5
- Ostatnio było nam ciężko - zaczyna. Otwieram usta, żeby coś
powiedzieć, ale podnosi rękę. - Naprawdę ciężko. Głównie Marcusowi, jemu
najbardziej. Ale wiem, że nie spotykałam się z tobą tak często, jak
powinnam. Przepraszam.
Szybko mrugam. Myślałam, że chodzi o mnie, o to, że każdą wolną chwilę
poświęcałam Garethowi. Najwyraźniej nie.
- Pamiętasz, jak kilka miesięcy temu miałyśmy gdzieś pójść i dałam ci
odpór?
- Kiedy powiedziałaś, że nie dasz się wyciągnąć na kielicha, bo rano
masz spotkanie i w przeciwieństwie do mnie nie zamierzasz pokazywać się
w pracy na kacu?
Uśmiecha się, jakbym żartowała, przypominając jej te słowa. A ja wcale
nie żartuję. Próbowałam puścić je w niepamięć, ale bardzo mnie ubodły,
głęboko uraziły, utrwaliły poczucie niedoskonałości dziewczyny, kobiety,
która nigdy nie dorosła. Mrużę oczy.
- Przepraszam - powtarza, dobrze odczytując moją minę. - Nie chciałam
cię oceniać. Pomyślałam, że jeśli cię wkurzę, nie będziesz o nic pytała.
Nie chodziło o kaca. Źle się czułam. Upadłam i miałam atak.
- Atak?
- Napad. Ocknęłam się na podłodze, posiniaczona, z pękającą z bólu
głową.
- Przecież ty nie masz ataków. Nigdy nie mówiłaś, że masz. Nigdy.
- Właśnie. Początkowo myślałam, że to przez lekarstwa. Brałam wtedy
sterydy na zapalenie ucha. I pomyślałam, że to dlatego. Przez sterydy
albo samo zapalenie, labyrinthitis czy coś tam. - Dolewa sobie wina.
- Nic nie mówiłaś. Mogłaś powiedzieć, że jesteś chora.
- Nie chciałam robić zamieszania. Zwłaszcza po tym ataku. Poza tym mniej
więcej miesiąc temu miałam drugi. Do tego cały czas bolała mnie głowa.
Czułam, że coś jest nie tak i poszłam do lekarza, a właściwie lekarki.
Myślałam, że każe mi się porządnie wysypiać i odstawić kawę. Ale ona
potraktowała to poważnie. Bardzo poważnie.
Jem frytkę za frytką. Wpycham do ust jedną, połykam, prawie nie żując, i wpycham następną, ale zaczynam tracić apatyt. Nie podoba mi się to, co
mówi Tess. Narastający strach ściska gardło. Frytki zmieniają się w twardą gulę, która utyka w przełyku, i z trudem ją przełykam.
- Co to znaczy "poważnie"? - pytam z trudem.
- Tak poważnie, że skierowano mnie na skan do szpitala.
Znów szybko mrugam. Na skan?
- Na jaki skan? To na pewno nic poważnego, jesteś o wiele za młoda.
Nachyla się i bierze mnie za rękę. Cała złość momentalnie mija. Moja
Tess, szkolna przyjaciółka i powiernica, mówi coś, czego nie rozumiem i czego nie chcę zrozumieć. Ogarnia mnie coraz większy lęk, poczucie, że
nasze życie nieodwracalnie się zmieni i nie chcę wiedzieć nic więcej.
- Moim zdaniem to przesada - dodaję. - Ból głowy? Omdlenie? Nie jesteś
epileptyczką, po prostu masz uczulenie na sterydy, sterydy są straszne.
Ktoś od nas je brał i mówił, że to był prawdziwy koszmar, okropne skutki
uboczne... - Nie mogę się zamknąć, słowa bezładnie płyną mi z ust. Wmawiam
sobie, że niebezpieczeństwo zaraz minie, a strach zniknie.
- Sylvie... - W jej głosie jest tyle ciepła i życzliwości, że urywam,
patrzę na nią i uciekam wzrokiem. W kącikach moich oczu zbierają się
łzy; wycieram je z nagłym gniewem.
- Kurwa mać, powiedz wreszcie, co ci jest!
- W piątek miałam rezonans. To guz.
- Guz? Gdzie? Jaki?
- Jeszcze nie wiadomo. Ale tak, mam guz mózgu.
Co można powiedzieć w tej sytuacji? Po prostu patrzę na Tess i ściskam
jej rękę tak kurczowo, jakbym nie chciała spaść w przepaść, która się
przede mną rozwarła.
- - -
Mijają sekundy, mijają minuty. Chcąc się otrząsnąć, wypijam łyk wina, a potem drugi. Powinnam o coś spytać, powiedzieć, że mi przykro, ale nie
mogę. Szumi mi w uszach, mam wrażenie, że wszystko się zapada, obraca w pył. Wiem, że Tess jest tylko przyjaciółką, nie należy do rodziny, mimo
to jest też częścią mnie. Jest kimś więcej niż członkiem rodziny, bo ja
wybrałam ją, a ona mnie. Miałyśmy się razem zestarzeć, chodzić w fioletach. Denerwować nasze dzieci.
Uprzedzam fakty. Powiedziała, że ma guz. Są guzy i guzy. Nie wszystkie
są złośliwe. Ten nie musi jej zabić. Podnoszę wzrok.
- Jest mnóstwo terapii, lekarze potrafią zdziałać cuda. Wyleczą cię,
prawda? - Chcę ją pocieszyć, lecz z tych słów bije rozpacz. Moje
zapewnienia są tak naprawdę pytaniami, przeraźliwym krzykiem, rozkazem,
żeby nachyliła się ku mnie i powiedziała, że wszystko będzie dobrze.
A ona uśmiecha się krzywo. Nigdy nie widziałam, żeby tak się uśmiechała.
- Jest za wcześnie - mówi. - Na razie wiedzą tylko, że guz tam jest.
Muszą przeprowadzić dodatkowe badania i dopiero wtedy się okaże, co z tym można zrobić. Jaką zastosować terapię. Jeśli w ogóle.
Ostatnie słowa wypowiada tak cicho, że prawie ich nie słyszę, bo toną w gwarze rozmów przy sąsiednich stolikach, w brzęku kieliszków i sztućców.
Rozglądam się wściekła na siedzących obok ludzi, którzy jedzą i piją,
jakby nie rozpadał się właśnie cały świat. Mam ochotę wrzeszczeć, kazać
im wypieprzać z pubu, żebym mogła lepiej ją słyszeć, wychwycić każdy jej
oddech.
- Kiedy zrobią te badania? - Nie dopuszczam do siebie myśli, że żadna
terapia nie pomoże. Nie zamierzam się do tego odnosić.
- Już wkrótce. W przyszłym tygodniu. Śpieszą się. Teraz najważniejszy
jest czas. - Tess się śmieje, lecz jej śmiech mrozi krew w żyłach.
- Co na to Marcus? Musi być załamany.
Nie odpowiada od razu. Upija łyk wina. W końcu mówi:
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1
- Wygrałaś!
- Wygrałam - mówię, powstrzymując uśmiech. W drzwiach stoi rodzina
ofiary i nie chcę jej denerwować.
Matka mojego klienta powinna być zachwycona, że wyrok zmniejszono z dwunastu do ośmiu lat, ale sądząc po mrocznych spojrzeniach i po tym,
jak do siebie mamroczą, jego bliscy nie są zadowoleni.
- Nie wiem, jak pani może spokojnie spać - mówi jakiś mężczyzna,
przeciskając się w ich stronę.
Owijam się szczelniej togą i pochylam głowę, żeby peruka zasłoniła oczy.
- Nie zwracaj na niego uwagi - szepcze Jonah, mój pomocnik i doradca. W przeciwieństwie do mnie nie powstrzymuje uśmiechu. Jest wniebowzięty. -
Wspaniały rezultat.
- Uzyskaliśmy to, czego chcieliśmy. Już wychodzimy, tylko się przebiorę.
Jonah przenosi wzrok na rodziców naszego klienta.
- Mają państwo ochotę na drinka?
Ja przytakuję, a oni dziękują.
- To był ciężki dzień - wzdycha ojciec. - Jesteśmy pani bardzo
wdzięczni. Wiemy, że syn spędzi w więzieniu wiele lat, ale teraz
przynajmniej widać koniec wyroku.
- Odprowadzę państwa - proponuje Jonah i zerka na mnie. - Daly's?
Kiwam głową, okrążam wrogo nastawioną grupkę, wchodzę do szatni, szybko
się przebieram, składam togę i wpycham ją do czerwonej torby wraz z peruką i dokumentami. Zazwyczaj chodzę z torbą na kółkach, ale nie
dzisiaj. W sądzie apelacyjnym występuję tak rzadko, że postanowiłam to
uczcić, zabierając tę, którą po procesie o uprowadzenie dostałam w nagrodę od mojego pierwszego opiekuna i mentora, radcy królewskiego,
najlepszego adwokata w zespole.
Ucieszyłby się z dzisiejszego wyroku. Ja też się cieszę. Wszystko poszło
tak, jak chciałam. A nawet lepiej.
- Gratulacje, Sylvie! - woła oskarżyciel. Jestem już w drzwiach, ale
zawracam do holu. - Znakomicie pani to rozegrała. - Przyglądam mu się
uważnie, sprawdzając, czy nie mówi tego z wyższością. - Słyszałem o pani
wiele dobrego. Okazuje się, że to wszystko prawda.
- Dziękuję - odpowiadam z szacunkiem. Może i słyszę w jego głosie
protekcjonalną nutę, ale bądźmy sprawiedliwi, jest dziesięć lat starszy
ode mnie. No i jest radcą królewskim z bezpośrednim dojściem do Sądowej
Komisji do spraw Nominacji, więc jeśli mnie chwali, nie zamierzam tego
spieprzyć. - To była interesująca sprawa.
- Bardzo. Zawsze powtarzam, że pedofilów trzeba zamknąć w lochu i wyrzucić klucz, ale przedstawiła pani przekonujące argumenty. - Nachyla
się ku mnie z bardziej przyjazną miną. - Podobno zabiega pani o aplikację sędziowską. Z tego co dzisiaj widziałem, ma pani bardzo duże
szanse. - Klepie mnie po ramieniu i odchodzi.
Z podekscytowania serce wali mi jak młotem. Jestem krok bliżej Świętego
Graala, czerwonej szarfy i fioletowej togi sędzi sądu koronnego.
- - -
Jonah zdobył stolik i kupił butelkę wina. Nalewa mi kieliszek, kiedy
podchodzę.
- Byłaś świetna - rzuca. - Jedli ci z ręki.
- Nie mówi się tak o sędziach sądu apelacyjnego. Ale tak, byli bardzo
otwarci.
Trącamy się kieliszkami.
- Moim zdaniem przeważyła argumentacja wstępna. Znakomicie ją
przedstawiłaś. Jestem pod wrażeniem.
Upijam łyk wina, dobrze wiedząc, że to nie alkohol tak mnie rozgrzewa,
tylko słowa Jonaha. Bardzo ciężko pracowałam nad tą apelacją. Zdawałam
sobie sprawę, ile od tego zależy. Oczywiście, zanim zostanę sędzią, będę
musiała wypełnić stos formularzy i zdać egzaminy, ale im lepiej radzę
sobie w pracy, tym większe mam szanse.
Upijam kolejny łyk i rozglądam się z satysfakcją. Widzę faceta, z którym
byłam na stażu. Lata picia sprawiły, że ma nalaną twarz. Wiem, że marnie
mu idzie praktyka - cóż, najgorsze sprawy dla najgorszych adwokatów. Ale
nie dla mnie, nie dla pani mecenas po świeżo wygranym procesie w sądzie
apelacyjnym. Zerkam na Jonaha i posyłam mu uśmiech. Zazwyczaj panuję nad
swoją arogancją i staram się nie okazywać samozadowolenia. Ale nie
dzisiaj. Dzisiaj triumfuję.
- I co dalej, niepowstrzymana Sylvie? Masz w zanadrzu kolejne odwołania?
Interwencje w ważnych kwestiach prawnych?
Kręcę głową.
- Wracam do sądu dla nieletnich. Do Highbury.
Jonah jest przerażony.
- Dla nieletnich? Do Highbury? Chryste, co ci odbiło? Ja trzymam się od
tego z daleka.
Jest tak skonsternowany, że nie mogę powstrzymać uśmiechu.
- Prowadzę tam proces wieloosobowy.
Dopiero teraz wszystko do niego dociera.
- Ciągle zapominam, że jesteś sędzią rejonowym.
- Tak, ale nie na pełnym etacie.
- Sensowny ruch. Zważywszy na twoje plany podboju świata.
- Cały świat mi niepotrzebny - mówię, nie ukrywając pełnego zadufania
uśmieszku. - Wystarczy, że podbiję sąd koronny.
Jonah wybucha śmiechem.
- I pewnie żałujesz, że Zjednoczone Królestwo zniosło karę śmierci. Już
widzę, jak poprawiasz czarny biret i wydajesz wyrok: "Niech Bóg zlituje
się nad twoją duszą".
Ja też się śmieję, ale przechodzi mnie zimny dreszcz i choć w barze jest
ciepło, dostaję gęsiej skórki. Przez chwilę błądzę myślami gdzie
indziej. Cofam się w czasie o wiele, wiele lat...
- Sylvie - rzuca Jonah i wracam do teraźniejszości. - Pójdziemy na
kolację? Pomyślałem, że fajnie by było pogadać.
Propozycja wykracza poza kwestię jedzenia, więc przyglądam mu się i zastanawiam. Tak, mogłoby być przyjemnie. Wyobrażam sobie dotyk jego
rąk, szorstkiej brody na mojej miękkiej szyi. Na moich udach.
Kręcę głową. Nie, nie dzisiaj.
- Muszę wracać. Kolacja czeka na mnie w domu.
- Aha, okej. - Jonah z trudem ukrywa zaskoczenie, choć mimowolnie unosi
brew. - To miło.
Dopijam wino i wstaję.
- Tak, na pewno będzie miło.
- - -
Postanawiam wrócić do Oval piechotą. Mogłabym zostać dłużej, ale kiedy
tylko Jonah zaproponował kolację, wiedziałam, że czas zmykać. Nie
pierwszy raz wylądowaliśmy w barze po rozprawie, nie pierwszy raz
poszłabym z kimś na kolację, a potem do łóżka. Dlatego rozumiem jego
zaskoczenie. Ale nie skłamałam. Kolacja naprawdę czeka na mnie w domu.
Idąc przez Waterloo Bridge i skręcając w Baylis Road, myślę o Garecie.
Wyobrażam sobie, jak skupiony sieka coś i smaży. Nigdy dotąd nie
poznałam nikogo, kto tak poważnie traktowałby jedzenie. Moja
mikrofalówka i posiłki na wynos palą się pewnie ze wstydu. Kiedy nocował
u mnie pierwszy raz, z pogardą przejrzał zawartość lodówki i wrzucił do
torby wszystkie przeterminowane sosy z górnej półki. Obserwowałam go
przerażona, obawiałam się, że mnie zostawi, bo nie jestem smakoszką.
Od tego czasu minęło pół roku, a on wciąż ze mną jest, wciąż dla mnie
gotuje. A lodówka pęka w szwach od produktów dużo wyższej jakości. Nie
wspominając o winie. Piątkowe wieczory w domu z facetem są dla mnie
czymś nowym, ale na pewno nie sprzyjają zachowaniu trzeźwości.
- - -
Już w korytarzu czuję zapach smażonej cebuli i czosnku. Otwieram drzwi
do mieszkania i wołam, ale szumi wyciąg i nikt nie odpowiada. Rzucam
palto i torbę i wchodzę do kuchni. Gareth stoi tyłem do mnie i miesza w garnku. Podchodzę bliżej i obejmuję go. Zaskoczony, gwałtownie podnosi
drewnianą łyżkę, bryzgając na mnie gorącą oliwą i cebulą. Głośno
krzyczę, biegnę do zlewu i wkładam rękę pod kran.
Gareth wyłącza wyciąg i w kuchni zapada cisza zakłócana jedynie szumem
wody.
- Nic ci się nie stało? - pyta. - Przepraszam, zaskoczyłaś mnie. Nie
słyszałem, jak weszłaś.
- Nie, nie, wszystko w porządku. Nie chciałam cię wystraszyć.
Bierze mnie za rękę i ogląda oparzenie. Jest niewielkie, ot, mała
czerwona plamka. Podnosi moją rękę wyżej i całuje to miejsce.
- Nie jest źle. Widywałem gorsze. - Pokazuje mi swoją, stwardniałą przez
lata gotowania. Jest jak z azbestu.
Uśmiecham się, obejmuję go, lecz tym razem od przodu. Gareth przytula
mnie i stoimy tak przez chwilę. Myślę o poprzednich facetach, o tym, że
nie chciałam nawet spędzić z nimi całej nocy, nie mówiąc już o tym, że
do głowy by mi nie przyszło, żeby dać któremuś klucze i pozwolić
buszować w kuchni. Śmieję się z twarzą wtuloną w ramię Garetha, a on
natychmiast mnie puszcza.
- Co się stało? - pyta zatroskany.
Patrzę na niego, nie rozumiejąc, skąd ten niepokój.
- Ja nie płaczę. Ja się śmieję.
- Dlaczego?
- Bo jestem szczęśliwa. Bo miło cię widzieć.
- - -
On gotuje dalej, a ja zamykam się w łazience, żeby się przebrać i poprawić makijaż. Przy Garecie jestem swobodna, więcej niż swobodna. Tak
swobodna, że wkładam spodnie od dresu i podkoszulek. Jednak wciąż
pamiętam o makijażu, choć zrobiłam spore postępy od czasu, kiedy
uciekałam z łóżka, zanim Gareth się obudził, żeby zamaskować korektorem
sińce pod oczami. Ale kiedy, szybko mrugając, wkraczam w jaskrawe
światło nowego związku, widzi prawdziwą mnie.
- Ślicznie wyglądasz - mówi, kiedy wychodzę z łazienki. Podaje mi
kieliszek wina. - Miałaś dobry dzień?
- Bardzo. Wygrałam apelację.
- To wspaniale!
- Tak. Mam teraz dobrą podkładkę pod aplikację sędziowską. Będę mogła o tym mówić i mówić.
Podnosi swój kieliszek.
- Gratulacje. Za przyszłą lady Munro!
- "Lady" zostanę dopiero wtedy, kiedy zasiądę w Wysokim Trybunale.
- Zasiądziesz. Nie mam wątpliwości, że zdobędziesz wszystko, co
zechcesz.
Upija łyk wina. Ja też piję, patrząc mu w oczy. Myślałam, że skończę z jakimś siwiejącym casanową polującym na nową żonę, ale nie. Gareth jest
młodszy i bardziej wysportowany ode mnie. Gibki i jasnooki ma wszystkie
włosy, no i te ręce. Tak, te sprawne ręce...
- Nie wiem, jakim cudem tak mi się z tobą poszczęściło. I wciąż nie
wierzę, że jesteś moim prywatnym kucharzem.
- Zasługujesz na wiele więcej - mówi. - Ja też nie mogę uwierzyć, że cię
znalazłem. Szukałem cię całe życie.
Uśmiechamy się ciepło, a nasze serca biją równym, spokojnym rytmem.
Podnoszę widelec i jem, delektując się każdym kęsem. Gareth ugotował
tadżin z kurczakiem, obficie przyprawiony - kuminem, cynamonem i szafranem - dopieszczony suszonymi morelami, których słodycz łagodzi
ostry smak kiszonej cytryny, i zielonymi oliwkami starannie
wydrylowanymi i pokrojonymi na ćwiartki.
- Nikt dla mnie nie gotował. W każdym razie nie tak. Jeśli mam
szczęście, dostaję najwyżej bułkę z jajkiem i bekonem.
- Mam bekon - mówi. - Liczę na to, że staniesz na wysokości zadania i zrobisz mi rano kanapkę.
- Cóż, jeśli chcesz zaryzykować...
Zbieram widelcem resztkę sosu, a potem odkładam sztućce i przesuwam
palcem po talerzu, zgarniając resztki resztek. Gareth się śmieje, ale ja
wyzywająco wzruszam ramionami.
- No co? Było przepyszne. Co jest na deser?
W odpowiedzi wstaje, obchodzi stół, podnosi mnie z krzesła, całuje i gryzie w ramię.
- Ty - mówi i zdejmuje mi podkoszulek.
2
Budzę się przed nim i patrzę, jak na brzegach zasłon jaśnieje szare
światło dnia. Gareth leży na brzuchu i obejmując mnie jedną ręką, cicho
chrapie. W innych okolicznościach wysunęłabym się z objęć z nadzieją, że
facet, z którym poszłam do łóżka, nie obudzi się i nie zobaczy, że
uciekam. Byłabym już dwa kilometry dalej.
Ale z Garethem jest inaczej. Z nim od początku było dobrze. Poznaliśmy
się pół roku temu w Edynburgu na konferencji: "Orzekanie w różnych
jurysdykcjach". Wszyscy mieliśmy identyfikatory i podczas lunchu
kłębiliśmy się przy bufecie. Ubrany na biało, w wysokiej czapce
kucharskiej, Gareth podszedł do mnie z tacą mozzarelli.
- Sylvie - powiedział. - Ładne imię.
Wśród tłoczących się wokoło uczestników konferencji porozmawialiśmy
przez chwilę, jednak wzbudził moje zaciekawienie i dałam mu swój numer.
Zainteresowanie ze strony mężczyzny przed czterdziestką, faceta bez
brzucha i łysiny, było dla mnie dużą odmianą.
Opóźniłam powrót do Londynu i następnego wieczoru poszliśmy na kolację;
jedzenie było dobre, wino jeszcze lepsze. Ciągle mi dolewał, a moje
serce biło coraz szybciej. Miał niezwykle intensywne spojrzenie i prawie
cały czas patrzył mi w oczy, gdy opowiadałam o mojej karierze
adwokackiej, narastającym rozczarowaniu klientami korporacyjnymi, o tym,
jak przerzuciłam się na prawo karne i zostałam zastępczynią sędziego
rejonowego. O marzeniach o stanowisku sędzi okręgowej.
On wytrwał w świecie korporacyjnym jeszcze krócej. Kilka lat pracował w firmie ubezpieczeniowej w Edynburgu, ale kiedy zmarła mu siostra,
wytrącony z równowagi postanowił to rzucić i przejść do cateringu.
- Życie jest za krótkie, żeby robić coś, czego się nie lubi -
powiedział, prostując się na krześle i upijając łyk wina.
- Pełna zgoda.
- Poza tym całkiem nieźle mi idzie. Jak sama widziałaś, mam teraz własną
firmę. Dostajemy mnóstwo zleceń. Konferencje, śluby, pogrzeby. To co
zwykle. Pracuję głównie w Edynburgu, ale coraz częściej spoglądam na
południe. - Zrobił pauzę. - Bywałbym często w Londynie.
Nie odpowiadam od razu, zastanawiając się nad tymi słowami. Badając je,
sprawdzając, jakie odczucia wywołują.
Uznałam, że dobre.
- Ale dość o mnie. Sędzia sądu rejonowego? Co tam właściwie robisz? Nie
brzmi to zbyt ciekawie.
- Jest ciekawiej, niż myślisz. Od czasu do czasu prowadzę procesy.
Głównie w sądzie dla nieletnich.
Zrobił dziwną minę.
- Dla nieletnich; super. Pewnie sądzisz małych rabusiów. Nożowników.
Szkolnych dealerów też?
- Niewielu, ale też. I nie zapominaj o złodziejach samochodów.
Roześmiał się.
- Co za prestiż! Wysyłasz ich do więzienia? Dla mnie byłaby to jedyna
motywacja.
- Nie wiem, czy to właściwe podejście. Szczerze mówiąc, czasem mnie
kusi, choć mogę ich skazać maksymalnie na dwa lata.
Znudzona rozmową o pracy dopiłam wino. Odgarnęłam włosy z twarzy i posłałam mu uśmiech.
- Tak czy inaczej, to nudne. Nie po to tu jesteśmy. Oboje o tym wiemy.
Długo patrzyliśmy na siebie, ale to ja pierwsza spuściłam wzrok. Spięta
i zdenerwowana czułam mrowienie pod skórą za sprawą wina albo zupełnie
czegoś innego.
- Wiemy? Oboje? - powtórzył. - Więc mów. Powiedz, po co się spotkaliśmy.
- I nie czekając na odpowiedź, wziął mnie za rękę i mocno wbił kciuk w moją dłoń.
Zaskoczona, gotowa zaprotestować, podniosłam wzrok, ale nie, uśmiechał
się wyzywająco. Więc godząc się na ból, ja też się uśmiechnęłam. No
dalej, śmiało!
Pół roku. Nie spodziewałam się, że tak długo wytrwamy, ale zawrócił mi w głowie. Układam się na boku, wtulam twarz w jego ramię i znów zasypiam.
- - -
Potem patrzę, jak się ubiera. Widzę jego plecy, mięśnie poruszające się
pod gładką skórą, gdy wkłada koszulę przez głowę. Przeciągam się w łóżku.
Pochyla się, żeby mnie pocałować.
- Było fajnie - mówi. - Masz czas wieczorem?
- Nie wyjeżdżasz?
- Mógłbym zostać na jeszcze jedną noc. Mogę?
- Oczywiście, że tak. Byłoby miło. Pójdziemy gdzieś?
- A może coś dla mnie ugotujesz? Zaprosisz przyjaciół? Czas, żebym ich
poznał, nie uważasz?
Siadam i protestuję.
- Ja dla ciebie? To ty jesteś kucharzem! - Pomijam drugą i trzecią część
jego pytania.
- Owszem i ciągle gotuję, dla siebie też. Chcę mieć wolny wieczór.
Nieprzekonana mruczę coś pod nosem.
- To nie prośba, to polecenie - dodaje z tak szyderczym uśmiechem, że
rzucam w niego poduszką.
W odpowiedzi chwyta mnie za rękę, wyciąga z pościeli, daje mi klapsa,
potem ląduję z powrotem na łóżku, a Gareth siada na mnie okrakiem.
- Chyba nie musisz jeszcze wstawać.
- - -
Mimo że mnie zatrzymał, udało mi się zdążyć na czas i sprężystym krokiem
wchodzę do szatni sądu koronnego w Southwark, ciesząc się, że czeka mnie
tylko jedno przesłuchanie wstępne. Nie miałam czasu usmażyć bekonu, więc
na śniadanie jem kanapkę z szynką i serem z Preta. Zapijam ją colą, z lubością oblizuję usta i zabieram się do pracy. Mejle, powrót do
zespołu, kilka narad - czas szybko mija i nim złapię oddech, dzień się
kończy. Ping! Gdy idę do metra, w torebce odzywa się telefon. Wyjmuję
go, myśląc, że to Gareth.
Ale nie. To Tess. Gareth chciał, żebym zaprosiła znajomych na kolację i Tess, moja przyjaciółka jeszcze ze szkoły, jest oczywistą kandydatką.
Przystaję i usuwam się na bok, żeby nie blokować chodnika. Zaprosić ją?
Od pół roku wypytuje mnie, czy kogoś mam, a ja od pół roku unikam
odpowiedzi. Rozstała się z Marcusem i szczerze mówiąc, nie chciałam
afiszować się ze swoją radością. Ale nie przypuszczam, żeby wrażliwość
była jedynym powodem. Boję się zapeszyć? A może boję się, że Tess będzie
mnie oceniać? Są w separacji, ale przez wiele lat miała męża i ładny
dom. Z drugiej strony wiem, że skoro ja jestem szczęśliwa, ona też się
ucieszy. I mimo że zaproszę ją w ostatniej chwili, na pewno przyjdzie.
Rozważam to, wciąż niepewna. I kiedy uświadamiam sobie, że musiałabym
się przed nią tłumaczyć, wyjaśniać, dlaczego nie powiedziałam jej, że od
pół roku widuję się z Garethem, zamiera mi serce. Nie, nie chcę. Nie
teraz. Umówię się z nią na drinka i wszystko opowiem. A potem ich sobie
przedstawię. Tak będzie lepiej.
Jeśli Gareth zapyta, powiem, że jest zajęta. Tak czy inaczej, muszą się
kiedyś poznać i nastawiam się psychicznie na miłą kolację, kiedy Marcus
przestanie być fiutem i wróci do Tess. Ale jeszcze nie teraz. Za długo
byłam singielką, by zepsuć wszystko, poznając ich ze sobą za wcześnie i wystawiając Garetha na surowe oceny.
Podjąwszy decyzję, wyciszam telefon i cała w skowronkach idę kupić
składniki do pieczonego kurczaka. Nie zamierzam się wysilać, to bez
sensu. I tak nie zaimponuję Garethowi, więc zrobię coś prostego. Umówmy
się: on nie zostaje na noc dla kurczaka.
- - -
Kurczak jest całkiem niezły. Gareth kończy dokładkę i oblizuje palce.
- Pyszne. Uwielbiam, kiedy ktoś dla mnie gotuje.
Przychodzi mi do głowy pytanie, czy gotował dla niego ktoś inny, kiedy i gdzie, lecz je odpędzam. Oziębiłoby to tylko atmosferę i pomyślałby, że
jestem neurotyczką.
- Cieszę się, że ci smakowało.
- Chodź tu.
Przyciąga mnie i całuje, błądząc rękami po moich plecach. Nagle
przestaje.
- Mam coś dla ciebie - mówi i wyjmuje z kieszeni pasek czarnego
materiału.
- Co to?
- Przepaska na oczy. Pomyślałem, że moglibyśmy się zabawić. - Znów sięga
do kieszeni, wyjmuje kajdanki i macha nimi przed moją twarzą.
To tanie i obciachowe, wiem. Coś rodem z Pięćdziesięciu twarzy Greya,
ale jest wtorkowy wieczór i znudziło mnie traktowanie wszystkiego serio.
Gareth jest zabawny i nieprzyzwoity i nie obciąża go męczący bagaż, jaki
dźwigają moi znajomi i ja, pani mecenas w średnim wieku.
- Brzmi interesująco - mówię, siląc się na zmysłowy ton głosu. - A szczegóły?
Cała zmysłowość spaliła na panewce. Gareth przewraca oczami i prowadzi
mnie do sypialni.
- Na pewno? - pyta, chcąc skuć mi ręce nad głową.
- Co "na pewno"?
- Na pewno chcesz dać się skrępować? Będę mógł robić ci różne rzeczy, a ty mnie nie powstrzymasz.
- Właśnie na to liczę. - Wyciągam do niego drugą rękę.
- Pytam poważnie. Na pewno?
- Na pewno. I przestań już gadać. Tak, mam na to ochotę, właśnie na to.
Potem już o nic nie pyta. Zresztą wkrótce nie jestem w stanie mówić. Nic
nie widzę, mam wyostrzone pozostałe zmysły i zaczyna się noc.
3
On wychodzi wczesnym rankiem, żeby zdążyć na wieczorne przyjęcie w Edynburgu, a ja idę do pracy. Holborn, zespół, pozdrawiający mnie
urzędnicy - czekają mnie dwie konferencje i posiedzenie komitetu
stażowego, a potem muszę popracować nad aplikacją. Kolejny powód, żeby
nie stracić kontaktu z Marcusem. Marcus jest wysokiej rangi adwokatem,
radcą królewskim, a także niepełnoetatowym sędzią i chcę go poprosić o radę, bo ledwie kilka lat temu on też aplikował. Odkładałam to
spotkanie, żeby Tess nie pomyślała, że trzymam jego stronę, ale może już
czas, żebym z nią pogadała i dostała zielone światło na przeprowadzenie
tej ważnej dla mnie rozmowy.
Nie, nie zamierzam dłużej tego odwlekać. Wysyłam do Tess krótkiego SMS-a z zaproszeniem na drinka. Otwieram laptop, ze strachem wchodzę na stronę
Sądowej Komisji do spraw Nominacji, biorę głęboki oddech i zaczynam.
Zbliża się ostateczny termin i nie mam czasu myśleć o Tess, a tym
bardziej sprawdzać, czy odpowiedziała. Znowu przypomina mi się Gareth i to, co ze mną robił, ale nie, nie mogę się rozpraszać.
Pod koniec dnia lecę z nóg i głowa mi paruje od spraw, które musiałam
zgłębić. Siedzę w metrze z zamkniętymi oczami, nie mogąc się doczekać,
kiedy wreszcie położę się spać. Od kilku dni haruję jak wół i muszę
odpocząć. W domu przebieram się w spodnie od dresu i bluzę i związuję
włosy w kucyk. Nie spodziewam się gości, a Gareth jest w Edynburgu. Mogę
wyglądać jak łajza, nic mi nie grozi.
Robię omlet z serem, zasiadam przed telewizorem i oglądam nagrany serial
kryminalny. Od czasu do czasu zerkam na telefon, ale wciąż milczy.
Gareth pewnie pracuje, a Tess się nie odzywa. Jestem zaskoczona -
zazwyczaj odpowiada szybko, lecz pewnie też jest zajęta.
Zbieram talerze i jem jabłko, patrząc przez kuchenne okno na domy
naprzeciwko. Przy biurku siedzi jakiś mężczyzna, kobieta zmywa naczynia.
Krzyczą dzieci. Jedno wybucha płaczem i trzaska drzwiami. Myślę o Tess i Marcusie, o ich domu w zacisznym ogrodzie. Tych dwojga nikt nie mógłby
podejrzeć. A Tess nigdy nie pokazałaby się w spodniach od dresu. Ilekroć
ich odwiedzałam, zawsze czułam się jak niesforne dziecko w nieskazitelnie czystym domu rozsądnych rodziców.
Co pomyślą o Garecie? Mam nadzieję, że im się spodoba. Ciekawe, czy ten
nowy składnik zburzy dynamikę naszej relacji. Odkąd tylko zaczęli się
spotykać, byłam zawsze mile widziana przy ich stole - świątek, piątek
czy niedziela. Dla Garetha też będą tacy gościnni?
Biorę telefon i piszę do Tess jeszcze raz. Pierwszego SMS-a wysłałam
prawie dwanaście godzin temu. Był trochę mętny - "Pójdziemy któregoś
dnia na drinka?" - więc tym razem jestem konkretna. "Idziemy jutro na
drinka? Chcę ci coś powiedzieć xxx". To powinno zadziałać. Ukończyłyśmy
szkołę dwadzieścia lat temu, ale ilekroć Tess przestaje się odzywać,
ogarnia mnie niepokój. To irracjonalne, wiem, ale martwię się wtedy, że
nie chce ze mną rozmawiać, bo zrobiłam coś strasznego i tego nie
pamiętam. Kręcę głową, próbując się odprężyć.
Mija pół godziny, a telefon ciągle milczy. Zaglądam do poczty na
wypadek, gdyby napisała mejla i sprawdzam spam. Teraz, gdy już
postanowiłam powiedzieć jej o Garecie, chcę to zrobić jak najszybciej.
Gareth jest częścią mojej przyszłości, nowego życia, w którym zamierzam
grać główną rolę, zamiast drugie skrzypce w życiu najlepszej
przyjaciółki. Ale nie, w spamie też nic nie ma.
Odkładam telefon i biorę leniwą kąpiel, zmywam z siebie trudy ostatnich
dni. Jestem zbyt zmęczona, żeby coś poczytać, więc leżę z zanurzoną
głową, wsłuchując się w pobrzękiwanie rur i szum wody w mieszkaniach na
górze i na dole. Odkręcam nogą kran i dolewam gorącej wody. Spokojna i zrelaksowana czuję, że zaraz zasnę.
Woda stygnie i wychodzę z wanny z pomarszczonymi czubkami palców.
Rozglądam się. Łazienka jest mała i trzeba w niej posprzątać, bo
wszędzie coś się wala. Rzeczy Garetha na pewno też; to, co zostawił tu
wieczorem. Użył prezerwatywy i nagle przychodzi mi do głowy, żeby wyjąć
ją z przepełnionego kosza, wycisnąć spermę i się zapłodnić.
Wracam do wanny, podnoszę wysoko rączkę prysznica i staję pod
strumieniem zimnej wody, żeby opłukać włosy i odpędzić tę myśl. Wycieram
się, ubieram, wynoszę kosz, a potem kosz z sypialni. Szukając śmieci,
zapomnianych pudełek i innych opakowań, zaglądam też do kuchni i saloniku. Jutro wszystko odkurzę i wysprzątam, doprowadzę mieszkanie do
porządku.
Wracając z wyprawy do kubła, słyszę ciche brzdęknięcie. Nareszcie. Mija
niepokój, zdenerwowanie, do którego nie chciałam się przyznać. Tess
odpowiedziała. Nie ignoruje mnie. Nareszcie będę mogła opowiedzieć jej o Garecie, o związku, w którym pokładam tyle nadziei. O mojej świetlanej
przyszłości. Nie tylko o majaczącym na horyzoncie awansie, ale i o chłopaku. O wszystkich atrybutach dorosłego życia.
Ale to nie ona napisała. To Gareth. Bardzo miło z jego strony, ale nie
na to czekałam. Już mam mu odpisać, kiedy telefon dzwoni. Tess.
Nareszcie.
Ulga jest krótkotrwała. Dochodzi jedenasta. Dlaczego Tess nie wysłała po
prostu SMS-a? Nigdy nie dzwoni po dziewiątej, chyba że w nagłych
przypadkach. Przestrzegała tej zasady całe życie. To jedna z wielu
barier, jakie postawiła w kontrze do chaosu zasianego w dzieciństwie
przez matkę, bo jej matka nigdy się z nikim nie liczyła. Mój palec
zawisa nad zielonym przyciskiem, powstrzymywany przez dziwne przeczucie,
wrażenie, że to, co Tess powie, wszystko zmieni. Biorę głęboki oddech.
- Hej - rzucam.
- Hej.
- Wszystko w porządku?
- Tak. Byłam zbyt padnięta, żeby odpisać.
- A ja się martwiłam.
Puszcza tę uwagę mimo uszu.
- Dobrze.
- Co dobrze?
- Chodźmy jutro na drinka. Do Eagle?
- Jasne. Kończę przed szóstą. Do zobaczenia.
Tess się rozłącza. Powinnam się cieszyć. Umówiłam się, tak jak chciałam,
i będę miała okazję powiedzieć jej o Garecie. Ale nie mogę pozbyć się
wrażenia, że coś jest nie tak, nie mogę odpędzić cienia błądzącego w zakamarkach umysłu.
4
Następnego dnia jestem zajęta; tak zajęta, że udaje mi się o niej nie
myśleć. Prawie. Długa narada w sprawie właściciela domu czynszowego,
drania oskarżonego o zabójstwo korporacyjne, spowodowanie śmierci
lokatora, który zmarł na skutek zatrucia tlenkiem węgla. Ale głęboko w środku cały czas bije dzwon. Powoli, rytmicznie. Nieustępliwie. Szósta
jest coraz bliżej. Tess będzie czekała na mnie z kieliszkiem sauvignon w ręku. Powinnam się cieszyć, tymczasem czuję się nieswojo.
Rozmawiała ze mną spokojnie i rzeczowo. Ale słyszałam w jej głosie
lekkie drżenie, drganie zbyt mocno naciągniętej struny, wibracje
przenoszące się z jej telefonu do mojego.
Pora lunchu. Normalnie poszłabym do Preta, kupiła wrap z awokado,
podwójne espresso ze spienionym mlekiem i butelkę wody z bąbelkami jako
mały luksus i wyraz buntu przeciwko butelkom wielokrotnego użytku
stojącym na moim biurku. Ale nie jestem głodna i od wieczornej rozmowy z Tess wciąż dręczy mnie niepokój. Przez całe popołudnie topię go,
zanurzając się głęboko w sprawie o oszustwo, którą mam prowadzić na
początku przyszłego roku.
Wreszcie wychodzę. Idę powoli, wciąż pełna obaw, których nie potrafię
jasno sprecyzować. Wiem, że to irracjonalne. W najgorszym wypadku Tess
powie, że się rozwodzą. Moim zdaniem nie byłby to koniec świata. Kilka
razy widziałam, jak się kłócili - nie zawsze wydobywają z siebie to, co
najlepsze.
Zaglądam do pubu, ale jeszcze jej nie ma. Czekam na ulicy i po chwili
widzę, jak idzie w moją stronę Farringdon Road. Z daleka wygląda
zupełnie normalnie i ciężar spada mi z serca. Niepokój, który dręczył
mnie od naszej rozmowy, mija, ale kiedy przyjaciółka podchodzi bliżej,
ponownie wzrasta. Bo Tess się nie uśmiecha.
Zamiast mnie objąć, pozdrawia skinieniem głowy i od razu wchodzi do
pubu. Jest dość wcześnie, więc udaje nam się zająć stolik przy oknie.
Wciąż bez normalnego powitania, nie pyta, na co mam ochotę, tylko
podchodzi do lady i zamawia. Widzę, jak barman otwiera butelkę
czerwonego wina, zdejmuje z półki dwa kieliszki, przeciera je i stawia
na kontuarze. Tess płaci gotówką, wkłada resztę do kieszeni i z butelką
w jednej ręce i kieliszkami w drugiej idzie do stolika. Nagle odwraca
się i mówi coś do barmana, który przytakuje i sięga po bloczek.
- Zamówiłam frytki. Umieram z głodu.
Siada, nalewa wino i podaje mi pełny kieliszek.
- Dobrze - mówię, choć na usta cisną mi się dziesiątki odpowiedzi.
Odstawiłam węglowodany. Nie piję. Wolę białe. Ale przecież to Tess, to
ona decyduje. Poza tym widzę miseczkę frytek na sąsiednim stoliku;
wyglądają cholernie apetycznie. Są złociste, na pewno chrupiące, a ja
nie jadłam lunchu.
Tess walczy z szalikiem, potem z krzesłem, wierci się, jakby nie mogła
wygodnie usiąść. W końcu nieruchomieje.
- Jak miło - mówi. - Nie byłam tu od lat. Powinnyśmy częściej tu
przychodzić.
- Ja przychodzę. Mam blisko, ale nie za blisko. Daleko od sądowych
jaskiń rozpusty.
- Wiedziałam, że będzie ci tu wygodnie.
Odchylam się i uśmiecham.
- Tak się cieszę, że jesteś. Mam ci mnóstwo do powiedzenia. Wydarzyło
się coś naprawdę dużego. Coś podniecającego.
Wyraz jej twarzy nie ulega zmianie. Jakby mnie nie słyszała. Nawet nie
odwzajemnia uśmiechu, tylko upija łyk wina. Ja jestem już w połowie
kieliszka. Zapada przytłaczająca cisza, ale chociaż Tess nie reaguje,
nie wyczuwam między nami wrogości. Wyczuwam jedynie trzeszczące
napięcie. Ale to mnie nie powstrzymuje.
- Poznałam kogoś - ciągnę. - Kogoś bardzo miłego. Jestem w prawdziwym
związku. Ja i ktoś na stałe. Wyobrażasz sobie?
Tess nie reaguje. Patrzy przed siebie szklistym wzrokiem. Mam ochotę
nachylić się i strzelić palcami przed jej nosem albo krzyknąć. Coś
zrobić, za wszelką cenę przykuć jej uwagę. Ale się powstrzymuję.
W końcu odchrząkuję i nachylam się ku niej, nie chcąc uronić ani słowa.
Ale Tess milczy. Osuwa się na krześle i znów sięga po kieliszek. Ja też
piję. Włoskie Valpolicella jest ciepłe i aromatyczne. Powinnam być
bardziej spięta, ale odprawiło już swoje czary. Tess znów odchrząkuje i zwilża wargi czubkiem języka. Wino zostawiło czerwone ślady w kącikach
jej ust; w przyćmionym świetle wyglądają tak, jakby lekko się
uśmiechała. Ale to tylko złudzenie, bo wciąż ma poważną twarz.
- Sylvie - mówi. - Sylvie, muszę ci coś powiedzieć.
- Więc mów.
- To trudne. Nie wiem, jak zacząć.
- Dlaczego trudne? Jeśli postanowiliście się rozwieść, możesz mi śmiało
powiedzieć. Przecież nie jestem twoją córką czy kimś takim. - Śmieję
się, lecz to sztuczny śmiech.
Tess kręci głową.
- Muszę ci...
W tym momencie brzdąka mój telefon. W innych okolicznościach bym nie
zareagowała, ale jestem wkurzona. Mam wrażenie, że Tess próbuje celowo
wzmóc napięcie, dramatyzm sytuacji, która zupełnie tego nie wymaga. Poza
tym mnie ignoruje. Mnie, moje wspaniałe nowiny, to, że moje życie uległo
tak wielkiej zmianie. Jest zbyt tajemnicza i za długo się waha, a przecież wiem, że znowu chce wyliczyć mi wady Marcusa, mało ważne
drobiazgi, które nie usprawiedliwiają tego przedstawienia.
- Sylvie - rzuca ostrzejszym tonem i niemal przepraszająco podnoszę
wzrok. - Sylvie...
Zaczyna mówić. Kiedy kończy, telefon wypada mi z rąk i wszystkie myśli o pracy, o SMS-ie, który mi przysłano, pierzchają zmiażdżone ciężarem
tego, co usłyszałam.