewnych rzeczy lepiej się pozbyć, aniżeli je chomikować! Słowem, na czym stanęłam... To było po południu, po szkole. On, Paolo, był ode mnie dwa lata starszy. Taki zajebisty koleś, że głowa mała. Zwinął ojcu samochód, byle się ze mną przejechać.
- Ach, tak, Paolo! Nic nam nie powiedziałaś, że zrobiłaś to z nim, że to był twój pierwszy raz!
- To on już prowadził, jak miał siedemnaście lat?
- Tak, jakoś sobie radził. Słowem, do rzeczy, samochód marki Alfa Romeo 75, krwistoczerwony i poobijany, ze skórzanymi beżowymi siedzeniami...
- Francja elegancja!
- No. W całej tej historii najważniejszy jest on sam! Strasznie mu się podobałam. Pojechaliśmy na wzgórze Appia Antica i zaparkowaliśmy tak, żeby się nie rzucać w oczy.
- Przedpotopową alfą na wzgórze sprzed naszej ery.
- Ty to jak coś walniesz! Ale do rzeczy... to się stało tam i trwało, a trwało. Powiedział mi też, że dobrze sobie radzę, pomyślcie tylko, nie miałam o niczym bladego pojęcia... znaczy się, takie znów blade to ono nie było, wcześniej, nad morzem zdążyłam już obejrzeć razem z moim kuzynem kilka pornosów, ale od samego oglądania do zrobienia tego na serio, to...
- Ale tak w samochodzie to jakoś beznadziejnie, Olly... kurczę, przecież to był twój pierwszy raz. Nie wolałabyś, bo ja wiem, pokoju pełnego świec, muzyki, czaru nocy...
- Pewnie, czegoś w stylu żałobnej komnaty specjalnie na mary! Ej, Erica, to seks! Wszystko jedno, gdzie go uprawiasz, to się nie liczy, ważne za to jak!
- Jestem zszokowana. - Diletta mocniej przytula się do poduszki. - Coś podobnego, ja bym tak nigdy nie mogła... Pierwszy raz, kumasz? Przecież potem nie zapomnisz tego już do końca życia!
- To jasne, że jeśli trafisz na jakiegoś nieudacznika, to zapomnisz, wymażesz z pamięci... Za to jeśli spotkasz kogoś takiego jak Paolo, to już na zawsze masz co wspominać! Dzięki niemu poczułam się najpiękniejsza!
- No i?
- No i po trzech miesiącach było po wszystkim. Nie pamiętasz, po nim był Lorenzo, nazywany oczywiście Wawrzyńcem Wspaniałym... ten z drugiej E, co pływał na kajakach.
- Nie, co do ciebie, to zawsze gubię się w rachubach.
- Z grubsza wam opowiedziałam. A wy? Ty, Erica?
- Ja tam bardziej klasycznie, no i oczywiście z Gi?!
- Klasycznie w sensie, że zrobiliście to na misjonarza?
- Olly! Nie, w tym w sensie, że Gi? zarezerwował pokój w pensjonacie Antica Roma, tym małym, ale czystym, gdzie mają przystępne ceny, w Gianicolo. Pamiętasz, Niki, tam, gdzie potem ulokowałyśmy te dwie laski z Anglii, które przyjechały na wymianę, co to twój brat nie chciał, żeby u was mieszkały?!
Drzwi do pokoju otwierają się niespodziewanie. Wchodzi mama Olly.
- Ej, mamo, co robisz? Weź, wyjdź! Nie widzisz, że mamy zebranie?
- U mnie w pokoju?
- No, nie było cię w domu, sorry, a skoro cię nie ma, to miejsce jest tak samo dobre jak każde inne, prawda?
- Na moim łóżku?
- Pewnie, jest takie wygodne, a poza tym przypomina mi ciebie i ojca, od razu czuję się bezpieczna... - Olly przybiera słodki i czuły wyraz twarzy. Prawdę powiedziawszy, to bezczelny trochę też.
- Tak, tak... tylko później zrób tu porządek i wygładź narzutę, tak żeby nie było zagnieceń. A następnym razem na zebrania umawiaj się w piwnicy, jak to robili wolnomularze. To cześć, dziewczyny. - I wychodzi, lekko rozdrażniona.
- Dobra, mówiłaś, że to było w Antica Roma. To dlatego zaproponowałaś mi to miejsce, mówiłaś, że jest tam tak miło! Sama wcześniej je przetestowałaś!
- No pewnie! Pojechaliśmy tam około piątej po południu, a on już perfekcyjnie wszystko przygotował.
- Ale czy aby nie trzeba być pełnoletnim, żeby móc wynająć pokój?
- No nie wiem, ale on grał w piłkę z synem właścicielki, która wyświadczyła mu przysługę.
- Aha.
- Było cudownie. Na początku trochę się bałam, Gi? zresztą też, bo i dla niego to był pierwszy raz, i obydwoje byliśmy trochę nieporadni. Ale w końcu wszystko wypadło bardzo naturalnie... Spędziliśmy tam noc, nawet nie zgłodnieliśmy i darowaliśmy sobie kolację. To było dokładnie wtedy, Olly, kiedy powiedziałam, że jestem u ciebie z powodu zebrania, pamiętasz? Następnego dnia rano zjedliśmy olbrzymie śniadanie i o pierwszej byłam z powrotem w domu. Moi starzy niczego się nie domyślili. Ja dobrze się czułam. Już po czujesz się taka lekka, trochę starsza i wydaje ci się, że za nic go już nie zostawisz...
- Oj tak, że nigdy go nie zostawisz... - Olly zwija się ze śmiechu, a Diletta uderza ją wyciągniętą ręką. - Ała! Co ja takiego powiedziałam?
- Zawsze te podteksty.
- Skąd, jestem na to zbyt prostolinijna, taka jest prawda! A ty, Niki? Z Fabio, prawda? W rytmie rapu?
- No, tak... z nim i w rytmie rapu, rzeczywiście. U niego w domu, kiedy jego starzy pojechali na wakacje. Dziesięć miesięcy temu, w sobotę wieczorem, po jego koncercie, w jednym z lokali w centrum. Był strasznie podekscytowany udanym wieczorem i tym, że byłam, kiedy grali. Też bardzo się dla mnie postarał i sam wszystko przygotował... Salon skąpany w ciepłym i nastrojowym świetle. Dwa kieliszki szampana. Pomijając już, że wtedy po raz pierwszy piłam coś takiego... pycha. W tle leciały jego najnowsze kawałki. W każdym razie to nie był jego pierwszy raz, dało się zauważyć. Robił wszystko z dużą pewnością siebie, ale zadbał, bym czuła się swobodnie, dał mi poczucie bezpieczeństwa. Powiedział mi, że jestem jak najcudowniejsza gitara, na której można grać bez strojenia, że jestem harmonijna do granic doskonałości...
Olly patrzy na nią. - Ale fart! Szczęściara z ciebie, jak zwykle!
- Tak, rzeczywiście, wystarczy spojrzeć, jak to się skończyło!
- Ale co to ma do rzeczy, co przeżyłaś, to twoje, nikt ci tego nie odbierze!
Zalega nagła cisza. Diletta mocniej tuli się do poduszki. Fale jej się przyglądają, ale nienachalnie. Niezdecydowane i rozdarte: obrócić sprawę w żart czy raczej podejść do niej na poważnie. W końcu to ona sama wybawia je z opresji.
- Ja nie. Nigdy jeszcze tego nie robiłam. Czekam na kogoś, kto sprawi, że poczuję się, jakbym była trzy metry nad niebem, jak w tym napisie. A choćby i cztery. Albo pięć. Sześć. Nie chcę, żeby to było przypadkowe, ani żebyśmy się potem rozstali.
- Ale co to ma do rzeczy, skąd niby masz wiedzieć, jak wam się później ułoży... ważne, żeby się kochać i już, czyż nie? Bez stawiania na szali całej przyszłości.
- Jak to zabrzmiało, Erica!
- Sorry, ale to w końcu prawda. Diletta musi się ośmielić, nie wie, że się marnuje i to wcale nie w takim sensie, jak utrzymuje Olly!
- Nie, nie, w tamtym też.
- Diletta, musisz dać się ponieść. Masz pojęcie, ilu kolesi się za tobą ugania?! Cała chmara!
- Cały tabun!
- Drużyna rugby!
- Studnia bez dna, i wracamy do sedna, bo to my jesteśmy Fale!...
- Słuchajcie, ja bym się tam zadowoliła nawet jednym, byle był dla mnie w sam raz...
- Ja kogoś takiego dla ciebie już mam!
- Kogo?
- A takiego fajnego loda kokosowego! Fale, naprzód!
- Mam lepszy pomysł... Nie wszystkie jak dotąd miałyście okazję tego zakosztować.
- Ale czego?
- Nie tego, co myślicie... Absolutna nowość... Za mną! - Olly zeskakuje z łóżka i wychodzi z pokoju. Niki, Erica i Diletta patrzą na nią i kręcą głową. I zaraz idą za przyjaciółką, nie zważając oczywiście na to, że zostawiły po sobie pobojowisko w postaci skotłowanej narzuty na łóżku.
Światła miasta migają niewyraźnie. Kiedy humor ci nie dopisuje, wszystko wydaje się jakieś inne, nabiera odmiennego charakteru. Kolory, światła i cienie, uśmiech, który wygląda na wymuszony, z trudem przywoływany na twarz. Alessandro jedzie powoli. Villaggio Olimpico, piazza Euclide, pełne okrążenie, dalej corso Francia. Rozgląda się wokół. Zerka na most. Popatrz no tylko na tych ćwoków. Jest cały pomazany. Tak go uświnić. Choćby takim tekstem... "Pierożku, kocham Cię". I to w imię czego? W imię miłości... Miłość. Zapytajcie Elenę o nowiny na temat Jej Wysokości Miłości. Ej, Wasza Wysokość Miłość, gdzie żeś się, kurwa, podziała?
Widzi dwoje młodych ludzi zaszytych w rogu na moście, tam, gdzie nie dociera światło księżyca. Objęci, zakochani, oplatają się wzajemnie niczym miłosny bluszcz w cieniu czasu, dni i tego, co przeminie z wiatrem? Alessandro nie potrafi się powstrzymać. Wciska klakson. Opuszcza szybę i krzyczy: - Ej, błazny! Życie jest piękne, nie? I co z tego, i tak jedno wystawi drugie do wiatru! - I zaraz dodaje gazu, wyrywa do przodu, wyprzedza dwa lub trzy samochody i śmiga na światłach, zanim z pomarańczowych zmienią się na czerwone. I dalej naprzód, wzdłuż całego corso Francia, a potem via Flaminia, ale kiedy dojeżdża do drugich świateł, stoi tam już radiowóz karabinierów. Czerwone. Alessandro hamuje. Dwaj karabinierzy rozmawiają ożywieni, zajęci swoimi sprawami. Jeden śmieje się do komórki, drugi pali papierosa i gada z dziewczyną. Może kazał jej się zatrzymać na rutynową kontrolę albo są zaprzyjaźnieni i dziewczyna wpadła się z nim przywitać, wiedząc, że będzie na służbie. Faktem jest, że po upływie dłuższej chwili ten drugi karabinier czuje się obserwowany. Więc odwraca się w stronę Alessandra. Przygląda mu się. Patrzy i nie odrywa od niego wzroku. Alessandro powoli odkręca głowę, udaje, że coś przyciągnęło jego uwagę, wygląda przez okno, żeby sprawdzić, czy przypadkiem światła się nie zmieniły. Nie ma rady. Ciągle czerwone.
- Sorry... - Wrum. Wrum. Podjeżdża poobijany skuter kymco, a na nim chłopak z długowłosą brunetką za plecami. Chłopak jest umięśniony, ma na sobie obcisłą błękitną koszulkę, pod którą wyraźnie odznaczają mu się muskuły. - Ej, mamy do pogadania...
Alessandro wychyla się z samochodu. - Tak, słucham?
- To ja słucham! Przejeżdżając przez most na corso Francia, gdzie staliśmy, coś wykrzykiwałeś. Masz coś do nas? Gadaj, o co ci biega.
- Nie, słuchaj, sorry, to nieporozumienie, chodziło mi o gościa, który był przede mną i stale zwalniał.
- Pewnie, nie zgrywaj mi tu cwaniaczka. Jasne? Nikt przed tobą nie jechał i podziękuj Panu Bogu... - Unosi brodę i zwraca ją w stronę radiowozu - ...że stoją tu gliny, następnym razem lepiej się nie przypieprzaj, bo jak nie, to pożałujesz... - I nie daje Alessandro czasu na odpowiedź. Zielone. Dodaje gazu i wyrywa naprzód, w stronę via Cassia. Kawałek dalej skręca, prawie kładąc się na ziemi, pędzi przed siebie w siną dal, ku kolejnym pocałunkom, których sceneria będzie być może intymniejsza... I a nuż nie skończy się na samym całowaniu. Alessandro rusza bardzo powoli. Karabinierzy wciąż się zaśmiewają. Jeden z nich przestał palić. Częstuje się gumą od dziewczyny. Ten drugi skończył rozmawiać przez komórkę i wziął się za przerzucanie jakiejś gazety. Żaden niczego nie zauważył.
Alessandro jedzie dalej. Po pewnym czasie zawraca, byle tylko uwolnić się od tego, co go gryzie. Człowiekowi nie wolno nawet raz na jakiś czas powiedzieć, co myśli. W sytuacjach takich jak ta ma związane ręce. Po drugiej stronie ulicy nie ma śladu po karabinierach. Dziewczyna też przepadła. Za to jakaś inna czeka na autobus. Murzynka, ciężko byłoby ją odróżnić od ciemnego tła nocy, gdyby nie koszulka. Różowa, ze śmiesznym nadrukiem pajacyka. Nawet to go nie bawi. Alessandro jedzie powoli dalej, zmienia płytę. Ale już po chwili się rozmyśla i włącza radio. Czasami lepiej zdać się na zwykły przypadek. Z tego merca to naprawdę superbryka. Przestronna, piękna, elegancka. Doskonale słychać muzykę, dzięki tym wszystkim wbudowanym we wnętrze pojazdu głośnikom. Całość wydaje się absolutnie doskonała. Ale czemu ma służyć ta doskonałość, skoro jesteś sam i nie ma nikogo, kto mógłby to docenić? Nikogo, z kim mógłbyś się tym podzielić, kto by ci pogratulował albo okazał, jak bardzo ci zazdrości.
Muzyka. Chciałbym być ubraniem, które włożysz, szminką, którą się pomalujesz, chciałbym o tobie śnić, jak nigdy dotąd, spotykam cię na ulicy i robię się smutny, bo zaraz myślę o tym, że odejdziesz... Ach ten Lucio. Niby leci przypadkiem, akurat, Alessandro czuje się, jakby piosenkarz się z niego nabijał. Całkiem niezły pomysł na nowy slogan dla karty kredytowej: "Masz wszystko oprócz jej jednej".
Alessandro wciska guzik i zmienia stację. Każdy kawałek, byle nie ten. Nie ma nic gorszego od człowieka, którego jedynym sensem życia jest praca.
Lungotevere. Lungotevere. I jeszcze Lungotevere. Nastawia głośniej muzykę, chcąc zatracić się w ruchu ulicznym. Ale staje na światłach, a zaraz obok niego zatrzymuje się minibryka o małej pojemności. Z tyłu ma napisane "Lingi", a z wnętrza dobiega muzyka ustawiona na cały regulator. Zupełnie jak w dyskotece. Z przodu siedzą dwie dziewczyny z długimi włosami: brunetka i blondynka. Obydwie mają olbrzymie okulary w stylu lat siedemdziesiątych, w wąskich białych oprawkach, z gigantycznymi szkłami w odcieniu brązu, który przechodzi od jaśniejszego do ciemniejszego. I to mimo że jest ciemno. Jedna z nich ma mały kolczyk w nosie. Maciupeńki, niczym metalowy pieprzyk. Druga pali papierosa. Słowem się do siebie nie odzywają. Przypomina mu się scena z Harvey'm Keitelem ze Złego porucznika. Chciałby kazać im wysiąść i zrobić to samo co bohater filmu, ale a nuż krąży tu gdzieś jeszcze tamten koleś na skuterze, może przyjaźni się z tymi dziewczynami albo, co gorsza, przyjaźni się z nimi tamten karabinier. Więc daje im odjechać. Zielone. A w ogóle to nie tędy droga. Złość, poirytowanie wynikające z "miłosnej pogardy" powinny zostać spożytkowane inaczej. Alessandro sam zawsze wszystkim to powtarza: złość powinna zostać przekuta na sukces. A na co sukces ma zostać przekuty?
Mercedes stoi teraz zaparkowany na Castel Sant'Angelo. Alessandro spaceruje po moście. Przygląda się turystom, przysłuchuje ich wesołym rozmowom, widzi, jak się obejmują, jak dokazują, młodzi i wyraźnie oszołomieni Rzymem, urodą tego mostu, i już samym faktem, że nie muszą siedzieć w pracy. Jego wzrok pada na dojrzałą parę. I na dwóch młodych, wysportowanych, długonogich chłopaków ze słuchawkami od iPoda w uszach i złożoną mapą w rękach. Alessandro się zatrzymuje, staje na kamiennej balustradzie mostu. Chwyta się poręczy, opiera i patrzy w dół. Rzeka. Płynie niespiesznie, w ciszy, spragniona wciąż nowych śmieci. Jakiś celofanowy worek dryfuje sobie swobodnie, drewniana listewka rwie się do zawodów w improwizowanym wyścigu z młodą i zupełnie jeszcze zieloną trzciną. Gdzieś pewnie znad brzegu przygląda się tej dziwnej rywalizacji znudzony szczur. Alessandro spogląda jeszcze dalej, poza zarys mostu, wzdłuż biegu Tybru i przypomina sobie film Franka Capry z Jamesem Stewartem To wspaniałe życie, kiedy zdesperowany George Bailey postanawia popełnić samobójstwo. Ale powstrzymuje go Anioł Stróż i pokazuje mu konsekwencje, jakie dla całej masy różnych osób miałby fakt, gdyby mężczyzna się wcale nie urodził. Jego brata też wówczas nie byłoby na świecie, jego żona nie wyszłaby za mąż, zostałaby starą panną, nie byłoby tych wszystkich dzieci, a nawet sama miejscowość nosiłaby całkiem inną nazwę, od imienia tego tyrana, starego milionera Pottera, którego jedynie główny bohater zdołał powstrzymać.
Właśnie. Jedyna rzecz, która jest naprawdę ważna, jedyna, która naprawdę się liczy, to sprawić, by nasze życie miało jakiś sens. Choć, jak mówi Vasco Rossi, sensu to ono nie ma. Otóż to. Ale co by się stało, gdyby z kolei mnie nie było? Alessandro się zastanawia. Nie mam dobrych stosunków z moimi starymi; albo to raczej oni liczą się tylko z tymi, którzy mają rodziny, jak moje dwie zamężne młodsze siostry. Więc gdyby mnie nie było, mieliby o jeden problem z głowy mniej. A tak w ogóle, to gdybym chciał się rzucić, czy znalazłby się jakiś anioł, który rzuciłby się zamiast mnie, bym sam mógł odnaleźć czy zrozumieć sens tego życia? Dokładnie w tej samej chwili czuje, jak czyjaś dłoń klepie go w ramię.
- Szefie?
- O Boże, co jest?
- To ja, szefie. - Kloszard z brudnymi włosami, powiedzmy, że ubrany, niebudzący specjalnie zaufania i pozbawiony jakichkolwiek atrybutów anielskości. - Szefie, uszanowanie, nie chciałem przestraszyć, może znajdzie szef jakie dwa euro?
Jedno to za mało, myśli Alessandro, od razu dwa! Już na dzień dobry wyciągają rękę, po ile się da, mają wymagania, interes już się kręci, a business plan obejmuje nawet oczekiwania. Alessandro zagląda do portfela, wyciąga banknot o nominale dwudziestu euro i go wręcza. Kloszard bierze pieniądze do ręki, cokolwiek podejrzliwy, obraca banknot w dłoniach, by mu się lepiej przyjrzeć. Nie może uwierzyć własnym oczom. I zaraz się uśmiecha.
- Dzięki, szefie.
Na wszelki wypadek, myśli Alessandro, jeśli nikt nie skoczy przede mną albo za mnie, to przynajmniej zostawię po sobie jedno dobre wspomnienie. Ostatni dobry uczynek. Nagle rozlega się głos.
- Kogo my tu mamy, oto człowiek sukcesu, król spotów!
Alessandro się odwraca. Z drugiej strony mostu zbliżają się właśnie Pietro, Susanna, Enrico i Camilla. Spacerują spokojni i uśmiechnięci. Enrico trzyma pod rękę Camillę, a Pietro idzie kilka kroków przed nimi.
- No i? Alex, co ty tu robisz? Przeprowadzasz badanie behawioralne? Po wszystko sięgniesz, byle tylko twoje spoty były na topie, co? Gadałeś z tamtym... - i zaraz się odwraca, sprawdza, czy gość się oddalił - założę się, że w twojej następnej reklamie pojawi się ni mniej, ni więcej, tylko kloszard!
- Co ty opowiadasz, akurat tędy przechodziłem. A wy? Wy dla odmiany co robiliście?
- Aaa, wiesz, takie tam.
- Co ci tak nie przypadło do gustu?
- Nie, nic, tyle że moja ciocia gotuje o niebo lepiej!
- I nic dziwnego, ma ciocię rodowitą Sycylijkę!
- Co za gość. Poszliśmy na sycylijskie żarcie do Capricci Siciliani na via di Panico. Chcieliśmy nawet do ciebie dzwonić, potem się zorientowaliśmy, że przecież sam mi mówiłeś o imprezie u Alessi dziś wieczór, tej z twojego biura. Pomyślałem, że tam poszedłeś.
- To prawda, na śmierć o niej zapomniałem!
- Co za gość!
- Dasz wreszcie spokój z tym "co za gość"? Sam jesteś jak jakiś spot!
- Dobra, chodź, pójdę z tobą do Alessi.
- Nie chce mi się.
- Właśnie że ci się chce, w głębi duszy marzysz o tym. A poza tym to by źle wyglądało, zupełnie jakbyś miał skrupuły natury społeczno-ekonomiczno-kulturalnej względem swojej asystentki...
- Ale przecież wszyscy tam są.
- Dlatego właśnie i ciebie nie może tam zabraknąć, a poza tym, sorry, jako adwokat zajmowałem się całym mnóstwem waszych brudów, więc...
- Więc?
- Więc idę z tobą. - Pietro podchodzi do Susanny. - Kochanie, nie pogniewasz się? Widzisz, jaki jest markotny? Lepiej, żebym z nim poszedł, coś go gryzie, sprawy sercowe... a poza tym mamy do pogadania o pracy.
Alessandro się zbliża. - Jakie sprawy? Co ty wygadujesz...
- Nie, nic, nic. Ej, chcecie do nas dołączyć?
Enrico i Camilla zerkają na siebie i zaraz uśmiechają się jedno do drugiego.
- Jesteśmy zmęczeni, wracamy do domu.
- Okay, jak chcecie. - Pietro bierze pod ramię Alessandra. - Cześć, kochanie, nie będę długo siedział, nic się nie martw. - I odciąga go pospiesznie od reszty. - Szybciej, szybciej, zanim się rozmyśli albo coś powie. W ostatnich dniach jakoś złagodniała.
- A coś ty jej wcześniej nagadał?
- Nic takiego, na poczekaniu wcisnąłem jakiś kit, żeby uwiarygodnić moje wsparcie psychologiczne.
- To znaczy?
- No, powiedziałem jej, że chodzi o twoje sprawy sercowe.
- Chyba jej nie wygadałeś, że...
- Co się tak przejmujesz, adwokat taki jak ja ma na okrągło do czynienia z kłamstwem.
- Ale to nie kłamstwo. Tyle że nie chcę, żebyś o tym gadał... Tylko tobie powiedziałem.
- Dobra, ale ty różne rzeczy mówisz ot tak.
- Jak to tak?
- Tak! To jest twój nowy mercedes?
- Mhm.
- Więc to prawda. Rzeczywiście na dobre rozstałeś się z Eleną. Dasz mi się przejechać?
- Nie! Ty niezły jesteś, od miesiąca ci o tym mówię, a ty dopiero teraz dałeś się przekonać.
- Wreszcie mam dowód. W przeciwnym razie nie kupiłbyś sobie tego samochodu, sam mi powiedziałeś jakiś czas temu. Pamiętasz? Zakup czegoś nowego może ci poprawić samopoczucie.
- A propos czego ci to powiedziałem?
- Kupiłem sobie nową komórkę, bo Manuela, ta dwudziestolatka, sprzedawczyni, nie chciała się już ze mną spotykać.
- Ach, prawda, opowiadałeś, ale jakoś ciężko mi nadążyć za twoimi problemami uczuciowymi. O tej Manueli, dajmy na to, na śmierć zapomniałem.
- Ja z kolei zrobiłem, co mi poradziłeś. Posłuszny twoim słowom, wielkiemu guru, jakim jesteś, i... tara! Kupiłem sobie nową komórkę, megawypasioną, a przede wszystkim... Kupiłem ją w salonie Telefonissimo.
- I co to ma do rzeczy, przecież ci nie mówiłem, dokąd masz po nią iść!
- Nie, ale tam właśnie pracuje Manuela! Pomyślała, że znalazłem sobie niezły pretekst, żeby ją znów zobaczyć, i trach-trach! Udało mi się załapać na dwa dodatkowe bzykanka.
- O rany, stary, szkoda gadać, źle z tobą. Masz dwoje małych i wspaniałych dzieciaków, piękną żonę. Nie rozumiem za grosz, skąd w tobie taka zachłanność, taki popęd, ten brak umiaru, zawsze i wszędzie, ta walka z czasem, a zwłaszcza z nimi wszystkimi. A ty sam co o tym sądzisz, dlaczego właściwie żadnej nie przepuścisz, choćby nie wiem co?
- Co ty, będziesz mnie tu psychoanalizował? A może zastanawiasz się, czy by mnie nie wykorzystać w jednej ze swoich reklam? Sorry, ale sam powiedz, czy historia takiego gościa jak ja nie nadawałaby się idealnie do reklamy któregoś z producentów prezerwatyw? Załóżmy, nie, że jest koleś, znaczy nie ja, jakiś inny, który żadnej nie przepuści, i dopiero na końcu wyjmuje pudełeczko. Tych no... jak im tam?
- Dobra, kondomów.
- No, właśnie, morał jest taki, że nie wiadomo, czy to jego brawura, czy prezerwatywa, sprawia, że posuwa te wszystkie laski... Niezłe, co? Oczywiście wszystkie modelki na castingu muszę wpierw sam przetestować... Ty możesz się zająć obsadzaniem roli męskiej.
- Pewnie, jakżeby inaczej. A chcesz się przekonać, jak to moja agencja pozbawi cię możliwości doradzania nam nawet w sprawach prawnych?
- Nie, nie możesz mi tego zrobić. - Pietro klęka przed mercedesem ML. Dokładnie w tej samej chwili mija ich atrakcyjna turystka, kobieta dojrzała, uśmiecha się i kręcąc głową, rzuca: - Italiani!
- Daj już spokój, weź, wsiadaj.
- Ej, z tego też można by zrobić niezły spot dla Mercedesa, co?
Ta sama godzina, to samo miasto, tylko trochę dalej. Dzielnica Eur. Za lunaparkiem, na otwartym polu, w cieniu strzelistych sosen, niewysokich, zielonych wzniesień i dużego, od lat opuszczonego, wielkiego gmachu. Grupa chłopaków i dziewczyn, rozpartych na skuterach, i tych, co przysiedli na krawężniku, i jeszcze innych, którzy porozsiadali się w swoich brykach, pospuszczali szyby i oparli nogi na krawędzi drzwiczek, tak że stopy sterczą im na zewnątrz, do góry. Co pewien czas z wnętrza aut wzbijają się obłoczki szarego dymu, jakby między pojazdami krążyła fajka pokoju, znak dymny, niczym zapowiedź, że towarzystwo się znieczula. Tak, to one, Fale, cztery rozrywkowe przyjaciółki.
- Ej, chcesz? Bum shiva. Weź, pociągnij, co?
- Nie, nie mam ochoty.
- Ej, zauważ, że to skręt, a nie byle papieros.
- No właśnie... - Niki wykonuje zdecydowany odmowny ruch ręką.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- A co, to dla ciebie jakiś problem?
Diletta wchodzi Olly w słowo.
- Sama będziesz miała problem, bo musisz sobie zajarać, żeby w ogóle mieć dobry humor...
Niki usiłuje załagodzić całą sytuację.
- Weź, nie bądź upierdliwa.
- Dlaczego nigdy nikomu nie przepuścisz, ty niezła jesteś, nic, tylko byś się żarła z kim popadnie.
- Słuchaj, ja jej tylko powiedziałam, że nie będę jarać, to ona się upiera, żeby wszyscy koniecznie uprawiali kult Maryśki, myślałby kto, że rzeczywiście chodzi o jakąś sektę religijną samej Najświętszej Panny.
- Jak ty coś walniesz!
- Ja, tak?
- Można się dowiedzieć, na co my w ogóle czekamy?
- Właśnie, powiedziałaś, że to jakiś supernews, mega... Ale tu się nic nie dzieje...
- Coś ty, poważnie nigdy nie brałaś udziału w Bbc?
- A co to takiego, amerykański serwis informacyjny?
- BumBumCar.
- Powaga, niby dlaczego miałabym ci wciskać kit?
- No to zajebioza... O masz, patrz, to są rękawiczki.
- A na co mi one?
- Musisz je założyć, w przeciwnym razie zostawisz odciski.
- Jakie odciski, przecież nie jestem notowana.
- Dobra, ale załóżmy, że któregoś dnia będą coś sprawdzać i je od ciebie wezmą, jak nic wpadną wtedy na twój trop.
- Co mają sprawdzać, moje odciski palców? Dlaczego mieliby chcieć je wziąć?
- A jeszcze to. Masz. - Wyciąga z kieszeni okularki z gumką.
- Przecież w tym się pływa!
- Ej, przynajmniej ci nie spadną w razie kolizji. Wiesz, czasami szyby roztrzaskują się i rozbryzgują na kawałki!
- Debilka z ciebie! Specjalnie tak mówisz, żeby mnie przestraszyć.
- Coś ty! A poza tym, to czy sama nie mówiłaś, że nigdy niczego się nie boisz?
- Kiedy muszę iść do odpowiedzi... ale to co innego.
- Właśnie, laski, nawet mi nie przypominajcie, bo jutro mam być odpytywana już na pierwszej lekcji!
Teretereteretere. Dziwny odgłos trąbki, jaki wydają wieśniackie klaksony, na tyle rzadkie, że można by je uznać za lans, nagle przeszywa mrok.
- To oni, właśnie nadjeżdżają.
Pięć różnych samochodów pojawia się nagle w polu widzenia na placu. Pierwszy hamuje z piskiem, pozostałe idą w jego ślady, bardziej lub mniej nieudolnie. Cinquecento. Mini. Citroën C3. Lupo. Micra. Kierowcy wszystkich dodają gazu, a silniki wyją jak opętane.
- Dlaczego wszyscy wybraliście krótkie bryki?
- Ej, takie mieli do dyspozycji, nie było w czym wybierać.
- Ale ile im za nie daliście?
- Spoko, po sto euro za każdy, pojechaliśmy po nie do Manny, na Tiburtinie, wiesz, do tego mechanika?
- No...
- Już na nas czekały, blokady pozdejmowane, z kluczykiem w stacyjce, ta, zajebiście!
- Powiedzieli ci, jak je przygotować?
- Pewnie. Patrz, opony już posczepialiśmy.
- No to je teraz pozakładaj, dawaj.
- A wy idźcie, ładujcie się do środka.
- Ja idę z nim.
- A ja z tobą, dobra?
Dziewczyny pakują się do samochodów, każda do innego. Wszystkie rozpiera dzika radość, są podekscytowane, to adrenalina.
- Ej, nie więcej niż trzy do jednego auta, z tyłu tylko jedna.
- Ja tam sobie daruję...
- Pękasz, co, Niki...
- Nie. Przestało mnie to bawić...
- A ty co, Diletta, nie idziesz?
- Skąd, co wy, oszalałyście? Na czym w ogóle polega to BumBumCar?
- Zajebista sprawa, a ty trzęsiesz portkami!
Dwie pozostałe z paczki Fal, Olly i Erica, wraz z innymi dziewczynami, ładują się w pośpiechu do aut. Jeden koleś stoi obok samochodu, otwiera drzwiczki i włącza stereo na cały regulator.
- Dajcie czadu, stawiamy na was! Dobra, powtarzam regulamin, jakby kto nie wiedział. Ostatnia bryka, która jest na chodzie, zgarnia całą wygraną! Zakłady dzielimy w ten sposób, że połowa trafia do tego, kto siedzi w zwycięskim aucie, a druga do podziału dla tych, którzy wytypowali zwycięzcę.
Laska się wydziera: - Na miejsca! - Grupa chłopaków podbiega do samochodów, kolesie zamykają drzwi i ładują na górę po dwie opony, sczepione ze sobą długim łańcuchem, przerzuconym przez dachy aut. Opony lecą w dół i zwisają po bokach pojazdów, niczym fantazyjne siodło do jazdy konnej. Ostatecznie zastygają na płask na wysokości szyb, by chronić je podczas kolizji. Na ile to możliwe. Dziewczyna w szortach i z kolorowym gwizdkiem wybiega na środek placu i staje naprzeciwko pięciu aut. Wyjmuje z kieszeni bandanę, czerwoną, gorejącą niczym płomień. Unosi ją do góry, do samego nieba, zamaszystym, porywającym ruchem, wyraźnie ją to bawi, tę szaloną matkę chrzestną zakazanego BumBumCar. I zaraz błyskawicznie opuszcza bandanę, zaśmiewając się i pogwizdując. I: - Naprzód! - W tej samej chwili odskakuje na bok, pędem, spłoszona, wbiega na krawężnik, byle jak najdalej, w bezpiecznej odległości od tego szaleńczego rajdu na stłuczkę. Samochody ruszają z piskiem opon. Cinquecento wjeżdża w micrę, kasuje jej cały bok, ale samo płaci własnym, bo mini uderza w nie niespodziewanie. Ciemny citroën C3 jedzie na pełnym gazie, mija obydwa auta i nagle wrzuca wsteczny i zaczyna się cofać, zderza się z lupo i rozwala mu chłodnicę. Podjeżdża cinquecento i wjeżdża w bok mikrze, odbijając się od ochronnej opony. Roztrzaskują się dwie boczne szyby, siedzące w środku dziewczyny wydzierają się i piszczą, udają przerażone, choć tak naprawdę upojnie się bawią. I wówczas go dostrzegają. I w krzyk.
- Z drogi, zbliża się Fabio, pędzi jak szalony. - Micrą zarzuca, prawie wpada w poślizg, przyhamowuje i znów czołowo zderza się z cinquecento. Tylna szyba roztrzaskuje się na tysiące odłamków. I tak w kółko, rozczepiają się, odjeżdżają jeden od drugiego, zawracają, pędząc jak szaleni. I bum, znów zderzenie z micrą i lupo. I bum, mini wjeżdża w cinquecento i bum, mini - w micrę i bum, siłą odrzutu tyłem micra wpada na citroëna. I dalej to samo, taranując się nawzajem, jeden drugiego, przy głuchym odgłosie miażdżonej blachy, wgniatanych drzwiczek, roztrzaskiwanych szyb, rozwalanych świateł, gnących się błotników, zdeformowanych masek, niczym szpony z metalu pod wpływem nagłego skurczu. A opony, poprzerzucane jak siodła, odbijają się od drzwi, szybują w górę i opadają. Niektóre się zrywają i swobodnie toczą przed siebie, w stronę chłopaków i dziewczyn stojących wzdłuż krawężnika. I bum, bum, bum. Chwilę później Bbc dobiega końca. BumBumCar ma swojego zwycięzcę. W mini i micrze dymi chłodnica, każde ma kompletnie skasowaną maskę, cinquecento zgięło się wpół, ma rozwaloną półoś i powyginane, sterczące na zewnątrz opony. Jest jak byk, któremu zadano ostatni cios włócznią, przez co pod zwierzęciem uginają się nogi i byk, parskając, ląduje łbem w pyle areny. Obydwie opony osłaniające boki micry są w strzępach, w końcu nie wytrzymały zmasowanej serii uderzeń i zaklinowały się pod spodem karoserii. Lupo to jedyne auto, które w ogóle jeszcze jest na chodzie. Krztusi się, zjeżdżając niemrawo na środek placu. Gubi rejestrację, która odrywa mu się niespodziewanie, rozlega się metaliczny brzęk, podobny do tego, który towarzyszy puszkom przytroczonym do tylnego zderzaka samochodu, którym nowożeńcy wyruszają w podróż. Ale nikt dziś nie stawał na ślubnym kobiercu i żaden właściciel nie oszaleje ze szczęścia i nie będzie świętował odnalezienia zaginionego auta, a przynajmniej już nie teraz, kiedy zguba jest w tak opłakanym stanie.
- Juhuuuu! Wygraliśmy! - Chłopaki i dziewczyny okupujący krawężnik wiwatują na całego. - Wiedziałem! Wiedziałem! Lupo jak wilk może wylenieć, ale za nic nie da się zrobić w konia! - I dogadują, ile wlezie, jadą po bandzie, gdy tymczasem co poniektórzy, z wężem w kieszeni, już się martwią, żeby odebrać wygraną, i zaczynają liczyć. Z samochodów wysiadają jeden po drugim heroiczni kierowcy, niektórzy wydostają się przez roztrzaskane boczne szyby, inni - tylnymi drzwiami, jeszcze inni - przodem, po masce. Wszyscy pozbywają się okularków do pływania.
- Dawaj! Ile nam się należy?
- Weź już, w końcu to my wygraliśmy!
- Tylko podziel jak trzeba, dobra? Nie kantuj!
Fabio bierze kasę, która mu się należy, i przelicza pospiesznie. - Nie wierzę, sześćset euro! Dobra, Niki, stawiam ci kolację twoich marzeń, na zgodę.
- Jeszcze do ciebie nie dotarło? Ile razy mam ci powtarzać to samo? Mowy nie ma o żadnej kolacji! Ty i ja to już przeszłość.
- Jak to! Przecież sama powiedziałaś...
- Tydzień temu oddałam ci wszystkie twoje zdjęcia i na wszelkie możliwe i wyobrażalne sposoby ci to powiedziałam, naprawdę, sama już nie wiem, co takiego jeszcze mogłabym wymyślić, żebyś to wreszcie pojął. Koniec. Kaputt. Over. Auf Wiedersehen. Rozstaliśmy się...
- Okay, jak sobie chcesz. Ej, dziewczyny, Niki i ja nie jesteśmy już razem.
- Tak się składa, że one akurat to wiedzą.
- Czyli ja znów jestem do wzięcia, dajcie znać i dajcie z siebie wszystko.
Fabio chowa kasę do kieszeni, wsiada na swój skuter i czym prędzej się zmywa. Inni popatrują na siebie przez chwilę, w końcu co poniektórzy wzruszają ramionami i udają, że nic się nie stało. Olly podchodzi do Niki.
- Wiesz, że kiedy się tak zachowuje, to pozostaje tylko przyznać mu, że...
- Że jest złamanym kutasem!
Teraz jest przy nich i Diletta. - Sorry, ale zgarnął całą kasę, wcale się nie podzielił...
- Ta, cały Fabio...
- Ale zwykle kierowca dzieli się z załogą, nie? - upewnia się Erica.
Niki wzrusza ramionami. - Chyba już ci powiedziałam, że to złamany kutas, nie? Czy ktoś ma fajka na zbyciu?
Olly wyciąga z kieszeni paczkę. Podchodzi Diletta i Niki zaczyna jej otrzepywać koszulkę. - Uważaj, ostrożnie, masz na sobie pełno odłamków szkła...
- Pomyśl, jakby mnie starzy przyłapali i ja bym im na to, że właśnie zaliczyłam Bbc - rzuca Olly.
Diletta kręci głową. - To już lepiej powiedzieć, że miałaś wypadek, tylko nie moją minibryką, jasne? Bo jeszcze gotowi nie uwierzyć i sama będę musiała poharatać sobie auto. Już widzę, jak lądujesz u mnie pod domem z nożem w ręku.
- Tak, byłaby zdolna! - I wszystkie w śmiech.
- Dobra, kto mnie podrzuci do domu? Jutro mam być odpytywana.
- Nie truj, że niby co, to by było na tyle? - pyta Olly.
- Okay, co najwyżej możemy skoczyć na lody do Alaski.
- Ja cię, to dopiero szaleństwo, co? Dobra, dobra, widzimy się na miejscu.
- Ale potem już na serio do chaty, tak? - upewnia się Diletta. - Bo coś ciągle wam mało, choć już przecież nieźle narozrabiałyście.
- Okay, mamusiu Diletto. Choć ja tam mam pewien pomysł - rzuca Olly, unosząc brew. - Jest zajebista impreza!
Niki ciągnie Dilettę za koszulkę. - Idziemy, lody i koniec, naprzód!
- Cześć wam, my spadamy!
I odchodzą, zanosząc się śmiechem. Olly, Niki, Diletta i Erica, ONDE, czyli Fale, same się tak nazwały już pod koniec pierwszej klasy liceum, kiedy zostały przyjaciółkami. Wszystkie piękne, wesołe, choć każda inna. Bardzo są sobie drogie. Bardzo bardzo. Niki dopiero co rozstała się z Fabiem, Olly na dobrą sprawę codziennie rozstaje się z innym kolesiem. Za to Erica od zawsze chodzi z Giorgio, Gi?, jak go nazywa. A Diletta... Właśnie, Diletta wciąż jeszcze poszukuje swojego pierwszego chłopaka. Ale jest dobrej myśli: wcześniej czy później spotka tego jedynego. A w każdym razie ma taką nadzieję. Tak, Fale to naprawdę laski z powerem, no i przede wszystkim - prześliczne przyjaciółki. Jednak któraś z nich się wyłamie i zdradzi.
- Ej, ludzie, patrzcie, kto przyszedł, szef! Stawił się w towarzystwie adwokata! Chwila, szefie, dziś wieczór mowy nie ma o robocie, jasne? Jesteśmy na imprezie, więc nawet nie próbuj zwoływać jednego z tych swoich zebrań! - zaśmiewa się Alessia, otwierając drzwi na oścież. Odsuwa się i wykonuje powitalny ukłon, przepuszczając Alessandra i Pietra, by mogli wejść do środka. Wokół aż roi się od ludzi.
- Całkiem już straciliśmy nadzieję. Wygrałem zakład, a nie mówiłem, że się pokaże?
Pietro się przechyla, zarzuca Alessandrowi rękę na szyję i szepcze mu do ucha: - Widziałeś, jak dbam o twój wizerunek, trzeba dbać, by twój zespół w ciebie wierzył, w przeciwnym razie, co z ciebie za szef?
Alessandro uwalnia się z uścisku.
- Więc tak, ten, kto pierwszy zwróci się do mnie per szefie, zostanie zawieszony na dwa dni.
Na co z miejsca wszyscy chórem: - Szefie, szefie!
- Albo nie, odwołuję, pierwsza osoba, która się do mnie tak zwróci, będzie miała przez dwa dni dwa razy więcej roboty!
- Sorry, szefie, znaczy, sorry, Alex!
- Jeśli się będę bardzo spoufalać, mam szansę na jakąś nagrodę? Bo ja wiem, może jakiś urlop?
- Za próbę przekupstwa dwa razy więcej roboty i tak.
- No to co, można się tu chociaż czegoś napić?
Alessia, asystentka Alessandra, nadciąga z pełnym kieliszkiem.
- Już się robi, muffato, takie jak lubisz, prawda sze...? - Alessandro unosi brew i krzywo na nią patrzy. - Szeryfie, chciałam powiedzieć szeryfie, przysięgam.
- Tak czy siak jakoś nie najlepiej to brzmi. Weźcie, bawcie się, jakby mnie tu nie było, lepiej, jakby nas tutaj nie było.
Pietro wyrywa mu z ręki kieliszek i chciwie pociąga olbrzymi łyk.
- Ej, jakby nas tu nie było? Ja tam jestem i dopiero się rozkręcam! Dobre wino, jakie to?
- Muffato.
- Mógłbym dostać jeszcze jeden? - Alessandro zwraca się do Alessi, która już nalewa kolejny kieliszek i mu go podaje.
- A dlaczego przyszedłeś bez Eleny?
Pietro patrzy na niego i udaje, że się dusi. Alessandro szturcha go łokciem.
- Nie mogła. Musiała zostać w pracy.
Alessia unosi z niedowierzaniem brew.
- Okay. Jest jeszcze trochę jedzenia tam na stole, jeśli macie ochotę, idę wstawić napoje do lodówki. Zapraszam, czujcie się jak u siebie w domu.
Alessia odchodzi w swojej cienkiej obcisłej sukience, która ładnie podkreśla jej krągłości.
Pietro nachyla się do Alessandra. - Ej, naprawdę świetne to muffato... A twoja asystentka też niczego sobie. Znaczy, z twarzy może niespecjalna, ale za to jaki tyłek... Startowałeś kiedyś do niej? Według mnie leci na ciebie jak nic.
- Skończyłeś?
- Prawdę powiedziawszy, to dopiero się rozkręcam. Sorry, dlaczego jej nie powiedziałeś, że rozstałeś się z Eleną?
- Nie rozstałem się z Eleną.
- Dobra, to że ona cię zostawiła.
- Nie, ona mnie nie zostawiła.
- Więc co się stało? Ty dobry jesteś. Elena znikła.
- Nie znikła. Tylko ma taki moment.
- Co znaczy: ma taki moment, to gorsze niż przerwa na przemyślenie wszystkiego... taki moment. Znaczy, wyniosła się z domu, zabrała wszystkie swoje rzeczy, a przecież wkrótce mieliście zamiar się pobrać. A ty nadal utrzymujesz, że ma taki moment.
Alessandro milczy i popija wino. Pietro nie odpuszcza.
- No i co ty na to?
- A ja na to, że spieprzyłem sprawę, bo poprosiłem, żeby za mnie wyszła, albo nie, lepiej, spieprzyłem, bo o wszystkim ci powiedziałem, albo nie, bo cię zabrałem na tę imprezę albo dlatego, że zgodziłem się, żebyś prowadził sprawy mojego biura, albo dlatego, że nadal jestem twoim przyjacielem...
- Okay, okay, jak jesteś taki nadęty, to odechciewa mi się szaleństw. Idę.
- Weź, nie wychodź.
- A kto by tam wychodził, tu aż roi się od dup, bynajmniej nie jestem takim frajerem jak ty, co to na własne życzenie gotów zrujnować sobie życie! Chciałem powiedzieć, że udam się w tamtym kierunku, na full wypas.
Pietro odchodzi, kręcąc głową. Alessandro dolewa sobie muffato i postanawia obejrzeć bibliotekę, odstawia kieliszek i zaczyna się przyglądać książkom Alessi. Zostały ustawione według wielkości i koloru, tematycznie. Ktoś na kanapie zanosi się śmiechem, towarzystwo przy stole rozmawia podniesionym głosem, przeskakują z tematu na temat, kino, futbol, telewizja. Alessandro sięga po jakąś książkę, kartkuje ją, zatrzymuje się na przypadkowej stronie. Próbuje coś przeczytać. Kto zakochuje się od pierwszego wejrzenia, temu do zdrady wystarczy jedno zaledwie spojrzenie. Czy to aby nie slogan reklamowy filmu Bliżej? Co to za książka? Nawet los musi dorzucić swoje trzy grosze. Kiedy jesteś świeżo po rozstaniu, to masz wrażenie, jakby cały świat sprzysiągł się przeciwko tobie. Wszystkim jak na złość się układa, tylko tobie jednemu nie.
- Witaj. - Alessandro się odwraca. Stoi przed nim niski, lekko łysiejący chłopak, taki grubasek, ale dobrze mu z oczu patrzy. - Nie przypominasz sobie, kim jestem? - Alessandro mruży oczy, starając się przywołać go w pamięci. Nic. - Nie pamiętasz, co? No weź, wsłuchaj się w mój głos... słyszałeś mnie pewnie jakieś tysiąc razy.
Alessandro patrzy na niego, ale za nic nie może sobie przypomnieć, kto to taki.
- No i?
- No i co, niczego przecież nie powiedziałeś.
- Okay, masz rację. No więc... Dzień dobry, tu dział... weź, przestań, to proste, poważnie nie pamiętasz? Słyszałeś już mój głos jakieś tysiąc razy... Dzień dobry, dział marketingu... Weź no, pracuję z Eleną!
Znowu! Co to ma być, jakiś żart? Co wy, wszyscy się na mnie uwzięliście? - No weź, raz nawet wpadłeś ją odwiedzić. To ja zajmowałem to biurko na prawo od niej.
- Tak, prawda, teraz pamiętam. - Alessandro stara się być uprzejmy.
- Nie, według mnie nic a nic nie pamiętasz. Tak czy siak, już tam nie siedzę, zostałem przeniesiony, to znaczy, dali mi dwa dni wolnego. Jutro idę na rozmowę, bo zaczynam nową pracę, u nas w firmie, się rozumie... Ale dlaczego nie ma z tobą Eleny?
Alessandro nie wierzy własnym uszom. Znowu to samo.
- Obowiązki zawodowe.
- A, tak, możliwe, zawsze siedzi w pracy do późna.
- Nie możliwe, tylko tak jest.
- Tak, tak, jasne, powiedziałem możliwe... ot tak, samo wyszło.
Przez chwilę stoją w milczeniu. Alessandro usiłuje jakoś wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji.
- Okay, ja idę po coś do picia.
- Dobra, ja sobie tu postoję. Mogę cię o coś zapytać? - Alessandro wzdycha ciężko, usiłując zrobić to możliwie jak najdyskretniej. Ma jedynie nadzieję, że facet nie będzie już go więcej pytał o Elenę.
- Tak, jasne, słucham.
- Jak myślisz, dlaczego ludzie jakoś zawsze mnie zapominają?
- Nie wiem.
- Jak to, ty, wielki spec od reklamy, koleś, który wymyślił całą masę kampanii reklamowych, który zawsze wszystko wie... A tak w ogóle... nazywam się Andrea Soldini.
- Miło mi, Andrea... A tak w ogóle... nie zawsze wszystko wiem.
- Tak, dobra, słowem, nie potrafisz mi tego wytłumaczyć?
- Po prostu nie wiem. Ja robię reklamy, które mają w jakiś sposób wypromować dany produkt, przecież nie mogę zrobić spotu reklamowego o tobie. - Andrea spuszcza wzrok, zmartwiony. Do Alessandra dociera, że zachował się niegrzecznie, i teraz stara się to nadrobić. - Znaczy, tak na gorąco nie wiem, co ci odpowiedzieć. W tym sensie... Tu i teraz nie mogę zrobić spotu o tobie. Pójdę po coś do picia i spróbuję coś wymyślić, okay?
Andrea unosi głowę i się uśmiecha. - Dzięki... serio, dzięki.
Alessandro oddycha z ulgą. Chociaż tyle ma z głowy.
- Okay, teraz już naprawdę idę po coś do picia.
- Pewnie. A może ja ci coś przyniosę?
- Nie, nie, dzięki.
Alessandro idzie sam. Masz ci. Pomyśleć tylko, że akurat dziś musiałem wylądować na imprezie po to, by zawracać sobie głowę takim kolesiem. Nie to, żeby nie był sympatyczny. Ale przecież nie mogę się przez cały czas tylko zastanawiać, dlaczego facet jest niewidoczny, dlaczego nikt go nie pamięta. Mówi, że siedział przy biurku z prawej strony. Mnie się zdaje, że tam w ogóle nie było żadnego biurka. Możliwości są dwie, drogi Aleksie: albo byłeś ślepo zapatrzony w Elenę, albo ten koleś rzeczywiście niczym się nie wyróżnia. Możesz mieć jedynie nadzieję, że nigdy nie zlecą ci kampanii reklamowej produktu w rodzaju Andrei Soldiniego. Na samą myśl Alessandro się rozchmurza i z uśmiechem (pierwszym tego wieczoru) podchodzi do bufetu i nakłada sobie coś do jedzenia. Tuż obok stoją dwie prześliczne dziewczyny i się do niego uśmiechają.
- Dobre, prawda? - pyta jedna.
Alessandro uśmiecha się, już po raz drugi tego wieczoru. - Tak, dobre.
Druga dziewczyna też się do niego uśmiecha. - Dobre... wszystko tu dobre. - Alessandro i do niej się uśmiecha. Trzeci uśmiech z kolei.
- Tak, dobre.
To na pewno Rosjanki. I zaraz się odwraca. Z kanapy, nieopodal, przygląda mu się Pietro. Siedzi obok urodziwej brunetki z długimi włosami, która pochyla się do przodu i zanosi śmiechem, w reakcji na coś, co pewnie od niego usłyszała. Pietro puszcza z daleka oczko do Alexa, unosi kieliszek, jakby chciał wznieść toast. Bezgłośnie rusza ustami tak, by przyjaciel zrozumiał. - Świetnie ci idzie!
Alessandro unosi rękę, wykonuje gest, jakby chciał Pietra posłać do diabła, po czym nalewa sobie kolejny kieliszek muffato, upewnia się, że Andrea już znikł z pola jego widzenia, idzie na taras, zostawiając przy stole samym sobie wszystkie trzy swoje uśmiechy. Opiera się łokciami o balustradę i zaczyna sączyć wino. Dobre, odpowiednio schłodzone, do tego wieczór niezbyt jak na kwiecień upalny. Słychać samochody gdzieś w oddali, po lewej stronie Tybru, który płynie sobie niespiesznie, w milczeniu i z perspektywy tego niewielkiego tarasu wydaje się jakiś czystszy. Pomyśleć tylko, że akurat teraz mógłbym właściwie tam być, spływać sobie w towarzystwie falujących w rytm meksykańskiej fali, znudzonych szczurów. Zupełnie jak w tym filmiku puszczanym w czołówce Po godzinach, ten koleś, który tonie i idzie na dno. Albo jak w finale Martina Edena, kiedy bohater, ukąszony przez węgorza, płynie w kierunku dna i chce umrzeć, bo odkrył, że kobieta, którą kocha, jest głupia. Głupia. Głupia. Głupia śmierć, która czeka na nas znudzona. Gdybym się rzucił, to jak nic bym przypłacił to życiem, w odróżnieniu od Jamesa Stewarta, pewnie do tego ukąszony przez węgorza do spółki ze szczurem... Tyle że mój Anioł Stróż już dawno się zmył.
- O czym myślisz? - Alessia staje mu za plecami.
- Ja? O niczym.
- Jak to o niczym. Ty nigdy nie myślisz o niczym. Twój mózg zachowuje się całkiem tak, jakby sam był na nielimitowanym czasowo kontrakcie z naszą agencją.
- Cóż, widać, że dziś wieczór dostał przepustkę.
- Ty sam też powinieneś od czasu do czasu pójść w jego ślady. Trzymaj. - Podaje mu kolejny kieliszek. - Byłam pewna, że poprzedni już jest pusty. Przyniosłam ci passito di Pantelleria. Uważam, że jest jeszcze lepsze od tamtego. Spróbuj...
Alessandro sączy je powoli.
- Tak, dobre, masz rację. Delikatne...
Lekki, zmysłowy wietrzyk od wschodu usiłuje stworzyć sprzyjającą atmosferę. Teraz i Alessia opiera się o balustradę i patrzy daleko przed siebie.
- Wiesz, wspaniale się z tobą pracuje. Przyglądam ci się, kiedy jesteś w pokoju. Wciąż chodzisz, odbywasz całe wędrówki po tym dywanie... zawsze w kółko, zdążyłeś już wydeptać swój szlak. W kółko, na okrągło. A zarazem unosisz głowę w stronę sufitu i patrzysz, ale gdzieś daleko... Zupełnie jakbyś widział dalej, coś poza tym sufitem, poza budynkiem, poza samym niebem, za morzem, gdzieś hen daleko, jakbyś widział rzeczy...
- Tak, które ani się śniły waszym filozofom... Daj spokój, przestań się ze mnie nabijać.
- Nie, poważnie, tak myślę. Jesteś w doskonałej harmonii ze światem i potrafisz się śmiać z tego, co czasami nam się przytrafia i co jesteśmy zmuszeni znosić... Jak choćby miłość, która się kończy. Jestem pewna, że nawet gdyby chodziło o ciebie, też potrafiłbyś się z tego śmiać.
Alessandro patrzy na Alessię. Przez chwilę wpatrują się w siebie. Ale zaraz ona lekko się peszy. Alessandro pociąga kolejny łyk passito, które dopiero co mu przyniosła, i znów patrzy na dachy kamienic.
- Mecenas ci powiedział, tak?
- Tak, ale sama też bym na to wpadła. Sądzę, że ta Elena nie zasługuje nawet na twoją "miłosną pogardę".
Alessandro kręci głową.
- O tym też ci powiedział. - Alessia widzi, że tym razem to on jest speszony.
- No już, szeryfie, wiesz, ilu ja porzuciłam... i ilu porzuciło mnie!
- Nie, nie wiem. Nikt mi nie donosi o twoich sprawach.
- Masz rację, przepraszam. Ale nie złość się na przyjaciela. Pietro chciałby tylko, żebyś znów był wesoły, taki jak zawsze. Postawił na mnie, licząc, że będę potrafiła cię rozśmieszyć. Ale może lepiej by było, gdyby ci podesłał jedną z tych Rosjanek, prawda?
- Co ty wygadujesz.
Nie ma nic gorszego niż to, kiedy sam jesteś w kiepskiej formie, a tu ktoś usiłuje cię obciążyć swoimi głupimi problemami. Najpierw ten koleś, który chce, żeby wszyscy go zapamiętali. Właśnie, widzisz, nawet nie pamiętam, jak się nazywa. Ach tak. Andrea Soldini. A teraz jeszcze Alessia ze swoją chęcią bycia w centrum uwagi. Albo lepiej: chęcią bycia lekiem na całe zło. Zawracanie głowy... Alessandro podchodzi do niej. Alessia odwrócona w drugą stronę patrzy gdzieś daleko, tam, gdzie biegnie ulica, która znika za zakrętem. Alessandro obejmuje ją ramieniem. Ona odwraca się wdzięcznie, uśmiechnięta. Ale on ją ubiega i całuje w policzek.
- Dzięki. Jesteś lekiem, który czyni cuda. Widzisz, wystarczy kilka sekund i od razu jest lepiej... już się uśmiecham.
- A idź ty! - Alessia się śmieje i wzrusza ramionami. - Zawsze mnie nabierasz.
- Skąd, poważnie.
Alessia patrzy na niego. - Nic się nie da zrobić, wy, mężczyźni...
- Oszczędź mi tylko tego banału: "wszyscy jesteście tacy sami", bo przypomina mi to spot puszczany na okrągło, a po tobie akurat spodziewam się czegoś więcej.
- I słusznie, ode mnie usłyszysz coś innego: wy, mężczyźni, jesteście każdy na swój sposób ofiarami jakiejś kobiety. Ale jest wam to potrzebne. A wiesz po co? Żeby się usprawiedliwiać, ilekroć krzywdzicie tę kolejną.
- Ajajaj. - Alessia już ma iść, ale Alessandro ją zatrzymuje.
- Alessia?
- Tak, słucham.
- Dziękuję.
Alessia się odwraca. - Głupstwo.
- Nie, poważnie. Twoje passito jest wyborne.
Alessia kręci głową, po chwili się uśmiecha i wchodzi do środka.
Lodziarnia Alaska. Fale rozsiadły się na metalowych krzesłach ustawionych przy wejściu. Olly wyprostowała nogi i oparła je na krześle obok.
- Mniam, te lody są naprawdę boskie! - Łapczywie i ze smakiem liże swoją porcję, wreszcie odgryza kawałek z czubka. - Według mnie do gorzkiej czekolady dodają jakieś dragi. To niemożliwe, żeby zwykłe lody tak mnie kręciły.
Dokładnie w tej samej chwili przechodzą przed nimi dwaj chłopacy. Jeden ma na sobie płócienną kurtkę z napisem "Surfer" na plecach. Drugi czerwoną - z napisem "Fiat". Gadają, śmieją się i wchodzą do lodziarni.
- O, ostatni model fiata też mnie zajebiście kręci.
Niki się śmieje. - A bo co, nie zaliczyłabyś sobie takiego małego "surfowanka"?!
- Nie, raczej nie... Mam je już za sobą...
- Ej, Olly, uważam, że nas nabierasz. Nie wierzę, że z tym też byłaś naprawdę.
- A ja uważam - wtrąca Diletta - że ona to mówi naumyślnie, bo ja tu jestem. Chce, żebym zjarała cegłę. Żebym rozmyślała o tym wszystkim, co przechodzi mi koło nosa.
- Nie to, żebym z nim robiła Bóg wie co. Nic takiego, pojeździliśmy sobie trochę po mieście.
Koleś, rozpędzony, podjeżdża na skuterze, hamuje milimetr od nich, zsiada i w dzikim pośpiechu stawia skuter na nóżce. - O, to tutaj się podziewacie! - To Gi?, chłopak Eriki. - Wszędzie was szukałem!
- Poszłyśmy się przejechać.
- Tak, wiem.
Erica wstaje i go obejmuje. Całują się delikatnie w usta. - Kochanie... uwielbiam, kiedy jesteś o mnie zazdrosny.
- Gdzie zazdrosny, martwiłem się. Zrobili obławę w dzielnicy Eur, akurat w trakcie BumBumCar, aresztowali kupę ludzi za kradzież aut, nielegalne zakłady i współudział w przestępstwie.
- Oooooj, bum bum bum na całego! Do tego jeszcze współudział w przestępstwie. - Olly zdejmuje nogi z krzesła i pochłania ostatni kęs loda. - I do tego nielegalne posiadanie broni!
- Co ty, bez jaj. Dowiedziałem się o tym od Giangiego, który tam był, udało mu się uciec, kiedy tamci przyjechali.
- Kurczę, wobec tego to prawda. - Diletta podnosi się z krzesła. - Giangi tam przecież też był.
- Czyli że wy też. - Gi? patrzy ze złością na Ericę.
- Pojechałam tam razem z dziewczynami.
- Co mnie to obchodzi, że pojechałaś tam z dziewczynami, ja nie chcę, żebyś tam w ogóle jeździła, i już.
- No pewnie. - Olly kręci głową. - Jesteś zazdrosny o Fernando, tego, który zbiera zakłady.
- Coś ty... martwię się o nią i tyle! Pomyśl tylko, co by było, gdyby ją zgarnęli. Ej, tamtych zgarnęli, tak? Chyba nie skumałaś.
- Oj tam, jakby ją zgarnęli... to by ją zgarnęli - rzuca Olly najspokojniej na świecie.
Gi? chwyta Ericę za ramiona. - Kochanie, ale dlaczego niczego mi nie powiedziałaś?
Erica uwalnia się z uścisku. - Znowu to samo. Matko Boska, zachowujesz się jak mój ojciec. Daj mi spokój! Już ci powiedziałam, byłam razem z przyjaciółkami. - I zaraz zwraca się do niego szeptem: - No już, nie mam ochoty kłócić się na oczach dziewczyn, skończ już.
- Okay, jak chcesz.
Dzwoni komórka. Niki wyciąga z kieszeni spodni swoją maleńką nokię. - O rany, to moja matka, czego ona chce o tej porze? Halo, mamo, co za wspaniała niespodzianka.
- Gdzie jesteś?
- Sorry, nawet się ze mną nie przywitasz?
- Witam się. Gdzie jesteś?
- Oj. - Niki prycha i podnosi wymownie oczy do góry. - Jestem na corso Francia, zajadam sobie beztrosko loda w towarzystwie moich przyjaciółek. A dlaczego?
- Ach, to całe szczęście. Przepraszam, ale dopiero co wróciliśmy do domu, twój ojciec włączył telewizor i w wiadomościach, w wydaniu o północy powiedzieli, że aresztowali nastolatków w dzielnicy Eur. Podali nazwiska, był wśród nich syn naszych przyjaciół, Fernando Passino...
- Kto?
- Tak, ten, z którym czasami się umawiasz, no już, nie udawaj, że nie wiesz, o którego chodzi! Wiesz, i to doskonale, Niki, nie denerwuj mnie, znacie się i widujecie. Słowem, podali tylko nazwiska osób pełnoletnich, oczywiście, ale przez chwilę myślałam, że ty też jesteś w to zamieszana.
- Mamo, no co ty, jakim cudem? Wybacz, za kogo ty mnie masz? - Niki wytrzeszcza oczy, zaintrygowane przyjaciółki przysuwają się do niej. Niki potrząsa ręką, jakby chciała powiedzieć: "Nie macie pojęcia, co się takiego stało".
- Ale mamo, czy wiadomo, dlaczego ich aresztowali? To znaczy, co takiego zrobili?
- Bo ja wiem, nie słyszałam dobrze, chodzi o jakieś samochody, była mowa o kradzionych autach, nie zrozumiałam dokładnie... O, już wiem, jakiś tam stumpcar.
- Nie, to chodziło o BumBumCar, mamo...
- O, dokładnie. Ale skąd ty to wiesz?
Niki zaciska zęby i stara się jakoś wybrnąć. - Dopiero co przyjechał tu Giorgio, chłopak Eriki, i nam opowiedział. Usłyszał, jak mówili o tym w radiu, ale nie chciałyśmy mu wierzyć.
Olly i Diletta rechoczą po cichu. Po chwili Olly rozczapierza dłonie i udaje kota, który ślizga się po szybie. Niki usiłuje dać jej kopniaka, byle tylko ją przepędzić i samej nie wybuchnąć śmiechem.
- Sama widzisz, że nie opowiadam ci historii wyssanych z palca - ciągnie mama - widzisz, to wszystko prawda. Słuchaj, może lepiej będzie, jak już wrócisz do domu, co? Już północ.
- Mamo, to trzeba sobie było urodzić Kopciuszka, tak? Już jadę! Cześć! Buziaki, buziaki, buziaki, kocham cię.
- Dobrze, buziaki, buziaki, buziaki, ale zbierasz się do domu, tak? - I się rozłączają.
- Ja pierdolę, więc to prawda, co mówił Gi?.
- A niby dlaczego miałbym wam wciskać kit? Z jakiego powodu?
- Dobra, dziewczyny, wracamy do domu, jutro z gazet dowiemy się więcej.
Fale razem idą po swoje skutery lub minibryki.
Olly wsiada na swoją vespę, wkłada kask i odpala silnik. - Wiesz, co myślę? Według mnie to Gi? sam zadzwonił na policję i chociaż na trochę pozbył się Fernanda.
Diletta się śmieje. - Ale z was żmije, nie ma co. Według mnie cały sekret spędzania z wami czasu polega na tym, by wytrzymać do końca, bo przynajmniej nie macie jak obgadywać.
- Czyżby? Nieźle to sobie wykombinowałaś. - Niki się uśmiecha. - I tak przed spaniem jak nic puszczę Olly esa z jakimś jadowitym komentarzem na twój temat. Przykro mi, ale nie zdołasz nas powstrzymać. - Równocześnie odpala skuter, dodaje gazu i rusza przed siebie, z uniesionymi do góry nogami w rozkroku, rozkoszując się, rozbawiona, tym błahym, skromnym, ale odurzającym przejawem wolności.
Alessandro stoi na tarasie. Patrzy w dal, niezdecydowany, co ma o tym wszystkim myśleć. Zrobiło się jakoś tak trochę melancholijnie, wychyla ostatni łyk passito, odrobinę słodszy. I wreszcie sam też wraca do środka, odstawia kieliszek na półkę biblioteki, obok książki. Tym razem padło na Aforyzmy. Piasek i piana. Gibran. Bierze ją do ręki i kartkuje. Siedem razy wzgardziłem własną duszą. Pierwszy raz, gdy ujrzałem, jak lęka się wznieść na wyżyny. Drugi, gdy zobaczyłem, jak kuleje w obliczu przeciwności. Trzeci, kiedy stanęła przed wyborem między dwiema drogami: niebezpieczną i łatwą, i wybrała tę łatwą... Dosyć. Nie wiem, na czym to polega, ale kiedy człowiekowi jest źle, wydaje mu się, że wszystko ma drugie dno. Alessandro zamyka książkę i zaczyna krążyć po domu w poszukiwaniu Pietra. Nic. W salonie go nie ma. Rozgląda się uważniej wśród zebranych, po kątach, idzie, wymijając kolesia, który zachodzi mu drogę... Aha. To nie jakiś obcy koleś. Tylko Andrea Soldini i to z dziewczyną, bardzo ładną i wysoką. Andrea uśmiecha się do niego. Alessandro mu się odwzajemnia, ale nie przestaje rozglądać się za Pietrem. Nic. Nie chciałbym tylko, żeby... Otwiera drzwi do sypialni. Nic. Tylko kilka marynarek rzuconych na łóżko. Szafy też są otwarte. Idzie do łazienki. Próbuje otworzyć. Zamknięte na klucz, Alessandro robi jeszcze jedno podejście. Zza drzwi słychać męski głos: - Zajęte! Jak zamknięte, to zamknięte, nie? - Głos jest niski i wyraźnie poirytowany. To ktoś naprawdę zajęty załatwianiem własnych potrzeb. I z pewnością nie jest to Pietro. Alessandro idzie do kuchni, widzi okno otwarte na oścież. Jasna i cienka zasłona droczy się z wiatrem. I z dwiema osobami. Spływa na plecy mężczyzny. Niemal pieszczotliwie, gdy tymczasem on żartuje sobie z bardzo ładną dziewczyną, która siedzi w szerokim rozkroku na stole pośrodku. On stoi przed nią i opiera się o blat między jej nogami. Jedną rękę trzyma w górze, nad głową dziewczyny, i macha czereśnią na szypułce. Powoli opuszcza rękę, po czym znów podrywa ją do góry, gdy tymczasem dziewczyna, udając naburmuszoną, śmieje się i robi nadąsaną minkę, bo po raz kolejny nie udało jej się złapać w usta czereśni. A ma na nią wielką ochotę i może wcale nie tylko na nią. Mężczyzna dobrze o tym wie. I zanosi się śmiechem.
- Pietro!
Pietro przestaje się droczyć i odwraca się do Alessandra. Dziewczyna natychmiast korzysta z okazji i błyskawicznie zjada czereśnię, łapczywie chwytając ją ustami wprost z ręki.
- No, proszę, widzisz, co narobiłeś. Przez ciebie podkradła mi czereśnię.
Dziewczyna się śmieje, gryzie z otwartymi ustami, ma cały język w kolorze czereśni, a kiedy mówi, jej słowa też stają się czerwone, wonne, pożądliwe i roześmiane: - Dobra! Wygrałam, należy mi się jeszcze jedna. No weź, czereśnia za czereśnię, nie? Sam wcześniej powiedziałeś...
- Jasne, proszę. - Pietro podaje jej kolejną, a Rosjanka najpierw wypluwa pestkę dopiero co zjedzonej do kieliszka, który ma pod ręką, po czym wyciąga rękę po następną i wkłada ją sobie do buzi. Pietro podchodzi do Alessandra.
- Proszę, widzisz, koniec zabawy. Ja chciałem jeszcze trochę się nad nią poznęcać... czereśnia za czereśnię... robiła się coraz bardziej rozochocona, a ja dopiero na sam koniec miałem przygotowaną dla niej czereśnię, ale nie tylko, trach... - Pietro robi wymowny zamach w stronę rozporka Alessandra. - ...banana! - Pietro się śmieje, Alessandro zaś kuli się, przyjmując pozycję obronną.
- Ale z ciebie kretyn!
Rosjanka kręci głową i też się śmieje, i niczym nieskrępowana sięga po następną czereśnię. Alessandro nachyla się do Pietra i mówi szeptem:
- Jak to jest, masz dwoje dzieci, niedługo skończysz czterdziestkę i wciąż się tak zachowujesz. Czy mnie za trzy lata też to czeka? Martwię się. I to bardzo.
- Dlaczego? Sam pomyśl, przez trzy lata wiele się może zmienić. Możesz się ożenić, sam też mieć dziecko, po czym zacząć wyrywać cudzoziemkę... Dałbyś radę, co to dla ciebie, możesz mnie dogonić, a nawet przegonić. Sam mi to powiedziałeś! Ta reklama Adidasa: Impossible is Nothing, i miałbyś się tak poddać w przypadku samego siebie? No co ty, żeż kurwa, dasz radę. Idziemy do ciebie? Weź, wypożycz mi swoją chatę tylko na dziś wieczór!
- Co ty, oszalałeś?
- Sam oszalałeś! A jak, kurwa, myślisz, kiedy znów mi się trafi taka Rosjanka, widziałeś ją, jaka śliczna?
Alessandro lekko się odchyla, patrząc Pietrowi przez ramię.
- Racja, rzeczywiście...
- No, rzeczywiście, dziewczyna jak marzenie. Rosjanka, długonoga. Popatrz, popatrz, jak zajada czereśnie... Pomyśl tylko, jak zabierze się za... - Pietro pogwizduje, powtarzając wymowne gesty w okolicach rozporka.
- Tak, banana. Ajaj, no już, daj spokój...
Rosjanka znów zanosi się śmiechem. Pietro, chcąc przekonać Alessandra, odchyla klapę marynarki i pokazuje mu kopertę, która wystaje z wewnętrznej kieszeni.
- Sam popatrz, właśnie skończyłem sprawozdanie do tej sprawy z Butch & Butch. Znów jesteście w grze, macie klauzulę ważności, która daje wam gwarancję na dwa kolejne lata. Wysłałem już polecony, no weź, miałem to wam dać nie wcześniej niż za tydzień. Za to dostaniesz to ode mnie dzisiaj. Dobra? Wiesz, jakie to zrobi wrażenie u ciebie w biurze. Ty nie jesteś szefem. Ty jesteś superszefem. Ale za to...
- Tak, dobra, chodź do mnie na drinka. Zapraszam też... - Alessandro wskazuje Rosjankę.
- Gratuluję, z tobą opłaca się negocjować, widzisz?!
- Tylko ostrzegam, nie będzie jak w tym filmie Ostatni pocałunek. Ani mi się śni pakować się w wasze tarapaty, jasne? Masz sam załatwić swoje sprawy z Susanną i mnie w to nie mieszać.
- Załatwić? Proste. Powiem, że siedziałem u ciebie do późna. Taka jest prawda, nie?
- Tak, tak... prawda.
- A poza tym pomyśl, jaka musi być pyszna. Pierogi przy niej wysiadają... Czereśnie, banany i ona. To ci dopiero ruski pierożek, palce lizać.
- Słuchaj, a tak w ogóle to dlaczego poświęciłeś się prawu, a nie kabaretowi?
- A ty pisaniu tekstów dla mnie?
- Dobra, czekam na ciebie, wiesz gdzie. Idę pożegnać się z Alessią. A, ty raczej...
- Tak, tak, wiem, nie powinienem był mówić jej o Elenie, ale zrobiłem to dla ciebie, przysięgam, zobaczysz, jeszcze mnie wspomnisz, kiedy ją posuniesz...
- Akurat cię wspomnę.
- Dobra, może kiedy akurat będziesz ją posuwał, to mnie nie wspomnisz, ale już po zmienisz zdanie i tak czy siak zrozumiesz, że to wszystko dzięki mnie.
- Czyli jednak nie zrozumiałeś. Ja nie zamierzam wiązać się z Alessią.
- Wybacz, ale dlaczego?
- Nie chcę się spotykać z nikim z pracy.
- No, sorry, a Elena?
- Co ona ma tu do rzeczy, ona dopiero później przyszła do nas do firmy. A poza tym pracuje po drugiej stronie, w innym dziale.
- No i?
- No i Alessia jest moją asystentką.
- Nie obraź się, ale to nawet lepiej, możecie to robić w biurze. Wygodnie, co? Zamkniecie się w jednym pokoju i nikomu nic do tego.
- Okay, więc zróbmy tak. Wielkie dzięki już od teraz, dobra? Idę się z nią pożegnać, a potem spadamy. Zaczynam być zmęczony.
Alessia jest w salonie i właśnie gada ze swoją przyjaciółką.
- Cześć, Alessia, na nas już czas, widzimy się jutro w biurze. Słyszałam, że na jutro wezwał nas do siebie prawdziwy szef. Ale nie wiem po co.
- Cóż, jutro wszystko się okaże. - Alessia wstaje i całuje go w oba policzki. - Okay, cześć, dzięki, że wpadłeś, miło mi było. Pozdrów ode mnie swojego ochroniarza...
- Tak, mojego kablarza. Specjalnie go ze sobą zabieram, na wypadek gdybym sam zapomniał rozgadać innym o pierdołach z własnego życia...
Alessia odchyla głowę do tyłu i rozkłada ręce, jakby chciała powiedzieć: "No dajże ty już spokój, odpuść mu!".
Alessandro żegna się również kulturalnie z dziewczyną na kanapie, która w odpowiedzi unosi tylko brodę i lekko się uśmiecha.
Nie ma już w pobliżu nikogo, z kim powinien się pożegnać. Dobrze. Alessandro zmierza w stronę drzwi wyjściowych. W głębi korytarza spotyka Pietra w towarzystwie Rosjanki. Ale nie są tam sami.
- A one?
Dwie dziewczyny, prawie identyczne jak amatorka czereśni, stoją obok Pietra.
- Powiedziała, że nie rusza się bez przyjaciółek. No weź, chodzi tylko o drinka. A poza tym, sorry, ale czy to aby nie wasze modelki? Do tej kampanii, którą teraz robicie? Sam je przecież wybrałeś.
- Jasne. Ale wybrałem je do roboty.
- Ależ ty jesteś przewrażliwiony. Słuchaj, dziś masa ludzi zabiera ze sobą robotę do domu, wiesz?
- Ach, właśnie. Sorry, ale kiedy ty będziesz harował, ja mam zabawiać rozmową dwie pozostałe? Tak przynajmniej bym się położył, nie? Jutro mam koszmarne przedpołudnie, ważne zebranie. Daj spokój, nie, mowy nie ma.
- Ale ja jak zwykle pomyślałem o wszystkim. Popatrz no tylko!
Andrea Soldini wyłania się zza pleców Pietra. - To co, idziemy? - Starając się dodać sobie pewności, obejmuje jedną Rosjankę i jako pierwszy wychodzi z mieszkania. Pietro patrzy na Alessandra i puszcza do niego oczko.
- Widziałeś? On się nimi zajmie, Soldini, urodzony wodzirej. Siedział przy biurku, na prawo od Eleny - mówi Pietro, puszczając oczko do Alessandra.
- Tak, wiem.
- Ale sam go zapamiętałeś?
- Ja? Nie, on mi powiedział.
Wychodzą wszyscy razem, z woreczkiem czereśni, które Pietro ukradkiem schował sobie do kieszeni marynarki. Są już na ulicy i wsiadają do samochodu.
- Kurczę! Naprawdę piękny mercedes, nowy ML, prawda? - Andrea zaczyna wszystkiego dotykać, po chwili podskakuje rozbawiony na przednim siedzeniu. - Do tego megawygodny!
Pietro zajmuje miejsce między dziewczynami. - Tak, niezły... ale te dwie to ci dopiero zjawisko... A teraz popatrz tylko, o voila! - I wyciąga zza rozchylonej marynarki butelkę passito. - Wciąż jest jeszcze zimna, dopiero co otwarta! Proszę... - I wyciąga z drugiej kieszeni kubeczki. - Wybaczcie, dobra, są plastikowe. Nie można w życiu mieć wszystkiego, ale trzeba do tego dążyć. Bo szczęście to nie cel sam w sobie, ale styl życia...
Alessandro prowadzi i przygląda mu się we wstecznym lusterku.
- A to gdzieś usłyszał?
- Wybacz, że ci to mówię, ale od Eleny.
Elena. Elena. Elena.
- Często się słyszeliście? Z Eleną?
- W sprawach zawodowych, tylko i wyłącznie w takich sprawach, im jestem oddany. - I zaraz, dla żartu, Pietro sięga ręką między nogi jednej z Rosjanek, ale jej nie dotyka. Ledwie tylko muska. Unosi rękę, jakby coś znalazł. - I voila. - Rozchyla palce. - Prawdziwa czereśnia! Oto dlaczego są takie słodkie! - I podsuwa ją drugiej Rosjance, która siedzi obok, a ta ją od niego bierze i zjada ze smakiem. Cała uśmiechnięta.
- Mmmm, dobra.
Pietro unosi brew. - Wieczór zapowiada się obiecująco.
- Sorry, Alessandro, jedziemy do ciebie, tak? - Alessandro kiwa potakująco do Andrei. - A bo co?
- A bo co na to Elena, kiedy nas zobaczy w towarzystwie tych trzech czeresienek?
Pietro wychyla się do przodu i klepie go w lewe ramię. - Świetnie! Znakomite pytanie! - Ale zaraz, we wstecznym lusterku, napotyka wzrok Alessandra i przywołuje się do porządku. - Mhm, świetna uwaga. I co na to powiesz?
- Prawdę. Elena jest poza domem, obowiązki służbowe, wraca za dwa dni.
- Ach, właśnie, no to wszystkim nam ulżyło.
- Proszę was tylko o jedno...
- Czekaj, ja ci powiem o co: ani słowa na temat tego wieczoru, czy tak? - rzuca Pietro.
- Tak. A zatem muszę was poprosić o coś jeszcze. Nie wspominajcie mi więcej o Elenie.
- Dlaczego? - pyta niczego nieświadomy Andrea.
- Bo przez was mam poczucie winy.
Pietro wybałusza oczy, ale zaraz widzi, jak w lusterku przygląda mu się Alessandro, więc Pietro wymownym spojrzeniem obiecuje milczeć jak grób. W końcu, czego się nie robi dla przyjaciela.
Noc półotwartych okien u złaknionych pierwszych oznak wiosny. Noc w bezpiecznej pościeli, pośród wspomnień, które pozostawiają po sobie zwątpienie i lekki niesmak w ustach. Niki przewraca się z boku na bok. Przeszłość niekiedy sprawia, że poduszki robią się niewygodne. Czymże jest miłość? Czy istnieje na nią jakaś reguła, recepta, jakiś sposób? Czy też wszystko jest przypadkowe, i jedyne, co ci pozostaje, to liczyć, że dopisze ci szczęście? Trudne pytania, a tymczasem zegar w kształcie deski surfingowej, przytwierdzonej do ściany, wskazuje północ. Fabio. Śmieszny, tamten dzień. Chociaż nie, piękny. Wciąż go pamiętam. Wrzesień. Łagodne powietrze i ciemnoniebieskie niebo wieczora, który dopiero co się zaczął. On i chłopaki w trakcie zaimprowizowanego występu w opuszczonej hali, na wyimaginowanej scenie, z grafficiarzami, którzy rywalizują między sobą o to, komu lepiej pójdzie sprejowanie na ścianie z dykty. I do tego my, trafiłyśmy tam przypadkiem, jak zwykle, dowiedziałyśmy się od znajomych znajomych gdzieś na mieście. Ma fajny styl, podoba mi się. Pełne żaru słowa do piosenek funky, aż ciary po sercu przechodzą. To Olly powiedziała, że jest tak zajebiście piękny, aż strach się bać. A ja, kiedy to mówi, czuję nagłe rozdrażnienie. Bo to rzeczywiście ładny koleś. Mam tego świadomość. I raz po raz patrzymy na siebie, a on wyciąga rękę w moją stronę, kiedy śpiewa. Emocje, jakie towarzyszą parze, niby taka gra, on na zaimprowizowanej scenie, ona pod, przy skraczu, pośród pogujących ludzi, szaleją w dzikim tańcu, przy porywających rytmach. Wkrótce potem, niespodzianka, spotykam go w szkole, na innym profilu i odkrywam, że jesteśmy rówieśnikami, że na mnie patrzy i się do mnie uśmiecha. Tak, rzeczywiście ładny z niego koleś. Pierwsze wspólne wyprawy po szkole na przejażdżkę skuterem, lody, piwko jedno, drugie w młodzieżowej świetlicy, słuchanie zespołów podczas garażowych prób. Póki pewnego sobotniego wieczora, gdzieś w lokalu, wszystko to nie stanie się pocałunkiem pośród kolorów i dźwięków. Podróż trwa dalej, pocałunek staje się wspólnym wieczorem spędzonym we dwójkę u mnie w pustym domu, bez rodziców, którzy wybyli na jedną ze swoich kolacji, i bez mojego brata, który akurat śpi u Vanniego. Za duży dom na tę chyba zbyt małą miłość. On z kwiatem w rękach. Jednym jedynym, bo, jak mówi, tak przynajmniej jest wyjątkowy, niepowtarzalny, nie ginie pośród całego bukietu, jako jeden z wielu. Pocałunek. Nie jeden. Kolejny. I następny. Ręce, które się splatają, oczy, które się szukają i odnajdują przestworza i nowe krajobrazy. I tamten raz. Chwila jedyna w swoim rodzaju. I chciałabyś, żeby trwała wiecznie. I powinna być początkiem wszystkiego. Odkrycie, że mamy w sobie kruchość i łatwo nas zranić, że przepełnia nas ciekawość i słodycz. Eksplozja. I ja, gdy nazajutrz w szkole przywołuję do siebie Fale i opowiadam o wszystkim, i czuję się dorosła. I on, jak mnie szuka, przychodzi po mnie i mówi: - Jesteś moja. Nigdy mnie nie zostawisz. Jest nam ze sobą tak cudownie. Kocham cię. - A potem jeszcze: - Gdzie byłaś? Co to za jeden? Ale dlaczego dziś wieczór nie posiedzisz ze mną, zamiast iść z przyjaciółkami na dyskotekę? - I zrozumienie, że miłość polega na czym innym. Poczucie lekkości i wolności. I przekonanie, że cudzego serca nie wolno się domagać, ono się nie należy, nie masz go zakontraktowanego. Musisz sobie na nie zasłużyć, codziennie. No i jeszcze rozmowa z nim samym. Powiedzenie mu o tym. I po odpowiedziach dojście do wniosku, że chyba czas na zmiany. Należy odejść, żeby odnaleźć drogę. I Fabio, gdy patrzy na mnie pełen złości, stoi, przed wejściem na klatkę. I mówi, że nie, że się mylę, że jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Łapie mnie za ramię, ściska je mocno. Bo, kiedy odchodzi ktoś, kogo pragniesz, usiłujesz go powstrzymać, wyciągasz do niego ręce, masz tym samym nadzieję, że uda ci się zatrzymać jego serce. Ale nic z tego. Serce ma niewidzialne nogi. I Fabio na odchodnym rzuca: zapłacisz mi za to, tylko że miłość nie jest jak rachunek, który trzeba uregulować, nie daje niczego na kredyt i nie chce słyszeć o rabatach.
Dwie łzy płyną powoli, nieomal onieśmielone i zatroskane, że zamoczą poduszkę. Niki obejmuje ją całą. I przez chwilę czuje się bezpiecznie, w tej pościeli, w której zaszyła się przed światem.
Wpół do pierwszej. Niki znowu przewraca się na drugi bok. Poduszka jest niewygodna. Niczym spiczasta myśl, przebijająca na sztorc materac. Słychać zgrzyt klucza w zamku. Z korytarza pada smuga światła.
- Nie ma co, ci Frascari to dopiero niewydarzona para! Słyszałeś, co on wygadywał? Wścieka się, bo jego żona nie zapisała się razem z nim na kurs tanga! Ale skoro taniec kompletnie jej nie obchodzi! - Simona kładzie klucze na półce, jak zawsze. Niki słyszy ten charakterystyczny odgłos. I wyobraża ją sobie. I słucha, jak rozmawiają.
- Tak, ale dla niego byłby to gest miłości. Wie, że ona tego nie lubi, ale chciałby, żeby choć raz wyszła mu naprzeciw.
- Tak, ale nie możesz oczekiwać, że ktoś, tylko dlatego, że cię kocha, ma robić coś, co go nie interesuje! Powinien jej powiedzieć: kochanie, rób to, na co masz ochotę, a wieczorem, w domu, o wszystkim sobie opowiemy! Tak jest o wiele zabawniej! No i dochodzi do wymiany...
- Aj, wiem, ty na przykład chodzisz na aqua aerobik, a ja gram w tenisa!
- No w życiu by mi się nie śniło, żeby cię prosić o założenie rękawków i chodzenie ze mną i z dziewiętnastoma innymi paniami na zajęcia!
- Tym bardziej że co ja bym robił sam pośród dwudziestu kobiet, do tego ubrany jak ucieleśnienie fantazji Leonardo da Vinci?! O Boże... chociaż... dwadzieścia kobiet, tak powiedziałaś?!
- Palant! Tak, ale to same neurotyczki! Za to tobie trafiła się najlepsza...
Hałas przesuwanego krzesła, jakby ktoś je potrącił. I zaraz cisza. Cisza absolutna. Kompletna. Cisza pocałunków. Która mówi i opowiada o marzeniach i baśniach, o ukrytych skarbach. Najpiękniejszych. I Niki wie o tym. I kiedy tak jeszcze mocniej wtula się w poduszkę, myśli sobie, że może prawdziwa miłość to taka jak ta jej rodziców. Zwyczajna, polegająca na wspólnej codzienności, kiedy każdy robi, co do niego należy, i ma swoje hobby. Pełna śmiechu i żartów, kiedy spotykają się wieczorem w domu, z przyrządzanymi rano śniadaniami, z dziećmi, które trzeba wychować, i planami na przyszłość. Tak, rodzice się kochają. A jedno wcale nie było pierwszą miłości drugiego. Poznali się już po tym, jak zdarzyło im się kochać kogoś innego. Może nie aż tak. Może należy najpierw udać się w podróż, by zrozumieć, które miejsce jest dla nas najlepsze. Może zawsze, kiedy się zakochujesz, jest tak, jakby to było po raz pierwszy.
* * *
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji