Wszystko dla naszych zmarłych. Opowieści tych, co zostają - Vinciane Despret

Kup ebooka

32.00 zł
26.55 zł (25,74 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Trosz­czyć się o zmar­łych

Pro­po­nu­jąc okre­śle­nie for­my ist­nie­nia, któ­ra po­zwo­li­ła­by zdać spra­wę z te­go, co ro­bią i co ka­żą ro­bić zmar­li - po to, by opi­sać, jak włą­cza­ją się w ży­cie ży­ją­cych - uni­ka­my pu­łap­ki, w ja­ką na­sza tra­dy­cja na ogół chwy­ta pro­blem i go pe­try­fi­ku­je: po­dzia­łu spo­so­bów by­cia na dwie ka­te­go­rie - ist­nie­nia fi­zycz­ne­go z jed­nej stro­ny i psy­chicz­ne­go z dru­giej - zgod­nie z któ­rym al­bo coś na­le­ży do świa­ta ma­te­rial­ne­go, al­bo jest wy­łącz­nie su­biek­tyw­nym wy­two­rem. Ta bez­względ­na al­ter­na­ty­wa ska­zu­je zmar­łych na dwa ro­dza­je lo­su, oba rów­nie mar­ne: los nie-ist­nie­ją­cych i los two­rów wy­obraź­ni, zjaw, ha­lu­cy­na­cji. Na­to­miast przy­zna­nie, że zmar­li ma­ją "spo­so­by by­cia", któ­re w ich wła­snym re­je­strze czy­nią z nich isto­ty jak naj­bar­dziej re­al­ne, że wy­ka­zu­ją się for­ma­mi obec­no­ści, któ­re ma­ją zna­cze­nie, a ich skut­ki da­ją się od­czuć, ozna­cza za­in­te­re­so­wa­nie się fak­tem, że w każ­dym przy­pad­ku był ja­kiś "byt do zro­bie­nia" i ży­ją­cy, któ­ry przy­jął je­go we­zwa­nie. Ko­re­spon­dent­ka An­ny Du­pe­rey nie mó­wi nic in­ne­go: zmar­li ma­ją spra­wy, któ­re mu­szą do­koń­czyć, ale oni tak­że mu­szą stać się przed­mio­tem speł­nie­nia. To jest ta "dy­na­micz­na, ży­wa i wzbo­ga­ca­ją­ca wy­mia­na". Co kto ro­bi, po­zo­sta­je w tej hi­sto­rii bar­dzo nie­okre­ślo­ne, jak we wszyst­kich hi­sto­riach, któ­re skła­nia­ją nas do ich speł­nie­nia.

Oczy­wi­ście po­trze­ba na to cza­su, nie­kie­dy na­wet kil­ku lat, lecz przede wszyst­kim zmar­li mu­szą zo­stać bar­dzo kon­kret­nie umiej­sco­wie­ni. Trze­ba wy­zna­czyć im miej­sce, z któ­re­go bę­dą mo­gli "do­pro­wa­dzić do koń­ca to, do cze­go by­li stwo­rze­ni", trze­ba zro­bić im miej­sce. Wy­ma­ga to jesz­cze in­nych rze­czy: opie­ki, uwa­gi, czy­nów, śro­do­wi­ska, je­śli nie sprzy­ja­ją­ce­go i go­ścin­ne­go, to przy­naj­mniej nie­zbyt wro­gie­go. Spo­sób by­cia zmar­łych do­ma­ga się do­bre­go trak­to­wa­nia, wła­ści­we­go od­no­sze­nia i do­pa­so­wa­nia się do nich. Tym wła­śnie spo­so­bom, spo­so­bom by­cia zmar­łych i spo­so­bom zwra­ca­nia się do nich, któ­rych uczą się ci, co zo­sta­ją, za­mie­rzam przyj­rzeć się w tej książ­ce.

Co da­je zmar­łe­mu zdol­ność prze­trwa­nia? Na czym mu za­le­ży? Ja­kie ko­rzyst­ne wa­run­ki wspo­ma­ga­ją zmar­łych? Ja­kie­go ro­dza­ju do­świad­cze­nia ich wzmac­nia­ją, a ja­kie są dla nich groź­ne? Cze­go po­trze­bu­ją? O co pro­szą? Do cze­go zdol­ny­mi czy­nią in­ne isto­ty? Co stwa­rza im i tym, któ­rzy bio­rą na sie­bie od­po­wie­dzial­ność za ich speł­nie­nie, do­bre śro­do­wi­sko?

Są to py­ta­nia po­dob­ne do tych, ja­kie za­da­je eko­lo­gia w od­nie­sie­niu do swo­ich przed­mio­tów ba­dań. To dla­te­go mam pra­wo uwa­żać, że to stu­dium na­le­ży do eko­lo­gii15. Do eko­lo­gii, gdyż przy­glą­da się wa­run­kom eg­zy­sten­cji tych, któ­rych ba­da, i od­ci­na się od ty­po­wych, naj­chęt­niej po­dej­mo­wa­nych przez na­ukow­ców za­gad­nień. Dla nich, wy­ja­śnia Isa­bel­le Sten­gers, kwe­stia ist­nie­nia, o ile jest roz­wa­ża­na, spro­wa­dza się naj­czę­ściej do py­ta­nia "czy da się udo­wod­nić, że coś (si­ła gra­wi­ta­cji, ato­my, czą­stecz­ki, neu­tro­ny, czar­ne dziu­ry...) ist­nie­je "na­praw­dę"?"16. Py­ta­nie eko­lo­gicz­ne jest in­ne. To py­ta­nie o po­trze­by, ja­kie mu­szą być uwzględ­nio­ne w nie­ustan­nym two­rze­niu związ­ków.

Za­gad­nie­nie "śro­do­wi­ska" bę­dzie za­tem klu­czo­we dla na­szych roz­wa­żań. Od te­go, czy oka­że się ono przy­ja­zne, czy też nie, za­le­żą w du­żym stop­niu spo­so­by by­cia, spo­so­by trak­to­wa­nia do­świad­czeń i ra­dze­nia so­bie z ni­mi. Śro­do­wi­sko, w któ­rym pi­sa­nie li­stów do zmar­łe­go wzbu­dza po­dej­rze­nia, po­gar­dę czy iro­nię - lub, w wer­sji "to­le­ran­cyj­nej", sta­je się przed­mio­tem od­ru­cho­wych wy­ja­śnień za­ciem­nia­ją­cych sens tych li­stów - mo­że oka­zać się bar­dzo zu­bo­ża­ją­ce, a na­wet szko­dli­we. Teo­ria ża­ło­by, na przy­kład, po­nie­waż za­sa­dza się na wy­mo­gu ze­rwa­nia wię­zów i ofe­ru­je re­la­cjom je­dy­nie za­mknię­tą prze­strzeń psy­chi­ki, mo­że sta­no­wić śro­do­wi­sko za­bój­cze.

Kwe­stia śro­do­wi­ska ma jed­nak tak­że wy­miar prak­tycz­ny, z któ­rym za­wsze, tak czy ina­czej, bę­dą mu­sie­li się zmie­rzyć ci, co zo­sta­ją. Czę­sto za­czy­na się od py­ta­nia: gdzie on jest? Trze­ba umiej­sco­wić zmar­łe­go, czy­li "zro­bić" mu miej­sce. "Tu­taj" opu­sto­sza­ło, na­le­ży zbu­do­wać "tam". Za­tem ci, któ­rzy uczą się utrzy­my­wać re­la­cje ze swo­imi zmar­ły­mi, po­dej­mu­ją pra­cę ma­ją­cą nie­wie­le wspól­ne­go z pra­cą ża­ło­by. Trze­ba zna­leźć miej­sce, na wie­le spo­so­bów i w prze­róż­nych zna­cze­niach, ja­kie mo­że mieć sło­wo "miej­sce". Za­nim zmar­li bę­dą po­wo­ła­ni, i by mo­gło się to stać, mu­szą zo­stać naj­pierw umiej­sco­wie­ni.

Pierw­sze py­ta­nie, ja­kie sta­wia­ją zmar­li, nie od­no­si się za­tem do cza­su, lecz prze­strze­ni. Wpraw­dzie kwe­stia cza­su by­wa czę­sto po­ru­sza­na - "ni­g­dy go już nie zo­ba­czy­my", "niech spo­czy­wa w po­ko­ju wiecz­nym", "już ni­g­dy nie wró­ci" - a od­mia­na w cza­sie prze­szłym wy­da­je się nie­unik­nio­na. Jed­nak py­ta­nie o czas sta­wia się o wie­le rza­dziej i z o wie­le mniej­szym wa­ha­niem niż py­ta­nie o to, gdzie są zmar­li17. W na­szej hi­sto­rii nie prze­sta­li­śmy szu­kać miej­sca - zo­ba­czy­my, że wy­na­la­zek czyść­ca był tyl­ko krót­kim epi­zo­dem - gdzie moż­na by ich umie­ścić, dać im schro­nie­nie, skąd mo­gli­by da­lej pro­wa­dzić roz­mo­wę. Wszę­dzie tam, gdzie zmar­li są ak­tyw­ni, ma­ją wy­zna­czo­ne miej­sce. Naj­lep­szym te­go przy­kła­dem są ne­kro­lo­gi; za­cy­tu­ję tyl­ko dwa, wy­bra­ne na chy­bił tra­fił: "Gdy pa­trząc za sie­bie, po­czu­jesz ból, a pa­trząc przed sie­bie lęk, spójrz obok: za­wsze bę­dę przy to­bie"; al­bo ten: "Od­cho­dzę, a mi­mo to zo­sta­ję".

Re­ży­ser­ka Han­nah Hurt­zig opo­wia­da o tym, jak Ben­ny stra­cił kil­ka lat te­mu przy­ja­cie­la, Mat­thia­sa. Ben­ny i Mat­thias na­le­że­li do ze­spo­łu ar­chi­tek­tów; je­den z ich pro­jek­tów po­le­gał na od­re­stau­ro­wa­niu ośrod­ka wa­ka­cyj­ne­go dla dzie­ci w Stol­zen­ha­gen, w Bran­den­bur­gii, i to tam zda­rzył się wy­pa­dek. Spa­li w ośrod­ku; pew­nej no­cy, po tro­chę zbyt hucz­nym wie­czo­rze, Mat­thias spadł z pię­tro­we­go łóż­ka. Upa­dek oka­zał się śmier­tel­ny. Rok póź­niej Ben­ny opo­wie­dział Han­nah, jak bar­dzo tę­sk­ni za Mat­thia­sem. Gdy spy­ta­ła go, czy na­dal utrzy­mu­je z nim kon­tak­ty, od­po­wie­dział, że tak, od cza­su do cza­su. Han­nah spy­ta­ła, kie­dy i jak do nich do­cho­dzi. We­dług Ben­ny'ego, by­ło to za­wsze wte­dy, gdy spę­dza czas ze swo­imi dzieć­mi. Tłu­ma­czył to tym, że jest wte­dy po­za biu­rem, pod mniej­szą pre­sją cza­su i w swo­bod­niej­szej at­mos­fe­rze. Mat­thias da­wał mu od­czuć swo­ją obec­ność. Ale Han­nah do­py­ty­wa­ła da­lej: gdzie się po­ja­wia? Wów­czas Ben­ny przy­po­mniał so­bie, że by­ło to za­wsze na pla­cu za­baw na Kreu­zber­gu, w Ber­li­nie, do­kąd cho­dził z dzieć­mi. Wte­dy, po­wie­dzia­ła Han­nah, obo­je zgo­dzi­li­śmy się, że le­piej wie­dzieć, że ma się spe­cjal­ne miej­sce do spo­tkań. Oczy­wi­ście, moż­na mieć - i Ben­ny miał - mnó­stwo sko­ja­rzeń: to miej­sce by­ło zwią­za­ne z tym, że ra­zem z Mat­thia­sem czę­sto od­wo­ły­wa­li się do dzie­ciń­stwa. Obaj poj­mo­wa­li swój za­wód ja­ko prak­ty­ko­wa­nie prze­śmiew­cze­go per­for­man­su po­li­tycz­ne­go i dba­li o lu­dycz­ny wy­miar każ­de­go pro­jek­tu. Po­za tym ich ostat­nia wspól­na re­ali­za­cja by­ła prze­zna­czo­na dla dzie­ci. "Przy­szły mu do gło­wy prze­róż­ne hi­sto­rie, po­wie­dzia­ła Han­nah. Na­gle to wszyst­ko się uru­cho­mi­ło. I w koń­cu do­szli­śmy do wnio­sku, że tak jest do­brze. Ben­ny wie, gdzie iść, kie­dy chce się spo­tkać z przy­ja­cie­lem".

Ta hi­sto­ria da­je nam wy­obra­że­nie o tym, w ja­ki spo­sób zmar­li, zmu­sza­jąc do sta­wia­nia pew­nych py­tań, mo­gą uak­tyw­nić tych, któ­rzy są go­to­wi na spo­tka­nia z ni­mi. Opo­wie­ści są wpra­wia­ne w ruch, jak po­wie­dzia­ła Han­nah. Zmar­li zmie­nia­ją tych, co zo­sta­ją, w opo­wia­da­czy hi­sto­rii. Wszyst­ko się uru­cha­mia, to znak, że coś gdzieś tchnę­ło ży­cie.

Trze­ba zna­leźć miej­sce, co ozna­cza rów­nież, że trze­ba zrobić im miej­sce. Zmar­li ka­żą nam się prze­mie­ścić. Skło­ni­ło to fi­lo­zo­fa Thi­baul­ta De Mey­era do za­pro­po­no­wa­nia zu­peł­nie in­ne­go ro­zu­mie­nia po­wszech­nie przy­ję­tej kon­cep­cji, we­dług któ­rej zmar­li "ro­bią miej­sce", po­zwa­la­jąc in­nym ży­ją­cym zna­leźć swo­je. Mó­wi on, że na­le­ży przy­wró­cić tej my­śli jej ak­tyw­niej­szy sens: zmar­li ro­bią miej­sce w ta­kim zna­cze­niu, że wy­ty­cza­ją no­we te­ry­to­ria18. Zmar­li nie tyl­ko sta­wia­ją ży­wych wo­bec pro­ble­mów geo­gra­ficz­nych - zna­leźć miej­sce, wy­my­ślić lo­ka­li­za­cję - lecz są, do­słow­nie, geo­gra­fa­mi. Wy­zna­cza­ją in­ne tra­sy, in­ne dro­gi, in­ne gra­ni­ce, in­ne prze­strze­nie19.

W swo­im li­ście do mnie Ga­briel­le opo­wia­da, że stra­ci­ła oj­ca w wie­ku pięt­na­stu lat. "Nie by­ło krzy­ży ani mo­dlitw. Pro­chy. Roz­sy­pa­ne tam, gdzie po­zwa­la­ły na to prze­pi­sy ad­mi­ni­stra­cyj­ne. Są­dzi­li­śmy, że je­ste­śmy sil­ni. Sil­niej­si od tych wszyst­kich przod­ków, któ­rzy od za­wsze mie­li miej­sce dla swo­ich zmar­łych. My zro­bi­li­śmy wszyst­ko, by zmar­ły znik­nął. Po­za­mia­ta­ne. Ko­cha­li­śmy go nad ży­cie, a te­raz go wy­ma­zy­wa­li­śmy. Bo ta­kie jest nie­ubła­ga­ne pra­wo cza­su. Mu­sie­li­śmy to uznać za nor­mal­ne. Wte­dy, nie wiem dla­cze­go, gdy opróż­nia­li­śmy sza­fę, za­cho­wa­łam kra­wa­ty. Wszyst­kie. I jed­ną ma­ry­nar­kę. Te­raz, oczy­wi­ście, już wiem. Zmar­li nie mo­gą na­praw­dę umrzeć bez na­szej zgo­dy. Ab­sur­dem by­ło w to wie­rzyć. I za­ro­zu­mia­ło­ścią. Oczy­wi­ście po­trze­bo­wa­łam, że­by mną jesz­cze tro­chę po­kie­ro­wał. Na­wet umar­ły. Ale nie po­zwo­li­łam so­bie tak my­śleć. Nie chcia­łam być ani sła­ba, ani sza­lo­na. Pi­sa­łam do nie­go po kry­jo­mu. Zmu­sza­łam się, że­by nie pa­trzeć w nie­bo. Nie chcia­łam się do nie­go zwra­cać. Po­trze­bo­wa­łam mnó­stwo cza­su, że­by z te­go wyjść. Naj­pierw mu­sia­łam zro­zu­mieć, że mam pra­wo być z nim po­mi­mo te­go, że on nie ży­je, a ja ży­ję. Pierw­szym waż­nym eta­pem by­ło zna­le­zie­nie po dwóch la­tach miej­sca, gdzie mo­głam się sku­pić. Tak, w koń­cu ro­bi­łam to, co in­ni. Szłam roz­ma­wiać ze zmar­łym w je­go miej­scu. Tam, gdzie mia­łam pra­wo opo­wia­dać mu o ży­ciu, o mo­im ży­ciu. Zna­la­złam je. By­ło to nie­ła­twe. Mu­sia­ło przyjść z głę­bi mo­jej du­szy, a ja za­glą­da­łam tam rzad­ko. Zna­leźć miej­sce. Zna­la­złam je. Tak na­praw­dę ni­g­dy tam nie po­szłam. Tym miej­scem jest mo­je wspo­mnie­nie z nim. Te­raz, wresz­cie, kie­dy go po­trze­bu­ję, wra­cam do te­go wspo­mnie­nia jak na grób, tak jak­by go od­zy­skał"20.

"Ci, co zo­sta­ją" pro­wa­dzą praw­dzi­we śledz­twa. Po­szu­ku­ją wy­trwa­le, z uwa­gą, z mą­dro­ścią, z za­an­ga­żo­wa­niem, wa­run­ków do na­wią­za­nia uda­nych kon­tak­tów. Wy­my­śla­ją dla miejsc no­we za­sto­so­wa­nia i pró­bu­ją swo­ich sił w bu­do­wa­niu do­bre­go śro­do­wi­ska. Uczą się, co mo­że być waż­ne dla tych, któ­rzy ode­szli, do­wia­du­ją się, o co pro­szą ich zmar­li i jak im od­po­wie­dzieć. Do­świad­cza­ją prze­mian i ich eko­lo­gii. A na­de wszyst­ko usi­łu­ją spro­stać tej cięż­kiej pró­bie, ja­ką jest stra­ta bli­skie­go - i na­uczyć się, jak mo­gą go od­naj­dy­wać.