Prawdziwe okoliczności tego wydarzenia są niejasne i przysłonięte narosłym mitem. W każdym razie był rok 1852, a scena miała miejsce w biurze Indyjskiej Służby Topograficznej w Dehra Dun, zlokalizowanym w górzystym terenie na północy Indii. Według najbardziej wiarygodnej wersji sir Andrew Waugh, generalny mierniczy Indii, pracował spokojnie w swoim gabinecie, gdy nagle wbiegł urzędnik, krzycząc, że rachmistrz bengalski z oddziału w Kalkucie, Radhanath Sikhdar, "odkrył najwyższą górę świata". Owa góra, oznaczona kryptonimem Peak XV przez geodetów polowych, którzy jako pierwsi przed trzema laty zmierzyli kąt jej wznoszenia dwudziestoczterocalowym teodolitem, wystawała z grzbietu Himalajów, w zakazanym Królestwie Nepalu.
Dotychczas, zanim Sikhdar nie zgromadził danych pomiarowych i nie przeprowadził obliczeń, nikt nie podejrzewał, że w Peaku XV jest cokolwiek godnego uwagi. Sześć stanowisk pomiarowych, z których dokonano triangulacji szczytu, znajdowało się w północnych Indiach, ponad sto sześćdziesiąt kilometrów od wierzchołka. Geodeci przeprowadzający pomiary mieli cały horyzont, z wyjątkiem szczytowej partii Peaku XV, zasłonięty przez rozmaite wzniesienia na pierwszym planie, z których kilka sprawiało wrażenie znacznie wyższych. Jednak według drobiazgowych obliczeń trygonometrycznych Sikhdara (w których uwzględniono takie czynniki, jak krzywizna Ziemi, refrakcja promienia świetlnego i odchylenie pionu), Peak XV mierzył 29 002 stopy (8840 metrów)[6] nad poziomem morza, a więc był najwyższym punktem planety.
W 1865 roku, dziewięć lat po potwierdzeniu obliczeń Sikhdara, Andrew Waugh nadał Peakowi XV nazwę Mount Everest, na cześć sir George'a Everesta, swojego poprzednika na stanowisku generalnego mierniczego. Tak się złożyło, że Tybetańczycy mieszkający na północ od tej góry mieli już znacznie bardziej melodyjną nazwę - Czomolungma - którą tłumaczy się jako "bogini, matka świata", natomiast po drugiej, południowej stronie, Nepalczycy nazywali szczyt Deva-dhunga, "siedziba Boga"[7]. Waugh świadomie jednak zignorował te regionalne określenia (jak również oficjalne zalecenia wspierające utrzymywanie nazewnictwa lokalnego i starodawnego) i nazwa Mount Everest przyjęła się na dobre.
Skoro ustalono, że jest to najwyższy szczyt Ziemi, decyzja, iż powinien być zdobyty przez człowieka, była tylko kwestią czasu. Gdy w 1909 roku amerykański odkrywca Robert Peary oświadczył, że dotarł do bieguna północnego, a następnie w 1911 Roald Amundsen, kierujący zespołem norweskim, osiągnął biegun południowy, Everest - zwany Trzecim Biegunem - stał się najbardziej pożądanym celem ziemskiej eksploracji. Jak stwierdził Günther O. Dyhrenfurth, wpływowy alpinista i kronikarz wczesnych dziejów himalaizmu, zdobycie tego szczytu to "kwestia powszechnego ludzkiego dążenia, sprawa, od której nie ma odwrotu, niezależnie od strat, jakie mogłaby za sobą pociągnąć".
Straty, jak się okazało, wcale nie miały być bagatelne. Po odkryciu Sikhdara w 1852 roku trzeba było dwudziestu czterech ludzkich istnień, wysiłków piętnastu wypraw i upływu stu jeden lat, aby szczyt Everestu został wreszcie zdobyty.
***
W opinii wspinaczy i znawców formacji geologicznych Everest nie wyróżnia się szczególną urodą. Jest zbyt bryłowaty, zbyt przysadzisty, zbyt grubo ciosany. Jednak to, czego mu nie dostaje pod względem architektonicznego wdzięku, nadrabia zwykłą, przytłaczającą masą. Leżąc na granicy Nepalu i Tybetu, wyniesiony 3700 metrów nad otaczające go doliny, Everest jawi się jako trójścienna piramida błyszczącego lodu i ciemnej, żłobionej skały.
Pierwszych osiem wypraw na ten szczyt zorganizowali Brytyjczycy, a wszystkie przypuszczały atak od północnej, tybetańskiej flanki - nie tyle dlatego, że stanowiła ona jakiś ewidentny słaby punkt w potężnych fortyfikacjach góry, ale raczej dlatego, że w 1921 roku rząd Tybetu, po długim okresie izolacji, otworzył granice dla cudzoziemców, podczas gdy Nepal znajdował się absolutnie poza ich zasięgiem.
Pionierzy himalaizmu musieli w mozole przemierzać aż sześćset czterdzieści kilometrów z Dardżylingu przez całą tybetańską wyżynę, aby znaleźć się u podnóży Everestu. W tamtych czasach wiedza na temat zgubnych skutków przebywania w strefie ekstremalnych wysokości była skąpa, a ekwipunek - według współczesnych standardów - żałośnie nieodpowiedni. Niemniej w 1924 roku uczestnik trzeciej wyprawy brytyjskiej Edward Felix Norton dotarł do wysokości 8573 metrów, czyli znalazł się tylko 275 metrów poniżej wierzchołka, gdzie w końcu został pokonany przez wyczerpanie i ślepotę śnieżną. Był to wyczyn zdumiewający, który został poprawiony prawdopodobnie dopiero po dwudziestu ośmiu latach.
Używam tu słowa "prawdopodobnie" ze względu na to, co wydarzyło się cztery dni po ataku Nortona. O świcie 8 czerwca z najwyższego obozu w kierunku szczytu wyruszyli dwaj inni członkowie brytyjskiej ekspedycji z 1924 roku: George Leigh Mallory i Andrew Irvine.
Mallory, którego nazwisko jest nieodłącznie związane z Everestem, był motorem trzech pierwszych wypraw na tę górę. To on, w trakcie prelekcji połączonej z pokazem slajdów podczas tournée po Stanach Zjednoczonych, rzucił swoje słynne "ponieważ istnieje", w odpowiedzi na pytanie natrętnego dziennikarza, dlaczego chce wejść na Everest. W 1924 roku Mallory miał trzydzieści osiem lat, był dyrektorem szkoły, miał żonę i trójkę małych dzieci. Uformowany przez elity społeczne Anglii, był estetą i idealistą o wyraźnie romantycznym usposobieniu. Jego sportowa sylwetka, urok towarzyski i uderzająca męska uroda uczyniły z niego ulubieńca londyńskiej śmietanki artystycznej i intelektualnej - Lyttona Stracheya i Grupy Bloomsbury. Uwięziony w namiocie wysoko na stokach Everestu zwykł wraz z towarzyszami czytywać na głos urywki z Hamleta i Króla Leara.
Gdy 8 czerwca 1924 roku Mallory i Irvine powoli przedzierali się w górę, wokół piramidy szczytowej kłębiły się mgły, uniemożliwiając kolegom znajdującym się w niższych obozach śledzenie postępów wspinającej się dwójki. O 12.50 chmury rozstąpiły się na chwilę, a wówczas jeden z uczestników wyprawy, Noel Odell, przez moment, lecz wyraźnie, dostrzegł dwójkę wspinaczy. Byli wysoko, mieli wprawdzie około pięciu godzin spóźnienia w stosunku do zakładanego planu, ale "poruszali się rozważnie i szybko" w kierunku wierzchołka.
Obaj alpiniści nie wrócili jednak do namiotu na noc i nikt już nigdy nie widział ani Mallory'ego, ani Irvine'a. Pytanie, czy któryś z nich osiągnął szczyt, zanim pochłonęła ich góra, a przejęła legenda, stało się odtąd przedmiotem zaciekłych sporów. W 1999 roku znany amerykański alpinista Conrad Anker odnalazł ciało Mallory'ego na pochyłej półce na wysokości 8230 metrów - tam właśnie spoczęło po upadku przed siedemdziesięciu pięciu laty. Razem ze szczątkami Mallory'ego odnaleziono kilka intrygujących przedmiotów, ale zaskakujące odkrycie Ankera przyniosło więcej pytań niż odpowiedzi. Zestawienie dowodów wskazuje jednak wyraźnie na to, że Mallory i Irvine przed śmiercią nie dotarli na wierzchołek.
W 1949 roku Nepal po stuleciach izolacji otworzył granice dla zewnętrznego świata, za to rok później nowo nastały komunistyczny rząd w Chinach zamknął Tybet przed cudzoziemcami. Z tego względu ci, którzy zamierzali zdobyć Everest, zainteresowali się południową stroną góry. Wiosną 1953 roku plan wejścia na Everest powzięła trzecia z kolei od strony Nepalu wielka wyprawa brytyjska, zorganizowana z niezwykłym rozmachem i zaopatrzeniem wzorowanym na kampanii militarnej. 28 maja, po dwu i pół miesiąca nadzwyczajnych zmagań, na wysokości 8500 metrów stanął najwyższy obóz, przycupnięty w śniegach południowo-wschodniej grani. Następnego dnia wczesnym rankiem atak szczytowy rozpoczął zespół: Edmund Hillary, wysoki i chudy alpinista z Nowej Zelandii, oraz Tensing Norgay, znakomicie wyszkolony wspinacz szerpański. Obaj wdychali tlen z dźwiganych przez siebie butli.
Już o 9.00 rano, znalazłszy się na Wierzchołku Południowym, wpatrywali się w ostrą jak żyleta grań, prowadzącą na właściwy szczyt. Następna godzina marszu doprowadziła ich do stóp tego, co Hillary określił jako:
najgroźniej wyglądający problem grani - skalny uskok o wysokości około dwunastu metrów... Sama skała, gładka i niemal pozbawiona chwytów, mogłaby być interesującym problemem, dobrym na niedzielne popołudnie dla wprawnych wspinaczy z Lake District, ale tutaj stanowiła barierę, której pokonanie przewyższało nasze wątłe siły.
Podczas gdy Tensing nerwowo podawał linę z dołu, Hillary wklinował się w szeroką rysę pomiędzy skalnym żebrem a płetwą pionowego śniegu przy jego krawędzi. Następnie zaczął centymetr po centymetrze przemieszczać się w górę formacji, którą potem nazwano Uskokiem Hillary'ego. Wspinaczka była wytężająca i daleka od elegancji, ale Hillary parł wytrwale aż do chwili, którą później tak opisał:
Wreszcie mogłem sięgnąć poza krawędź skały i wydostać się ze szczeliny na szeroką półkę. Przez kilka chwil leżałem, starając się złapać oddech. Po raz pierwszy naprawdę poczułem zawziętą determinację i wiedziałem, że nic nie jest w stanie powstrzymać nas od zdobycia szczytu. Zaparłem się solidnie na półce, dając Tensingowi sygnał, że może iść. Gdy mocno ściągałem linę, Tensing pełznął w górę, aż wreszcie padł wyczerpany na półkę jak ogromna ryba, którą właśnie wyciągnięto z morza po straszliwej walce.
Przezwyciężywszy uczucie wyczerpania, obydwaj wspinacze kontynuowali marsz w górę wzdłuż pofałdowanej grani. Hillary'ego zaczęło ogarniać zwątpienie:
myślałem tępo, czy wystarczy nam sił, aby dojść. Obszedłem następny śnieżny garb i spostrzegłem, że grań przed nami gwałtownie opada, a wzrok sięga daleko w głąb Tybetu. Spojrzałem w górę. Przed nami wznosił się zaokrąglony śnieżny stożek. Kilka uderzeń czekana, kilka ostrożnych kroków i już Tensing [sic!][8] i ja byliśmy na szczycie.
I tak oto, krótko przed południem 29 maja 1953 roku, Hillary i Tensing zostali pierwszymi ludźmi, którzy stanęli na szczycie Everestu.
Trzy dni później wiadomość o tym wejściu dotarła do królowej Elżbiety, w przeddzień jej koronacji, a wiadomość puścił w świat londyński "Times", w porannym wydaniu 2 czerwca. Depesza została nadana drogą radiową i zaszyfrowana (w obawie przed konkurencją) przez młodego korespondenta Jamesa Morrisa, który po dwudziestu latach, będąc już renomowanym pisarzem, zasłynął ze zmiany płci i zmiany imienia na Jan. Czterdzieści lat po historycznym wejściu Morris napisał(a) w swojej książce Coronation Everest: The First Ascent and the Scoop That Crowned the Queen [Koronacja Everestu: Pierwsze wejście i sensacja, która ukoronowała królową]:
Obecnie wręcz trudno sobie wyobrazić niemal mistyczny zachwyt, z którym przyjęto w Wielkiej Brytanii nałożenie się w czasie tych dwóch wydarzeń: koronacji i zdobycia Everestu. Wychodząc wreszcie z niedostatku, w jaki popadli od czasu II wojny światowej - a jednocześnie postawieni w obliczu utraty swojego wielkiego imperium - której nieuchronnym skutkiem był schyłek ich potęgi w świecie, Brytyjczycy niemal uwierzyli w to, że wstąpienie na tron młodej królowej jest znakiem nowego czasu, epoki elżbietańskiej, jak chętnie nazywa się ją w gazetach. Oczekiwano, że 2 czerwca 1953 roku, dzień koronacji, będzie czasem symbolicznej nadziei i radości - chwilą, w której patriotyczna lojalność Brytyjczyków znajdzie kulminacyjny moment ekspresji, a tu - cud nad cudami - właśnie w tym dniu nadchodzi wiadomość z daleka, właściwie z pogranicza dawnego imperium, że zespół brytyjskich wspinaczy... osiągnął najwspanialszy z pozostałych do zdobycia celów ziemskiej eksploracji i przygody - czubek świata...
Ta chwila obudziła w Brytyjczykach całą gamę intensywnych uczuć - dumę, patriotyzm, tęsknotę za utraconą przeszłością czasu wojny i szaleńczej odwagi, nadzieję na jaśniejszą przyszłość... Ludzie w pewnym wieku do dziś żywo pamiętają moment, kiedy to podczas oczekiwania na przejście defilady koronacyjnej w Londynie, w dżdżysty czerwcowy poranek, usłyszeli magiczną wiadomość, że szczyt świata jest, jakby to powiedzieć, ich.
W całych Indiach, w Nepalu i w Tybecie Tensing został narodowym bohaterem, a w każdym z tych krajów dowodzono, że jest on jednym z nich. Po otrzymaniu tytułu szlacheckiego z rąk królowej sir Edmund Hillary mógł oglądać swój wizerunek o charakterystycznych, grubo ciosanych rysach na znaczkach pocztowych, w komiksach, książkach, filmach i na okładkach magazynów. W ciągu jednej nocy skromny pszczelarz z Auckland przeistoczył się w jednego z najsłynniejszych ludzi na Ziemi.
***
Hillary i Tensing weszli na Everest miesiąc przed moim poczęciem, tak więc nie miałem okazji uczestniczyć w tym zbiorowym uczuciu dumy i zachwytu, które ogarnęło wtedy cały świat. Starszy znajomy twierdzi, że pod względem siły oddziaływania wydarzenie to można porównać do lądowania pierwszego człowieka na Księżycu. Jednak dopiero kolejne zdobycie szczytu dziesięć lat później przyczyniło się do wyznaczenia kierunku, w jakim potoczyło się moje życie.
22 maja 1963 roku Tom Hornbein, trzydziestodwuletni lekarz z Missouri, i Willi Unsoeld, trzydziestosześcioletni profesor teologii z Oregonu, weszli na najwyższy szczyt Ziemi odstraszającą granią zachodnią, której przed nimi nikt jeszcze nie pokonał. Do tego dnia Everest został już zdobyty przez jedenastu wspinaczy z czterech wypraw, dwiema drogami: przez Przełęcz Południową i grań południowo-wschodnią oraz Przełęcz Północną i grań północno-wschodnią, ale grań zachodnia była znacznie trudniejsza od obydwu dotychczas poprowadzonych dróg. Wejście Hornbeina i Unsoelda słusznie zostało - i wciąż jest - obwołane jednym z wielkich wyczynów alpinistycznych w annałach himalaizmu[9].
Późnym popołudniem w dniu ataku szczytowego obydwaj Amerykanie przebyli pas stromych, kruchych skał - okryte złą sławą Żółte Skały. Pokonanie tego terenu wymagało ogromnej siły i wielkich umiejętności. Do tej pory nikt jeszcze nie wspinał się w podobnych trudnościach technicznych na tak ekstremalnych wysokościach. Już po przejściu Żółtych Skał Hornbein i Unsoeld zwątpili, czy będą w stanie tamtędy bezpiecznie zejść. Doszli do wniosku, że największą szansę wyjścia cało z tej sytuacji daje dotarcie do szczytu i zejście dobrze znaną drogą - granią południowo-wschodnią. Plan był niesłychanie śmiały, jeśli wziąć pod uwagę późną porę, nieznany teren i szybko topniejące zapasy tlenu w butlach.
Hornbein i Unsoeld weszli na szczyt o 18.15 - w chwili, kiedy słońce właśnie zachodziło, i w konsekwencji zostali zmuszeni do spędzenia nocy pod gołym niebem na wysokości ponad 8500 metrów. W owym czasie był to najwyższy biwak w historii. Nadeszła zimna, ale na szczęście bezwietrzna noc. Chociaż Unsoeld odmroził sobie palce u nóg, co skończyło się późniejszymi amputacjami, obaj wspinacze przeżyli i mogli opowiedzieć swoją historię.
Wtedy, gdy to się działo, miałem dziewięć lat i mieszkałem w Corvallis w stanie Oregon, gdzie swój dom miał również Willi Unsoeld. Był on bliskim przyjacielem mojego ojca i czasami bawiłem się z najstarszymi dziećmi Unsoeldów - Regonem, starszym ode mnie o rok, i Devi, o rok młodszą. Kilka miesięcy przed wyjazdem Williego Unsoelda do Nepalu stanąłem na wierzchołku swojego pierwszego szczytu - zupełnie nieefektownego wulkanu w Górach Kaskadowych, o wysokości około 2700 metrów, na który dziś prowadzi wyciąg krzesełkowy. Wszedłem w towarzystwie mojego taty, Williego i Regona. Nic więc dziwnego, że relacje z dramatycznych wydarzeń 1963 roku na Evereście odbiły się mocnym i długim echem w wyobraźni nastoletniego chłopca. Podczas gdy idolami moich przyjaciół byli John Glenn, Sandy Koufax i Johnny Unitas[10], ja miałem swoich bohaterów: Hornbeina i Unsoelda.
W skrytości marzyłem o tym, że któregoś dnia sam zdobędę Everest, to szalone pragnienie towarzyszyło mi przez ponad dziesięć lat. Gdy miałem dwadzieścia parę lat, wspinanie stało się esencją mojego istnienia, usuwając w cień niemal wszystkie inne sprawy. Zdobycie szczytu jakiejś góry było czymś namacalnym, niezmiennym, konkretnym. Związane z tym nieodłącznie niebezpieczeństwa przydawały temu zajęciu powagi, której dokuczliwie brakowało w innych obszarach mojej działalności. Podniecała mnie zuchwała perspektywa wywracania do góry nogami zwyczajnej egzystencji.
Wspinanie dawało również poczucie wspólnoty. Zostanie wspinaczem oznaczało dołączenie do zamkniętej, zaciekle idealistycznej społeczności, na ogół niedostrzeganej i zaskakująco nieskorumpowanej przez świat. Kulturę wspinania charakteryzowała zacięta rywalizacja i wyraźny rys męskiego szowinizmu, ale w głównej mierze chodziło tylko o to, żeby zrobić wrażenie na koledze. Osiągnięcie wierzchołka danej góry miało dużo mniejsze znaczenie niż sposób, w jaki się tego dokonało. Prestiż zdobywało się, atakując najtrudniejsze, najbardziej ryzykowne drogi z minimalną ilością sprzętu, w najśmielszym stylu, jaki można było sobie wyobrazić. Największy podziw wzbudzali tak zwani soliści - wizjonerzy wspinający się na żywca, czyli samotnie, bez liny czy jakiegokolwiek sprzętu.
W tamtych latach żyłem po to, aby się wspinać, zarabiając pięć lub sześć tysięcy dolarów rocznie. Pracowałem dorywczo jako cieśla, łowiłem też łososie na sprzedaż - zajmowałem się tym tak długo, dopóki nie uzbierałem na kolejny wyjazd w rejony Bugaboo, Tetons lub Alaski. Jednak w którymś momencie, gdzieś koło dwudziestego piątego roku życia, porzuciłem swoje chłopięce marzenie o wejściu na Everest. Wtedy już wśród znawców alpinizmu modne było deprecjonowanie najwyższej góry świata. Określano ją mianem "bałuchy", a więc szczytu nieprzedstawiającego wystarczająco poważnych trudności technicznych lub pozbawionego estetycznego uroku, aby stać się wartościowym celem dla "poważnego" wspinacza, którym rozpaczliwie chciałem być. Zacząłem zadzierać nosa i patrzeć z góry na najwyższy szczyt świata.
Taki snobizm brał się z tego, że do początku lat osiemdziesiątych najłatwiejsza droga na Everest - przez Przełęcz Południową i grań południowo-wschodnią - została przebyta ponad sto razy. Moi kompani i ja nazywaliśmy tę trasę "drogą dla jaków". Nasza pogarda wzrosła jeszcze, gdy w 1985 roku pięćdziesięciopięcioletni Dick Bass, bogaty Teksańczyk o niezbyt dużym doświadczeniu wspinaczkowym, został wprowadzony na wierzchołek Everestu przez niezwykłego młodego wspinacza Davida Breashearsa. Wydarzeniu temu towarzyszył zgiełk bezkrytycznego zainteresowania mediów.
Dawniej zdobywanie tej góry było w zasadzie zastrzeżone jedynie dla alpinistycznej elity. Michael Kennedy, redaktor magazynu "Climbing", pisze o tym w ten sposób: "Zaproszenie kogoś na wyprawę na Everest było zaszczytem, którego można było dostąpić tylko po odbyciu długiego stażu na niższych szczytach, zaś osiągnięcie wierzchołka windowało go w górne strefy himalajskiego gwiazdozbioru". Wejście Bassa zmieniło ten stan rzeczy. "Zaliczając" Everest, został pierwszym człowiekiem, który zdobył Koronę Ziemi[11] - wyczyn ten nie tylko przyniósł mu światową sławę, ale jednocześnie dał impuls gromadom innych weekendowych wspinaczy do podążania w jego ślady, a także brutalnie wciągnął najwyższą górę świata w erę postmodernizmu.
"Dick Bass był inspiracją dla starzejących się marzycieli w typie Waltera Mitty, do których i ja się zaliczam", mówił z silnym wschodnioteksańskim akcentem Seaborn Beck Weathers w czasie domarszu do bazy Everestu w kwietniu 1996 roku. Beck, czterdziestodziewięcioletni patolog z Dallas, był jednym z ośmiu klientów na komercyjnej wyprawie Roba Halla. Dalej kontynuował swą myśl: "Bass dowiódł, że Everest jest w zasięgu możliwości zwykłych ludzi. Przy założeniu, że masz przyzwoitą kondycję i wystarczająco pokaźny dochód, największą przeszkodą, jak sądzę, jest dostanie urlopu w pracy i pozostawienie rodziny na dwa miesiące".
Jak pokazują dane historyczne, dla bardzo wielu wspinaczy wyrwanie się z codziennego młyna nie stanowi przeszkody nie do przezwyciężenia, nie jest nią też wyłożenie niebotycznej gotówki. W ciągu ostatnich pięciu lat ruch na wszystkich siedmiu szczytach Korony Ziemi, ale szczególnie na Evereście, wzrósł w zdumiewającym tempie. W odpowiedzi na wzrost popytu odpowiednio też zwiększyła się liczba komercyjnych wypraw, oferujących płatne wspinaczki z przewodnikiem na najwyższe góry kontynentów. Wiosną 1996 roku na stokach Everestu działało trzydzieści różnych wypraw, spośród których co najmniej dziesięć zostało zorganizowanych jako przedsięwzięcia dochodowe.
Rząd nepalski uznał, że tłumy ciągnące na Everest stwarzają poważne zagrożenie z punktu widzenia bezpieczeństwa, estetyki i wpływu na środowisko. Debatując nad tą kwestią, nepalscy ministrowie zaproponowali rozwiązanie, które, jak się wydawało, ograniczy liczbę ochotników, a jednocześnie zasili wpływami dewizowymi pustawą kasę skarbu państwa - podniesienie opłaty za pozwolenie na wejście na Everest. W 1991 roku Ministerstwo Turystyki żądało dwóch tysięcy trzystu dolarów opłaty za szczyt, przy czym wielkość zespołu nie podlegała ograniczeniom. Rok później stawka ta wzrosła do dziesięciu tysięcy dolarów dla zespołu liczącego do dziewięciu wspinaczy, a za każdego dodatkowego uczestnika trzeba było zapłacić następne tysiąc dwieście dolarów.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.