Wszystko już było - Marta Lenkowska

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Salę z wysokim na pięć metrów sufitem oświetlały stłumione reflektory skierowane po ścianach w górę. Rzucały światło w różnych kolorach, tworząc wysokie kolumny, które przypominały zestaw kredek w ciemnych, ponurych barwach. Przy wysokich stolikach z kieliszkami w dłoniach stali ludzie w różnym wieku. Wszyscy w strojach wieczorowych. Długie suknie pań szeleściły fałdami materiału lub bezgłośnie spływały po zgrabnych biodrach. Panowie, zdawałoby się, nie mieli pola do popisu - marynarka i krawat lub muszka - ale w tym towarzystwie nic nie było zwyczajne. Jedni nosili marynarki połyskujące metalicznymi barwami, inni ozdobili kołnierzyk grubą jutową liną zamiast krawatem. Nikogo nie dziwili też młodo wyglądający chłopcy w pełnym makijażu. Co najwyżej budzili podziw i zainteresowanie. I chyba po to właśnie tu przyszli.

Alexa pociągnęła mnie za rękę na drugi koniec sali, żebym mogła tam spokojnie dojść do siebie. W głowie nadal mi szumiało, nie wiedziałam, gdzie jestem, a stłumione światło nie pozwalało dobrze zorientować się w sytuacji. Alexa spojrzała na mnie z troską i opuszką palca przejechała po moim policzku tuż pod okiem.

- Tak to jest malować się w pośpiechu. - Pokiwała głową z uśmiechem. - Spokojnie, twoja ukochana agentka czuwa!

- Dzięki - powiedziałam słabo.

- Przyniosę drinki. Dobrze ci zrobi, jak się napijesz. Proszę, poczekaj tu. Nigdzie nie odchodź.

Zanim zdążyłam zaprotestować, już jej nie było. Przymknęłam oczy i próbowałam zlać się z otoczeniem. I tak nie dałabym rady nigdzie stąd pójść. Nogi miałam jak z waty, a w głowie huczały mi salwy armatnie. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś miejsca do siedzenia, ale wyglądało na to, że gospodarz nie zadbał o komfort zaproszonych gości.

- Witaj, Liz! - Entuzjastycznie powitał mnie mężczyzna koło pięćdziesiątki. - Nie mieliśmy jeszcze okazji się spotkać.

Widać moja strategia, by wtopić się w tłum, nie sprawdziła się. Cudem przywołałam na twarz cień uśmiechu.

- Więc skąd mnie znasz? - zapytałam słabo.

Chciałam, żeby zostawił mnie w spokoju.

- Kochana, przecież wszyscy cię znają! - Ukazał rząd białych jak śnieg zębów. - Jaka ona skromna! - zawołał w niewiadomym kierunku, wciąż patrząc na mnie.

- Miło mi - powiedziałam tylko i przytrzymałam się wysokiego stolika, by nie stracić równowagi.

- Jestem Gary Lemons. - Potarł palcami podbródek i zawadiacko mrugnął prawym okiem. - Ale ty przecież też wiesz, kim jestem.

Przyjrzałam mu się, mrużąc oczy. Miał na sobie atramentowy smoking. Klapę marynarki ozdobił jaskrawożółtym, egzotycznym kwiatem. Karmelowa skóra kontrastowała z białymi, gładko zaczesanymi do tyłu włosami. Szczerzył zęby w hollywoodzkim uśmiechu, a w kącikach oczu pojawiły się wachlarze drobnych zmarszczek.

- Przepraszam, ale szczerze mówiąc, nie mam pojęcia - wybełkotałam.

Przez chwilę patrzył na mnie z powagą, unosząc nieznacznie brew.

- Ha! - wykrzyknął i klasnął w dłonie. - Ale z ciebie psotnica, Liz.

Przywołałam coś na kształt uśmiechu, kiedy on zanosił się chichotem. Po chwili jednak zniknął w poszukiwaniu kolejnego drinka.

- Już jestem! - Alexa pojawiła się przy stoliku. - Proszę. Wypij. Dobrze ci to zrobi.

Podsunęła mi szklankę napełnioną czarnym napojem ozdobionym limonką. Wzięłam łyk i mimowolnie się skrzywiłam. Tak jakby ten intensywny smak był drażniący dla moich stępionych zmysłów.

- Widziałam, że rozmawiałaś z Garym Lemonsem. Świetnie! - Alexa pokiwała głową.

- Tak? A kto to taki?

Alexa prychnęła.

- A ty dalej swoje? Gary to nowy redaktor naczelny pisma "Canvas". Rozmawiałaś już z nim przez telefon.

- Naprawdę? - zdziwiłam się.

- Mam nadzieję, że zachowywałaś się przyzwoicie?

Unikałam jej wzroku. Czułam w głowie mętlik. Za dużo nowych informacji. Pociągnęłam spory łyk rumu z colą i zmieniłam temat.

- Właściwie co to za impreza? - spytałam i rozejrzałam się uważniej dookoła.

Alkohol zaczynał działać, choć zdawało mi się, że inaczej niż powinien. Zmysły się wyostrzały, myśli przestały pędzić, a nogi już się tak nie uginały. Byłam spokojniejsza. Ciepło powoli rozlewało się po moim ciele.

- Jesteśmy na wernisażu połączonym z bankietem. Claire Blanchette obchodzi jubileusz.

Zatoczyła ręką koło, wskazując na zgromadzonych ludzi. Rzeczywiście dopiero teraz dostrzegłam płótna zawieszone na parawanach pośrodku sali i kłębiący się tam tłumek gości.

- Kim jest ta cała Claire? - Zamknęłam oczy i potarłam skroń, chcąc sobie to przypomnieć.

- Znacie się, ona też maluje. Zajmuje się głównie martwą naturą i pejzażem, ale widziałam też parę aktów. - Kiwnięciem głowy wskazała na wystawione płótna.

- Aktów? - Ożywiłam się.

- No i to jest moja Liz! - Alexa klasnęła w dłonie. - Czujesz się już lepiej? Może pójdziemy je obejrzeć? Wybrała podobno najlepsze ze swoich obrazów. Dobrze by było przyjrzeć im się z bliska.

Opróżniłam szklankę i podbudowana słowami Alexy, a może działaniem alkoholu, zadecydowałam:

- Chodźmy.

Obrazy były rzeczywiście dobre. Szczególnie dokładnie przestudiowałam dwa akty, które tam wyeksponowano. Kobiece ciała były wiernie odwzorowane, z uchwyceniem każdego drobnego detalu. Widać, że artystka ceniła klasyczne malarstwo, ale pociągał ją hiperrealizm. Piękna gra światła, niemal niezauważalne pociągnięcia pędzla. Jedynie kolory mi nie odpowiadały. Ciemne i ponure, ukazywały nagie ciało w niekorzystnym świetle. Wydawały się brudne i przyziemne. Ale chyba właśnie to było zamiarem autorki, bo z kolei martwa natura zaskakiwała zestawieniem świeżych owoców ze zgnilizną.

- Liz, spójrz. - Alexa zakradła się do mnie z boku. - Tam jest Claire. Po prawej stronie.

Alexa wskazywała na grupkę sześciu kobiet w wieku około czterdziestu lat. Wszystkie wyglądały zjawiskowo w pięknych, długich sukniach. Większość wybrała żywe, soczyste kolory, tylko jedna z nich miała sukienkę w kolorze zgniłej zieleni.

- To ta blondynka z krótkimi włosami? - zapytałam.

- Tak! Widzisz! Coś już kojarzysz. Doktor mówił, że to ci przejdzie. - Alexa poklepała mnie po ramieniu, a ja już nie miałam śmiałości jej powiedzieć, że to dobór koloru kreacji naprowadził mnie na trop artystki. - Chodź, pójdziemy się przywitać. - Ruszyła w ich kierunku.

- Czekaj. A jeśli o coś mnie zapytają? - Przestraszona złapałam ją za ramię.

- Będę cały czas obok. - Popatrzyła na mnie z lekkim niepokojem. - Poza tym i tak trzeba się przywitać z gospodynią.

Ruszyłyśmy w kierunku grupki kobiet.

- Witaj Claire! - wykrzyknęła Alexa, by zwrócić na nas uwagę pań.

- Alexa! Liz! Dobrze, że jesteście!

Claire zbliżyła się do nas i wyginając rękę trzymającą cienkiego papierosa, pocałowała nas na powitanie w dwa policzki.

- Rozmawiałyśmy właśnie o ostatnim manifeście Diego. Widziałyście, co zrobił?

- Jasne! Diego jest nie do podrobienia! Skąd on bierze te pomysły? - Alexa wdała się w dyskusję.

Stałam i przyglądałam się kobietom. Byłam pewna, że nigdy ich nie widziałam, ich twarze wydawały mi się zupełnie obce. Z drugiej strony - nie zostały nam przedstawione, więc pewnie powinnam je znać. Wodziłam wzrokiem po ich twarzach.

- Wszystko u ciebie dobrze, Liz? - zapytała jedna z nich, która stała tuż przy mnie.

- Tak. W porządku - wybełkotałam.

- Liz ma dziś migrenę i jest trochę zmęczona. - Alexa włączyła się do rozmowy.

- Rozumiem. Moja siostra ma tak silne napady migreny, że czasem, gdy nadchodzą, musi zwalniać się z pracy. Zamyka się w sypialni, zasłania wszystkie okna i z zamkniętymi oczami czeka, aż trochę przejdzie. Lekarz przepisał jej jakieś proszki, ale działają z opóźnieniem, więc i tak bólu nie wyeliminowały.

Kobieta gadała jak najęta, co było mi zresztą na rękę. Stwarzałyśmy pozory prowadzenia zwyczajnej rozmowy.

- U mnie się zaczęło, gdy byłam jeszcze w szkole. Nie wiadomo skąd się wzięły, ale męczą mnie do dziś - ciągnęłam.

- Trzeba próbować różnych sposobów. Może coś w końcu zadziała.

Kobieta, która, jak wkrótce wywnioskowałam, miała na imię Julia, dalej perorowała na temat różnych metod, które w jej rodzinie już przetestowano, lecz bezskutecznie. Obiecałam, że również ich spróbuję.

- Doktor przepisał Liz nowe leki, więc zobaczymy, jak się będzie po nich czuła. - Alexa znudzona zakończyła wymianę zdań rodem z poczekalni w przychodni, a Julia została wciągnięta w dyskusję na temat barwnej osobowości jakiegoś dziennikarza, który był jednym z gości bankietu.

- Chodź, kotku. Pójdziemy po drinki. - Alexa wzięła mnie pod rękę i ruszyłyśmy w stronę długiego baru, przy którym obsługiwało czworo barmanów.

- Bardzo miłe to towarzystwo - powiedziałam do niej cicho.

- No tak - odparła lakonicznie.

Czekałyśmy na zamówienie, kiedy salę rozświetliły reflektory skierowane na niewielką scenę. Wcześniej nawet jej nie zauważyłam. Do mikrofonu podszedł niewysoki mężczyzna w klasycznym czarnym smokingu.

- Witajcie, drodzy państwo! - Goście umilkli i skierowali spojrzenia na mężczyznę. - W imieniu niezrównanej gospodyni dziękuję wam za przybycie. Nasza Claire znana jest z fantastycznych przyjęć, więc wierzę, że będziecie się dobrze bawić. Tymczasem zapraszam na scenę fantastyczną artystkę, malarkę, przyjaciółkę Claire, która zgodziła się wznieść pierwszy toast i powiedzieć kilka ciepłych słów w stronę gospodyni. Liz Doporto, scena należy do pani! - wykrzyknął konferansjer i rozległy się głośnie brawa.

W ustach mi zaschło i na chwilę znieruchomiałam. Miałam nadzieję, że nie mówił do mnie. Wszyscy zwracali się do mnie Liz. Czy jest tu jakaś inna Liz? Czy to ja się nazywam Doporto? W głowie miałam mętlik.

- No tak. Czułam, że o czymś zapomniałam. - Alexa wydawała się zakłopotana, ale tylko przez chwilę. Szybko przeniosła na mnie wzrok. - Musisz iść. Coś wymyślisz. Powiedz coś o obrazach. - Posłała uśmiech do ludzi, którzy teraz wyczekująco na mnie patrzyli.

- Liz, zapraszamy! - zawołał raz jeszcze konferansjer.

Alexa wzięła mnie pod rękę i doprowadziła pod scenę jakby w obawie, że sama tam nie dojdę. Pewnie słusznie. Weszłam po schodkach. Mężczyzna w smokingu podał mi dłoń, a drugą ręką wręczył kieliszek do toastu. Wolnym krokiem podeszłam do mikrofonu; znów rozległy się brawa. Niestety po chwili ucichły. Serce podeszło mi do gardła i biło jak szalone. Poczułam falę mdłości.

- Dobry wieczór, moi drodzy. - Starałam się, żeby mój głos brzmiał jak najbardziej naturalnie. - Bardzo się cieszę, że mogę być tu dzisiaj z wami. Winszuję drogiej Claire. Wszystkiego najlepszego z okazji jubileuszu. - Nie wiedziałam co to za jubileusz, więc owinęłam się tymi pustymi frazesami jak ochronną peleryną. Światło skierowane w moją stronę oślepiało mnie tak, że nie byłam pewna, do kogo mówię, i czy w ogóle ktoś mnie słucha. Uspokoiłam drżenie rąk i mówiłam dalej: - Claire jak wiecie, jest wspaniałą malarką. Niezwykle utalentowana i wrażliwa, pokazała nam swoje najlepsze prace. - Wskazałam dłonią w stronę, gdzie, jak mi się zdawało, znajdowały się wystawione płótna. - Dziś po raz pierwszy zobaczyłam jej obrazy. Wywołały we mnie szereg emocji od smutku po radość. - Usłyszałam na sali szmer ściszonych głosów i mówiłam dalej: - Rozerwały mnie emocjonalnie i dały niezwykłą przyjemność obcowania z wielką sztuką. Dziękuję ci za to, Claire! Przyznam, że nie miałam pojęcia, jak wspaniałych artystów mam obok siebie. - Podniosłam w górę kieliszek. - Wypijmy za cudowną osobę, wspaniałą artystkę i jej wielką sztukę! - Wychyliłam spory łyk szampana i odetchnęłam. - Dziękuję bardzo!

Sala rozbrzmiała brawami, a ja powoli zeszłam ze sceny. Alexa patrzyła na mnie zadowolona.

- Świetnie poszło - wyszeptała mi do ucha.

Dobrze, że była tu ze mną.

- Chodźmy się napić - zarządziłam i pewnym krokiem poszłyśmy w stronę baru.

Alkohol zrobił swoje i pozostała część wieczoru upłynęła nam na zabawie. Zaczęłam grać w tę grę i rozmawiałam z każdym, kto się do mnie odezwał, choć za nic nie mogłam sobie przypomnieć ani jednej twarzy. Późnym wieczorem zostawiłam Alexę przy stoliku i poszłam szukać toalety. Znalazłam ją w korytarzu, który prowadził prawdopodobnie na schody. Alexa mi mówiła, że na dachu znajduje się wspaniały taras z pięknym widokiem na miasto.

Uchyliłam drzwi damskiej toalety i wewnątrz usłyszałam głos Julii. Popchnęłam zdecydowanie drzwi. Przy umywalkach jednak nikogo nie było. Julia musiała się znajdować w innej części pomieszczenia.

- Widziałaś jaka wyniosła? Jaka egoistyczna? - Usłyszałam znów jej głos i ruszyłam w tamtą stronę. - Liz to straszna primadonna. Miałaś rację.

Zatrzymałam się i stałam przy umywalce, aż dotarł do mnie sens jej słów. Ja? Egoistyczna primadonna? Za kogo ona się uważa? Za kogo oni wszyscy mnie uważają? Nie chciałam tu być. Byłam zmęczona. Podniosłam głowę i spojrzałam w bok, w lustro. Odbijała się w nim starzejąca się, rozczochrana i kuriozalnie umalowana kobieta, w której nie poznawałam siebie. Na ten widok zacisnęłam pięści i zamknęłam oczy, wyciskając z nich mimo woli dwie ciężkie łzy. Wciąż słyszałam głos Julii, ale jej słowa rozmywały się, zanim zdążyły do mnie dotrzeć. Nadmiar emocji i alkoholu wziął nade mną górę. Chwyciłam stojący obok lustra kryształowy wazon z żółtymi różami i z całej siły cisnęłam nim w kamienną podłogę. Rozległ się trzask, róże leżały bezbronne w kałuży u moich stóp. Kobiety za ścianą zaniepokoił dźwięk szkła rozpadającego się na tysiące kawałeczków. Usłyszałam stłumiony krzyk. Świat dookoła wirował. Oparłam się na chwilę o umywalkę. Muszę stąd iść, pomyślałam, zanim mnie zobaczą.

Wyszłam szybkim krokiem z toalety i natknęłam się w korytarzu na Alexę.

- Tu jesteś! - powiedziała radośnie na mój widok. Ją też już rozluźnił rum z colą. - Co się stało?

Zmieniła się na twarzy i patrzyła na mnie poważnie. Pewnie zauważyła, że dół mojej sukienki był mokry, a twarz pokrywał niezdrowy rumieniec.

- Nic. Chodźmy już. Nie mam siły dłużej tu siedzieć. Chcę do domu. - Starałam się okazać obojętność.

- Dobra. Tylko daj mi się wysikać - powiedziała niewyraźnie.

Usta zdawały się poruszać wbrew jej woli.

Zniknęła za drzwiami. Chciałam, czekając na nią, wejść na ten wspaniały taras, ale nie miałam już na to sił. Zamiast tego usiadłam na schodach za rogiem tak, by Julia i jej znajoma nie mogły mnie dostrzec, wychodząc na korytarz. Oparłam głowę na rękach i znów szukałam w mojej świadomości strzępów wspomnień. Było późno, byłam zmęczona i pijana. Miałam dość.

Kolejny raz obudziłam się z bólem głowy, jednak tym razem spowodowanym kacem, a nie migreną. Chyba musiało być już dość późno, bo wysokie słońce mocno oświetlało sypialnię. Powieki się kleiły, ciało, zdrętwiałe i ciężkie, stawiało opór. Potarłam oczy i na dłoniach natychmiast zauważyłam czarne smugi wczorajszego makijażu. Skóra rąk była dziwnie cienka i sucha, pokryta wystającymi niebieskimi żyłami. Ukryłam twarz w dłoniach. Oczy zapiekły mnie od rozmazanego tuszu i popłynęły łzy. Dźwignęłam się z łóżka.

W łazience długo myłam twarz zimną wodą. Kiedy zmyłam makijaż, przyjrzałam się swojemu odbiciu. Było okropne. Podpuchnięte i przekrwione oczy, ziemista cera, zmarszczki. Z dnia na dzień postarzałam się o jakieś dwadzieścia lat. Choć pewnie winny był temu również kac.

Nalałam wody do wanny i wzięłam gorącą kąpiel. W głowie stopniowo mi się rozjaśniało. Pomyślałam, że nie wiem nawet co to za mieszkanie. Przypomniałam sobie jak przez mgłę, że wieczorem przywiozła mnie tu taksówka. Miasto było obce. Może jestem w hotelu, a to jest bardzo przestronny apartament? Rozejrzałam się dookoła. Łazienka była duża i gustownie urządzona. Biało-niebieskie kafelkowe mozaiki przywodziły mi na myśl Grecję. Wysuszyłam swoje obco wyglądające ciało bielusieńkim ręcznikiem. Poszukałam na nim logo albo nazwy hotelu, ale niczego takiego nie znalazłam. Przy lamówce wyhaftowano tylko niebieskie muszelki. Spojrzałam znów na odbicie w lustrze i natychmiast zamknęłam oczy. W gardle czułam kluchę i chciało mi się płakać. Byłam bezsilna, bezbronna, wyobcowana.

Zawinięta w szlafrok wróciłam do sypialni i uważnie jej się przyjrzałam. Była utrzymana w podobnych barwach co łazienka, z tym wyjątkiem, że dodano tu sporo zieleni. W donicach na parapecie i podłodze rosły storczyki, monstery, wężownice i kilka innych roślin, których nie znałam z nazwy. Duże okno wpuszczało sporo promieni słonecznych, które rozgrzewały ciemną drewnianą podłogę i wesoło tańczyły, odbijane przez szklany żyrandol, złożony z wielu małych lusterek. Mebli było niewiele: duże łóżko ze wspaniałym pikowanym zagłówkiem, dwie szafki nocne, dwie klasyczne białe lampy z abażurami i elegancki fotel pokryty atramentowym aksamitem. Odsunęłam przesuwne drzwi z mlecznobiałego szkła, które znajdowały się naprzeciw łóżka i znalazłam za nimi garderobę. Po jednej stronie wypełniona była damskimi ubraniami w wielu kolorach - bluzkami, żakietami i sukienkami. Po drugiej na półkach ułożono kilkadziesiąt pudełek butów i poukładano równiutko T-shirty i dżinsy. Część półek i wieszaków była pusta. Nie dziwiło mnie to specjalnie, bo miejsca było naprawdę dużo. Nikt nie ma chyba aż tylu ubrań. Stałam w progu garderoby i zachwycałam się panującym w niej idealnym porządkiem. Słońce ogrzewało mi plecy. Dopiero teraz pomyślałam, że mimo tych ostrych promieni w mieszkaniu było przyjemnie chłodno. Nie zdążyłam się jednak nad tym dłużej zastanowić, bo w tej chwili zadzwonił dzwonek i rozległo się pukanie.

- Cześć, złotko! - powitała mnie śpiewnie Alexa i bezceremonialnie weszła do środka. Miała na sobie białą, obcisłą sukienkę i sandały na obcasie. W wysoko upięte włosy wsunęła teraz czarne okulary przeciwsłoneczne. - Wstałaś już? Fantastycznie! Jak się czujesz?

Już miałam odpowiedzieć, ale Alexa ciągnęła swój monolog, a ja stałam przed nią w szlafroku.

- Przyniosłam ci leki od doktora. Dał mi wczoraj zalecenia dla ciebie. Proszę. - Podała mi białe pudełeczko. - Musisz brać jedną dziennie, najlepiej rano. Zapamiętasz?

- Chyba tak... - Zdążyłam wydukać.

Rzeczywiście był tu wczoraj lekarz. Alexa go wezwała, kiedy ja, przerażona, miotałam się po mieszkaniu. Dał mi coś na uspokojenie i stwierdził, że pamięć powinna wkrótce wrócić.

- Świetnie. Więc jak się czujesz? Lepiej? - Szczerzyła zęby w uśmiechu, jakby chciała zarazić mnie entuzjazmem.

- Nie bardzo. Chyba bez zmian. A do tego mam potężnego kaca - przyznałam.

- Oj, kotku, tak to już jest w naszym wieku. Regeneracja trwa dłużej, ale branża nie pozwala nam zwolnić obrotów. - Sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej małą czarną saszetkę. - To cię postawi na nogi. - Zamachała mi torebeczką przed oczami. - Idź się ubrać. Zrobię ci śniadanie. - Spojrzała na złoty zegarek. - W zasadzie to już obiad - powiedziała i znów wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

Śniadanie Alexy postawiło mnie na nogi. Wypiłam posłusznie miksturę, którą mi podała na kaca, choć już i tak czułam się lepiej. Wzięłam też leki, które mi przyniosła.

- Lekarz mówił, że twój stan jest przejściowy. To się podobno zdarza przy dużym stresie, a nie oszukujmy się, że żyjesz szybko i intensywnie - mówiła z dziwnie poważną miną, zupełnie do niej niepasującą. Widocznie się tym przejmowała. - Trochę odpoczniesz, ja się wszystkim zajmę. No i zrobimy, co się tylko da, by pobudzić twoją pamięć. Wkrótce wszystko wróci do normy. - Obiecywała, zaplatając mi włosy.

Byłam spokojna w jej towarzystwie. To Alexa znalazła mnie wczoraj rano zrozpaczoną, kiedy wydawało mi się, że jestem w obcym miejscu, a w lustrze widziałam swoje starsze o kilkanaście lat odbicie. Wyjaśniła mi, kim jest i gdzie jestem. Obiecała się mną zająć. Poważnie potraktowała mój stan i wezwała pomoc. Czułam, jakby zajmowała się mną siostra. Teraz układała mi włosy tak samo, jak Wiki w dzieciństwie. Ciało wypełniło się ciepłem, jej obecność dawała mi poczucie bezpieczeństwa. Postanowiłam zaufać jej, choć jej nie pamiętałam. Czułam, że Alexa chce dla mnie dobrze.

Zaproponowała, żebyśmy odwiedziły pracownię.

- Pracownię? - spytałam zdziwiona.

- Tak, twoją własną. To niedaleko. Może coś ci się przypomni? Kto wie? - Zdawała się ucieszona tą perspektywą.

- Idziemy! - Zdecydowałam.

Wyszłyśmy na oblane słońcem podwórze, a gorące powietrze buchnęło na nas. Widać mieszkanie było klimatyzowane. Nie przypominam sobie, żebym wcześniej tu była. Słońce świeciło mi prosto w oczy, kiedy schodziłyśmy w dół ulicą, mijając zachwycający, monumentalny kościół, który zresztą widziałam już dzisiaj z balkonu. Chciałam zapytać Alexę, gdzie właściwie jesteśmy, ale akurat była zajęta rozmową telefoniczną. W oddali widziałam płynącą rzekę. Skierowałyśmy się w tamtą stronę. Zacienione i wąskie uliczki sprawiały wrażenie labiryntu; były naprawdę malownicze. Pół chodnika zajął mężczyzna grający na wiolonczeli. Mimo prażącego słońca było sporo turystów. Mijałyśmy rozchichotanych Azjatów i grupki starszych ludzi w śmiesznych czapeczkach. W witrynie kiosku dostrzegłam pocztówki i przewodniki w różnych językach. Lizbona, widniał napis na okładkach.

Zanim dotarłyśmy do celu, minęło jakieś dziesięć minut. Alexa w końcu zakończyła rozmowę i opowiadała mi o okolicy. Słuchałam chętnie i wytężałam pamięć, próbując cokolwiek skojarzyć, a ona kontrolnie na mnie spoglądała, czekając, aż coś zaskoczy.

- Właściwie to dzielnica typowo artystyczna jest jakieś piętnaście minut jazdy stąd, ale uznałaś, że jest tam dla ciebie za głośno. Tutaj jest spokojniej, można się skupić na pracy. Samochodów też jeździ mniej, bo uliczki są często zbyt wąskie. Tu, na ostatnim piętrze, masz swoją pracownię - powiedziała, popychając zielone drzwi starej, ale uroczej kamieniczki. - Światło jest świetne. Szczególnie w środku dnia. Wieczorem ulica wypełnia się dźwiękami fado płynącymi z pobliskich pubów i kawiarenek. A jest ich w pobliżu naprawdę sporo. Zresztą, sama zobaczysz - powiedziała, kończąc swój niewiarygodnie długi monolog.

- Brzmi jak raj dla artysty! Musisz mi wszystko pokazać! - Zarządziłam.

Jej opowieść podziałała na mnie motywująco i czułam, że powoli wraca mi dobry humor.

Wdrapałyśmy się po starych schodach. Korytarz był w opłakanym stanie - farba odchodziła płatami, a z sufitu sypał się tynk. Tylko podłoga była dokładnie wyszorowana i chyba nawet wypastowana. Poczułam obawy.

Na szczęście okazały się niepotrzebne, bo kiedy Alexa otworzyła drzwi pracowni, ukazała mi się jasna odnowiona kawalerka pełna obrazów. W różnych miejscach pomieszczenia stały trzy sztalugi, pewnie zmieniane w zależności od natężenia światła. Ściana naprzeciw okna pokryta była w całości obrazami w ramach różnych kolorów. Były martwe natury, portrety i akty, także coś z abstrakcji. Podłogę pokrywały drewniane panele, pochlapane gdzieniegdzie farbą, zaschniętą już dawno temu. Prawie całą południową ścianę stanowiły okna. Były wysokie od podłogi do sufitu. Pomiędzy nimi na karniszach wisiały długie białe zasłony, pewnie nigdy niezaciągane. W głębi była też maleńka kuchnia i łazienka. Pod ścianami stały oparte jeden o drugi obrazy. Było ich całkiem sporo.

- To moje? - Pokazałam palcem na płótna na sztalugach.

- Twoje - potwierdziła Alexa. - Ten skończyłaś w zeszłym tygodniu. Siedziałaś tu dzień i noc, żeby zdążyć na wystawę.

- Wystawę? Była wystawa? - spytałam oszołomiona mnogością płócien i zaczęłam analizować to najnowsze.

- Raczej będzie - poprawiła mnie. - W ten weekend mamy wystawę w galerii Esplendor. Będziesz się musiała do niej przygotować. - Spojrzała na mnie niepewnie.

- Przygotować? - Odruchowo spojrzałam na obraz.

- Nie, nie. Obrazy są gotowe, ich lista jest kompletna. Musisz się przygotować merytorycznie. - Kiedy spojrzałam na nią zdziwiona, mówiła dalej: - Będą dziennikarze i krytycy, na pewno udzielisz wywiadu, będą zadawać ci pytania. No i otwarcie wystawy należy do ciebie. Liczą, że powiesz kilka słów.

- Poradzę sobie. Przygotuję się solidnie, przeanalizuję te wszystkie obrazy. Masz może jakieś wcześniejsze wywiady, żeby się zainspirować? - spytałam rzeczowo, co ją chyba trochę zdziwiło, a nawet ucieszyło.

- Moja Liz! - Uściskała mnie. - Poszukam czegoś i ci przyniosę. Zresztą, może do soboty już wróci ci pamięć! Czuję, że będzie dobrze.

Postanowiłam stawić czoła temu wyzwaniu z godnością. Narzekanie i wykręcanie się i tak mi nie pomoże, a obrazy, które właśnie oglądałam, dodały mi sił do walki. Tyle osiągnęłam, więc muszę iść naprzód. Byłam dumna z tego, co zastałam w kawalerce. Przecież tego zawsze chciałam. Dążyłam właśnie do tego, chciałam być znaną malarką i żyć jak artysta. Wystawa, i to w stolicy Portugalii, napawała mnie dumą.

- Alexa... - zaczęłam. Musiałam jeszcze tyle się dowiedzieć, ale kiedy patrzyłam na obraz z moją sygnaturą, przyszło mi na myśl jedno zasadnicze pytanie. - Dlaczego nazywam się teraz Doporto?

Alexa popatrzyła na mnie spokojnie i po dłuższej chwili się uśmiechnęła.

- Nie uważasz, że takie nazwisko jest odpowiednie dla artystki? - Mrugnęła. - To część twojego wizerunku. Zmieniłaś je dawno temu.

Zawsze szukałam własnego stylu. Widok obrazów w pracowni sprawił, że zza mgły pamięci wyłoniło się kilka wspomnień z dzieciństwa. To nie było nic wielkiego, ale mały impuls wywołał skojarzenie, a ono serię następnych. Zdałam sobie sprawę, że są bardzo wyraźne i - byłam tego pewna - prawdziwe. W jednej chwili ułożył się w mojej świadomości obraz mnie samej, gdy miałam kilkanaście lat. To było tak naturalne. Może Alexa miała rację? Może wystarczy kilka bodźców, by wszystko mi się przypomniało? Pamiętam, że w wieku dwunastu lat chodziłam na zajęcia do ogniska artystycznego, gdzie namalowałam swoje pierwsze dzieło. Doskonale to pamiętam. Na pierwszych zaje?ciach pani Ola, nasza mentorka, zadała nam temat do pracy plastycznej w dowolnej formie. Mys?le?, z?e chciała nas troche? poznac?, dlatego mielis?my za zadanie stworzyc? prace? o swoim hobby. Dobrze sie? złoz?yło, z?e forma była dowolna. Chciałam spróbowac? wszystkiego, ale postanowiłam podejs?c? do tematu powaz?nie. Os?rodek dysponował pewnymi materiałami dzie?ki dobroci jakiegos? darczyn?cy, a pastele, farby, kredki, ołówki i cała reszta wygla?dały na prawie nowe.

Wraz z kilkorgiem dzieciaków podeszłam nies?miało do półek pod parapetem, gdzie zgromadzono wszystkie te dobra. Niepewnie omiatalis?my wzrokiem znane i nieznane przedmioty. Drz?a?ca? dłonia? przejechałam po nowiuten?kim zestawie suchych pasteli. Przez szyby przechodziły ciepłe promienie popołudniowego słon?ca, w powietrzu unosiły sie? drobinki kurzu, a dookoła mnie skrzypiała drewniana podłoga. Poczułam ogrom moz?liwos?ci. W tamtej chwili byłam wolna, niczym nieograniczona, przestałam zauwaz?ac? co się dzieje dookoła, pozbyłam sie? balastu z mojej głowy i dałam ponies?c? wyobraz?ni. Na duz?ym arkuszu papieru eksperymentowałam z róz?nymi technikami. Chciałam sie? zapoznac? z róz?nymi materiałami. Postanowiłam zacza?c? od brudnopisu, z?eby wiedziec?, w czym poczuje? sie? swobodnie. To był strzał w dziesia?tke?. Odkryłam, z?e pastele sa? dla mnie zbyt trudne. Stwierdziłam, z?e kredki sa? zbyt oklepane i dziecinne, dobre dla przedszkolaków. Zapac?kałam kartke? wszystkim, co znalazłam na regale. Farby plakatowe mieszały sie? z wycinankami, brokatem i filcem. W kon?cu odkryłam to, czego cały czas szukałam. Akwarelę. Z akwarela? poczułam, z?e płyne?. Moje mys?li rozwijały sie? swobodnie, jak kłe?bek włóczki tocza?cy sie? po podłodze obok mnie (swoja? droga? ciekawe, co z tej włóczki wtedy powstało), prowadziły do celu, a to z kolei dawało ulge? i satysfakcje?. Akwarela sie? nie narzucała ani intensywnos?cia? barw, ani wyrazistos?cia? konturów. Czułam, z?e odnalazłam włas?ciwy s?rodek wyrazu, taki jak ja - delikatny, ale z niezaprzeczalnym charakterem. Z potencjałem. Ja ten charakter chciałam dopiero pokazac?.

Bardzo zaangaz?owałam sie? w prace? nam moim pierwszym dziełem. To nie tak, z?e wcześniej nigdy nic nie narysowałam, ale to był ten moment, w którym poczułam, z?e tworze? sztuke?. Wtedy tak bardzo zafascynowana byłam mnogos?cia? moz?liwos?ci i technik, z?e nie zauwaz?yłam, kiedy sie? skon?czyły zajęcia. Pani Ola pozwoliła mi zostac? podczas dwudziestominutowej przerwy w sali, a sama przegla?daja?c gazete?, piła kawe? i jadła kanapke?. Kiedy przerwa dobiegła kon?ca, a pani Ola miała rozpocza?c? lekcje s?piewu ze swoja? grupa?, spojrzałam na nia? błagalnym wzrokiem, a ona widza?c chyba moje zarumienione policzki, uniosła ka?cik ust, pokre?ciła lekko głowa? i pozwoliła mi zostać jeszcze podczas naste?pnych zaje?c?. Wie?cej juz? do mnie nie podchodziła, pogodzona widocznie z moja? potrzeba? tworzenia. Wydaje mi sie?, z?e została nawet jeszcze po tym, jak jej ostatnie zaje?cia sie? skon?czyły. Czułam, z?e zawia?zała sie? mie?dzy nami nic? wzajemnej sympatii, która jeszcze przez wiele lat miała nas ła?czyc?.

Dobrze pamie?tam moje pierwsze dzieło. Po cze?s?ci, dlatego z?e byłam z niego bardzo dumna i było pewnym pocza?tkiem dla mnie. Ale po cze?s?ci tez? z innego powodu, mniej miłego. Na grubym papierze formatu A3 namalowałam akwarelami autoportret. Obrazek przedstawiał moje popiersie, oczy miałam skierowane ku górze, jakbym nad czyms? rozmys?lała. Istotnym elementem była woda, która sie?gała mi mniej więcej do uszu. Pamie?tam, z?e trudno było namalowac? wodę, z?eby wszystkiego nie rozmazac? i nie pomieszac? kolorów. Próbowałam kilka razy, zanim osiągnęłam zadowalający efekt. Najpierw namalowałam cze?s?c? siebie pod woda? troszke? poszarzałymi kolorami, przestrzen? obok mnie wypełniłam delikatna? błe?kitna? farba?. Wygla?dała jak czys?ciutka woda z połyskującymi gdzieniegdzie białymi refleksami jak od promieni słon?ca. Naste?pnie domalowałam sobie cze?s?c? głowy ponad woda?, juz? wyraz?nymi kolorami. Dodałam nad głowa? chmurki, które miały przedstawiac?, o czym mys?le?. W chmurkach namalowałam pe?dzel, palete? z farbami i sztalugę. W dolnym rogu machne?łam nawet profesjonalny podpis, a na odwrocie zapisałam tytuł dzieła - Zanurzona w sztuce. Duma az? ze mnie kipiała. Pani Ola spojrzała na dzieło i zauważyła zapewne moje zadowolenie, dlatego powiedziała z podziwem:

- S?wietna praca, Elizko. Wspaniałe barwy, staranne wykonanie. Widac?, z?e s?wietnie sobie radzisz z akwarelami! To jestes? ty jak z?ywa! - Połoz?yła re?ke? na moim ramieniu, a ja poczułam, jak spływa na mnie jakas? niezwykła energia.

- Mys?li pani, z?e jak na pierwszy raz jest dobra? - odezwałam sie? troche? onies?mielona.

- Pierwszy?

- Nigdy wczes?niej nie malowałam takimi farbami - przyznałam.

- To sa? akwarele. A praca jest wie?cej niz? dobra! Jest wspaniała!

Spojrzała na mnie z us?miechem, ale nie takim zwyczajnym. Pamie?tam, z?e uśmiechały sie? do mnie jej oczy. Nawet teraz widze? je w wyobraz?ni.

Mimo że wtedy traktowałam to poważnie, to była zabawa. Chciałam w niej odnaleźć siebie, swój pomysł na życie. Teraz we własnej pracowni przygotowuję wystawę. Moja agentka udziela mi porad jak odpowiadać na pytania dziennikarzy. Ma być bankiet, a znane twarze artystycznego światka będą pozowały do zdjęć, popijając wino. Czy to nadal jest zabawa? Między lukami w pamięci wyszukałam to wspomnienie. Mój pierwszy poważny obraz. To od niego wszystko się zaczęło.

Postanowiłyśmy z Alexą powoli popakować i zabezpieczyć obrazy. Miały wkrótce zawisnąć w galerii, a ja chciałam je najpierw dokładnie obejrzeć. Było wśród nich kilka perełek, z których byłam teraz niezwykle dumna. Nie mogłam uwierzyć, że to ja je stworzyłam. Na studiach byłam zafascynowana kobiecym aktem i widać to mi zostało. W skupieniu i niespiesznie oglądałam każdy obraz, a Alexa zabezpieczała je do przewiezienia. Nie poganiała mnie. Czułam się swobodnie i ona chyba też. Dużo mówiła o pracy i naszych planach:

- Do soboty daję ci odetchnąć. Lekarz powiedział, że musisz trochę zwolnić. Twoim zadaniem będzie tylko przygotowanie się do imprezy. Dasz radę. W przyszłym tygodniu mamy wywiad dla magazynu kobiecego i sesję zdjęciową. Tylko tyle - mówiła, przeglądając kalendarz w telefonie, a ja zastanawiałam się, czy to naprawdę jest "tylko" tyle. - Z ważniejszych rzeczy: za trzy tygodnie masz prelekcję w Madrycie... - opowiadała dalej, ale powoli przestawałam słuchać. Wolałam patrzeć.

Piękne kobiece ciała, kolorowe ptaki i pejzaże zachwyciły mnie samą, choć to pewnie brzmi nieskromnie. Poruszała mnie delikatność i jednoczesne zdecydowanie konturów, oczarowywała lekkość i nasycenie kolorów. Patrząc na swoje obrazy, przypominałam sobie wskazówki moich mistrzów z włoskiej uczelni. Nadal się do nich stosowałam, choć nie bałam się eksperymentować w dążeniu do własnego niepowtarzalnego stylu. Tego właśnie pragnęłam, zaczynając przygodę z malowaniem - znaleźć siebie, coś, co będzie tylko moje, dopóki pochlebcy nie zaczną mnie naśladować. Byłam zadowolona z dotychczasowych efektów, ale chciałam pracować dalej. Chciałam jak najszybciej wziąć pędzel do ręki.

Moje rozmyślania przerwał dzwonek telefonu Alexy, która teraz oparta o ramę okna paliła, wydychając dym na zewnątrz. Spojrzała na wyświetlacz i momentalnie ugasiła papierosa, przygniatając go kciukiem na parapecie. Wzięła wdech, przybrała profesjonalny uśmiech, zupełnie jakby rozmówca miał ją zobaczyć, i odebrała. Z jej serdecznego powitania zrozumiałam niewiele. Tylko tyle, że mówiła po niemiecku.

Przeszła do maleńkiej kuchni, by tam spokojnie porozmawiać. Ja tymczasem zabrałam się do przeglądania kolejnych obrazów zgromadzonych w kącie pokoju. Zaciekawił mnie szczególnie duży karton stojący pod samą ścianą. Miał ze dwa metry wysokości i pół metra szerokości. Delikatnie odsunęłam mniejsze pakunki i ramy, by dostać się do niego. Nie wiedząc, co znajduje się w środku, ostrożnie położyłam wysoki karton płasko na podłodze, by przy otwieraniu nic z niego nie wypadło. Karton był sztywny i gruby, bez problemu poradziłam sobie z jego otwarciem. W środku znajdowała się duża rama owinięta folią bąbelkową. Odwinęłam ją delikatnie, a moim oczom ukazało się arcydzieło. Ogromna rama otaczała niewiarygodny akt kobiecy naturalnych rozmiarów. Akwarela przestała być farbą. Stała się ciałem. Piękna ciemnowłosa dziewczyna skromnie spuściła wzrok, ukazując nagą delikatnie opaloną skórę. Jedną ręką zakładała kosmyk włosów za ucho, drugą obejmowała się w talii. Prawą połowę jej ciała oświetlało słońce wpadające przez okno, lewa pozostawała w cieniu. Była czarująca. Emanująca delikatnością i siłą zarazem.

Nie wiem, jak długo stałam nad otwartym kartonem, ale z zamyślenia wyrwała mnie Alexa, która wróciła do pokoju.

- Świetne wieści! Za tydzień mamy spotkanie w sprawie wystawy w dużej wiedeńskiej galerii! - wykrzyknęła uradowana i klasnęła w dłonie. - Właśnie dopinam szczegóły. Wszystko zorganizuję i pojedziemy tam razem. Właściciel koniecznie chce się z nami zobaczyć osobiście. - Spojrzała na mnie uważnie. - Coś się stało? - Przeniosła wzrok na pudło na podłodze. - Coś się stało z obrazem? - Zapytała przestraszona nie na żarty i przykucnęła, by mu się przyjrzeć. Dopiero ten gest mnie ożywił.

- Nic się nie stało! Spokojnie. - Pomogłam jej wstać. - Zamyśliłam się. Ten obraz... - Szukałam słów.

- Coś z nim nie tak? - spytała już spokojniej.

- Przeciwnie. - Pokiwałam głową. - Jest zachwycający.

Alexa odetchnęła z ulgą, a ja przeciwnie - poczułam niezrozumiałą obawę.

- Rzeczywiście jest chyba najlepszy spośród tych, które namalowałaś do tej pory. - Fachowym spojrzeniem przebiegła po obrazie. - Jak go zobaczą w sobotę, oszaleją! Zobaczysz! Posypią się propozycje! Znowu z wystawą objedziemy pół świata. - Klepnęła mnie lekko po ramieniu. - No, ale teraz skupmy się na bieżących zadaniach.

Sprawnie dokończyłyśmy pakowanie obrazów, które jutro kurier miał przewieźć do galerii, zamknęłyśmy drzwi pracowni i wyszłyśmy na ulicę. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Powietrze nadal było gorące, ale skórę chłodził przyjemny, ciepły wiatr. Miałam ogromną ochotę na spacer, ale wysokie obcasy Alexy skutecznie ten plan niweczyły. Drogę do pracowni pokonała pieszo, tylko dlatego, że nie dało się tu dojechać samochodem. Chyba lubiła działać sprawnie, a spacer ją spowalniał.

Doszłyśmy do rogu ulicy, Alexa nagle się zatrzymała i machnęła ręką na taksówkę. Ta posłusznie zatrzymała się tuż przy niej.

- Trafisz sama, prawda? - spytała obojętnym tonem, szukając czegoś w torebce.

Stałam przy niej zdziwiona, chociaż właściwie nie wiem, dlaczego sądziłam, że będzie mi towarzyszyła cały czas.

- Jasne - odpowiedziałam najbardziej pewnym głosem, na jaki było mnie stać.

- Świetnie. - Uśmiechnęła się, ale jej wzrok był nieobecny. - Tutaj masz adres pracowni, tutaj mieszkania, a tu masz mój numer w razie czego.

Wzięłam od niej wszystkie karteczki i schowałam w małej torebce, którą wzięłam z garderoby. Miałam w niej klucze do mieszkania i pracowni, kilka damskich bibelotów i portfel. Wkładając wizytówki od Alexy, zauważyłam jednak brak telefonu.

- Okej, tylko widzę, że nie mam telefonu...

- Pewnie został w domu. Poszukaj, jak wrócisz - powiedziała, wsiadając do taksówki i zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zamknęła drzwi i auto odjechało.

Zostałam sama, ale przynajmniej teraz mogłam się swobodnie przejść. Upewniłam się, że w portfelu mam pieniądze. Pamiętałam, że niedaleko był kiosk, więc postanowiłam iść w tamtą stronę. Chciałam zdążyć, zanim go zamkną, więc ruszyłam szybkim krokiem.

Młody sprzedawca powitał mnie uśmiechem i wrócił do przeglądania gazety. Wzięłam z regału mapę miasta dla turystów i paczuszkę ziołowych cukierków. Zatrzymałam się przy stojaku z prasą i sprawdziłam, która gazeta ma najbardziej rozbudowany dział kulturalny. Chciałam wiedzieć, co w trawie piszczy. Wybrałam jedną i już miałam odchodzić, kiedy zauważyłam pismo "Canvas". Ten tytuł przypomniał mi wczorajszy wieczór i białowłosego mężczyznę, który do mnie zagadywał, kiedy weszłam do sali. Nie mogłam sobie teraz przypomnieć jego nazwiska, ale byłam bardzo ciekawa tego czasopisma, więc wzięłam egzemplarz z półki. Zapłaciłam za wszystko i wyszłam na ulicę.

Słońce schowało się już za budynkami i dookoła pociemniało. Malownicza uliczka drżała światłem wylewającym się z malutkich barów i kawiarni. Powietrze było przyjemnie ciepłe. Granatowo-szare bezchmurne niebo ciemniejąc, harmonizowało ze złotym światłem lamp ulicznych, które rozświetliły ulicę kilka minut temu.

Nie chciałam wracać do tego obcego mieszkania. Wydaje mi się, że nigdy nie lubiłam samotności, że zawsze chciałam być tam, gdzie coś się dzieje. I tym razem skusił mnie słabo oświetlony bar, w którym gromadziło się coraz więcej młodych ludzi. Zaciekawiona weszłam do środka i usiadłam na końcu baru. Chwilę później podeszła do mnie młoda barmanka.

- Co pani podać? - spytała grzecznie.

- Kieliszek czerwonego wina - odpowiedziałam.

Nie chciałam znów przesadzić z alkoholem, ale od jednego kieliszka nic się przecież nie stanie.

- Jakiego?

- Zaskocz mnie - powiedziałam wesoło, a barmanka lekko się zdziwiła, ale zaraz odpowiedziała uśmiechem i poszła poszukać butelki.

Otworzyłam gazetę i przeskoczyłam od razu do działu kulturalnego. Z zainteresowaniem poczytałam o nowościach książkowych, kinowych i teatralnych, sztukę zostawiając sobie na koniec. W międzyczasie barmanka postawiła przede mną kieliszek rubinowego płynu. Wzięłam łyk i poczułam delikatne ciepło rozlewające się po moim ciele. Było bardzo dobre.

Wróciłam do czytania gazety. Na kolejnych stronach znalazłam recenzję jakiejś wystawy. O mojej najbliższej wystawie nie napisano ani słowa. Poczekam na recenzje po wernisażu, może wtedy coś znajdę. Natknęłam się jednak na artykuł o bankiecie u Claire Blanchette. Poznałam po zdjęciu, że to ta sama impreza, na której byłam wczoraj. Artykuł był długi na pół strony, a jego tytuł brzmiał Jubileusz nie bez incydentu. Zaintrygowana jaki to incydent miał miejsce na wczorajszej imprezie, szybko przebiegałam wzrokiem po tekście. Rozpoczynał się przedstawieniem jubilatki, następnie odmalowywał wiernie atmosferę i koloryt towarzystwa. Czekałam nadal na wzmiankę o jakiejś wpadce. Znalazłam ją na końcu tekstu:

 

Niestety w towarzystwie nie brakowało również takich, którzy kosztem jubilatki chcieli podkreślić swoją pozycję. Pierwszy toast na cześć Claire wygłaszała jej koleżanka po fachu Liz Doporto. Niestety wybór tej "przyjaciółki", jak ją zaanonsował konferansjer, do wygłaszania mowy był, jak się okazało, nieodpowiedni. Jej ekscentryczny charakter dał się zauważyć i tym razem. Doporto nie tylko zachowywała się dziwacznie podczas całej imprezy, świadkowie relacjonują nawet, że wyglądała i zachowywała się, jakby się czegoś naćpała. Jakby tego było mało, jej toast znieważał samą jubilatkę. Rzucała pustymi frazesami, a wśród publiczności zawrzało, kiedy powiedziała wyraźnie, że tego wieczoru po raz pierwszy zobaczyła obrazy Blanchette. Takie wyznanie wydaje się wielce niestosowne podczas obchodów dwudziestolecia pracy twórczej, szczególnie kiedy wychodzi od osoby z branży, czyli takiej, która dobrze zna kolegów po pędzlu. Czy Liz Doporto naprawdę uważa, że umniejszanie cudzych sukcesów wyniesie ją samą na piedestał? Nie wiemy, jak na jej słowa zareagowała jubilatka, Blanchette odmawia komentarza w tej sprawie. Z pewnością jednak zastanowi się poważnie, komu oddać głos podczas kolejnych przyjęć.

 

Długo siedziałam przy barze, gapiąc się niemo w tekst. Nie wiedziałam już, czy to rzeczywiście był skandal, czy byłam winna, czy dziennikarz zbytnio rozdmuchiwał sprawę. Niewiele pamiętałam z wczorajszego wieczoru. Czułam się dziwnie i właściwie nie powinnam się pokazywać ludziom. Nie sądziłam, że każdy mój krok i każde słowo będą oceniane. Czy Alexa to wiedziała?

Gestem przywołałam barmankę i poprosiłam o butelkę tego samego wina. Popatrzyła na mnie jeszcze bardziej zdziwiona, ale po chwili profesjonalnie skinęła głową i odeszła. Przyniosła butelkę portugalskiego półwytrawnego wina z białą etykietą. Złote litery lśniły elegancko w barowym stłumionym świetle. Nalała mi kieliszek i bez słowa odeszła. Wypiłam go szybko. Znów wpatrywałam się w artykuł. Ekscentryczny charakter? Chyba nikt mnie nigdy nie określił takimi słowami. Kim ja byłam dla nich wszystkich? Chciałam tylko malować. Dlaczego przypisano mi taką etykietę? Dziwaczna, ekscentryczna... W głowie echem odbiły się słowa, które ktoś wczoraj o mnie powiedział. Primadonna. Złapałam butelkę i nalałam sobie kolejny kieliszek. Palcem przejechałam po wypukłych złotych literach. Dlaczego nie mam takiej etykietki? Eleganckiej, z klasą. Dlaczego w ogóle muszę jakąś mieć?

Nie zauważyłam, kiedy bar wypełnił się po brzegi ludźmi. Podniosłam głowę, kiedy młody mężczyzna mówił do mikrofonu w kącie lokalu. Tam na jednym metrze kwadratowym podłogi rozłożono zestaw do karaoke. Goście entuzjastycznie zareagowali na taką propozycję rozrywki, być może był to stały element wieczoru. Już chwilę później pierwsza ochotniczka wykrzykiwała do mikrofonu jakiś gorący hit, a jej grupa szalała do muzyki.

Dopiero teraz zrozumiałam, że nie pasuję do tego towarzystwa. Byli młodzi. Ja już nie. Nikt tu nie patrzył na mnie źle, ale byłam samotna. Dlaczego nie pamiętam ostatnich lat, a przypominam sobie sceny z dzieciństwa? Nalałam wina i wśród hałasu próbowałam odnaleźć ostatni moment, który pamiętam ze swojego życia. Mniej więcej pamiętam wczorajszy dzień, ale co było przedtem? Wytężyłam umysł, lecz nie mogłam się niczego uczepić.

Przechodzący obok chłopak przypadkiem szturchnął mnie w ramię i zachwiałam się na barowym stołku. Skinął przepraszająco głową, a ja otworzyłam szeroko oczy. Jest! Pamiętam koncert Wiki, odbierała dyplom ukończenia akademii. Później wyjechałyśmy razem do Pragi. To był prezent ode mnie. Cieszyłam się, że z tak świetnym wynikiem ukończyła studia. Miała już chyba nawet propozycję pracy w operze, ale nie pamiętam w której. Chwilę... skoro ona miała wtedy pewnie ze dwadzieścia pięć lat, to ja musiałam mieć około dwudziestu ośmiu.

Jakimś cudem alkohol rozjaśniał mi umysł. Jak rażona prądem złapałam leżącą na barze gazetę, a kobieta siedząca obok, podskoczyła przestraszona moim gwałtownym gestem. Zamknęłam gazetę i przyjrzałam się pierwszej stronie. Głowa pulsowała, twarz przybrała odcień czerwieni. Szybkim haustem opróżniłam kieliszek i spojrzałam jeszcze raz. Tak, mamy rok dwa tysiące dziewiętnasty. Nie przywidziało mi się. W takim razie mam teraz czterdzieści siedem lat.

Wypiłam wino do końca, skinęłam na barmankę, a ona podsunęła mi rachunek. Zostawiłam pieniądze na barze i nerwowo przeciskając się między ludźmi, wyszłam na ulicę. Pod pachą miałam dwie gazety datowane na trzydziestego kwietnia dwa tysiące dziewiętnastego roku. Gdzie się podziało ostatnie dziewiętnaście lat mojego życia? Gdzie ja się podziałam? Serce waliło jak szalone, a nogi lekko uginały się pod wpływem wina. Nie miałam siły szukać domu, zresztą musiałabym iść pod górę. Zeszłam więc chodnikiem w dół, w stronę rzeki. W małym sklepiku, prawdopodobnie jedynym, który był w okolicy otwarty o tej porze, kupiłam butelkę wina. Wzięłam pierwszą lepszą odkręcaną butelkę i niezdarnie wysypałam pieniądze na ladę. Ciemnoskóry mężczyzna popatrzył na mnie z uśmiechem, w którym dopatrzyłam się politowania. Może tylko mi się zdawało, bo kiedy odchodziłam, mrugnął do mnie uwodzicielsko.

Wyszłam szybko ze sklepiku, żeby nie wdawać się w pogawędkę. Szłam nadal w stronę rzeki. Chciałam zobaczyć ją z bliska. Odkręciłam wino i wypiłam łyk prosto z butelki. Przez myśl przeszło mi, że mogę zaraz wywołać kolejny obyczajowy skandal. Może nawet zgarnie mnie policja. Uśmiechnęłam się zadziornie na tę myśl. Malarka pije jak menel - upadek świata sztuki, czy jego prawdziwe oblicze? - Zobaczyłam w wyobraźni nagłówek nowego artykułu na mój temat. Nic sobie z tego nie robiąc, chodziłam po okolicy z butelką i gazetą. Wkrótce zauważyłam, że po drodze zgubiłam egzemplarz "Canvas". Pod pachą miałam tylko dziennik z tym przeklętym artykułem. Nie wiem, która była godzina, gdy wyrzuciłam pustą butelkę do kosza i jakimś cudem znalazłam się pod oknami pracowni. W torebce miałam klucz. Przynajmniej ten.