Prosektorium numer cztery
Jest tak ciemno, że przez chwilę - nie mam pojęcia, jak długo - wydaje mi się, że wciąż jestem nieprzytomny. Potem powoli dochodzi do mnie, że nieprzytomni ludzie nie odczuwają ruchu w ciemności, któremu towarzyszy cichy, rytmiczny dźwięk - najprawdopodobniej odgłos skrzypiącego koła. I czuję, że moje ciało czegoś dotyka, od głowy po czubki pięt. W nozdrzach czuję zapach jakby gumy czy winylu. Nie jestem nieprzytomny, poza tym wrażenia, jakie odbieram, są zbyt... jakie właściwie? Zbyt racjonalne, aby to mógł być sen.
W takim razie co to jest?
Kim jestem?
I co się ze mną dzieje?
Ustaje jękliwy rytm skrzypiącego koła i zatrzymuję się. Okrywające mnie coś o zapachu gumy głośno szeleści. Głos:
- Mówili, że do której?
Chwila ciszy. Drugi głos:
- Chyba do czwórki. Tak, do czwórki.
Znów ruszamy, ale wolniej. Teraz słyszę ciche szuranie stóp, prawdopodobnie w butach na miękkiej podeszwie, być może adidasach. Buty należą do właścicieli głosów. Znowu mnie zatrzymują. Słychać głuchy stuk, potem cichy szum. Wydaje mi się, że to odgłos otwierania drzwi pneumatycznych.
Co tu się dzieje? - wrzeszczę, lecz wrzask rozlega się tylko w mojej głowie. Moje wargi się nie poruszają. Wyraźnie je czuję - i język leżący bezwładnie w ustach jak ogłuszony kret - ale nie mogę nimi poruszać.
Pojazd, na którym spoczywam, sunie dalej. Ruchome łóżko? Tak. Inaczej wózek. Miałem już do czynienia z czymś takim, dawno temu podczas zakichanej przygody azjatyckiej Lyndona Johnsona. Uświadamiam sobie, że jestem w szpitalu, że stało mi się coś złego, coś podobnego do wybuchu, który dwadzieścia trzy lata temu omal mnie nie wykastrował, i będę miał operację. Dzięki temu przypuszczeniu potrafię udzielić rozsądnych odpowiedzi na większość pytań, ale szkopuł w tym, że nic mnie nie boli. Nic mi właściwie nie jest, jeżeli nie liczyć obezwładniającego przerażenia. Ale jeśli to są sanitariusze, którzy wiozą mnie do sali operacyjnej, dlaczego nic nie widzę? Dlaczego nie mogę mówić?
Trzeci głos:
- Tutaj, chłopcy.
Łóżko na kółkach zostaje skierowane w inną stronę, a w mojej głowie tłucze się pytanie: W co ja się najlepszego wpakowałem?
Chyba zależy od tego, kim jestem, myślę, ale to przynajmniej wiem na pewno. Nazywam się Howard Cottrell. Jestem maklerem giełdowym nazywanym przez niektórych kolegów Howardem Zdobywcą.
Drugi głos (tuż nad moją głową):
- Pięknie dziś pani wygląda, pani doktor.
Czwarty głos (damski i spokojny):
- Zawsze miło słyszeć potwierdzenie tego faktu z twoich ust, Rusty. Moglibyście się trochę pospieszyć? Muszę wrócić do domu przed siódmą. Opiekunka do dziecka obiecała swoim rodzicom, że zje dziś z nimi kolację.
Wrócić przed siódmą, wrócić przed siódmą. Może jeszcze jest popołudnie albo wczesny wieczór, ale tu panują egipskie ciemności, jest ciemno jak cholera, jak u świstaka w dupie - i co się w ogóle dzieje? Gdzie byłem? Co robiłem? Dlaczego nie dyżurowałem przy telefonach?
Bo jest sobota, wymamrotał głos z głębi. Byłeś... byłeś...
Dźwięk: ŁUP! Uwielbiam ten dźwięk. Można powiedzieć, że dla niego żyję. Dźwięk... czego? Kija golfowego, no jasne. Wybijającego piłkę z kołka. Stoję i przyglądam się, jak piłka wzbija się w błękit nieba...
Łapią mnie za ramiona i łydki i podnoszą. Truchleję ze strachu i próbuję krzyknąć. Nie wydobywam z siebie żadnego dźwięku... może tylko słabiutki pisk, znacznie cichszy niż skrzypienie kółka pode mną. Pewnie w ogóle niesłyszalny. Pewnie rozległ się tylko w mojej wyobraźni.
Przenoszą mnie w powietrzu w powłoce z czerni - hej, nie upuśćcie mnie, mam wrażliwe plecy! Staram się odezwać, ale znów nie poruszają się wargi ani zęby; język nadal leży w ustach; być może kret nie jest ogłuszony, ale martwy, a do głowy przychodzi mi straszna myśl, która wywołuje niemal panikę: co będzie, jeśli położą mnie odwrotnie i język zatka mi tchawicę? Nie będę mógł oddychać! W takich razach mówi się przecież, że ktoś "połknął język", prawda?
Drugi głos (Rusty):
- Ten się pani spodoba, pani doktor, wygląda jak Michael Bolton.
Lekarka:
- Kto taki?
Trzeci głos - brzmi jakby należał do młodego, najwyżej kilkunastoletniego chłopaka:
- Ten biały knajpiany piosenkarz, który chce być czarny. Ale to chyba nie on.
Słyszę śmiech, do którego dołącza się kobiecy głos (trochę niepewnie), a kiedy kładą mnie na czymś w rodzaju wyściełanego stołu, Rusty znów zaczyna dowcipkować, jak gdyby opracował repertuar na cały wieczór. Tracę resztki wesołości, bo nagle zdejmuje mnie zgroza. Wcześniej pomyślałem, że nie będę mógł oddychać, jeśli zadławię się językiem, a jeżeli już nie oddycham?
Jeśli już nie żyję? Może tak właśnie wygląda śmierć?
Wszystko się zgadza. Zgadza się, pasuje w każdym najokropniejszym szczególe. Ciemność. Zapach gumy. Dziś jestem Howardem Zdobywcą, mistrzem wśród maklerów, postrachem Miejskiego Klubu Sportowego Derry, częstym bywalcem miejsca znanego na polach golfowych całego świata pod nazwą "dziewiętnastego dołka", ale w 1971 roku należałem do Zespołu Pomocy Medycznej w delcie Mekongu i byłem przerażonym dzieciakiem, który czasem w środku nocy z mokrymi oczami budził się ze snu o swoim ukochanym psie. W jednej chwili poznaję ten dotyk i zapach.
Boże drogi, jestem w worku na zwłoki.
Pierwszy głos:
- Może to pani podpisać? Proszę mocno dociskać, jest w trzech egzemplarzach.
Odgłos długopisu sunącego po papierze. Wyobrażam sobie właściciela pierwszego głosu, który wyciąga do lekarki podkładkę z dokumentem.
Jezu Chryste, nie pozwól, żebym był martwy! Próbuję krzyczeć, lecz znów nie wydaję żadnego dźwięku. Przecież chyba jednak oddycham... prawda? Nie czuję, że oddycham, ale zdaje się, że z moimi płucami wszystko w porządku, nie pulsują z bólu, nie domagają się powietrza jak wówczas, gdy człowiek zanurzy się zbyt głęboko pod wodę, więc musi być dobrze, nie?
Jeżeli nie żyjesz, mamrocze znów tamten głos z głębi, w ogóle nie domagałyby się powietrza, prawda? Nie - bo martwe płuca nie muszą oddychać. Martwe płuca... po prostu się tym nie przejmują.
Rusty:
- Co pani robi w przyszłą sobotę wieczorem, pani doktor?
Jeżeli jednak nie żyję, jak mogę cokolwiek odczuwać? Jak to możliwe, że czuję zapach worka, słyszę głosy, na przykład teraz lekarka mówi, że w przyszłą sobotę kąpie psa, który też ma na imię Rusty, co za zbieg okoliczności, i wszyscy się śmieją? Jeżeli nie żyję, dlaczego po prostu nie zniknąłem albo nie wszedłem w to białe światło, o którym zawsze mówią u Oprah Winfrey?
Rozlega się głośny dźwięk, jakby ktoś rozdarł tkaninę, i w jednej chwili znajduję się w jasnym blasku; jest oślepiający jak słońce przebijające się przez grubą zasłonę chmur w zimowy dzień. Próbuję zmrużyć oczy, ale nic się nie dzieje. Powieki przypominają rolety na zepsutych rolkach.
Nachyla się nade mną czyjaś twarz, częściowo zasłaniając światło, którego źródłem nie jest żadna oślepiająca powierzchnia astralna, tylko rząd świetlówek na suficie. Natomiast twarz należy do młodego, przystojnego mężczyzny w wieku mniej więcej dwudziestu pięciu lat; wygląda jak jeden z tych szablonowych plażowych mięśniaków, których można zobaczyć w serialach "Słoneczny patrol" czy "Melrose Place". Może nieznacznie inteligentniej. Gęstą ciemną czuprynę przykrywa zielony czepek chirurgiczny. Mężczyzna jest ubrany w fartuch ochronny. Za przychylne spojrzenie jego oczu koloru kobaltu niektóre dziewczyny oddałyby zapewne wszystko. Na kościach policzkowych rysują się delikatne łuki ciemnych piegów.
- O kurczę - mówi. To trzeci głos. - Gość rzeczywiście wygląda jak Michael Bolton! Może jest deczko za stary... - Nachyla się bliżej. Jedna z tasiemek zielonego fartucha łaskocze mnie w czoło. - ...Ale tak, widać podobieństwo. Hej, Michael, zaśpiewaj nam coś.
Próbuję zaśpiewać tylko: Pomocy! Jednak wciąż patrzę w jego ciemnoniebieskie oczy nieruchomym wzrokiem nieboszczyka; wciąż się zastanawiam, czy rzeczywiście nie żyję, czy tak to wygląda, czy właśnie przez to przechodzi każdy z nas, kiedy stanie mu pompka. A jeżeli nadal żyję, dlaczego facet nie zauważył, jak pod wpływem ostrego światła zwęziły mi się źrenice? Lecz znam odpowiedź... lub wydaje mi się, że znam. Nie zwęziły się. Dlatego blask świetlówek sprawia mi taką przykrość.
Tasiemka łaskocze mnie w czoło jak piórko.
Pomocy! - krzyczę na tego mięśniaka ze "Słonecznego patrolu", który prawdopodobnie jest stażystą albo wręcz praktykantem. Pomocy, błagam!
Moje wargi nawet nie drgną.
Twarz odsuwa się, tasiemka przestaje mnie drażnić i nagle białe światło atakuje mój biedny mózg przez nieposłuszne oczy, których nie potrafię odwrócić. Potworne uczucie, jakbym doświadczał gwałtu. Jeśli będę musiał patrzeć na to zbyt długo, chyba oślepnę, co będzie wybawieniem.
ŁUP! Znów dźwięk kija wybijającego piłkę, ale trochę za płasko, czuję to w rękach. Piłka szybuje w górę... ale skręca... oddala się w stronę...
Cholera.
Strzelam w zarośla.
W polu mojego widzenia zjawia się inna twarz, której właściciel ma biały fartuch zamiast zielonego, zwieńczona strzechą ogniście rudych włosów. Moje pierwsze wrażenie to iloraz inteligencji z przeceny. To musi być Rusty. Jego fizjonomię rozjaśnia głupi sztubacki uśmiech, uśmiech dzieciaka, który powinien mieć wytatuowane na wątłym bicepsie WESOŁEK Z URODZENIA.
- Michael! - krzyczy Rusty. - Jezu, wyglądasz suuuper! Co za zaszczyt! Zaśpiewaj nam, chłopie! Ale tak żeby ci płuca rozerwało!
Spoza mnie dobiega głos lekarki, która już nawet nie udaje, że bawią ją błazeństwa sanitariusza.
- Daj spokój, Rusty. - Potem mówi gdzieś w bok: - Jak to się stało, Mike?
Mike to pierwszy głos - partner Rusty'ego. Wydaje się nieco zażenowany tym, że pracuje z facetem, który chce być młodym Andrew Dice'em Clayem.
- Znaleźli go przy czternastym dołku na polu klubu Derry. Właściwie poza polem, w zaroślach. Gdyby nie wysunął się przed innych graczy i gdyby nie zauważyli jego nogi wystającej z krzewów, uwijałyby się już na nim mrówki.
Znowu słyszę w głowie ŁUP! - po którym tym razem następuje o wiele mniej przyjemny dźwięk: szelest poszycia, w które zahaczam kijem. Czternastka musiała być dokładnie tu, gdzie teraz zdaje się, rośnie sumak. Sumak i...
Rusty wciąż gapi się na mnie z idiotycznym entuzjazmem. Nie ciekawi go wcale moja śmierć, tylko podobieństwo do Michaela Boltona. Och tak, zdaję sobie sprawę z tego podobieństwa, wykorzystywałem ten fakt w kontaktach z niektórymi klientkami. Lecz poza tym to szybko przemija. A w tych okolicznościach... Boże.
- Kto stwierdził zgon? - pyta lekarka. - Kazalian?
- Nie - mówi Mike i spogląda na mnie przelotnie. Jest starszy od Rusty'ego co najmniej o dziesięć lat. Czarne włosy przetykane siwizną. Okulary. Jak to możliwie, że żadne z nich nie widzi, że wcale nie umarłem? - Wśród graczy, którzy go znaleźli, był lekarz. Tu jest jego podpis, na pierwszej stronie... widzi pani?
Szelest papieru, potem:
- Boże, Jennings. Znam go. Badał Noego, kiedy arka osiadła na szczycie Araratu.
Mina Rusty'ego świadczy, że nie pojął żartu, mimo to rudzielec parska śmiechem prosto w moją twarz. Czuję woń cebuli, pozostałość po lunchu, a jeśli czuję cebulę, to znaczy, że oddycham. Na pewno oddycham, prawda? Gdyby tylko...
Zanim zdążyłem skończyć myśl, Rusty pochyla się jeszcze niżej, a mnie ogarnia nadzieja. Coś zauważył! Zauważył i zaraz zrobi mi usta-usta. Niech cię Bóg błogosławi, Rusty! Niech Bóg błogosławi ciebie i twój cebulowy oddech!
Ale głupi uśmiech nie znika i zamiast przyłożyć usta do moich, Rusty łapie mnie jedną ręką za szczękę i przytrzymuje kciukiem z jednej strony, pozostałymi palcami z drugiej.
- On żyje! - ryczy. - Żyje i zaśpiewa dla swojego fan clubu z prosektorium numer cztery!
Palce Rusty'ego zaciskają się mocniej - ale ból dochodzi z oddali, jakby powoli przestawała działać zaaplikowana mi nowokaina - i zaczynają poruszać w górę i w dół moją szczęką, która kłapie jak u marionetki.
- If she's ba-aaad, he can't see it - śpiewa Rusty okropnie fałszującym głosem, na którego dźwięk Percy'emu Sledge'owi2 głowa mogłaby się rozlecieć na kawałki. - She can do no wrrr-onggg... - Ręka brutalnie szarpie mnie za szczękę, moje zęby trzaskają o siebie, a język unosi się i opada jak martwy pies na łóżku wodnym.
- Przestań! - warczy na niego lekarka. Wydaje się naprawdę zaszokowana. Rusty, być może wyczuwając to, ani myśli przestać, ale ciągnie jeszcze radośniej, szczypiąc mnie teraz w policzki. Moje nieruchome oczy patrzą ślepo w górę.
- Turn his back on his best friend if she put him d...
I nagle wyrasta obok niego kobieta w zielonym kitlu z czepkiem zawiązanym pod szyją i zsuniętym na plecy niczym sombrero Cisco Kida. Krótkie brązowe włosy odsłaniają ładne, choć surowe brwi - lekarka wydaje się raczej przystojna niż piękna. Chwyta Rusty'ego dłonią o krótko obciętych paznokciach i odciąga ode mnie.
- Hej! - mówi z oburzeniem Rusty. - Niech pani zabierze ode mnie ręce!
- To trzymaj ręce z daleka od niego - odpowiada i nie sposób nie słyszeć w jej tonie gniewu. - Mam już serdecznie dosyć twojego szczeniackiego dowcipu, Rusty, i następnym razem złożę na ciebie raport.
- Już dobrze, uspokójmy się - mówi osiłek ze "Słonecznego patrolu" - asystent lekarki - z wyraźnym niepokojem w głosie, jak gdyby się obawiał, że za chwilę Rusty i jego szefowa zaczną się okładać pięściami. - Trochę umiaru.
- Dlaczego taka z niej jędza? - pyta Rusty. Stara się sprawiać wrażenie oburzonego, ale wychodzi mu zrzędliwy jęk. Potem, zwracając się w inną stronę: - Dlaczego z pani taka jędza? Ma pani okres czy jak?
Lekarka z niesmakiem:
- Zabierzcie go stąd.
Mike:
- Chodź, Rusty. Podpiszemy się w rejestracji.
Rusty:
- Tak. I trochę się przewietrzymy.
Słucham tego wszystkiego, jakbym słuchał radia.
Zmierzają do drzwi, skrzypiąc butami. Rusty z wielkim wzburzeniem pyta, dlaczego lekarka nie nosi pierścionka zmieniającego się pod wpływem nastroju, żeby ludzie znali jej samopoczucie. Miękkie buty skrzypią po wyłożonej płytkami podłodze i nagle słyszę odgłos mojego kija, który siecze zarośla w poszukiwaniu piłki; gdzież ona jest, przecież na pewno nie wpadła głęboko, więc gdzie jest, Jezu, nie cierpię czternastki, podobno rośnie tu sumak, a w takim gęstym poszyciu pewnie kryją się...
I wtedy coś mnie ugryzło, prawda? Tak, jestem niemal pewien. W lewą łydkę, tuż nad brzegiem skarpety. Ukłucie piekące żywym ogniem, ból z początku skupiony w jednym punkcie, później rozprzestrzeniający się coraz dalej...
...a potem ciemność. Aż do chwili, gdy szczelnie opakowany w worek na zwłoki jadę wózkiem, słuchając Mike'a ("Mówili, że do której?") i Rusty'ego ("Chyba do czwórki. Tak, do czwórki").
Jestem skłonny sądzić, że ukąsił mnie jakiś wąż, ale zapewne dlatego, że szukając piłki, myślałem właśnie o wężach. Być może to był jakiś owad, pamiętam tylko długotrwały ból, a zresztą czy to teraz ważne? Ważne jest to, że żyję, a oni o tym nie wiedzą. Niewiarygodne, ale nie wiedzą. Oczywiście, miałem pecha - znam Jenningsa, pamiętam, że rozmawiałem z nim przy jedenastym dołku. Całkiem miły gość, tylko trochę roztargniony i z innej epoki. I ten gość z innej epoki uznał mnie za zmarłego. Potem Rusty o głupkowatych zielonych oczach i uśmiechu dzieciaka, który został za karę po lekcjach, uznał mnie za zmarłego. Lekarka, panna Cisco Kid, nawet jeszcze na mnie nie spojrzała. Gdyby się przyjrzała, może...
- Nie cierpię tego półgłówka - mówi, kiedy za tamtymi zamknęły się już drzwi. W sali zostało tylko nas troje, choć oczywiście panna Cisco Kid sądzi, że tylko dwoje. - Dlaczego zawsze przydzielają mi półgłówków, Peter?
- Nie wiem - odpowiada pan Melrose Place - ale Rusty to szczególny przypadek nawet w kronikach słynnych półgłówków. Chodząca śmierć mózgu.
Lekarka śmieje się, coś nagle szczęka. Potem słyszę dźwięk, który przeraża mnie nie na żarty: brzęk stalowych narzędzi. Oboje są nieco z lewej i chociaż ich nie widzę, wiem, do czego się szykują: do sekcji. Szykują się, żeby mnie rozciąć. Zamierzają wyciągnąć serce Howarda Cottrella i sprawdzić, czy nawalił mu tłoczek albo wypadł jakiś pręcik.
Moja noga! - krzyczę w głowie. Spójrzcie na moją lewą nogę! Z nią coś jest nie tak, nie z sercem!
Być może w końcu wzrok trochę mi się przyzwyczaił do światła. W górnej części pola widzenia dostrzegam jakąś armaturę z nierdzewnej stali. Wygląda jak gigantyczna część sprzętu stomatologicznego, ale aparat nie ma na końcu wiertła. Ma piłę. Z jakiegoś głęboko ukrytego zakamarka, gdzie mózg przechowuje zupełnie nieistotne informacje, które mogą się przydać tylko komuś, kto gra w telewizyjnym "Va banque", wygrzebuję nawet jej nazwę. Piła Gigliego. Odcinają nią czubek głowy. Oczywiście, dopiero kiedy zdejmą skórę twarzy razem z włosami i resztą, jak dziecięcą maskę na Halloween.
Potem wyjmują mózg.
Szczęk, stuk, szczęk. Chwila ciszy. Nagle BRZĘK!, tak głośny, że podskoczyłbym, gdybym mógł.
- Chcesz rozciąć osierdzie? - pyta lekarka.
Pete, niepewnie:
- Chcesz, żebym to zrobił?
Doktor Cisco, tonem kogoś, kto w nagrodę powierza młodszemu koledze odpowiedzialne zadanie:
- Tak, chyba tak.
- Dobrze - odpowiada. - Będziesz mi asystować?
- Jak sprawdzony drugi pilot - mówi lekarka ze śmiechem, któremu towarzyszy metaliczne ciach-ciach. Odgłos nożyczek przecinających powietrze.
Panika zaczyna trzepotać w mojej głowie jak stado szpaków uwięzionych na strychu. Wietnam był dawno temu, ale zdążyłem zobaczyć kilka sekcji zwłok w szpitalach polowych - lekarze nazywali je "Cyrkiem post mortem" - wiedziałem więc, co chcą zrobić Cisco i Pancho. Nożyce są długie i ostre - bardzo ostre - i mają grube uchwyty. Mimo to trzeba sporej siły, aby się nimi posługiwać. Dolne ostrze wchodzi w brzuch jak w masło. Potem ciach pęczek nerwów w splocie słonecznym oraz twardy jak suszona wołowina węzeł mięśni i ścięgien. Następnie mostek. Tu ostrza nożyc zwierają się z głośnym chrupnięciem, rozcinając kość, a klatka piersiowa rozpada się jak dwie beczki związane ze sobą szpagatem. Nożyce, które wyglądają równie groźnie jak nożyce do drobiu używane na stoiskach mięsnych w supermarketach, suną dalej w górę - ciach-CHRUP, ciach-CHRUP, ciach-CHRUP, krusząc kości i tnąc mięśnie, uwalniając płuca, zmierzają w stronę tchawicy i robią z Howarda Zdobywcy obiad na Święto Dziękczynienia, którego nikt nie weźmie do ust.
Cichy, drażniący wizg - aparat rzeczywiście wydaje odgłos jak wiertło dentystyczne.
Pete:
- Mogę...?
Doktor Cisco nieco matczynym tonem:
- Nie. Tym. - Ciach-ciach. Pokazuje mu.
Nie mogą tego zrobić, myślę. Nie mogą mnie rozciąć... Przecież CZUJĘ!
- Dlaczego? - pyta Pete.
- Bo ja tak chcę - odpowiada już bardzo niematczynym tonem. - Kiedy się usamodzielnisz, będziesz mógł robić, co ci się podoba. Ale w prosektorium Katie Arlen zaczniesz nożycami.
Prosektorium. Proszę bardzo. Wreszcie padła ta nazwa. Chciałbym okryć się gęsią skórką, ale oczywiście nic się nie dzieje. Moja ciało pozostaje gładkie.
- Zapamiętaj - mówi doktor Arlen (raczej wygłasza wykład) - każdy głupi potrafi się nauczyć obsługiwać dojarkę mechaniczną ... ale zawsze najlepsza jest metoda ręczna. - W jej głosie brzmi sugestywna nuta. - W porządku?
- W porządku - mówi Pete.
Chcą to zrobić. Muszę wydać jakiś dźwięk albo wykonać ruch, inaczej naprawdę są gotowi to zrobić. Jeżeli po pierwszym nacięciu popłynie lub wręcz tryśnie krew, przekonają się, że coś jest nie tak, ale wtedy prawdopodobnie będzie już za późno; nastąpi pierwsze ciach-CHRUP i żebra znajdą się na moich ramionach, a serce w lśniącym od krwi worku osierdziowym będzie pulsowało jak szalone w blasku jarzeniówek...
Koncentruję całą uwagę na piersi. Napieram, w każdym razie staram się... i nagle coś się dzieje.
Dźwięk!
Wydaję dźwięk!
Rozlega się przede wszystkim wewnątrz zamkniętych ust, ale słyszę go i czuję w nosie - ciche mruczenie.
Koncentrując się, wytężając wszystkie siły, ponownie wydaję dźwięk, który tym razem jest odrobinę głośniejszy i ulatuje mi z nozdrzy jak dym z papierosa: Nnnnnnn... Na myśl przychodzi mi stary program telewizyjny Alfreda Hitchcocka, który oglądałem dawno, dawno temu. Joseph Cotten miał w nim wypadek samochodowy, w którego wyniku został sparaliżowany i mógł dać innym znać, że żyje, tylko w jeden sposób - roniąc łzę.
I gdyby nawet nie udało mi się osiągnąć niczego więcej, tym brzęczeniem cichuteńkim jak bzyk komara udowadniam sobie, że żyję i nie jestem tylko duchem ociągającym się z opuszczeniem glinianej kukły, w którą zmieniło się moje martwe ciało.
Skupiam wszystkie myśli i czuję, jak powietrze wchodzi przez nos i zmierza do gardła, wypełniając opróżnione przed chwilą miejsce, a potem znów je wydycham, pracując z większym poświęceniem niż w Lane Construction Company, gdzie robiłem latem jako nastolatek, pracując z większym poświęceniem niż kiedykolwiek w życiu, bo teraz usiłuję ocalić życie i muszą mnie usłyszeć, Jezu drogi, muszą.
Nnnnnnn...
- Puścić jakąś muzykę? - pyta lekarka. - Mam Marty'ego Stuarta, Tony'ego Bennetta...
Pete wzdycha z rozpaczą. Ledwie to słyszę i nie od razu pojmuję znaczenie jej słów... zapewne na własne szczęście.
- No dobrze - mówi lekarka ze śmiechem. - Mam też Rolling Stonesów.
- Ty?
- Ja. Nie jestem takim zgredem, na jakiego wyglądam, Peter.
- Nie chciałem wcale... - bąka podenerwowany.
Słuchajcie mnie! - krzyczę w głowie, podczas gdy moje szklane oczy wpatrują się w śnieżnobiałe światło. Przestańcie trajkotać jak przekupki i słuchajcie mnie!
Czuję, jak przez tchawicę przepływa szerszy strumień powietrza i przychodzi mi do głowy, że cokolwiek się ze mną stało, być może właśnie ustępuje... ale to tylko ulotny błysk na ekranie moich myśli. Być może ustępuje, lecz za chwilę nie będę już miał żadnych szans wyzdrowienia. Całą energię poświęcam teraz na to, by mnie usłyszeli i tym razem usłyszą, wiem na pewno.
- A więc Stonesi - mówi lekarka. - Chyba że chcesz, żebym na cześć naszego pierwszego osierdziowego bohatera pobiegła po jakąś płytę Michaela Boltona.
- Nie, błagam! - woła Pete i obydwoje wybuchają śmiechem.
Znów zaczynam mruczeć i tym razem rzeczywiście głośniej. Nie tak głośno jak chciałem, ale na pewno wystarczy. Na pewno. Usłyszą. Muszą.
Potem, właśnie gdy staram się wydobyć ten dźwięk z nozdrzy niczym szybko krzepnący płyn, salę wypełnia ryk przesterowanej gitary, a o ściany dudni głos Micka Jaggera: Oh, no, it's only rock and roll, but I LIYYYYKE IT...
- Ścisz to! - wrzeszczy doktor Cisco, komicznie przekrzykując jazgot muzyki, przy którym moje nikłe buczenie słuchać równie dobrze jak szept w odlewni żeliwa.
Twarz lekarki ponownie nachyla się nade mną, a mnie przeszywa nowy dreszcz grozy na widok pleksiglasowej osłony na oczy i maseczki chirurgicznej zakrywającej jej usta. Ogląda się przez ramię.
- Rozbiorę go - mówi do Pete'a i pochyla się nade mną z błyszczącym skalpelem w dłoni odzianej w rękawiczkę, a wokół rozlega się grzmot gitar Rolling Stonesów.
Mruczę zrozpaczony, ale nic z tego. Nie słyszę sam siebie.
Skalpel zawisa na moment w powietrzu, a potem tnie.
W myślach piszczę przeraźliwie, ale nie czuję bólu, tylko moja koszulka polo opada na boki w dwóch kawałkach. Tak jak za chwilę moja klatka piersiowa, gdy nieświadomy niczego Pete zacznie swoje pierwsze cięcie osierdziowe na żywym pacjencie.
Unoszą mnie. Moja głowa opada bezwładnie i przez moment widzę odwróconego do góry nogami Pete'a, który nakłada osłonę z pleksiglasu, stojąc przy stalowym blacie i kontrolując przerażający zestaw narzędzi. Wśród nich najbardziej rzucają się w oczy duże nożyce. Dostrzegam bezlitosny błysk ostrzy. Po chwili znów leżę na wznak bez koszuli. Obnażony do pasa. W sali jest zimno.
Spójrz na moją klatkę piersiową! - krzyczę do lekarki. Musisz zauważyć, że się unosi, choćby przy tak płytkim oddechu! Przecież jesteś ekspertem, na litość boską!
Ona jednak patrzy w inną stronę i podnosi głos, aby przekrzyczeć muzykę. (I like it, like it, yes I do - śpiewają Stonesi, a ja mam wrażenie, że przez całą wieczność w piekle będę słyszał ten idiotyczny nosowy refren).
- Co obstawiasz? Bokserki czy slipki?
Z mieszaniną grozy i wściekłości uświadamiam sobie, o czym mówią.
- Bokserki! - woła Pete. - Jasne! Wystarczy na gościa popatrzeć!
Dupku! - mam ochotę krzyknąć. Pewnie ci się wydaje, że wszyscy po czterdziestce noszą bokserki! Pewnie ci się wydaje, że jak sam dorośniesz do czterdziestki, to...
Lekarka rozpina guzik moich bermudów i suwak rozporka. W innych okolicznościach gdyby zabierała się do tego taka ładna kobieta (trochę sroga, ale mimo to ładna), byłbym szalenie zadowolony. Jednak dziś...
- Przegrałeś, Pete - mówi. - Slipki. Dolar do wspólnej kasy.
- Po wypłacie - odpowiada Pete, podchodząc. Jego twarz zjawia się obok twarzy lekarki; oboje przyglądają mi się przez swoje pleksiglasowe przyłbice jak para kosmitów oglądająca porwanego. Staram się zwrócić ich uwagę na moje oczy, żeby zauważyli, że na nich patrzę, ale kretyni patrzą na moje slipy.
- O, i to czerwone - mówi Pete. - Jak jarzębina!
- Nazwałabym to raczej spranym różem - odpowiada. - Podnieś go trochę, Peter, musi ważyć z tonę. Nic dziwnego, że miał zawał. Niech to będzie dla ciebie przestroga.
Jestem w świetnej formie! - wrzeszczę do niej. Pewnie lepszej niż ty, dziwko!
Silne ręce podrywają nagle w górę moje biodra. Coś mi strzela w plecach; na ten dźwięk serce we mnie zamiera.
- Przepraszam, stary - mówi Pete, a mnie robi się bardzo zimno, bo nagle zostaję bez spodni i czerwonych majtek.
- Hop, jedna nóżka - mówi lekarka, unosząc moją stopę - i hop, druga - unosząc drugą. - Mokasynki raz, skarpeteczki dwa...
Nagle nieruchomieje i wstępuje we mnie nowa nadzieja.
- Pete?
- Tak?
- Czy na golfa chodzi się zwykle w bermudach i mokasynach?
Za jej plecami (tam jest tylko źródło dźwięku, bo naprawdę muzykę słychać w całej sali) Rolling Stonesi zaczęli "Emotional Rescue". I will be your knight in shining armour - śpiewa Mick Jagger, a ja zastanawiam się, jak ekspresyjny mógłby być taniec w jego wykonaniu, gdyby wsadzić mu w chudy tyłek trzy laski dynamitu.
- Moim zdaniem gość wpakował się w to na własne życzenie - ciągnie lekarka. - Myślałam, że trzeba nosić specjalne buty do golfa, takie paskudne, z małymi korkami na podeszwach...
- Zgadza się, ale żadne prawo im tego nie nakazuje - mówi Pete. Trzyma ręce w rękawiczkach tuż nad moją twarzą, pocierając je o siebie i wyginając palce. Trzeszczą mu stawy, a na mnie osypuje się talk jak drobniutki śnieg. - Przynajmniej na razie. Inaczej niż w kręglach. Jeśli przyłapią cię na kręglach bez butów do kręgli, mogą cię wysłać do więzienia stanowego.
- Naprawdę?
- Tak.
- Chcesz zmierzyć temperaturę i przeprowadzić badanie zewnętrzne?
Nie! - piszczę. Nie, przecież to dzieciak, co ty wyprawiasz?
Spogląda na nią, jak gdyby doszedł do podobnego wniosku.
- To chyba... nie do końca zgodne z procedurą, prawda, Katie? Chciałem...
Lekarka rozgląda się, sprawdzając w burleskowy sposób, czy w sali nie czai się nikt niepowołany. Zaczyna mnie ogarniać przeczucie, które nie jest dla mnie dobrą nowiną: sądzę, że sroga Cisco - vel doktor Katie Arlen - ma ochotę na Pete'a o ciemnoniebieskich oczach. Boże drogi, ściągnęli mnie sparaliżowanego z pola golfowego prosto na plan kolejnego odcinka "General Hospital" zatytułowanego w tym tygodniu "Rozkwit uczucia w prosektorium numer cztery".
- Rany - mówi lekarka ochrypłym teatralnym szeptem. - Nie widzę tu nikogo poza tobą i mną.
- Taśma...
- Jeszcze nie nagrywa - zauważa lekarka. - A kiedy zacznie, cały czas będę stała obok ciebie... w każdym razie wszyscy będą o tym przekonani. A przede wszystkim ja. Chciałabym po prostu zrobić porządek z tymi wykresami i preparatami. Jeśli nie czujesz się zbyt pewnie...
Tak! - krzyczę na niego zza nieruchomej twarzy. Nie czuję się zbyt pewnie. Właściwie czuję się całkiem niepewnie!
Ale Pete ma najwyżej dwadzieścia cztery lata, cóż więc może powiedzieć pięknej, srogiej kobiecie, stojącej obok niego w odległości, która może sugerować tylko jedno? Nie, mamusiu, boję się? Poza tym chłopak naprawdę chce. Przez zasłonę z pleksi widzę w jego oczach ochotę, która podskakuje w szalonym pogo jak stado przerośniętych punków w rytm muzyki Stonesów.
- Jeżeli będziesz mnie ubezpieczać w razie, gdyby...
- Jasne. Kiedyś trzeba zrobić pierwszy krok, Peter. I jeśli będzie trzeba, przewinę taśmę do tyłu.
Patrzy na nią zaskoczony.
- Naprawdę?
Uśmiecha się.
- W prosektorium numer czteri mamy sffoje male tajemnice, mein Herr.
- W to nie wątpię - mówi z uśmiechem, po czym sięga poza moje pole widzenia. Jego ręka pojawia się ponownie, trzyma w niej mikrofon, który zwiesza się z sufitu na czarnym kablu. Mikrofon wygląda jak stalowa łza. Na jego widok moje przerażenie staje się o wiele realniejsze niż dotąd. Przecież nie będą mnie naprawdę ciąć. Pete nie ma wielkiego doświadczenia, ale chyba czegoś się uczył; na pewno zauważy ślad po tym, co mnie ugryzło, gdy szukałem piłki w zaroślach, i przynajmniej zaczną coś podejrzewać. Muszą zacząć coś podejrzewać.
Ciągle widzę połyskujące bezdusznie nożyce - narzędzie do ćwiartowania drobiu, dumne ze swej nowej roli - i zastanawiam się, czy będę jeszcze żył, gdy Pete wyjmie mi serce z klatki piersiowej, ociekające krwią potrzyma przez chwilę przed moimi nieruchomymi oczami, a potem rzuci na wagę. Możliwe, że będę jeszcze żył; naprawdę możliwe. Podobno mózg zachowuje świadomość przez trzy minuty po ustaniu akcji serca.
- Gotów, pani doktor - mówi Pete bardzo oficjalnym tonem. Taśma już nagrywa.
Rozpoczyna się badanie sekcyjne.
- Obróćmy naleśnik na drugą stronę - mówi wesoło lekarka i rzeczywiście, przewracają mnie na brzuch z podobną łatwością jak kawałek cienkiego ciasta. Wyrzucona w górę moja prawa ręka, opadając, uderza w metalowy stół, którego wystający brzeg wpija się w biceps. Boli jak diabli, ale zupełnie nie zwracam na to uwagi. Modlę się, żeby ostra krawędź przecięła mi skórę, żebym zaczął krwawić - do czego prawdziwe zwłoki nie są zdolne.
- Ojej, ojej - mówi doktor Arlen. Unosi moje ramię i kładzie wzdłuż boku.
Teraz częścią ciała, której jestem najbardziej świadomy, staje się mój przyciśnięty do stołu nos. Płuca po raz pierwszy wysyłają sygnał SOS - ubogie, stłumione doznanie. Mam zamknięte usta, nos częściowo zatkany (nie wiem, w jakim stopniu; właściwie nawet nie czuję, czy oddycham). A jeśli uduszę się w tej pozycji?
Nagle dzieje się coś, co zupełnie odwraca moją uwagę od nosa. W odbyt wbijają mi jakiś ogromny przedmiot - coś w rodzaju szklanego kija baseballowego. Jeszcze raz próbuję wrzasnąć, ale mogę wydać tylko wątłe, nędzne mruczenie.
- Mierzenie temperatury - mówi Peter. - Włączyłem stoper.
- Dobry pomysł - chwali lekarka, odsuwając się. Robi mu miejsce. Jakby zapraszała go na jazdę próbną. A ja mam być testowanym pojazdem. Muzyka odrobinę cichnie.
- Denat jest rasy białej, ma czterdzieści cztery lata - mówi Pete do mikrofonu, przemawiając do potomności. - Nazywa się Howard Randolph Cottrell, zamieszkały przy Laurel Crest Lane 1566 w Derry.
Doktor Arlen z pewnej odległości:
- W Mary Mead.
Chwila ciszy, potem Pete z nutką zdenerwowania w głosie:
- Doktor Arlen informuje mnie, że denat mieszkał w Mary Mead, która oddzieliła się od Derry w...
- Wystarczy tej historii, Pete.
Boże drogi, co oni mi wsadzili w tyłek? Termometr dla bydła? Mam wrażenie, że gdyby był odrobinę dłuższy, poczułbym smak zbiorniczka na końcu. Nie przesadzili też ze środkiem nawilżającym... zresztą po co by mieli to robić? Przecież nie żyję.
Nie żyję.
- Przepraszam, pani doktor - mówi Pete. Przez chwilę szuka w myślach słów, wreszcie znajduje. - Taką informację przekazało nam w formularzu pogotowie, pochodzi ona z prawa jazdy wystawionego przez stan Maine. Zgon stwierdził doktor, hm, Frank Jennings. Stwierdzono śmierć na miejscu.
Mam nadzieję, że zacznę krwawić z nosa. Błagam, mówię do nosa, niech poleci z ciebie krew. Co tam poleci, niech TRYŚNIE.
Nie leci.
- Przyczyną śmierci mógł być zawał serca - mówi Peter. Dłoń delikatnie sunie po moich obnażonych plecach w stronę tyłka. Modlę się, by wyciągnęła termometr, ale nic z tego. - Kręgosłup wygląda na nienaruszony, brak godnych uwagi zjawisk.
Godnych uwagi zjawisk? Godnych uwagi? Co oni sobie wyobrażają, do kurwy nędzy? Że jestem robaczkiem świętojańskim?
Peter unosi mi głowę, podtrzymując kości policzkowe opuszkami palców, zaczynam więc mruczeć z rozpaczliwą determinacją - Nnnnnnnnn - zdając sobie sprawę, że w żaden sposób nie może mnie usłyszeć poprzez ryk gitary Keitha Richardsa, mam jednak nadzieję, że przynajmniej poczuje wibrację w nozdrzach.
Nie czuje. Kręci za to w obie strony moją głową.
- Brak widocznych uszkodzeń szyi, nie stwierdzam stężenia pośmiertnego - mówi Peter. Przypuszczam, że puści teraz moją głowę i wyląduję twarzą na stole - wtedy na pewno z nosa poleci krew, chyba że naprawdę nie żyję - ale on kładzie ją delikatnie, troskliwie, ponownie wciskając mi nos w blat, co znów poważnie grozi uduszeniem.
- Na plecach i pośladkach nie ma widocznych ran - mówi - jednak wysoko na prawym udzie widać starą bliznę, która wygląda jak ślad po ranie, jakby po odłamku. Dość paskudna.
Była paskudna i rzeczywiście to był odłamek. Koniec mojej wojny. W magazyn zapasów trafił pocisk moździerzowy, zginęło dwóch ludzi, jeden miał szczęście - ja. Z przodu wygląda paskudniej, zwłaszcza we wrażliwych okolicach, ale cała aparatura działa bez zarzutu... a przynajmniej działała do dziś. Wystarczyłoby ćwierć cala w lewo, a podczas intymnych chwil musiałbym się posługiwać ręczną pompką i pojemnikiem z dwutlenkiem węgla.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
2 Pierwszy wykonawca piosenki "When a Man Loves a Woman", którą "śpiewa" bohater (przyp. tłum).