2.
- Proszę majorze, niech pan wejdzie. - Sekretarka generała przyzwalająco skinęła dłonią, po czym skrzywiła się, jakby zjadła cytrynę. - Szef nie bardzo w humorze...
Hiobowe wieści o złym humorze generała zwykle działały na mnie wysoce deprymująco. Z reguły odczuwałem ucisk w żołądku i drżały mi ręce, prezentowałem także podejrzaną chrypkę. Tym razem jednak, dzięki niedawnemu spotkaniu na lotnisku i kwadransowi poświęconemu na rozlokowanie Amerykanów w przydzielonych kwaterach, byłem przekonany, że z każdym nastrojem dowódcy poradzę sobie śpiewająco. Decyzja, dojrzewająca we mnie od wielu miesięcy, właśnie została podjęta.
Bez większego sukcesu spróbowałem wygładzić pognieciony mundur i lekko zapukałem do drzwi.
- Wejść - usłyszałem ze środka.
- Panie generale, major Grobicki melduje się...
- Dobra, dobra. - Generał nawet nie podniósł głowy zza biurka.
W niedużym, urządzonym w stylu późnego Gierka gabinecie bywałem nieczęsto. Ustawione pod ścianami regały uginały się od książek - Clausewitz, Napoleon, Sun Tzu, Kutrzeba, taktyka, strategia, filozofia, medycyna. Sporo tego było. Poza książkami pokój prezentował się zgoła nikczemnie. Stare biurko, lampa na cienkim metalowym patyku z poprzepalanym abażurem, dwa krzesła i pokaźnych rozmiarów sejf składały się na to ponure i zakurzone miejsce. Piąta Brygada Pancerna może i była jednostką skazaną na nowoczesność, kompatybilną z NATO-wskimi standardami, dostającą największe przydziały amunicji na ostre strzelania, ale jej dowódca najwyraźniej hołdował zasadzie, że spartański wystrój miejsca pracy pomaga w koncentracji. Jedynie stojący na biurku laptop stanowił niechętne odstępstwo na rzecz nowoczesności. Zacząłem już rozglądać się za telefonem na korbkę, kiedy szef przywołał mnie do porządku.
- No, niechże się pan tak nie czai. - Niecierpliwym ruchem wskazał niewygodne krzesło pośrodku pokoju.
To, co miałem generałowi do zakomunikowania, można było powiedzieć na stojąco. Usiadłem jednak i zacząłem przyglądać się swojemu dowódcy. Jeszcze wtedy miałem nadzieję, że patrzę na niego po raz ostatni.
Generał Lucjan Dreszer był niski, bardzo szczupły i zwykł mierzyć rozmówców ostrym spojrzeniem wyblakłych oczu. Rozmawiając z nim, za każdym razem czułem się jak student zawalający najważniejszy egzamin na roku. W zamierzchłej przeszłości, będąc świeżo upieczonym absolwentem Wyższej Szkoły Wojsk Pancernych, snuł się po mocno zapyziałych garnizonach Polski B. Chociaż prezentował - zdaniem peerelowskich generałów wychowanych na sowieckich wzorach - zbyt samodzielne i elastyczne podejście do ścisłych rozkazów, udało mu się parokrotnie, jako dowódcy kompanii czy batalionu, błysnąć na ćwiczeniach. Jego kariera nabrała przyspieszenia po osiemdziesiątym dziewiątym roku, a zwłaszcza po wejściu Polski do NATO. Dowódcą Piątej Brygady Pancernej został dwa lata temu. Od tej pory brygada modernizowała się w przyspieszonym tempie.
Na trzecim krześle siedział pułkownik Karski, dowódca batalionu. Mój, jak to się mówi, Bezpośredni - Już Całkiem Niedługo - Przełożony. Kompletne przeciwieństwo Dreszera - gruby, gęba nalana, włos rzadki. Ten z pewnością niczego nie czytał, może poza donosami na mnie. Mógłby z powodzeniem grywać sowieckich funkcjonariuszy bezpieczeństwa państwowego, podejrzewam zresztą, że jednym z nich nawet był swego czasu. Dreszer, podobnie jak ja, serdecznie go nienawidził - Karski był typowym wychowankiem sowieckiej szkoły, tępym, trzymającym się kurczowo rozkazów służbistą. Stanowiło dla mnie nierozwiązywalną zagadkę, jakim cudem dotąd uchował się na stanowisku. Zapewne Dreszer po prostu musiał go tolerować ze względu na układ sił politycznych w brygadzie.
Karski siedział jak mumia egipska i, o ile go znam, będzie tak trwał do końca spotkania. Odbije to sobie później. Sam na sam ze mną.
- Udało się panu dostarczyć naszych amerykańskich przyjaciół bez szwanku? - Dreszer po raz pierwszy podniósł głowę znad papierów i zaczął świdrować mnie tymi swoimi oczkami.
- Tak jest. - Pozwoliłem sobie na poufały uśmiech. - Umieściłem ich w kwaterach drugiej kompanii, tamtejsze toalety chyba jako jedyne nadają się do pokazania komuś obcemu.
Karski poruszył się niespokojnie, ale generał nawet nie zwrócił na to uwagi.
- Świetnie. A... pojazd?
- Zgodnie z rozkazem zamknęliśmy go w hangarze B, którego pilnuje drużyna alarmowa z ostrą amunicją. Oprócz tego Amerykanie zorganizowali sześciogodzinne warty i przynajmniej dwóch z nich na krok nie rusza się od wozu.
Dreszer kiwnął głową, ale myślał chyba o czymś innym.
- Wie pan, dlaczego pana tu wezwałem, majorze?
Pokręciłem przecząco głową, po czym zebrałem się na odwagę.
- Panie generale, chciałbym zameldować, że...
- Później - przerwał, właściwie nie słuchając. Zamilkłem. Zacząłem przeczuwać, że ta rozmowa niczego dobrego nie przyniesie. - O Afganistanie pan słyszał? - Uznałem pytanie za retoryczne i milczałem obrażony. Minęło pół minuty i już mnie zdążył wkurzyć. - Niech pan się tak nie nadyma i słucha. Jak pan wie, nasi chłopcy tam walczą i - choć opinii publicznej wmawia się co innego - dostają niezłe baty, próbując w tych cholernych górach pomóc Amerykanom złapać Osamę. Talibowie ostatnio wzmocnili się znacznie - zaczęli używać lekkiego sprzętu pancernego i śmigłowców, którymi w nocy przerzucają małe oddziałki piechoty na nasze tyły. Muszą mieć w Rosji bardzo dobre źródła zaopatrzenia, bo ich uzbrojenie nie pozostawia wiele do życzenia. Armia talibów coraz bardziej przypomina regularne wojsko, przy czym nie rezygnują oni z technik terrorystycznych. W związku z tym jankesi doszli do wniosku, że potrzebują niewielkich, ale potężnych ogniowo oddziałów pancernych, wspartych piechotą, operatorami, artylerią i śmigłowcami bojowymi zdolnymi do zwalczania komunikacji powietrznej. Tak więc czołgi wracają do łask. Zaproponowali nam udział w tej zabawie, a nasz rząd i pan prezydent ochoczo wyrazili zgodę. Amerykanom tak bardzo zależy na utworzeniu możliwie szerokiej koalicji antytalibskiej, że są skłonni sfinansować sporą część kosztów polskiego udziału. Już to zresztą robią od jakiegoś czasu. Dają sprzęt, ludzi i pieniądze. MDS, który pan tak dzielnie konwojował z lotniska do koszar, jest właśnie częścią tej pomocy.
W pokoju zapanowała kompletna cisza. Aż się bałem poruszyć, żeby przypadkowe skrzypnięcie krzesła nas nie zdekoncentrowało.
- Jak pan wie, od pewnego czasu intensywnie pracujemy w jednostce nad podniesieniem standardów szkolenia i uzbrojenia. W ramach przygotowań do operacji dostaliśmy specjalne dotacje sprzętowe - zmodernizowane czołgi Twardy, transportery Rosomak z nowymi wieżami artyleryjskimi, armatohaubice Krab, moździerze Amos i tak dalej. Większość to prototypy. Najlepsi mechanicy dopinają ostatnie szczegóły. Przydzielono nam również śmigłowce szturmowe wyposażone w nową awionikę, uzbrojenie i silniki. Słowem - będziemy, w przybliżeniu, dysponowali tym, czym dysponują Amerykanie.
Cisza.
- Oczywiście nie wyślemy całej brygady - mimo wszystko nie stać nas na to. Pojedzie oddział wydzielony, w sile wzmocnionego batalionu, który po odpowiednim przeszkoleniu i zgraniu zostanie podporządkowany operacyjnemu dowództwu któregoś z amerykańskich korpusów. Chociaż formalnie oddział dostanie status batalionu, chcemy, aby był uniwersalny taktycznie i naprawdę potężny. Żeby mógł sobie poradzić z oddziałem wielkości brygady - co najmniej. W tym celu otrzyma własną artylerię i śmigłowce. Jednostka została całkowicie zintegrowana z amerykańskim systemem świadomości sytuacyjnej - między innymi w tym celu przybyli do nas ich specjaliści. Dzięki temu oraz nowym systemom łączności batalion będzie w pełni kompatybilny z wojskami amerykańskimi.
Karski i ja pokiwaliśmy głowami. Taki oddział to było coś. Dreszer wstał zza biurka i podniósł z niego papierową teczkę.
- Majorze, zapadła decyzja, aby powierzyć panu dowództwo tej jednostki. Otrzyma ona nazwę 1 Samodzielny Batalion Rozpoznawczy, a pan awansuje na podpułkownika. Gratuluję.
Stanął przede mną - już w trakcie poprzedniego zdania poderwałem się na równe nogi - i energicznie potrząsnął moją dłonią. Upał mocno zwolnił moje możliwości percepcyjne, może dlatego nie zdążyłem nawet pomyśleć, że poważny oficer na wysokim stanowisku robi sobie bolesne żarty.
- Dziękuję... - wydukałem. - To jest, ku chwale ojczyzny, panie generale! Ale...
Nie zwrócił najmniejszej uwagi na to, co miałem do powiedzenia.
- Awansu panu gratuluję, chociaż od razu muszę powiedzieć, że dowództwo daję bez entuzjazmu. Z ludzi, których mam pod ręką, pan jeden zna biegle angielski i może poradzi sobie z naszymi amerykańskimi przyjaciółmi, aczkolwiek pewności nie mam. Pańscy poprzedni zwierzchnicy piszą, co prawda, o dużych zdolnościach taktycznych i charyzmie, równocześnie jednak wspominają o skłonnościach do samowoli i improwizacji, a także kilku istotnych niesubordynacjach. No cóż, znam pana prawie dwa lata i jakoś tych zdolności nie zaobserwowałem, ale może nie znam się na ludziach, co, pułkowniku Grobicki? Naprawdę mocno się zastanawiałem, czy przydzielić panu to zadanie...
Przezornie milczałem, chociaż przez głowę przebiegało mi tysiąc myśli na sekundę. Niestety, żadna z nich nie nadawała się do przekazania wysokiemu rangą oficerowi Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Dreszer westchnął i kontynuował.
- W teczce znajdzie pan specyfikację wyposażenia i strukturę oddziału. W jego skład wejdą: sztab, kompania Twardych, kombinowany dywizjon artylerii, kompania piechoty, klucz śmigłowców Mi-24, bateria przeciwlotnicza, pluton rozpoznawczy, zespół bojowy operatorów Gromu, pluton saperów, nasi Amerykanie, czyli MDS wraz z drużyną ochrony, pluton łączności i kompania logistyczna. Ze szczegółami zapozna się pan później. Załogi ukończyły już szkolenie, ale w warunkach bojowych będą tego sprzętu używały pierwszy raz, zatem zapowiada się niezła zabawa.
A więc to były te nieustanne korowody starannie zamaskowanych transportów wjeżdżających co noc na teren koszar. Stąd znikanie najlepszych ludzi oraz tłumy cywilnych i mundurowych ekspertów, pętających się po całej jednostce.
Dreszer zamilkł na chwilę, jakby dla zebrania myśli, a ja przypomniałem sobie o oddychaniu. Wdech, wydech. Wdech, wydech. Pomogło, chociaż upał w pokoju nadal był nie do zniesienia. Po mojej stanowczej decyzji sprzed piętnastu minut zostało tylko odległe wspomnienie.
- Opis systemu świadomości sytuacyjnej znajdzie pan w dokumentacji. Będzie pan mógł dzięki niemu monitorować stan wszystkich pojazdów batalionu. Oprogramowanie i sprzęt zostały już zamontowane, a załogi przeszkolone.
W głowie regularnie rozbłyskiwało mi czerwone światło: "Alarm! Kłopoty! Alarm! Kłopoty!". Generał jednak nie zwracał uwagi na panikę w moich oczach i dalej spokojnie pogrążał siebie i mnie.
- To jeszcze nie koniec, pułkowniku. W ciągu najpóźniej miesiąca, o ile wcześniej nie wyruszycie na wojnę, na poligon przyjedzie delegacja, która oceni stan przygotowań jednostki oraz przydatność sprzętu. Musimy udowodnić, że umiemy się tym wszystkim posługiwać, że haubice Krab to nie były wyrzucone pieniądze, że warto wyposażyć wozy bojowe w nowe wieże artyleryjskie, a moździerz Amos jest tym, czego trzeba polskiej armii. Że tworzenie małych oddziałów, wysoce mobilnych, które będą działały zgodnie z nowymi zadaniami i nową doktryną, ma sens. Krótko mówiąc, trzeba politykom dać do ręki argument, który podniesie wartość naszego kraju jako niezłomnego ogniwa w walce ze światowym terroryzmem. Dreszer uśmiechnął się, ale kompletnie nie wiedziałem, czy żartował czy mówił poważnie. - Na pokazie zabraknie tylko Claudii Schiffer, poza tym będą wszyscy: prezydent, premier, minister obrony, reszta zainteresowanych i niezainteresowanych ministrów. Generałów na pewno wystarczy na średniej wielkości wojnę. Przyjadą też Amerykanie z szefostwa Połączonych Sztabów i kto tam jeszcze tylko zdoła wepchnąć się do autobusu.
Cudownie. Kupa nieznanego sprzętu, jacyś Amerykanie ze swoimi tajemniczymi technologiami, do tego banda umundurowanych tyłowników, a także horda polityków, którzy nie przepuszczą żadnej okazji, żeby wściubić nos w nieswoje sprawy. Pomyślałem, że muszę szybko coś zrobić: na przykład przebiec dwadzieścia okrążeń dookoła placu apelowego albo udać się na długotrwałe zwolnienie lekarskie. Może wtedy spojrzałbym na świat nieco optymistyczniej. Generał jednak nie zarządzał żadnej przerwy i niezrażony moim wymownym milczeniem kontynuował:
- Chcę, aby pan osobiście upewnił się, że wybraliśmy najlepsze załogi do obsadzenia Twardych, wybrał dowódców pozostałych oddziałów, dopilnował wszelkich szkoleń, a także przeglądów i napraw. Większość załóg już jest gotowa. Szef sztabu batalionu, major Łapicki, powie panu, czego i kogo jeszcze brakuje. W teczce znajdzie pan dokładny spis sprzętu i amunicji. Jednostka ma najwyższy status tajności i będzie od nas całkowicie niezależna. Zabierzecie ze sobą kompletne zapasy - łącznie z amunicją - na dwa miesiące pobytu na poligonie. Możliwe, że do Afganistanu wyruszycie bezpośrednio stamtąd, a wiadomo, jak u nas jest z logistyką. Radzę wziąć znacznie więcej niż potrzeba, ma pan w tej kwestii wolną rękę. Na miejscu zostały już zorganizowane kwatery oraz zainstalowane kontenery z amunicją i cysterny z zapasami paliw. Poligon będzie silnie ubezpieczany przez żandarmerię i oddziały naszej brygady. Rozkaz o wyjeździe do Afganistanu może nadejść w każdej chwili. Niniejszym wychodzi pan z podporządkowania służbowego pułkownikowi Karskiemu. Szefem sztabu batalionu mianowałem majora Łapickiego, pańskiego dobrego znajomego z batalionu. Raporty proszę składać bezpośrednio mnie - codziennie o ósmej wieczorem oczekuję meldunku o wykonaniu zadań ku chwale ojczyzny. Proponowaną obsadę oficerską batalionu chcę zobaczyć na swoim biurku dziś popołudniu. Podkreślam, że wszyscy żołnierze jednostki mają być ochotnikami. I muszą podpisać oświadczenie, że w misji biorą udział dobrowolnie, świadomi niebezpieczeństwa utraty zdrowia i życia, a także specjalne zobowiązanie o dochowaniu tajemnicy. Wyjazd na poligon - jutro. To wariactwo, ale myślę, że da się zrobić - sprzęt i większość ludzi jest gotowa. Od pojutrza rano proszę zarządzić ostre strzelanie i jakąś próbę zgrania tych oddziałów. Ma pan Amerykanów do pomocy - na czas misji będą panu podlegać - i dwa, najwyżej trzy tygodnie na szkolenie. Jakieś pytania?
Tak! Dlaczego ja??? Co ja takiego, kurwa, zrobiłem?!
- Jaka jest rola tego MDS-a i Amerykanów?
- No, pułkowniku, jestem z pana dumny. Świetne pytanie.
Dreszer podniósł z biurka jakiś dokument i wstał. Był niższy o głowę. Wyczułem, że jest lekko zdenerwowany, co było zastanawiające, bo facet zwykle miał nerwy ze stali.
- MDS to skrót od Mobile Defence System - powiedział. - System wykrywania, identyfikacji i śledzenia celu, naprowadzania własnych rakiet i antyrakiet, a jednocześnie, a nawet przede wszystkim, tarcza chroniąca macierzyste oddziały. Technologiczny przełom, o czym nikt nie ma prawa wiedzieć, bo, rzecz jasna, urządzenie objęte jest ścisłą tajemnicą wojskową. Nie znam szczegółów, ale w skrócie: tarcza w kształcie kopuły tworzona jest z pola magnetycznego o ogromnej mocy. To tak, jakby skupiony w jednym miejscu oddział przykryć miednicą o półkilometrowej średnicy. Z tym że ta akurat miednica wykonana została z czegoś znacznie lepszego niż stal; a ponieważ nie istnieje obiekt materialny będący w stanie przebić pole magnetyczne, zatem ukrytym pod parasolem ludziom i sprzętowi nie zagrażają żadne konwencjonalne środki. Tarcza wytrzyma nawet eksplozję nuklearną do dwudziestu megaton z odległości kilometra. Niech mnie pan nie pyta, co z promieniowaniem, bo nie wiem. Zresztą i tak nie będziemy się na razie bawić w żadną wojnę atomową, prawda? - Generał uśmiechnął się krzywo. - Przysłanie nam MDS-a jest dowodem sojuszniczego zaufania do Polski w ogólności, Piątej Brygady w szczególności, no a pan stanowi clou tego zaufania.
Zbędna ironia. I tak byłem out.
- Eemmm - wyjąkałem, całkowicie przytłoczony spoczywającą na mnie odpowiedzialnością. - To oczywiście wielkie wyróżnienie, panie generale, ale... czy dwa tygodnie na nauczenie się nowej taktyki walki, obsługi sprzętu i tych cholernych systemów nie jest, eemm, troszkę za krótkim okresem?
- Oczywiście, że jest. - Dreszer zaczynał być zniecierpliwiony. - Tyle że nie mamy innego wyjścia. Wszystkim zależy na czasie. I albo zrobimy wszystko w takim terminie, albo nie zrobimy w ogóle i zapewniam pana, że wtedy zarówno moja, jak i pańska kariera nie będą warte złamanego grosza. A teraz, jeżeli pan nie ma mądrzejszych pytań, proszę się odmeldować i zabierać do roboty.
Posłuchałem tej światłej rady. Niestety, skorzystał z niej także Karski. Miałem taki kołowrotek myśli w głowie, że dopiero na schodach zorientowałem się, że generał nawet nie zapytał mnie, czy zgadzam się na tę cholerną awanturę. Po prostu dał dowództwo, krzyknął: "Wykonać!", a ja jak idiota posłusznie się zgodziłem. Z tego wszystkiego nie zauważyłem, kiedy weszliśmy do pokoju Karskiego.
Było to pomieszczenie znacznie bardziej od gabinetu Dreszera naznaczone osobistym piętnem. Maleńki, ciasny pokoik, wszędzie udekorowany zdjęciami, świadczył o świetnej przeszłości bojowej mojego pułkownika. Przepraszam. Mojego byłego pułkownika. Karski z towarzyszami radzieckimi. Karski wśród radzieckich czołgistów. Karski z radzieckim generałem. Karski w radzieckim czołgu. Roześmiany Karski z roześmianymi towarzyszami radzieckimi. Poważny i marsowy Karski z poważnymi i marsowymi towarzyszami radzieckimi. I tak dalej.
- Słuchajcie no pan, panie majo... wniku Grobicki. - W jego ustach zdanie brzmiało jak "towariszcz majownik Grobickij". - Wiecie, jaki was zaszczyt spotkał, a? Ja zupełnie nie wiem czemu, zupełnie. - Bezradnie rozłożył ręce. - Wy jesteście lawirant i anarchista. Ja nie wiem, co wy w ogóle w wojsku naszym polskim robicie. Ale gienierał was wybrał i w ogóle argumentów moich słuchać nie chciał. Trudno.
Patrzyłem na tego grubego osła i zachodziłem w głowę, o co mu może chodzić. Nie była to pierwsza taka rozmowa. Przed każdymi ćwiczeniami, przed każdym najbłahszym zadaniem albo po każdym najdrobniejszym incydencie Karski wygłaszał do mnie przemowy, przeważnie zresztą tej samej treści. Że jego zdaniem kompletnie się nie nadaję. Zaczął typowo, ale teraz już mógł mnie cmoknąć, z czego zresztą nie zdawał sobie najprawdopodobniej sprawy, bo z namaszczeniem zaczął wyłuszczać swój plan.
- Tak, ja myślę, wiesz pan, panie Grobicki, że wy nie powinniście byli tak odpowiedzialnego zadania brać, bo rady sobie na pewno nie dacie i wstyd ojczyźnie naszej polskiej przyniesiecie. Ale skoro się stało, mówi się trudno. Wy dobrać macie sobie dowódcę kompanii czołgów. Dobrego żołnierza wziąć musicie, odpowiedzialnego. Takiego, co to przed rządem naszym i prezydentem - tu pułkownik skrzywił się nieznacznie, dając do zrozumienia, że taki on tam prezydent - was i nas nie skompromituje. Taki, co wam pomoże oddziałem dowodzić.
Oho.
- Więc wy wiecie, że najlepszy tankista u nas to Poklewski porucznik jest, ha? Więc wy go dowódcą kompanii czołgów zrobicie i on wam to zadanie pięknie przygotuje.
Bingo.
Porucznik Stanisław Poklewski - ukochany oficer Karskiego! Świeżo upieczony absolwent szkoły, podejrzanie szybko awansował na pełnego porucznika. Stanowił doskonałe ucieleśnienie popularnego hasła: "Nie matura, lecz chęć szczera...". Chłopski syn, gęba rumiana, niebieskie oczka pod wiechą jasnych włosów. Był tak tępy, że chyba od pryncypała swego głupszy, co zważywszy na kondycję intelektualną Karskiego stanowiło nieliche osiągnięcie. Tylko ambicji mu nie brakowało. Karski wcisnął go na dowódcę plutonu w batalionie; jakoś musiałem to znosić. Poklewski, ufny w siłę protekcji i swój chłopski rozum, nawet ze mną swego czasu wojenkę chciał wszczynać, ale szybko go usadziłem. Od tej pory pałał do mnie żywą i bezinteresowną nienawiścią, a ja ignorowałem go kompletnie.
- Panie pułkowniku, oczywiście, również uważam porucznika Poklewskiego za najlepszego kandydata na tę funkcję... chociaż ranga nie za wysoka...
- To go tu zaraz zawołać każę. - Karski aż podskoczył z zadowolenia, bo pewnie większego oporu z mojej strony się spodziewał. - I się szybciutko dogadacie.
- ...i sądzę, że doskonale da sobie radę z obsługą systemu świadomości sytuacyjnej oraz GPS-em. Jak pan wie, panie pułkowniku, ten dowódca czołgistów będzie kluczową postacią w naszym oddziale. Będzie obsługiwał główny komputer i wszystkie zainstalowanie na nim aplikacje: NavStar, Positioning Block, mapy cyfrowe w formacie Mapinfo, cały program sterujący i tak dalej. Niestety, ci cholerni Amerykanie nie kwapili się specjalnie, aby wszystkie instrukcje obsługi przetłumaczyć na polski. Dlatego trzeba parę książek po angielsku przeczytać na jutro. Ale nie są na szczęście bardzo grube, tyle że takim informatycznym językiem napisane.
Trudno sobie wyobrazić, z jaką wściekłością patrzył mój były bezpośredni przełożony. Nie zauważył nawet, że połowę nazw i funkcji zmyśliłem - bo skąd niby mogłem je znać pięć minut po wyjściu od Dreszera?
- Przecież wy świetnie wiecie, że Poklewski angliskij zna ledwo co i kompiuter obsługiwać umie też ledwo co. Nie róbcie sobie jaj, dobra?
Pewnie, pewnie. Po co czołgiście obsługa komputera. On tylko "Odłamkowym ładuj" i "Ognia" krzyczeć głośno umieć musi.
- No, ja nic na to nie poradzę. - Bezradnie rozłożyłem ręce. - Czyli sądzi pan, panie pułkowniku, że porucznik Poklewski nie nadaje się? - Spojrzałem na niego z obawą.
- A niech was chaliera jasna!! Idźcie wy do diabła!
- To ja, jeśli pan pułkownik pozwoli, odmeldować się chciałbym...
- Wooooooon!! - ryknął Karski. - Wy mi się na oczy nie pokazujcie, won, ale już.
Wyprostowałem się dziarsko, bardzo starannie oddałem honory wojskowe, odwróciłem się i wyszedłem. Po przejściu bezpiecznego dystansu roześmiałem się głośno. Łatwo poszło. Za łatwo - powinno mi to dać do myślenia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki