Wszystko, czym jesteśmy razem - Alice Kellen

Kup ebooka

40.00 zł
31.20 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Leah

MIA­ŁAM NA­DAL ZA­MKNIĘTE OCZY, gdy po­czu­łam jego wargi prze­su­wa­jące się po moim ra­mie­niu. Zszedł tro­chę ni­żej i ob­sy­pał po­ca­łun­kami skórę wo­kół mo­jego pępka; po­ca­łun­kami słod­kimi i de­li­kat­nymi, przy­pra­wia­ją­cymi o drże­nie. Uśmiech­nę­łam się. A po­tem uśmiech znik­nął mi z twa­rzy, kiedy po­czu­łam jego cie­pły od­dech przy mo­ich że­brach. Przy nim. Przy sło­wach, które pew­nego dnia Axel wy­pi­sał pal­cami na mo­jej skó­rze: przy wy­ta­tu­owa­nym "Let It Be".

Po­ru­szy­łam się nie­spo­koj­nie i otwo­rzy­łam oczy. Opar­łam dłoń na jego po­liczku i przy­cią­gnę­łam do sie­bie, a gdy jego usta spo­tkały się z mo­imi, ogar­nął mnie spo­kój. Był sło­neczny so­botni po­ra­nek, ro­ze­bra­li­śmy się w ci­szy. Ob­ję­łam go, kiedy we mnie wcho­dził. Po­woli. Głę­boko. Z ła­two­ścią. Moje ciało wy­gięło się w łuk w po­szu­ki­wa­niu tego ostat­niego moc­nego pchnię­cia. Ale się go nie do­cze­kało. Wło­ży­łam rękę mię­dzy nas i za­czę­łam się pie­ścić pal­cami. Do­szli­śmy rów­no­cze­śnie. Ja nie mo­głam zła­pać tchu. On ję­czał moje imię.

Od­wró­cił się po­tem na bok, a ja wpa­try­wa­łam się w biały gładki su­fit jego sy­pialni. Za­le­d­wie chwilę póź­niej usia­dłam na łóżku, a on zła­pał mnie za nad­gar­stek.

- Już idziesz? - Miał miły głos.

- Tak, mam dużo do zro­bie­nia.

Wsta­łam i boso po­de­szłam do krze­sła, na które ze­szłej nocy rzu­ci­łam swoje ciu­chy. Kiedy się ubie­ra­łam, Lan­don le­żał na­dal w po­ścieli z rę­kami pod głową i wpa­try­wał się we mnie. Za­pię­łam cienki pa­sek od spód­nicy, po czym wcią­gnę­łam przez głowę ko­szulkę na ra­miącz­kach. Za­wie­si­łam na ra­mie­niu torbę li­sto­noszkę, którą brat po­da­ro­wał mi na Gwiazdkę, w dro­dze do drzwi zwią­za­łam włosy w ku­cyk.

- Ej, po­cze­kaj. A bu­ziak na do wi­dze­nia?

Po­de­szłam do łóżka i z uśmie­chem na­chy­li­łam się, żeby go po­ca­ło­wać. Po­gła­skał mnie czule po po­liczku i wes­tchnął z sa­tys­fak­cją.

- Wi­dzimy się wie­czo­rem? - za­py­tał.

- Nie dam rady, będę w pra­cowni do późna.

- Ale jest so­bota - na­ci­skał. - No, Leah, da­lej, zgódź się.

- Przy­kro mi. Może zjemy ju­tro ko­la­cję?

- W po­rządku.

- Za­dzwo­nię do cie­bie.

Ze­szłam po scho­dach i wy­szłam z bu­dynku. Na ze­wnątrz po­wi­tało mnie chłodne świa­tło po­ranka i sza­rawe niebo. Wy­cią­gnę­łam z torby słu­chawki, a do ust wło­ży­łam li­zaka. Prze­bie­głam przez przej­ście dla pie­szych do­kład­nie w mo­men­cie, kiedy świa­tło zmie­niało się na czer­wone, i przez pe­łen kwia­tów park ru­szy­łam na skróty do swo­jej pra­cowni.

W rze­czy­wi­sto­ści nie była moja, a przy­naj­mniej nie do końca.

Ale przez te wszyst­kie lata na stu­diach ciężko pra­co­wa­łam, żeby do­stać sty­pen­dium, dzięki któ­remu mo­głam ją wy­na­jąć.

Kiedy otwo­rzy­łam drzwi, ude­rzył mnie za­pach farby. Rzu­ci­łam rze­czy na okrą­gły fo­tel i wło­ży­łam wi­szący za drzwiami far­tuch. Za­wią­zu­jąc go, po­de­szłam bli­żej ob­razu, który stał na szta­lu­gach na środku sta­rego pod­da­sza.

Za­drża­łam, wpa­tru­jąc się w de­li­katne opły­wowe li­nie fal, roz­bry­zgu­jącą się pianę i opa­li­zu­jące pro­mie­nie słońca; wy­da­wały się jakby ze­śli­zgi­wać z płótna. Wzię­łam do ręki drew­nianą pa­letę i za­czę­łam mie­szać ko­lory, wpa­tru­jąc się ką­tem oka w ob­raz: w ja­kiś po­krę­cony spo­sób rzu­cał mi wy­zwa­nie. Pod­nio­słam pę­dzel i za­uwa­ży­łam, że drży mi ręka. Na­gle ogar­nęły mnie wspo­mnie­nia. Ści­snęło mnie w żo­łądku na myśl o tej nocy, kiedy mu­sia­łam przyjść do pra­cowni, bo po­czu­łam na­glącą po­trzebę, żeby na­ma­lo­wać ten ka­wa­łek plaży, który tak do­brze zna­łam, mimo że od trzech lat moja noga na nim nie sta­nęła...

Trzy lata bez tego ka­wałka oce­anu, je­dy­nego w swoim ro­dzaju.

Trzy lata, przez które ja tak bar­dzo się zmie­ni­łam.

Trzy lata, od kiedy go nie wi­dzia­łam. Trzy lata bez Axela.

2. Axel

SUNĄ­ŁEM PO ŚCIA­NIE FALI W BLA­DYM ŚWIE­TLE wscho­dzą­cego słońca, za­nim wpa­dłem do wody. Już pod po­wierzch­nią za­mkną­łem oczy, a dźwięki świata ze­wnętrz­nego od­da­liły się jesz­cze bar­dziej. Zmu­si­łem się, żeby pły­nąć w górę, kiedy po­czu­łem, że za­czyna bra­ko­wać mi po­wie­trza. Z wy­sił­kiem ucze­pi­łem się de­ski sur­fin­go­wej. Ode­tchną­łem głę­boko. Raz i drugi. Ale ża­den z tych od­de­chów nie na­peł­nił mo­ich płuc cał­ko­wi­cie. Tkwi­łem tam, sa­mot­nie uno­sząc się na po­wierzchni, na moim oce­anie, wpa­tru­jąc się w po­zo­sta­ło­ści piany i cętki świa­tła, które błysz­czały mię­dzy fa­lami, za­sta­na­wia­jąc się, kiedy za­cznę z po­wro­tem od­dy­chać.

3. Leah

PRZEZ CAŁY TY­DZIEŃ PRA­CO­WA­ŁAM bez wy­tchnie­nia. Naj­bar­dziej prze­ra­żała mnie świa­do­mość, że to na­wet nie praca, tylko ko­niecz­ność, a może ja­kiś miks obu tych rze­czy. Ma­lo­wa­nie było mo­to­rem mo­jego ży­cia, to dzięki niemu zdo­ła­łam utrzy­mać się na po­wierzchni, silna, pełna tych wszyst­kich prze­peł­nia­ją­cych mnie uczuć, które chcia­łam uchwy­cić. Pa­mię­tam dzień, kiedy Axel za­py­tał mnie, jak mi się to udaje, a ja od­po­wie­dzia­łam, że nie wiem, po pro­stu daję się po­nieść. Gdy­bym za­dała so­bie to py­ta­nie wcze­śniej... od­po­wie­dzia­ła­bym ina­czej. Wy­zna­ła­bym, że ma­lo­wa­nie było moim wen­ty­lem bez­pie­czeń­stwa. Je­śli nie umia­łam wy­ra­zić cze­goś sło­wami, prze­ka­zy­wa­łam to za po­mocą ko­lo­rów, kształ­tów i fak­tur. To był mój spo­sób, bar­dziej niż ja­ki­kol­wiek inny na świe­cie.

Gdyby nie wy­pa­dały aku­rat moje uro­dziny, wie­czo­rem - tak jak czę­sto zda­rzało mi się w week­endy - zo­sta­ła­bym na ma­leń­kim pod­da­szu i ma­lo­wała do bia­łego rana, ale przy­ja­ciele z uni­wer­sy­tetu uparli się, że zor­ga­ni­zują mi przy­ję­cie, i nie mo­głam się na nim nie po­ja­wić. Ubie­ra­jąc się, przy­po­mnia­łam so­bie te­le­fon od Blair sprzed kilku go­dzin, kiedy zło­żyła mi ży­cze­nia, przy oka­zji do­da­jąc, że dziecko, któ­rego spo­dzie­wają się z Ke­vi­nem, to chło­piec. Bez wąt­pie­nia był to naj­lep­szy pre­zent, jaki mo­głam dzi­siaj do­stać.

Po­de­szłam do lu­stra, żeby za­pleść so­bie war­kocz. Włosy tak bar­dzo mi uro­sły, że pra­wie ni­gdy już nie no­si­łam ich roz­pusz­czo­nych. Kilka razy chcia­łam je ściąć, ale przy­po­mi­nały mi tamte dni, kiedy cho­dzi­łam boso i miesz­ka­łam w domu na zu­peł­nym od­lu­dziu, dni, kiedy nie przej­mo­wa­łam się za bar­dzo, czy je­stem ucze­sana, czy nie. A te­raz na­wet to się zmie­niło. Więk­szą uwagę zwra­ca­łam na ubiór. Kiedy czu­łam ja­kiś im­puls, sta­ra­łam się nad nim za­pa­no­wać, bo na­uczy­łam się, że tego typu bodźce nie za­wsze pro­wa­dzą nas w do­brym kie­runku. Usi­ło­wa­łam za­cho­wać zimną krew i za­nim rzu­ca­łam się przed sie­bie na oślep, chwilę się za­sta­na­wia­łam i ana­li­zo­wa­łam kon­se­kwen­cje.

Te­le­fon znowu za­dzwo­nił. Jak zwy­kle na wi­dok tego na­zwi­ska na wy­świe­tla­czu serce sta­nęło mi na mo­ment: Geo­r­gia Nguyen. Na­bra­łam po­wie­trza i ode­bra­łam.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego, skar­bie! - wy­krzyk­nęła Geo­r­gia. - Dwa­dzie­ścia trzy lata! Nie mogę uwie­rzyć, że tak szybko zle­ciały, cią­gle pa­mię­tam, jak bra­łam cię na ręce i cho­dzi­łam z tobą po ogro­dzie, że­byś prze­stała pła­kać. Wy­daje mi się, jakby to było wczo­raj.

Usia­dłam na brzegu łóżka i się uśmiech­nę­łam.

- Dzię­kuję za pa­mięć. Co u was?

- Za­raz wsia­damy do sa­mo­lotu, je­ste­śmy już w hali od­lo­tów. - Na­gle wy­buch­nęła dziew­czę­cym śmie­chem, naj­wi­docz­niej mąż ła­sko­tał ją, żeby prze­chwy­cić te­le­fon. - Uspo­kój się, Da­niël, za­raz ci ją dam! O czym to ja mó­wi­łam, skar­bie, ach tak, je­ste­śmy na lot­ni­sku w San Fran­ci­sco i za go­dzinę od­la­tu­jemy do Punta Cana.

- Ale po­dróż! Ogrom­nie wam za­zdrosz­czę.

- Za­dzwo­nię do cie­bie za kilka dni, żeby po­roz­ma­wiać bar­dziej na spo­koj­nie, bez za­kłó­ceń.

- Do­brze, nie przej­muj się, daj mi jesz­cze Da­ni­ëla.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego, Leah! - wy­krzyk­nął od razu. - Idziesz gdzieś ze zna­jo­mymi? Je­śli tak, do­brej za­bawy! Baw się wy­śmie­ni­cie!

- Dzię­kuję, Da­niël, po­sta­ram się.

Przez kilka se­kund wpa­try­wa­łam się w te­le­fon z tę­sk­notą, za­sta­na­wia­jąc się nad tymi wszyst­kimi ży­cze­niami, które tego dnia do­sta­łam... i tymi, któ­rych nie do­sta­łam.

To było głu­pie, ale nie umia­łam ina­czej. W końcu wspo­mnie­nia opie­rają się na szcze­gó­łach, po­zor­nie nie­istot­nych, ale to one w rze­czy­wi­sto­ści oka­zują się ważne. Axel za­wsze po­ja­wiał się na mo­ich uro­dzi­nach, był tą osobą, na którą z nie­cier­pli­wo­ścią cze­ka­łam. Ro­bił naj­lep­sze pre­zenty, a ja ma­rzy­łam o nim, na­wet bę­dąc jesz­cze małą dziew­czynką, kiedy zdmu­chi­wa­łam świeczki na tor­cie.

Mia­łam wra­że­nie, jakby od tam­tego czasu mi­nęła cała wiecz­ność...

Po­now­nie spoj­rza­łam na te­le­fon. Nie wiem, czego się spo­dzie­wa­łam, ale nikt nie za­dzwo­nił.

Ode­tchnę­łam głę­boko i po­de­szłam do wy­so­kiego lu­stra. Stało na­dal oparte o ścianę, do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym Oli­ver po­sta­wił je pra­wie trzy lata wcze­śniej, kiedy ku­pi­łam je pod wpły­wem im­pulsu w skle­pie na­prze­ciwko aka­de­mika.

Roz­ko­ja­rzona za­czę­łam ba­wić się koń­cem war­ko­cza, nie prze­sta­jąc wpa­try­wać się we wła­sne od­bi­cie. "Wszystko bę­dzie do­brze" - po­wie­dzia­łam do sie­bie bar­dziej z przy­zwy­cza­je­nia niż z in­nego po­wodu - "bę­dzie do­brze".

Kiedy wy­szłam na ze­wnątrz, za­padł już zmrok. Pie­chotą ru­szy­łam w stronę re­stau­ra­cji, w któ­rej się umó­wi­li­śmy. Ale le­d­wie uszłam parę kro­ków, sta­nął mi na dro­dze.

- Co ty tu ro­bisz? - Za­śmia­łam się.

- Chcia­łem się z tobą przejść. - Lan­don wrę­czył mi różę i po­woli mnie po­ca­ło­wał.

Kiedy się od­su­nął, spoj­rza­łam na kwiat, po­gła­dzi­łam jego płatki o bar­wie szkar­łatu i po­wą­cha­łam. Ru­szy­li­śmy ra­zem w mil­cze­niu.

- Opo­wiedz mi, co dzi­siaj ro­bi­łaś. Do­brze ci mi­nął dzień?

- Tak. Koń­czę wła­śnie je­den ob­raz... - Prze­łknę­łam ślinę, przy­po­mi­na­jąc so­bie ten ka­wa­łek oce­anu, tak bar­dzo mój, nasz, i po­trzą­snę­łam głową. - Nie chcę cię tym za­nu­dzać. Opo­wiedz mi le­piej, co u cie­bie.

Lan­don ze szcze­gó­łami stre­ścił swój ty­dzień, opo­wie­dział, jak ślę­czał nad ostat­nim pro­jek­tem, który dzie­lił go od dy­plomu na stu­diach biz­ne­so­wych, jak bar­dzo już chciał mnie zo­ba­czyć, co nie uda­wało nam się przez ostat­nie trzy dni, bo oby­dwoje nie mo­gli­śmy zna­leźć ani chwili, i jak pięk­nie dzi­siaj wy­glą­dam...

Kiedy z da­leka uka­zała nam się re­stau­ra­cja, zwol­ni­li­śmy kroku.

- Mam na­dzieję, że spodoba ci się im­preza nie-nie­spo­dzianka - za­żar­to­wał, po czym na­gle spo­waż­niał. - Przy­szli wszy­scy. Cza­sami, kiedy tak bar­dzo za­my­kasz się w so­bie i na tym pod­da­szu, mar­twię się o cie­bie, Leah. Chciał­bym, że­byś dzi­siaj do­brze się ba­wiła.

Wzru­szyły mnie jego słowa i mocno się do niego przy­tu­li­łam.

Obie­ca­łam mu, że tak bę­dzie.

Uśmiech­nę­łam się sze­roko, kiedy tylko prze­kro­czy­łam próg lo­kalu i w głębi doj­rza­łam na­szych przy­ja­ciół. Na mój wi­dok wstali od stołu i za­częli śpie­wać Happy Bir­th­day. Po­tem rzu­cili się na mnie, ści­skali i ca­ło­wali, za­nim wresz­cie po­zwo­lili mi usiąść. Przy­szli pra­wie wszy­scy, któ­rzy byli czę­ścią mo­jego ży­cia w Bris­bane: ko­le­żanki i ko­le­dzy z za­jęć oraz Mor­gan i Lucy, dziew­czyny z aka­de­mika po­znane za­raz w pierw­szym mie­siącu, z któ­rymi nie roz­sta­wa­łam się od tam­tej pory. To one pierw­sze wrę­czyły mi pre­zent.

Od­pa­ko­wa­łam go ostroż­nie, co w ni­czym nie przy­po­mi­nało wcze­śniej­szej nie­cier­pli­wej Leah; pa­znok­ciem od­kle­iłam ta­śmę kle­jącą i sta­ran­nie zło­ży­łam pre­zen­towy pa­pier, a na­stęp­nie po­dzię­ko­wa­łam za przy­bory do ma­lo­wa­nia, które, o czym wie­działy, były mi po­trzebne.

- Je­ste­ście nie­sa­mo­wite i wcale nie mu­sia­ły­ście...

- Żad­nych łez! - krzyk­nęła na­tych­miast Mor­gan.

- Ale ja wcale nie...

- Za do­brze cię znamy - ucięła Lucy.

Wy­buch­nę­łam śmie­chem, wi­dząc ich miny.

- Niech bę­dzie, żad­nych łez, tylko za­bawa! - Spoj­rza­łam na Lan­dona. Uśmiech­nął się z sa­tys­fak­cją i pu­ścił do mnie oko z dru­giego końca stołu.

Przy­ję­cie do­bie­gło końca do­piero nad ra­nem, a ja wy­pi­łam sta­now­czo za dużo, bio­rąc pod uwagę, że na­stęp­nego dnia przy­jeż­dżał mój brat Oli­ver. Ale spe­cjal­nie się tym nie prze­ję­łam. Dla­tego że w tym ba­rze z przy­ga­szo­nymi świa­tłami, gdzie za­mó­wi­li­śmy drinki, czu­łam się do­brze: szczę­śliwa, bez­pieczna w ra­mio­nach Lan­dona i wśród śmie­chu przy­ja­ció­łek. Prze­sta­łam my­śleć o tych, któ­rych już nie ma, o chra­pli­wym gło­sie Axela skła­da­ją­cego mi ży­cze­nia i o tym, co po­da­ro­wałby mi na uro­dziny w tym roku w rów­no­le­głej rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej na­dal by­li­by­śmy tam­tymi oso­bami wie­rzą­cymi, że ni­gdy się od sie­bie nie od­da­limy.

Sporo czasu za­jęło mi, żeby to zro­zu­mieć, ale... ży­cie to­czyło się da­lej. Axel nie oka­zał się moim prze­zna­cze­niem, a je­dy­nie po­cząt­kiem drogi, którą prze­szli­śmy ra­zem, trzy­ma­jąc się za ręce, do­póki nie zde­cy­do­wał się z niej zbo­czyć.

Po­ło­ży­łam się na łóżku pi­jana, po­kój zda­wał się wi­ro­wać wo­kół mnie. Wtu­li­łam się w po­duszkę. Były chwile, kiedy pra­wie nie my­śla­łam o Axelu, zaj­mo­wały mnie stu­dia, całe dnie na pod­da­szu, czas spę­dzany z Lan­do­nem albo z dziew­czy­nami, ale on za­wsze wra­cał. To wra­że­nie, jakby był moją nie­od­łączną czę­ścią, de­ner­wo­wało mnie co­raz bar­dziej. Wspo­mnie­nia bu­dziły się w naj­mniej ocze­ki­wa­nych mo­men­tach: na wi­dok nie­zna­jo­mego, który trzy­mał pa­pie­rosa mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym, kiedy dało się po­czuć za­pach her­baty, le­ciała zna­joma pio­senka, ja­kaś głu­pia mina... albo co­kol­wiek in­nego.

Przy­po­mnia­łam so­bie, co le­żało w gór­nej szu­fla­dzie noc­nej szafki, ale po­wstrzy­ma­łam od­ruch, żeby wy­cią­gnąć bi­be­lot za­ku­piony na targu za­raz po przy­jeź­dzie do Bris­bane.

Mocno za­ci­snę­łam po­wieki. Wszystko na­dal krę­ciło się wo­kół mnie.

A ja za­czę­łam się za­sta­na­wiać, co mógł te­raz ro­bić...

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki