Rozdział 4
Pierwsze dokładne omówienie bieżącego śledztwa miało się odbyć w jednej z dużych sal konferencyjnych Komendy Głównej. Nie ze względu na oszałamiającą liczbę chętnych, ale na zainstalowany tu duży i niezwykle czuły monitor dotykowy, na którym można było wyświetlać dwa zdjęcia jednocześnie i który z tego powodu znakomicie się nadawał do porównań materiału zdjęciowego. A dzisiejsze przedpołudnie właśnie temu miało być poświęcone: zestawieniu zdjęć z dwóch zabójstw, w których ofiarami były kobiety. Potem zaplanowano dyskusję już w węższym gronie na temat dalszych kroków, jakie wydział zabójstw powinien poczynić, a które zapewne w jakimś stopniu będą też wynikiem wcześniejszej prezentacji. Takie były plany, zanim się okazało, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych jest zainteresowane zebraniem, na którym miała być między innymi obecna przedstawicielka głównego szefa policji. Poza tym na sali byli pracownicy wydziału zabójstw, wśród nich oczywiście Pauline Berg i Arne Pedersen, najbliżsi współpracownicy Simonsena. Z pomieszczenia operatora, znajdującego się z tyłu za krzesłami na wysokości pierwszego piętra, praktykanci i wydziałowy geniusz komputerowy Malte Borup obsługiwali prezentację, którą Malte osobiście opracował.
Po dwudziestu minutach oczekiwania Simonsen zjawił się, wszedł i skinął głową zebranym. Wszyscy zajęli miejsca w pierwszym albo w drugim rzędzie, Berg i Pedersen usiedli razem, nieco z boku. Hrabianka znalazła wolne miejsce obok Pedersena, ale wstała, bo zanim szef zdążył cokolwiek powiedzieć, już napadł na niego przedstawiciel Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
- Zanim pan zacznie, inspektorze Simonsen, pragnę zwrócić uwagę, że to ostatni raz, kiedy pan się spóźnia na spotkanie ze mną.
Mężczyzna był raczej niskiego wzrostu, w średnim wieku i na pierwszy rzut oka wyglądał na nieszkodliwego. Biorąc pod uwagę jego miejsce pracy, garnitur wydawał się dziwnie niedopasowany, a fryzura aż się prosiła o grzebień. Niemniej jednak jego słowa zabrzmiały groźnie. Nie pozostawiały wątpliwości, że jest przyzwyczajony do posłuchu wśród podwładnych, niezgłaszających żadnych zastrzeżeń. Nawet jego zadziwiająco wysoki głos, bardziej dziecka niż dorosłego mężczyzny, nie umniejszał wrażenia, że był to człowiek władzy, którego słów nikt bezkarnie nie kwestionował. Może wynikało to z jego spokoju, a może z poczucia oczywistości, z którym przedstawiał swoje oczekiwania.
Hrabianka próbowała wziąć na siebie winę za spóźnienie. Nie trzeba było być wróżką, żeby przewidzieć, że zestresowany szef i napuszony ministerialny biurokrata to mieszanka wybuchowa. Jednak pomoc nadeszła dość niespodziewanie z całkiem innej strony. Sekretarka szefa policji, znana skądinąd z łagodności, zabrała głos. Jej agresywny ton ciął powietrze i chociaż pozostała na swoim miejscu, nie było wątpliwości, do kogo się zwraca:
- Szef Policji Krajowej prosił mnie o przekazanie, że jest pan tu gościem. Jeśli nie potrafi pan się przyzwoicie zachować, to może pan spadać. Cytuję słowa szefa, o co zresztą prosił, tłumacząc, że sam niestety nie ma dyplomatycznego obycia.
Mężczyzna wstał z godnością i w milczeniu opuścił salę, nie dając się sprowokować Albertowi Einsteinowi, pokazującemu mu język, oczywiście na zdjęciu, które Malte Borup z niezwykłą przytomnością umysłu wyczarował na monitorze. Wkrótce potem z sali wyszła sekretarka, oświadczając krótko, że jej obecność nie jest już konieczna.
Kiedy zamknęły się za nią drzwi, odezwał się Pedersen:
- No i dobrze, może teraz uda nam się trochę popracować. Chociaż awantura i tak nas nie ominie. Ten gnom nie jest pierwszym lepszym urzędniczyną. Malte, przygotuj się na co najmniej pięcioletnią banicję.
Simonsen, który milczał podczas całego zdarzenia, nagle jakby przebudził się do działania.
- Nie traćmy czasu. Malte, pokaż pierwsze zdjęcia. I zapraszam do dyskusji. Oczywiście jeśli ktoś ma coś mądrego do powiedzenia. Nie formalizujmy sprawy bardziej, niż to konieczne.
Zdjęcia dwóch zamordowanych kobiet szybko ostudziły radosne nastroje publiczności. Fotografie zostały starannie wybrane, by ujęcia były jak najbardziej do siebie podobne, co jeszcze mocniej podkreślało cechy wspólne obu kobiet. Po chwili głos zabrał Simonsen:
- Kobieta z lewej strony to Maryann Nygaard. Została zamordowana trzynastego września tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku w stacji DYE Pięć na Grenlandii. Jej ciało znaleziono tydzień temu w okolicznościach, które wszystkim są dobrze znane. Kobieta z prawej strony to Catherine Thomsen. Zamordowana piątego kwietnia dziewięćdziesiątego siódmego na plaży Nordstranden, w pobliżu Stevns Klint. Jej ciało znalazło osiem miesięcy później dwóch archeologów amatorów, ponieważ detektor metalu zareagował na bransoletkę, którą miała na ręku. Oba zabójstwa mają wiele wspólnego, co pozwala mi z dużą dozą pewności stwierdzić, że zostały popełnione przez tego samego człowieka. Jednakże proszę, żebyście mieli otwarte umysły. Wszyscy bowiem wiecie, jak fatalne w skutkach może się okazać wyciąganie pochopnych wniosków. - Obecni na sali byli co do tego zgodni. Simonsen ciągnął więc dalej: - Ręce obu kobiet zostały przed śmiercią przytwierdzone taśmą klejącą do ich ud, tuż nad kolanami. Nogi w kostkach także zostały skrępowane taśmą. Obie kobiety mają na sobie jedynie koszulki i majtki. Jak widzicie, ich piersi są obnażone, całkowicie albo częściowo, ubranie z przodu jest podarte. Wiemy, że Catherine Thomsen nosiła stanik, ale ktoś go zabrał. Czy w przypadku Maryann Nygaard było podobnie, tego nie wiemy. Prawdopodobnie sprawca obciął paznokcie u rąk obu kobietom. Obie zostały też pogrzebane niemal natychmiast po zgonie, Nygaard w lodzie, Thomsen w piachu, na tyle blisko morza, że fale regularnie obmywały jej ciało, przez co pozostało stosunkowo nienaruszone. Wargi obu kobiet tuż przed śmiercią pomalowano jaskrawoczerwoną szminką. W ustach i w tchawicy ofiar znaleziono ślady włókien, ponieważ sprawca zatkał je szmatą. W przypadku Thomsen na włóknach znaleziono także mikroskopijne ślady szminki, z czego technicy wysnuli wniosek, że sprawca pomalował jej usta, kiedy miała w nich szmatę. Czy tak samo postąpił wobec Nygaard, dowiemy się dopiero po otrzymaniu ostatecznego raportu z obdukcji, który będzie gotów za kilka dni. Należy też dodać, że obie kobiety zostały uduszone. Sprawca naciągnął im na głowę foliowe torby, wiążąc je im na szyi. Wcześniej wyjął im z ust szmatę.
Simonsen zrobił krótką przerwę. Nikt z obecnych na sali się nie odezwał, nastrój był ciężki. Borup, który ilustrował wystąpienie szefa właściwymi zbliżeniami, wrócił do dwóch pierwszych zdjęć.
- Są jeszcze inne podobieństwa. Oceńcie sami, czy jest to przypadek czy nie. Maryann Nygaard miała w momencie śmierci dwadzieścia trzy lata, Catherine Thomsen dwadzieścia dwa. Obie były szczupłe, średniego wzrostu, dobrze umięśnione. Miały czarne kręcone włosy, sięgające im do pasa, w obu przypadkach włosy ofiar były rozpuszczone. Jeśli spojrzymy na ich twarze, to i tu znajdziemy wiele podobieństw. Kobiety były ładne, miały delikatne rysy, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, obie miały też brązowe oczy. Oczywiście są także różnice, szczególnie jeśli chodzi o okolice nosa, ale nie wdając się w szczegóły, można spokojnie stwierdzić, że kobiety były do siebie podobne.
Pedersen chwycił Berg za rękę, co ona w pierwszej chwili mylnie odczytała i odtrąciła ją poirytowana, by sekundę później, roztrzęsiona, przyciągnąć ją do siebie, podczas gdy Simonsen mówił dalej:
- Jeśli dokładniej przeanalizujemy dostępne nam materiały, zapewne znajdziemy więcej różnic, co jednak moim zdaniem nie zmienia faktu, że obie kobiety są do siebie uderzająco podobne.
Nikt z tego wąskiego acz profesjonalnego grona nie zaprotestował, nikt nie próbował podważyć jego wniosków.
- Z dalszych podobieństw należy też wymienić to, że kobiety nie zostały zgwałcone, prawdopodobnie w ogóle nie doszło do aktu przemocy seksualnej, poza tym że piersi obu ofiar były obnażone. Maryann Nygaard miała miesiączkę, w jej pochwie znaleziono tampon, Catherine Thomsen była dziewicą, co zapewne miało związek z tym, że należała do świadków Jehowy, a oni, jak wiadomo, nie akceptują seksu przedmałżeńskiego. Poza tym ani w jednym, ani w drugim przypadku nie znaleziono śladów nasienia.
Simonsen zamilkł w oczekiwaniu na reakcję, która też niebawem nastąpiła. Wszyscy zdawali się zgodni, że ta sama osoba, która w 1983 roku zamordowała Maryann, czternaście lat później zabiła Catherine. Inspektor zaczerpnął powietrza i przeszedł do punktu, o którym od kilku dni myślał ze zgrozą. Wstęp miał starannie opracowany.
- Nie jest to dla mnie łatwe, a podejrzewam, że dla was także nie, bo i ja, i wielu z was uczestniczyliśmy w dochodzeniu w sprawie morderstwa dokonanego na Catherine Thomsen. Przedstawię wam pokrótce, do czego wówczas doszliśmy, a potem opowiem tak szczerze i dokładnie, jak tylko potrafię, jaką sam odegrałem w nim rolę, by uniknąć powstania niepotrzebnych mitów.
Ludzie kiwali głowami w milczeniu. Jeden ze starszych funkcjonariuszy wyciągnął z wewnętrznej kieszeni okulary słoneczne, chowając się za ich lustrzanymi szkłami.
- Zapewne należy zacząć od stwierdzenia, że zmarły kierowca taksówki Carl Henning Thomsen na pewno nie był na Grenlandii we wrześniu osiemdziesiątego trzeciego, ponieważ w tym czasie odsiadywał wyrok w więzieniu w Vridsl?selille za przemyt narkotyków. Tak więc na pewno nie zabił ani Maryann Nygaard, ani swojej córki Catherine Thomsen. Wydaje się, że poszlaki, które zebraliśmy w dziewięćdziesiątym ósmym i które zdawały się świadczyć przeciwko niemu, zostały sfabrykowane. Taką możliwość braliśmy pod uwagę także wtedy, ale niestety, nie pociągnęliśmy sprawy dalej.
Z oczu Simonsena popłynęły łzy, ale głos miał spokojny. Nie przerywając swojego wywodu, sięgnął po chusteczkę, którą podała mu Berg, ale kiedy na monitorze pokazała się twarz mężczyzny w średnim wieku, patrząca na nich smutnymi, zmęczonymi oczami, twarz człowieka zestresowanego, pokonanego przez życie, Simonsen odwrócił głowę.
- Carl Henning i Ingrid Thomsenowie byli małżeństwem i mieszkali w Haslevie, gdzie wspólnie prowadzili niewielką firmę przeprowadzkową. Oboje byli świadkami Jehowy, podobnie jak ich jedyna córka Catherine, która wówczas nie mieszkała już z rodzicami, tylko na ?sterbro w Kopenhadze, gdzie uczyła się zawodu fizjoterapeutki. W wolnym czasie zarówno ona, jak i jej rodzice chodzili od drzwi do drzwi, szerząc swoją wiarę. Rodzice często przyjeżdżali do córki i razem ruszali na misję. W sobotę piątego kwietnia dziewięćdziesiątego siódmego roku Catherine zniknęła. Rano wsiadła do pociągu jadącego z Kopenhagi w kierunku Haslevu, ostatni raz widziano ją na dworcu w Roskilde. Jej matka była wówczas u swojej siostry na Jutlandii, ojciec twierdził, że córka nie dotarła do domu. Osiem miesięcy później jej ciało zostało znalezione w pobliżu Stevns.
Simonsen zwrócił Berg chusteczkę i skinął jej głową w geście podziękowania. Łzy przestały mu lecieć, czuł, że najgorsze ma już za sobą.
- Oczywiście wszczęto dochodzenie i wkrótce też znaleziono dowody wskazujące na ojca dziewczyny jako na sprawcę. Przede wszystkim na torbie foliowej naciągniętej na głowę córki były odciski palców obu jego rąk. Poza tym udowodniono, że torba pochodziła z rulonu, który znaleziono w jego garażu. Jakby tego było mało, w marcu dziewięćdziesiątego siódmego roku widziano go na brzegu w Stevns, niedaleko miejsca, gdzie później znaleziono ciało Catherine. Mężczyzna tłumaczył, że został tam wezwany telefonicznie pod pretekstem przeprowadzki. Aby dotrzeć pod podany adres, musiał przejść wzdłuż brzegu, ale wezwanie okazało się fałszywe. Pozostałych obciążających go okoliczności nie potrafił wyjaśnić w sposób niebudzący wątpliwości.
W tym momencie Hrabianka przerwała szefowi:
- A co z rozmową telefoniczną? To chyba można było sprawdzić?
- Połączenie rzeczywiście miało miejsce, ale dzwoniący podłączył się do masztu nadawczego w pobliżu miejsca zamieszkania Carla Henninga Thomsena. Założyliśmy więc, że mógł wykonać je sam, chociaż nie potrafiliśmy tego udowodnić.
- Rozumiem. Zastanawiam się nad tym, co przed chwilą mówiłeś. To bardzo obciążający materiał.
- Niestety, to prawda, jednak wiele okoliczności wskazywało, że coś się nie zgadza. Nie rozumieliśmy, jak to możliwe, że na torbie były odciski palców ojca, a na taśmie już nie. Poza tym mieliśmy zapis tachografu z dnia zaginięcia Catherine, który wyraźnie pokazywał, że jej ojciec nie był tego dnia w Stevns, a drugi samochód rodziny był na Jutlandii. Nie potrafiliśmy też wytłumaczyć, dlaczego obciął jej paznokcie. Dziewczyna nie miała długich paznokci, zresztą z zeznań żony wynikało, że Thomsen nigdy nie miał do córki żadnych zastrzeżeń. Były też inne niezgodności, ale o nich możecie sobie sami przeczytać.
Siedzący w pierwszym rzędzie funkcjonariusz wszedł mu w słowo:
- Wspomniałeś, że w osiemdziesiątym trzecim mężczyzna siedział za przemyt narkotyków...
- Zgadza się, o ile dobrze pamiętam, szmuglował kokainę i amfetaminę.
- Jak można pogodzić jego kryminalną przeszłość z tym, że był świadkiem Jehowy? To dość dziwne połączenie.
- W młodości ojciec Catherine był kierowcą tira, miał za sobą dwa wyroki, oba za przemyt narkotyków. Potem poznał przyszłą żonę i, jak sam twierdził, został zbawiony. W osiemdziesiątym szóstym roku pobrali się i potem nie był już notowany.
- A data urodzenia Catherine? Coś tu się nie zgadza.
- Catherine była jego córką, została adoptowana przez Ingrid. Biologiczna matka dziewczyny zginęła w wypadku samochodowym, kiedy ta była dzieckiem. Ale nie chcę wchodzić w szczegóły, wszystko znajdziecie w materiałach.
- Spytałem z czystej ciekawości.
Simonsen uśmiechnął się.
- W tym zawodzie to pożądana cecha - powiedział. - Ale wróćmy do Carla Henninga Thomsena. Były okoliczności, które wskazywały, że być może jest niewinny, lecz nie było to nic konkretnego. Mieliśmy natomiast dowody, które wyraźnie wskazywały na jego winę. Brakowało nam motywu. Uznaliśmy, że być może chodziło o związek Catherine z inną kobietą, o której wiedzieliśmy, że istnieje, chociaż nigdy do niej nie dotarliśmy. Catherine utrzymywała go w głębokiej tajemnicy przed rodzicami. Założyliśmy, że być może poinformowała o nim ojca, a on zabił ją w napadzie religijnego szału, ale nadal były to jedynie spekulacje. Poza tym wiele rzeczy nie zgadzało się nam czasowo. Inna teoria mówiła, że powodem konfliktu mogły być studia córki. Świadkowie Jehowy niezbyt cenią sobie wykształcenie, ale to nie był przekonujący argument. Kolejna rzecz, która także zdawała się wskazywać, iż sprawcą mógł nie być ojciec, była jeszcze mniej konkretna, ale powinna nam dać do myślenia. Mimo rozpaczy Thomsen do samego końca twierdził, że jest niewinny. Nie zliczę, ile godzin trwały przesłuchania, ale było to naprawdę dużo, a on nigdy się nie zawahał, zawsze twierdził, że nie zabił córki. Wbrew wszystkim naszym dowodom. Mój ówczesny szef Kasper Planck długo uważał, że zatrzymaliśmy niewłaściwą osobę, od czego w końcu, niestety, udało mi się go odwieść. Miał słuszne wątpliwości, ja opierałem się wyłącznie na konkretnych argumentach i w końcu mój punkt widzenia zwyciężył. Z przykrością muszę stwierdzić, że tak wygląda prawda. Ostatnia doba mi to uświadomiła i, niestety, z tą wiedzą będę musiał żyć.
Ku swojemu zdziwieniu udało mu się przebrnąć przez ostatnie zdania wystąpienia. Nagle przyszło mu do głowy, że może robi z siebie błazna, żałosnego egoistę, który bardziej współczuje sobie niż ofiarom swego błędu.
Jego rozmyślania zastopował głos Pedersena:
- Może zrobimy przerwę?
Simonsen spojrzał zmieszany na współpracownika.
- Przepraszam, o co pytałeś?
- Czy możemy zrobić przerwę?
- Za chwilę. Zaraz skończę. Carl Henning Thomsen został oskarżony o zabicie córki. Podczas procesu przeszedł załamanie nerwowe i został przewieziony do Szpitala Krajowego, gdzie mimo zaostrzonego nadzoru udało mu się wyskoczyć przez okno z ósmego piętra. To było w październiku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku. Potem sprawa została zamknięta, wszystkie akta przesłano do archiwum. Dwa lata później dołączono do nich notatkę. Podczas remontu w dawnym mieszkaniu Catherine Thomsen znaleziono aparaturę podsłuchową, ale nikt nie potrafił powiedzieć, czy ten fakt miał jakiś związek z jej śmiercią. Przyznaję też, że nikt się tym nie zajął. Ktoś chciałby coś jeszcze dodać? Jakieś pytania?
Omiótł wzrokiem salę, nikt się nie odezwał.
- Zrobimy chwilę przerwy, a dalszą część spotkania poprowadzi Arne. - Simonsen zwrócił się do swojego współpracownika: - Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. Hrabianka wspomniała, że jest taka możliwość.
- Oczywiście. Przejmę pałeczkę, tym bardziej że jesteśmy we własnym gronie.
- Czuję się zmęczony, a ostatnie tygodnie nauczyły mnie wsłuchiwać się we własny organizm.
- Nie musisz się tłumaczyć.
- Nie zabrzmiało to za bardzo górnolotnie? Mam na myśli to, co mówiłem o jej ojcu i o mojej roli w całej tej sprawie.
- Byłeś szczery, a jeśli myślisz, że tylko ty się wzruszyłeś, to się mylisz. Nie wiem, czy zauważyłeś, że miało nas być dziewiętnaścioro, a jest szesnaścioro. Trzech kolegów, którzy brali udział w tamtym dochodzeniu, musiało wyjść wcześniej. Okazało się to dla nich zbyt trudne. Poul Troulsen też poczuł się źle i poszedł się przejść.
- Wypowiedzenie tego wszystkiego na głos to tylko pierwszy krok. Po południu czeka mnie powtórka, ale poradzę sobie. Chociaż przyznaję, że czuję się wykończony, jakbym miał dziewięćdziesiątkę.
- Nie jestem zaskoczony, wszyscy czujemy się podobnie.
- Wiem, dlatego jestem ci wdzięczny, że zgodziłeś się mnie zastąpić. Będę mógł odwiedzić pewną kanapę i zalec na niej na godzinę czy dwie.
Pedersen uśmiechnął się.
- Wiem, gdzie jest ta tajemnicza kanapa. Nie ja jeden zresztą, więc mam nadzieję, że zdążysz tam pierwszy. Mam cię później obudzić?
- Nastawię budzik w komórce, ale dzięki za propozycję. Zakładam, że przekażesz informacje dotyczące DYE Pięć, a potem zajmiesz się listą pracowników stacji przekazaną nam przez Amerykanów. Niech nasi ludzie ich sprawdzą.
- Oczywiście.
- Chciałbym później dostać szczegółowy raport. Poza tym masz dopilnować, żeby pracowników stacji odwiedzały zawsze co najmniej dwie osoby, z których jedna ma być mężczyzną. Rozumiemy się?
- Jak najbardziej.
- No i musimy się zastanowić, jak o tym wszystkim poinformować społeczeństwo. Nie unikniemy awantury.
- Awantura już trwa. Idź spać.
Pedersen pchnął szefa w stronę drzwi. Można by uznać, że robił to z przyjaźni i troski o jego zdrowie, ale Simonsen znał go zbyt dobrze, poza tym Pedersen nigdy nie był dobrym aktorem, nie potrafił grać. Wyswobodził się z jego uchwytu.
- Co się dzieje? Skąd u ciebie nagle tyle energii?
I w tym momencie zauważył wiadomość, którą Malte Borup umieścił na ekranie. Napis głosił: "Dostojny gość w drodze do szefa". Pedersen był jednak nieugięty.
- To może zaczekać, Simon.
Ale było już za późno, bo właśnie w tym momencie przez drzwi wszedł nieskazitelnie ubrany elegancki mężczyzna. Simonsen i Pedersen znali go z wcześniejszych wizyt. Był to Helmer Hammer, sekretarz stanu w Kancelarii Premiera, uroczy mężczyzna, który starał się nie wykorzystywać swojej pozycji, ale któremu mimo to zwykle udawało się postawić na swoim. Obaj go lubili, co nie przeszkodziło Pedersenowi powitać go lekko buńczucznym tonem:
- To nie my obraziliśmy gnoma z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, ale jeśli chce pan rozmawiać z Simonem, to musi pan zaczekać kilka godzin, aż szef trochę odpocznie.
Hammer jak zwykle miał gotową odpowiedź:
- Ja oczywiście mogę zaczekać, ale gnom z Ministerstwa Spraw Zagranicznych postanowił zorganizować wieczorem wideokonferencję i chce wiedzieć, czy Simon będzie mógł wziąć w niej udział.
- Berlin się odezwał? - Pedersen był zaniepokojony.
- Nie, tym razem chodzi o statek na Karaibach. Oczywiście rozumiem, nie powinienem liczyć, że w tym momencie rzucicie wszystko, chociaż to, co mam do powiedzenia, zajmie pewnie raptem dziesięć minut...
W głowie Simonsena zadźwięczał dzwonek. Kiedy on i Hrabianka odwołali swoją podróż na Karaiby, Hrabianka zaproponowała, żeby zamiast nich pojechała jego córka Anna Mia z przyjacielem albo przyjaciółką, jeśli oczywiście ma ochotę. Miała. Umówili się, że od czasu do czasu zadzwoni do domu, ale dotąd jeszcze tego nie zrobiła. Zakładał, że pewnie nie miała takiej możliwości.
- Chwileczkę, o co chodzi z tą konferencją?
- Ma służyć budowaniu zaufania. Ci na Slotsholmen się na tym znają.
- A co miałbym zrobić w zamian?
- Nic, na tym to polega. Proszę przyjąć to jako przeprosiny za dzisiejszy napad gnoma.
- Brzmi nieco podejrzanie.
- Nie ma w tym niczego podejrzanego, naprawdę. Gnom zrozumiał, że przesadził, i chce odkupić winy.
- W takim razie przyjdę.
- Świetnie. A tak przy okazji, jest tu jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy spokojnie porozmawiać na osobności? Naprawdę nie zajmę więcej niż dziesięć minut.
Simonsen rozłożył ręce.
- Tutaj nikt nam nie przerwie.
Mężczyźni ruszyli korytarzem i Hammer zaczął mówić:
- Przyszedłem, bo potrzebuję twojej porady, a jednocześnie chcę prosić cię o przysługę. Ale po kolei. Ktoś nagle odkrył, że jest garstka młodych funkcjonariuszy, którzy zdążyli rozpocząć studia prawnicze, zanim trafili do policji. Chodzi o to, żeby pomóc im skończyć studia, ale w taki sposób, by nie musieli przerywać pracy. Wydaje się to rozsądne: policja zyska zdolnych młodych ludzi za stosunkowo niewielkie pieniądze. Ciekaw jestem, co o tym sądzisz.
Simonsen pokręcił głową z niedowierzaniem. Jego gość po mistrzowsku przeplatał sprawy wagi państwowej z kwestiami czysto praktycznymi. Robił to z zaiste godną podziwu wirtuozerią, tak że trudno było mieć mu to za złe. Doskonale wiedział, że córka Simonsena, która wkrótce miała skończyć szkołę policyjną, rozpoczęła studia prawnicze. Wiedział też zapewne, że jego luźno rzucona propozycja była dla jej ojca pokusą, której zapewne nie będzie się potrafił oprzeć.
- Jesteś niemożliwy. A teraz powiedz, co miałbym zrobić.
- Rozumiem, że to zasadniczo oznacza aprobatę mojego pomysłu? A jeśli chodzi o przysługę, o którą chciałbym cię prosić, to uwikłałem się w pewną sprawę. Gnom z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który zaszczycił swoją obecnością twoją prelekcję, to Bertil Hampel-Koch i nie jest gnomem, tylko dyrektorem, chociaż rzeczywiście potrafi niekiedy być kąśliwy i złośliwy jak gnom, no i trochę się puszy. Poza tym bez przerwy wdaje się w spory, chociaż nie on jeden oczywiście. Administracja państwowa przypomina niekiedy przedszkole. Jednak Bertil jest też osobą szalenie kompetentną, potrafi być lojalny i pomocny, tylko trzeba go lepiej poznać. No i można mu zaufać, zawsze dotrzymuje słowa.
- Co mam zrobić, żeby lepiej poznać tego szlachetnego człowieka?
- Wyślij mu krótki e-mail, parę zdań. Informuj go codziennie o przebiegu śledztwa. Nawet jeśli nie wydarzy się nic nowego.
- To wszystko?
- Nie. Możesz też poznać go lepiej, odwiedzając go od czasu do czasu, oczywiście jeśli będzie sobie tego życzył.
- Rozumiem, że kiedy jemu będzie to pasowało, nie mnie.
- Zwróciłem mu uwagę na ten szczegół.
- Zgodził się?
- Nigdy nie dyskutuje z faktami. Gdyby było inaczej, nie zajmowałby stanowiska, które zajmuje.
- Jeśli dostanę odgórne potwierdzenie na piśmie, że mam go "lepiej poznać", to się podporządkuję. Mam na myśli moją bezpośrednią szefową, czyli Gurli...
- Pismo w tej sprawie leży na twoim biurku, obok wizytówki z numerem telefonu, pod który powinieneś zadzwonić dzisiaj wieczorem. Na wizytówce jest też adres poczty elektronicznej.
Podali sobie ręce jak niegdyś handlarze końmi na potwierdzenie zawartej umowy. Simonsen uznał, że wykorzysta sytuację i zada nurtujące go od jakiegoś czasu pytanie.
- Powiedz mi jeszcze jedno: kto zdecydował, że to ja mam prowadzić to dochodzenie? Słyszałem i czytałem, że zażyczyła sobie tego osobiście pani kanclerz, ale to oczywiście bzdura, prawda?
Hammer uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Masz rację. Zadziwiające, jaką moc przekonywania mają media.
- Więc kto?
- Ja.
- Ty? Dlaczego, na litość boską?
- Jesteś zdolny.
- Bzdura. Nie ja jeden. Wiedziałeś, że wybieram się na urlop?
- Przykro mi, ale tak. Natomiast nie wiedziałem, że masz problemy ze zdrowiem. Trochę się zaniepokoiłem.
- Niepotrzebnie. Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Dlaczego wybrałeś mnie? I dlaczego w ogóle się w to wtrącasz?
- Wykonuję swoją pracę. Poza tym naprawdę jesteś zdolny.
- Ale to nie jedyny powód.
- Nawet jeśli, to nie ma to znaczenia ani dla ciebie, ani dla śledztwa. Wierz mi.
Hammer spojrzał na zegarek.
- Tak sądziłem, osiem i pół minuty. Jak trafię stąd do wyjścia? - Mężczyzna rozejrzał się zdezorientowany. Labirynt podobnych do siebie korytarzy sprawił, że nie wiedział, gdzie jest. - Widzę, że to może się okazać nie lada problemem. A sądziłem, że dobrze znam ten budynek.
- Żeby go poznać, potrzeba z dziesięć lat. Ale odprowadzę cię. Chociaż wiesz co? Nie. Człowiek nie powinien dostawać wszystkiego, to niezdrowe. Jestem pewien, że poczujesz się lepiej, kiedy po kwadransie błądzenia w końcu sam trafisz do drzwi.
- Obaj poczujemy się lepiej, na tym to polega... Masz rację, poradzę sobie. Pozdrów córkę. Mam nadzieję, że wkrótce znów się spotkamy. Miłych snów, Simonie.