Wurdalak - Robert Ziębiński

-
Proszę czekać

PROLOGRok 2026

Trochę mnie nie było. Kiedy zacząłem spisywać opowieści o tym, co przytrafiło mi się w Czarnym Stawie, miałem czternaście lat. Był rok 2018. Lato przechodziło w jesień, a moje życie... No cóż... Doskonale o tym wiecie. Też było na etapie przejściowym. Oczywiście nigdy się do tego nie przyznałem, ale byłem przekonany, że wszystko się skończyło. Koniec rodziny, koniec wielkiego miasta. Koniec wszystkich rzeczy.

Oczywiście się myliłem. I może to dobrze, że wtedy się do tego nie przyznałem. W sumie gdy teraz czytam swoje zapiski z tamtego okresu, odnoszę wrażenie, że byłem całkiem rozgarniętym dzieckiem, które miało w życiu mimo wszystko fart. Miałem fantastycznych przyjaciół, których zdobyłem przez przypadek. Bo w życiu najlepsze rzeczy najczęściej przychodzą przez przypadek. Miałem mamę, która oddałaby za mnie życie. Babcię, która wydawała się potworem, a okazała się skarbem. I kota. Tak, o kocie muszę wspomnieć. Pan Pulman. Dziwoląg, który oszukał śmierć. A może to śmierć oszukała jego? Nie wiem. Ale wiem jedno.

Mam dwadzieścia dwa lata. I straciłem wszystko. I kiedy mówię "wszystko", naprawdę mam na myśli wszystko.

Nie rysuję. Przestałem kilka lat temu. Skończyłem liceum trzy lata temu. Nie poszedłem na studia. Pracuję na jedną zmianę w wielkopłaszczyznowym sklepie. A po pracy jeżdżę po mieście jako kurier. Niewiele jest dobrze płatnych rzeczy, które może robić chłopak po liceum. Spokojnie, to nie tak, że jestem na dnie. Nic z tych rzeczy. Mam mieszkanie, nasze stare mieszkanie w Warszawie. Ojciec dał mi je na osiemnastkę. Prezent. Miły. W sumie jedyny, jaki dostałem. Bo też i ojciec stał się jedyną bliską mi osobą. Jak to możliwe? Pamiętacie, jak pisałem, że nie odbieram od niego telefonów? No cóż, potem musiałem, bo miałem do wyboru albo dom dziecka, albo...

Dużo czytam.

Naprawdę. Z tego jestem dumny. Może nawet za dużo. Filmy poszły w odstawkę. Czasami od wielkiego dzwonu wybieram się na jakiś do kina. Ale na seanse, na których wiem, że będzie pusta widownia.

Mam to szczęście, że teraz całkiem sporo starych filmów trafia do kin. Mogę sobie chodzić. Siedząc pewnego wieczora na Cobrze, myślałem o Nicie. Nie wracam często myślami do Czarnego Stawu. Nie dlatego, że nie chcę, ale nie mogę. Nie powinienem.

Bo widzicie, wszystko, co nam, czyli mnie, Akirze, Długiemu i Niedźwiedziowi, się wydawało, było kłamstwem. Wszystko.

Wiem, co myślicie. Że bredzę. Że to dziwny ciąg zdań, który nie ma sensu. Że urywam myśli w nieodpowiednim momencie. Pewnie macie rację. Ale musicie mi wybaczyć. Nie opowiadałem tej historii od ilu lat? Siedmiu? Jakoś tak. Nie wracałem do niej. Próbowałem ją zakopać w najgłębszych czeluściach mózgu, żeby nigdy, ale to nigdy nie wypłynęła. Ale ona nie chciała umrzeć. Nie chciała zniknąć. Przestać istnieć. I pewnej nocy, nie wiem, może miesiąc temu, postanowiłem wrócić do pisania. Wrócić do tego, co było, bo może jeśli pozwolę temu żyć na kartach opowieści, odzyskam siebie. A może po prostu miałem dość tego czegoś, co trawiło mnie od środka. Jak rak, który zjadał Pana Pulmana. Tyle że u mnie to nie był rak. To były wyrzuty sumienia.

Wiele rzeczy się zdarzyło.

Nie wszystkie były miłe.

Nie wszystkie skończyły się dobrze.

W zasadzie to większość z nich skończyła się źle.

Musiał minąć miesiąc, żebym usiadł do komputera. Dobra, kłamię. Wcześniej próbowałem, ale jedyne, co udało mi się wystukać, to "Rok 2026".

To było w czerwcu. Teraz mamy lipiec. Piąty. Wczoraj Amerykanie obchodzili święto niepodległości. A ja pokonałem to coś, co sprawiało, że bałem się opowieści. Zerwałem strup, jak by ktoś powiedział. Kiedy byłem mały, miałem chyba osiem czy dziewięć lat, złamałem nogę. Ponieważ lekarz włożył mi ją w gips na ponad miesiąc, gdy go zdjęli, nie mogłem zgiąć kolana. Mięśnie się zastały. Musiałem przełamać opór ciała, żeby wszystko wróciło do normy. I teraz tak się czułem. Dokładnie tak samo. Podanie daty bolało jak pierwsze zgięcie kolana. Potem przez dłuższy czas brałem głębokie oddechy, aż w końcu znalazłem w sobie siłę, by pokonać ból. Tak było z nogą, a czy tak będzie z pisaniem? Okaże się. Wszyscy się o tym przekonamy.

Od czego zacząć?

Może wyjaśnię to, czego już się domyśliliście. Tak, moja mama nie żyje. Zginęła w wypadku. Straciła panowanie nad samochodem i rozbiła się o narożnik domu jednej z naszych sąsiadek. Podobno niczego nie poczuła. Uderzenie miało taki impet, że zmarła, zanim blacha maski zdołała ją pociąć.

Zdradzam twist historii, zanim ją opowiem. Ale cóż. Możecie wierzyć mi na słowo (w sumie na nic innego nie możecie) – to nie będzie jedyny dziwny twist.

Daliśmy się oszukać złu.

Wywieść w pole.

Jak dzieci. Ale na Boga, my byliśmy dziećmi.

Może i zachowywaliśmy się jak dorośli, walczyliśmy z demonami, wiedźmami, ale byliśmy dziećmi. I robiliśmy to, bo dorośli nie wierzą w demony i wiedźmy.

Moja mama nie wierzyła.

I umarła.

Wszystko, co miałem, umarło, przez demony, wiedźmy i przez to, że byliśmy dziećmi.

Mówiłem, że daliśmy się zwieść.

Oszukać.

Czekaliśmy na znak. Na jakiś ruch ze strony zła, a ono ogrywało nas od samego początku.

Podobno największą sztuczką diabła było przekonanie świata, że on sam nie istnieje. Nie wierzycie w to? To uwierzcie.

Ta sztuczka jest prawdziwa.

Tak samo prawdziwa jak słowa, które czytacie.

I co teraz? Skoro udało mi się jakoś zacząć. Cher kiedyś śpiewała, że gdyby mogła cofnąć czas, nie wypowiedziałaby tych wszystkich złych słów, które krzywdziły jej ukochanego.

Gdybym ja mógł cofnąć czas...

Gdybym mógł cofnąć czas, nigdy nie poszedłbym śledzić Igora.

Gdybym mógł cofnąć czas, nie wierzyłbym w ciszę.

Gdybym mógł cofnąć czas, szukałbym nie genezy zła, tylko od razu pewnego lustra.

Ale nie mogę cofnąć czasu.

Mogę tylko opisać to, co zrobiłem.

Zrobiliśmy.

Nie opowiem wam tej historii tak, jak się wydarzyła. Opowiem ją tak, jak ją zapamiętałem.

Rozdział pierwszyROK 2018

I

Ojciec zawsze mi powtarzał, żebym stare płyty i książki kupował tylko w antykwariatach. Mówił, że historię nowych rzeczy tworzymy sami, ale jeśli szukamy czegoś starego, warto iść do sklepu, w którym można znaleźć to używane. Bo wtedy nie kupujemy jedynie płyty czy książki, której potrzebujemy i chcemy. Wtedy kupujemy też kawałek czyjegoś życia. Przeszłość, która jest zamknięta w zapachu, odciskach palców na okładce, drobnych rysach, przez które skacze igła gramofonu, czy notatkach zrobionych długopisem na marginesie książki. Te wszystkie rzeczy to wrota do przeszłości.

Kiedyś – opowiadał – kupił płytę Boba Segera, w której kopercie przyklejona była karteczka: "Dziękuję, jesteś najlepszy i nigdy się nie zmieniaj, Pat. Z miłością – Bonnie, 1977". Było to pierwsze amerykańskie wydanie albumu Night Moves. Jedna z kultowych płyt dla ówczesnego młodego pokolenia. Jakaś kobieta dziękowała za coś Patowi, wyznając mu przy tym miłość. Może to był prezent od dziewczyny? Może Patowi dała go mama? Może Pat zmarł, a ktoś, sprzątając jego dom, wystawił płyty na sprzedaż i tak ta przepłynęła Atlantyk i trafiła do Polski? Może Pat został rzucony przez Bonnie i sprzedał płytę w komisie? Tysiące wersji życia, którego nie znamy, ale które możemy sobie dopowiadać.

Ojciec uwielbiał takie zabawy. Podobnie jak kochał spędzać czas w antykwariatach. Przynosić do domu te wszystkie książki z wpisami "dla najlepszego ucznia w liceum, rocznik 1987", "miłości mojego życia, nie zapomnę Cię, 1974". Mamę to wściekało, jego rozczulało, a ja słuchałem opowieści o ludziach, których nigdy nie poznałem i nie poznam.

To wszystko przypomniało mi się, gdy stałem w krakowskim antykwariacie z płytami. Wąska kiszka w jednej z krakowskich piwnic. Grzyb na suficie. Zapach pleśni i tysiące płyt poupychanych w plastikowych skrzyniach. Raj na ziemi. Grzebałem w nich bez większego celu i sensu. Miałem godzinę wolnego i zamiast łazić po zalanych deszczem ulicach, wolałem, ściskając w dłoni pięćdziesiąt złotych, szukać czegoś, co do mnie przemówi. "Bo płyta musi mówić – powtarzał ojciec. – Nieważne, że jej nie znasz. Nieważne, że artysta jest ci obcy. Płyta musi do ciebie mówić".

Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Właściciel albo pracownik sklepu siedział za maleńką ladą i przeglądał albumy, które wprowadzał mozolnie na stronę internetową. Byłem jedynym klientem w pustym sklepie i pewnie ten stan nie zmieniał się zbyt często.

Odkąd tu wszedłem, minęło ponad pół godziny. Moje dłonie zabarwiły się od kurzu na czarny kolor, a ja wciąż nie znalazłem płyty, która by do mnie mówiła. Przy kilku miałem wrażenie, że to właśnie to, ale głos zamilkł.

A potem ją znalazłem.

Ona nie mówiła. Ona krzyczała.

Na okładce była wielka, częściowo różowa kula, która przypominała ni to księżyc, ni to dziwną pizzę. Dookoła niej zaś pływały zawieszone w próżni różne przedmioty. Filiżanka, liść, muszka, pokręcona maskowata twarz.

Wyjąłem płytę ze skrzynki i nie sprawdzając, ile kosztuje, podszedłem do lady. Sprzedawca przez chwilę mnie ignorował, by w końcu spojrzeć na mnie znad opuszczonych na nos okularów.

– Nieźle – powiedział. – Świetny album. Choć wolę debiut. Five Leaves Left. Też mam, jak coś – wyrzucał z siebie słowa, nie czekając na moją odpowiedź. – Albo wiesz co? Mam coś innego. Dorzucę ci za darmoszkę, bo mam ze sto egzemplarzy i nikt nie chce tego kupować, a płyta wspaniała. Ale wiesz, jak mawiał wielki Polak Piłsudski: "Płyty wspaniałe, tylko ludzie...".

Nie dokończył, bo podałem mu pięćdziesiąt złotych.

Ten drugi album miał tytuł I Often Dream of Trains i nagrał go facet, który nosił takie samo nazwisko jak Alfred Hitchcock.

II

Podobno mieszkańcy Appalachów wierzyli, że różowy księżyc oznacza, że ziemia oddaje krew, którą wchłonęła. Gdy nadchodził czas różowego księżyca, nikomu nie było wolno orać pola ani kopać ziemi. Miało to przynosić pecha i zgubę dla gospodarstwa.

Z kolei Indianie z plemienia Algonkinów uważali, że pojawienie się różowego księżyca kończy okres, gdy ziemią władają mroczne, złe moce. Różowy księżyc zamykał wrota łączące zaświaty ze światem ludzi, wyznaczając tym samym kres czasu, w którym ciemność wchłaniała światło.

I choć do czasu różowego księżyca mieliśmy jeszcze kilka miesięcy, bo pojawiał się on na przełomie marca i kwietnia, to czytałem o nim nie przez przypadek. Albumem, który do mnie krzyczał w antykwariacie, był Pink Moon Nicka Drake'a.

Słuchając w kółko tytułowej piosenki, zastanawiałem się, o co mogło mu chodzić. Drake śpiewa tam raptem kilka zdań. Układają się one w opowieść o ostrzeżeniu. Nie da się go już zatrzymać. Zostało to już powiedziane i napisane. Różowy księżyc nadciąga i wszystkich dopadnie.

Oto cała historia, opowiedziana niezwykle delikatnym głosem z akompaniamentem gitary akustycznej. Tyle. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie to dziwaczne zestawienie różu z groźbą. Róż nie kojarzy się z czymś strasznym i groźnym. Róż jest miły. Sympatyczny. Zwyczajny. Mimo to tutaj brzmi groźnie. Przez chwilę tego nie rozumiałem, a potem przeczytałem biografię pana Drake'a. Okazało się, że był człowiekiem niezwykle długo chorującym na głęboką depresję, a Pink Moon to album nagrany w dwa dni, w chwili, gdy choroba całkowicie nim zawładnęła. Muzyczne wołanie o pomoc. Dla Drake'a zło czaiło się nie w mroku, ale w blasku dnia. Było zwyczajne. Osaczało go i sprawiało, że nikt, ale to nikt inny poza nim go nie dostrzegał. Dlatego zamiast napisać piosenkę o księżycu czarnym czy krwawym, napisał apokaliptyczną pieśń o różowym.

Koniec wyglądał zwyczajnie, dlatego też nikt nie zwracał na niego uwagi. Dwa lata później Nick Drake zmarł. Zabił się przez przypadek. Nagrywał nowy album i łykał tabletki antydepresyjne, aby być w formie. Pewnego wieczora łyknął ich za dużo. Nie obudził się. I nie ukończył płyty.

Dopadł go różowy księżyc.

III

Noce stawały się niemiłosiernie długie. Mówi się, że listopad to miesiąc, który rozpuszcza teraźniejszość. Granica między tym, co było, a tym, co jest, się zaciera, a ludzie zaczynają żyć w świecie, w którym więcej jest wspomnień i nostalgii niż codzienności. Bo co to za codzienność, która zabiera słońce, sprawia, że autobusy zaczynają jeździć, jak im się podoba, sklepy zamykają wcześniej, bo nikomu i tak nie będzie się chciało wieczorem z domu wychodzić, a dni stają się bliźniaczo do siebie podobne. Czytałem gdzieś, że w listopadzie przyszłość zostaje oficjalnie zawieszona. Jakby nigdy miała nie nadejść, a świat po Wszystkich Świętych zapadał niczym niedźwiedź w zimowy sen.

Żeby pokazać wam, w jakim miejscu się znaleźliśmy, opowiem o tym, jak spędziliśmy Halloween. Po wszystkim, co przeżyliśmy, dla naszej czwórki wigilia święta zmarłych powinna być najważniejszym dniem w roku. I prawie była.

Kiedy masz czternaście lat, nie obchodzi cię, że komuś starszemu nie podoba się to, że dzieciaki przebierają się za kościotrupy czy inne stwory i chodzą po domach, zbierając cukierki. Kiedy masz czternaście lat, chcesz się bawić ze wszystkimi w zbieranie cukierków, a nie toczyć dyskusje o tym, czy polska kultura ubożeje pod wpływem kultury amerykańskiej. Nic cię to nie obchodzi, bo raz – nie masz pojęcia, o co chodzi z polską kulturą, dwa – nie wiesz, co znaczy, że ubożeje, i wreszcie trzy – co to wszystko ma wspólnego z cukierkami. Przecież chodzi przede wszystkim o słodycze, potwory i chwilę dobrej zabawy.

Akira znalazła na Allegro zestaw kostiumów z cyklu "bądź potworem ze studia Universal". Oczywiście, że były tanie, chińskie i trzeba było czekać na nie trzy tygodnie. Za to nasza czwórka mogła przebrać się w monstrum Frankensteina (Długi), wilkołaka (Niedźwiedź), Drakulę (ja) i mumię (Akira). Żałowaliśmy, że nie było narzeczonej Frankensteina, ale ja tylko trochę. W końcu to Długi był tym monstrum... Zabawne, jak układają się pewne rzeczy. Jak pojawiają się pierwsze drobne igły zazdrości, choć przecież nie ma o co i o kogo być zazdrosnym. Jestem przekonany, że wbrew sobie chodziłbym wściekły, gdyby była ową narzeczoną. I pewnie nikomu bym nie powiedział. No bo jak? Sam do końca nie wiedziałbym, o co chodzi. Zazdrość tak działa. Zaczyna się niewinnie. Od drobnych ukłuć, by potem zamienić się w rwący potok, więc może lepiej, że ten kostium był niedostępny. Mumia była wspaniała. I w sumie trzeba było dobrze się przyjrzeć, żeby wypatrzyć Akirę.

Ruszyliśmy na obchód miasta z mieszkania Niedźwiedzia. Podobnie jak inne dzieciaki, przebrane najczęściej za Harry'ego Pottera, Jacka Sparrowa, kościotrupa albo wiedźmę, która wygląda jak kot, mieliśmy do przejścia osiedle Niedźwiedzia i kilka jednorodzinnych domów, a potem krętą wąską drogą, przecinaną gdzieniegdzie innymi wąskimi uliczkami, schodziło się na rynek.

Uliczki Czarnego Stawu nie układają się w logiczną siatkę. Raczej wiją się jak stare żyły pod skórą miasteczka, splątane, kręte, czasem nagle ślepe. Bruk, którym są wyłożone, miejscami jeszcze oryginalny, nierówny, granitowy, pamięta stukot żelaznych obręczy i podków. Kamienie są wygładzone tysiącami kroków, a między nimi rośnie mech, jakby próbował zszyć to, co przez lata zaczęło się rozchodzić. Kiedy pada deszcz, w szczelinach zbiera się czarna woda, od której, jak mówią starsi – wzięła się nazwa naszej miejscowości.

W tej części miasta domy stoją blisko siebie, niemal stykają się fasadami i okapami. Tynki mają kolor spranej ochry, przygaszonej zieleni, brudnego różu. Pod łuszczącą się farbą widać wcześniejsze warstwy – błękit sprzed pół wieku, a jeszcze głębiej – surową cegłę. Nad niektórymi drzwiami zachowały się kamienne nadproża z wyrytymi datami: 1898, 1911, 1923. Cyfry są starte, ale wciąż czytelne, jakby miasto uparcie odmawiało zapomnienia. W jednym z zaułków stoi dawna synagoga przerobiona na magazyn farb; w innym drewniany dom z misterną werandą, która przechyla się w stronę ulicy jak zmęczony starzec.

Przeszłość w Czarnym Stawie nie jest muzealna ani wypolerowana. Ona przecieka przez rynny, odpada płatami tynku, skrzypi w okiennicach. W sieni kamienicy przy Rybnej, maleńkiej uliczce, która wije się między domami, by dojść w swoim pokręconym końcu do wylotu Dobczyckiej, wciąż czuć zapach wilgoci i mydła, a na ścianach klatki schodowej zachowały się malowane ręcznie ornamenty – winorośle i złote pasy, dziś już wyblakłe, lecz uparte. Nawet szyldy sklepów – "Zakład Szewski", "Artykuły Kolonialne" – trzymają się na zardzewiałych wspornikach, choć w środku dawno nie ma ani szewca, ani kolonialnych towarów.

A jednak współczesność wgryza się w te uliczki bez skrupułów. Na jednej kamienicy zawisł ogromny baner z reklamą chwilówek, zasłaniający pół elewacji. Na innej – plastikowe okna w kolorze martwej bieli, które odcinają się od starego muru jak proteza. Tam, gdzie kiedyś był zakład krawiecki, działa lombard z migającą, niebieską diodą LED – "Pożyczki 24 h". Światło pulsuje wieczorem, odbijając się w mokrym bruku, jakby miasto dostało gorączki. A z gorączką nikt nie przychodzi po pieniądze.

Wąskie chodniki zastawione są samochodami, których karoserie niemal ocierają się o ściany domów. Anteny satelitarne wyrastają z dachów jak metalowe chwasty. Kable, czarne, splątane, biegną po elewacjach bez planu, w poprzek zdobień i gzymsów, jakby nikt nie miał odwagi ich schować. W podwórkach stoją plastikowe pojemniki na śmieci, a obok nich resztki dawnych studni, zasypane, zapomniane.

Czarny Staw jest jak organizm, który nie potrafi zdecydować, czy chce przetrwać, czy pozwolić sobie na rozpad. W jednej chwili zachwyca detalem – kutą klamką w kształcie lilii, ceramiczną płytką z numerem domu, cieniem żeliwnej latarni rzucanym na mur. W następnej odsłania pęknięcia, zawilgocone piwnice, odrapane drzwi z przyklejonymi ogłoszeniami o skupie złomu.

Te uliczki są wąskie nie tylko w sensie architektonicznym. One zawężają perspektywę, zmuszają do patrzenia blisko, do dostrzegania rys i odprysków. Nie ma tu szerokich alei ani reprezentacyjnych placów. Jest za to ciągłe tarcie między tym, co było, a tym, co próbuje być. Miasto trwa w pół kroku – z jedną nogą w przeszłości, w cieniu kamiennych nadproży i drewnianych okiennic, z drugą w teraźniejszości, która przynosi plastik, kredyt i pośpiech.

W Czarnym Stawie historia nie została zamknięta w gablotach. Ona unosi się nad ulicą jak nisko zawieszone niebo, ciężkie, ciemne, gotowe spaść przy pierwszym silniejszym wietrze. I może właśnie dlatego te wąskie uliczki mają w sobie coś bolesnego i pięknego jednocześnie: są świadectwem tego, że przeszłość można zaniedbać, ale nie da się jej całkiem wymazać.

Tego roku burmistrz zaprosił amatorską grupę teatralną Słowianie, która w sali widowiskowej domu kultury miała wystawić dla mieszkańców Dziadów część trzecią. Impreza była niebiletowana, wstęp wolny, mimo to przed budynkiem nie kłębiły się tłumy.

Zanim jednak dotarliśmy pod dom kultury, odbyliśmy kilka barwnych potyczek z mieszkańcami Czarnego Stawu. Sąsiadka Niedźwiedzia z parteru uznała, że zamiast słodyczy lepiej dać dzieciom biały ser, bo jest dobry na kości. Z jednego z jednorodzinnych domów, które wybudowano koło bloku, pan strzelał do nas z wiatrówki, krzycząc, że dzieci sprowadzą na ziemię antychrysta. Rozbawiło nas to, ale zaśmialiśmy się głośno dopiero, gdy sąsiad po drugiej stronie zaczął wyzywać go od idiotów. I dał nam dobry kilogram cukierków.

Im więcej mieliśmy w workach, które zupełnie nie pasowały do potworów ze studia Universal, tym bardziej traciliśmy zapał do odwiedzania kolejnych domów. Zwłaszcza że im bliżej rynku byliśmy, tym robiło się dziwniej. W kamienicy na początku wąskiej uliczki prowadzącej do placu ktoś starał się, aby dzieciaki na własnej skórze przekonały się, czym dla zmarłych jest ich święto, wylewając z okna na przebierańców wiadra wody. Może i tegoroczna jesień była ciepła, ale wciąż była jesienią, a chodzenie w przemoczonych ubraniach gwarantowało doznania, które mogły zakończyć się przeniesieniem na tamten świat.

– Czy w Warszawie ludziom też tak odbijało? – zapytała Akira.

– Jasne – powiedziałem. – Kiedyś jeden gość włożył do cukierków szkło. A inny upchał w nich połamane igły.

– Czasami nie ogarniam – westchnął Niedźwiedź.

– Nikt nie ogarnia. Dorośli także. Niektórzy mają po prostu nasrane pod deklem, jak mawiała moja pani od angielskiego.

Roześmialiśmy się. Przed nami wyłonił się dom kultury. W drzwiach Nit rozmawiał z kimś z urzędu miasta. Urzędników łatwo poznać. Zawsze mają na sobie ubrania, jakby szli na wesele, i nigdy na nikogo nie patrzą. Po prostu są pracownikami urzędu i to na nich powinno się patrzeć.

Nit, którego nielegalna sala kinowa w kotłowni stała się naszym ukochanym miejscem spotkań, przeżywał pewne problemy osobiste. Jego dziewczyna zagroziła, że go rzuci, jeśli nie zacznie robić rzeczy ambitnych i przede wszystkim zarabiać więcej niż na kolejne kasety wideo. Chłopak ją kochał, więc wziął sobie groźbę do serca do tego stopnia, że pewnego dnia zapytał Długiego, czy ten nie pomógłby mu... w przygotowaniu projektu przebudowy sali widowiskowej w pełnoprawny kinoteatr. Tak, nie jest rozsądne, by dorosły facet prosił o pomoc czternastolatka, ale Nit nie był rozsądny. A my nie byliśmy też całkiem normalnymi czternastolatkami. Długi o prośbie Nita powiedział nam, a my całą ekipą znaleźliśmy projekt dofinansowań w takim dziwnym czymś, co nazywało się PISF. Resztę zrobił sam. Wspominam o tym, bo gdy podeszliśmy do schodów domu kultury, zauważyliśmy, że Nit entuzjastycznie poklepuje tego kogoś z urzędu po ramieniu.

– Myślicie o tym samym? – zapytał Długi.

– Tak. Chyba dostał kasę – zaśmiała się Akira.

– Dziewczyna go nie rzuci – dodałem.

– Ale zamknie kotłownię – skwitował Niedźwiedź.

Fakt. Tego nie przewidzieliśmy.

Gdy Nit nas zauważył, uśmiechnięty, potwierdził nasze przypuszczenia. Choć droga do budowy była jeszcze długa, to już cieszył się jak małe dziecko.

– Ej, a co z... – chciał zapytać Niedźwiedź, ale Nit mu przerwał.

– Nie bój żaby – zaczął. – To, co w kotłowni, zostaje w kotłowni. A teraz, jak macie ochotę, wbijajcie na dół. Wika puszcza anty-Halloween.

– Co? – zapytałem.

– Anty-Halloween. Puszczamy filmy, których nikt w Halloween nie ogląda!

Ruszyliśmy w stronę kotłowni. Rozentuzjazmowany Nit zaczepiał kolejną osobę z urzędu miasta, która wchodziła na Dziady. Gdy skręcaliśmy do wejścia, usłyszeliśmy, jak krzyczy za nami:

– Zarąbiste kostiumy, dzieciaki!

Cały Nit.

Filmem na anty-Halloween okazał się Świadek. Piękny, ale bardzo dziwny, o policjancie, który ze świadkiem morderstwa ściganym przez zabójców ukrywa się w osadzie amiszów. Nie było w nim nic strasznego. W zasadzie był smutny, a Indiana Jones nie był dowcipny.

Tak minęło nam Halloween. Mieliśmy cztery worki słodyczy. Obejrzeliśmy Świadka i nawet na sekundę nie wspomnieliśmy w najstraszniejszy dzień roku o koszmarach, które przeżyliśmy. Powinno dać nam to do myślenia. Ale nie dało.

IV

A więc nasze życie toczyło się w swoim powolnym, małomiasteczkowym rytmie. Co jeszcze? Mieliśmy szkolną wycieczkę. Wysłano nas całą klasą do biblioteki miejskiej, byśmy w ramach poznawania tradycyjnych metod pozyskiwania wiedzy uczyli się, jak korzysta się z biblioteki. Dla pokolenia mojej mamy było to coś niezwykle zabawnego, zresztą śmiała się dość długo, gdy prosiłem ją o podpisanie zgody na wyjście z terenu szkoły, ale dla naszych kolegów? Nie było to już tak abstrakcyjne. Dzieci internetu, AirDropa i scrollowania rolek niekoniecznie potrafiły się w rzeczywistości bibliotecznej odnaleźć. Dlatego dyrektor wpadł na szalony pomysł, żeby każda ósma klasa odbyła obowiązkową wycieczkę i w towarzystwie pań bibliotekarek odkryła, jak nasi rodzice szukali informacji o synonimach przekleństw choćby.

Oczywiście naszej czwórki te lekcje średnio dotyczyły. W tym sensie, że przecież dobrze znaliśmy wnętrze biblioteki, bo z niej korzystaliśmy. Nasza wychowawczyni i zarazem polonistka pani Bogucka też nie sprawiała wrażenia zadowolonej z przymusowej wycieczki do miejsca, które większość jej uczniów odwiedzi jeszcze raz, może dwa razy w życiu. Bogucka nie przepadała za marnowaniem czasu, którego jej zdaniem zawsze było za mało. Być może dlatego omawialiśmy Kamienie na szaniec już czwarty tydzień. Żeby poznać wszystko to, na co nigdy później nie będziemy mieli czasu.

Miejska biblioteka, jako że była instytucją dofinansowaną przez Unię Europejską, nie kojarzyła się z czymś starodawnym. Przeciwnie – wyglądała niezwykle nowocześnie, co zaskoczyło niektórych naszych kolegów. Zaskoczeniem dla wszystkich, w tym pani Boguckiej, było to, że bibliotekarki przywitały naszą czwórkę, zwracając się do nas po imionach.

– Czyli jesteście niedobitkami współczesnych dzieciaków, które potrafią poruszać się po bibliotece – powiedziała do nas Bogucka.

– Tak wyszło, proszę pani – odparł Niedźwiedź. – Ja to w ogóle mam dostępy do różnych bibliotek online...

– Dobra. – Machnęła ręką. – To siedźcie tu, a ja pójdę z resztą. Im mniejszy tłum, tym szybciej pójdzie.

Nie wyprowadzaliśmy jej z błędu. Zrobią to doskonale znane nam wiedźmy biblioteczne, jak pieszczotliwie nazwaliśmy kiedyś bibliotekarki.

W kąciku obok czytelni, gdzie stoły były dotykowymi ekranami, na których można było wyszukiwać wszystkie potrzebne dane, stał ekspres do kawy i czajnik. Każdy mógł tu napić się kawy lub herbaty albo wrzątku z cytryną, jeśli takowy lubił. Wszystko w cenie biletu. Czyli za darmo.

Niedźwiedź z Długim zaczęli szukać danych dotyczących jakiegoś treningu, który interesował Długiego, a my z Akirą poszliśmy zaparzyć sobie herbatę. Z papierowymi kubkami usiedliśmy z tyłu schodów prowadzących w głąb biblioteki. Tu można było spokojnie rozmawiać, bez obaw, że wiedźmy biblioteczne usłyszą i przybiegną, by karcącym wzrokiem przypomnieć, że w pomieszczeniu obowiązuje cisza. Cienkie kartonowe kubki parzyły palce i miękły od ciepła. Akira dmuchnęła w unoszącą się parę.

– Moja babcia robi lepszą – powiedziała.

– Każda babcia robi lepszą.

– Wiesz, że teraz moja dzwoni pięć razy dziennie do twojej?

– Wiem! Dzięki temu babcia przestała mi mówić, że jeśli będę tyle siedział w telefonie, to będę miał kwadratową głowę.

Zaśmiała się. Trochę za głośno jak na bibliotekę.

– Wiszą na telefonach – powiedziała. – Jak nietoperze. Głowami w dół.

Tym razem zaśmialiśmy się oboje. Ciszej. Schody skrzypnęły pod jej ciężarem, kiedy przesunęła się bliżej ściany. Historia znajomości naszych babć była dość skomplikowana i pokręcona, ale na razie chyba zmierzała po latach do niemal filmowego happy endu. Przyjaciółki z młodości, które nie odzywały się do siebie przez lata, teraz powoli odbudowywały relację. Co prawda wciąż się nie spotkały, ale to był drobny szczegół. Więc tak siedzieliśmy z Akirą na schodach. Rozmawialiśmy o babciach, o herbacie i o tym, że w czytelni zawsze jest za jasno, co nigdy nie przeszkadza Niedźwiedziowi. Para z kubków unosiła się i znikała. Przez chwilę patrzyłem, jak włosy Akiry łapią światło z okna. Pachniały słodkimi owocami. Albo mi się wydawało.

– Daj spróbować – powiedziała nagle, wskazując na mój kubek.

– To ta sama herbata.

– Ale twój kubek wygląda na cieplejszy.

Wyciągnąłem rękę. Ona też.

Karton był już miękki. Nasze palce zetknęły się na sekundę za długo. Ciepło przeszło nie z herbaty, tylko z jej skóry. Cofnąłem dłoń, ale za wolno, jakby coś mnie zatrzymało.

Kropla spadła mi na palec.

– Uważaj – powiedziała.

Nie wiedziałem, czy mówi o herbacie. Przez chwilę było cicho. Z góry dobiegł nas śmiech. Nie zauważyliśmy, że Długi stoi kilka metrów od nas. Nie widziałem go od razu. Zobaczyłem dopiero, kiedy przestał się ruszać.

– O, jesteście – powiedział.

– A gdzie mielibyśmy być? Szukać z wami treningów? – zaśmiała się Akira.

Uśmiechnął się. Ten sam uśmiech co zawsze. Ale przez chwilę patrzył nie na mnie, tylko na nią. Potem na nasze kubki. Potem na stopnie między nami. Zszedł dwa schodki. Zatrzymał się.

– Idziemy potem do Nita? – zapytał.

– Zobaczymy – odpowiedziała Akira.

Zobaczymy. Nie "tak". Nie "jasne".

Długi skinął głową.

– To ja idę na chwilę do Niedźwiedzia. Oszalał i szuka teraz jakiejś listy filmów zakazanych – powiedział.

Przez jakiś czas siedzieliśmy jeszcze w ciszy. A potem nagle Akira oznajmiła:

– Chyba powinniśmy iść. Może już skończyli.

Wstała pierwsza. Poprawiła rękaw bluzy. Wzięła ode mnie pusty kubek, jakby to było oczywiste, że ja trzymam oba. Nasze dłonie znów się musnęły, ale tym razem krócej. Bardziej ostrożnie.

I tyle. Cała wycieczka do biblioteki.

Dlaczego pamiętam ją do dziś? A dlaczego wciąż pamiętam Akirę? Dlaczego mogę opowiedzieć o każdej jej koszulce, bluzie, ulubionym kadrze z anime? Domyślcie się. Ja w każdym razie wtedy nie byłem tak domyślny jak dziś. Plus – wtedy nie wiedziałem tego, co wiem dziś.