Rozdział 2
Kiedy docieram do teatru, siedzą już na skraju sceny, tak jak w moim koszmarze na jawie. Machają nogami. Oblicza mają promienne, lecz nieodgadnione. Zbuntowane? Być może. Ciężko stwierdzić. Tak czy inaczej są tutaj. I najwyraźniej każde z nich trzyma egzemplarz Wszystkiego dobrego (w mojej wersji reżyserskiej) - a to już coś. Nie spalili ich w geście solidarności. Jeszcze nie. A to też coś. Trzecia próba. Widać już zarysy sojuszów zawartych zgodnie z hierarchią społeczną, jako że siedzą w korespondujących z nią gromadkach. Bez uśmiechów. Bez grymasów. Czekając. Wlepiając we mnie te młode ślepia, którymi, jak sądzą, potrafią patrzeć. W samym centrum jest Briana, moja bezduszna odtwórczyni głównej roli, moja Helena, która nie zasługuje na Helenę. Obok niej siedzi Trevor, jej chłopak, który wciela się w Bertrama. A w rogu oczywiście kryje się Ellie. Moja faworytka o ziemistej cerze i szarych oczach. Ciemna mysz mojej duszy. W zeszłym roku grała opiekunkę w Romeo i Julii. W tym roku gra schorowanego Króla, mimo że idealnie nadaje się na Helenę. Pozostali studenci to dla mnie morze, bezbarwne morze beztalenci, i stosownie do tej wizji zostali obsadzeni w sztuce. Gapią się na mnie, ich błyszczące oczy rejestrują moje niedołęstwo, ich otwarte usta ziewają mi prosto w twarz. Noga mi sztywnieje. Uśmiecham się.
- Witam wszystkich - mówię.
Wymrukują powitania w odpowiedzi na moje. Ich małostkowość, ich promieniejące twarze, ich młodość zwykle odrobinę mnie poruszają. W końcu to takie urocze. Ale dzisiaj czuję tylko strach.
"Reżyserowała już pani spektakl teatralny?", zapytał dziekan podczas rozmowy kwalifikacyjnej.
"O, tak - skłamałam, kiwając głową. - Szekspira, Brechta, Czechowa, Becketta. Całe mnóstwo Becketta".
Patrzą teraz na mnie. Czekają. Na moje słowa, dociera do mnie. Bo czy nie mówię różnych rzeczy? Które ich oświecają? Które ich poruszają? Zapomniałam, co im mówiłam. A widzę, że dzisiaj potrzebują tego nawet bardziej. Podniesienia morale. Już kilka razy czytali scenariusz sztuki, którą wybrałam dla nich zamiast tej, której się domagali. I żywią urazę. I nie rozumieją. "Pani Fitch, nie rozumiemy. Dlaczego? Dlaczego zmusza nas pani do wystawienia akurat tej?"
Czuję zimny pot na plecach, a prawa noga coraz bardziej odmawia mi posłuszeństwa. Coraz bardziej dokucza mi świadomość tego, jak bardzo utykam, jak bardzo się garbię. Opieram się o stół. Silę się na ciepły uśmiech. Jestem ich przyjaciółką. Prawda? Pamiętasz? Wyobrażam sobie, jaką wystawią mi ocenę. "To jasne, że pani Fitch bardzo się stara, ale jest fatalnie zorganizowana i często traci kontrolę nad dyskusją w grupie. Odnoszę wrażenie, że czerpalibyśmy większe korzyści z jej doświadczenia, gdyby zachowywała się bardziej jak prawdziwa reżyserka".
- Jak się macie? - pytam. Siląc się na miły, pogodny głos. Na próżno. Napotykam wyłącznie martwe spojrzenia. Uderzam więc w inny ton. Przywołuję aurę tajemniczości. Z własnego oblicza, z zaciśniętych ust czynię wytwornicę dymu. Ostatnio jednak kiepska ze mnie aktorka. Nawet oni to widzą. Nikogo nie przekonuję.
- Dobrze - mruczą. Albo nic nie odpowiadają. Albo tylko mrugają.
Briana, moja odtwórczyni głównej roli, nawet nie mruga. Briana ma te swoje oczy w kolorze liściastej zieleni szeroko otwarte. Z zadziwiająco suczym zacięciem wodzą po całym moim ciele. Po mojej niebieskawozielonej, rozkloszowanej, długiej sukience, po jej smutnym wzorze w postaci pomarańczowych kwiatów. Dociera do mnie, że w tej samej sukience wystąpiłam na zajęciach i próbie w zeszłym tygodniu. I w tym samym wyciągniętym, znoszonym czarnym kardiganie z szeroko rozwartymi kieszeniami pełnymi grzechoczących tabletek.
Ocenia mnie; tak mówią jej oczy.
"Nie oceniaj mnie, ty mała suko".
- Co mówiłaś, Mirando? - pyta Grace.
- Słucham?
- Coś mamrotałaś.
- Nie. Nic podobnego.
Grace kwituje moje słowa ciszą. Studenci kwitują moje słowa ciszą.
"Nie dość, że pani Fitch ostatnio spóźnia się na próby, to jeszcze brakuje jej piątej klepki".
"Pani Fitch mówi do siebie. Słychać ją wyraźnie".
- No cóż - zwracam się do nich. Niezwykle uprzejmym tonem. Tonem pełnym stokrotek kołyszących się na łące. Na łące z tamtej reklamy leku. - Może od razu skoczmy na głęboką wodę? Akt pierwszy, scena pierwsza? Monolog Heleny?
Nie ruszają się.
- Zacznijmy? Proszę?
I nic. Naprawdę doszło do tego, że muszę ich błagać? Nie mam żadnej wizji; to jasne. Oni wciąż nie znoszą tej sztuki; to oczywiste. Wszyscy wpatrują się teraz we mnie, bez przekonania ściskając w wiotkich palcach scenariusze, jakby w każdej chwili mogli je puścić.
Przypomina mi się fatalna próba czytana, miesiąc temu na tej samej scenie. I ich pytania. Nie, oskarżenia.
"Wszystko dobre, co się dobrze kończy, pani Fitch? Czy to w ogóle jest Szekspir?"
"Dlaczego wystawiamy właśnie tę sztukę, pani Fitch?"
"Nie mieliśmy w tym roku zająć się tą szkocką sztuką?"
"Nie kumam tej sztuki, pani Fitch. Jakaś dziewczyna napala się na faceta, który wcale jej nie chce? To takie żałosne. Serio".
"Poza tym, pani Fitch, czy my nie mieliśmy w tym roku zająć się tą szkocką sztuką?"
"Tak, pani Fitch, według mojej najlepszej wiedzy mieliśmy w tym roku zająć się tą szkocką sztuką".
Nie udało mi się ich przekonać do mojej zaprawionej valium wizji, którą zaprezentowałam łamiącym się głosem. Nie potakiwali. Nie uśmiechali się. Nie mrugali. Wymieniali między sobą pogardliwe spojrzenia, nie przejmując się tym, czy je widzę. Gdybym nie potykała się tak bardzo podczas mojej reżyserskiej przemowy, wciągnęłabym wszystkich na pokład. Tymczasem robiłam długie przerwy, podczas których, przyznaję, całkiem odpływałam. Od czasu do czasu Grace kaszlała, chrząkała, zwracała się do mnie po imieniu. "Mirando? Mirando. Mirando!"
"Słucham?"
"Mówiłaś?"
"Ach, tak. Mówiłam... o czym to ja mówiłam?" Naprawdę ich o to pytałam.
Patrzyli wtedy na mnie tak samo, jak patrzą teraz.
W zasadzie żaden z tych dzieciaków nie zwiąże swojego życia zawodowego ze sceną. Nie mamy tutaj prawdziwego, usankcjonowanego wydziału aktorskiego, a jedynie jego raczkującą namiastkę, i to wyłącznie dzięki mnie oraz Grace. Co roku wystawiamy Szekspira jedynie w ramach zajęć ponadprogramowych. Właściwie to w ramach klubu. Ja nie mam uprawnień, żeby cokolwiek reżyserować. Naprawdę. Najczęściej udaję. Chcę im to teraz powiedzieć. "Ja udaję, wy udajecie i wszyscy, co do zasady, mamy przejebane". A mimo to. A mimo to spójrz, ile już mamy na koncie. Dwa występy w regionalnych konkursach szekspirowskich. W których dwukrotnie zajęliśmy dziewiąte miejsce.
Ktoś kaszle. Odwracam się i widzę wysokiego mężczyznę w dżinsach poplamionych farbą oraz koszulce Black Sabbath stojącego w bocznym wejściu do teatru. Długie złote włosy opadające na twarz. Przepraszający uśmiech. Mój scenograf i budowniczy, Hugo. Na jego widok czuję ucisk w piersi, która rozpala się nadaremno. O boże, co on tutaj robi? Nie może zobaczyć mnie w tym stanie. Ale Hugo na mnie nie patrzy. Nigdy na mnie nie patrzy. Patrzy przeze mnie, na drewniane deski ułożone w stos pod ścianą w głębi sceny.
- Przepraszam, że przeszkadzam - zwraca się do studentów. Wskazuje drewno. - To zajmie tylko chwilę.
- Oczywiście - odpowiadam, jak idiotka przeczesując włosy palcami. Ale Hugo rusza już na scenę. Kiedy mnie mija, uderza mnie jego zapach, zapach drewna, i omal nie zamykam oczu.
- Dopiero zaczynamy - mówię do studentów. - Prawda?
Ale oni nadal tylko się we mnie wpatrują. Briana uśmiecha się teraz złośliwie.
- Pani Fitch? - odzywa się w końcu Trevor, podnosząc rękę, jakbyśmy byli w klasie.
Trevor. O długich, wycieniowanych brązowych włosach. Strasznie wysoki. Nie do końca kontrolujący własne ciało czy też własny urok. Zanim otworzy usta, myślisz: Byron. Myślisz: George Emerson z Pokoju z widokiem wspinający się na drzewo i krzyczący o pięknie oraz prawdzie. Ale Trevor ogromnie cię rozczaruje. W zeszłym roku grał ledwo ciepłego Romea, który za często sięgał po miecz. Niemniej jednak miewa swoje pięć minut, głównie dzięki włosom. Włosy Trevora są bardzo ekspresyjne.
- Tak?
- Mam pytanie w związku ze sztuką.
O boże, nie.
- Tak?
- No cóż. Przeczytałem ją raz jeszcze. - Przerzuca kartki, jakby prezentował mi akt czytania. - I naprawdę tego nie czuję.
To nie jest pytanie. Zamykam oczy. Uśmiecham się do ciemności.
- Czego konkretnie nie czujesz?
- Szczerze? Tego wszystkiego.
Czerwone sieci w moim wnętrzu mrugają coraz szybciej. Betonowa noga się kruszy. Otwieram oczy. Przyglądam się Trevorowi w całej jego przystojnej, zapierającej dech debilności.
- Czy możesz wyrażać się precyzyjniej?
- Chodzi mi o przesłanie - kontynuuje. - O fabułę. A postaci zdają się... sam nie wiem. W ogóle ich nie czuję.
Patrzę na jego dłonie w rękawiczkach bez palców, dyndające po bokach, delikatnie zaciśnięte. Na jego poetycką grzywę, zbyt często kompensującą brak duszy. Na jego piękną opaleniznę, tak bardzo absurdalną w styczniu. Na naszyjnik z muszelek kauri oplatający jego młodą szyję. Mimo że brakuje mu wrodzonej charyzmy, jest wystarczająco wysoki, aby pociągnąć za sobą resztę, jeśli wznieci bunt.
- Rozumiem. No cóż, Trevorze...
- Na przykład ta główna kobieta - dodaje.
- Helena.
- Właśnie. Tak, jej to już w ogóle nie kumam.
- Czego nie kumasz? - Uważaj, Mirando. Uważaj.
- Nie wiem. - Wzrusza ramionami. - Moim zdaniem nie jest zbyt interesującą bohaterką. Jest taka... jakby żałosna. Nie uważa pani?
Patrzy teraz prosto na mnie. Jak przechylam się gwałtownie w lewo, ponieważ cały beton po mojej prawej się skruszył. U jego boku Briana wydaje się neutralna, nieszczególnie zainteresowana tą konfrontacją. Ani trochę współwinna. Ani trochę podżegająca. Ona tylko ogląda przedstawienie.
Spoglądam na Hugona, który nadal zajmuje się deskami. Nie zerkając za siebie, nie zwracając uwagi na cokolwiek innego. Choć raz jestem za to wdzięczna.
Próbuję się do nich uśmiechnąć. Próbuję ich nie oskarżać, nawet spojrzeniem. Próbuję opanować się przed wypowiedzeniem na głos: "Niczego, kurwa, nie rozumiecie". Moja twarz mówi jednak: "Pobłażam waszej prostolinijnej młodości, waszej prymitywnej głupocie, którą próbujecie sprzedawać jako urok". Gram romantyczną duszę, nauczycielkę aktorstwa o zamglonym spojrzeniu.
- Jest zakochana, Trevorze. Czy nie każdy jest odrobinę żałosny, kiedy się zakocha? Czy nie każdy z nas był na jej miejscu? Czy niektórzy z nas nie są tam teraz? - "Na przykład ty? Marionetka Briany?"
Trevor patrzy na mnie tak, jakby nie rozumiał sensu moich słów. Ponownie wzrusza ramionami.
- Szczerze? Tego faceta, którego kocha, też nie kumam.
- Ten facet to Bertram. Twoja postać.
- To znaczy, kumam, czemu nie odwzajemnia jej sympatii - kontynuuje. - Bo jest żałosna, wiadomo. A on zachowuje się jak dupek. I potem na końcu nagle ją lubi? W ostatnim wersie na samym końcu?
Potrząsa swoją książęcą głową, jakby to było niemożliwe. Jakby coś tak nieprawdopodobnego nie mogło stanowić sedna. Nie tworzyło magii całej sztuki.
"Głupiec z ciebie", myślę.
- Słucham?
- Powiedziałam, że to będzie dla ciebie nie lada wyzwanie. Prawda, Trevorze? Dla ciebie jako aktora - kłamię. Omal nie wybucham śmiechem, kiedy mówię "jako aktora". Trevor aktorem. Cała ta koncepcja nagle nabiera komizmu. Mimo to zachowuję pokerową twarz. Może nie jestem jednak taką kiepską aktorką, jak sądziłam. - Myślę, że jesteś na to absolutnie gotowy.
- Ale ja nadal nie kumam tego wszystkiego - upiera się Trevor.
U jego boku Briana szczerzy się od ucha do ucha. Może później w jego saabie zrobi mu dobrze ręką w ramach nagrody.
- No cóż, jest styczeń. Zostało ci więc mnóstwo czasu na zakumanie. Właściwie to właśnie o to chodzi w próbach. Wszyscy będziemy odkrywać tę sztukę, łącznie ze mną - tłumaczę. - A teraz...
- Właściwie, pani Fitch... - przerywa mi Trevor.
- Co takiego? - odpowiadam, nadal z uśmiechem. Choć wymuszonym. A może już bez? Przez tabletki prawie nie czuję twarzy. Mocno ściskam oparcie fotela.
- Tak się tylko zastanawiałem... - Spogląda na Brianę, która nie przestaje wgapiać się w moje ciało, wodząc oczami w górę i w dół, obserwując, jak wbijam palce w fotel. - Właściwie to wszyscy się zastanawialiśmy, czy jeszcze nie jest za późno na zmianę...
Głupia. Udawaj głupią.
- Na zmianę?
- No cóż, rozmawialiśmy o wystawieniu w tym roku szkockiej sztuki. Zamiast tej. Nie wiem, czy pani pamięta?
Hugo odwraca się, żeby na mnie spojrzeć. Choć ten jeden raz patrzy prosto na mnie. Z litością, jak widzę. Czuję, jak moja twarz staje w płomieniach. Więc jednak ją czuję, jak się okazuje. Rozglądam się po innych studentach. Wszyscy, nawet chłopcy, patrzą na Trevora, jakby był jakimś bogiem.
Zakończ to. Zakończ to w tej chwili.
- Pamiętam, że o tym dyskutowaliśmy - mówię. - Pamiętam tamtą konwersację. I pamiętam, że w oparciu o liczne czynniki uznałam... - Podkreślam ostatnie słowo, dając do zrozumienia, że ja tu jestem reżyserką, nawet jeśli tego nie mówię. - ...że w tym roku wystawimy Wszystko dobre, równie wspaniałą, lecz znacznie bardziej frapującą sztukę.
Spoglądam na Grace w poszukiwaniu wsparcia. Posyła mi takie spojrzenie, jakby chciała powiedzieć: "Serio? Znacznie bardziej frapująca? Daj spokój, Mirando".
- To sztuka problemowa - kontynuuję. - Ani tragedia, ani komedia. Coś pomiędzy. Coś znacznie ciekawszego.
Silę się na uśmiech, ale wszyscy bez wyjątku - nawet Hugo, nawet Ellie - unikają mojego wzroku. Ponownie zerkam na Grace, usadowioną na widowni, wpatrującą się w swojego laptopa, z beznamiętną twarzą jaśniejącą w świetle ekranu.
"Twierdziłaś, że nie są w nastroju do buntu!", próbuję wysyczeć całą sobą.
Ale Grace tylko wpatruje się w swojego laptopta z coraz to większą uwagą. Udając, że ocenia, dajmy na to, grafik, nawet jeśli ja wiem, że kupuje sprzęt kampingowy. Albo wyposażenie do klatki swojej agamy brodatej. Utrzymuje absurdalnie zażyłe stosunki z tym jaszczurem. Nazwała go Ernest, zainspirowana Bądźmy poważni na serio Oscara Wilde'a. Czuję się ogromnie niekomfortowo, kiedy obserwuję ich blisko siebie, czyli przy okazji każdych kolejnych odwiedzin w jej mieszkaniu. Na noc wyjmuje Ernesta z terrarium i pozwala mu wspinać się na swoje ramię. Pozwala jego językowi śmigać w przód i w tył tuż przy policzku. Omal nie zamyka przy tym oczu. Nie odrzuca w tył głowy. Ten widok mnie niepokoi. Jest...
- Pani profesor?
To mówi Ellie. O księżycowym obliczu, tak pięknie mizernym. Z długimi włosami w bliżej nieokreślonym, ciemnym kolorze, ani brązowym, ani czarnym. Przypominającym mi niebo w Szkocji w listopadowe popołudnia, kiedy światło, które dopiero co ustąpiło, jest jedynym światłem dnia. A Ellie jest moim światłem.
- Tak, Ellie? Jak mogę ci pomóc?
Biedactwo pewnie jest dziewicą. Produktem nieobecnego ojca i tłamszącej ją matki, którą w skrytości ducha planuje zamordować. Oczywiście kocha Trevora. Mimo że go nienawidzi i nienawidzi za to siebie. Tylko kiedy on przemawia, widzę, jak jej ziemiste policzki nabierają różowego odcienia.
- Czy w tym roku bierzemy udział w konkursie szekspirowskim?
- Tak, Ellie. Zdecydowanie.
Już wyobrażam sobie tych podpitych, klaszczących bogaczy. Zapach wypielęgnowanych ogrodów w Rhode Island, który mnie upaja i odrobinę podnieca. Popołudniowe światło na mojej twarzy. Widok wszystkich tych młodych ciał poruszających się z taką łatwością w czerwcowym słońcu. Dokuczliwie przyprawiając mnie o tęsknotę za jakimś innym życiem. Sędziów uśmiechających się niewyraźnie w reakcji na beznamiętne próby Briany wzbogacenia się o duszę. Przystojną twarz Trevora mnącą się zawzięcie w szponach płytkiej kreacji. Bezgłośny płynny rdzeń Ellie ujawniający się niepewnie, tylko w nieoczekiwanych momentach. Przez ułamek sekundy naprawdę zapiera dech.
- Myślę, że Wszystko dobre może okazać się interesującym wyborem w tym kontekście. Bo nie wystawi tego nikt inny.
Moja słodka Ellie. Gdybym miała mieć dziecko, zostałaby nim Ellie. Ten statek oczywiście dawno odpłynął, dzięki uprzejmości mojego nieodwracalnie uszkodzonego ciała. Ellie ma aspiracje sceniczne, które wspieram. Które podsycam. "Mierz wysoko, Ellie - powtarzałam jej podczas licznych popołudni w moim gabinecie, za zamkniętymi drzwiami. - Pewnego dnia zostawisz w tyle wszystkich tych plebejuszy. I to będzie dla ciebie cudowny moment. Gdy już wyrwiesz się z tej anglistyki, gdzie nie doceniają twojej subtelności, twojego mrocznego wdzięku".
- Ale jeśli istotnie bierzemy udział w konkursie, nie powinniśmy wybrać jakiejś lepszej sztuki? - To komentarz od jednej ze sługusek Briany. O jakimś nudnym imieniu, które zawsze mi ulatuje, jak Ashley czy Michelle.
- Wszystko dobre bywa rzadko wystawiane, ponieważ jest ogromnie problemowe - dodaje. Wyraźnie zachwycona swoją wiedzą zaczerpniętą z Wikipedii.
Zwracam uwagę, że Briana nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.
- Więc to będzie dla nas wszystkich wyzwanie - odpowiadam. - A ja uwielbiam wyzwania. I zdecydowanie jestem na nie gotowa. A wy?
Kurczowo trzymam się oparcia fotela; inaczej upadnę.
Do siedzącej na widowni Grace dołączyła właśnie Fauve. Grace nadal wpatruje się w swojego laptopa, ale Fauve gapi się prosto na mnie. Szeroko otwartymi oczami. Z miną bezstronnego widza. Zagadkową. Czuję jednak, że życzy mi porażki. Niebieski notatnik leży otwarty na jej kolanach. Ozdobny długopis, bez zatyczki, trzyma w gotowości w pomalowanych szponach. "Pon. 01/21, 17:55. Bunt w reakcji na ośli upór reżyserki. Oznaki nadużycia leków. Kłamstwa. Wymuszanie".
Widzę, że Hugo przepadł. Wyszedł bez pożegnania. A niby dlaczego miałby się żegnać? Czuję, jak serce pęka mi wbrew mojej woli.
Teraz w końcu rękę podnosi Briana. Briana o lśniących włosach. Briana z umysłem na pięć z minusem, nawet jeśli sądzi, że zasługuje na ocenę celującą za samo tylko oddychanie. Pod wpływem eseju Briany zaczniesz drżeć o przyszłość Ameryki, wysyczysz na głos: "Co ty pierdolisz?" przy barze, do którego musisz się udać, aby wlać w siebie pinot grigio, zanim przystąpisz do oceny jej pracy. Barman zapyta: "Czy wszystko w porządku?". Oprze ci nawet dłoń na ramieniu, tak bardzo będzie zaniepokojony. A ty odpowiesz: "Nic mi nie jest. Bardzo przepraszam". Spojrzysz mu w twarz, a jego oczy będą takie niebieskie i łagodne. Wspomnisz czasy, kiedy taka twarz i taki tors poruszały coś głęboko w tobie, tam, gdzie teraz wirują jedynie zwiędnięte liście. Ponownie spojrzysz na pracę Briany. Zwrócisz uwagę, że wybrała czcionkę Garamond. W lewym górnym rogu kartki zaczniesz wypisywać ocenę bardzo dobrą z minusem, nawet jeśli maksymalnie należy się za to czwórka. Ale zawahasz się, twój długopis zastygnie nad papierem. Wyobrazisz sobie ten moment, gdy oddasz Brianie jej esej opatrzony tą piątką z minusem. Gdy tylko go przyjmie, zrobi taką minę, jakby pogryzło ją tysiąc os, a ty pożałujesz, że nie zaprezentowała nic podobnego podczas odgrywania Julii. Będziesz obserwować, jak jej twarz czerwienieje najpierw z zakłopotania, a potem z wściekłości, jak jej podbródek prowokacyjnie unosi się w tył, w tył, w tył. Założy, że otrzymała taką ocenę, ponieważ tobie brakuje rozumu i/albo zazdrościsz jej urody oraz młodości. I choć to pierwsze cię nie dotyczy, to drugie już zdecydowanie tak, dlatego nie bez lęku będziesz obserwować, jak po zajęciach Briana maszeruje w stronę twojego biurka, potrząsając lśniącą grzywą, żeby oślepić cię na czas wysłuchiwania jej skarg. Będziesz obserwować, jak jej oczy robią się coraz większe, wilgotne i pełne rozpaczy. Będziesz obserwować, jak jej wściekłość rozkwita niczym niekontrolowany kwiat. Bo nie tak działa wszechświat. Wszechświat Briany, w którym jesteś wyłącznie trybikiem ogromnej machinerii jej ostatecznego sukcesu. Wszechświat życzy sobie, żeby Briana odniosła sukces. Żeby wygrała. Wysłuchiwanie protestującej Briany, która dobrze wie, co czujesz, sprawi, że być może nagniesz się do jej woli. Ponieważ głos Briany nie tylko rani twoje biodro i kręgosłup, ale także do czerwoności rozpala wszystkie twoje wewnętrzne sieci, błyskające szybciej pod wpływem jej spojrzenia. Być może oszczędzisz sobie tego wszystkiego i od razu postawisz jej tę cholerną szóstkę. A Briana nawet ci za to nie podziękuje. Uzna cię za pełzającego pod jej domkiem dla lalek nieszczęsnego pająka, który okazał się wystarczająco uprzejmy, aby dokonać żywota bez niczyjej pomocy. W końcu to jej rodzice sponsorują ten podupadający program aktorski. Dlatego właśnie Briana wciela się w postać Heleny w tym roku, dlatego właśnie Briana wcieliła się w postać Julii w zeszłym roku, dlatego właśnie Briana wcieliła się w postać Rozalindy dwa lata temu. I dlatego właśnie musisz słuchać, jak monologi najbardziej złożonych i fantastycznych bohaterek Szekspira konają w jej niegodnym gardle. Niemniej jednak. To także dzięki niej w ogóle masz ten dychawiczny program, a ona o tym wie.
Nienawidzę tego, że zależy mi na sympatii Briany, mimo że jej nienawidzę, i nienawidzę tego, że nienawidzę Briany, bo jak będzie wyglądała jej przyszłość? Kilka lat w wielkim mieście w pogoni za swoją pasją aktorską na próżno, bo nie będzie matki ani ojca, którzy otworzą jej drzwi do tych pozłacanych miejsc. Zostanie zmuszona, aby zmierzyć się z własną przeciętnością. Wyjdzie za mąż za maklera giełdowego, zacznie prowadzić blog mamuśki weganki, zapisze swoją przyszłą latorośl na balet.
Dorośnij, mówię sobie. Zachowuj się jak dorosła. Zachowuj się jak nauczycielka. Okłam to długowłose dziecko, wmawiając mu, że zarówno ono, jak i jego koleżanki oraz koledzy z obsady rozwiną się dzięki wystawieniu tej sztuki, która niepokoi, choć nie w oczywistym formacie krwawej jatki/orgii; która czaruje bez obecności rechoczących wiedźm; która jest smutno-zabawna zamiast tylko smutna; która jest ponuro-pogodna zamiast tylko ponura czy tylko pogodna; która jest problemowa, prowokacyjna, złożona i tajemnicza; ukryty górski kwiat rosnący w cieniu szekspirowskiego kanonu, którego nie zdążyło jeszcze zerwać milion pieprzonych szkół. I jest też na czasie. Jest społecznie istotna.
- Mirando - odzywa się Briana.
Briana zawsze zwraca się do mnie po imieniu. Dla niej nigdy nie jestem panią Fitch, ani tym bardziej panią profesor. Patrzy na mnie, a ja tchórzę. Dasz wiarę? Spinam się. W oczekiwaniu na...
- Nie moglibyśmy najpierw się rozgrzać? - Zniecierpliwiona zaczyna się już rozciągać. Wyciąga ręce wysoko nad głowę. "Widzisz, jak dużo tego potrzebuje moje ciało i jak bardzo to uwielbia?"
Wyobrażam sobie, że ją morduję. Nie pierwszy raz.
- Obawiam się, że naprawdę musimy zrobić dzisiaj krok naprzód - odpowiadam.
Zawsze zapominam o ich rozgrzewkach. Nic na to nie poradzę. Nienawidzę rozgrzewek. Przeprowadzania ich przez to. Ból sprawia mi samo patrzenie na nich. Łatwość, z jaką się poruszają, ich szybkość, to, jak naoliwiają swoje już i tak naoliwione kości. Dotleniają swoje już i tak dotlenione mięśnie. Nabierają rumieńców na twarzach. No naprawdę, jakby wszyscy pieprzyli się na moich oczach. Ale rozgrzewka Briany jest najgorsza. Widok gibkiego ciała Briany poruszającego się w świetle reflektorów dosłownie rani mnie w oczy. Wypełnia je łzami. Jakbym patrzyła prosto w słońce. Jakbym próbowała się oślepić.
- Zrobię im szybką rozgrzewkę, Mirando - szepce mi Grace do ucha.
Obracam się w jej stronę. Stoi tuż obok mnie.
- Dobrze - mówię. - Dobrze.
Znikam pod skrzydłem ciemności. Stamtąd obserwuję, jak ich ciała gną się i kołyszą. Wyciągam fiolkę z kieszeni i łykam kolejną tabletkę. Nie zadaję sobie nawet trudu, żeby sprawdzić, która to fiolka.