Wtyczka - Duane Swierczynski

-
Proszę czekać

Czu­ję, że się zbli­ża­ją

27 LI­STO­PA­DA

Cześć, Mamo. Wczo­raj wie­czo­rem mnie aresz­to­wa­li. (Tak jak­by).

Pi­szę to, żeby po­ukła­dać so­bie w gło­wie szcze­gó­ły, jak uczył mnie tata. Za­wsze mó­wił, że spra­wy ja­koś tak dziw­nie na­bie­ra­ją sen­su, kie­dy się je spi­sze. No­tu­ję na kart­ce pa­pie­ru (a nie na lap­to­pie) z paru po­wo­dów:

1. Dzi­siaj trze­ba za­ło­żyć, że wszyst­ko, co na­pi­sze się na kom­pu­te­rze albo w ko­mór­ce, może prze­czy­tać pierw­szy lep­szy geek gdzie­kol­wiek na świe­cie.

2. Nikt nie może zo­ba­czyć tego, co pi­szę, a nie chcę, żeby ja­kiś geek szu­ka­ją­cy na­grań do por­no­zem­sty za­ju­mał mi to z kom­pa.

3. Pa­pier się pali.

Ad­re­su­ję to wszyst­ko do Cie­bie, bo za­wsze po­wta­rza­łaś, że mogę Ci po­wie­dzieć wszyst­ko, na­wet okrop­ne rze­czy. W ten oto spo­sób wra­cam do tego mo­je­go (tak jak­by) aresz­to­wa­nia...

No więc wy­obraź so­bie wczo­raj­szy wie­czór: je­stem nie­da­le­ko kam­pu­su na im­pre­zie. Od­cho­dzi ostre chla­nie, bo dla wszyst­kich to ostat­nia oka­zja, żeby na­wa­lić się przed wy­jaz­dem do domu na dłu­gi week­end. Czy­li do­kład­nie taka im­pre­za, przed ja­ki­mi mnie ostrze­ga­łaś. Ale nie martw się, żad­nych or­gii, żad­ne­go dzie­le­nia się strzy­kaw­ka­mi, żad­ne­go czcze­nia Sza­ta­na. Po pro­stu ban­da wzo­ro­wych stu­den­tów z pierw­sze­go roku roz­luź­nia się przed kosz­ma­rem dwóch ty­go­dni pi­sa­nia re­fe­ra­tów na za­li­cze­nie (za ty­dzień) i zda­wa­nia eg­za­mi­nów (za dwa). Piwo, szo­ty, gło­śny rap, tego typu spra­wy. Ale ja nie mogę się roz­luź­nić, bo rano o nie­ludz­kiej go­dzi­nie mu­szę je­chać po tatę.

Na szczę­ście umiem dłu­go pić jed­no piwo. By­ła­byś ze mnie dum­na. Przez ostat­nie dwa mie­sią­ce stu­denc­kie­go ży­cia udo­sko­na­li­łam tech­ni­kę. Po pro­stu trze­ba:

1. Pić bar­dzo ma­ły­mi ły­ka­mi.

2. Za­miast bu­te­lek, przez któ­re wszyst­ko wi­dać, wy­bie­rać pusz­ki.

3. Co ja­kiś czas w ła­zien­ce do­peł­niać pusz­kę wodą z kra­nu.

Nikt mi ni­g­dy nie do­sry­wa, że je­stem mię­czak. Prze­cież za­wsze mam w ręku (pra­wie) peł­ną pusz­kę piwa!

W każ­dym ra­zie sie­dzę ści­śnię­ta z kupą lu­dzi na ka­na­pie, kie­dy po im­pre­zie za­czy­na krą­żyć szkla­ne bon­go. Rama ka­na­py jest pęk­nię­ta, a po­dusz­ki tak się za­pa­dły, że gdy­bym po­rząd­nie kich­nę­ła, strze­li­ła­bym so­bie z ko­la­na w gło­wę. Ko­leś obok bie­rze bon­go w swo­je ham­bur­ge­ro­wa­te łap­ki, za­cią­ga się, a po­tem od razu szar­manc­ko po­da­je mnie. Bar­dzo na­le­ga: bierz, bierz, bierz. We­so­ły, zba­ka­ny pi­jak chce tyl­ko jed­ne­go - żeby wszy­scy wo­kół nie­go też byli we­se­li, zba­ka­ni i pi­ja­ni. Je­śli cho­dzi o mari­hu­naen, to ja nic nie mam na­prze­ciw­ko, po­li­tycz­nie, oso­bi­ście, me­dycz­nie. Wiesz, że tata za­wsze mówi: jak chcesz cze­goś spró­bo­wać, to przy­nieś do domu, spró­bu­je­my ra­zem. (Aku­rat, już to wi­dzę). Nie, po pro­stu nie lu­bię tra­cić od 20 do 30 punk­tów IQ od jed­ne­go ma­cha. Zio­ło to nie dla mnie, i nie mó­wię tak tyl­ko ze wzglę­du na Cie­bie.

Na szczę­ście na tra­wę też mam me­to­dy:

1. We­ssać po­licz­ki, uda­jąc, że się za­cią­gasz.

2. W tym sa­mym mo­men­cie za­mknąć krtań.

3. Ka­słać, ka­słać, ka­słać jak to­tal­ny no­wi­cjusz, a do tego tro­chę wy­ba­łu­szyć oczy, tak żeby wszy­scy wi­dzie­li, że ro­bisz to do­brze/źle i je­steś na do­brej dro­dze do zjar­lan­dii.

Ale po­tem dzie­je się coś bar­dzo dziw­ne­go. Kie­dy bon­go lą­du­je w mo­ich rę­kach, a wszy­scy się na mnie ga­pią, w gło­wie sły­szę głos. Mówi mi, że taka je­stem spię­ta, że jesz­cze tro­chę, a mózg wy­strze­li mi przez uszy. Po­win­nam im­pre­zo­wać, a co ro­bię? Uda­ję, że się do­brze ba­wię. Kur­de, na­wet nie po­win­nam być tu, w Fi­la­del­fii. Uda­wać ja­ra­nie po­win­nam te­raz w Ka­li­for­nii. Więc ła­pię za cy­buch i kie­dy się za­cią­gam, to na se­rio.

Oczy­wi­ście i tak kasz­lę jak no­wi­cjusz, to mam opa­no­wa­ne. Ko­le­dzy z za­jęć, któ­rzy nor­mal­nie nie zwra­ca­ją na mnie uwa­gi, te­raz zdziw­nie­ni i ro­ze­śmia­ni kle­pią mnie po ple­cach i ra­mio­nach. Pra­wie sły­szę, jak w po­nie­dzia­łek będą plot­ko­wać: sta­aary, ale się na­stu­ka­ła. I wiesz co, Mamo? Chy­ba rze­czy­wi­ście się na­stu­ka­łam, tak tro­szecz­kę. Skó­rę mam przy­jem­nie cie­płą. Za­ci­śnię­ta kul­ka z tyłu gło­wy jak­by się tro­chę roz­luź­nia. Na­wet mój we­wnętrz­ny wy­jeb­ko­mierz chy­ba po­szedł w górę o parę oczek.

Je­stem z sie­bie dum­na. Na­gra­dzam się na­wet praw­dzi­wym ły­kiem piwa cie­płe­go ni­czym siki.

Wte­dy za­uwa­żam, że D. się na mnie pa­trzy.

(Nie po­da­ję tu jego peł­ne­go imie­nia z po­wo­dów, któ­re nie­dłu­go sta­ną się ja­sne. Nie, nie dla­te­go, że się boję, że ka­żesz go wy­tro­pić i za­bić, Mamo. Cho­ciaż gdy­by kto­kol­wiek mógł tego do­ko­nać, to wła­śnie ty).

Naj­wi­docz­niej D. wszyst­ko wi­dział. Kiwa gło­wą i le­ni­wie rzu­ca mi dum­ny uśmiech. Zno­wu kasz­lę i pró­bu­ję od­po­wie­dzieć uśmie­chem. D. idzie sla­lo­mem przez za­tło­czo­ny sa­lon i wła­śnie wte­dy zwra­cam uwa­gę na jego spodnie: ja­skra­wo­czer­wo­ne chi­no­sy za­mknię­te od góry pa­sia­stym swe­trem, któ­ry opi­na jego szczu­pły tors. Nie­wie­lu fa­ce­tów może no­sić czer­wo­ne spodnie, ale D. to je­den z tych, co dają radę. Do tego ma jesz­cze ka­pe­lusz - stet­so­na w sty­lu lat pięć­dzie­sią­tych. Te­raz zdej­mu­je go i przy­ku­ca. Przy­kła­da dwa pal­ce do pusz­ki, jak­by spraw­dzał, czy bro­war ma go­rącz­kę, po czym mówi:

"Sa­rie Hol­land, mo­dlisz się do tego piwa, jak­byś stu­dio­wa­ła teo­lo­gię".

Po­ka­zu­ję mu ję­zyk. Ale jak dur­na uczen­ni­ca my­ślę so­bie: o rany, on wie, jak się na­zy­wam. (I do tego po­tra­fi pra­wi­dło­wo wy­mó­wić moje imię). Zno­wu kasz­lę.

D. uśmie­cha się i na­chy­la w moją stro­nę.

"Przy­nio­sę ci zim­ne. Ta­kie gów­nia­ne piwo na­le­ży sma­ko­wać we wła­ści­wej tem­pe­ra­tu­rze".

Pró­bu­je wziąć pusz­kę, ale od­chy­lam się i usu­wam spo­za jego za­się­gu.

"Nie trze­ba, se­rio, dzię­ki. Oj­ciec przy­la­tu­je o wpół do siód­mej rano, więc i tak za­raz mu­szę się zbie­rać".

"Wy­ślij mu esa, żeby za­mó­wił sa­mo­chód".

"Co? Nie ma mowy. Nie każę ojcu za­ma­wiać tak­sów­ki w Świę­to Dzięk­czy­nie­nia".

"Nie tak­sów­kę. Pry­wat­ną li­mu­zy­nę. We­lu­ro­wa skó­ra, ba­rek... Niech so­bie sta­ru­szek strze­li bo­ur­bo­na z so­dów­ką".

"Ty my­ślisz, że mój oj­ciec czym za­ra­bia na ży­cie? Zresz­tą i tak mu­szę ode­brać jesz­cze bra­ta".

Na­stę­pu­je taka dziw­na chwi­la ci­szy, w któ­rej ten, kto ode­zwie się pierw­szy, prze­gry­wa. Nie­spo­dzian­ka: od­zy­wam się ja.

"Je­dziesz do domu?"

"Co?"

"Czy je­dziesz do domu? Na Świę­to Dzięk­czy­nie­nia".

"Po­wi­nie­nem po­je­chać w głąb sta­nu do mamy, a po­tem do ja­kiejś gro­dzo­nej for­te­cy w New Jer­sey, żeby zo­ba­czyć się z moim oj­cem bu­cem, ale luz. Jak przy­ja­dę, to przy­ja­dę. A twój sta­ry skąd przy­la­tu­je?"

"Z Ka­li­for­nii. In­te­re­sy".

Wy­star­czy, że wy­ma­wiam na głos tę na­zwę, a już my­ślę o tym, jak sło­necz­na i ośle­pia­ją­co pięk­na musi być te­raz po­łu­dnio­wa Ka­li­for­nia, na­wet w cze­lu­ściach li­sto­pa­da. Tata jest tam od so­bo­ty, ko­lej­ny wy­jazd kon­sul­tin­go­wy - już trze­ci tej je­sie­ni. (On na­praw­dę się sta­ra, Mamo). W każ­dym ra­zie po­dró­że taty ozna­cza­ją, że ja sta­le mu­szę być w domu ze wzglę­du na Mar­ty'ego. Ale dzi­siaj jest za­pro­szo­ny na pi­ża­ma-par­ty, dla­te­go je­stem wol­na do rana. Umó­wi­li­śmy się z oj­cem tak: mogę iść na im­pre­zę pod wa­run­kiem, że się nie upi­ję (ha ha, prze­cież wie, że ja się w ży­ciu nie upi­łam) ani nie zja­ram (ha ha... o kur­de) i że od­bio­rę go z lot­ni­ska o bar­ba­rzyń­skiej go­dzi­nie.

"No... Po­win­nam już iść..."

"Cze­kaj, mo­żesz pro­wa­dzić?"

"Chy­ba ja jed­na je­stem tu­taj trzeź­wa".

"Ha, mnie nie na­bie­rzesz, wi­dzia­łem, że nie­źle się za­cią­ga­łaś".

"Tyl­ko jed­ne­go bu­cha wzię­łam! Wszyst­ko w po­rząd­ku. Wy­glą­dam w po­rząd­ku, co nie?"

D. uśmie­cha się sze­ro­ko. Ma tro­chę męt­ne spoj­rze­nie.

"Tak cię tyl­ko wkrę­cam".

"Du­pek".

Ale i ja się uśmie­cham. Jak idiot­ka. Ko­lej­na nie­zręcz­na chwi­la ci­szy, kie­dy D. coś so­bie roz­k­mi­nia, po­cie­ra­jąc dłoń­mi uda.

"Słu­chaj..."

"No?"

"Mogę cię pro­sić o przy­słu­gę?"

To był dłu­gi, stre­su­ją­cy dzień w jesz­cze dłuż­szym, kosz­mar­nie stre­su­ją­cym ty­go­dniu. Je­stem na no­gach od wpół do pią­tej rano, na siłę kar­mi­łam oczy fak­ta­mi, prze­tra­wia­łam te fak­ty, gry­zmo­li­łam ele­ganc­kie zda­nia, z któ­rych może na­wet wyj­dzie spój­ny re­fe­rat. (Moja pa­mięć ej­de­tycz­na też ma swo­je gra­ni­ce). Ta po­łów­ka piwa, do któ­rej tak się mo­dli­łam, po­łą­czo­na z nie­zbyt en­tu­zja­stycz­nym ma­chem z bon­ga zro­bi­ła swo­je. W tej chwi­li je­dy­ne, o czym ma­rzę, to sen. Cu­dow­ny, bło­gi sen. Mam na to za­le­d­wie parę go­dzin, bo po­tem będę mu­sia­ła wziąć prysz­nic, wy­myć dym z wło­sów, wło­żyć ja­kieś czy­ste ciu­chy i po­je­chać na lot­ni­sko.

D. w ogó­le tego nie wy­czu­wa. Albo wy­czu­wa, ale go to nie ob­cho­dzi.

"No bo jest taka spra­wa. Mu­szę ode­brać książ­kę od kum­pla. Miesz­ka parę prze­cznic od Pat's. Pod­rzu­ci­ła­byś mnie? Po­sta­wię ci che­ese­ste­aka za fa­ty­gę".

Mój umysł roz­bie­ra tę proś­bę na czę­ści. D. chce, że­bym:

1. Za­wio­zła go (bo ja ewi­dent­nie je­stem trzeź­wa, w prze­ci­wień­stwie do wszyst­kich in­nych lu­dzi na tej im­pre­zie, a już na pew­no w prze­ci­wień­stwie do nie­go).

2. Gdzieś w oko­li­cę knaj­py Pat's Ste­aks (któ­ra znaj­du­je się da­le­ko w So­uth Phil­ly, a my je­ste­śmy te­raz w domu nie­da­le­ko kam­pu­su w North Phil­ly, na dru­gim koń­cu mia­sta).

3. Po książ­kę (cho­ciaż ju­tro jest Świę­to Dzięk­czy­nie­nia i na ode­bra­nie tej książ­ki bę­dzie miał cały week­end).

4. A moją na­gro­dą bę­dzie wiel­ki tłu­sty che­ese­ste­ak (mimo że je­stem we­gan­ką).

To wszyst­ko - co te­raz do­sko­na­le ro­zu­miem, bo po fak­cie za­wsze pięk­nie wi­dać - pach­nie gru­bą ście­mą. Przy­zna­ję, Mamo: w tym mo­men­cie wi­dzę tyl­ko jego sil­ną, smu­kłą syl­wet­kę pod swe­trem i te jego głup­ko­wa­te czer­wo­ne spodnie.

"Do­bra, spo­ko, za­wio­zę cię".

Za­nim się obej­rzę, obo­je sie­dzi­my w mo­jej hon­dzie ci­vic i bie­rze­my ostry za­kręt na au­to­stra­dzie Schuyl­kill, a na ho­ry­zon­cie wy­ra­sta­ją mi­go­cą­ce dra­pa­cze chmur w Cen­ter City. Pięk­nie to wy­glą­da w środ­ku nocy. Dziw­nie jest sie­dzieć z D. w moim sa­mo­cho­dzie. Może Fi­la­del­fia za­wsze bę­dzie dla mnie Wro­gim Mia­stem, ale w cen­trum, szcze­rze mó­wiąc, nie jest tak źle. Po­win­nam czę­ściej tam by­wać. Przez pierw­szy mie­siąc na­uki chy­ba co dru­gi dzień ktoś z na­szej ban­dy ku­jo­nów znaj­do­wał wy­mów­kę, żeby prze­je­chać się me­trem do Old City albo na So­uth Stre­et - cho­ciaż wszy­scy nam mó­wi­li, że cza­sy świet­no­ści So­uth Stre­et mi­nę­ły, kie­dy nas jesz­cze na świe­cie nie było. Sko­ro już na do­bre utknę­łam w tym mie­ście, to chy­ba po­win­nam ko­rzy­stać, ile wle­zie.

(Prze­pra­szam, Mamo. Przy­się­gam, już mi prze­szło).

D. otwie­ra scho­wek i za­czy­na grze­bać w mo­ich ka­se­tach.

"Ja pier­dzie­lę, na­praw­dę masz ta­kie rze­czy? Słu­chasz The Clash?"

"No... tak".

"Za­je­bi­ście. Masz na­wet San­di­ni­sta! Po­wiedz, że w tym sa­mo­cho­dzie jest ma­gne­to­fon..."

"Tam".

"Czad, kur­wa!"

D. wpy­cha ka­se­tę do od­twa­rza­cza i po kil­ku se­kun­dach nie­zręcz­ne­go syku ta­śmy roz­brzmie­wa Ma­gni­fi­cent Se­ven.

Oczy­wi­ście ka­se­ty są taty. Zna­la­złam je w pla­sti­ko­wym pu­dle z jego sta­rym szaj­sem i słu­cham od po­cząt­ku se­mes­tru. The Clash, Tal­king He­ads, Te­le­vi­sion, Lou Reed, The Ve­lvet Un­der­gro­und, The Cure (wszyst­ko, cze­go Ty nie cier­pia­łaś!) i jesz­cze cała masa nie­opi­sa­nych skła­da­nek, więc nie mam po­ję­cia, z czym są. Część z tego mi się po­do­ba, część jest ki­jo­wa. Ale sko­ro D. się po­my­lił i myś­li, że je­stem cool, to nie śmiem wy­pro­wa­dzać go z błę­du. No i wiel­kie dzię­ki, Mamo, że za­mó­wi­łaś ostat­nią hon­dę ci­vic z ma­gne­to­fo­nem na wy­po­sa­że­niu.

"Z kim masz trój­kę? Trzy razy C czy KGB?"

"Trzy razy C".

Trzy razy C z trzech przed­mio­tów w pro­gra­mie dla wy­róż­nia­ją­cych się stu­den­tów pierw­sze­go roku: Cal­kins (hi­sto­ria), Cur­now (fi­lo­zo­fia) i Chay­kin (li­te­ra­tu­ra). Pierw­sze C: miły, ale su­ro­wo oce­nia. Dru­gie C: nie da się go zro­zu­mieć, ale oce­nia ła­god­nie. Trze­cie C: za­gad­ko­wy, dow­cip­ny, szyb­ko gada, a oce­nia jak sa­dy­sta. Moż­li­we, że do­sta­nę swo­ją pierw­szą czwór­kę. W ży­ciu.

"Śmiesz­ne, że masz za­ję­cia z Chay­ki­nem. W tym se­me­strze prze­ra­bia stra­co­ne po­ko­le­nie czy be­at­ni­ków?"

"Be­at­ni­ków".

"Do­brej za­ba­wy z Na­gim lun­chem".

"Mam za­miar za­cząć czy­tać w week­end".

"Ha ha, no to masz prze­je­ba­aane".

(Je­śli jesz­cze nie za­uwa­ży­łaś, Mamo, D. dużo prze­kli­na. Faj­nym chło­pa­kom ła­twiej się wy­ba­cza blu­zgi).

Skrę­cam na au­to­stra­dę 676, prze­ci­nam be­be­chy mia­sta, prze­my­kam pod mo­stem Bena Fran­kli­na, jadę au­to­stra­dą I-95 przez do­słow­nie dzie­sięć se­kund, po czym zjeż­dżam na Co­lum­bus Bo­ule­vard i od­bi­jam w pra­wo w Chri­stian Stre­et. Wi­ta­my w So­uth Phil­ly. Cią­gle jesz­cze gu­bię się na tu­tej­szych uli­cach, a zwłasz­cza wo­kół Pat's. D. mówi, że­bym je­cha­ła pro­sto aż do Dzie­wią­tej. Po­tem w pra­wo. Po­tem na mnie pa­trzy. Sku­piam się na jezd­ni, ale czu­ję jego spoj­rze­nie. Ści­szam The Clash.

"No to je­ste­śmy na Dzie­wią­tej..."

"Słu­chaj, wiel­kie dzię­ki, Sa­rie. Se­rio, je­stem ci me­gaw­dzięcz­ny. Wra­cam do­słow­nie za dwie se­kun­dy".

"To do­brze, bo będę ci mie­rzyć czas".

(Tak u mnie wy­glą­da flirt. Flir­tu­ję rów­nie wpraw­nie, jak piję i palę).

D. wska­zu­je dom sze­re­go­wy, któ­ry wy­glą­da zde­cy­do­wa­nie zbyt ład­nie jak na metę paru stu­den­tów w So­uth Phil­ly. Może stu­diu­ją na uni­wer­sy­te­cie Penn Sta­te i mają bo­ga­tych ro­dzi­ców albo coś w tym sty­lu. Tak czy ina­czej, sa­mo­cho­dy sto­ją je­den za dru­gim i nie ma ani ka­wał­ka miej­sca.

"Gdzie sta­nąć?"

"Wi­dzisz par­kin­go­we­go? Pod­jedź tam i po­wiedz, że cze­kasz na przy­ja­cie­la Chuc­kie­go. Po­zwo­li ci tu po­stać, bez obaw".

W pierw­szej chwi­li my­ślę, że D. na­wią­zu­je do fil­mu gang­ster­skie­go, któ­re­go ni­g­dy nie wi­dzia­łam, Przy­ja­cie­le Chuc­kie­go albo coś w tym gu­ście. Mija se­kun­da, za­nim do­cie­ra do mnie, że mówi se­rio.

"Za­raz... kogo?"

"To mój kum­pel. Chuc­kie. Do­ga­dał się z tym go­ściem. Mo­żesz tu po­stać i nie mu­sisz pła­cić. Dwie se­kun­dy! Sło­wo!"

D. wy­ska­ku­je z auta i za­trza­sku­je drzwi tak moc­no, że aż się wzdry­gam. Nie cier­pię tego. Przez chwi­lę tkwię tak w oszo­ło­mie­niu, a po­tem pod­jeż­dżam ka­wa­łek da­lej i sta­ję w ko­lej­ce do par­ko­wa­nia, któ­ra oka­zu­je się cał­kiem spo­ra. Po chwi­li uświa­da­miam so­bie, że nie­chcą­cy we­pchnę­łam się poza ko­lej­no­ścią. Par­kin­go­wy, w musz­ce i ka­mi­zel­ce, robi drwią­cy ruch ręką, jak­by mó­wił "ależ pro­szę, pa­nie przo­dem". Opusz­czam szy­bę i czu­ję się dość ab­sur­dal­nie, oznaj­mia­jąc:

"Mój przy­ja­ciel jest przy­ja­cie­lem Chuc­kie­go".

O dzi­wo ko­leś na­tych­miast ła­god­nie­je. Kiwa gło­wą i prze­cho­dzi do na­stęp­ne­go sa­mo­cho­du.

Ze­gar na de­sce roz­dziel­czej po­ka­zu­je dzie­sięć po pół­no­cy. Strasz­nie zim­no i wie­je jak dia­bli. W tej chwi­li tata jest już w sa­mo­lo­cie, któ­ry nie­sie go z raj­skiej Ka­li­for­nii na upior­ne Wschod­nie Wy­brze­że. Mu­szę być w ter­mi­na­lu C za nie­ca­łe sześć go­dzin. A dwie se­kun­dy, w cią­gu któ­rych D. miał wró­cić, już daw­no mi­nę­ły.

Par­kin­go­wy, choć za­ję­ty in­ny­mi klien­ta­mi, znaj­du­je jed­nak dość cza­su, żeby się na mnie ga­pić. Rzu­ca mi jak­że cza­ru­ją­cy uśmiech, de­mon­stru­jąc przy tym lśnią­cy czar­ny ząb w gór­nej szczę­ce. (Ja to umiem przy­cią­gać przy­stoj­nia­ków, praw­da, Mamo?) Od­wra­cam gło­wę i ob­ser­wu­ję przy­cho­dzą­cych i wy­cho­dzą­cych klien­tów sta­ro­mod­nej wło­skiej re­stau­ra­cji na rogu, któ­ra chy­ba jest przy­czy­ną ca­łe­go tego ru­chu. Do­brze wiem, że mie­sza­niec taki jak ja nie po­wi­nien rzu­cać et­nicz­ny­mi epi­te­ta­mi, ale mam tu ist­ną pa­ra­dę ka­ry­ka­tu­ral­nych ita­liań­ców. Zło­te łań­cu­chy, buj­ne fry­zu­ry ukła­da­ne na szczot­ce, star­si ko­le­sie z la­ska­mi, któ­re mo­gły­by być ich wnucz­ka­mi, li­mu­zy­ny i ca­dil­la­ki, full ser­wis. Tam­my by się spodo­ba­ło. Po­win­ny­śmy tu kie­dyś wró­cić tyl­ko po to, żeby po­ga­pić się na lu­dzi. (Ko­niecz­nie mu­szę do niej za­dzwo­nić w ten week­end. To się już robi idio­tycz­ne. Nie ga­da­łam z nią od Hal­lo­we­en).

Mija dzie­sięć mi­nut - i tak, Mamo, wiem, że mam prze­rą­ba­ne. Po­tem jesz­cze go­dzi­na na ka­nap­ki, pół go­dzi­ny na po­wrót na pół­noc do kam­pu­su. Po­ło­żę się naj­wcze­śniej o dru­giej. I to wszyst­ko dla jed­ne­go chło­pa­ka.

D. po­zna­łam w pierw­szym ty­go­dniu na­uki. Spo­tka­li­śmy się na ja­kiejś im­pre­zie w ra­mach pro­gra­mu dla wy­róż­nia­ją­cych się stu­den­tów w noc­nym pseu­do­lo­ka­lu na par­te­rze klu­bu stu­denc­kie­go. Po­tem usły­sza­łam, że ci ze star­szych rocz­ni­ków na­zy­wa­ją tę im­pre­zę gieł­dą dup. Świe­że, mło­de ku­jon­ki wy­sta­wio­ne na po­kaz, nic, tyl­ko rwać. Jak się nie­trud­no do­my­ślić, przy­szła masa lu­dzi. Ale D. był inny. Wła­ści­wie tyl­ko żar­to­wał, za­pro­sił całą na­szą grup­kę do swo­je­go domu poza kam­pu­sem na piwo - moje pierw­sze w ży­ciu, na­wia­sem mó­wiąc. (Tata był­by dum­ny). Parę dziew­czyn z mo­jej trój­ki, któ­re chwa­li­ły się, że bro­wa­ry piją od dru­giej kla­sy li­ceum, wo­la­ło wa­lić szo­ty jac­ka da­niel'sa.

D. tyl­ko się do nich wszyst­kich uśmie­chał, z każ­dą flir­to­wał po rów­no, ze mną też. Naj­wi­docz­niej lu­bił się uma­wiać z dziew­czy­na­mi z pierw­sze­go roku, któ­re mają wła­sny sa­mo­chód. Dla nie­go moż­li­wość opusz­cze­nia kam­pu­su w do­wol­nym mo­men­cie była czymś ma­gicz­nym. Wśród ku­jo­nów z na­sze­go pro­gra­mu krą­ży­ły słu­chy, że pod ko­niec li­ceum D. moc­no so­bie na­gra­bił za jaz­dę po pi­ja­ne­mu, więc nie usią­dzie za kół­kiem do koń­ca dru­giej ka­den­cji Oba­my.

Nie żeby po­zba­wie­nie go auta to był zły po­mysł. Gość ewi­dent­nie dużo pije i po­pa­la spo­ro zie­lo­ne­go. Prze­ra­ża mnie myśl o nim za kie­row­ni­cą po­jaz­du wa­żą­ce­go ty­siąc dwie­ście kilo.

Po na­stęp­nych kil­ku krę­pu­ją­cych mi­nu­tach cze­ka­nia w to­wa­rzy­stwie Par­kin­go­we­go Przy­ja­cie­la Chuc­kie­go, któ­re spę­dzi­łam na ob­ser­wa­cji prze­wi­ja­ją­cych się po­dej­rza­nych osob­ni­ków i pa­ra­dy po­sta­ci z Chłop­ców z fe­raj­ny, wra­cam my­śla­mi do D., sa­mo­cho­dów i zio­ła. Za­raz, za­raz. A je­śli on tu wca­le nie przy­je­chał po książ­kę? Oczy­wi­ście, że nie przy­je­chał po książ­kę.

Pew­nie wła­śnie stąd bie­rze zio­ło.

Na im­pre­zie za­pas się koń­czył, więc po­pro­si­li go, żeby coś zor­ga­ni­zo­wał. On nie miał wła­sne­go auta (zresz­tą i tak nie po­wi­nien pro­wa­dzić), więc zna­lazł je­dy­ną trzeź­wą oso­bę z sa­mo­cho­dem.

Mnie.

Czu­ję się jak kom­plet­na idiot­ka.

Czy­li w przed­dzień Świę­ta Dzięk­czy­nie­nia, kie­dy mój tata, te­ra­peu­ta uza­leż­nień nar­ko­ty­ko­wych, leci sa­mo­lo­tem z Ka­li­for­nii, ja po­je­cha­łam do So­uth Phil­ly po nar­ko­ty­ki.

We­so­łe­go Świę­ta Dzięk­czy­nie­nia, co nie?

Dzia­ła­ją­cy w ukry­ciu funk­cjo­na­riusz wy­dzia­łu an­ty­nar­ko­ty­ko­we­go Ben­ja­min F. Wil­dey, lat trzy­dzie­ści dwa, sie­dzą­cy za kie­row­ni­cą swe­go nie­ozna­ko­wa­ne­go ra­dio­wo­zu, wbi­ja wzrok ni­czym la­ser w drzwi domu sze­re­go­we­go. Ma wra­że­nie, że dzi­siaj całe mia­sto to jed­na wiel­ka za­mra­żar­ka. W tym sta­rym gra­cie nie­ste­ty nie jest dużo cie­plej. Cały dzień był lo­do­wa­tym kosz­ma­rem, pa­dał deszcz ze śnie­giem, a Wil­dey więk­szość cza­su spę­dził na uli­cach. Zer­ka na ze­ga­rek. No pro­szę. Od trzech mi­nut mamy Świę­to Dzięk­czy­nie­nia. Jak ten czas leci, kie­dy tkwisz w au­cie i pro­wa­dzisz ob­ser­wa­cję w opar­ciu o cynk dwóch zde­spe­ro­wa­nych do­no­si­cie­li.

Na pierw­szy rzut oka ten bu­dy­nek przy Po­łu­dnio­wej Dzie­wią­tej Uli­cy pod żad­nym wzglę­dem nie przy­po­mi­na mety nar­ko­ty­ko­wej. Czy­sty, gład­ki chod­nik, świe­żo po­ma­lo­wa­ne okna, od­no­wio­ny mur z ce­gieł. To je­den z tych sze­re­gow­ców w So­uth Phil­ly, któ­re w swo­im cza­sie imi­gran­ci z tru­dem ku­po­wa­li za czte­ry ty­sią­ce do­la­rów, a te­raz spo­koj­nie moż­na za nie do­stać czte­ry­sta ty­się­cy.

Ale do­no­si­ciel za­rze­kał się, że gość pod tym ad­re­sem spo­ro han­dlu­je i ma stu­denc­ką klien­te­lę. Po­dob­no to di­ler śred­nie­go szcze­bla, któ­ry mówi o so­bie "Chuc­kie Mor­fi­na", jego spe­cjal­no­ścią są drob­ni han­dla­rze ob­słu­gu­ją­cy uni­wer­sy­te­ty, a cza­sem sprze­da­je bez­po­śred­nio dzie­cia­kom, któ­re boją się jeź­dzić do Ba­dlands czy Pill Hill. Lata temu ta oko­li­ca - Pas­sy­unk - była dziel­ni­cą po­rząd­nej kla­sy ro­bot­ni­czej, może tyl­ko tu i ów­dzie tro­chę po­dej­rza­ną. Wil­dey pa­mię­ta te cza­sy. Te­raz po­wy­ra­sta­ły tu ga­stro­pu­by, ko­mi­sy, re­stau­ra­cje pop-up i cała resz­ta hip­ster­skich wa­bi­ków. Za­glą­da­jąc tu­taj, dzie­cia­ki czu­ją się bez­piecz­nie.

Je­śli ostat­nie kil­ka go­dzin może o czymś świad­czyć, to w domu przy Po­łu­dnio­wej Dzie­wią­tej Uli­cy rze­czy­wi­ście coś się dzie­je. Dużo go­ści. Może to im­pre­za przed Świę­tem Dzięk­czy­nie­nia, ja­sne, ale dla­cze­go każ­dy spę­dza tu tyl­ko parę mi­nut? Dla­cze­go nie gra mu­zy­ka? I nic nie sły­chać?

Wil­dey po­trze­bu­je le­gal­ne­go spo­so­bu na wej­ście do środ­ka. Ta­kie­go, któ­ry nie wy­wo­ła obiek­cji Czło­wie­ka z Wi­de­ner Bu­il­ding. Ostat­ni­mi cza­sy, pra­cu­jąc w an­ty­nar­ko­ty­ko­wym, trze­ba za­cho­wać ostroż­ność. Przez idio­tów, zbo­czeń­ców i pa­zer­nych na kasę cwa­nia­ków z ko­men­dy ro­bo­ta nie jest te­raz ła­twa. Weź­my choć­by tych go­ści, któ­rych po­ra­ża­ją­ca głu­po­ta zo­sta­ła uwiecz­nio­na w se­rii ar­ty­ku­łów na­gro­dzo­nych Pu­lit­ze­rem parę lat temu.

Tak. Tym Pu­lit­ze­rem. Od­dział an­ty­nar­ko­ty­ko­wy z Bad­lands wpadł na ge­nial­ny po­mysł urzą­dza­nia na­lo­tów na miej­sco­we skle­pi­ki spo­żyw­cze za sprze­daż pla­sti­ko­wych wo­recz­ków. Co naj­mniej wąt­pli­we dzia­ła­nie. Ale to jesz­cze nie był szczyt głu­po­ty. Ze skle­pi­ków bra­li ka­nap­ki, ciast­ka, ba­te­rie, mle­ko, luź­ną go­tów­kę, co po­pa­dło. No bo ciast­ka i ka­nap­ki są ta­kie dro­gie.

Bądź­my szcze­rzy, kro­je­nie di­le­rów to w fi­la­del­fij­skich służ­bach prak­ty­ka uświę­co­na tra­dy­cją. Ale kro­je­nie di­le­rów po­le­ga na tym, żeby na­praw­dę kro­ić di­le­rów - czy­li spraw­ców. Nie okra­da się wy­stra­szo­ne­go mał­żeń­stwa imi­gran­tów sprze­da­ją­cych pla­sti­ko­we wo­recz­ki, któ­re - je­śli Wil­dey ma ak­tu­al­ne in­for­ma­cje - nie są nie­le­gal­ne. Czy­li ci kre­ty­ni za parę cia­stek sprze­da­li całą ko­men­dę. Bra­wo.

Od tam­tej pory od­no­si­ło się wra­że­nie, że co chwi­lę wy­ska­ku­je nowy skan­dal. Pe­wien lo­kal­ny dzien­ni­karz po­li­czył, że fi­la­del­fij­skim po­li­cjan­tom sta­wia się za­rzu­ty kry­mi­nal­ne śred­nio co trzy ty­go­dnie. Oczy­wi­ście nie tyl­ko tym z an­ty­nar­ko­ty­ko­we­go, ale wła­śnie oni naj­bar­dziej zo­sta­ją miesz­kań­com w pa­mię­ci. Chy­ba naj­gło­śniej było o gli­nia­rzu, któ­ry za­trzy­mał nar­ko­man­kę, żeby ją prze­szu­kać, ka­zał jej ro­ze­brać się do naga, a po­tem zwa­lił ko­nia na jej dżin­sy. "Czuł do mnie taki wstręt, że nie chciał mnie do­tknąć, ale to mu nie prze­szko­dzi­ło za­ba­wiać się ze sobą i spu­ścić się na moje spodnie za sie­dem­dzie­siąt pięć do­lców" - po­wie­dzia­ła nar­ko­man­ka sę­dzie­mu fe­de­ral­ne­mu. Gli­niarz dał jej sześć do­la­rów na pa­pie­ro­sy, ka­zał się ubrać i spa­dać. Miej­sco­wy bru­ko­wiec miał po­tem uży­wa­nie: MY­ŚLA­ŁEŚ, ŻE TO NA KO­GOŚ ZWA­LISZ? A do lo­kal­ne­go słow­ni­ka praw­ni­cze­go we­szło nowe okre­śle­nie: "sa­mo­gwałt praw oby­wa­tel­skich".

To wszyst­ko za­koń­czy­ło się gi­gan­tycz­nym pier­dol­ni­kiem: za­mknię­ciem ca­łej jed­nost­ki te­re­no­wej, od­da­le­niem pię­ciu­set spraw za po­sia­da­nie nar­ko­ty­ków i wy­sła­niem ca­łej gro­ma­dy gli­nia­rzy za biur­ko albo na wcze­śniej­szą eme­ry­tu­rę. W re­zul­ta­cie pro­ku­ra­tor okrę­go­wy - za­pew­ne przy­mie­rza­jąc się do po­sa­dy bur­mi­strza - wy­po­wie­dział ze swe­go biu­ra w Wi­de­ner Bu­il­ding woj­nę ca­łe­mu wy­dzia­ło­wi an­ty­nar­ko­ty­ko­we­mu.

Dla­te­go Wil­dey wie, że musi być su­per­o­stroż­ny. Daw­ne me­to­dy już nie przej­dą - "daw­ne", czy­li sprzed pół roku. Ze­szłej wio­sny do­rwał­by pierw­sze­go lep­sze­go z tych stu­den­tów, ka­zał mu sta­nąć pod ścia­ną i wy­wró­cić kie­sze­nie. Bum, praw­do­po­do­bień­stwo winy. I go­to­wy bi­let wstę­pu.

Ale Wil­dey nie może za­trzy­mać żad­ne­go z nich, nie bez uza­sad­nio­ne­go po­wo­du, któ­ry utrzy­mał­by się w są­dzie. Po tym ca­łym cha­osie na ko­men­dzie ad­wo­ka­ci utrą­ci­li­by spra­wę i na­wet by się nie spo­ci­li. Sam Chuc­kie Mor­fi­na jest zbyt spryt­ny, żeby dać się przy­ła­pać na uli­cy. Na­jem­ca nie­ru­cho­mo­ści to ja­kaś fir­ma, pew­nie przy­kryw­ka. Nikt nie zna praw­dzi­we­go na­zwi­ska Chuc­kie­go i nie wie, jak on wy­glą­da. Wil­dey do tej pory nie wi­dział go na oczy.

Ale to wła­śnie go­ścia tego typu Wil­dey naj­bar­dziej chciał­by przy­skrzy­nić. W ca­łym od­dzia­le nikt o nim na­wet nie sły­szał, co ozna­cza, że jest dość nowy.

Dla­te­go Wil­dey ob­ser­wu­je dom i wy­cze­ku­je na od­po­wied­ni mo­ment. To tyl­ko je­den z sze­ściu cyn­ków, któ­re ma na oku, ale naj­bar­dziej obie­cu­ją­cy - na­pęcz­nia­ła pi­jaw­ka go­to­wa za­raz pęk­nąć. Duży ruch. I han­dlarz z wku­rza­ją­cą ksy­wą. Rany, Wil­dey ma­rzy, żeby zo­stać tym go­ściem, któ­ry za­ła­twił je­ba­ne­go Chuc­kie­go Mor­fi­nę. Tego kre­ty­na po­win­ni za­mknąć już za sam pseu­do­nim.

Do tego do­cho­dzi kwe­stia, że Mor­fi­na pra­wie na pew­no jest bia­ły. Nie żeby Wil­dey był ra­si­stą. Ale kil­ka mie­się­cy przed tym, jak zwer­bo­wa­no go do nowo po­wsta­łe­go od­dzia­łu Nar­co­tics Field Unit-Cen­tral So­uth (w skró­cie NFU-CS, No­bo­dy fucks with us - nikt nam, kur­wa, nie pod­sko­czy), w ra­por­cie Ame­ry­kań­skiej Unii Swo­bód Oby­wa­tel­skich prze­czy­tał, że więk­szość osób aresz­to­wa­nych za ma­ri­hu­anę to czar­no­skó­rzy. Tym­cza­sem bia­li palą wię­cej zio­ła niż kto­kol­wiek. W Fi­la­del­fii czar­ni sta­no­wią ja­kieś osiem­dzie­siąt pro­cent za­trzy­ma­nych za zio­ło. Wil­dey sam aresz­to­wał ich spo­ro w Ba­dlands, cho­ciaż sta­rał się być gli­nia­rzem nie­dy­skry­mi­nu­ją­cym, któ­ry spra­wie­dli­wie przy­skrzy­nia czar­nych, śnia­dych i bia­łych. Miło by było jed­nak tro­chę zmie­nić tę sta­ty­sty­kę.

Za­trud­nia­jąc go, po­rucz­nik Ka­tri­na "Kaz" Ma­ho­ney po­wie­dzia­ła mu: wy­szu­kuj mi spra­wy, któ­re inni prze­ga­pi­li. Za­po­mnij o zgar­nia­niu go­ści z ro­gów ulic. Przy­noś mi duże spra­wy. Nie ob­cho­dzi mnie, kto komu pła­ci ani co się dzia­ło do dzi­siaj. Za­sa­dy się zmie­ni­ły.

No więc wy­bacz­cie, bo­ga­ci bia­li ba­ro­ni nar­ko­ty­ko­wi. Od cze­goś trze­ba za­cząć ka­rie­rę.

Oby wła­śnie od Chuc­kie­go Mor­fi­ny.

Ale oczy­wi­ście... po bo­że­mu.

Jak się wy­ra­zi­ła prze­ło­żo­na: "Wy­obraź so­bie, że Czło­wiek z Wi­de­ner Bu­il­ding przez cały czas sie­dzi ci w dup­sku, wi­dzi wszyst­ko, co ro­bisz, kwe­stio­nu­je każ­dą two­ją myśl. Jak pój­dziesz się od­lać, to myśl so­bie, że on na­rze­ka, że tak się ocią­gasz, i ma­su­je ci pro­sta­tę, żeby przy­śpie­szyć spra­wę".

Dzie­sięć mi­nut po pół­no­cy Wil­dey pod­no­si gło­wę na wi­dok srebr­nej hon­dy ci­vic, któ­ra za­jeż­dża w tra­dy­cyj­ne miej­sce - nie­da­le­ko rogu uli­cy, gdzie par­kin­go­wy po­zwa­la wszyst­kim (do­mnie­ma­nym) klien­tom Chuc­kie­go za­trzy­mać się na tro­chę. Nie ła­miąc pra­wa.

Wil­dey­owi na­wet po­do­ba się ten układ. Dzię­ki nie­mu ła­twiej mo­ni­to­ro­wać klien­te­lę po­dej­rza­ne­go. Hip­ster w ka­pe­lu­szu, lat dwa­dzie­ścia, może dwa­dzie­ścia je­den, w ja­skra­wo­czer­wo­nych spodniach i z zie­lo­nym ple­ca­kiem na ra­mie­niu - ej, cwa­nia­ku, Boże Na­ro­dze­nie do­pie­ro za mie­siąc - wy­ska­ku­je z sie­dze­nia pa­sa­że­ra, po­ko­nu­je chod­nik kil­ko­ma dłu­gi­mi kro­ka­mi i wbie­ga po schod­kach do drzwi wej­ścio­wych. Puka trzy razy. Drzwi się otwie­ra­ją. Pan Czer­wo­ne Por­t­ki wcho­dzi do środ­ka. Po­zdrów ode mnie Chuc­kie­go.

Wil­dey bie­rze no­tes i pi­sze szyb­ko:

0044 Ob 1 - B/K, kie­row­ca hon­dy ci­vic

0045 Ob 2 - B/M, pa­sa­żer, 190 cm, chu­dy, zie­lo­ny ple­cak na ra­mie­niu, ja­skra­wo­czer­wo­ne spodnie, gra­na­to­wa wia­trów­ka

0046 O2 pod­cho­dzi do ob­ser­wo­wa­ne­go domu, nie­zna­ny męż­czy­zna wpusz­cza go. O1 cze­ka w sa­mo­cho­dzie na miej­scu wska­za­nym przez par­kin­go­we­go

Kie­dy chło­pak zni­ka w domu Chuc­kie­go, Wil­dey sku­pia uwa­gę na kie­row­cy. To dziew­czy­na. Z osiem­na­ście, dzie­więt­na­ście lat. La­ty­no­ska? Włosz­ka? Trud­no po­wie­dzieć w tym świe­tle. Wło­sy ma upię­te ja­kimś srebr­nym czymś. Czu­je się nie­swo­jo, cze­ka­jąc na miej­scu wska­za­nym przez par­kin­go­we­go. Roz­glą­da się, jej mowa cia­ła zdra­dza nie­po­kój, ra­mio­na są sta­le w ru­chu. Star­szy gli­niarz na­uczył go kie­dyś, że przy­zna­nie się do winy zwy­kle w ogó­le nie jest po­trzeb­ne. Wy­star­czy ob­ser­wo­wać cia­ło, ono po­wie wszyst­ko. Wi­dać, że dziew­czy­na nie chce tu­taj być. Przy­je­cha­ła wbrew swo­jej woli? Wil­dey spi­su­je nu­mer re­je­stra­cyj­ny hon­dy, żeby spraw­dzić go póź­niej. Nie ma lap­to­pa, żeby zro­bić to od razu. Ma tyl­ko no­tes, dłu­go­pis, od­zna­kę, broń i prze­no­śne­go ko­gu­ta pod­łą­cza­ne­go pod gniazd­ko za­pal­nicz­ki. Wie­cie, na wy­pa­dek gdy­by za­dzia­ło się coś na se­rio.

Wil­dey ma na­dzie­ję, że tak wła­śnie bę­dzie. Da­lej, mała, daj mi uza­sad­nio­ny po­wód do po­dej­rzeń. Ob­ser­wu­je cha­tę Chuc­kie­go już od ty­go­dnia, wciąż bez po­wo­dze­nia.