Wszystko za życie. Niewiarygodna historia polskiej Żydówki, która przeżyła Zagładę - Gerda Weissmann-Klein

Kup ebooka

30.75 zł
25.52 zł (25,22 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

Rozdział 1

Na zielonym dywanie salonu z mojego dzieciństwa leży zegarek. Wskazówki zamarły w bezruchu na 9.10, zamarły, gdy to się wydarzyło. Będzie tylko przeszłość, nadejście przyszłości jest niepewne, czas utknął w teraźniejszości. Poranek - 9.10. Tylko tyle potrafię pojąć. Wskazówki są okrutne. Powoli rozmazują się na tarczy zegarka.

Podnoszę wzrok na okno. Wszystko wygląda obco, jak we śnie. Na ulicy ryczy kilka motocykli. Kierowcy mają na sobie zielonoszare mundury, słyszę głosy. Najpierw kilka, potem wiele, wykrzykują coś niemożliwego i nierealnego. "Heil Hitler! Heil Hitler!". A zegarek mówi 9.10. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że rozsunęła się niewidzialna kurtyna, a ja wkroczyłam na niewidzialną scenę, żeby odegrać rolę w trwającej sześć lat tragedii.

Był 3 września 1939 roku, niedzielny poranek. Spędziliśmy bezsenną noc w wilgotnej, zimnej piwnicy naszego domu, na zewnątrz spadały pociski i bomby. W pewnym momencie, jeszcze wieczorem, gdy tata, mama i mój brat Artur, wtedy dziewiętnastoletni, kulili się w osłupiającej ciszy, z zewnątrz, z ogrodu, dobiegło miauczenie mojej kotki Schmutzi i Artur wyszedł, aby ją wpuścić. Wrócił z dziurą po kuli w spodniach.

- Kula?

- Ktoś strzela z dachów, Niemcy idą!

Potem, w szarzyźnie wczesnego ranka, usłyszeliśmy głośne pomruki wrogich czołgów. Nasi żołnierze wycofywali się znad granicy na Kraków, gdzie chcieli stawić opór. Mieli wymizerowane, wymęczone i nieogolone twarze, w ich oczach widniały panika i klęska. Starli się z wrogiem, spróbowali i przegrali. Wszystko działo się tak szybko. Dwa dni wcześniej, w piątek rano, 1 września, brzęczenie mas niemieckich samolotów wypędziło wszystkich mieszkańców naszego miasteczka na ulice. Radio huczało wieściami, że Niemcy przekroczyli naszą granicę pod Cieszynem i że toczymy wojnę! W pośpiechu wznieśliśmy blokady drogowe. Ludzi ogarnęła histeria i wielu opuściło miasto jeszcze tego samego dnia.

Nigdy nie uważałam Bielska, mojego rodzinnego miasta, za straszne. Zawsze było takie bezpieczne i stateczne. Przycupnięte u stóp Beskidów - wydawało się, że wysokie szczyty chronią spokojne, lśniące światłami miasteczko przed intruzami. Bielsko było urocze i nie bez powodu nazywano je "Małym Wiedniem". Przed 1919 rokiem leżało w granicach Austro-Węgier i nadal utrzymywał się w nim posmak tamtej epoki. Niemal wszyscy mieszkańcy posługiwali się dwoma językami, w sklepach rozmawiano po polsku i niemiecku. W samym środku miasta, pośród pieczołowicie wypielęgnowanych kwietników, stał niewielki, ale znakomity teatr, a zaraz obok Schloss, czyli zamek Sułkowskich, szlachty blisko związanej z Habsburgami.

Odkąd pamiętałam, nic nie zakłócało spokoju Bielska. Dopiero teraz, gdy ujrzałam ludzi uciekających z miasta, zrozumiałam, jak blisko, jak niebezpiecznie blisko byliśmy czechosłowackiej granicy. Od Cieszyna dzieliło nas nieco ponad trzydzieści kilometrów.

Oczywiście, o wojnie mówiło się od wielu tygodni, lecz moją rodzinę od połowy sierpnia zajmowała choroba taty. Od początku czerwca do połowy sierpnia byłyśmy z mamą w Krynicy, kurorcie górskim. Tata i Artur nie mogli nam towarzyszyć, a my wróciłyśmy po telegramie od taty, że ze względu na powagę sytuacji międzynarodowej lepiej wracać do domu. Tata czekał na nas na dworcu, wstrząsnęło mną to, jak źle wyglądał. Doskwierało mu prawe ramię i zaniepokojona mama wezwała lekarza. Ten uznał, że tata przeszedł łagodny atak serca i kazał mu się natychmiast położyć do łóżka.

Nazajutrz wezwaliśmy do taty dwóch specjalistów. Tego samego dnia otrzymaliśmy depeszę od Leo, mieszkającego w Turcji brata mamy. Brzmiała tak: "Wybiła ostatnia godzina Polski. Niebezpiecznie dla Żydów. Wasze wizy czekają w ambasadzie w Warszawie. Namawiam, żebyście przyjechali bezzwłocznie".

Mama włożyła depeszę do kieszeni fartucha i orzekła:

- Tata jest chory, to nasza główna troska.

Mieliśmy za wszelką cenę oszczędzać tacie nerwów i niepokojów, ostrzegaliśmy wszystkich gości, żeby nawet nie wspominali przy nim o możliwości wybuchu wojny. Mama nie zdawała sobie sprawy, jakiego losu moglibyśmy uniknąć, gdyby nie taiła przed tatą prawdy. A jednak 1 września, w piątek rano, gdy na niebie zaryczały niemieckie samoloty, chorujący od dwóch tygodni tata stanął twarzą w twarz z rzeczywistością. To był dzień pełen napięcia. W większości spędziłam go w sypialni rodziców, instynktownie trzymając się jak najbliżej taty.

Pod koniec tego pierwszego dnia nikt nawet nie tknął kolacji, nikt nie miał ochoty iść spać. Mama usiadła na krześle obok łóżka taty, a my z Arturem wyglądaliśmy przez okno. Konie i wozy wyładowane uciekinierami nadal przetaczały się na wschód. Gdzieniegdzie w wieczorne niebo wystrzeliwała flara, jak krew strzykająca z rany, i nagle cała dolina była skąpana w groteskowej czerwieni. Patrzyłam na rodziców. Tata wyglądał dziwnie, niemal bez życia. Żółte kwiaty na czarnej podomce mamy zdawały się płonąć. Na zewnątrz szczyty górskie rozbłysły na chwilę, a potem rozbrzmiały ogłuszającym hukiem, przez który szyby w oknach zagrzechotały jak zęby kościotrupa. Wszystko płonęło. Ponownie spojrzałam na mamę. Miękkie, pofalowane, ciemnogranatowe włosy przykleiły się jej do twarzy. Jej wielkie, ciemne oczy wyglądały na tle bladej skóry jak sadzawki bez dna. Ruchliwe usta były zastygłe i obce. Na naszych twarzach odbijał się czerwony blask. Jej wyglądała przez to nieznajomo. Oto mama, płonąca dziwnym ogniem zniszczenia, a na ulicy konie i wozy, furmanki i rowery sunęły w nieznane. Pewien mężczyzna niósł na plecach kozę, zapewne swoje jedyne mienie. Na rogu kilka kobiet tuliło do piersi niemowlęta, a obok jakaś stara chłopka robiła znak krzyża. Wydawało się, że w tym osobliwym, czerwonym świetle świat dobiegł końca. A potem niespodziewanie tata odezwał się do mnie:

- Idź, obdzwoń rodzinę, zobacz, co robią.

Zeszłam po schodach. Usiadłam przy aparacie z długą listą numerów w ręce. Zaczęłam od góry i systematycznie wykręcałam jeden po drugim, ale nikt nie odbierał. Telefony dzwoniły i dzwoniły. Wyobraziłam sobie, że w domach, które tak dobrze znałam, z każdym dzwonkiem jakiś znajomy przedmiot albo mebel przewraca się na podłogę.

Spanikowałam. Miałam wrażenie, że zostaliśmy sami w świecie umarłych. Wróciłam na górę. Rodzice i Artur najwyraźniej o czymś rozmawiali. Nagle przerwali.

- Nikt nie odbiera, prawda? - zapytał tata. Nie mogłam mówić. Skinęłam głową. Nie było sensu dłużej udawać. Tata pokazał, żebym usiadła na jego łóżku. Objął mnie lewym ramieniem.

- Dzieci - powiedział - liczyłem, że nigdy nie będę musiał o tym mówić, ale nadszedł czas, w którym muszę. Pamiętam, jakby to było wczoraj, krzyki rannych i blade oblicza ofiar zeszłej wojny. Nie sądziłem, że świat ponownie do tego dopuści. Wierzyłyście, że zawsze znajdę właściwe rozwiązanie na wszystko. A jednak was zawiodłem. Uważam, że powinnyście jechać. Mama właśnie mi powiedziała, że państwo Ebersohnowie pytali, czy nie zabrać was ze sobą, szukać schronienia w głębi Polski. Teraz, gdy najbardziej potrzebujecie mojej siły, jestem chory. Chcę, żebyście pojechały. Rozkazuję wam jechać! - Jego głos przybrał władczy ton, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałam. Zauważyłam, jak Artur, na dźwięk nazwiska jego sympatii, podnosi oszołomiony wzrok. Był podobny do mamy, jeszcze bardziej niż zwykle, a jednak gdy wstał - wysoki, prosty, zdeterminowany - z jakiegoś powodu przypominał mi tatę.

- Nie! Zostaniemy razem - odparł niemal bez wahania.

Rodzice spojrzeli po sobie. Wydawało mi się, że ujrzałam w ich oczach ulgę i dumę.

- Miałem nadzieję, że tak powiesz - rzekł tata łamiącym się głosem - nie ze względu na mnie, ale dlatego, że nie chcę wypędzać dzieci ku nieznanemu. Wierzę, że Bóg pozwoli nam zostać razem, pod własnym dachem.

Wycieńczony opadł na poduszki. Był to dla niego zbyt wielki wysiłek, pokój zawisł w bezruchu i ciszy. To dziwne, lecz wszystkie hałasy na zewnątrz również ucichły, a my zauważyliśmy, że niebo nie jest już czerwone.

Gdy obudziłam się nazajutrz, wszystko było spokojne, jak zwykle. Mój pokój oświetlało jasne słońce. Jesienne kwiaty w naszym ogrodzie znajdowały się w pełnym rozkwicie. Drzewa uginały się pod ciężarem owoców. W moim pokoju wszystko było po staremu i co więcej, nawet tata wstał z łóżka. Trzymał rękę na temblaku, ale wstał, i było to tak cudowne, że nabrałam pewności, że cały poprzedni wieczór to tylko koszmar. Nie, nie do końca, bo na twarzach rodziców odczytałam coś, czego wczoraj w nich nie było.

Gdy spotkaliśmy się na dole przy śniadaniu, wszyscy zdawali się weseli. Tata żartował. Mama włączyła się w pozornie beztroskie przekomarzania. Nasza służąca odeszła, aby być z krewnymi. Tata zapytał żartobliwie, czy nie chciałabym jej pracy. Nikt nie wspominał o wojnie. Poszłam włączyć radio. Rozległo się głośne trzaśnięcie, ale poza tym milczało. Sprawdziłam telefon, sprawdziłam światła, ale prądu nigdzie nie było. W pewnym sensie to dobrze. Nie mieliśmy kontaktu ze światem zewnętrznym. To była cudowna, spokojna sobota. Lecz wieczór przyniósł furię, która zakończyła nasz ostatni spokojny dzień. Z dachów zaczęły padać sporadyczne strzały, próbowano opóźniać nieprzyjaciela, gdy nasza armia cofała się na Kraków. Szukaliśmy schronienia w piwnicy i przesiedzieliśmy w niej całą noc. Nad ranem strzały całkiem ucichły, z ulic zniknęły pojazdy polskich wojsk. Wyszliśmy do salonu na filiżankę herbaty. Usiadłam na kanapie niedaleko okna i widziałam na zewnątrz ludzi w ewidentnie wesołych, radosnych nastrojach. Rozmawiali i śmiali się, trzymali kwiaty, wszędzie pstrykały aparaty fotograficzne.

- Mamo, popatrz - zawołał Artur. - Myślisz, że...? - Przerwał w pół zdania, nie ośmielił się wyrzec na głos nieprawdopodobnego.

- Nie - odparła mama i wtedy Artur wyjął z kieszeni zegarek. W spokój naszego domu wdarł się ryk motocyklu, zegarek upadł na podłogę. Była 9.10.

Wyjrzałam ponownie. Na domu naprzeciwko powiewała swastyka. Mój Boże! Chyba byli przygotowani. Wszyscy oprócz nas wiedzieli.

Po drugiej stronie ulicy zaparkowała ciężarówka wypełniona niemieckimi żołnierzami. Nasi sąsiedzi częstowali ich winem i ciastami, i wołali upojeni radością: "Heil Hitler! Niech nam żyje Führer! Dziękujemy wam za wyzwolenie!".

Nie rozumiałam. Nie potrafiłam pojąć, co się działo. Co ci ludzie wyrabiali? Przecież znałam ich całe życie. Zdradzili nas.

Poranna herbata wystygła na stole. Mama i tata wbili spojrzenia w ziemię. Ich twarze straciły wyraz. Tata wyglądał staro, jakby poszarzał. Ogromnie się zmienił.

Poczułam, że coś się pali. Rozgrzana bryłka węgla wypadła z wielkiego, zielonego pieca kaflowego na dywan. Pamiętałam, że rok czy dwa wcześniej stało się coś podobnego i mama była bardzo niezadowolona. Obróciła wtedy dywan, żeby przypalone miejsce znalazło się pod kanapą. Chciałam krzyknąć i ostrzec rodziców, ale gdy zauważyłam, jak wpatrują się w ten węgielek, głos uwiązł mi w gardle. Widzieli, że dywan się tli, ale jakby ich to nie obchodziło. Tata w końcu wstał i niedbale butem przesunął bryłkę z powrotem do paleniska. Nikt się nie odezwał.

Wyjrzałam przez okno i zobaczyłam Trude, dziewczynkę, którą znałam od małego. Mieszkała z babcią w dwupokojowym mieszkaniu w naszej piwnicy; nie płaciły czynszu, a w zamian prały. Teraz patrzyłam, jak wynosi kwiaty z naszego ogrodu, białe róże, z których byliśmy bardzo dumni, bo zakwitły poza sezonem. Wręczyła je żołnierzowi, łamiąc sobie język obcym jej niemieckim: "Heil Hitler!". Żołnierz wyciągnął po nie ręce, ale ktoś zaproponował mu sznapsa. Wybrał kieliszek i kwiaty spadły na zakurzoną drogę, gdzie stratowały je żołnierskie buciory. Zaczęłam szlochać, płakać, w jednym wybuchu dałam upust wszystkim emocjom i lękom. Artur przyskoczył do mnie i zasłonił mi usta dłonią.

- Oszalałaś? Chcesz nas wydać?

Ale ja go nie słyszałam. Łzy przynosiły ulgę. W końcu mnie spoliczkował.

- Pomyśl o życiu taty. Jak usłyszą twój płacz...

Nie potrafiłam przestać. Ściągnął mnie z kanapy, pociągnął przez dywan i dalej na górę, mama zasłaniała mi usta. Położyli mnie do łózka, gdzie płakałam w poduszkę, aż w końcu opadłam z sił i zasnęłam.

Wczesnym popołudniem pijany, rozradowany motłoch nadal świętował "wyzwolenie" i skandował ochryple "Heil Hitler!" Rodzice się uśmiechali. Ich uśmiechy sprawiały mi większy ból niż mój płacz i łzy. Wtedy nauczyłam się, że nie mogę płakać zawsze, gdy mam na to ochotę. Zrozumiałam, że staliśmy się wyrzutkami, obcymi we własnym domu, że znaleźliśmy się na łasce ludzi, którzy dotąd byli naszymi przyjaciółmi. Choć miałam tylko piętnaście lat, nabrałam silnego przeświadczenia, bardziej przeczucia niż faktycznej świadomości, że nasze życia już do nas nie należą, że znalazły się w rękach śmiertelnego wroga.

Mama, nawet tej pamiętnej niedzieli, próbowała utrzymać normalny rytm naszego życia. Przygotowała kolację i jak zawsze zasiedliśmy do stołu, ale nikt nie był w stanie jeść, a gdy odnieśliśmy talerze, siedzieliśmy w milczeniu. Artur przyniósł książki o wojnie 1914 roku i szukał informacji o jej przebiegu, ale tata powiedział:

- To inna wojna. Ta na pewno nie będzie trwać cztery lata. Cztery tygodnie, najwyżej cztery miesiące.

Wczesnym wieczorem, gdy wrzaski pijanej tłuszczy ucichły, rozległo się pukanie do drzwi i szept: "Pani Weissmann". Przyszła nasza sąsiadka, pani Bergmann, matka mojej przyjaciółki Escii. Cała blada i roztrzęsiona przekazała nam wieści, że po południu wyłapano na ulicach kilku Żydów, zamknięto ich w świątyni, a świątynię podpalono.

- Mężczyźni niech lepiej się nie pokazują - wyszeptała.

Tata i Artur spojrzeli po sobie. Mama otworzyła szeroko oczy i zacisnęła usta. Lecz pani Bergmann powiedziała nam też, że rano Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę. Posiedziała u nas tylko kilka minut. Gdy wstała, aby wyjść, mama odprowadziła ją do drzwi, a ja poszłam za nimi. Zanim otworzyły, obie chwilę nasłuchiwały, w końcu pani Bergmann przekręciła gałkę, rozejrzała po ulicy i wyślizgnęła się przez wąską szparę.

Siedzieliśmy w ciszy jeszcze jakiś czas, nikt nie chciał iść do łóżka. Pierwszy raz w życiu widziałam mamę wieczorem bez robótek ręcznych w dłoniach. Po prostu siedziała i patrzyła w ogień. Po chwili wstała, na zewnątrz spokojna i majestatyczna, i rzekła:

- Idźcie do łóżek, dzieci. Wszyscy potrzebujemy wypoczynku i siły.

Jej słowa zwieńczyły pierwszy dzień pod niemiecką władzą.

Następnego ranka siedziałam z mamą w kuchni, gdy przyszła jedna z sąsiadek, pani Rösche, z drugą kobietą, i zapytała o naszą flagę Polski.

- Flagę? - zaciekawiła się mama. - A po co?

- Żeby zrobić z niej niemiecką. To bardzo proste. Czerwony pas zostawia się jak jest, w białym wycina koło i naszywa na nie czarną swastykę.

Mama pobladła. Z początku szukała flagi w miejscach, w których na pewno jej nie było. Jednak wiedziała, że będzie musiała oddać ją prędzej czy później, więc w końcu ją przyniosła. Pani Rösche zapytała, czy mama ma czarną wstążkę. Odparła, że nie. Ta druga sąsiadka wyjęła kawałek. Powiedziała, że to bardzo porządna wstążka - że wytrzyma długie lata!

Obie sąsiadki spędziły cały ranek na szyciu nazistowskiej flagi na nasz budynek. Do dziś nie wiem, po co to robiły. Może myślały, że jeśli jej nie wywiesimy, to ściągniemy na siebie kłopoty.

Kiedy skończyły, zapytały:

- A gdzie Artur? Jest wysoki i silny. Mógłby ją powiesić.

Mama kazała mi go zawołać. Znalazłam go w jego pokoju, leżał osowiały, w apatii. Gdy powiedziałam, czego od niego chcą, krzyknął:

- Wszyscy postradaliście rozumy? Nigdy! Nigdy! Nie zrobię tego. Powiedz im, że mnie nie ma, powiedz, że umarłem, powiedz cokolwiek!

Więc pani Rösche i ta druga kobieta z wysiłkiem zamocowały flagę w niewielkim otworze w dachu. Całymi dniami nie potrafiłam się zmusić, aby wyjrzeć przez okno, a gdy w końcu to zrobiłam, ujrzałam krwistoczerwony symbol ogarniającej nas tragedii.

?

Rozdział 2

Podbicie Polski zajęło Niemcom osiemnaście dni, osiemnaście krótkich dni. Nadzieje, że nasze wojska odrzucą wroga, zniknęły. Upadł Kraków, później Warszawa, a Niemcy nacierali dalej, nie napotykając oporu. Czekaliśmy już tylko na wyzwolenie przez Francję, Rosję lub, na co liczyli tylko najwięksi optymiści, Anglię albo Amerykę. Krążyło wiele opowieści o nazistowskiej brutalności na wschodzie. Niektórzy Żydzi wracali z zajętych przez nich terenów. Po tym, co tam widzieli, uznawali, że bezpieczniej jednak wrócić do domów. Część zastawała je opustoszałe, większość cennych rzeczy zniknęła. Inni odkrywali, że ich domy zajęły dawne pokojówki, które teraz łaskawie pozwalały właścicielom spędzić noc lub dwie na poddaszu albo w piwnicy, może nawet zabrać jakieś ubrania, a później ich przepędzały.

My mogliśmy zostać w naszym wygodnym domu, więc przynajmniej na razie nie musieliśmy martwić się o schronienie. Dla taty kolejny powód do trosk stanowiły jego interesy. Był współwłaścicielem zakładu produkującego futra. Często wspominał, że chciałby udać się do fabryki i zobaczyć, co się z nią dzieje, ale podobnie jak my wiedział, że byłoby to zbyt niebezpieczne. Słyszeliśmy historie o ludziach, którzy wychodzili sprawdzić, co z ich zakładami lub sklepami, a na miejscu zastawali Gestapo albo SS. I już nie wracali. Bielsko było przede wszystkim ośrodkiem włókienniczym, a znakomite tkaniny zapewniły mu międzynarodową reputację. Dzięki licznym, wykwalifikowanym robotnikom standard życia był tam wyższy niż w niemal wszystkich innych zakątkach Polski. Wypełnione tkaninami magazyny były rozsiane po całym mieście. Za Wehrmachtem przyszli niemieccy urzędnicy i wszystko zarekwirowali.

Mieszkaliśmy na obrzeżach Bielska w dużym, wygodnym, ponad stuletnim domu. Choć dziadkowie po ślubie unowocześnili piętro, w suficie kuchni nadal widniały odkryte belki, stało w niej wielkie palenisko, betonowe frontowe schody były spękane, okna zamykały się na staromodne rygle, a zamiast centralnego ogrzewania we wszystkich pokojach stały wysokie kaflowe piece. Kochałam ten dom, bo miał wiele tajemniczych zakamarków, zimne klepisko w piwnicy (udawałam, że piwnica to lochy), zabałaganiony strych, po którym hulał wiatr, i najlepsze, czyli rozległy ogród z sadem. Częściowo ciągnął się wzdłuż ściany domu i krawędzi dziedzińca, gdzie stało kilka szop, w których trzymaliśmy drewno i kurczaki. Jednak prawdziwy ogród mieścił się za domem - na skarpie, bo całe Bielsko było rozrzucone na przedgórzu Beskidów. W naszym ogrodzie rosło dobrze ponad sto drzew owocowych, niektóre bardzo wiekowe, i niezliczone jagodziny, stała w nim obrośnięta liliami altana. Granicą ogrodu płynął wąziutki strumyk. Znałam i kochałam ten dom przez całe życie.

Wszystkim mieszkańcom kazali zarejestrować się na policji, a niedługo później Żydzi otrzymali zawiadomienia, że mają oddać całe złoto, samochody, rowery, odbiorniki radiowe, a nawet wieczne pióra. Z początku nie przywiązywaliśmy do tego wielkiej wagi, bo nadal mogliśmy mieszkać we własnym domu, ale wkrótce życie zaczęło robić się coraz trudniejsze. Jedno z nas zawsze czuwało przy oknie, a gdy przed domem zatrzymywał się samochód lub do drzwi zbliżał się budzący grozę zielony mundur, tata i Artur chowali się w szafie.

Początkowo nie chcieli dać się zastraszać. Tata bez przerwy protestował: "Nikomu nic nie zrobiłem. Nie boję się".

Ale mama rzucała mu tylko wymowne spojrzenie, i to wystarczało. Czekał w kryjówce, dopóki nie dawaliśmy znaku, że zagrożenie minęło. Słyszeliśmy o wielu przypadkach, że niemieccy żołnierze wchodzili do domu o coś wypytać, a gdy tylko drzwi otwierał mężczyzna, zabierali go ze sobą. Zwykle słuch o nim ginął. Rzadko udawało nam się zjeść posiłek bez jakichś zakłóceń. Zrobiliśmy się nerwowi. Nauczyliśmy się z daleka odróżniać odgłosy znienawidzonych buciorów.

Jakoś na początku listopada rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi. Nie złowrogie dudnienie Gestapo, lecz niepewny, jakby zmęczony sygnał. To dziwne, jak wiele może wyrazić pukanie, jeśli dobrze się wsłuchać. Przyszła siostra mojego ojca Anna z córką Miriam, która była w moim wieku.

Ciotka objęła ojca i zawołała:

- Bracie, bracie, dziękuję Bogu, że cię dla mnie uchował. Zostałam sama.

Szlochając, opowiedziała nam swoją tragiczną historię. Dwa dni przed wejściem Niemców do Bielska wraz z mężem i dwójką dzieci wsiadła do pociągu, próbując dostać się do Warszawy. Pociąg był atakowany dzień i noc. Mówiła, że gdy w lokomotywie zabrakło wody, pasażerowie stworzyli ludzki łańcuch i podawali kubki, butelki i wiadra, a naokoło leżeli martwi i konający. Nocami kulili się pod siedzeniami, nad ich głowami świstały bomby i kule. Podczas jednego z takich ataków ciotka Anna omdlała, więc jej mąż poszedł zdobyć trochę wody, żeby ją ocucić. Gdy się oddalił, spadła bomba. Kiedy ciotka oprzytomniała, ktoś powiedział jej, że został rozerwany na strzępy. Nie wrócił. Niemcy w końcu trafili lokomotywę i pociąg stanął na dobre. Ciotka Anna z dziećmi wysiadła i ruszyli pieszo na wschód. Wspominała, że była to upalna, wyczerpująca noc. Księżyc jasno świecił, widzieli całe tysiące spadających gwiazd, a przynajmniej tak sądzili. Wraz z innymi, którzy im towarzyszyli, wzięli to za dobry omen i szli dalej, przez niewielką piaszczystą pustynię pod Kielcami. Nocą maszerowali wytrwale ku lasom, licząc, że wybawią ich od upału, lecz wpadli na zwartą linię niemieckich karabinów i żołnierzy. Okazało się, że wzięli niemieckich spadochroniarzy za spadające gwiazdy. Wtedy po raz pierwszy poznali na własnej skórze nazistowskie metody. Niemcy najpierw oddzielili mężczyzn od kobiet. Ciotka Anna tuż po stracie męża musiała patrzeć, jak zabierają jej dziewiętnastoletniego syna. Ustawili mężczyzn w szeregu i rozstrzelali co dziesiątego. Pozostałych poprowadzili w stronę lasu. Ciotka pobiegła na miejsce masakry poszukać syna. Kilka serii z karabinów maszynowych uciszyło jęki i zawodzenia agonii, gorący wiatr poniósł echo kroków odchodzącej niemieckiej kolumny.

Wkrótce została już tylko cisza, przerywał ją cichy płacz piętnastoletniej Miriam.

- Mamo, ale ja chcę żyć.

Pieszo, konno, wozem i samochodem udało im się wrócić do Bielska. Ciotka Anna poszła najpierw do własnego domu, ale już zamieszkała w nim niemiecka rodzina. Obeszła domy przyjaciół i krewnych, ale wszystkie stały puste. Nie ośmielała się wierzyć, że my będziemy u siebie. Odnalezienie ojca wlało w nią nową nadzieję. Nie licząc ubrań, które miały na sobie w ucieczce, nie miały żadnej odzieży. Nie miały jedzenia ani pieniędzy. Straciły wszystko. Oczywiście u nas zostały.

Następnego dnia usłyszeliśmy kolejne niepewne pukanie do drzwi. Gdy ciotka Anna ujrzała w progu syna, wprost nie mogła uwierzyć! To było wręcz niemożliwe. Człowiek rzadko zaznaje w swym zwykłym życiu takiego szczęścia. Tak, to naprawdę był Dawid, wybiedzony i głodny, ale żywy. Opowiedział nam swoją część historii. Gdy zabrali go do lasu, jego grupa natknęła się na ukrywający się tam oddziałek polskich żołnierzy. Podczas chaotycznej strzelaniny wdrapał się na drzewo i siedział tam, dopóki Niemcy nie poprowadzili reszty więźniów głębiej w las. Niedługo później niezliczone strzały zabrały życie wielu ludziom. Dawid zaczekał na swej zamaskowanej grzędzie do zmroku, a potem ruszył w drogę powrotną. Szedł głównie nocami, za dnia odpoczywał lub spał pośród drzew albo w stodołach, aż w końcu dotarł do domu.

Dni mijały jak sen, jak choroba bez nadziei na ozdrowienie. Żyliśmy z dnia na dzień, szczęśliwi po każdej nocy, w której u drzwi nie stanęło Gestapo.

Artur bardzo się zmienił. Stał się niespokojny i drażliwy. Książki, które normalnie zajmowały mu całe dnie i noce, leżały nietknięte. Nie wychodził z pokoju. Nie golił się. Nie przebierał. Prawie nie jadł i wątpię, czy spał.

Pewnego ranka, jakieś sześć tygodni po wybuchu wojny, Artur ogłosił przy śniadaniu, że chce iść do centrum miasta. Wszyscy wiedzieliśmy, że to groźna wycieczka. Rodzice rozumieli, że chciał sprawdzić czy Gisa, jego sympatia, wróciła ze środkowej Polski, dokąd w dniu inwazji uciekła z rodzicami. Nie sprzeciwili się, powiedzieli, żeby sam decydował. Ogolił się i poszedł. Powiedział tylko:

- Idę.

Rodzice patrzyli zza zasłon, jak odchodził ulicą. Kiedy mijał niemieckiego żołnierza, zadrżeli i złapali się za ręce. A gdy żołnierz nie zwrócił na niego uwagi, odetchnęli z ulgą. Czekaliśmy niecierpliwie, zastanawialiśmy się, kiedy Arthur wróci, braliśmy pod uwagę, że Gisa może rzeczywiście wróciła, więc nie będzie go dłużej. Podczas tego niekończącego się czekania dwa razy widziałam, jak tata połyka pigułki. Mama bez zapału zajmowała się obowiązkami domowymi. Nie rozmawialiśmy o Arturze ani o jego misji, lecz byliśmy boleśnie świadomi, że każda minuta może przynieść mu tragedię.

Gdy już wydawało się, że minęła cała wieczność, w końcu go ujrzeliśmy, zmierzał nieśpiesznie w stronę domu. Bez słowa poszedł do swojego pokoju.

Zajrzałam do niego po kilku minutach. Na nocnym stoliczku stało zdjęcie Gisy. Była śliczną dziewczyną, miała wielkie ciemne oczy i blond włosy. Uśmiechała się z tego zdjęcia, ale gdy przyjrzałam się dokładniej, jej uśmiech nagle wydał mi się smutny.

Nauczyłam się już, aby nie zadawać pytań, stałam więc cicho i czekałam, aż Artur sam się odezwie.

- Przed jej domem leży martwy pies.

- Rolf? - zapytałam.

Skinął głową.

- Zastanawiam się - rzekł po chwili - czy zdechł z głodu, zabili go, czy ruszył za Gisą i jej rodziną, zgubił ich w drodze i wrócił tu zdechnąć.

?

Rozdział 3

W połowie października pocztą przyszło zawiadomienie, że wszyscy mężczyźni od szesnastego do pięćdziesiątego roku życia mają się zarejestrować. Gdy nadeszło, siedzieliśmy akurat przy obiedzie. Mama otworzyła szeroko oczy i spoglądała to na tatę, to na Artura. Zacisnęła usta, jakby tłumiła płacz. Tata zaczął szarpać wąsy zdrową ręką. Artur i Dawid popatrzyli po sobie, a potem spuścili wzrok i udawali, że zajmuje ich jedzenie. Ciotka Anna nakładała Miriam sałatkę. Drżały jej dłonie i liście sałaty wylądowały obok talerza. A ja potrafiłam myśleć tylko o jednym: że nie doceniałam, jak przyjemny był wczorajszy obiad.

W końcu Artur powiedział cicho:

- Słyszałem o tym. Wiem, o co chodzi. Wywożą młodych mężczyzn w głąb Polski, żeby odbudowywali to, co zniszczyły bomby. - Jego głos lekko drżał.

Kiedy Dawid dodał: "Wyjeżdżamy pojutrze", rodzice i ciotka pobledli.

Czyli obaj wiedzieli, ale woleli milczeć. Zdziwiłam się, że mama nie płakała. Po prostu chodziła po pokoju z zaciśniętymi ustami. Ramię taty zawisło ciężko na temblaku. Ciotka Anna nie odezwała się ani słowem.

Później tego popołudnia poszłam na górę, do pokoju Artura. Przeglądał książki, od czasu do czasu rzucał okiem na ogród, gdzie pośród drzew świszczał pierwszy jesienny wiatr. Na trawniku powiększały się sterty liści. Dzień wydawał się bardzo krótki.

Nie mówiliśmy za wiele. Artur kilka razy próbował zagaić rozmowę, ale gdy zmuszaliśmy się do żartów, nasze słowa brzmiały sztywno i nieprawdziwie. Więc w końcu całkiem zamilkliśmy.

Nie poznawałam już rodziców. Nie poznawałam brata. Nigdy wcześniej nie widziałam ich takich milczących. Wolałabym, aby wszyscy płakali, aby rodzice płakali, aby ściany płakały, aby lało i waliło piorunami. Ta martwa cisza była najgorsza. Wdzierała się we mnie, przepełniała mnie strachem i niepewnością.

Kiedy następnego ranka Artur i Dawid poszli się zarejestrować, wybrałam się z nimi. Chłopcy i mężczyźni, a wielu z nich znałam, ustawiali się w kolejce, zapisywali i dostawali numer.

Jeden z nich, kolega Artura z klasy, powiedział nam później, że wielu chłopaków z innych miast wywieźli do obozów i zabili.

- Nonsens - odpowiedział mu Artur - co za głupoty ludzie wymyślają.

W drodze do domu zatrzymaliśmy się na miejscu po świątyni. Zostało z niej zwęglone drewno, osmalone cegły i rozbite szkło. Tylko jeden filar wznosił się dumnie i opierał jesiennemu wiatrowi. Wpełzliśmy na gruzowisko, nie bacząc, czy ktoś nas zobaczy.

Artur podniósł kilka kawałków szkła i dał mi jeden. Otoczył mnie swoim mocnym ramieniem i powiedział:

- Popatrz na ten filar. Nic mu nie grozi. Musimy mieć wiarę. Nigdy o tym nie zapominaj, Gerdo.

Wiele lat później zgubiłam ten kawałeczek szkła gdzieś w czechosłowackich lasach, ale nigdy nie zapomniałam słów brata.

Tego wieczoru ciotka Anna, Dawid i Miriam wyszli wcześniej, żeby spędzić trochę czasu z pewną rodziną z kamienicy, w której mieszkali przed wojną. Ci ludzie mieli na tyle szczęścia, że pozwolono im zostać w budynku, więc porozmawiali z obecnymi lokatorami dawnego mieszkania ciotki. Liczyli na to, że jeśli ci dowiedzą się, że Dawid wyjeżdża, to pozwolą mu zabrać część swoich rzeczy. Ciotka powiedziała, że warto spróbować, ale obiecała, że rano wróci.

Tak więc tego smutnego dnia, 18 października 1939 roku, wróciliśmy do domu. Poszliśmy do pokoju Artura. Usiadłam na krześle przy oknie i patrzyłam na niego. Siedział przy biurku i opróżniał szuflady. Niektóre papiery czytał, a następnie ostrożnie odkładał z powrotem.

Byłam dumna z brata, choć czasami miałam niektórym dziewczynom za złe, że zabiegały o moją przyjaźń tylko dlatego, że liczyły na znajomość z nim. Kiedy szliśmy gdzieś razem, widziałam ich zazdrosne spojrzenia i przywykłam do padających później pytań: "Co to za przystojny brunet?". "Mój brat", odpowiadałam zawsze z radością i dumą. W Arturze było coś, co sprawiało, że wydawał się otwarty i dawał się lubić, no i miał ten szczery, olśniewający uśmiech, któremu nikt nie potrafił się oprzeć. Przyjaciół zdobywał bez trudu, zarówno wśród starszych, jak i młodszych. Jego dowcip i inteligencja dorównywały powierzchowności. Wszystko, za co się zabierał, szło mu świetnie. Zdobył uznanie za znakomitą pracę z chemii i celował w doktorat w tej dziedzinie. Pisał dla prominentnego periodyku, "Przewodnika Literackiego". Pewnego razu, ot tak, dla zabawy, zaczął malować. I jeden z jego pierwszych obrazów zdobył nagrodę. Podziwiałam go. Często mu zazdrościłam. Świetnie pamiętam, jak tamtego ostatniego popołudnia siedział przy biurku i przeglądał pamiątki z młodości.

Mama w końcu zawołała nas na kolację. Jak przez te wszystkie lata, przez te cudowne lata dzieciństwa, gdy bawiliśmy się w przytulnym pokoju, za oknem szumiał jesienny wiatr, w jadalni strzelał ogień i wszyscy schodziliśmy się tam, aby wspólnie zjeść ciepły posiłek. Lecz to miała być nasza ostatnia wspólna kolacja.

Tym razem to Artur wziął na siebie ciężar prowadzenia rozmowy. Ociągaliśmy się nad herbatą, widziałam, że rodzice rozpaczliwie pragną jak najbardziej wydłużyć ten wieczór.

- Lepiej połóż się dzisiaj wcześniej - powiedział w końcu tata.

Było to najbliższe nawiązanie do porannego rozstania.

Tamtej nocy nie mogłam spać. W gałęziach drzew ciągle zawodził wiatr. Gdzieś w oddali szczekał żałośnie pies. Poszłam na palcach do pokoju Artura. Twardo spał. Pamiętam, że usiadłam cichutko w nogach jego łóżka, patrzyłam w ciemność, aż w końcu tam zasnęłam. Następne, co pamiętam, to jego głos:

- Tato, proszę, daj jej spać. To jeszcze dziecko.

Wcale nie spałam, wszystko słyszałam. Wstałam i zbiegłam do kuchni. Na zewnątrz nadal było ciemno.

Mama krzątała się przy śniadaniu. Powiedziała, żebym ubrała płaszcz, po czym dała mi trochę pieniędzy i kazała iść po bułki dla Artura. Miałam odszukać Zeloskiego. Był naszym ogrodnikiem i złotą rączką. Teraz pracował w piekarni i rozwoził bułki i chleb w wielkich koszach.

Na zewnątrz było ciemno, choć oko wykol, padała zimna mżawka. W oknie Artura paliło się światło. Najwyraźniej pakował ostatnie rzeczy. Na dole, w kuchni, też się świeciło. Resztę domu spowijał mrok, podobnie jak wszystkie inne domy przy ulicy, nie licząc paru świateł w kuchennych oknach.

Wtedy zauważyłam idącego ulicą Zeloskiego. Podbiegłam do niego. Słabo słyszał, więc pociągnęłam go za rękaw.

- Panie Zeloski - powiedziałam. - Chciałam kilka bułek dla Artura. Wyjeżdża, wie pan.

- Wyjeżdża? - zapytał oszołomiony. Zeloski zawsze podziwiał Artura. Uważał, że wszystko, co robi, jest słuszne. Gdy Artur bawił się z kolegami w Indian, zadeptując przy tym kwiaty i niszcząc krzewy, zawsze znajdował jakąś wymówkę, żeby oczyścić go z winy, nawet jeśli oznaczało to obwinienie na przykład mnie.

Dał mi kilka bułek, a ja dałam mu pieniądze.

- Szkoda - rzekł. - A taki był bystry chłopak.

Pokręcił sędziwą głową i podreptał w swoją stronę.

- Jak to "był"? - krzyknęłam za nim.

- Już go nie zobaczysz - odpowiedział.

Zaczęłam szarpać go za rękę.

- Panie Zeloski, oszalał pan? Stary dureń z pana.

Kilka bułek wypadło z jego koszyka. A on tylko smutno pokręcił głową.

- Nienawidzę pana! - wrzasnęłam i kopnęłam bułki do rynsztoka. Pobiegłam do domu.

Rodzice i Artur siedzieli przy stole. Położyłam bułki w koszyczku na chleb. Mama nalała Arturowi kakao. Usiadłam na swoim miejscu. Nie pamiętam, o czym rozmawiali, ale gdy tata się rozejrzał, poczułam, że próbuje dobrze zapamiętać widok nas wszystkich razem, przy stole. Chciał coś powiedzieć, ale głos mu się załamał. Zerwał się gwałtownie i wybiegł. Odkąd się rozchorował, nie widziałam, aby się tak poruszał. Mama dała mi wzrokiem znak, że powinnam pójść za nim, i wróciła do rozmowy z Arturem, który udawał, że nie zauważył, co zaszło.

Scena, którą ujrzałam w korytarzu na piętrze, złamała mi serce. Tata stał przy drzwiach pokoju Artura i patrzył na niedbale rozrzucone w nim ubrania. Opierał się o ścianę, zasłonił oczy zdrową ręką. Zgarbiony, nie przypominał postawnego, zawsze wyprostowanego mężczyzny. Jego ciemne włosy mocno posiwiały. I wtedy dostrzegłam wielkie łzy spływające po jego policzkach.

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam, jak ojciec płacze. Płakał bezgłośnie. Do tej pory mój wielki silny ojciec zawsze był ostateczną instancją, która zabraniała czegoś lub przyzwalała na coś w moim życiu. Teraz stał się równie bezradny jak ja.

Poczułam obezwładniającą litość i ból. Objęłam tatę. Poczuwszy moje ręce, zadrżał i z jego gardła wyrwał się przeraźliwy, tłumiony do tej pory szloch, płacz, którego nigdy nie zapomnę, który nie przypominał ludzkiego głosu. Przypominał zawodzenie rannego, konającego zwierzęcia. Później słyszałam go wielokrotnie z ust zabijanych ludzi.

- Och tato, tato!

Odprawił mnie gestem.

Wróciłam do kuchni. Mama smarowała masłem bułkę dla Artura, rozmawiali. Po chwili tata wrócił, a Artur spojrzał na zegar. Zbliżała się szósta. Mój Boże, jak szybko minął ten czas! Za dziesięć minut musiał iść. Za dziesięć minut mieliśmy się pożegnać i nic nie mogło temu zapobiec. Te ostatnie minut rozciągnęły się w całą wieczność. Chciałam mieć to za sobą jak najszybciej.

W końcu Artur wstał. Narzucił na granatowy sweter krótką kurtkę, podniósł chlebak, ale odłożył go i podszedł do taty. Otworzył usta, chciał coś powiedzieć, lecz się nie odezwał.

Tata wstał powoli. Najpierw uniósł zdrowe ramię, a potem, z nieprawdopodobnym wysiłkiem, również drugie, na wpół sparaliżowane, i niezgrabnie objął Artura. Zakrawało na cud, że w ogóle udało mu się tę rękę zgiąć. Widzieliśmy, że sprawia mu to niewyobrażalny ból. Położył lewą dłoń na ciemnych włosach Artura, a chwilę później, szybkim ruchem, także prawą. Dla nas, dzieci, był to znajomy i pocieszający gest.

Jego dłonie były bardzo blade, ale nie zadrżały. Uniósł szklisty wzrok. I przyciągnął Artura do siebie. Dotknął ustami czoła syna.

- Bóg z tobą, synu! - Złapał Artura za ramiona i popchnął go w objęcia matki. Jej drobne, zgrabne dłonie na chwilę spoczęły na jego głowie, ale mama się uśmiechała. Nigdy nie widziałam u niej tak silnego spojrzenia.

Artur uniósł jej dłonie do ust i odwzajemnił się jednym ze swych najbardziej beztroskich uśmiechów. "Maminko", powiedział. Nazywał ją tak, gdy był małym chłopcem.

- To wcale nie jest trudne pożegnanie, moje dziecko, bo wiem, że wkrótce wrócisz - powiedziała cicho. Pocałowała go w czoło, nadal się uśmiechając.

Następnie szybkim, wręcz pełnym ulgi gestem Artur obrócił się do mnie, podniósł mnie, pocałował w oba policzki i powiedział swobodnie:

- Miło, że w końcu nie będziesz za mną wszędzie łazić.

To przełamało napięcie. Stanęłam na placach i wzięłam go w objęcia, próbowałam połykać łzy. Nachylił się do mnie i wyszeptał mi do ucha:

- Bądź silna, będą cię potrzebowali.

A potem zbiegł po schodkach na ulicę.

Poszliśmy za nim. Chcieliśmy odprowadzić go na dworzec, ale odwrócił się i powiedział:

- Proszę, wyświadczcie mi przysługę. Chciałbym pójść sam.

Tak, nie chciał, żebyśmy patrzyli, jak zamykają go w bydlęcym wagonie pod batem nazistów. Ruszył szybko chodnikiem. Jaśniało. Po chwili zwolnił. Stanął. Wiedziałam, że chce się odwrócić, ujrzeć obraz rodziny na tle domu i ostatni raz pomachać na pożegnanie, ale nie zrobił tego. Zawahał się na chwilę, ale się nie odwrócił. Zamiast tego szedł coraz szybciej i szybciej, ku nieznanemu.

?

Rozdział 4

Gdy Artur zniknął nam z oczu, tata delikatnie musnął mamę po ramieniu. Weszłam za nimi do domu. Nikt się nie odzywał. Tego dnia rodzicom nie było łatwo przebywać w jednym pokoju.

Tata zanurzył się w Biblii. Ciotka Anna wróciła, poszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Mama ubrała płaszcz, otuliła głowę szalem i wyszła. Ruszyłam za nią na cmentarz, położony kilka minut spacerem od domu. Znajdował się na wzgórzu ogrodzonym wysokim murem z cegły. Niektóre jego części były bardzo stare, stały w nich nagrobki nawet z 1700 roku. Mama szła powoli żwirową ścieżką, a gdy zbliżyłyśmy się do części, w której leżeli nasi krewni, przyśpieszyła kroku. Zza zarośli wyłoniły się ciemne marmurowe nagrobki z wyblakłymi inskrypcjami. Zauważyłam jeden świeży, połyskujący złotem napis: "Julia Mückenbrunn". Był to grób matki mojej mamy. Zmarła półtora roku wcześniej. Zobaczyłam, że mama składa głowę na kamieniu, jak zapewne wielokrotnie na piersi matki, gdy była dzieckiem. Owładnięta emocjami wymamrotała: "Moje dziecko... moje dziecko... matko!" i zaczęła gorzko płakać. Nie zdołałam zrozumieć wszystkiego, co wtedy mówiła. Był to dziwny, cichy monolog, a jednak czułam, że jej wewnętrzny głos krzyczy z całych sił: "Boże, przyprowadź go do mnie z powrotem".

Potem mama stanęła prosto i zwróciła się do nagrobka zupełnie innym tonem:

- Matko, masz szczęście. Gdybym tylko ja miała pewność, że któregoś dnia moje dzieci staną nad moim grobem.

Po powrocie do domu poszłam prosto do swojego pokoju. Nie było sensu nawet zaczynać rozmowy. Każdy chciał być sam ze sobą.

Od niechcenia przeglądałam album ze zdjęciami. Natrafiłam na fotografie zrobione zeszłego lata. Leżałam na łóżku, patrzyłam w niebieski sufit i oddałam się cudownej grze we wspominania przeszłości, snułam z jej skrawków marzenia o przyszłości. Żadna teraźniejszość nie istniała.

Była to wspaniała ucieczka. Na przykład Krynica, do której udałyśmy się z mamą latem. Elegancki kurort letni, mniej więcej trzysta kilometrów na południowy wschód od Bielska. Odtworzyłam dreszcz emocji, ekscytację okresu przygotowań, krawców, przymiarek i wreszcie podróży. Pamiętałam to wszystko tak wyraźnie. Zakochałam się w Krynicy od samego początku. Nasz hotel miał Karpaty po jednej stronie i przepięknie ukształtowane ogrody po drugiej. Mieścił cudowny basen, korty tenisowe. Gdyby tylko mama nie upierała się na koncerty przy deptaku każdego popołudnia, które wymagały odpowiedniego stroju, włożenia kapelusza i pończoch. Jakże ja tego nie znosiłam! Pamiętałam też koncert na świeżym powietrzu, na który poszłyśmy dzień przed powrotem. Było rozkoszne sierpniowe popołudnie, białe ławki, piękne kwiaty, szczęśliwi ludzie, mocno opaleni mężczyźni i kobiety w barwnych letnich sukniach. Byłam bardzo dumna z mamy. Wyglądała pięknie w granatowo-białej wzorzystej sukni i kapeluszu z szerokim rondem. Orkiestra grała walce wiedeńskie. Zawsze uśmiechała się na ich dźwięk. Przypominały jej młodość, bo kiedyś, podczas balu w Wiedniu, została wybrana królową walca.

Nagle pod namiot koncertowy wbiegł chudy mężczyzna, odepchnął na bok oszołomionego dyrygenta i krzyknął:

- Ludzie, poszaleliście?! Nie wiecie, co się właśnie dzieje?!

Wskazał na milczące górskie szczyty, na których granica Polski spotykała okupowaną przez Niemcy Czechosłowację, i kontynuował:

- W każdej chwili może nadejść stamtąd katastrofa. Idzie wojna, a wy siedzicie wystrojeni i słuchacie sobie ślicznej muzyki. Wracajcie do domów, chwytajcie za broń! Przeciwstawmy się wrogowi!

Jego biała koszula była rozpięta pod szyją, lekko rudawe włosy opadały mu na czoło, żywo gestykulował, w jego głosie pobrzmiewała osobliwa siła i pewność. Chwilę później przyjechała policja i zabrała młodzieńca.

- Wariat - mruczeli ludzie. - Przymkną go za zakłócanie spokoju.

Ale prawie wszyscy opuścili koncert.

Mama uważała, że powinnyśmy czym prędzej wracać do Bielska, ale ja namawiałam ją, abyśmy zostały jeszcze tydzień, tak jak planowałyśmy. Nadal się wahała, gdy rankiem przyszedł telegram od taty, ten, w którym pisał, że chce, byśmy wracały. Spakowałyśmy się pośpiesznie i odjechałyśmy najbliższym pociągiem.

Gdy przejeżdżałyśmy w pobliżu czeskiej granicy, przez chwilę zastanawiałam się, czy naprawdę wybuchnie wojna. Lasy były zielone i wyglądały tak spokojnie, pola pokrywała dojrzała, dorodna pszenica, chłopskie dzieci machały do szybko przemykającego pociągu. Ale gdy stawaliśmy na większych stacjach, myśli o wojnie wracały. Na peronach piętrzyły się bagaże, gdzie nie spojrzeć stały skrzynie i kufry opatrzone wielkimi literami - "Warszawa".

Do Bielska dojechałyśmy wczesnym wieczorem. Tata i Artur przyszli po nas na dworzec. Na ich widok moje lęki zniknęły, choć zauważyłam, że tata nie wyglądał najlepiej. Powiedział, że doskwiera mu ramię. Mama się zaniepokoiła.

- Juliusz, jesteś bardzo blady - powiedziała.

- Nie - odparł - po prostu wy jesteście bardzo opalone.

W domu było chłodno i doznałam tego cudownego uczucia powrotu pod własny dach.

Czy mama wezwała lekarza, który kazał tacie się położyć do łóżka, nazajutrz po naszym powrocie, czy kilka dni później? Ale nie chciałam wspominać choroby taty, nadejścia Niemców ani wyjazdu Artura. O ileż łatwiej rozmyślać o tym wszystkim, co działo się przed wojną, o szkole, prywatnym liceum dziewczęcym prowadzonym przez siostry Notre Dame, w którym musiałyśmy nosić powściągliwe jasnogranatowe mundurki z błękitnymi lamówkami, brązowe pończochy ze sztucznego jedwabiu i proste buty. Tylko podczas letnich wakacji mogłyśmy się ubierać, jak chciałyśmy. A jednak ascetyczne mundurki wcale nam nie przeszkadzały. Sprawiały tylko, że nasze letnie stroje zdawały się jeszcze barwniejsze, jeszcze bardziej wyczekiwane.

Takie myśli były wspaniałą ucieczką od rzeczywistości. Roztaczała się przede mną kojąca przeszłość, moje cudowne dzieciństwo, bezpieczne i spokojne, może nazbyt spokojne, jak na to, co miały przynieść mi kolejne lata, ale pełne miłych wspomnień, z których mogłam czerpać siłę.

Mijały dni, które przerodziły się w cały tydzień bez wieści od Artura. Nikt nic nie wiedział o żadnym z chłopców. Codziennie chodziłam do Kultusgemeinde, Żydowskiego Ośrodka Społecznego, sprawdzić, czy ktoś coś wie. W drugim tygodniu po wyjeździe Artura, gdy po raz kolejny wróciłam do domu z pustymi rękoma, usłyszałam od mamy, że tata odpoczywa i że jest przy nim pan Pipersberg. Od razu poprawił mi się nastrój, bo uwielbiałam pana Pipersberga. Był średniego wzrostu, miał falowane siwe włosy, równo przycięty wąsik, przyjazne, roziskrzone niebieskie oczy i zaraźliwy uśmiech. Był bliskim przyjacielem i wspólnikiem taty. Został wdowcem, a jego dzieci założyły już własne rodziny, więc poświęcał się fabryce. Ten czarujący i inteligentny człowiek zjeździł cały świat, znał wiele zdumiewających opowieści i zawsze potrafił znaleźć taką, która idealnie pasowała do sytuacji. Spędzał u nas wiele czasu, a w święta przynosił nam wspaniałe podarki.

Mama poleciła mi iść na górę powiedzieć, że obiad gotowy. Kiedy weszłam, tata i pan Pipersberg byli pochłonięci poważną rozmową, debatując nad ryzykiem wybrania się do zakładu. Uznali, że to jednak zbyt niebezpieczne i ostatecznie postanowili, że na razie żaden z nich nie powinien tego próbować.

Popołudnie minęło przyjemnie. Gdy pan Pipersberg szykował się do wyjścia, uznałam, że odprowadzę go kawałek i zobaczę się z Ilse, jedną z moich przyjaciółek. Wypuszczanie się na ulice miasta było dla dziewczyny w moim wieku mniej groźne niż dla dorosłego mężczyzny. Ilse Kleinzähler należała do moich najbliższych przyjaciółek. Jej ojciec wyjechał tym samym transportem co Artur, a ona, razem z matką i czteroletnią siostrą Kitty, poszły mieszkać do dziadków. Niestety, dom ich dziadków znajdował się po drugiej stronie miasta i widywałyśmy się rzadziej niż bym chciała.

Kiedy wyszliśmy z domu, pan Pipersberg powiedział:

- Idę do fabryki.

- Myślałam, że zdecydowaliście inaczej.

- Ach, nie zamierzam wchodzić do środka - wyjaśnił. - Chcę tylko przejść obok.

- W takim razie pójdę z panem. Mogę iść tamtędy do Ilse.

Zawahał się.

- Nie wiem, czy powinnaś.

- Przecież wie pan, że nic mi nie zrobią - powiedziałam i na tym stanęło.

Był zimny, ponury dzień. Na jesiennych liściach osadził się już delikatny szron. Zastanawiałam się, jak fabryka będzie wyglądała. Słyszałam, że polskie oddziały zwaliły obrastające ją drzewa w jałowej próbie powstrzymania niemieckiego natarcia. Dostrzegliśmy ją po pół godzinie żwawego marszu. Widok jej nagich, szarych murów mną wstrząsnął. Cztery budynki, tworzące prostokąt z dziedzińcem pośrodku, wyglądały w tym obcym otoczeniu posępnie i groźnie.

Nie ośmieliliśmy się zbliżyć do głównej bramy. Skręciliśmy tuż przed prowadzącą do niej wybrukowaną drogą i skierowaliśmy się ku niewielkiemu wejściu bocznemu. Było zamknięte, więc obeszliśmy budynek w poszukiwaniu innego. Skręciliśmy za róg i stanęliśmy jak wryci. Ujrzeliśmy wielkie ciężarówki zaparkowane za bramą. Ładowali na nie sterty kosztownych futer. Poczułam, że dłoń pana Pipersberga zaciska się na moim ramieniu. Wywozili owoc lat wytężonej pracy.

Odruchowo spojrzałam w okno biura ojca. I wtedy usłyszałam dziwny śmiech pana Pipersberga. Trzęsąc się, pokazał na duży czerwony znak z pogrubionymi białymi literami:

ZAKAZ WSTĘPU DLA PSÓW I ŻYDÓW

- Cieszę się, że nie ma tu twojego ojca - powiedział. - Bardzo się cieszę. Nie ma co tu przychodzić. - Odwrócił się powoli, przedstawiał sobą naprawdę żałosny widok. - Lepiej wracaj do domu. No, uciekaj. Chcę zostać sam.

Pobiegłam, nie oglądając się za siebie. Straciłam ochotę na odwiedziny u Ilse.

W domu unikałam rodziców i po cichu poszłam do siebie. Znowu zanurzyłam się w marzeniach o przeszłości. Niespodziewanie zdałam sobie sprawę, że pan Pipersberg bardzo przypominał mi tego młodego mężczyznę z Krynicy, który awanturował się na koncercie. W młodości musiał wyglądać tak samo.

Zagubiona w rozmyślaniach nagle zauważyłam, że gałka w drzwiach mojego pokoju powoli się obraca. Zeskoczyłam z kanapy i gwałtownie otworzyłam drzwi na oścież. Stał za nimi pan Pipersberg, twarz miał szarą jak popiół. Nie miał płaszcza, jego marynarka była poplamiona i zmięta. Zaprowadziłam go do łóżka, a on położył się.

- Co się panu stało?

Przyłożył palec do ust, pokazując, żebym była cicho.

- Nikomu nie mów. Jeśli dasz radę, przynieś trochę ciepłej wody i watę.

Gdy wróciłam, ściągał marynarkę. Zakrwawiona koszula przykleiła mu się do ciała. Pomogłam mu ją zdjąć, zauważyłam, że zagryza przy tym wargi. Miał poranione plecy i tors. Jego lewe oko nabiegło krwią i zaczynało sinieć.

Kiedy opatrywałam rany, milczał, a potem powiedział, jakby do siebie:

- Nie mogłem tego zdzierżyć. Musiałem wejść, i zapytali, com za jeden. Żaden z robotników nie chciał powiedzieć, więc sam przyznałem, że jestem właścicielem. "Jesteś Żydem, tak?", no i mnie pobili. Część robotników drgnęła, jakby chcieli im przeszkodzić, ale bali się i w końcu obrócili się plecami. Ledwo do was dotarłem.

- Nie mów tacie - ostrzegł. - Pozwól mi tu przenocować.

Przyniosłam mu herbatę i kanapkę. Upił trochę, ale jeść nie był w stanie.

- Są jakieś wieści od Artura? - zapytał.

Gdy zaprzeczyłam, pokręcił głową i zamknął oczy.

Tego wieczoru poszłam do pokoju Artura, po raz pierwszy, odkąd wyjechał. Wszystko leżało nietknięte, dokładnie tak jak to zostawił. Matka nawet nie zaścieliła łóżka. Na poduszce nadal widniał niewyraźny odcisk jego głowy. Skuliłam się w nogach, jakbym nie chciała mu przeszkadzać.

Rano obudziłam się wcześnie i podreptałam na palcach do mojego pokoju, chciałam zapytać pana Pipersberga, czy chce kawy. Ale już go nie było. Koce leżały schludnie złożone. Jedynym dowodem wydarzeń zeszłego wieczoru były kłębki zakrwawionej waty w koszu na odpadki.

?

Rozdział 5

Dni mijały. Zaczął się listopad. Chodziłam do Kultusgemeinde codziennie, ale nadal nie nadeszły wieści od Artura. Krążyło za to wiele plotek, że szykują kolejne transporty. Niektóre mówiły nawet o wywózce wszystkich Żydów.

Bielsko zostało włączone do Rzeszy Niemieckiej, wraz z wszystkimi terenami, które przed pierwszą wojną światową należały do Austro-Węgier. Obszary Polski nieinkorporowane oficjalnie do Wielkich Niemiec nazywano często Generalnym Gubernatorstwem. Bielsko leżało zaledwie trzydzieści kilometrów na zachód od linii granicznej, która biegła przez Auschwitz (Oświęcim), gdzie później powstał najstraszliwszy obóz zagłady w całej Europie. W rezultacie tych plotek wielu naszych krewnych i przyjaciół zaczęło wyjeżdżać do Generalnego Gubernatorstwa, wierząc, że restrykcje narzucone im w Bielsku tam nie będą obowiązywały.

Ciotka Anna postanowiła udać się do Czortkowa, gdzie mieszkała zanim kilka lat przed wojną przeniosła się do Bielska. Czortków leżał daleko w głębi Polski i teraz okupowali go Rosjanie, ale liczyła, że jeśli tylko uda się jej dostać do Generalnego Gubernatorstwa, to dotrze i do Czortkowa, w którym miała nieruchomość. Namawiała nas, żebyśmy z nią pojechali.

- Zostało wam trochę rzeczy i kosztowności, które moglibyście zabrać - zachęcała. - A poza tym Artur i Dawid na pewno też są w Generalnym Gubernatorstwie.

Błagała tatę, ale bez skutku.

- Nie dam rady cię zatrzymać, ale my zostajemy - powiedział. - Z moją ręką nie mogę pracować, prawie nie mamy pieniędzy, ale tu jakoś sobie poradzimy. Helena się tu urodziła, dzieci się tu urodziły, a ja mieszkam w Bielsku ponad dwadzieścia lat. Koniec końców mamy tu przyjaciół. Zostajemy.

Tak więc ciotka Anna i Miriam wyjechały. Przez pewien czas otrzymywaliśmy od nich listy, ale w grudniu 1940 roku jeden z naszych listów wrócił z czerwoną pieczątką: PRZEPROWADZIŁ SIĘ BEZ PODANIA ADRESU DO KORESPONDENCJI. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, co je spotkało, poza tym, że na pewno nie dotarły do Czortkowa.

Kilka dni po wyjeździe ciotki Anny, bardzo zimnego dnia tuż przed południem, pewna znajoma przyszła nam powiedzieć, że słyszała, że Gestapo wypytuje o pana Pipersberga.

- Proszę spróbować go odnaleźć - zwróciła się do ojca - i powiedzieć mu, żeby się ukrył.

Takich ostrzeżeń nie można było ignorować. Wiedzieliśmy, że pan Pipersberg będzie prawdopodobnie w domu swej dawnej sekretarki, niedaleko fabryki. Z jej okna mógł w miarę bezpiecznie obserwować zakład.

- Lepiej pójdę - zaproponowałam.

Było lodowato. Silny wiatr niósł śnieg. Drogi prawie nie było widać. Zauważyłam zaprzężone w konia sanie, w środku siedziało dwóch okutanych w koce chłopów. Poprosiłam, żeby mnie podwieźli i zgodzili się. Stara szkapina ciągnęła z mozołem trzeszczące sanie. Zanim dotarłam pod właściwy dom, prawie zamarzłam.

Pan Pipersberg był na miejscu. Właśnie szykował się do posiłku, ale na mój widok zerwał się z krzesła. Kiedy wyjaśniałam, z czym przychodzę, powiedział, żebym szybko wracała do domu, a potem wybiegł z budynku w poszukiwaniu kryjówki.

Nie uszłam nawet stu metrów, gdy ujrzałam, jak przed domem staje duży czarny samochód z umundurowanymi mężczyznami. Weszli do środka. Rzuciłam się biegiem. Kilka minut później znowu minął mnie ten czarny samochód, wracając tam, skąd przyjechał. Nagle uderzyło mnie znaczenie mojego uczynku. Wyobraziłam sobie Gestapo przesłuchujące sekretarkę pana Pipersberga. Czy ta wystraszona kobieta mogła nie wyznać, że odwiedziła ich córka jego najlepszego przyjaciela? Zbeształam się w duchu, że nie zatrzymałam samochodu i nie przyznałam się, że to ja ostrzegłam pana Pipersberga, że to ja i tylko ja ponoszę odpowiedzialność, a moi rodzice nic nie wiedzieli. Ale było już za późno.

Wyobrażałam sobie, że wrócę do domu i rodziców nie będzie. Może i ocaliłam pana Pipersberga, ale wystawiłam na niebezpieczeństwo mamę i tatę! Pobiegłam najszybciej jak potrafiłam, trzymając się niknącej nadziei. Rodzice byli w domu. Na ich widok poczułam taką ulgę, że początkowo nie zauważyłam, jacy byli przejęci. Zaczęłam im wszystko opowiadać, ale tata tylko machinalnie kiwał głową. Zrozumiałam, że zaprząta ich coś innego. Po chwili tata powiedział, o co chodzi. Właśnie pojawiły się nowiny na temat transportu, którym zabrano Artura. Chłopcy przez osiem dni siedzieli zamknięci w wagonach bydlęcych, wywieźli ich do Generalnego Gubernatorstwa, a tam wypuścili gdzieś w lasach. Potem esesmani ich pobili i rozstrzeliwali wedle swego widzimisię. Tych, którzy wyglądali na dość silnych, aby spróbować ucieczki. Podobno zabili trzydziestu sześciu więźniów. Ktoś przyniósł te wiadomości żonie mężczyzny, któremu udało się zbiec.

O Arturze nie wiedzieliśmy nic konkretnego. Być może w formie obrony zrodziła się we mnie wiara. "Artur żyje", powtarzałam sobie. "Musi". Wtedy troska rodziców skupiła się na mnie. Jeśli Gestapo nie znajdzie pana Pipersberga, to może szukać nas. Przeżyliśmy koszmarną, pełną nerwów noc. W umyśle mamy coś strzeliło. Nieustannie mamrotała pod nosem: "Artur, Artur, gdzie jesteś?". O siebie wcale się nie bała.

Nie mogłam spać, nie mogłam nawet wytrzymać na leżąco. Usiadłam przy oknie mojego pokoju i patrzyłam, jak noc blednie i przeistacza się w poranek. Gestapo nie przyszło.

Minęły dwa tygodnie. Potem, pewnego dnia pod koniec listopada, przed domem zatrzymał się listonosz. Dostarczył druk nakazujący wszystkim Żydom zgłosić się w poniedziałek 2 grudnia 1939 roku o godzinie 6 rano w arsenale przy Hermann Göring Strasse. Każdy mógł wziąć dziesięć kilogramów ubrań. Cenne przedmioty, pieniądze oraz klucze do wszystkich szaf, wyraźnie oznaczone, żeby było wiadomo, który jest do czego, miały zostać umieszczone na stoliku we frontowym przedpokoju każdego domu. Ci, którzy się nie dostosują, mieli zostać ukarani śmiercią.

A więc stało się! Musieliśmy opuścić dom. Znowu spowiła nas ta jakże dobrze znana cisza, zakłócona dopiero późnym wieczorem, gdy mama wróciła do swojego wołania: "Artur, Artur".

Rankiem zajrzał do nas pewien mężczyzna, aby powiedzieć, że możemy sprzedać część dobytku. Tata nie chciał odstępować mamy na krok, więc polecił mi, żebym wszystko sprzedała. Wieść szybko się rozniosła i mieszkańcy Bielska zaczęli schodzić się do naszego domu, i do domów innych, na zakupy. Podjeżdżali pod nasze drzwi wozami, wytaszczali meble i pakowali je na fury. Roznosili nasz dom w perzynę, a ja mogłam tylko stać i patrzeć.

Jeden mężczyzna zgarnął do głębokiego kosza wszystkie nasze srebra i sztućce, dorzucił kilka kryształowych misek, a w zamian wręczył mi kilka zabrudzonych, pomiętych banknotów. Ciekawiło mnie, skąd je miał. Inny podniósł kieliszek z zestawu, który w kwietniu zeszłego roku sprezentowaliśmy z Arturem rodzicom na rocznicę ślubu. To był zestaw do likierów i win, pięknie grawerowany. Przez chwilę trzymał kieliszek za cienką nóżkę, po czym upuścił go na podłogę. Rozbił się na sto kawałeczków.

- Chcę ten zestaw - powiedział do mnie - ale brakuje kieliszka, więc wiele nie dam. - I pokazał palcem rozbite szkło.

Przyglądałam się, jak pustoszały półki w biblioteczce. Ktoś zabrał sowę z regału. Ceramicznego ptaka, który wspierał swe szpony na dwóch książkach - Biblii i Arystotelesie. Jego oczy były zrobione z żarówek. Artur często czytał przy ich świetle. Mnie to ptaszysko zawsze wydawało się żywe. Gdy mężczyzna je wynosił, miało zimne, szkliste oczy.

Ktoś ukradł serwetkę z jadalni, tę, którą mama robiła ponad rok. Zrobiła ją własnoręcznie, miała posrebrzane frędzle.

Obrazy zastąpiły jaśniejsze od reszty ścian plamy.

Świętość naszego domu zaniknęła, łańcuch tradycji został zerwany, świątynia wzniesiona na miłości i czułości została zbezczeszczona... a ja stałam tam ze zwitkiem papierowych pieniędzy - brudnych, wymiętych, tłustych banknotów - i garścią monet. Wstyd palił mnie w dłonie. Zamknęłam oczy, odwróciłam się i poszłam na górę zanieść je tacie.

Jego ręka wisiała ciężko w temblaku. Mama załamała się całkowicie. W końcu udało się jej zasnąć, po prostu z wyczerpania. Pojutrze mieliśmy opuścić dom. Co mogliśmy dla niej zrobić? Nieustannie wołała Artura.

Miałam straszne wizje na temat jego losu. Czy umarł z głodu i pragnienia w wagonie bydlęcym? Zakatowali go, a może uciekł do lasu, tylko po to, aby skonać tam z wyziębienia? Musiał cierpieć czy kula zabiła go na miejscu? Czy leży gdzieś w lesie na wschodzie, czy na dnie Sanu? Jego ubrania na pewno są przemoczone i sztywne od zimna. Oczy ma zamknięte czy otwarte? Te obrazy ciągle nawiedzały mój umysł. Naprawdę spotkał go taki los? A jeśli nie, to dlaczego nie napisał ani nie przekazał żadnej wiadomości? Musi żyć, powtarzałam sobie, a potem ukazywała mi się jego twarz w mroku, nieruchoma, oblana lodowatą wodą. Mama ciągle go wołała. Tamtej nocy czułam się tak bliska śmierci, że aż rozpaczliwie jej pragnęłam. Wydawała się łatwym rozwiązaniem, szybkim wyjściem. Słyszeliśmy o rodzinie, która razem popełniła samobójstwo. Nieśmiało sobie życzyłam, aby rodzice zaproponowali coś takiego.

Stałam przy oknie, opierając czoło o zimną szybę. Było już późno, ale nie położyłam się do łóżka. Śmierć wydawała się wręcz luksusem: iść spać i już się nie obudzić. I wtedy poczułam na ramieniu dłoń ojca. Nie odwróciłam się. Położył mi dłoń na karku i siłą obrócił mnie do siebie. Spojrzał na mnie pewnym, spokojnym wzrokiem, po czym odpowiedział moim myślom:

- O czymkolwiek myślisz, to złe. Tchórzliwe.

Nie potrafiłam zaprzeczyć. Podniósł moją brodę i znowu spojrzał na mnie tym pewnym wzrokiem.

- Obiecaj mi, że cokolwiek się zdarzy, nigdy tego nie zrobisz.

Nie byłam w stanie się odezwać.

- Chcę, żebyś obiecała, teraz - powiedział.

- Obiecuję, tato - odparłam, i w późniejszych latach, gdy śmierć wydawała się jedynym wyjściem, przypominałam sobie tę obietnicę, traktując ją jak moją najświętszą przysięgę.

Następnego ranka przyszły dobre wieści. Nie musieliśmy iść do arsenału. Transport został odroczony. Mogliśmy zostać w domu. Ale mamie się nie poprawiło. Przespała większość tego dnia i następnego też.

?

Rozdział 6

Niedługo przed świętami przez kilka dni mocno sypał śnieg. Normalnie zjeżdżałabym na nartach z okolicznych wzgórz. W tym roku nawet o tym nie pomyślałam.

Dwa dni przed Bożym Narodzeniem przyszła odwilż. Słońce mocno świeciło, śnieg szybko topniał. Ulice były brudne. Po południu do drzwi zapukał niemiecki policjant. Krzyczał, początkowo niezrozumiale. Okazało się, że kazał nam przenieść się do piwnicy, tam, gdzie mieszkała Trude. Pośpiesznie zebraliśmy z rodzicami nasze rzeczy i zaczęliśmy przesuwać meble na korytarz.

- Szybciej, szybciej! - wrzeszczał policjant ochrypłym głosem, a tata, biedny tata, próbował dźwigać swoją bezwładną ręką. Schodząc na dół, minęłam Trude. Wynosiła już swoje rzeczy na górę.

- Cieszę się, że mamy miłe miejsce na święta - rzekła bez złośliwości czy sarkazmu. Po prostu stwierdziła fakt. Wydawało się jej to jak najbardziej naturalne.

Poczułam, jak narasta we mnie gniew. Może i bym ją uderzyła, ale stała za mną mama, która pchnęła mnie, żebym schodziła dalej.

Piwnica była zalana, ściany nawilgłe, prąd odcięty. Mama poszła na strych i znalazła starą, nieużywaną od pierwszej wojny światowej lampkę naftową. Przyglądałam się, jak ją poleruje i czyści osłonkę miękką szmatką. Następnie zapaliła knot. Przez chwilę ledwo się tlił, ale po chwili zapłonął, trochę kopcąc. Mama poprawiła szklaną osłonkę i podniosła knot. Stara lampa oświetlała stolik delikatnym światłem, które docierało też do zapleśniałych ścian i nielicznych, przytaszczonych z góry mebli. Nadal byliśmy w domu, a jednak miałam wrażenie, że jesteśmy gdzieś bardzo daleko.

W Wigilię, jak zawsze, odkąd pamiętałam, poszłam spotkać się z Nianią. Była jedyną osobą, która regularnie nas odwiedzała i zdawała się nie przejmować, co powiedzą albo zrobią Niemcy. Zajmowała wyjątkową pozycję w naszym domu. Niania Brenza była starą Austriaczką, wciąż lojalną od dawna nieżyjącemu cesarzowi Franciszkowi Józefowi. Była wspomnieniem czasów, gdy nasze rejony wchodziły w skład Austro-Węgier; mówiła tylko po niemiecku. Miała ciężkie życie. Straciła męża, gdy była jeszcze dość młoda, i samotnie wychowała czwórkę dzieci. Jej jedyny syn, prawnik, ożenił się tuż przed pierwszą wojną światową, zaciągnął do austriackiej armii zaraz po wybuchu wojny i poległ w walce. Nie miał okazji ujrzeć córki, którą urodziła mu młoda żona. Synowa pani Brenzy podjęła pracę gosposi niedaleko od nas, a pani Brenza wychowywała jej córeczkę Irmę.

Niania często opowiadała mi o wydarzeniach, które sprawiały, że zawitała do naszego domu. W kwietniu 1924 roku pożar zniszczył budynek, w którym mieszkała, wraz z całym jej dobytkiem. Znała pobieżnie moich dziadków, więc dzień po pożarze przyszła poprosić moją babkę o trochę ubrań. Opowiadała, że zapukała do ich drzwi w starej marynarce listonosza po zmarłym mężu, jedynym ciepłym ubraniu, którego nie strawił ogień. Babce przyszedł do głowy pewien pomysł.

- Moja córka Helena - powiedziała, mając na myśli moją matkę - wkrótce spodziewa się dziecka, szukamy kogoś do opieki.

Tak więc Niania, wówczas pięćdziesięcioletnia, i Irma, siedmiolatka, wprowadziły się do naszego domu. Miały u nas zostać, tylko dopóki mama nie nabierze sił, ale jak się okazało, Niania mieszkała u nas trzynaście lat i wyprowadziła się dopiero dwa lata przed wojną.

W pewnym momencie znalazła wraz z synową i Irmą pokój kilka domów dalej, ale przez większość czasu i tak mieszkała u nas, zaś Irma dorastała w naszym domu.

Niania zajmowała się mną, odkąd przyszłam na świat. Nauczyła mnie siadać, nauczyła mnie stawiać pierwsze kroki, nauczyła mnie pierwszego słowa, "tata", i następnego, "niania". Zawsze ją tak nazywałam. Wszyscy na niej polegaliśmy, ufaliśmy jej. Można było odnieść wrażenie, że to ona wszystkim dowodzi. A co najlepsze, znała masę wspaniałych historii. Opuściła nasz dom i przeniosła się do własnego, dopiero gdy jej wnuczka Irma wyszła za mąż. Miała wtedy sześćdziesiąt trzy lata. W ciepłe dni zawsze czekała w otwartym oknie i gdy szłam do szkoły, rzucała mi jabłko albo cukierka. W zimne zaś stała w drzwiach, owinięta grubym szalem w brązowozieloną kratę, na którym tak często zasypiałam w jej ramionach. Stała i czekała, aby sprawdzić, czy mam ciepłą bieliznę i wełniane rękawice. A w długie zimowe wieczory odwiedzałam ją i kosztowałam jej przepysznych placków ziemniaczanych. To wtedy sięgała do swych, zdawało się nieprzebranych, pokładów ekscytujących i tajemniczych opowieści.

Choć Niemcy wezwali ją na posterunek policji i ostrzegli, żeby do nas nie chodziła, Niania odwiedzała nas jak dawniej. Żaden z sąsiadów na nią nie doniósł, może dlatego, że była stara, a może dlatego, że rozumieli, jak byliśmy zżyci. Przynosiła nam artykuły, których Żydzi nie mogli już kupować: cukier, dżem, słodycze, raz na jakiś czas jajko. Kiedy protestowaliśmy, że odbiera sobie od ust, spoglądała na mnie i mówiła:

- Dziecko musi jeść, rośnie. Moje życie już prawie dobiegło końca.

Właśnie taka była moja Niania, dumna i prosta kobieta. Jej duch świecił promiennie w świecie pełnym zdrady.

Poszłam do Niani w Wigilię. Święta w jej domu wyglądały podobnie jak zawsze. Choinka, te same ozdoby, zapach świeżej sośniny i drobne, pieczołowicie zapakowane prezenty dla nas. I tylko te prezenty były inne. W poprzednich latach Niania wręczała mi przeważnie książki lub zabawki. Dla mamy zwykle miała jakieś robótki ręczne - drobiazgi zrobione na szydełku lub haftowaną poduszkę. W tym roku dla mnie miała wełniane rękawice, a dla mamy słoik dżemu i pół kilo cukru. Prezenty, które ja przyniosłam, różniły się jeszcze bardziej. Zamiast ubrań i zwyczajowego kosza z owocami i winem tym razem mogliśmy dać jej tylko wyblakłą, zieloną wazę z porcelany z uszami w kształcie smoków. Otworzyłam swój podarek, a potem Niania poczęstowała mnie ciastkami. Wyglądały jak zawsze, a jednak smakowały jakoś inaczej.

Widziałam z jej okna nasz ogród. Znowu sypał śnieg i altanka przypominała mi domek z piernika z dachem pokrytym słodką polewą.

Po świętach drastycznie obcięli nam racje, a każda była opatrzona pieczątką z napisem ŻYD. Nasze racje były o ponad połowę skromniejsze niż przydziały nie-Żydów. Przydział węgla okazał się jeszcze lichszy, ale mieliśmy tylko dwa pomieszczenia do ogrzania i dzięki noszeniu w środku ciepłych ubrań udawało nam się utrzymać ciepło. Wraz z nowym rokiem nadszedł nakaz noszenia na rękach białych opasek z niebieską gwiazdą i napisem ŻYD. Niedługo później polecono nam nosić żółte gwiazdy z czarnym napisem, nowe barwy miały lepiej wyróżniać się na tle śniegu.

Troska i wątpliwości co do losu Artura nigdy nas nie opuściły. Wtedy, zaraz po Nowym Roku, przyszedł zaadresowany do niego list od Gisy. Jakże on wyczekiwał na wieści od niej! Pisała, że mieszka z rodziną w Krakowie i że wszystko stracili. Jej ojciec bardzo chorował. Odpisałam od razu, powiadamiając ją, że Artura nie ma już w domu. Kilka dni później nadszedł kolejny list od Gisy, który zawierał wspaniałe nowiny: podobno słyszała o Arturze z innego źródła. Był w Rosji. I był bezpieczny. Niecierpliwie oczekiwaliśmy następnych listów. Myśleliśmy, że wkrótce zdobędzie jakieś wieści bezpośrednio od niego i że prześle mu list od nas.

Pewnego zimnego dnia na początku lutego z Krakowa przyjechał Piotr, przyjaciel Artura. Kraków leży jakieś osiemdziesiąt kilometrów od Bielska. Wówczas istniała jeszcze możliwość zdobycia pozwolenia na podróż i Piotrowi udało się je uzyskać. Gisa powiedziała mu, żeby do nas zaszedł i przekazał najświeższe wiadomości o Arturze. Wyjaśnił, że Artur nie pisał prosto do nas, bo pocztę sprawdzali cenzorzy. Dlatego właśnie, przez kogoś, kto wrócił z terenów okupowanych przez Rosjan, przesyłał wieści Gisie.

Piotr został na kolację. To był cudowny wieczór. Rodzice wyglądali na młodszych i szczęśliwszych, nieustannie wypytywali biednego chłopaka o dodatkowe informacje. Część pewnie zmyślił, żeby ich uszczęśliwić.

Gdy zbierał się do wyjścia, odprowadziłam go na górę do drzwi. Na zewnątrz wył lodowaty wicher.

Obróciłam ku niemu rozradowaną twarz, żeby się pożegnać i rzuciłam ze śmiechem:

- Och, proszę, powiedz mi coś jeszcze o Arturze, jedną rzecz.

Nie odezwał się.

Pomyślałam, że nie dosłyszał mnie przez ten wiatr, więc powtórzyłam prośbę.

Złapał mnie za ramiona, spojrzał mi prosto w oczy i wyszeptał bezlitośnie:

- Gisa nie ma żadnych wieści o Arturze. Chce sprawić przyjemność twoim rodzicom. Och, po co ci to powiedziałem! Nie, słuchaj... - kontynuował - to nie do końca tak. Są pewne plotki. Może istnieją jakieś podstawy...

I zostawił mnie samą w śniegu, zupełnie oszołomioną. Zdruzgotana nadzieja była gorsza niż jej brak.

Kiedy wróciłam do piwnicy, rodzice rozmawiali. Byli tacy szczęśliwi, że postanowiłam ukryć przed nimi to, co usłyszałam od Piotra.

Nerwowa noc upłynęła mi na wyczekiwaniu poranka - wyczekiwaniu spotkania z Nianią. Choć czasami miewałam tajemnice przed mamą i tatą, to przed Nianią nie taiłam niczego. Ale gdy wstał nowy dzień, postanowiłam, że o tym nie powiem nawet jej. Kusiło mnie, żeby się jej zwierzyć, a jednak z jakiegoś powodu nie potrafiłam się do tego zmusić. Tajemnica Artura była moja i tylko moja.

Nie sądzę, aby moje milczenie wynikało ze szlachetnych pobudek oszczędzenia rodzicom bolesnej prawdy. Prawdopodobnie była to typowa postawa nastolatki, skłonnej do wiecznego dramatyzowania i odgrywania męczennicy. Poczucie chronienia ich przed rozczarowaniem i bólem dodawało mi pewności i siły.

Dostawaliśmy kolejne listy od Gisy, wszystkie zawierały jakieś pośrednie informacje o Arturze. Wtem, w marcu, nadeszła depesza od Leo, brata mamy ze Stambułu. "Dostałem list od Artura. Ma się dobrze", głosiła.

Nasza radość wzleciała pod niebiosa, ale szybko przypomniałam sobie, że pisałam mu, że nie mamy żadnych wieści od Artura i że bardzo się martwimy. Uznałam, że chyba zmyślał, aby ukoić nasz strach. Z drugiej strony sądziłam, że raczej nie brałby na siebie tak ciężkiej odpowiedzialności. Próbowałam więc cieszyć się z tych wieści, ale do końca nie potrafiłam.

Tamtego wieczoru, gdy mama szykowała kolację, przywołał mnie tata.

- Usiądź, Gerdo. Coś cię trapi. Nie powiesz mi co?

- Nic, nic, tato - szłam w zaparte.

Spojrzał na mnie stanowczo, jakby czytał z otwartej księgi.

- Chodzi o Artura - powiedział. - Zaczęło się w wieczór odwiedzin Piotra. A teraz powiedz mi, w czym rzecz.

Już miałam mu wszystko wyznać, gdy nagle, bezwiednie, przez moje usta przeszły zupełnie inne słowa.

- Masz rację, tato, to zaczęło się tamtego wieczoru. - Mówiłam powoli, z namysłem. - Gdy usłyszałam, że Artura nie trapią nasze kłopoty, poczułam zazdrość.

Mówiąc, bawiłam się włosami.

- Tak bardzo tęsknię za szkołą, za wszystkim, co robiłam. Wiem, że powinnam się wstydzić zawiści o jego wolność, ale nie potrafię nic na to poradzić.

- A więc o to chodzi - westchnął tata. - Bałem się, że może Piotr powiedział ci coś, czego nie chciał wyjawić nam.

Drżałam w duchu, ale moja historyjka świetnie spełniła swoje zadanie. Doznałam rzadkiej w tym okresie przyjemności. Czułam się jak aktorka na wielkiej scenie.

Następnego ranka tata poszedł na strych i wygrzebał kilka podręczników mamy jeszcze z austriackiej szkoły.

- Wczoraj wieczorem miałaś sporo racji - zwrócił się do mnie. - Już wcześniej powinienem był pomyśleć o twojej edukacji. Zamierzam nauczyć cię wszystkiego, co potrafię.

W szkole uczyliśmy się i czytaliśmy po polsku, uczyłam się też francuskiego i łaciny, ale moim pierwszym językiem był niemiecki. Dorastałam, mówiąc po niemiecku, choć nigdy nie nauczyłam się w nim pisać ani czytać. Tata postanowił wypełnić te luki.

Okazał się świetnym nauczycielem. W szkole nie nauczyłabym się tyle, co od niego. Gdy opowiedziałam o tym mojej przyjaciółce Ilse, też zapragnęła przychodzić na lekcje. Zjawiała się, gdy tylko mogła, i tata uczył nas obie. Często odnosiłam wrażenie, że wcześniej tak naprawdę nie znałam taty. W ciągu wielu miesięcy naszej wspólnej pracy odsłonił przede mną swoje marzenia i swoje niepowodzenia.

Pochodził z miasteczka na austro-węgierskiej granicy. Jego rodzice chcieli, aby został rabinem. Opowiedział mi, że promienie słońca wpadające do jego pokoju odciągały go od studiowania Talmudu i rodziły w nim tęsknotę za wiosennymi kwiatami, kwitnącymi na łąkach.

- Musiałem wydostać się z domu - powiedział. - Potrafisz to pojąć?

W końcu wyjechał do Wiednia i dzięki ciężkiej pracy dostał się do szkoły medycznej.

- Medycyna zbliżyła mnie do życia i śmierci - wspominał w zadumie. - Uwielbiałem rozmawiać z ludźmi i chciałem leczyć ich ciała. - Nagle, jakby zawstydził się swoich słów, dodał: - Ale nigdy nie lekceważyłem nauk Tory i mądrości Dziesięciu Przykazań. Można w nich znaleźć przepis na całe życie, etykę, fundamenty ludzkich czynów. Zostały napisane przed tysiącami lat, a jednak nadal stanowią podstawę wszystkich praw na świecie.

Tata już miał zdobyć dyplom, gdy wybuchła pierwsza wojna światowa. Wstąpił do służb medycznych austriackiej armii i poszedł na front jako jeden z pierwszych. Dniami i nocami operował i amputował.

- Nie, medycyna wcale nie była idealna - mówił. - Nie potrafiłem odciąć się od śmierci i cierpienia. Okazało się, że jednak nie była moim powołaniem.

- Podczas wojny poznałem twoją matkę - kontynuował. - Pobraliśmy się, natychmiast gdy się skończyła. Nie wróciłem do szkoły medycznej. Mama też mnie do tego nie namawiała. Pośród radości końca wojny rezygnacja z nauki przyszła łatwo.

Tata pykał fajką. Zapadła cisza. Nie mówił dalej, ale wyczułam, o czym myślał. Wiedziałam, że jednak żałował, że nie został lekarzem.

Wiele mnie nauczył. Matematyki, chemii, medycyny - co tylko potrafił wydobyć z rozległych zasobów swojej wiedzy. Spędzaliśmy razem długie godziny.

Pewnego dnia pod koniec marca pracowaliśmy z tatą w naszej piwnicznej kuchni, a mama poszła odwiedzić chorą koleżankę. Na chwilę przerwaliśmy rozmowę, bo usłyszeliśmy, że przed domem przejeżdża listonosz. Już mieliśmy wracać do tematu, gdy w drzwi zapukała pani Prozna, sąsiadka. Wyciągnęła kopertę.

- Panie Weissmann - powiedziała - ten list należy do pana. Nie wiem, dlaczego Artur zaadresował go do mnie. - Nastąpiła chwila ciszy i oszołomienia. Tata wyrwał kopertę z dłoni pani Proznej i oto było - odręczne pismo Artura!

Nie otworzył koperty, rzucił się całować zaskoczoną kobietę po rękach. Nie mógł mówić. Ja też nie. A potem otworzył list i zaczął czytać. Trzęsły mu się dłonie, kręcił głową, oczy mu zwilgotniały, na chwilę musiał nawet przerwać, żeby je otrzeć. Lecz co za cudowne wieści! Artur i Dawid byli bezpieczni w Rosji. A co zakrawało wręcz na cud: gdy pierwszej nocy przemierzali ulice Lwowa w poszukiwaniu jedzenia i jakiegoś schronienia, spotkali wujka Aarona, ojca Dawida, który przecież ponoć zginął! Wujek Aaron próbował ściągnąć do Rosji ciotkę Annę i Miriam.

Czytając list, zauważyliśmy, że na pierwszej stronie widniał adres pani Proznej. Artur napisał, że nie wie, czy nadal mieszkamy w naszym domu, więc adresuje list do niej, licząc na to, że będzie mogła nam go przekazać lub przesłać.

Napisał też wiadomość tylko dla mnie, kilka linijek: "Wiem, że jesteś tak dzielna jak obiecałaś". Te słowa, skreślone dłonią brata, zdawały się wówczas rekompensować cały mój żal i ból.

Gdy mama wróciła, ścisnęła list w dłoniach, stanęła przy oknie i zanim go przeczytała, zmówiła modlitwę. Siedzieliśmy razem we trójkę całe popołudnie, czytaliśmy list ciągle i ciągle od nowa. Po raz pierwszy od wielu tygodni w końcu rozmawialiśmy o tym, o czym nieustannie myśleliśmy - o Arturze.

Znowu miałam ochotę opowiedzieć rodzicom o rozmowie z Piotrem. Trudno było się powstrzymać, zrezygnować z pochwał za jej zatajenie. Uznałam jednak, że nawet teraz nie powinnam się przyznawać, bo może rodzice już nigdy mi nie zaufają.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki