Rozdział pierwszy
Gwidoszowie mieszkali na parterze i w odróżnieniu od swoich sąsiadów
bardzo byli z tego zadowoleni. Rodzinnym zwyczajem było podawanie sobie
przez okno toreb z zakupami, bagaży po wakacyjnych wyjazdach, a przede
wszystkim dzieci. Oczywiście przy każdej takiej operacji należało
otworzyć kłódki zamykające kraty, co czyniło ją nieznośnie długą, a poza
tym towarzyszyły jej histeryczne okrzyki w rodzaju: "Kto ostatni widział
klucze?!". Ale co tam, Gwidoszowie uwielbiali zamieszanie.
Tata Gwidosz codziennie przez kuchenne okno podawał mamie gazetę, za co
niezmiennie otrzymywał dwie kanapki w szarej, papierowej torebce i owoc,
który zmieniał się w zależności od pory roku. Tata Gwidosz brał go bez
większych oporów, ponieważ mógł się go pozbyć, jeszcze zanim doszedł do
parkingu. Po drodze mijał Centrum Osteoporozy oraz pokracznego kundla o niebagatelnej kubaturze, który od lat bez przekonania pilnował
pobliskiej willi i zawsze miał apetyt na wszelką surowiznę. Psisko
kochało zatem nieznanego przechodnia za codzienną porcję życiodajnych
witamin, a tata Gwidosz kochał psa za jego apetyt na zdrową żywność,
której tata może nie tyle nienawidził, co miał lekki przesyt, a wyrzucić
po prostu nie miał moralnej odwagi.
Z dobrodziejstw parteru korzystały też zwierzęta. Gigantycznych
rozmiarów kot kastrat o imieniu Pies i pies - Łapa. Duet ten mógł
dosłownie godzinami wyglądać przez okno. Poza tym oba zwierzaki
przysparzały problemów z utrzymaniem chociażby pozorów porządku, co
stanowiło cudowny pretekst dla pani domu, aby unikać domowych robót,
które w tej rodzinie uważała za bezcelowe.
*
Joanna Maria Gwidosz należała do osób, które potrafią składać sobie
najdziwniejsze obietnice, ale niestety dotrzymują ich najwyżej przez dwa
tygodnie. Jednak odkąd jej najmłodsze, trzecie dziecko skończyło trzy
lata i zaczęło uczęszczać do przedszkola, Joanna podjęła postanowienie
narzucenia sobie i rodzinie zdrowego stylu życia. Siedziała więc teraz w kuchni na drewnianym (ekologicznym) taborecie i z wyszczerbionego
glinianego kubka popijała wodę mineralną. Oczywiście niegazowaną. Kubek
ten był dziełem jej najstarszej pociechy, Kuby. Przy każdej nadarzającej
się okazji prezentowała go gościom, znajomym i sąsiadom, nie wyłączając
listonosza, który od lat udawał szczere zainteresowanie tym wątpliwym
dziełem sztuki, bowiem doskonale wiedział, że jego zainteresowanie
sprawami klientów jest wprost proporcjonalne do napiwków, jakie dostaje
za roznoszenie rent, emerytur i zasiłków. Odkąd Joanna Gwidosz porzuciła
zdradziecki cholesterol na rzecz pełnych witamin owoców i warzyw, latem
dostawał w kubku Kuby wodę, a zimą cieniutką herbatę z rumianku. Dziś
jednak przyniósł list do Malwiny, córki Gwidoszów, i wymówił się od
picia w glinianym maszkaronie. Zostawił Joasię w kuchni samą,
przygnębioną brakiem towarzysza chętnego do wspólnego wypicia kilku
łyków mięty.
Była za cztery pierwsza. Do odebrania Maryni z przedszkola zostały
jeszcze dwie godziny. Zupa z porów była już gotowa. Przydałoby się
pozmywać, ale Joanna uznała, że na to, póki co, szkoda czasu. W tym domu
zmywało się dopiero po zabrudzeniu ostatniego z naczyń. Latami maskowała
się przed mężem i dziećmi, biorąc na siebie możliwie najwięcej
pozadomowych obowiązków (działalność w trójkach klasowych, opieka w czasie wycieczek i szkolnych imprez).
Sięgnęła po telefon i połączyła się ze swoją bratnią duszą.
- Cześć, Lenuś! Co robisz? Nie przeszkadzam ci?
Lena, przyjaciółka rodziny, robiła korekty i zawsze można ją było zastać
w domu. Jej mąż, dobrze zarabiający dyrektor handlowy, był tyranem i zazdrośnikiem. Jedynym zajęciem, na które pozwalał swojej żonie, były
domowe prace redakcyjne. Joasia miała zacięcie psychologiczne i z chęcią
ustaliłaby z przyjaciółką, jakież to traumatyczne przeżycia z wczesnego
dzieciństwa determinują tę chorobliwą zazdrość i chęć kontroli nad żoną
i córką. Lena jednak nie dawała jej takiej okazji. Nigdy.
- Kochanie, jak dobrze, że dzwonisz. Mam dziś fatalny dzień. -
Przyjaciółka przywitała Asię.
- A co się stało? Masz kłopoty? Jeśli chcesz, możemy o tym porozmawiać.
Asia nie mogła lepiej trafić. Na początku września rozpoczęła kurs dla
terapeutów. Wymyśliła sobie, że musi się dokształcić i spełnić swoje
odwieczne marzenie, więc Lena po prostu spadła jej z nieba.
- Kochanie, nie wiem, czy możesz mi pomóc. Nie wiem, czy w ogóle
chciałabym o tym rozmawiać.
To było dokładnie to, na co Joasia liczyła. Wypiła mały łyczek wody,
zniżyła głos i przystąpiła do fachowej rozmowy terapeutycznej. Tak sobie
przynajmniej myślała.
- Leno, znamy się wiele lat. - Nie wiedziała, bidula, że ten argument
raczej zamyka ludziom usta, niż otwiera. - I jesteśmy sobie bardzo
bliskie, więc możemy porozmawiać. Najgorsze, co możesz zrobić, to dusić
problem w sobie. Nie tłamś tego, pozwól sobie pomóc. Człowiek z zewnątrz
ma zawsze świeższe spojrzenie na problemy. Nie zamykaj się przede mną.
- No dobrze - bąknęła zniecierpliwiona Lena. - Przyjeżdża moja teściowa.
- Tak? I co?
- Nic, to jest właśnie ten problem. Chodzi o to, że trzeba wypucować
całe mieszkanie. No wiesz - podłogi, kafelki, okna. To straszna jędza, a ja mam chore korzonki i za diabła nie dam rady tego zrobić. Szukałam
przez ogłoszenia, ale wiesz, ile kosztuje umycie jednego okna? No,
strzelaj!
Joasia nie dość, że nie chciała strzelać, to była tak rozgoryczona
błahością problemu, że zapragnęła jak najszybciej zakończyć tę żenującą
rozmowę. Tym bardziej że usłyszała zgrzyt klucza w zamku.
Najstarszy i jedyny syn Gwidoszów był, zdaniem matki, najbardziej
kłopotliwym z domowników. Jeśli odpowiednio szybko nie podsunie mu
talerza ze zdrową zupą porową, gotów wygrzebać z lodówki parówki (czysty
cholesterol) albo nawet frytki.
- A więc szukasz kogoś do sprzątania - rozczarowana Asia próbowała
kulturalnie podtrzymać rozmowę.
- Kto dzwoni? - Kuba zainteresował się tylko po to, aby zrobić mamie
przyjemność, że interesuje się życiem rodziny.
- Ciocia Lena - wyszeptała Joasia, zakrywając słuchawkę ręką. - Kochana,
może ci kogoś znajdę. A ile chcesz za to zapłacić i co to ma dokładnie
być? Aha, pięćset złotych. I co? Wszystkie okna, podłogi, jakieś pranie,
prasowanie? Dobra. Jak tylko ktoś...
- Mamo, mamo! Ciocia szuka kogoś do sprzątania? - Kuba się
rozgorączkował.
- Tak, weź sobie zupę - odparła niestrudzona propagatorka zdrowej
żywności. - Tak, wiem, że to sprawa na wczoraj. A co u Adusi? -
zapytała, żeby zyskać na czasie i dopilnować, co bierze Kuba.
- Mamo, błagam cię, powiedz cioci, że już kogoś znalazłaś. Potrzebuję
kasy. Bardzo potrzebuję, a mogę to spokojnie zrobić.
Asia popukała się znacząco w czoło, po czym jednym wprawnym ruchem nogi
(trzydzieści minut gimnastyki każdego dnia to podstawa dobrego
samopoczucia) otworzyła na oścież drzwi do pokoju Kuby.
Pokój był malutki, najmniejszy w całym mieszkaniu. Pięć metrów
kwadratowych. Znajdował się w stanie wskazującym na aktywne użytkowanie
przez osobnika płci męskiej (brudne skarpetki walały się dosłownie
wszędzie) w wieku szkolnym (czasopisma, zeszyty, podręczniki) o zainteresowaniach muzycznych (stosiki płyt kompaktowych, głównie z muzyką Mozarta i Chopina). Wszystko to tworzyło na mikroskopijnym
parapecie malownicze góry, mając za tło coś, co było oknem, zanim szyb
nie pokryła centymetrowa warstwa brudu.
Jednak Kuba był zdesperowany.
- Mamuś, maminko, proszę. Ja sobie świetnie poradzę, zacznę od swojego
pokoju, zgoda? Mamik!
- Tak? Oj, co ty powiesz?! - nieudolnie podtrzymywała rozmowę Asia, ale
i do niej powoli docierała kwota, jaką przyjaciółka pragnie uiścić za
coś tak prostego jak sprzątanie. - Wiesz, Lenuś, może ja bym u ciebie
posprzątała? U nas teraz krucho z finansami. Zanim Mariusz zacznie
przynosić pieniądze, zanim się rozkręci, to jest świetna propozycja. -
Mówiąc to, patrzyła w oczy syna, w których z każdą chwilą coraz
wyraźniej widać było żądzę krwawej zemsty za kradzież genialnego
pomysłu. - Ty musisz się uczyć. Matura, zapomniałeś? - wyszeptała
konfidencjonalnie, zakrywając dłonią mikrofon w słuchawce.
Kuba sięgnął po broń ostateczną.
- Matura jest za dziewięć miesięcy. Jak sam nie zarobię, ty będziesz
musiała mi dać.
Trafił w dziesiątkę. Jego rodzice wiedzieli, że nie jest rozrzutny, i jeśli mówi o pieniądzach, to rzeczywiście ich potrzebuje.
- Narobiłeś głupstw? - wyszeptała Asia dramatycznie, bo była typową
matką, która słysząc o większych potrzebach finansowych syna, wyobraża
sobie zaraz co najmniej trzy jego koleżanki z klasy w zaawansowanej
ciąży, a jego w charakterze pozwanego w sprawie o ustalenie ojcostwa.
- Mamo!
- Kochana, wiesz, to dla mnie dość niezręczna sytuacja, tyle lat się
znamy... - Mimo bolących korzonków Lena nie chciała się zgodzić, aby
przyjaciółka cokolwiek porządkowała w jej domu. Znała mały sekrecik Asi
dotyczący wrodzonej awersji do prac domowych. Wyłowiła więc jednym
uchem, że Kuba wrócił ze szkoły, i postanowiła zepchnąć rozmowę na
dyżurny temat, jakim była jego matura.
- Lena, słuchaj, tak mi przyszło do głowy, że może Kuba by u ciebie
posprzątał. Wiesz, młodym teraz bardzo potrzebne są pieniądze na... na
kursy języków obcych - zmyśliła na poczekaniu.
Zobaczyła, jak jej syn wybałusza oczy ze zdziwienia. Chciał bowiem przy
kolacji oznajmić rodzinie, że zakwalifikował się na najwyższy semestr w szkole języków obcych i zamierza sam zebrać fundusze na kształcenie.
Mama kompletnie go zaskoczyła i jednocześnie przyczyniła się do podjęcia
twardego postanowienia, że już nigdy, przenigdy, nie będzie jej
okłamywać, bo jakimś cudem ona umie to wykryć.
- Halo, ciocia? Dzień dobry. - Przejął słuchawkę. - Słyszałem, że ciocia
potrzebuje kogoś do sprzątania? Ja bardzo chętnie, tylko kiedy to
miałoby być?
Szybko ustalili termin. Każdemu z nich zależało na sfinalizowaniu
sprawy, bo Lena bała się panicznie, że Asia postanowi zająć się jej
domem, a Kuba oczyma wyobraźni widział siebie, jak z discmanem na
uszach, popijając colę z cytryną, przechadza się z nowoczesnym
odkurzaczem po wielkim i pięknym mieszkaniu ciotki. Na wyobraźnię
podziałał mu czytany ostatnio artykuł pt. Sprzątający diabeł (o pięknych młodzieńcach, którzy sprzątając mieszkanie jedynie w slipkach,
pozwalają starszym paniom napawać oczy widokiem swoich boskich ciał).
Umówili się na weekend. Ciotka z mężem akurat jechali na niedzielę do
matki Leny niedaleko Urli pod Warszawą.
Kuba, uskrzydlony i radosny, nie protestował nawet przeciwko zupie
maminego autorstwa i był gotowy do wysłuchania dobrze mu znanej
rodzicielskiej pogadanki pod tytułem: "Dojrzałość fizyczna nie oznacza
dojrzałości psychicznej" oraz: "Chyba nie chcesz zmarnować sobie życia,
pochopnie wiążąc się dzieckiem". Kuba lubił te przemowy, bo słuchając
ich, zaczynał czuć się o wiele lepiej. Przynajmniej jego matka widziała
w nim zagrożenie dla cnoty niezliczonych panien. Zajadał
wysokozmineralizowaną zupę z porów i delektował się swoimi myślami.
Wyobrażał sobie siebie jako czołowego uwodziciela kraju, no,
przynajmniej szkoły, i uśmiechając się do tej wizji, przytakiwał matce.
*
Mieszkanie Gwidoszów składało się z trzech pokoi. Największy zajmowali
rodzice i ich najmłodsze dziecko - pięcioletnia Marynia. Średni pokój
należał do Malwiny. Był jedynym miejscem, gdzie czasem robiono generalne
porządki. Wszędzie stały w nim wazony z trzeciej świeżości kwiatami,
które gospodyni kochała. Jedna ze ścian pokryta była sosnowymi półkami
wypełnionymi książkami. Tematyka tej domowej biblioteki była
najdziwniejsza: od Encyklopedii Muzyki przez Zbigniewa Herberta na
przewodnikach po Europie kończąc. Na ścianach wisiały różnej wielkości
antyramy, a w nich fotografie Malwiny i kilka prac jej siostrzyczki. Na
jednej z nich Marynia przedstawiła rodzinę jako świetliste aniołki z pięknymi aureolami i tylko mamę, stojącą z boku, w roli diabła o potężnych rogach, z widłami w ogromnej czerwonej łapie. Rysunek ów
powstał zaraz po awanturze na temat konieczności jedzenia kaszy manny
przez czterolatka. Malwinę bardzo cieszyło, ilekroć mogła cioci lub
babci przypomnieć, jaka jest genealogia tego obrazka, i pośmiać się
trochę z zażenowanej terapeutki. Kiedy Malwina była w szkole, jej pokój
okupowały zwierzaki. Przeżywały okres prosperity. Po pierwsze, bardzo
pasowały do maminej koncepcji rodziny pełnej, bogatej duchowo i oczywiście posiadającej zwierzaki (kontakt ze zwierzętami wspomaga
proces wychowania). Po drugie, ostatnie badania ujawniły ostatecznie, że
żadne z nich nie jest przyczyną alergii Maryni. Jak się okazało,
wszystkiemu winna była nieposkromiona mania do produkowania gipsowych
figurek ze specjalnych gumowych foremek. Gips stiukowy zniknął więc z domu, a zwierzęta zostały.
Kot o imieniu Pies byłby zapewne czarnym jak smoła persem, gdyby na
ścieżkach życia jego matki nie stanął dachowiec w ryżo-bure łaty. Pies
nosił więc na futrze romantyczną mieszankę czerni i rozmaitych prążków,
które czyniły go klasycznym kocim kundlem. Łapa miał zapewne być
bokserem, ale i jego matka uległa naturze, więc przypominał raczej
labradora z cechami wyżła. Po matce bokserce została mu jednak sierść. U Gwidoszów tylko tak pokraczne stworzenia miały szansę na doświadczenie
prawdziwej miłości (z prezentami na Gwiazdkę włącznie). Ta rodzina miała
bowiem serca otwarte na rozmaite indywidua, które przyciągała jak
lodówka magnesy.
Pół roku temu Gwidoszowie pojechali do schroniska na Paluchu, żeby kupić
pieska. Nie mieli jeszcze wtedy samochodu, a Marysię zostawili z babcią,
bojąc się, że rozdzierający widok tylu bezpańskich zwierząt byłby dla
niej za dużą przykrością. Przez całą drogę kłócili się zajadle, jaki to
ma być pies. I chociaż koncepcje co do wzrostu, maści i długości sierści
mieli zgoła odmienne, w jednym byli zgodni - to musi być pies piękny.
Wrócili z najbardziej szkaradnym stworzeniem gatunku pies domowy, bo
natychmiast zrozumieli, że jest tak brzydki, że jeśli nie oni, to nikt
go nie przygarnie. Mama miała nawet pomysł, żeby kupić dwa stworzenia,
ale wobec braku uzasadniających go racjonalnych argumentów jej projekt
padł. Wrócili do domu z Łapą. Kiedy po jakimś czasie przez okno w kuchni
wlazł im idealnie pasujący wyglądem do Łapy kociaczek, Marynia bez
wahania uznała:
- O, mamy drugiego pieska.
I tak już zostało.
*
Malwina była zupełnie atrakcyjną dziewczyną, uderzająco podobną i do
mamy, i do Maryni, do czego przyczyniały się przede wszystkim oczy.
Piękne, błękitne tęczówki, zawsze roziskrzone białka, a na dodatek
wszystko okolone długimi, czarnymi rzęsami i mocno zarysowanymi brwiami.
Przy jej jasnych włosach był to kontrast bardzo udany. Lubiła pokazywać
się w towarzystwie mamy i siostry i słyszeć ciągłe uwagi, jakie to są
podobne. Dziwna rzecz: o ile o siostrze i mamie sądziła, że są całkiem,
całkiem, sobie jakoś szczędziła pochwał. A mówiąc wprost - uważała się
za mało udany egzemplarz. Miała kłopoty z cerą, które maskowała,
nadużywając fluidu swojej mamy. Ubierała się zgodnie z modą początku
wieku, kompletnie nietwarzową dla młodych dziewcząt. Do tego obwieszała
się masą wisiorków, mając złudną nadzieję, że odwróci to uwagę od jej
twarzy. Dręczyła się właśnie lekturą, którą nieroztropnie podsunęła jej
mama, a mianowicie Zapałką na zakręcie Krystyny Siesickiej. Bohaterka
opowiadania była śliczna jak anioł i, mimo takiego sobie charakteru,
chłopcy uganiali się za nią tabunami. Mama oczywiście uważała, że
lektura, na której ona sama się wychowała, będzie również stosowna dla
córki. Niestety, zapomniała o akceleracji, czyli wcześniejszym
dojrzewaniu kolejnych pokoleń. Powinna raczej podsunąć Malwince
Jednoroczną wdowę Irvinga, którą zresztą po kryjomu czytał właśnie
Kuba, znajdując tam bardzo dla siebie interesujące fragmenty.
*
Malwina dojechała do domu autobusem 506 akurat w chwili, gdy rodzice z ołówkiem w ręku planowali domowy budżet na najbliższe dni. To znaczy do
pierwszego.
- Muszę zacząć jakoś inaczej mówić o polisach. Wiesz, próbuję najpierw
konkretnie. Chyba zacznę się rzeczywiście nagrywać, to podobno daje
rewelacyjne rezultaty. Co jest dziś na obiad? Byłem u Gołębiewskich,
chcą ubezpieczyć syna. Fajni ludzie. Ona robi znakomitą szarlotkę. A co
u ciebie, Maleńka? - Tato chciał jakoś zatuszować swój błąd z szarlotką.
- No - mruknęła zachęcająco Joasia. Wyjęła z lodówki dwa półlitrowe
jogurty, po czym na tym samym oddechu zaczęła: - Lena da Kubie pięćset
złotych za posprzątanie mieszania.
- Pięćset złotych?! Mowy nie ma. Nigdy się na to nie zgodzę!
- Na co się nie zgodzisz?
- Może oni by się wreszcie ubezpieczyli? - Ojciec próbował odnaleźć
tożsamość w nowym zawodzie.
- Cześć, rodzino! - zagadnęła wesoło Malwina. - Co na obiad?
- Zupa z porów, specjalnie dodałam majeranek, tak jak lubisz -
podlizywała się mama.
- Wracając do tematu: córeńko, prosiłem cię, abyś staranniej domywała
talerze. No, popatrz, na tym są resztki wczorajszych gołąbków. - Ojciec
się irytował.
- Tatku, to ty wczoraj zmywałeś - słodko odparła "córeńka" i na wszelki
wypadek przytuliła się do ojcowego policzka.
- No, no, bez podlizywania. A w ogóle to mnie nie przytulaj, bo jeszcze
pójdę siedzieć za molestowanie seksualne.
- No, wiecie co! - mama oburzyła się nie na żarty. - Wam to nie warto
nic powiedzieć. Czy do was naprawdę nie dociera, jaki to poważny
problem? Niedoczekanie wasze, żebym wam jeszcze kiedyś zdradziła, o czym
rozmawiamy na kursie. Też temat do żartów! - wściekała się, mieszając
pokrojone śliwki węgierki i poszatkowane pory ze złociutką oliwą z oliwek.
- Tak, masz rację, Asieńko. Tyle, że to mnie się nieustannie molestuje.
I to, niestety, tylko finansowo.
*
Marysia była przeraźliwie chudym i bardzo rozpieszczonym stworzeniem,
które beztrosko wykorzystywało wszystkich wokoło, czerpiąc, ile się da,
z przywileju bycia najmłodszą. Mówi się, że jedynacy to najwięksi
egocentrycy. Nie wierzcie w to - będąc najmłodszym dzieckiem w wieloosobowej rodzinie, można dodatkowo wykorzystywać starsze
rodzeństwo. Marynia miała nietuzinkowe, jak na pięciolatka, spojrzenie
na świat. Dominował w nim pogląd, iż nie warto tracić czasu na
telewizję, za to warto na rozmowy z dorosłymi, bo zawsze można od nich
wyciągnąć coś ciekawego. Lubiła też ogrywać, kogo się da, w karty
(preferowała nieskomplikowaną wojnę).
Miała jednakże pewną drogocenną cechę - była wrażliwa na sztukę. Tego
wtorkowego wieczora, spowita w maminą białą haleczkę i resztki dawnej
firanki, z pasją ćwiczyła partię czterech łabędzi z Czajkowskiego.
Dzieło to wprowadził do jej świadomości tato meloman. Marynia trenowała
już ten fragment ze wszystkimi członkami rodziny, ale nikt nie sprostał
jej wymaganiom.
Ani Kuba, ani Malwina nie rozumieli, dlaczego ich koledzy unikają
kontaktów z młodszym rodzeństwem. Oni oboje niemalże wyrywali sobie
siostrę. Oczywiście tylko wtedy, gdy mieli na to ochotę. Na dłuższą metę
Marynia była, jak każdy pięciolatek, nie do strawienia.
W zeszłym roku na obozie żeglarskim Kuba poznał "fantastyczną panienkę".
Teraz, z perspektywy roku, rozumiał już, że dopadł go klasyczny Syndrom
Instruktora Narciarskiego. Spędzając upojne chwile ze starszą od siebie
o dwa lata Panią Instruktor, nie zaprzątał sobie głowy myślami, jak też
ta eteryczna i uduchowiona istota będzie się prezentowała u jego boku w Warszawie, a nade wszystko w jego wypełnionym przez ludzi, książki i zwierzęta mieszkaniu. Bardzo szybko okazało się, że uduchowienie było
zwykłym brakiem poczucia humoru, a eteryczność była bardzo męcząca -
szczególnie gdy randka wypadła Kubie w tym samym terminie, co pomoc
babci w przesuwaniu mebli. Pani Instruktor była dziwnie kanciasta, jeśli
nie spacerowała brzegiem jeziora przy świetle księżyca. Kuba zrozumiał
to natychmiast po przyjeździe do domu. Ona jednak nie. Kuba - młodzian
dobrze wychowany, który usłyszał z ust rodziców niejedną pogadankę na
temat: "Wrażliwość uczuć młodych dziewcząt" - nie umiał jej tak po
prostu spławić. Wypożyczył więc Marysię i udał się na randkę. Biedna
Pani Instruktor po trzydziestu minutach pożegnała się czym prędzej i nerwowo czyszcząc sobie liczne plamy po Marysinych jagodziankach, nie
pojawiła się w życiu Kuby już więcej. Marysia okazała się więc
pożytecznym stworzeniem domowym, tyle że rozpieszczonym do granic
wytrzymałości, jak to zwykle bywa w rodzinach nauczycieli, psychologów i innych naprawiaczy świata.
Obecnie w sercu Kuby była pustka. Mówiąc uczciwie, adorował kilka
różnych dziewczyn jednocześnie, ale wszystkie bez przekonania - ot, żeby
nie wyjść z wprawy.
Rozdział drugi
Malwina miała dzisiaj aż siedem lekcji. Zaczęła właśnie naukę w nowej
szkole, ogólniaku im. J. Dąbrowskiego. Znajdował się on u zbiegu Nowego
Światu i Świętokrzyskiej. Do egzaminów przygotowywała się pilnie.
Wiedziała, że rodziców absolutnie nie stać na korepetycje. Dużo czytała,
co pozwoliło jej błysnąć w szkole na polskim do tego stopnia, że nie
tylko na koniec roku dostała bez problemu piątkę, ale, co lepsze,
pokochała szkolne lektury. Wiedziała doskonale, że wśród jej rówieśników
to mało popularne hobby i nie chwaliła się, że przez dwa wakacyjne
miesiące nie tylko odświeżyła sobie wszystkie książki Musierowiczowej
(11 części), ale również z zapartym tchem pochłonęła Noce i dnie
Dąbrowskiej. Właśnie przymierzała się do Chłopów Reymonta, ale
zaskoczył ją rok szkolny i porzuciła Chłopów dla Mitologii
Parandowskiego. Malwina była w klasie biologiczno-chemicznej. Teraz
trochę żałowała, że to jednak nie humana, ale już po pierwszym tygodniu
w szkole przekonała się, że biol-chem też da się przeżyć.
Ostatnia była właśnie chemia. Chemica, zażywna czterdziestolatka,
wróciła do szkoły po czteroletnim pobycie z mężem w Japonii, gdzie z oczywistych powodów nie uczyła w szkole i teraz wszystkie nagromadzone
pomysły i całą pedagogiczną energię ukierunkowała na swoją klasę. Miała
dziś pytać.
Malwina siedziała z niepozornym blondynkiem, który dopiero na drugim
roku studiów miał osiągnąć rozmiary męskie i dojrzeć psychicznie.
Michałek był maniakiem komputerowym, o czym poinformował Malwinę już na
pierwszej wspólnej lekcji. Chemii nie lubił. Po prostu nigdy nie zadał
sobie trudu, aby dowiedzieć się z tego przedmiotu czegokolwiek. Malwina
przeciwnie - nie była orłem, ale nie ciągnęła się też w klasowym ogonie.
Chemica zaczęła niewinnie.
- Zawilski, proszę. - Wybrała oryginalnie, jak jej się zdawało, pytając
ostatniego z listy. - Co to jest mol? - Chciała nieszczęśnika zachęcić.
Nie mogła wiedzieć, że Tomasz Zawilski znalazł się w tej klasie tylko
dlatego, że nie starczyło mu punktów, by dostać się do humanistycznej.
Nie zaprzątał swego subtelnego, artystycznego umysłu definicją mola, a już na pewno nie w chwili, gdy pod ławką kończył właśnie, po raz trzeci
czy czwarty w życiu, Pana Tadeusza. Za to natychmiast przyszła mu do
głowy fraszka:
Mól to znawca mód wszelakich.
Zna on czapki, swetry, fraki;
Mody lekko nie traktuje -
On się modą delektuje!
Szybko zapisał, żeby nie zapomnieć. Przeczytał jeszcze raz. Hm, trochę
podobne do fraszki Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Ale co z tego? Zanim
się odnajdzie własny styl, trzeba się na kimś oprzeć. Tak jest z każdym
poetą; czytał o tym dziesiątki razy, a on właśnie miał zamiar zostać
poetą.
Chemica, zdezorientowana niespodziewaną reakcją ucznia, zagadnęła o nazwisko szatynkę w poszarpanym swetrze.
- Wojda, pani profesor.
Chemica zbladła. Wyrywa do odpowiedzi dziecko, którego matka od początku
roku była u niej już czterokrotnie. Uznała bowiem, że wychowawczyni musi
wiedzieć, iż ona właśnie rozwodzi się z mężem i jej córka bardzo to
przeżywa.
Poczciwa nauczycielka lekko się zaczerwieniła, po czym nabrała powietrza
w płuca i wypuściła je z lekkim świstem, którego, jak jej się wydawało,
nikt nie słyszał.
- Ty, dziecko, chyba jesteś teraz zbyt skołowana, żeby odpowiadać.
Beata Wojda skwapliwie usiadła, a że nie wiedziała o czterech wizytach
swojej mamy, solennie sobie postanowiła, że już nigdy przed chemią nie
będzie palić w damskiej toalecie, bo chemica musi mieć doskonały węch.
Malwina pomyślała, że niebezpieczeństwo nagłego wyrwania do odpowiedzi
zostało zażegnane, gdyż ambitna siła pedagogiczna odpłynęła w dalekie od
niej rejony listy.
- Przepraszam, pani profesor, czy mogę na chwilę wyjść do toalety? -
Blondyn koło Malwiny najwyraźniej chciał się przewietrzyć.
- Oczywiście - odparła nierozsądnie chemica.
Blondynek, Michał Biernat, zszedł piętro niżej do aparatu
telefonicznego. Wygrzebał z tylnej kieszeni spodni żeton i wybrał numer
pokoju nauczycielskiego.
- Dzień dobry, czy mogę rozmawiać z Jolantą Daab?
- Niestety, ma akurat lekcję, może coś przekazać? - Wicedyrektorka
wykazała się aktywnością.
- Proszę pani, bardzo przepraszam, że przeszkadzam, ale muszę
natychmiast porozumieć się z ciocią w bardzo ważnej sprawie rodzinnej.
Zaczekam przy telefonie.
Wicedyrektorka popędziła do klasy, ale zanim wdrapała się na piętro,
Michał już spokojnie zajął miejsce wśród przerażonych pogromem kolegów.
Nie zdziwił się jakoś wcale, gdy po niecałej minucie zastukano do drzwi
i wicedyrektorka nerwowym głosem powiadomiła panią Daab, iż musi
niezwłocznie biec do telefonu, bo dzwoni ktoś z rodziny. Chemiczka
wypadła z pracowni gnana najgorszymi przeczuciami, a kiedy w słuchawce
usłyszała jedynie pustkę, jej wyobraźnia była już tak rozbudzona
(dziecko w płomieniach lub mąż utopiony w wannie), iż zamiast wrócić do
klasy i z finezją Sherlocka Holmesa wykryć sprawcę, zaczęła nerwowo
obdzwaniać całą rodzinę (tym samym tracąc, co najmniej do następnej
lekcji, zainteresowanie swymi podopiecznymi).
Malwina spojrzała na swojego kolegę. Teraz już nie wydawał jej się
bezbarwnym, tuzinkowym blondynkiem. I chyba pierwszy raz w życiu
zrozumiała, co to są mieszane uczucia.
*
Żebyś nie wiem jak dobrze się uczył, nowa szkoła zawsze jest stresem -
większym lub mniejszym. W przypadku Malwiny była większym. Broniła się,
jak mogła, żeby, broń Boże, nie chodzić do tego samego liceum co Kuba i kiedy dostała się do Dąbrowskiego, czuła, że wyrastają jej skrzydła u ramion.
Już pierwszego września zrozumiała, że to, co dla dwustu świeżo
przyjętych pierwszaków było radością w momencie ogłoszenia wyników,
teraz staje się zwykłym, codziennym koszmarem z rzadka łagodzonym
chorobą własną lub nauczycieli. Nauczyciele jednak zawsze podejrzanie
mało chorują. Mają jakieś tajne, zawodowe szczepionki, czy co?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki