Rozdział 2
Robert był psychiatrą. Nieraz pomagał jej podnieść się z depresji. Nie chciała telefonować do kliniki, więc musiała poczekać, aż on wróci do domu, by móc z nim dłużej porozmawiać. Do tego czasu nie wiedziała, co ze sobą zrobić.
Zadzwonię do Kornelii - przyszło jej do głowy. Ona zawsze potrafi mnie pocieszyć i swoimi niesamowitymi pomysłami odwrócić uwagę od bolesnych problemów.
Kornelia również mieszkała w pobliżu. Ina zaprzyjaźniła się z nią, ponieważ w swoim czasie kupowała u niej sukienki. Później ich znajomość się urwała, gdyż Kornelia zlikwidowała butik i wyjechała do Stanów, gdzie ponoć ukończyła studia malarskie. Po jej powrocie Ina spotykała się z nią od czasu do czasu, by poprawić sobie nastrój. Czuła się u niej jak w innym świecie, zrelaksowana panującym w jej salonie orientalnym nastrojem - tajemniczym i harmonijnym. Lubiła jego orientalny wystrój. Z niezmienną przyjemnością rozglądała się po nim wciąż na nowo podczas rzadkich wizyt u artystki. Przede wszystkim podziwiała dwie oryginalne hinduskie szafy z palisandru, które stały przy frontowej ścianie. Przestrzeń pomiędzy nimi zapełniona była półkami w odcieniu intensywnego różu. Przed oknem przy wyjściu do ogrodu stały egzotyczne drzewka bonsai i donice z pędami bambusa. Dywan w kwiaty i podobne poduszki na sofie wprowadzały do wnętrza miękkość. Papierowy abażur na lampie, też w drobne kwiatuszki, sprawiał, że subtelne światło stwarzało niezwykły klimat. W rogach wisiały dodatkowe światełka również w formie kwiatów. Ściany pomalowane były na piaskowy kolor, a na nich wisiały obrazy przedstawiające Buddę i jasne, orientalne pejzaże, emanujące medytacyjnym spokojem.
Kornelia stanowiła oryginalny egzemplarz nieco zwariowanej artystki. Mała, rezolutna osóbka z długimi szpakowatymi włosami nosiła suknie przypominające japońskie kimono. Była rozwiedziona, mieszkała z czterdziestoletnim synem, którego przez całe życie utrzymywała. Wprawdzie zdobył on tytuł doktora filozofii, ale nigdy jeszcze nie pracował. Był to wyjątkowo wysoki, wychudzony, milczący, zamknięty w sobie mężczyzna. Palił papierosa za papierosem i chyba z tego powodu miewał ataki kaszlu. W odróżnieniu od niego, Kornelii nie zamykały się usta. Miała wygórowane poczucie własnej wartości i wyjątkowości. Wiecznie była podekscytowana nowymi pomysłami, które z powodzeniem wprowadzała w życie. Wszystko się jej udawało.
- Wiesz, jestem chyba w czepku urodzona - powtarzała często.
Imponowała tym Inie, rozmowa z nią nastrajała ją pozytywnie. Pójdę do niej - postanowiła. - To mi dobrze zrobi.
Wyjęła z kieszeni komórkę i nacisnęła szóstkę.
- Witaj Ino, pewnie znowu straciłaś głos? - spytała artystka, nie dając jej dojść do słowa. - Tylko wtedy do mnie dzwonisz.
- A... faktycznie. Na domiar złego Przemek mnie porzucił - wykrztusiła z trudem.
- Nie przejmuj się. Znajdziesz sobie kogoś innego. Wiesz co, wpadnij do mnie. Posiedzimy w ogrodzie. Jakoś nie idzie mi dziś malowanie.
- Świetnie. Muszę się przed kimś wyżalić.
Weszła do sypialni. Zdjęła szlafrok. Na gołe ciało włożyła długą, przewiewną, jedwabną, błękitną sukienkę na ramiączkach i bez makijażu udała się do artystki mieszkającej w pobliżu. Po drodze uspokoił ją zapach bzów i jaśminów, którym się rozkoszowała.
Gdy usiadły w ogrodzie przy stoliku, na którym stał dzban z mrożoną zieloną, herbatą i słodycze, Kornelia nie dała jej dość do słowa, tylko od razu zasypała ją lawiną słów.
- Dawno już się nie widziałyśmy. Wyobraź sobie, że ja w tym czasie byłam na Filipinach i ukończyłam kurs indyjskiej sztuki uzdrawiania prowadzony przez słynnego Mistrza Choa Kok Sui. Po powrocie do Polski zajęłam się organizowaniem terapeutycznych seminariów dla kobiet, które prowadzę we włoskiej Toskanii. To coś dla ciebie.
Nowy sposób zbijania fortuny - skonstatowała w myśli Ina.
- Ręczę ci, że takie seminarium lepiej by ci pomogło pozbyć się stanów depresyjnych niż ten twój psychiatra. Teraz kiedy nie możesz śpiewać, koniecznie musisz wziąć udział w kolejnej sesji, która odbędzie się za tydzień.
- A na czym to polega? - zaciekawiła się Ina.
- Stosuję rodzaj psychoterapii związanej w pewnej mierze z filozofią, którą zgłębiłam na kursie prowadzonym przez Mistrza Choa Kok Sui. Jest to wspaniała metoda, służąca, między innymi, do uwolnienia się od wszelkich zgubnych uzależnień. Prowadzę te seminaria wspólnie z pewną uzdrowicielką i terapeutką tańca. Chodzi nam o uaktywnienie potencjału twórczego drzemiącego w każdym człowieku. Za pomocą muzyki, tańca i sztuki wizualnej inspirujemy uczestniczki, wydobywając z nich na światło dzienne ich artystyczne predyspozycje. Stosujemy dowolnie improwizowany "Taniec pięciu rytmów", wyzwalający cieleśnie i duchowo, stwarzający ekscytujące możliwości postrzegania i komunikacji. -Artystka wzniosła wzrok ku niebu. - Poprzez zapamiętałe, dynamiczne ćwiczenia osiągamy krok po kroku upragniony stan ekstazy, która stanowi podstawowy warunek kreatywności. Następnie oddajemy się malowaniu. Z ciekawością, odwagą i rozkoszą przeżywamy przygodę w świecie barw. Nurzamy się w czerwieni, bawimy się zielenią, toniemy w błękicie, pławimy w żółci. Wszystkimi zmysłami chłoniemy energię kolorów i odkrywamy, w jaki sposób wykorzystywać je do osiągania wewnętrznej harmonii i przekazywania na płótno naszych emocji.
Nie przemawiało to do Iny. Nigdy nie interesowało jej malowanie. Kiedy Kornelia zaczęła ją nachalnie namawiać do wzięcia udziału w seminarium, zdecydowanie odmówiła.
Czego też ludzie nie wymyślą, by zrobić innym wodę z mózgu i dobrze na tym zarobić, myślała z dezaprobatą.
- Wiesz, mnie to zupełnie nie interesuje - wzruszyła ramionami. - To mi z pewnością nie przywróci głosu.
- A ja ci mówię, że przywróci i nigdy już go nie stracisz - przekonywała ją Kornelia.
- Nie, to nie dla mnie. Ja... znajduję duchowość we wspaniałych mszach klasycznych kompozytorów wykonywanych w barokowych kościołach, w których śpiewam solowe partie.
Wstała z miejsca i zmierzając do wyjścia, rzekła:
- Pójdę już, bo muszę umówić się z psychiatrą.
- Poczekaj. Wpadnij kiedyś do Ludmiły. Przecież to niedaleko. To ci dobrze zrobi. Ona wciąż o ciebie pyta. Bardzo by chciała znowu spotkać się z tobą, ale nie ma śmiałości do ciebie zadzwonić.
- Ale... nie mogę mówić - wyszeptała. - Póki nie odzyskam głosu, nie ma o tym mowy.
- Nic nie będziesz musiała mówić. Ona cię na śmierć zagada.
- No dobrze, zastanowię się nad tym. Ale teraz już muszę iść. Zadzwonię.
Rozdział 4
Siedzieli naprzeciw siebie w jej przytulnym salonie. Piękna kobieta w liliowej obcisłej sukni z dużym dekoltem. Przystojny szpakowaty mężczyzna w płóciennym szarym garniturze i różowej koszuli. Chociaż dobrze znał ten dom, z przyjemnością rozglądał się po pokoju. Podobnie jak jego właścicielka, wszystko było tu piękne: meble, obrazy, witryny pełne rosenthalowskiej porcelany, bibelotów i różnych pamiątek, ogromne donice z egzotycznymi roślinami.
- To tylko sen - uspokajał ją Robert. - Musiałaś się zdrzemnąć, pewnie źle spałaś w nocy.
- Naprawdę tak sądzisz? - spytała z nadzieją. - Istotnie, nie sypiam ostatnio zbyt dobrze... Więc to nie były halucynacje? Nie jestem chora psychicznie?
- Skądże! Jesteś tylko nadzwyczaj wrażliwa. Dzięki temu potrafisz przekazać swoim śpiewem wszelkie uczucia, poruszyć, wzruszyć. Ale płacisz za to ogromną cenę. Patos, egzaltacja i inne emocje przeżywane na scenie przenoszą się do twojego życia, rujnując twoją psychikę. Poza tym... Masz piękny głos, ale nie największy. Musiałaś go przeforsować i dlatego odmówił ci posłuszeństwa. A z tego powodu wpadłaś w depresję i stąd te... przywidzenia.
Patrzył na nią z upodobaniem. Była taka piękna, subtelna. Malujący się w jej oczach lęk dodawał uroku tej fascynującej twarzy.
- Jesteś uosobieniem rozmachu, koloru, temperamentu, smaku życia - mówił z niespotykaną u niego egzaltacją. - Kiedy wchodzisz na scenę, liczysz się tylko ty. Ale... powtarzam: masz niezwykły głos, wyjątkowo piękny, jednak nie najmocniejszy. Powinnaś go oszczędzać. Wiecznie go forsujesz i w końcu... załamał się. Z pewnością ma to związek z psychiką, lecz przede wszystkim musisz wyleczyć struny głosowe. Udaj się do innego foniatry. A ja... zapiszę ci, jak zwykle, lek antydepresyjny i to wszystko.
Słuchała go z uwagą, patrzyła w jego łagodne, dobre oczy i czuła, że go... kocha. Tak, jego, nie tego podłego Przemka. Uświadomiła sobie dopiero w tej chwili, że zawsze go kochała, lecz nigdy dotąd nie miała odwagi przyznać się do tego, gdyż przyjaźniła się z jego żoną. Zresztą... on był idealnym mężem, czego z całego serca jej zazdrościła. Nieoczekiwanie znowu przyszła jej do głowy ta zdrożna myśl:
"Jeśli chce się wyjść za mąż w moim wieku, to trzeba odbić męża innej kobiecie, bo wszyscy atrakcyjni mężczyźni są już żonaci."
Zlękła się tej myśli. To znowu ten kusiciel - pomyślała strwożona.
- Nie - pokręciła przecząco głową. - Foniatra jest bezradny. Doradził mi, bym poszła do psychoterapeuty. Tylko ty mi możesz pomóc. To nie był sen. Ja naprawdę miałam halucynację. Diabeł mnie przez całe życie prześladuje, od czasu do czasu odbiera mi głos - mówiła gorączkowo przejmującym szeptem.
- Jeśli to nie był sen, to w twoim przypadku trudno nazwać tę wizję halucynacją. Jesteś artystką. Diabeł stanowi reminiscencję religijnego wychowania, uosobienie wyrzutów wrażliwego sumienia. Możliwe, że to one spowodowały załamanie głosu. Z pewnością wpłynął też na to lęk przed utratą wybitnej pozycji w teatrze i kochanka. Przeraziłaś się tej młodej śpiewaczki. Zupełnie niepotrzebnie. Jeśli ci tak bardzo zależy na Przemku, to gdy wyjdziesz z depresji, z pewnością znajdziesz sposób, by go odzyskać. A na scenie jesteś niezastąpiona.
Łyknął nieco kawy. Zamyślił się przez dłuższą chwilę, po czym dodał:
- Masz tak bogatą i skomplikowaną osobowość, że może być wiele psychicznych przyczyn utraty głosu. To jest podobnie jak w programie komputerowym, który się zapętlił...
Znowu przerwał i długo zastanawiał się, zanim znów się odezwał:
- My, psychiatrzy, wierzymy głównie w chemię, w leki. Jednak w twoim przypadku jest to ryzykowne. Jeśli inny mój pacjent przeżywa takie skrajne stany euforii i depresji, zapisuję mu leki stosowane w psychozie maniakalno-depresyjnej. Tobie też mógłbym zalecić jeden z nich, ale wtedy przestałabyś być tak wspaniałą artystką.
- Może jednak taki lek by mi pomógł? - spytała niepewnie. - Bo... - umilkła, zastanawiając się, czy mu to powiedzieć.
- Musisz mi wszystko wyznać, jak na spowiedzi - zachęcił ją. - Czy to coś wstydliwego?
Podniosła na niego oczy i nabrała odwagi.
- Wiesz, nigdy ci o tym nie wspomniałam, ale... już przedtem miewałam halucynacje. Zdawało mi się, że jestem w niebie jednym z aniołów i byłam niewiarygodnie szczęśliwa.
- To nie były halucynacje - zapewnił ją. - Obrazy, symbole, mity nie są nieodpowiedzialnymi wybrykami psychiki, odpowiadają pewnej potrzebie i spełniają pewną funkcję, obnażają najskrytsze modalności bytu. Mieć wyobraźnię taką jak ty, znaczy korzystać z bogactwa wewnętrznego, z nieustającego, spontanicznego potoku obrazów... To znaczy widzieć świat w jego pełni, gdyż moc i zadanie obrazów polega na tym, aby ukazywać to wszystko, co wymyka się konceptualizacji. Wartościowe, samorealizujące się jednostki charakteryzują się głębokimi doznaniami mistycznymi. Znajdują się wśród nich zarówno ludzie współcześnie żyjący, jak i postacie historyczne, na przykład: Lincoln, Beethoven, Einstein i wielu innych wybitnych ludzi...
Psychiatra wpadł w zadumę. Patrzyła mu w oczy w napięciu.
- Czy wierzysz w Boga? - zaskoczył ją po pewnym czasie pytaniem.
- Tak - odpowiedziała z pełnym przekonaniem. - Jestem pewna, że od niego pochodzi całe piękno tego świata. Twórczość to nie jest tylko talent, natchnienie, to jest Boża interwencja, to nie człowiek, lecz on tworzy muzykę, dzieła sztuki. To on stworzył piękno natury i gotyckie katedry. Ja też nie umiałabym bez jego udziału tak wspaniale śpiewać. Czuję w sobie samej jego działanie. I wiem, że teraz nie mogę śpiewać, bo on mnie opuścił. Diabeł usunął go z mojego życia. Chyba już na zawsze - rzekła zrezygnowana, a po policzkach spłynęły jej łzy.
Patrzył na nią ze współczuciem, było mu jej ogromnie żal.
- Hmm, jeśli takie są twoje odczucia, to może pomógłby ci jakiś ksiądz? - wyraził przypuszczenie.
- W jaki sposób? - spytała zdumiona. - Nie chcesz mi chyba doradzić pójścia do spowiedzi - wzruszyła ramionami. - Nie sądzę, żeby mógł mi pomóc jakiś poczciwy księżulek?
- Są różni księża. Mądry ksiądz dałby ci rozgrzeszenie i w ten sposób uwolnił od wyrzutów sumienia, bo ta wizja z diabłem świadczy o tym, że sumienie nie daje ci spokoju. O ile wiem, istnieje w Krakowie duszpasterstwo artystyczne. Słyszałaś chyba o tym.
- Nie, moja wiara ma niewiele wspólnego z Kościołem katolickim jako instytucją. Zerwałam z nim już w okresie dojrzewania... Powiem ci dlaczego. Uważam, że cała liturgia powinna być jednym wielkim symbolem, niosącym w sobie rzeczywistość niewidzialnego piękna Boga. Tylko wielcy artyści potrafili tak tworzyć dzieła sztuki sakralnej, że człowiek poprzez widzialne symbole dochodzi do rzeczywistości niewidzialnej. Tymczasem w moim miasteczku panował w kościele kicz i nieprzyjemna dla ucha muzyka, co nie spełniało w najmniejszym stopniu tej szczytnej roli. Księża wygłaszali prymitywne kazania. Zniechęciło mnie to raz na zawsze. Dlatego też moje kontakty z Kościołem ograniczają się do koncertów dawnej muzyki w pięknych świątyniach, w których uczestniczę jako solistka. Dla mnie... myślenie o Bogu staje się coraz bardziej związane z obrazami i symbolami, ze sztuką, literaturą i muzyką, wzbudzającymi uczucie czystej, idealnej miłości...
- To idź do psychoterapeuty, chociaż... poczekajmy, aż ustąpi depresja. Wychodziłaś z niej zawsze dość szybko. Zażywaj ten swój lek trzy razy dziennie. Zawsze ci pomagał. Całkiem możliwe, że wtedy odzyskasz głos. A poza tym... sama możesz sobie pomóc. Zrób rachunek sumienia i wybacz sobie wszystko, co ono ci wyrzuca.
- To nie jest takie proste - rzekła, patrząc mu w oczy.
- Wiem. - Pokiwał głową ze zrozumieniem. - Mnie też jest trudno uwolnić się od nich.
Zapadło milczenie. Oboje w tej chwili mieli na myśli to samo, chociaż ona o wiele więcej miała na sumieniu, ale on tego nie wiedział.
- A może wyjechałabyś gdzieś na parę dni? - odezwał się pierwszy. - Może...
- To nie wchodzi w rachubę - przerwała mu. - Nie jestem w stanie się pozbierać. Jestem obezwładniona rozpaczą.
- Po lekach przejdzie ci po paru dniach. I wtedy wyjedziesz. Mogłabyś odwiedzić matkę.
Nagle Ina rozpłakała się, gwałtownie wstała z fotela, usiadła obok niego, po czym rzuciła mu się na szyję i przytuliła do jego piersi.
- Jestem wyrodną córką - wyszeptała, łkając.
Pogładził ją po głowie, po czym delikatnie uwolnił się z uścisku.
- Sama widzisz, że masz wyrzuty sumienia z powodu zaniedbania matki. Kontakt z matką jest najlepszym lekarstwem w każdej chorobie. Zadzwoń do niej, poproś, żeby do ciebie przyjechała.
- Nie mogę, nie znoszę jej - szlochała, siedząc obok niego na sofie. - Szatan mnie opętał. On mi już nie da spokoju. Wiecznie będzie mnie nachodził.
- Nie martw się - pocieszał ją. - Jeśli istotnie będzie ci się ukazywał diabeł, Bóg czy jakaś inna postać, to zapiszę ci odpowiedni lek i z tego też wyjdziesz. Jak nie chcesz wyjechać, to idź między ludzi, tutaj w Krakowie. Nie siedź sama w tym domu, bo to pogłębia depresję... A teraz dam ci zastrzyk na uspokojenie, bo jesteś niesamowicie roztrzęsiona... Nie pij tyle kawy - zwrócił jej nagle uwagę. To też ci szkodzi. Co za dużo, to niezdrowo - rzekł.
Po zaaplikowaniu jej zastrzyku, pożegnał się.
***
Po jego wyjściu leżała na sofie zupełnie zobojętniała. Słuchała swojego nagrania Mszy Koronacyjnej Mozarta. Modlitwa Agnus Dei wyrwała ją z otępienia. Zachwyciła się swoją interpretacją, ogarnęły ją religijne uczucia.
Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nade mną, biedną grzesznicą. Uwolnij mnie od szatana, powtarzała w myśli. Nie dość, że odebrał mi głos, to jeszcze mnie kusi, bym uwiodła Roberta. Chce, żebym go odbiła jego żonie.
Nagle usłyszała w myśli głos matki:
- To ty chcesz go uwieść, podła szmato. Nie zwalaj wszystkiego na diabła. Sama jesteś diabłem!
- Nieprawda - zaoponowała. - Jestem aniołem. Tylko anioły potrafią tak śpiewać.
- Już nie potrafisz - odpowiedziała matka. - Skończyło się. Nigdy już nie będziesz śpiewała!
Wtem usłyszała inny głos, anielski:
- To nie jest twoja matka. Diabeł ją udaje. To on wciska ci do świadomości te wszystkie wulgarne słowa. Ona jest dobra, mądra, kocha ciebie. I ty ją kochasz, nienawidzisz diabła, który przybiera jej postać w twoich wspomnieniach.
Wstała z sofy, zaczęła nerwowo chodzić po pokoju, szepcząc rozpaczliwie:
- Zwariowałam. Słyszę głosy. Jestem schizofreniczką, jestem schizofreniczką, jestem schizofreniczką...
Wyłączyła muzykę i natychmiast zadzwoniła do Roberta:
- Błagam cię, przyjdź do mnie. Słyszę głosy. To nie są halucynacje, tak jak ta z diabłem, ale słyszę wyraźnie w mózgu głos matki i... anioła.
- Dobrze - odpowiedział spokojnym tonem - przyniosę ci inne tabletki. Tylko to trochę potrwa, bo muszę pojechać po nie do dyżurującej apteki.
Położyła się na sofie, gdyż zrobiło się jej ciemno przed oczyma. Jednak ciemność nie ustępowała i znów ujrzała, jak zbliża się do niej Mefisto. Wyglądał tak samo, jak za pierwszym razem: czarny kombinezon i czerwona peleryna. Jednak kiedy się do niej zbliżył i stanął przy sofie, okazało się, że jest to młody, piękny mężczyzna, ubrany na biało, wypisz, wymaluj odmłodzony operowy profesor Faust.
- Uspokój się, Ineczko - zaśpiewał tenorem Przemka. - Nie jesteś chora psychicznie. Jesteś artystką, masz dostęp do innego wymiaru rzeczywistości. Możesz teraz poznać tajemne siły rządzące tym światem i liczne możliwości ich wykorzystania do swoich celów. Nie chcesz nabyć zdolności nadzmysłowych, nadprzyrodzonych?
- Idź precz, szatanie! - krzyknęła, odzyskawszy głos.
I w tym momencie poczuła ulgę i radość z powodu jego odzyskania.
- Daj spokój. Przestań się mnie bać. Przecież kochasz piękno. Czyż nie jestem piękny?
- Jesteś - przytaknęła, obrzucając go pełnym podziwu spojrzeniem.
- Dowiesz się niedługo, co posiałaś w swoim ogrodzie podświadomości - powiedział syrenim wręcz głosem. - Poznasz odmienne stany świadomości...
- Mnie to nie interesuje - pokręciła przecząco głową.
- Nie interesuje cię wzmocnienie afirmacji i przekazu, nie interesuje cię odzyskanie głosu? Ze mną możesz zrobić światową karierę.
- Naprawdę? - zawahała się.
Bardzo jej na tym zależało. Bardziej niż na czymkolwiek innym.
- Obiecuję ci to, a ja zawsze dotrzymuję słowa - śpiewał tenorem operowego Fausta.
Uwierzyła mu. Przecież przywrócił jej głos. Poczuła się niewiarygodnie szczęśliwa.
- No dobrze, ale jaką cenę musiałabym za to zapłacić? - spytała, drżąc z przejęcia.
- Porozmawiamy jeszcze o tym innym razem - rzekł stanowczo, przestając śpiewać. - Teraz zjawiłem się, by cię ostrzec przed zażywaniem jakichkolwiek tabletek. Po nich wszystko stracisz, wszelkie nadzmysłowe zdolności i... przestaniesz być artystką.
W tym momencie odezwał się domofon. Młodzieniec natychmiast zaczął się oddalać.
- Nie wolno ci zażywać żadnych tabletek. Pamiętaj! - krzyknął na odchodne.
Znowu zrobiło się jasno, wstała z sofy i nacisnęła klawisz domofonu. Po chwili zjawił się Robert. Miał zaaferowaną minę.
- Usiądź - powiedziała pełnym głosem, władczym tonem. - Porozmawiajmy.
Spojrzał na nią ze zdziwieniem, zaskoczony tym, że odzyskała głos. Zajął miejsce na sofie, a ona usiadła obok niego tak blisko, że poczuł ciepło jej ciała i zapach perfum. Ogarnęło go niesamowite podniecenie. Przypomniał sobie swój szalony postępek po pamiętnym przyjęciu i przeraził się, że mogłoby się to powtórzyć. Ta scena śniła mu się po nocach. Myślał o niej, uprawiając seks z żoną. Odsunął się gwałtownie.
- Sądzę, że nie powinnam zażywać tych tabletek - rzekła zdecydowanie. - Jak widzisz wszystko mi już przeszło. Nie wyobrażasz sobie, jaka jestem szczęśliwa.
- Musisz je zażywać - powiedział stanowczo. - To jest Solian, świetny lek przeciw schizofrenii - straszliwej chorobie, przy której utrata głosu jest niczym. Nie będziesz mogła śpiewać, dopóki jej nie wyleczysz... Nie pij tyle tej kawy - zwrócił jej uwagę, widząc, że Ina napełnia kolejną filiżankę. - No i nie słódź jej tak mocno. To też jest szkodliwe.
- Sam mówiłeś, że nie jestem chora psychicznie, tylko nadzwyczaj wrażliwa - zaoponowała, pomijając jego uwagę i wsypując do kawy trzy łyżeczki cukru.
- Ale po zastanowieniu i po tym, co mi ostatnio opowiedziałaś przez telefon, zmieniłem zdanie. Masz typowe objawy schizofrenii. Nawet utrata głosu i jego nieoczekiwane odzyskanie świadczą o tym. Teraz... ogarnął cię stan maniakalny.
Nagle usłyszała głos diabła:
- Zrób to! - rozkazał.
Przysunęła się do Roberta i przytuliła do niego całym ciałem. Było to tak przyjemne, że on nie miał siły, żeby się odsunąć. Ona zaś błyskawicznie znalazła się na jego kolanach i zaczęła go namiętnie całować.
- Chcesz mieć znowu wyrzuty sumienia? - spytał stłumionym głosem, obezwładniony podnieceniem.
- Powiedziałeś, że należy się ich pozbyć - szepnęła. - Nic złego nie robimy. Alina nigdy się o tym nie dowie.
Wstała z jego kolan i pociągnęła go za rękę.
- Chodź, chodź - kusiła. - Przejdźmy do sypialni.
Jak zahipnotyzowany dał się zaprowadzić do jej ogromnego łoża.