Dyoniza przyszła piechotą z dworca
Saint-Lazare, dokąd przybyła pociągiem Szerburgskim, z dwoma swymi
braćmi, po nocy spędzonej na twardej ławie wagonu trzeciej klasy.
Trzymała za rączkę Рéрé'a, a Jan szedł za nią. Widocznie byli
zakłopotani i jakby zbłąkani wśród rozległego Paryża. Gapili się na
domy i na każdym zbiegu ulic pytali o ulicę Michodi?re, na której
mieszkał ich stryj Baudu. Skoro weszli na plac Gaillon, młoda
dziewczyna stanęła zdumiona i zawołała: - Patrzno, Janie! Stanęli jak wryci, przytuleni jedno do drugiego. Odzież
ich była czarna, donaszali bowiem żałobę po ojcu. Dziewczyna, zbyt
wątła jak na lat dwadzieścia, wyglądała nędznie; niosła ona jedną
ręką mały pakunek, drugiej zaś uczepił się pięcioletni braciszek;
za nią starszy brat w pełnym rozkwicie lat szesnastu, stał ze
zwieszonemi rękami. Po chwili milczenia, dziewczyna rzekła: - To mi magazyn! Był to Magazyn Nowości na rogu ulic Michodi?re i
Neuve-Saint-Augustin, którego wystawy przedstawiały się jaskrawo w
łagodny, blady październikowy poranek. Wybiła ósma godzina u św.
Rocha; na chodnikach ukazywał się tylko poranny Paryż: urzędnicy
dążący do biur i gosposie uwijające się po sklepach. Przede
drzwiami, dwaj subiekci stojąc na drabinach, rozwieszali wełniane
materye, podczas kiedy w oknie, od ulicy Neuve-Saint-Augustin, inny
subiekt, klęcząc obrócony plecami do sklepu, delikatnie układał w
fałdy sztukę materyi niebieskiej. Magazyn pusty jeszcze, bez
kupujących, gdzie miejscowy personel schodził się dopiero, huczał
wewnątrz jak budzący się ul pszczół. - Do licha! - powiedział Jan - co w porównaniu znaczy
Valognes... twój sklep, nie był taki ładny. Dyoniza potrząsnęła głową. Przepędziła ona tam dwa lata, u
Cornaille'a, pierwszego kupca nowości w mieście i ten magazyn
niespodzianie napotkany, ten dom ogromny - w jej oczach przepełniał
jej serce, przykuł ją do miejsca zdziwioną, rozciekawioną,
zapominającą o świecie całym. Od strony wychodzącej na plac
Gaillon, wysokie szklane drzwi, całe w ozdobach złoconych, sięgały
aż do antresoli. Dwie postacie allegoryczne: kobiety uśmiechnięte z
szyją obnażoną, rozwijały szyld:
"Au Bonheur des Dames"
Potem okna się zagłębiały, szły wzdłuż ulicy Neuve-Saint-Augustin,
gdzie zajmowały nietylko narożny dom, lecz jeszcze cztery: dwa na
lewo i dwa na prawo - niedawno kupione i urządzone. Zdawało jej
się, że nie ma końca tej perspektywie, tym wystawom parterowym i
matowym oknom w antresolach, po za któremi odbywa się cały ruch
kantorowy. Na górze, panna ubrana w jedwabie, temperowała ołówek,
podczas kiedy po za nią, dwie inne rozkładały okrycia aksamitne. - Au Bonheur des Dames, - przeczytał Jan z uśmiechem
roztkliwionym pięknego młodzieniaszka, który już miał jedno
przejście z kobietą w Valognes. - Jakie to ładne i jak musi
przyciągać ludzi! Lecz Dyoniza stała wpatrzona przed wystawą drzwi
środkowych. Tam na ulicy, na chodniku nawet, rozłożone były tanie
towary, wabiące klientelę z pomiędzy przechodzących kobiet. Z
antresoli zwieszały się jak flagi, sztuki wełnianych materyj i
sukna, merynosów, szewiotów, baj. Kolory ich nijakie,
szaro-szyfrowe, niebiesko-morskie, zielono-oliwkowe, opatrzone były
ogromnemi etykietami. - Obok przy progu wisiały sznury futer,
pociętych na wązkie pasy do obszywania sukien: popielice, śnieżne
brzuszki łabędzie, szeregi królików, imitacye gronostai i sztuczne
kuny. Na dole zaś w wązkich przegrodach, na stołach, pomiędzy
stosami próbek materyj, ogromna ilość wyrobów pończoszniczych,
sprzedawanych za bezcen: rękawiczki i chusteczki wełniane robione
na drutach kapturki, kaftaniki - cała wystawa zimowa w jaskrawych
kolorach, cieniowanych w paski, w czerwone rzuciki. Dyoniza
zobaczyła tartan po czterdzieści pięć centymów i mitenki po pięć
sous. - Było to ogromne jarmarczne wyładowanie towarów, które
zdawały się tak przepełniać magazyn, że je wyrzucał niejako na
ulicę. Stryjaszek Baudu, poszedł w zapomnienie. Nawet Pépé, nie
puszczający ręki siostry, szeroko roztwierał oczy. Powóz jakiś
zmusił wszystkich troje do usunięcia się; skierowali się więc ku
ulicy Neuve-Saint-Augustin, to postępując wzdłuż okien, to
zatrzymując się przed każdą wystawą. Najpierw przyciągnęło ich oczy
pewne skomplikowane urządzenie: oto u góry, parasole były tak
ustawione ku sobie, że składały jakby wiązanie dachu wiejskiej
chaty, pod spodem, jedwabne pończochy, zawieszone na żelaznych
prętach, ukazywały zaokrąglony profil łydki, jedne w bukieciki róż,
drugie w rozmaite cienie, czarne ażurowe, czerwone z klinami
haftowanemi, cieliste jedwabnę, tak miękkie w dotknięciu, jak skóra
blondynki, nakoniec na suknie etażerki leżały, systematycznie
rozłożone rękawiczki z wyciągniętemi palcami, z wązką dłonią, jak u
byzantyjskiej dziewicy. Wszystko to mające wdzięk sztywny i jakby
nierozwinięty przedmiotów kobiecej tualety, które nie były jeszcze
noszone. Lecz najdłużej ich zatrzymało ostatnie okno: - była to
wystawa jedwabi, atłasów i aksamitów; tam jakby w giętkiej i
dźwięcznej gamie, rozwijały się najdelikatniejsze odcienia kwiatów:
na wierzchołku aksamity mocno czarne i białe, jak zsiadłe mleko;
niżej, atłasy różowe, niebieskie oraz inne jaskrawe, stopniowo
przechodzące do najdelikatniejszych barw; jeszcze niżej jedwabie
wszystkich kolorów tęczy, sztuki z których jedne ułożone były jakby
w pukle, inne sfałdowane jak na wygiętej postaci, która stała się
jakby żywą pod palcami subjekta; a pomiędzy każdym motywem,
pomiędzy każdą kolorową frazą wystawy, przebiegał jakby skromny
akompaniament, lekki sznur fularu koloru
cr?me. Tam to po obu stronach mieściły się kolosalne stosy
jedwabi dwojakiego rodzaju, na wyrób których posiadał ten handlowy
dom wyłączne prawo:
Paris Bonheur i
Cuir d'Or, dwa artykuły wyjątkowe, które miały zrobić
przewrót w handlu nowości. - Ach, ta faille po pięć franków sześćdziesiąt centymów -
zawołała Dyoniza, stając ze zdumieniem. Jan zaczynając nudzić się, zapytał przechodnia: - Gdzie jest ulica Michodi?re? Gdy mu wskazano pierwszą na prawo, wszyscy troje wrócili
nazad okrążając magazyn; - lecz, wchodząc na ulicę, Dyoniza znowu
stanęła przy oknie z okryciami damskiemi. U Cornaille'a w Valognes,
specyalnie zajmowała się szyciem okryć, lecz nigdy nie widziała nic
podobnego; dla tego zachwyt przykuł ją do miejsca. W głębi widać
było wielki szal z koronki Bruges, znacznej ceny, stanowiący brzeg
zasłony ołtarzowej, z dwoma skrzydłami, rudawej białości; falbany z
point d'Alençon, ułożone w girlandy; potem od dołu do góry,
rozwinięte koronki: malines, valenciennes, aplikacye brukselskie,
points de Venise; wszystko to wyglądało jak pokład śniegu. Z prawej
i lewej strony, wznosiły się ciemne kolumny z postawów sukna,
pogłębiając jeszcze wnętrze tego przybytku. Okrycia znajdowały się
wewnątrz tej kaplicy, wzniesionej dla oddawania czci wdziękom
kobiecym: środek zajmował przedmiot najwyższej ceny: płaszcz
aksamitny, obszyty srebrzystemi lisami; obok była z jednej strony
rotunda jedwabna podszyta popielicami, z drugiej paletot sukienny,
garnirowany kapłoniemi piórami; nakoniec były też narzutki balowe z
białego kaszmiru, z białego matelassé, obszyte puchem łabędzim lub
szenillą. Mogły się tam zadowolnić wszelkie kaprysy, począwszy od
narzutek po dwadzieścia dziewięć franków, aż do aksamitnego
płaszcza, cenionego na tysiąc osiemset franków. Zaokrąglone szyje
manekinów, wydymały materyę, a przesadna wydatność bioder, czyniła
kibić szczuplejszą. W miejscu głowy, była wielka etykieta,
przypięta szpilką do czerwonej bai kołnierza. Lustra po obu
stronach witryny, przez wyrachowane refleksa, odbijały i pomnażały
przedmioty bez końca zapełniając ulicę temi pięknemi paniami do
sprzedania, które zamiast głów, miały wypisaną cenę. - Przepyszne są! - powiedział Jan, nieumiejąc inaczej
wyrazić swego wrażenia. Nagle on sam stanął z otwartemi ustami: Widok tego
przepychu kobiecego zarumienił mu twarz z przyjemności. Posiadał on
piękność dziewiczą, z której zdawało się że okradł swoją siostrę:
miał płeć białoróżową, włosy rude i kędzierzawe, oczy i usta
wilgotne i tkliwe. Stojąca przy nim zdumiona Dyoniza, wydawała się
jeszcze szczuplejszą, ze swą długą twarzą i zbyt wielkiemi usty, z
cerą już zwiędłą i płowym włosem. - Pépé również mający ten jasny
kolor włosów, właściwy dzieciom, coraz bliżej tulił się do niej,
jakby porwany naglą potrzebą pieszczoty, zmieszany i zachwycony
pięknemi paniami z po za szyby. Tak niezwykle i tak ładnie
wyglądała na bruku ta trójka blondynów, biedno i czarno ubranych,
ta smutna dziewczyna, pomiędzy ładnem dzieckiem i chłopcem
prześlicznym, że przechodnie obracali się z uśmiechem. Od niejakiegoś czasu, jakiś gruby, siwy mężczyzna, z
szeroką żółtą twarzą, z progu sklepu, po drugiej stronie ulicy,
patrzył wciąż na nich. - Stał on z oczami krwią nabiegłemi i
wykrzywionemi usty, jakby zbity z tropu przeciwległą wystawą
Magazynu Nowości. Pojawienie się dziewczyny z dwoma braćmi zdawało
się go dobijać. Co też robi tych dwoje gapiów, stojących z otwartą
gębą przed szarlatańską parodyą? - A stryj? - zapytała nagle dziewczyna, jakby ze snu
zbudzona. - Jesteśmy na ulicy Michodi?re - odrzekł Jan - więc musi
tu gdzieś mieszkać. Podnieśli głowę, odwrócili się i naprzeciwko po nad tym
grubym człowiekiem, ujrzeli zielony szyld, na którym napisane było
żółtemi literami, spłowiałemi od deszczu:
Vieil Elboeuf, sukna i flanele. Baudu, sukcesor
Hauchecorne'a. Dom malowany zrudziałą ze starości farbą, licho
wyglądający obok wielkich domów, z czasu Ludwika XIV-go, miał z
frontu tylko trzy okna; były one kwadratowe, bez żaluzyj, ozdobione
żelazną kratką, składającą się z dwóch skrzyżowanych sztab. Lecz w
tym ubogim domu, najbardziej uderzył oczy Dyonizy, oślepione
blaskiem Magazynu Nowości, sklep na parterze, jakby zmiażdżony
sufitem, z antresolą bardzo nizką, z półokrągłemi, więziennemi
okienkami. W oddrzwiach takiegoż zielonkawego koloru jak szyld, na
lewo i na prawo, mieściły się duże szyby czarne i zapylone, przez
które rozeznać można było leżące jedne na drugich sztuki materyj.
Drzwi otwarte zdawały się prowadzić do jakichś wilgotnych ciemności
piwnicznych. - To tam - rzekł Jan. - A więc idźmy - zawyrokowała Dyoniza. - Chodź Pépé. Wszyscy troje byli nieco zmieszani, zalęknieni. Gdy ojciec
ich umarł, porwany gorączką która przed miesiącem zabrała im matkę,
stryj Baudu, pod wrażeniem tej podwójnej żałoby, napisał do
synowicy: że się zawsze dla niej kącik u niego znajdzie, gdyby
zapragnęła szukać losu w Paryżu. Ale od tego czasu upłynął blisko
rok i dziewczyna obecnie żałowała, że opuściła tak lekkomyślnie
Valognes, nieuprzedziwszy o tem stryja. Nie znał on ich wcale, gdyż
nieodwiedzał rodzinnych stron ani razu, odką1 młodym chłopcem, udał
się do Paryża, gdzie został subiektem u sukiennika Hauchecorne'a, z
którego córką później się ożenił. - Czy tu mieszka pan Baudu? - odważyła się Dyonizya spytać
nakoniec grubego jegomości, który się im wciąż przypatrywał. - Ja nim jestem - odpowiedział on. Dyoniza mocno zaczerwieniwszy się wybąkała: - A! tem lepiej. Jestem Dyoniza... a to jest i Pépé.
Przybyliśmy nakoniec, stryju. Baudu zdawał się osłupiały: jego ogromne, czerwone oczy
zaczęły błyskać na żółtej twarzy, powolne słowa plątały się.
Widocznie był o tysiąc mil od tej rodziny, która mu spadła, jak
dachówka na głowę. - Jakto! Jakto! przyjechaliście tu... - powtarzał kilka
razy. - Przecież byliście w Valognes! Dlaczego nie jesteście już w
Valognes? Dyoniza swym słodkim i trochę drżącym głosem, musiała go
objaśnić. Po śmierci ojca, który wszystko stracił na farbiarni,
pozostała matką dwojga dzieci. To co zarabiała u Cornaille'a, nie
wystarczało na wyżywienie ich trojga. Jan pracował u hebenisty,
naprawiającego starożytne meble, lecz bez żadnej zapłaty; nabierał
za to smaku do starożytności i rzeźbił z drzewa figurki. Pewnego
dnia znalazłszy kawałek kości słoniowej, dla zabawki, zrobił główkę
którą jakiś przejezdny pan zobaczył i on to właśnie namówił ich do
opuszczenia Valognes i polecił Jana jednemu z paryzkich artystów,
rzeźbiących kość słoniową. - Otóż, mój stryju, od jutra Jan rozpocznie naukę u nowego
patrona, który nie wymaga odemnie pieniędzy, nawet mu da mieszkanie
i pożywienie. Zdawało mi się, że ja i Pépé damy sobie zawsze radę.
Nieszczęśliwsi być nie możemy, jak tam w Valognes. Przemilczała figle miłosne Jana, jego listy pisane do
panienki z wyższej sfery, zamieszkałej w mieście, całusy zamieniane
przez mur, słowem skandal, który ją zmusił do wyjazdu. Przebyła do
Paryża, by czuwać nad bratem, bo ją przejmował macierzyńskim
strachem, tak piękny i wesoły młodzieniec, którego wszystkie
kobiety uwielbiały. Stryj Baudu, nie mógł przyjść do siebie. Wciąż powtarzał
pytania. Jednakże słysząc ją tak mówiącą o braciach, zaczął mówić
do niej ty. - A więc ojciec nic wam nie zostawił? Zdawało mi się, iż
musi być jeszcze trochę grosza. Ach! zawsze mu odradzałem w listach
tę farbiarnię! Poczciwe miał serce, ale ani źdźbła głowy! I tyś
została z tymi malcami na karku i musiałaś ich żywić! Jego żółciowa twarz rozjaśniła się, nie miał już tych oczu
zakrwawionych, jakiemi patrzał na Magazyn Nowości. Nagle
spostrzegł, ze zagradza sobą drzwi. - Chodźcież już, kiedy jesteście. Wejdźcie, zawsze to
lepsze, niż gapienie się na głupstwa. Spojrzawszy z gniewną miną po raz ostatni na wystawę z
przeciwka, uwolnił dla dzieci wejście, wchodząc pierwszy do sklepu,
zawołał na żonę i córkę: - Elżbieto! Genowefo! chodźcie tu, mamy gości. Lecz Dyoniza i chłopcy zatrzymali się pośród ciemności,
panujących w sklepie. Olśnieni światłem ulicy, mrużyli źrenice, jak
na progu nory nieznanej, próbując ziemię nogami, bojąc się
instynktowo jakich zdradliwych wschodów. Zbliżeni jeszcze bardziej
tą nieokreśloną obawą, przytulili się bliżej do siebie, malec
czepiał się i trzymał spódnicy siostry, a starszy postępował za
nią; weszli nakoniec uśmiechnięci z wdziękiem i zakłopotaniem.
Jasność poranku uwydatniała ich czarną odzież i rzucała złote
blaski na płowe ich włosy. - Wchodzić, wchodzić - powtarzał Baudu. W krótkich słowach objaśnił żonę i córkę. - Pierwsza z
nich, była to mała kobieta, trawiona anemią; wszystko w niej było
białe: włosy, oczy i usta. Na Genowefie, w której wyrodzenie się
matki jeszcze się spotęgowało, znać było niemoc i bezbarwność
rośliny hodowanej w cieniu. Jednakże pyszne i gęste czarne włosy,
jakby cudem wyrosłe z tak biednego ciała, nadawały jej pewien
smutny wdzięk. - Prosimy - powiedziały obie kobiety. - Cieszy nas wasze
przybycie. Posadziły Dyonizę za kontuarem, Pépé wdrapał się zaraz na
kolana siostry, Jan oparty o ścianę, stał obok niej. Starali się
ciągle być blisko siebie i rozglądali się po sklepie, oswoiwszy się
z ciemnością. Dopiero teraz mogli widzieć sufit nizki i zadymiony,
kontuary dębowe, przez czas wypolerowane, odwieczne i mocno okute
przedziałki z towarem sięgającym aż do pułapu; zapach sukna i
farby, cierpka woń chemicznych wytworów, zdawały się zwiększone
wilgocią z podłogi. W głębi dwaj subiekci i panna sklepowa,
układali sztuki flaneli. - Możeby się ten mały panicz posilił czem? - zapytała pani
Baudu, uśmiechając się do Pépé. - O, dziękuję - odpowiedziała Dyoniza - napiliśmy się
mleka w kawiarni, naprzeciw dworca kolei. Widząc, że się Genowefa przypatruje zawiniątku, leżącemu
na ziemi, dodała: - Zostawiliśmy walizę na stacyi. Rumieniła się, pojmując, że w ten sposób nie przybywa do
nikogo. Jeszcze w wagonie, skoro tylko pociąg wyruszył z Valognes,
uczuła żal i przestrach; dlatego pozostawiła walizę i zaprowadziła
dzieci na śniadanie. Nagle odezwał się Baudu: - Pogadajmy teraz krótko a zwięźle. Pisałem wprawdzie do
ciebie, ale już przeszło rok temu, a w ciągu tego roku moje
dziecko, interesa wcale się nie poprawiły. Zamilkł, jakby dławiony wzruszeniem, którego niechciał
okazać. Pani Baudu i Genowefa, z miną zrezygnowaną, spuściły wzrok
ku ziemi. - O, to tylko stan przejściowy, jestem spokojny. Jednakże
zmniejszyłem swój personel, mamy teraz tylko trzy osoby i ciężkie
czasy niepozwalają na przyjęcie czwartej. Dlatego nie mogę się
pomieścić u siebie, moje dziecko, chociaż o tem pisałem. Dyoniza słuchała go przerażona, blada. On zaś dodał
jeszcze: - Na nicby się to nie zdało, ani nam, ani tobie. - Dobrze, stryju; - wymówiła z trudnością - postaram się
radzić sobie sama. Państwo Baudu nie byli to źli ludzie, lecz się uskarżali,
że los im nie sprzyjał. Podczas kiedy się w handlu powodziło,
musieli wychowywać pięciu chłopców, z których trzej umarli w
dwudziestym roku życia, czwarty źle się pokierował, a piąty
niedawno odpłynął z wojskiem do Meksyku, jako kapitan. Pozostała im
tylko Genowefa. Lecz tak liczna rodzina, wymagała znacznych
wydatków; Baudu dobił się jeszcze, kupiwszy w Rambouillet, w
rodzinnej stronie swego teścia, ogromne drewniane domostwo; ztąd to
pochodził kwaśny humor starego kupca, prawego aż do manii. - Trzeba było uprzedzić - ciągnął dalej, coraz bardziej
rozdrażniony własną szorstkością. - Mogłaś do mnie napisać, byłbym
odpowiedział, żebyś się nieruszała z miejsca. - Na wiadomość o
śmierci twego ojca, odezwałem się z tem, co się zwykle w takich
razach mówi; ale mi tu spadasz tak niespodzianie... To mię trochę
wprowadza w kłopot... Podniósł głos, bo mu to sprawiało ulgę; żona i córka
milczały ze spuszczonemi ku ziemi oczami, jako osoby uległe,
niepozwalające sobie nigdy mieszać się do interesów. Słuchając tych
wykrzyków, Jan bladł a Dyoniza przyciskała do piersi przelęknionego
Pépé i dwie ogromne łzy spłynęły jej z oczu. - A więc dobrze, mój stryju, zaraz się ztąd oddalimy. Opamiętał się i po krótkiej chwili kłopotliwego milczenia,
rzekł gderliwie: - Ależ ja was nie wypędzam za drzwi; kiedyście przyszli,
przenocujcie tu... a potem zobaczymy... Pani Baudu i Genowefa, zrozumiały z rzuconego na nie
wejrzenia, iż mogą tę rzecz załatwić. - Wszystko dało się jakoś
ułożyć. O Jana nie było się co troszczyć, gdyż miał pójść na
aplikacyę. Co się tyczy Pépé, będzie mu doskonale u pani Gras,
starej jejmości, która najmując obszerny lokal parterowy, przy
ulicy Orties, przyjmowała dzieci do lat dziesięciu, za czterdzieści
franków miesięcznie. Dyoniza powiedziała, że ma czem opłacić
pierwszy miesiąc. Pozostawało jej samej gdzieś się umieścić; lecz
dla niej z łatwością znajdzie się miejsce w tej samej dzielnicy. - Zdaje się - powiedziała Genowefa - że Vinçard szuka
panny sklepowej. - Ach! prawda! - wykrzyknął Baudu. - Pójdziemy zapytać go
po śniadaniu. Trzeba kuć żelazo, póki gorące. Nikt z kupujących nie przerwał swem przyjściem tej
familijnej narady; sklep pozostawał ciemny i pusty. W głębi dwaj
subiekci i panna kończyli zajęcie, szepcząc pomiędzy sobą. Po
chwili jednakże zjawiły się trzy panie. Dyoniza jakiś czas
pozostała sama. Ucałowała Pépé ze zbolałem sercem, na myśl
rozstania. Dziecko pieszczotliwe jak kotek, chowało główkę, nic nie
mówiąc. Skoro pani Baudu z córką powróciły, przyznały, że jest
bardzo grzeczny. Dyoniza zapewniała, iż nigdy żadnych hałasów
niewyprawia, że zwykle całemi dniami cicho siedzi, zadawalniając
się pieszczotą. Aż do śniadania, bawiły się we trzy rozmową: o
dzieciach, o gospodarstwie, o życiu w Paryżu i na prowincyi; mówiły
frazesami krótkiemi i pustemi, jak zwykle krewni, kiedy są
zakłopotani tem, że się z sobą nie znają. Jan stał przed sklepem,
zajęty ruchem ulicznym, uśmiechając się do przechodzących ładnych
dziewcząt. O dziesiątej godzinie weszła sługa. Zazwyczaj stół się
nakrywał dla p. Baudu, Genowefy i starszego subiekta. O jedenastej zaś, powtórnie dla pani Baudu, drugiego
subiekta i panny. - Prosimy na zupę - wykrzyknął sukiennik, zwracając się do
siostrzenicy. Skoro się wszyscy rozsiedli dokoła stołu w ciasnym
jadalnym pokoju za sklepem, zawołał na opóźniającego się subiekta: - Colomban! Młodzieniec tłómaczył swoje opóźnienie, chciał bowiem
skończyć składanie flaneli. Był to tęgi chłopiec lat dwudziestu
pięciu, ociężały i przebiegły. Miał poczciwą twarz, usta szerokie
miękkie i chytry wyraz w oczach. - Co u dyabła! przecież na wszystko jest czas - powiedział
Baudu, który wygodnie rozsiadłszy się, krajał kawał zimnej
cielęciny z przezornością i zręcznością pana swej czeladzi, ważąc
okiem co do grana cienkie plasterki. Obdzieliwszy wszystkich,
pokrajał potem chleb. Dyoniza posadziła Pépé przy sobie, aby się
przyzwoicie zachowywał przy jedzeniu. Ten ciemny jadalny pokój, wywierał na niej przykre
wrażenie, przytłaczał i gnębił przyzwyczajoną do rozległych i
jasnych pokoi na prowincyi. Jedyne okno, wychodziło na wewnętrzne
podwórko, łączące się z ulicą ciemnem przejściem; podwórko to
wilgotne, zapowietrzone, podobne było do dna studni, do której
wpadał punkcik zamglonego światła. W zimie trzeba było od rana do
wieczora palić gaz w jadalni, a gdy ją przestawano oświetlać, była
jeszcze smutniejszą. Dyoniza potrzebowała niejakiego czasu, zanim
mogła dojrzeć kawałki na talerzu. - To mi zuch! tęgi ma apetyt, powiedział Bandu,
zauważywszy, że Jan spożył już cielęcinę. Jeżeli tak pracuje jak
je, będzie z niego dzielny robotnik. Ale ty, moje dziewczę, nie
jesz? Powiedz mi, kiedy teraz możemy pogawędzić, dla czego nie
poszłaś za mąż w Valognes? Dyoniza opuściła szklankę, którą do ust niosła. - Ależ mój stryju, czy ja mogę iść za mąż! nie
zastanowiłeś się... A malcy? Roześmiała się w końcu, tak jej się ta myśl wydała
zabawną. - Któżby mnie chciał nie mającą grosza, małą jak skowronek
i nieładną do tego? Nigdy, nigdy nie pójdę zamąż, dosyć mi już
dwojga dzieci, rzekła. - Nie masz racyi, odezwał się stryj, kobieta zawsze
potrzebuje męzkiej opieki. Gdybyś była znalazła poczciwego chłopca,
nie spadłabyś z braćmi na bruk Paryża, jak cygańska rodzina. Umilkł, ażeby znów zająć się sprawiedliwie i oszczędnie
podziałem półmiska kartofli ze słoniną, który sługa wniosła. Potem
wskazując łyżką na Genowefę i Colombana, powiedział: - Patrz! ci dwoje na wiosnę już będą pożenieni, jeżeli nam
zima dopisze. Był to patryarchalny zwyczaj tego domu handlowego.
Fundator Arystydes Finet, wydał swą córkę Dezyderyę, za starszego
subiekta Hauchecorne'a; on zaś, sam Baudu, który wylądował na ulicy
Michodi?re z siedmiu frankami w kieszeni, ożenił się z córką
Hauchecorne'a, Elżbietą; teraz oczekiwał chwili, aby swoją córkę
Genowefę połączyć z Colomban'em, skoro tylko interesa się poprawią.
Jeżeli zaś opóźniał od trzech lat zamierzone małżeństwo, to tylko
przez skrupuły, przez upór, biorący źródło w poczciwości. Objąwszy
interes w stanie kwitnącym, nie chciał aby przeszedł w ręce zięcia
ze zmniejszoną klientelą i wątpliwemi obrotami. Baudu prowadził dalej opowiadanie. Przedstawił Colomban'a
jako pochodzącego z Rambouillet, zarówno jak teść jego, zachodziło
nawet pomiędzy nimi dalekie pokrewieństwo. - Dzielny z niego pracownik i przez dziesięć lat dosyć się
nabiegał koło sklepu, godnie zasłużył na swój stopień. Zresztą nie
jest on pierwszym lepszym, ojciec jego był weterynarzem, znanym w
całym okręgu Sekwany i Oazy; był to artysta w swoim zawodzie, ale
taki smakosz że przejada wszystko co zarobi. Na zakończenie rzekł sukiennik. - Dzięki Bogu, jeżeli ojciec pije i hula, za to syn
nauczył się tu cenić pieniądze. Podczas gdy on mówił, Dyoniza badała Grenowefę i
Colombana. Siedzieli przy stole obok siebie; lecz byli bardzo
spokojni, nie rumienili się, nie uśmiechali. Od chwili wstąpienia
do tego domu, młodzieniec ów liczył na to, że się tam ożeni.
Przechodził wszystkie stopnie: aplikanta, sprzedającego,
pobierającego pensyę, nakoniec dopuszczony został do zaufania i
uciech rodzinnych, a wszystko cierpliwie, prowadząc życie regularne
jak zegarek i patrząc na Genowefę, jako na interes doskonały i
uczciwy. Skutkiem pewności, że ją posiądzie, nie mógł jej pragnąć;
ona zaś także przywykła go kochać, lecz z całą powagą swego
powściągliwego usposobienia i z głęboką namiętnością, której się
sama nie domyślała, wśród życia jednostajnego i poziomego. - Jeżeli się ludzie sobie podobają nawzajem i jeżeli
mogą... powiedziała Dyoniza z uśmiechem, zdawało się jej bowiem, że
wypada sprawić im przyjemność. - Zawsze się na tem kończy, rzekł przeżuwając powoli
Colomban, który dotąd nie wymówił ani słowa. Genowefa rzuciwszy na niego długie spojrzenie, dodała: - Trzeba się tylko porozumieć, a potem idzie to samo przez
się. Ich miłość wzrosła w tym sklepie starego Paryża. Była to
niejako piwniczna roślina. Od dziesięciu lat znała jego jednego,
dnie całe spędzała przy nim, po za postawami sukna, wśród ciemności
sklepowych; rano i wieczór, oboje znajdowali się tuż obok siebie:
przy stole w ciasnej jadalni, gdzie chłodno było jak w studni.
Nawet na wsi pod cieniem drzew nie mogli by tak być ukryci i
samotni. Chyba tylko zwątpienie, obawa zazdrośna, mogły to odkryć
dziewczynie, iż się oddała całkiem i na zawsze, pośród tej
zdradliwej ciemności, jedynie z powodu pustki w sercu i głowie. Dyonizie wydawało się, iż spostrzega jakiś rosnący
niepokój w wejrzeniu Genowefy na Colomban'a, powiedziała więc
uprzejmie: - Pomiędzy kochającymi się, porozumienie zawsze jest
łatwe. Baudu doglądał stołu z powagą. Rozdzielił cienkie
plasterki sera i dla uczczenia krewnych, zażądał drugich wet, to
jest słoika konfitur porzeczkowych. Hojność ta mocno zadziwiła
Colomban'a Pépé dotąd grzeczny, źle się jakoś zachował przy
konfiturach. Jan uważnie słuchający rozmowy o małżeństwie,
przypatrywał się kuzynce Genowefie, którą znajdował nadto miękką i
bladą. W duchu porównywał ją z białym królikiem o czarnych uszkach
i czerwonych oczkach. - Dosyć tej gadaniny, ustąpmy miejsca innym! zakończył
sukiennik, dając znak do wstania od stołu. Jeżeli się sobie pozwala
coś nadzwyczajnego, nie idzie za tem, aby wszystkiego nadużywać. Pani Baudu, drugi subiekt i panna przyszli zająć z kolei
miejsce przy stole. Dyoniza znowu pozostała sama przy drzwiach,
oczekując chwili, kiedy stryj będzie ją mógł zaprowadzić do
Vinçard'a; Pépé bawił się u jej nóg. a Jan rozpoczął na nowo swe
obserwacye przy progu. Przez całą godzinę przypatrywała się, co się
w koło niej dzieje. Od czasu do czasu wchodziła klientka: zjawiła
się naprzód jakaś dama, potem dwie inne. Sklep przepełniony był
zapachem starości i półświatłem, wśród których staroświecki handel
naiwny i prosty, zdawał się płakać nad swem opuszczeniem. Za to po
drugiej stronie ulicy, roznamiętniał ją widok Magazynu Nowości i
wystawy, którą widziała przez otwarte drzwi. Niebo było
zachmurzone, deszczyk orzeźwiał powietrze pomimo pory roku. Pośród
jasności dnia, w którym błyszczał jakby pył słoneczny, wielki
magazyn, wrzał życiem i ruchem. Dyonizie wydawało się że widzi maszynę działającą pod
silnem ciśnieniem i której ruch sięga aż do wystawy. Nie były to
już zimne szyby jak rano; teraz zdawały się jakby ogrzane i drżące
od ruchu wewnętrznego. Ludzie się im przyglądali, kobiety dusiły
się tłocząc, otaczał je tłum grubiański, dyszący pożądliwością.
Materye zdawały się nabierać życia pod wpływem roznamiętnionych
oczu; koronki drżały, opadały i zasłaniały tajemniczo głębie
magazynu; nawet postawy sukna, grube i kwadratowe, oddychały i
wydawały woń kuszącą. Paltoty jeszcze więcej odymały się na
manekinach, które nabierały duszy; a wielki ów płaszcz aksamitny,
wypełniał się, giętki i ciepły, jakby na ramionach z ciała, z
pulsacyą szyi i poruszeniem bioder. Lecz gorąco jak z huty, płonące
w magazynie, pochodziło przedewszystkiem od sprzedaży, od
potrącania się przy kontuarach, a ztamtąd wychodziło na zewnątrz,
po za mury. Było tam słychać ciągły szmer, jakby maszyny w ruchu,
zbiegowisko klientek, skupionych przed półkami, odurzonych widokiem
tylu towarów i przerzucanych potem do kasy. - Wszystko to się
odbywało prawidłowo, organizowane było ze ścisłą akuratnością
mechaniczną; całe roje kobiet przechodziły gnane siłą i loiką kółek
w maszynie. Dyoniza od rana ulegała pokusie. Ten magazyn tak rozległy,
do którego w ciągu godziny, więcej osób weszło, niż u Cornaille'a w
pół roku, odurzał ją i pociągał. Obok chęci wejścia tam, czuła
jakiś nieokreślony przestrach, który jeszcze bardziej ją pociągał.
Jednocześnie sklep stryja, sprawiał na niej przykre wrażenie; czuła
wzgardę niewyrozumowaną, odrazę instynktową, do tej lodowatej nory
staroświeckiego handlu. Doznane wrażenia: wejście nieśmiałe, kwaśne
przyjęcie przez krewnych, smutne, jakby więzienne śniadanie,
samotne oczekiwanie w tym martwym, konającym domu, wszystko to się
złożyło na niemy protest i silne pożądanie życia i światła. Pomimo
dobrego serca, oczy jej zwracały się ku Magazynowi Nowości, jak
gdyby się w niej odezwała panna sklepowa, czująca potrzebę
rozgrzania się, przy płomieniu tego wielkiego ruchu. - Tam przynajmniej są ludzie, aż miło patrzeć! rzekła mimo
woli. Lecz zaraz pożałowała tego, spostrzegłszy obie Baudu przy
sobie; sama pani, która oddawna skończyła śniadanie, stała, biała
jak zawsze, kierując białe oczy ku potworowi, i pomimo rezygnacyi,
nie mogła go widzieć, dostrzegać go po drugiej stronie ulicy, ażeby
niema rozpacz nie zwilżała jej powiek. Co się tycze Genowefy, to z
wzrastającym niepokojem uważała, iż Colomban, niepodejrzywając iż
go śledzą, stał w zachwyceniu, z okiem wlepionem w panny
sprzedające okrycia, których salon można było widzieć przez szyby
antresoli. Baudu z żółciowym wyrazem twarzy, mógł to tylko
powiedzieć: - Nie wszystko złoto, co się świeci. Cierpliwości! Zacisnął usta, bojąc się wybuchnąć. Widocznie nowoprzybyli
krewni, zwiększali przypływ oburzenia, który mu aż do gardła
dochodził. Przez miłość własną, powstrzymywał się od wybuchów przy
tych dzieciach, które dopiero dziś rano do niego przyjechały.
Nakoniec zapanował nad sobą i odwrócił się, nie patrząc na ożywioną
sprzedaż u przeciwka. - Idźmy teraz do Vinçard'a; miejsca są tak poszukiwane, że
jutro może być zapóźno. Przed wyjściem zalecił, aby drugi subiekt, udał się na
kolej po walizę Dyonizy. Pani Baudu, pod opieką której pozostać
miał Pépé, powiedziała, iż skorzysta z wolnej chwili, aby
zaprowadzić malca na ulicę Orties do pani Gras i umówi się z nią.
Jan obiecał siostrze, że nie ruszy się ze sklepu. - Za parę minut będziemy na miejscu, powiedział Baudu,
przechodząc na ulicę Gaillon z synowicą. Vinçard'a specyalnością są
jedwabie i jakoś mu dotąd idzie. O! ma i on kłopoty, jak każdy; ale
to cięta sztuczka, umie związać koniec z końcem, bo szkaradny z
niego sknera. Zdaje mi się jednak, że chce handel porzucić z powodu
reumatyzmu. Magazyn ów był na ulicy Neuve-des-Petits-Champs, blizko
passażu Choiseul. Był to sklep czysty i jasny, urządzony ze
zbytkiem nowoczesnym, ale mały i skąpo w towar zaopatrzony. Baudu i
Dyoniza, zastali Vinçard'a, naradzającego się z dwoma panami. - Nie przerywaj rozmowy! krzyknął sukiennik. Nic pilnego,
poczekamy. Cofnąwszy się dyskretnie ku drzwiom, szepnął do ucha
synowicy: - Ten chudy, jest drugim subiektem przy jedwabiach w
Magazynie Nowości, a ten tłusty, to fabrykant z Lyonu. Dyoniza zrozumiała, że Vinçard usiłuje sprzedać swój sklep
panu Robineau, subiektowi z Magazynu Nowości. Dawał on słowo
honoru, z łatwością człowieka, który nie przywiązuje wagi do
przysiąg. Według niego handel ten był złotym interesem. W pełnym
rozkwicie zdrowia, jęczał, uskarżając się na przeklęte cierpienia,
które go zmuszają do wypuszczenia z rąk fortuny. Lecz Robineau,
nerwowy i niespokojny, przerywał mu niecierpliwie: znał on dobrze
kryzys, jakie przechodziły obecnie jedwabie, materye, zapewniał że
ta specjalność jest już zabitą przez sąsiedztwo Magazynu Nowości.
Vinçard rozogniony, podniósł głos, mówiąc: - Do dyabła! upadłość tego głupca Vabre, była fatalną.
Żona go objadała... Ale my tu jesteśmy o pięćset metrów, podczas,
kiedy Vabre, był z nim drzwi w drzwi. Tu Gaujean, fabrykant jedwabi, wmięszał się do rozmowy.
Głosy przycichły: oskarżał on wielkie magazyny, że zabijają
fabrykacyę francuzką; trzech, czterech ludzi stanowi prawo; jak
potentaci panują oni na rynku. Starał się dać do zrozumienia, że
jedyną bronią, jest popierać drobny handel, a szczególniej
specyalności, mające przyszłość przed sobą. Obiecywał też panu
Robineau duży kredyt. - Patrzcie jak się Magazyn Nowości względem was zachowuje!
wciąż powtarzał. Nic sobie nie robią z oddawanych im usług. Są to
machiny do wyzyskiwania ludzi. Posadę pierwszego subiekta obiecano
panu, tymczasem Bouthemont przybysz, nie mający nic, coby za nim
przemawiało, od razu ją zajął. Rana, jaką mu ta niesprawiedliwość zadała, krwawiła się
jeszcze. Jednakże namyślał się, czy co przedsięwziąść na własną
rękę. Tłomaczył się, że nie rozporządza własnemi pieniędzmi tylko
żony, która odziedziczyła sześćdziesiąt tysięcy franków; że ma
zatem skrupuły i wołałby dać sobie uciąć obie ręce, niż wprowadzić
żonę w złe interesa. - Nie, jeszczem się nie zdecydował, rzekł nareszcie.
Pozostaw mi pan czas do namysłu, pomówimy jeszcze o tem. - Jak się panu podoba, odrzekł Vinçard, tając doznany
zawód, pod dobroduszną miną. Nie zależy mi na tej sprzedaży. Wierz
mi pan, że gdyby nie moje cierpienia... Zwracając się na środek magazynu zapytał: - Co rozkażesz, panie Baudu. Sukiennik, który słuchał rozmowy tej jednem uchem,
przedstawił Dyonizę, opowiedział co uważał za potrzebne z jej
historyi i dodał, że pracowała dwa lata na prowincyi. - Ponieważ szukasz dobrej sklepowej, jak mi mówiono...
rzekł nareszcie. Vinçard udał wielką rozpacz: - A to prawdziwe nieszczęście! Prawda, szukałem sklepowej
przez cały tydzień; lecz nie ma dwóch godzin jak już zgodziłem. Zapanowało milczenie. Dyoniza wydawała się zmieszaną.
WówczasRobineau, który przypatrywał się z zajęciem i ze
współczuciem jej wątłej postaci, powiedział: - Wiem, iż u nas potrzebują kogoś do oddziału okryć. Baudu nie mógł powstrzymać okrzyku zbolałego serca: - U was! co to, to nie, przepraszam! Lecz zaraz potem zdawał się zakłopotany Dyoniza oblała się
rumieńcem; nigdy się nie odważę wejść do tego wielkiego magazynu,
mówiła sobie, ale sama myśl, dostania się tam, napełniała ją dumą. - Dla czego nie? ciągnął dalej Robineau zadziwiony, byłoby
to pożądane dla panienki. Ja bym jej radził jutro rano przedstawić
się pani Aurelii, pierwszej sklepowej. Co najgorszego stać się może
to, że nie zostaniesz przyjętą. Sukiennik dla ukrycia wewnętrznego wzburzenia, zapuścił
się w czczą gadaninę, mówił, że zna panią Aurelię, a lepiej jeszcze
jej męża Lhomme, kasyera, tłuściocha, z odciętą prawą ręką przez
omnibus. Potem zwracając się nagle do Dyonizy, powiedział: - Zresztą to jej rzecz, nie moja... Jest zupełnie wolną... Wyszedł pożegnawszy trzech obecnych tam panów. Vinçard
odprowadził go aż do drzwi, powtarzając swe ubolewanie. Młoda
dziewczyna stała na środku magazynu z przestrachem; pragnęła prosić
subiekta o bliższe wyjaśnienie, ale nieodważywszy się na to,
ukłoniła się i rzekła skromnie: - Dziękuję panu, poczem wyszła. Powracając Baudu, nie przemówił ani słowa do synowicy.
Szedł prędko, jakby porwany myślami, zmuszając ją, aby biegła za
nim. Na ulicy Michodi?re, prawie już miał wejść do siebie, kiedy
sąsiad jego, kupiec stojący na progu, przywołał go znakiem do
siebie. Dyoniza stanęła nieopodal. - Co nowego, ojcze Bourras? zapytał sukiennik. Bourras, był to starzec wielkiego wzrostu, z głową
proroka, z długiemi włosami i brodą, przenikliwe jego oczy
wyglądały z pod brwi gęstych jak las. Sprzedawał on laski i
parasole, przyjmował reparacye, rzeźbił nawet rączki, co mu w
dzielnicy zjednało sławę artysty. Dyoniza rzuciła okiem na szybę
sklepową, za którą parasole i laski stały szeregiem. Podniosła oczy
w górę i została zdziwiona widokiem domu: była to rudera,
zacieśniona pomiędzy Magazynem Nowości a wielkim pałacem z czasów
Ludwika XIV. Wtłoczona niewiadomo jakim sposobem w tę ciasną
szczelinę, ze swemi dwoma nizkiemi piętrami. Gdyby nie podpory z
prawej i lewej strony, musiałaby się zawalić. Szyfer na jej dachu
wykrzywił się i przegnił. Od frontu były dwa okna ze szparami w
murze; dokoła długie zrudziałe plamy ciągnęły się po desce szyldu,
na wpół spróchniałego. - Wiesz pan, że pisał do właściciela tego domu, proponując
mu kupno; powiedział Bourras, wpatrując się bystro w sukiennika,
ognistem swem okiem. Baudu jeszcze więcej pobladł i zwiesił głowę. Dwaj kupcy
stali naprzeciw siebie w głębokiem milczeniu. - Trzeba gotowym być na wszystko, bąknął nakoniec. Bourras zakipiał wtedy, wstrząsnął włosami i kędzierzawą
brodą. - Niech kupuje, zapłaci cztery razy więcej, niż warto. Ale
klnę się, że póki ja żyję, nieposiędzie ani jednego kamienia. Mój
kontrakt służy mi na lat dwanaście. Zobaczymy! zobaczymy! Było to wypowiedzenie wojny; Bourras zwrócił się ku
Magazynowi Nowości, którego nazwy żaden z nich nie wymienił. Baudu
w milczeniu kiwał głową; potem przeszedłszy ulicę powrócił do
siebie. Włóczył nogami i wciąż powtarzał: - Mój Boże! Mój Boże! Dyoniza, która słyszała tę rozmowę, szła za nim. Pani
Baudu jednocześnie wchodziła z Pépém i natychmiast powiedziała, że
pani Gras gotowa jest przyjąć dziecko w każdym czasie. Jan znikł
gdzieś, czem siostra mocno się zaniepokoiła. Gdy powróciwszy zaczął
z ożywioną twarzą opowiadać namiętnie o bulwarach, spojrzała na
niego z tak smutną miną, że się zaczerwienił. Przyniesiono ich
walizę; noc mieli spędzić na strychu. - Ale, a cóż u Vinçarda? spytała pani Baudu. Sukiennik opowiedział o złym skutku swych starań i dodał,
iż proponowano synowicy miejsce. - Oto tam! rzekł wzgardliwie wskazując ręką Magazyn
Nowości. Cała rodzina była tem dotkniętą. Wieczorem pierwszy obiad
był o piątej. Dyoniza i jej dwoje dzieci zajęli swe miejsca z
Baudu, Genowefą i Colomban'em. Płomień gazowy oświecił i ogrzewał
jadalnię, po której rozchodziła się dusząca woń potraw. Obiad
spożywano w milczeniu; lecz przy wetach pani Baudu, nie mogąc
dłużej wytrzymać, usiadła za swą synowicą. Wówczas to długo
wstrzymywana fala, przerwała zaporę, wszystkim ulżyło wymyślanie na
potwora. - To od ciebie zależy, jesteś wolną, powtarzał Baudu. Nie
chcemy wpływać na ciebie... Tylko gdybyś wiedziała co to za dom... Urywanemi frazesami, opowiedział historyę Oktawa Mouret'a.
Szczęście mu sprzyjało. Z południowej Francyi dostał się do Paryża
ten zuchwały i sympatyczny awanturnik i zaraz rozpoczął szereg
miłośnych historyjek z kobietami. Był to ciągły wyzysk kobiety:
zgorszenia, chwytanie na gorącym uczynku. Cała dzielnica mówiła o
nim - nakoniec świetny i niewytłómaczony podbój pani Hédouin, która
przyniosła mu w posagu Magazyn Nowości. - Biedna Karolina! przerwała pani Baudu, była ona daleką
moją krewną. O! gdyby żyła, inaczejby szły interesa, nie
pozwoliłaby nas zabijać. Jednakże on ją sam zabił i to wśród swych
budowli. Pewnego ranka, zwiedzając roboty, wpadła w dół, a we trzy
dni potem umarła... Ona, która nigdy nie chorowała, zawsze była
zdrową i tak piękną. Pod kamieniami tego domu jest jej krew. Mówiąc to, przez ścianę wskazywała na wielki magazyn, swą
bladą i drżącą ręką. Dyoniza słuchała tego jak czarodziejskiej
bajki, czując lekki dreszcz. Obawa dręcząca ją od rana, obok
niezwalczonej pokusy, zradzała się może z tej krwi, którą teraz
zdawała się spostrzegać na kamieniach. - Możnaby sądzić, iż mu to szczęście przyniosło, dodała
pani Baudu, nie wymieniając Mouret'a. Lecz sukiennik, słuchając tej baśni, wzruszał pogardliwie
ramionami. Na nowo rozpoczął on swą historyę i wyjaśnił położenie z
punktu kupieckiego. Magazyn "Le Bonheur des Dames", założony był w
1822 r. przez braci Deleuze. Po śmierci starszego, córka jego
Karolina, wyszła za syna fabrykanta płócien, Karola Hédouin;
zostawszy wdową, zaślubiła Mouret'a, przynosząc mu w posagu połowę
magazynu. We trzy miesiące po ślubie, umarł stryj Deleuze
bezdzietnie, tym więc sposobem, gdy Karolina utraciła życie w
czasie restauracyi domu, Mouret pozostał jedynym dziedzicem i
właścicielem magazynu. Prawdziwe szczęście! - Jest to człowiek pomysłowy, niebezpieczny matacz, który
przewróci całą dzielnicę, jeżeli mu na to pozwolą - kończył Baudu.
Zdaje mi się, iż Karolina będąc nieco egzaltowaną, została
pociągnięta osobliwemi projektami tego pana. Krótko mówiąc,
nakłonił ją do kupienia domu po lewej stronie, potem drugiego po
prawej; gdy zaś pozostał sam, dokupił jeszcze dwa domy: w ten
sposób magazyn ciągle rósł i rósł, a teraz grozi pożarciem nas
wszystkich. Zwracał się do Dyonizy, chociaż w istocie mówił dla
siebie, przeżuwając tę dręczącą go historyę; w kółku rodzinnem
stanowił on żywioł żółciowy, gwałtowność z zaciśniętemi pięściami.
- Pani Baudu już się nie wdawała w rozmowę, siedząc nieporuszenie
na krześle; Genowefa i Colomban, ze spuszczonemi oczami, przez
roztargnienie, zbierali i zjadali okruszyny chleba. Tak było gorąco
i duszno w tyra pokoiku, że Pépé usnął na stole, nawet i Jan mrużył
oczy. - Cierpliwości! - rozpoczął na nowo Baudu, porwany nagłym
gniewem - matacze połamią żebra! Tak, poczciwi ludzie zawsze
zwalczą łotrów, dlatego dość im ze złożonemi rękami czekać
ostatecznego upadku! Mouret przechodzi kryzys, wiem dobrze.
Zmuszony był wszystkie swe zasoby włożyć w to szalone powiększenie
sklepu i w reklamę. Prócz tego, dla zdobycia kapitałów, przyszło mu
na myśl, nakłonić większą część swych podwładnych, aby umieścili u
niego fundusze swoje. Obecnie jest bez grosza i jeżeli się nie
stanie cud, jeżeli mu się nie uda w trójnasób zwiększyć sprzedaż,
jak się tego spodziewa, zobaczycie jakie nastąpi bankructwo! Nie
jestem złym człowiekiem, ale w ten dzień uiluminuję swój sklep,
słowo honoru! Mściwym głosem ciągnął dalej, zdawałoby się iż upadek
Magazynu Nowości, powinien był przywrócić honor handlu. Czy kiedy
widziano, żeby w magazynie nowości sprzedawać wszystko... jest to
raczej bazar! Piękny też personel! zbieranina chłystków, którzy
sprawiają się jak na stacyi kolei, traktują towar i kundmanów jak
pakunki; porzucają pryncypała lub przez niego są odprawiani za
jedno słowo, nie znają ani życzliwości, ani obyczajów, ani sztuki.
Jako przykład postawił Colombana, wychowanego w dobrej szkole, on
wie w jaki sposób powoli i napewno dochodzi się do zręczności, do
wybiegów rzemiosła. Nie w tem sztuka, żeby dużo sprzedawać, ale po
wysokiej cenie. Zresztą niech powie, jak się z nim obchodzimy: stał
się członkiem naszej rodziny, pielęgnowany jest w chorobie, oprany
i oszyty, doglądany po ojcowsku, nakoniec... jest kochany! Colomban po każdym wykrzyku swego zwierzchnika, mówił:
"tak, tak!" - Tyś ostatni, mój poczciwcze - rzekł Baudu rozczulony. -
Po tobie już takich nie będzie. Ty jeden mnie pocieszasz, lecz
jeżeli takie tłoczenie się, popychanie nazywają teraz handlem, nie
rozumiem się na tem i wolę się wycofać. Genowefa z głową zwieszoną na bok, jak gdyby jej gęste,
czarne włosy zanadto ciążyły, z bladą twarzą, wpatrywała się w
subiekta uśmiechając się; w jej wejrzeniu kryło się powątpiewanie,
ciekawość, czy też Colomban dręczony wyrzutem sumienia nie
zaczerwieni się od tych pochwał? Lecz jako chłopiec nałamany do
komedyj starego handlu, pozostał on spokojny, z miną dobroduszną i
z wyrazem chytrości na ustach. Jednakże Baudu coraz głośniej krzyczał na ciągłe odbijanie
pak naprzeciwko, na tych dzikich, zabijających się pomiędzy sobą w
walce o byt, dążących do podkopania rodziny. Stawiał za przykład
swych sąsiadów ze wsi, pp. Lhomme: matkę, ojca i syna, wszyscy
zajęci są w jednej budzie, nie mają domowego ogniska, zawsze za
domem, jadający u siebie tylko w niedzielę, pędzą życie hotelowe,
jakby przy table d'h?te! - Co prawda, jadalnia moja niewielka, mogłaby mieć więcej
światła i powietrza, ale tu spędziłem życie, wśród tkliwych
rodzinnych uczuć. Mówiąc to spoglądał dokoła izdebki i drżał na myśl, której
nie chciał wyjawiać, iż pewnego poranku, dzicy w razie gdyby dobili
jego handel, gotowi go wygnać z tej nory, gdzie mu było ciepło
pomiędzy żoną i córką. Chociaż udawał, że jest pewien ich
bankructwa, bał się, widząc swą dzielnicę zagrabioną i pochłanianą
powoli. - Nie mówię tego, żeby cię zniechęcać - rzekł usiłując być
spokojnym. - Jeżeli w tem widzisz swe dobro, pierwszy ci powiem:
idź! - Wierzę, mój stryju - szepnęła Dyoniza, gdyż pociąg jej
do Magazynu Nowości wzrastał, w miarę tych uniesień. Baudu wspierał się łokciami o stół i prześladował ją
wzrokiem. - Lecz powiedz ty, co będziesz może do nich należała,
jest-że to rozsądnem, aby prosty magazyn nowości, porywał się na
sprzedaż wszystkiego. Dawnemi czasy, kiedy handel był uczciwie
prowadzony, nowości i nic więcej. Dziś, jedynym ich celem siąść na
kark sąsiadom i wszystko pożreć... oto na co się cała dzielnica
uskarża; bo małe sklepy od tego bardzo ucierpiały. Ten Mouret je
rujnuje. Patrz! Bédoré i siostra (wyroby pończosznicze) z ulicy
Graillon, utracili połowę klienteli. Panna Tatin, handlująca
bielizną w pasażu Choiseul, musiała zniżyć ceny do połowy i
prześcigać się w taniej sprzedaży. Skutki tej klęski, tej zarazy,
dają się czuć nawet na ulicy Neuvedes-Petits-Champs, gdzie jak mi
mówiono, futrzarze bracia Vanpouille, nie mogli wytrzymać
konkurencyi. Cóż na to powiesz, oto perkaliki sprzedają futra; nie
jest-że to śmieszne? To także pomysł Mouret'a. - A rękawiczki - powiedziała pani Baudu. - Czyż to
słyszana rzecz? Ośmielił się urządzić półki z rękawiczkami!
Wczoraj, jakem przechodziła przez ulicę Neuve-Saint-Augustin,
Quinette stała we drzwiach z tak smutną miną, żem się nie odważyła
zapytać, jak idą interesa? Biedna Quinette, będzie zmuszona
ograniczyć się na praniu rękawiczek. - A parasole - wtrącił Baudu. - To już wszystko
przechodzi. Bourras jest przekonany, że Mouret chciał go po prostu
zgubić, bo też jaki związek mają materye z parasolami? Ale Bourras
mocno się trzyma, nie da się tak łatwo zarżnąć. Będziemy się śmieli
niezadługo. Potem mówił o innych kupcach i zrobił przegląd całej
dzielnicy. Czasami wyrywały mu się wyznania: jeśli Vinçard chce
sprzedać swój interes, to nam wszystkim nic nie pozostaje, tylko
się pakować, bo Vinçard jest jak szczury, które uciekają z domu,
mającego się zawalić. Ale zaraz przeczył sobie, marzył o
zjednoczeniu się, o porozumieniu się drobnych handlarzy, ażeby
stawić czoło kolosowi. Od niejakiej chwili powstrzymywał się od
mówienia o sobie, trząsł rękami, usta drgały mu nerwowo. Nakoniec
rzekł: - Co do mnie, to jak dotąd, nie mogę się zbyt uskarżać. O!
zrobił mi dużo złego ten łotr! Ale dotychczas on ma tylko sukna
damskie: cienkie i grubsze na okrycia. Co się tyczy artykułów dla
mężczyzn, to przychodzą do mnie po aksamit na myśliwskie ubrania,
po sukno na liberyę; nie mówiąc już o flanelach i bajach z któremi
śmiało staję z nim do konkurencyi. Tylko się drażni ze mną, zdaje
mi się, iż mi krew psuje tą wystawą sukien naprzeciwko mnie.
Widziałaś ją z moich drzwi. Zawsze tam wystawia najpiękniejsze
okrycia, w pośród ramy ze sztuk sukna, istna wystawa kuglarzy, dla
znęcenia dziewcząt. Słowo poczciwego człowieka! Jabym się wstydził
takich sposobików. Firma le Vieil Elbeuf, znana od stu lat, nie
potrzebuje u swych drzwi takich pułapek na gapiów. Póki żyć będę,
sklep mój pozostanie takim, jak go odziedziczyłem: z czterema
izbami na towar: dwie naprawo, dwie na lewo i nic więcej. Wzruszenie ogarniało całą rodzinę. Po krótkiem milczeniu
Genowefa odważyła się wtrącić słowo: - Kundmani nas lubią, ojcze. Nie trzeba tracić nadziei.
Dziś nawet, pani Desforges i pani de Boves przychodziły. Czekam
także na panią Marty co do flaneli. - Czy uwierzysz - szepnęła pani Baudu swym osłabłym głosem
- żeśmy widzieli ten handel tak małym, jak chustka do nosa!
Doprawdy, moja kochana Dyonizo, kiedy go Deleuze'owie założyli,
miał tylko jedno okno od ulicy Neuve Saint-Augustin, jakby afisz,
na którym się mieściły dwie sztuki muślinu i trzy sztuki perkalu. W
sklepie nie można się było obrócić, z powodu ciasnoty. Vieil
Elbeuf, który istniał już od lat sześćdziesięciu, był już wówczas
takim, jakim dziś go widzisz. Ach! wszystko się zmieniło, wszystko! Potrząsnęła głową; w słowach tych, powoli wypowiedzianych,
zawierał się dramat całego jej życia. Urodzona w Vieil Elbeuf,
kochała w nim wszystko, nawet wilgotne kamienie, żyła w nim i dla
niego. Dawniej szczyciła się tym handlem, w całej dzielnicy
najzamożniejszym, najlepiej zaopatrzonym - potem wystawioną była na
tę boleść, że współzawodniczący z nimi handel, rozwijał się coraz
bardziej i w końcu stał się nawet groźnym dla sąsiadów. To
upokorzenie Vieil Elbeuf było ciągle jątrzącą się raną; zamierała,
trzymając się tylko siłą dawnego rozpędu, czując że konanie sklepu,
będzie także jej konaniem i że zgaśnie w dzień jego zamknięcia. Panowało milczenie. Baudu bębnił palcami na ceracie stołu.
Doznawał znużenia, coś nakształt żalu, że ulżył sobie raz jeszcze
gadaniną. W tem udręczeniu cała rodzina, z przeczuciem
nieokreślonem, wciąż wracała do gorzkich swych rozmyślań, szczęście
im się nigdy nie uśmiechnęło, kiedy dzieci wychowali i doszli do
fortuny, nagle konkurencya grozi im ruiną. Mieli jeszcze zresztą
wielki dom w Rambouillet, gdzie przenieść się było od dziesięciu
lat, marzeniem sukiennika. Kupił trafem starą budowlę, którą trzeba
było ciągle naprawiać. Zdecydował się wynajmować ją, ale
lokatorowie mu nie płacili. Ostatnie zyski jego szły tam. To jedno
wprawdzie miał sobie do wyrzucenia ten kupiec uczciwy aż do
drobiazgowości, prawy i uparcie trzymający się starych idei w
handlu. - Trzeba już zwolnić stół dla innych. Wszystko to są
próżne słowa! Było to jakby przebudzenie się. Płomień gazowy syczał, w
tej dusznej izdebce. Wszyscy razem podnieśli się, przerywając tem
smutne milczenie. Рéрé spał doskonale, wyciągnięty na sztuce bai;
Jan który poziewał, wrócił już był do drzwi od ulicy. - Zresztą, tak zrobisz, jak ci się spodoba, - znowu
powtórzył Baudu synowicy. - Przedstawiamy ci tylko stan rzeczy; ale
się rozporządzisz, jak zechcesz. Naglił ją wzrokiem, oczekując stanowczej odpowiedzi.
Dyoniza, którą te historye jeszcze więcej roznamiętniły do Magazynu
Nowości, zamiast ją odwrócić od zamiaru, pod spokojnym i łagodnym
wyrazem twarzy, kryła upartą wolę Normandki. Odpowiedziała więc: - Zobaczymy, mój stryju. Prosiła, żeby jej wolno było pójść spać z dziećmi
wcześniej, bo wszyscy troje byli zmęczeni, a ponieważ dopiero
wybiła szósta, chciała jeszcze pozostać chwilę w sklepie. Noc
zapadła, ulica była ciemna, padał bowiem od zachodu słońca, drobny
i gesty deszcz. Było to dla niej niespodzianką: w kilka chwil
kałuże zalały ulicę, w rynsztokach płynęła brudna woda, gęste błoto
pokryło chodniki i widać było tylko parasole, popychające się i
tłoczące, jakby wielkie ciemne skrzydła. W pierwszej chwili cofnęła
się, owiana chłodem, z sercem jeszcze więcej ściśniętem, pod
wpływem tego sklepu źle oświeconego i ponurego o tej godzinie.
Wilgotny powiew, oddech starej dzielnicy, przenikał z zewnątrz;
zdawało się, iż ścieki z parasoli, dochodziły do kantorów, że bruk
ze swemi kałużami i błotem wchodził do sklepu, że do reszty
pleśnieje parter, biały od saletry. Był to widok starego,
wilgotnego Paryża, od którego drżała, z zadziwieniem, że to wielkie
miasto jest tak lodowate i brzydkie. Lecz z drugiej strony ulicy, Magazyn Nowości zapalał aż do
głębi w długie rzędy gazowych płomieni, zbliżyła się więc na nowo,
pociągnięta i jakby rozgrzana tem ogniskiem jarzącego się światła.
Maszyna huczała będąc ciągle w ruchu, wypuszczając parę ostatniego
wrzenia; podczas kiedy subiekci zwijali materye, a kasyerzy liczyli
przychód. Przez szyby przyćmione mgłą, widać było drganie świateł,
jakby wewnątrz kuźni. Po za gęstą osłoną padającego deszczu, to
zjawisko oddalone, przybierało widok olbrzymiego paleniska, gdzie
się snuły czarne cienie pala czy, przy czerwonym ogniu kotła.
Witryny także tonęły; można było tylko wyróżnić śnieżne koronki,
których białość podnosiły matowe szkła, pokrywające gazowe
płomienie; a w tem wnętrzu jakby kaplicy, odbijały okrycia; wielki
płaszcz aksamitny obszyty srebrnemi lisami, przedstawiał wycięty
profil kobiety bez głowy, biegnącej w ulewę na jakąś zabawę, wśród
tajemniczych ciemności Paryża. Dyoniza uległa pokusie i wyszła aż przed drzwi, nie dbając
o bryzgi deszczu. W tę wieczorną godzinę, Magazyn Nowości pochłonął
ją całkowicie swym blaskiem. W tem mieście ciemnem, niemem, zalanem
deszczem, w tym Paryżu jej nieznanym, jaśniał on jakby latarnia
morska i wydawał jej się jedynem światłem i oznaką życia. - Marzyła
o swej w nim przyszłości, o ogromie pracy, jaki ją czeka, aby
wychować dzieci i o wielu innych rzeczach, - sama niewiedziała o
czem, o jakichś oddalonych widokach, których pragnąc i lękając się
zarazem, drżała całem ciałem. Myśl o tej kobiecie zmarłej w
podwalinach, przejmowała ją strachem; zdawało jej się, że światła
krwawią; lecz uspokoiła ją białość koronek, do serca wstąpiła
nadzieja, a nawet pewność radości; wodny pyłek chłodził zaś jej
ręce i uśmierzał gorączkę, spowodowaną podróżą. - To Bourras - odezwano się za nią. Wychyliwszy się, ujrzała kupca, stojącego nieruchomie na
końcu ulicy, przed oknem, w którem widziała z rana dowcipnie
ułożone parasole i laski. Wysoki starzec z głową proroka,
prześliznął się w cieniu, ażeby napaść oczy tą tryumfalną wystawą;
patrzył ze zbolałą twarzą, nie czując deszczu padającego na jego
obnażoną głowę i ściekającego po białych włosach. - Jakiż on głupi, gotów się przeziębić - mówił dalej tenże
głos. Odwróciwszy się, spostrzegła Dyoniza, że cała rodzina
Baudu była za nią. Pomimowoli, tak jak Bourras, którego nazwali
głupcem, powracali ciągle do widoku rozdzierającego im serce. Była
to żądza cierpienia. Genowefa okropnie blada, upewniła się, że
Colomban przypatrywał się cieniom panien sklepowych, które widać
było przez szyby antresoli. Podczas gdy starego Baudu dławiła
tajona złość, oczy pani Baudu napełniały się cichemi łzami. - Cóż, pójdziesz tam jutro, nieprawda? - zapytał nakoniec
sukiennik, dręczony niepewnością, czując zresztą, że synowicą jak i
inni, została podbitą. Zawahała się chwilę, poczem łagodnie odrzekła:
- Tak, mój stryju; chyba że ci to wielką przykrość sprawi.