Wszystko w porządku ...i inne kłamstwa - Whitney Cummings

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy miałam jakieś dwanaście lat, najbardziej na świecie - nie licząc obsesyjnego nagrywania kaset demo do programu The Real World MTV - lubiłam wyprzedaże garażowe i grzebanie w śmieciach obcych ludzi. Mam tu na myśli (rzecz jasna) przeglądanie rzeczy, które sprzedawali, chociaż jestem pewna, że nie raz i nie dwa przegrzebałam też najzwyklejsze odpadki, bo byłam bardzo ciekawskim dzieckiem, a wszystko to działo się w czasach, kiedy porno nie było jeszcze darmowe.
Uwielbiałam patrzeć na stoły uginające się pod różnego rodzaju starociami i snuć historie o tym, jak wyglądało życie sprzedających je ludzi. Fantazjowałam o tajemnicach starych nart, szachownicy i zakurzonych encyklopedii; może ich właściciele byli detektywami albo szpiegami, a może uciekali przed prawem, bo popełnili jakąś wspaniałą zbrodnię! Z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę, że najpewniej właśnie się rozwodzili i chcieli jak najszybciej pozbyć się pierdolnika po swoich eks, ale wówczas była to dla mnie romantyczna ucieczka od rzeczywistości i być może pierwszy dowód na to, że chciałam żyć z wymyślania historii. Do piętnastego roku życia byłam też patologiczną kłamczuchą, ale to akurat o wiele mniej seksowna geneza mojego zawodu.
W czasie takiego grzebania w śmieciach natknęłam się pewnego razu na książkę Paula Reisera zatytułowaną Couplehood (Sparowanie). W owym czasie byłam za młoda, by wiedzieć, kim jest Paul Reiser (niektórzy z was mogą nadal być na to za młodzi), co nie przeszkodziło mi w lekturze prześmiesznej książki o codziennych problemach i upokorzeniach człowieka w stałym związku. Na tamtym etapie życia jedyne, z czym byłam związana na stałe, to lęki i wszy, bo jestem niemal pewna, że moje wyimaginowane małżeństwo z Lukiem Perrym się nie liczy.
Natychmiast poczułam więź z tą książką. Czytanie o dziwactwach Reisera przynosiło mi ulgę i osobliwe poczucie zrozumienia. Niezależnie od tego, czy potrafiłam to wówczas wyrazić, czy nie, przeżyłam olśnienie: nieszczęście innych ludzi sprawia, że czuję się znacznie lepiej, moje własne problemy bledną. To zjawisko ma swoją oficjalną nazwę - Schadenfreude. Kto jak kto, ale Niemcy zawsze znajdą konkretne słowo na coś tak sadystycznego.
Couplehood sprawiło, że mniej wstydziłam się tego pokręconego, często przewrotnego spojrzenia na świat. Przestała mnie także krępować obsesja na punkcie detali, których większość ludzi nawet nie zauważała. Nikogo innego nie obchodziło, że w barze sałatkowym budyń czekoladowy leży tuż obok ciecierzycy. Mnie zaś to zagadnienie pochłonęło na wiele dni, które spędziłam na próbach ustalenia, co za psychopata układał tam garmaż. Nikt poza mną nie przejmował się, że plastry opatrunkowe były nieco rasistowskie, ponieważ do wyboru mieliśmy tylko jeden ich kolor - jasnej skóry. Jestem pewna, że teraz produkują już całą paletę odcieni, ale pod koniec lat osiemdziesiątych przywilej dyskretnego opatrywania skaleczeń był zarezerwowany dla ludzi o trupio bladej karnacji.
Nikt nie chciał słuchać moich narzekań na rasowo uprzedzone plasterki, co natchnęło mnie do notowania spostrzeżeń przy każdej nadarzającej się okazji. Znalazłam starą maszynę do pisania w piwnicy ciotki i waliłam w klawisze ile wlezie. Owszem, istniały już wtedy komputery, ale trzeba było zapisywać na nich pliki, a ja nie chciałam ryzykować, że ktoś przeczyta moje wywody. Ponadto maszyna do pisania sprawiała, że czułam się mądra i szalenie wyrafinowana. Aby być nieco bardziej wyrafinowaną, pewnie wystarczyłoby, gdybym przestała sobie kręcić grzywkę, ale na tamtym etapie życia zdrowy rozsądek nawet nie był wykrywany przez mój radar.
Marzyłam, że ta masturbacyjna paplanina pewnego dnia stanie się zaczątkiem książki, ale miałam za niską samoocenę, żeby coś z tym dalej zrobić. Powtarzałam sobie, że poczekam, aż zgromadzę wystarczająco dużo śmiesznych porażek, żeby czytelnicy się nie nudzili. I tak mam szczęście, że moje dzieło kogoś w ogóle zainteresowało, biorąc pod uwagę, jak wiele mamy dzisiaj rodzajów rozrywki do wyboru: filmiki na YouTubie z dziećmi, które jedzą cytryny, striptizerki spadające ze sceny i aplikacje, które miksują twoją twarz z psią mordą. Wiem, co mówię, bo właśnie przez wyżej wymienione atrakcje napisanie tej książki zajęło mi całe wieki, ale ucieszy was zapewne informacja, że kiedy skupiłam się wreszcie na tyle, żeby ją skończyć, poprzeczkę ustawiłam naprawdę wysoko. Nieustannie bowiem zadawałam sobie pytanie: "Czy to jest godne konkurować z filmikiem, na którym facet spada z drabiny?".
Ostatecznie udało mi się opanować uzależnienie od mediów społecznościowych i zakupów online w wystarczającym stopniu, żebym mogła dać wam książkę pełną pysznego, upokarzającego Schadenfreude. Podam kilka przykładów: kiedyś ogoliłam sobie brew po tym, jak najadłam się zioła, zaczęłam łysieć przez niedobór tłuszczu w diecie, złamałam rękę, próbując zaimponować facetowi, i niewiele brakowało, a odsiadywałabym teraz dożywocie w gwatemalskim więzieniu. Przez wiele lat spisywałam te historie w eleganckich i obrzydliwie drogich notatnikach z nadzieją, że w końcu znajdę odwagę, by o nich opowiedzieć na scenie, ale szczerze mówiąc, uznałam je po prostu za zbyt żenujące. Myślę, że lepiej wypadną w postaci książki albo obrazu w goglach VR, czy czego tam będzie się używać do czytania, kiedy ta moja pisanina wreszcie się ukaże.
Poza kolekcjonowaniem upokarzających sytuacji, dzięki którym łaskawszym okiem spojrzycie na własne decyzje, zgromadziłam również kompendium wiedzy. Myślę, że pozwoli wam ono zaoszczędzić sporo czasu. Jesteście zajęci. Macie rodziny, może nawet tajne rodziny. Macie swoje życie, może nawet podwójne. Macie mężów, żony, profil na Facebooku. Ja nie mam niczego z powyższych, więc pomyślcie o mnie jako o swojej osobistej asystentce, która odwiedziła miliard lekarzy i zdobyła wszelkie informacje, na których szukanie wy nie macie czasu, a na temat których Wikipedia kłamie. Powiedzmy, że ta książka to taki internet, tyle że rzetelny i mniej nienawidzący kobiet.
Podczas występów muszę rzucać dowcip co dwadzieścia sekund. Jeśli widzę, że ktoś na widowni krzywi się na to, o czym mówię, albo wygląda, jakby dana kwestia była dla niego zbyt bolesna, muszę rozluźnić atmosferę, zmieniając temat albo obracając go w kolejny żart. Pisanie książki dało mi wolność - od czasu do czasu mogłam przestać być zabawna i zagłębić się w trudne prawdy, które, jak sądzę, przyniosą nam wszystkim uzdrowienie. Przy pisaniu nie da się odczytać atmosfery na widowni ani zobaczyć reakcji czytelników, mogę więc iść na całość i nie przejmować się, jeśli materiał jest ryzykowny albo prowokujący. Nareszcie mogę opowiedzieć o najbardziej żenujących wybrykach, jak wtedy, kiedy łgałam psychoterapeucie w żywe oczy, przyjechałam sama na izbę przyjęć z mocno krwawiącą raną głowy czy też przeżyłam gastryczny armagedon w środku najprawdziwszej dżungli.
Ostatnie pięć lat upłynęło mi na przeprogramowywaniu mózgu, zrywaniu toksycznych związków, walce z bezsennością, eksperymentach z antydepresantami, zmaganiach z miłością (lub tym, co wydawało mi się miłością), rozmowach z wyimaginowanym dzieckiem i zamrażaniu jajeczek.
W rezultacie większość moich spotkań z przyjaciółmi ogranicza się do opowiadania o tym, jak to stawałam na głowie - w przenośni i dosłownie - żeby przefasonować umysł i wypracować ciało, jakiego zawsze pragnęłam. Znajomi, a nawet nieznajomi, pytają mnie, czemu zawdzięczam zadbaną cerę, jak pokonałam zaburzenia odżywiania, przestałam spotykać się z narcyzami, zapanowałam nad własnym ego i ogólnie zrobiłam się jakaś taka mniej porąbana. W podobnych sytuacjach byłoby mi o wiele łatwiej, gdybym mogła powiedzieć: "A może przeczytasz tę książkę?". Nie musiałabym wtedy spędzać każdego spotkania towarzyskiego na gadaniu o neurologii, choć tak naprawdę wolałabym flirtować z facetem, który jest dla mnie całkiem, ale to absolutnie nieodpowiedni.
Wydałam dziesiątki tysięcy dolarów na zdobycie informacji od całej masy lekarzy, psychiatrów, uzdrowicieli, nauczycieli i ludzi, którzy wpychali mi różne rzeczy w tyłek, patrząc mi przy tym prosto w oczy. Jeśli macie wynieść z tej lektury choć jedną rzecz, to niech będzie to świadomość, że nie musicie wkładać sobie niczego w tyłek, chyba że naprawdę macie na to ochotę. A i wtedy na pewno nie ma potrzeby za to płacić.
Jeśli mam być szczera, to chcę, żeby ta książka zmieniła wasze życie. Miałam po dziurki w nosie bycia nieogarem i waszego nieogarnięcia też mam po dziurki w nosie, więc weźmy się w garść i do kupy. W kupie raźniej.
Mam dla was dobre wieści. Kocham was. A ponieważ was kocham, zapłaciwszy marne parę groszy za tę książkę, otrzymacie równowartość psychoterapii wartej setki tysięcy dolarów. Nie jestem z tego dumna, ale wydałam potworną ilość pieniędzy, których i tak zawsze mi brakowało, na specjalistów w dziedzinie zdrowia psychicznego (część z nich należałoby chyba umieścić w cudzysłowie). "Specjaliści" w dziedzinie zdrowia psychicznego. Brukowana żółta droga uzdrowicieli nie zaprowadziła mnie do krainy Oz, chociaż parę razy faktycznie widziałam różowe konie, ale tylko wtedy, jak mi cukier spadał po durnych głodówkach.
Od drugiej strony
Poszłam kiedyś do "dietetyka", chociaż od razu powinnam zwęszyć, że coś było nie halo, nie miał bowiem nazwiska. Nazwijmy go Doktor Bob, chociaż prawdziwe imię było o wiele śmieszniejsze i brzmiało jak ksywka kiczowatego DJ-a z obciachowym repertuarem, coś jak oprawa muzyczna trzeciego wesela waszego wujka we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Powiem wprost: jeśli lekarz używa tytułu wyłącznie z imieniem, to czas się ewakuować, no chyba że jest to Dr. Dre, wtedy warto do niego pójść choćby z ciekawości. To, że zapłaciłam za wizytę u dietetyka, który prowadził działalność li tylko pod swoim imieniem, oznaczało, że tak naprawdę potrzebny był mi lekarz innej specjalizacji, a mianowicie psychiatra.
Doktor Bob okazał się najchudszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałam, a to naprawdę nie lada osiągnięcie, biorąc pod uwagę, ile czasu spędzam wśród hollywoodzkich aktorek. Chwalił się, że sypia na bieżni, którą ustawił pod wysokim kątem, żeby krew spływała mu do głowy. Szczerze mówiąc, nienawidzę biegania, więc takie zastosowanie bieżni nawet mi się spodobało, ale żeby od razu do góry nogami? Do tego trzeba być już bardzo wyjątkowym wariatem. Teraz już wiem, że powinnam była odwrócić się na pięcie i oddalić jak najszybszym krokiem, kiedy tylko mi to powiedział, ale mam straszną słabość do facetów, którzy tak długo łgali, że nie tylko zaczęli wierzyć we własne kłamstwa, ale też mają czelność życzyć sobie opłaty za ich wysłuchiwanie.
Filozofia, której hołdował Doktor Bob, zakładała, że człowiek powinien żywić się wyłącznie tym, co rośnie na obszarze, z którego wywodzą się jego przodkowie, a ponieważ ja jestem kundlem z Europy Zachodniej, nie mogę jeść bananów, orzechów kokosowych, kantalupów ani zasadniczo niczego smacznego. Podstawą diety moich pochodzących z Europy przodków były niemal wyłącznie ziemniaki, alkohol i własne zęby. Zapytałam Doktora Boba, co by się stało, gdybym utknęła na lotnisku i rozpaczliwie szukała czegoś zdrowego, a w końcu znalazła tylko banana. Twarz mu pobladła jeszcze bardziej. Bez choćby śladu ironii w głosie odparł: "Równie dobrze mogłabyś sobie włożyć pistolet do ust".
Doktor Bob miał zajoba na punkcie lewatywy. Jarało go płukanie okrężnic - cudzych i własnej - uwielbiał pokazywać zdjęcia z takich zabiegów i opowiadać o celebrytach, którzy się im poddawali. Jeśli nie wiecie, na czym polega lewatywa, oszczędźcie sobie wyszukiwania jej w internecie, ponieważ możecie natknąć się na obrazy, które już nigdy nie pozwolą wam spokojnie zasnąć. Oto najbardziej elegancki opis, jaki przychodzi mi do głowy: Doktor Bob wsadza delikwentowi rurkę w pupę i wpuszcza tam trochę wody, która ma wypłukać wszystkie głęboko pochowane kupki.
Nic nie jest w stanie przygotować was na sytuację, w której chudy jak szkielet facet bez nazwiska wpycha wam gumowy wąż w odbyt, szepcząc przy tym: "Świetnie sobie radzisz". Leżenie z rurką w dupie pod baczną obserwacją człowieka, który sypia na sprzęcie do ćwiczeń, było tak niewygodne i inwazyjne, że po każdej sesji kusiło mnie, żeby wezwać policję. W końcu przestałam chodzić do Doktora Boba, ponieważ zdałam sobie sprawę, że jego usługi były dosłownie gówno warte.
Jednak kiedy akurat nie penetrował mojego niechętnego otworu plastikowymi rurkami, dał mi kilka naprawdę pomocnych rad: nie gotuj warzyw do momentu, aż uciekną z nich wszystkie witaminy. Warzywa powinny być chrupiące, a nie - zwiotczałą parodią samych siebie. Jeśli nie pierdzisz, to najwyraźniej nie jesz warzyw, jak trzeba. I owszem, zdaję sobie sprawę, że nawet jeśli ta porada ma przynieść wiele korzyści dla ciała, to katastrofalnie odbija się na życiu osobistym.
Oto inne warte zapamiętania wskazówki: trzeba żuć wodę, pić ocet jabłkowy i pochylać się podczas korzystania z toalety, ponieważ, jak się okazuje, toalety zostały zaprojektowane przez mizantropów, którzy chcą, żeby każdy dostał raka okrężnicy, więc wszyscy korzystamy z łazienki w niewłaściwy sposób. Tymczasem powinniśmy przybrać pozycję, w jakiej byśmy się znaleźli, gdyby przyszło nam się ukrywać przed zombie w piwnicy: należy przykucnąć, ale w pochyleniu. Nasze ciała są zaprojektowane tak, aby wydalanie zachodziło pod pewnym kątem, a tradycyjne toalety temu nie sprzyjają, co również tłumaczy, dlaczego tyle kobiet co chwilę sika - nie opróżniamy pęcherza do końca. Czasami sikamy, bo potrzebujemy wymówki, żeby wykręcić się od nudnej rozmowy z jakimś dziwakiem, ale jest to zupełnie inny temat, mniej związany z fizjologią, a bardziej z irytującymi ludźmi.
Istnieje nawet odpowiednie urządzenie, które można - a właściwie należy - kupić. Podnosi stopy, tak żeby człowiek musiał się skulić. Hej, nie mówiłam, że to seksowne; mówiłam, że to zdrowe. Odkryłam, że trzymanie stołka przy ubikatorze jest szalenie kłopotliwe, kiedy mam gości, ale całkowicie zmieniło moją technikę sikania. Jeśli nie macie taboretu, na którym moglibyście postawić stopy, możecie się pochylić, tak jakbyście rodzili dziecko w rowie w XIII wieku. Faktycznie, ciężko wówczas esemesować na klopie, ale przynajmniej cała procedura trwa znacznie krócej.
Lady Paluch
Żeby zostać w pełni funkcjonującą istotą ludzką, musiałam nauczyć się płakać. Wcześniej płakałam tylko w nieoczekiwanych momentach, na przykład kiedy dinozaur z kreskówki stracił matkę albo gdy przypadkowo nadepnęłam na łapę swojemu żywemu zwierzakowi. Zdarzyło mi się też uronić łzę przy I'll Be Missing You Puffa Daddy'ego i Faith Evans. On się teraz chyba nazywa Diddy, ale możliwe, że znowu to zmieni, zanim ta książka wreszcie się ukaże, a ja i tak nie mam czasu, żeby śledzić jego niezdecydowanie co do pseudonimu artystycznego. Chodzi o to, że ta piosenka wywołuje we mnie emocje, więc jeśli słyszę ją w jakimś publicznym miejscu, to muszę się wymknąć do łazienki i tam sobie solidnie popłakać. Może dlatego, że czuję nostalgię za czasami, kiedy byłam nastolatką, chciałam uciec przed rzeczywistością i nie mogłam się doczekać, aż w końcu dorosnę. Było to, rzecz jasna, zanim zdałam sobie sprawę, że większość dorosłego życia spędza się na rozmowach telefonicznych z gośćmi z obsługi klienta i wymyślaniu, jak by tu się wyłgać z podpisanej umowy, a także zamartwianiu się, że każdy wrastający włos to objaw choroby wenerycznej. W każdym razie cierpiałam na coś w rodzaju dysleksji emocjonalnej, kiedy przychodziło do wyrażania smutku; zdarzało się często, że na wieść o czymś przykrym wybuchałam histerycznym śmiechem, a kiedy na siłowni ktoś puścił skoczną piosenkę, zaczynałam szlochać. Nie ma to tamto, coś było nie halo z moim wyrażaniem zdrowych emocji.
Znajoma powiedziała mi, że jest taka babka, która pomaga wykrzyczeć wszystkie dawne stłumione żale, jakie w nas zalegają. Praktyka ta nosi nazwę metody Grinberga, a kiedy sprawdziłam ją w Wikipedii, znalazłam taką oto definicję: "Metoda pozwala się nauczyć, jak uzyskać kontrolę i przestać unikać bólu, jak być w pełni uważnym na własne ciało i odczucia. Kiedy to nastąpi, energia zostaje uwolniona, co pomaga poradzić sobie z bólem i związanymi z nim doznaniami, dając ciału możliwość naprawy i wyleczenia". Kobieta, do której poszłam, nazywała się Evelyn. Już to wystarczy, żeby człowieka speszyć, prawda? Samo znalezienie wejścia do jej gabinetu zajęło mi trochę czasu. Zawsze się zastanawiałam, czy uzdrowiciele i terapeuci przyjmują w trudno dostępnych miejscach celowo, żeby nas maksymalnie zestresować jeszcze przed wizytą, a potem, jak już się uspokoisz, powiedzieć: "A widzisz? Moje metody działają. Taka byłaś zdenerwowana, kiedy do mnie przyszłaś", gdy tymczasem największym problemem w twoim życiu było znalezienie miejsca na parkingu. Do gabinetu Evelyn wchodziło się przez drzwi z zamkiem zabezpieczonym kodem, który trzeba było wprowadzić. A mi to dość opornie szło, bo za każdym razem, kiedy jestem choćby minutę spóźniona, ogarnia mnie panika, a mój płat czołowy przestaje działać. Po jakimś czasie gorączkowych zmagań z klawiaturą domofonu, jakby od tego, czy wstukam właściwe cyfry na czas, zależało, czy wybuchnie bomba i zniszczy całą Ziemię, Evelyn otworzyła drzwi od wewnątrz. Choć byłam umówiona na spotkanie, ogarnęło mnie poczucie winy i wstydu, ponieważ czułam, że przerwałam jej pracę.
Evelyn robi dość piorunujące wrażenie. Ma w sobie niepojętą energię, jest w niej coś kojącego, choć z początku człowiek czuje się nieswojo, bo ona w żaden sposób nikogo nie naśladuje ani nie reaguje na otoczenie. Jakby miała wokół siebie niewidzialną tarczę chroniącą ją przed roszczeniową energią innych ludzi. Bez względu na to, ile mentalnych toksyn się na nią wyleje, ona to wszystko po prostu odbija, a następnie rzuca delikwentowi w twarz, jak wtedy, gdy człowiek chce wypluć gumę do żucia przez okno jadącego samochodu, a potem wyciąga ją z własnych włosów. I nie, Evelyn nie bierze środków zwiotczających mięśnie. Wiem, bo zapytałam. Miała linie uśmiechu na twarzy, ale niemal żadnych zmarszczek na czole, co sugeruje, że często się uśmiechała, ale rzadko przeżywała stres. Albo to był botoks, chociaż nie sądzę.
Evelyn wyglądała, jakby co noc sypiała osiem godzin, a ja jestem gotowa zapłacić za poradę każdej osobie, która wie, jak tego dokonać. Nie mówiła zbyt wiele, co dla takich niepewnych siebie ludzi jak ja nie jest łatwą sytuacją. Cisza sprawia, że czuję się niekomfortowo i wygłaszam monolog złożony z żartów, przeprosin i usprawiedliwień własnego istnienia. Większość z nas, nie zdając sobie z tego sprawy, jest w nieustannej gotowości do przepraszania. Kiedyś próbowałam przez dwadzieścia cztery godziny za nic nie przepraszać, ale wytrzymałam jakieś trzydzieści minut, w zasadzie dopóki nie natknęłam się na innego człowieka. Powiedziałam recepcjonistce: "Przepraszam, że jestem tak wcześnie". Tak wcześnie.
Evelyn naprawdę nie obchodzi, czy ludzie ją lubią, czy nie, więc oczywiście wszyscy ją lubią. Evelyn odzywa się tylko wtedy, gdy musi, nie wypełnia ciszy nerwowym, niepewnym jazgotem, tak jak wielu z nas, kiedy potrzebujemy akceptacji innych. Przez to jej pewne siebie milczenie oczywiście pomyślałam, że jest na mnie zła, co było niedorzeczne, bo nawet mnie nie znała. Kiedy ktoś nic nie mówi, mój mózg zazwyczaj wypełnia pustą przestrzeń tym, co sama czuję do siebie, więc założyłam, że jest mną rozczarowana, i zrobiłam to, co potrafię najlepiej: przeprosiłam, chociaż nie zrobiłam nic złego. Evelyn wyglądała na zbitą z tropu. Wysłuchawszy mojej litanii przeprosin, spojrzała mi w oczy.
- Za co przepraszasz? - zapytała szczerze.
Natychmiast zalałam się łzami.
Potem, jak każde dziecko wychowane na poleceniach "uspokój się" i "przestań płakać", poczułam, że mięśnie twarzy automatycznie mi tężeją, żeby zahamować łzy. Evelyn sprawiała wrażenie jeszcze bardziej zmieszanej.
- Dlaczego powstrzymujesz się przed płaczem? - zapytała delikatnie.
To nie było pytanie retoryczne. Wydawała się naprawdę skołowana. Ja byłam naprawdę skołowana. Cała sprawa wyglądała podejrzanie. O co jej chodziło? Wszyscy powstrzymujemy się od płaczu. Płacz jest żałosny, wstydliwy. To oznaka słabości. To znaczy samotny płacz w samochodzie na parkingu o drugiej nad ranem, zagryzany starymi czekoladkami, które znalazło się w torebce, to jedno, ale płacz publiczny, przy innej osobie? Nie ma mowy.
- Płacz to dobre rozwiązanie - powiedziała.
To stwierdzenie ogłuszyło mnie, bo zawsze myślałam, że płacz jest oznaką porażki. W naszej kulturze wstydzimy się okazywać uczucia, krępujemy się, kiedy czujemy się bezbronni. Jeśli kobieta płacze, to jest szalona, dała się ponieść emocjom, ma PMS, czy co tam akurat się mówi, żeby okazać lekceważenie. Kiedy to piszę, "psycholka" święci tryumfy, ale wygląda na to, że "kompletna histeryczka" zaczyna wracać do łask.
Mózgi piorą nam śmieciowe idiomy, jak na przykład "duże dziewczynki nie płaczą". Facetom, którzy "mażą się jak baba", mówi się, żeby "wzięli się w garść". Albo "ona płacze jak dziecko", jak gdyby tylko dzieci miały powód do płaczu, co nie ma dla mnie sensu, bo one akurat mają z nas wszystkich najmniej problemów. Nie mają kredytów hipotecznych ani zebrań w pracy, poza tym przypada im w udziale najlepszy kawałek porodowej akcji. To matka prze, krwawi i pęka, a dziecko w zasadzie tylko zjeżdża i gotowe. Myślę, że idiom "płakać jak dziecko" należałoby odwrócić - to o dzieciach powinniśmy mówić: "Jezu, ten maluch płacze jak dorosły!".
Sesje z Evelyn były początkowo bardzo trudne. Kazała mi się rozebrać do (babcinych) majtek. Natychmiast za nie przeprosiłam. Potem przeprosiłam za tamte przeprosiny. Od tej chwili ignorowała każde moje kolejne "przepraszam" i zajęła się wpatrywaniem w moje stopy, a ja zaczęłam się wić, bo uważam, że są strasznie paskudne. Ludzie z Europy Zachodniej wyewoluowali, żeby uciekać przed niedźwiedziami i nie poślizgnąć się na lodowcu, a nie szpanować stopami. Poważnie, nie wiem, czy to przez moje wikińskie DNA, czy mleko matki z zawartością GMO, ale moje stopy wyglądają jak koszyk frytek. Co gorsza, kilka tygodni wcześniej zakochałam się w parze butów New Balance z paskami na rzepy, ale mieli tylko rozmiar 9,5, a ja noszę dziesiątkę, i to kiedy nie jestem opuchnięta. Nie powstrzymało mnie to jednak przed zakupieniem ich i noszeniem tak często, że któregoś wieczoru, kiedy byłam na scenie, paznokieć po prostu mi odpadł. Zamalowałam go lakierem, licząc, że nikt nie zauważy. Nieopatrznie wybrałam jednak kolor czerwony, przez co wyglądał jak wielka suszona żurawina.
Ułożyłam się na wyściełanym stole i Evelyn przystąpiła do torturowania mnie jednym palcem. Zazwyczaj jeśli ktoś robi ci coś jednym palcem, doznania są bardzo przyjemne, ale w tym przypadku ból był po prostu nie do zniesienia. Teraz wiem, dlaczego mówią, że lokalizacja to kluczowa kwestia.
Evelyn wbiła mi palec w biodro, łopatkę i obszar pomiędzy szczęką i uchem, ponieważ odkryła, że to tam trzymam swoje napięcie i stłumiony ból emocjonalny. Wyjaśniła, że nasze ciało reaguje na stres szybciej niż mózg, więc spina się, kiedy sytuacja przypomni mu o wcześniejszym urazie, a wtedy wysyła sygnał do mózgu. Ten wydziela hormony stresu - adrenalinę i kortyzol, co sprawia, że czujemy lęk. Evelyn zamierzała zneutralizować te obszary, tak aby ciało zatrzymało cykl reakcji i przestało dla każdej lekko nerwowej sytuacji przygotowywać scenariusz walki lub ucieczki. Na przykład kiedy jesteś w sklepie spożywczym i ktoś zostawia wózek na zakupy na środku alejki, przestajesz planować popełnienie morderstwa, które chodzi ci po głowie tylko dlatego, że jako dziecko pozostawiono cię samą w samochodzie. Dzięki takiej terapii przestaniecie wreszcie traktować każdego faceta, z którym się spotykacie, jak ojca, i każdą dziewczynę jak matkę, ponieważ niezależnie od popularności pornoli z MILF-ami nikomu nie jest z tym do twarzy.
Evelyn nauczyła mnie, że płacz może być zdrowy i powinien być częścią naszego codziennego życia, ponieważ nasze ciała magazynują sporo stłumionego bólu z przeszłości. Jakkolwiek głupio to brzmi, ze spotkań z nią wyniosłam wyrażenie "poczujesz rzeczy, to je wyleczysz". Kiedy tłumimy uczucia, one się kumulują i w końcu eksplodują w przypadkowych sytuacjach albo przybierają niezdrowe formy ekspresji, jak skłonność do uzależnień, autosabotaż czy ogólne sukinsyństwo. Kolejne powiedzenie, które ze mną zostało, brzmi: "histeria to historia". Oznacza to, że tłumienie uczuć jest złą inwestycją w przyszłość, ponieważ w końcu spowoduje to niewłaściwą, nieadekwatną do sytuacji reakcję. Jeśli nie będę płakać, gdy moje ciało i mózg mają na to ochotę, to za jakieś dwa lata, kiedy w formularzu w gabinecie lekarskim znajdę niewinne pytanie o status związku, odbiorę to jako atak na moją osobę i dostanę ataku wściekłości.
Dzisiaj płacz jest częścią mojej rutyny utrzymywania równowagi emocjonalnej. Wszyscy nosimy w sobie wiele smutku, a na świecie jest go tyle, że empatycznie przyjmujemy cały ten ciężar na siebie, ale nie mamy czasu zrzucać go codziennie ze swoich barków. Płacz jest dla mnie teraz jak wyciąganie starych włosów ze szczotki przed jej ponownym użyciem. Próbuję sprawić, by płacz był rutynową czynnością porządkową, taką jak odkurzanie, wyrzucanie śmieci czy masturbacja. Ale może nie płacz i nie masturbuj się jednocześnie, bo jeśli CIA naprawdę nas obserwuje przez kamerki w laptopach, to ten materiał filmowy może kiedyś poważnie zaszkodzić twoim ambicjom politycznym.