1.
Zmierzcha się. Stoję nieruchomo z rękami skrzyżowanymi na piersi i wpatruję się w widok za oknem. Choć spoglądam na nowoczesną zabudowę wykończoną stalą i szkłem, to jest w niej coś urzekającego. Ostatnie tego dnia promienie wiosennego słońca odbijają się różowawą poświatą od spokojnej tafli zbiornika wodnego, na pierwszy rzut oka przypominającego kanał. W rzeczywistości to dawny dok portowy. Dookoła jest ich sporo, jednak od lat, wraz z wprowadzeniem systemu kontenerowego w transporcie wodnym, doki nie pełnią swojej pierwotnej funkcji. Stały się zbyt małe dla wielkich statków kontenerowych, co wymusiło przeniesienie transportu wodnego do głębszych portów. Pozamykane londyńskie doki stały się opustoszałym obszarem, po którym zaczęły hulać bezrobocie i bieda.
Unoszę nieco głowę i wpatruję się w rząd wysokich budynków, które dumnie górują nad okolicą. Muszę odgarnąć przydługą grzywkę, która przy każdym ruchu dostaje mi się do oczu. Powinnam była przyciąć ją przed wyjazdem, ale za bardzo pochłonęły mnie przygotowania do niego, aby jeszcze zawracać sobie głowę fryzurą. Szczęśliwie natura obdarzyła mnie ładnym kolorem włosów i nie muszę ich na razie farbować. Koleżanki zawsze mi zazdrościły ich głębokiej brązowej barwy, zwłaszcza Ula, która pomimo młodego wieku już zaczęła siwieć na skroniach.
Resztki minionego dnia skrzą się w przeszklonych ścianach okolicznej zabudowy. W dzielnicy, w której się zatrzymałam, roi się od wieżowców, a dookoła nich tętni życie. Aż trudno uwierzyć, że to teren upadłego portu.
Kiedy dłużej przyglądam się temu, co znajduje się za oknem, nabieram coraz większego przekonania, że w gruncie rzeczy te dwa elementy zabudowy świetnie się uzupełniają. Wodna sieć doków w nienachalny sposób przełamuje sztywność nowoczesnej architektury, a kładki je przecinające pozwalają nie tylko sprawnie się przemieszczać, ale także dostrzec budynki z nietuzinkowej perspektywy. Zadbana zieleń dodaje okolicy wdzięku. Dużo tu drzew i krzewów, nie brakuje też małych skwerów ze starannie przystrzyżoną trawą. W każdym z nich łatwo znaleźć ławkę, na której można przycupnąć i w karkołomnym pędzie dnia zatrzymać się na moment, choćby tylko po to, aby złapać jeden odrobinę spokojniejszy oddech.
Wiedziałam o tym wszystkim jeszcze przed wyjazdem z rodzinnego Krakowa, a kilkadziesiąt minut temu namacalnie zetknęłam się z tą nietypową infrastrukturą. Ze stacji metra do celu dzielił mnie zaledwie kilkusetmetrowy dystans, ale i tak się zgubiłam. Chwilę klu-czyłam kolejnymi uliczkami, zachodząc w głowę, czy to ze mną jest coś nie tak, czy z mapą, którą się posługiwałam. Zbaraniałam do reszty, kiedy GPS kazał mi wejść do jednego z biurowców. Ominęłam go, obeszłam prawie dookoła, a potem zawróciłam. Wszystko po to, aby znaleźć się w punkcie wyjścia. Kiedy spostrzegłam, że do feralnego budynku wchodzi mnóstwo ludzi i niemal tyle samo z niego wychodzi, zaryzykowałam i - ku mojemu zaskoczeniu - znalazłam się w ruchliwym, gwarnym holu, którego sporą część zajmował ogólnodostępny bar z przekąskami i kolorowymi koktajlami. Mimo późnego popołudnia, a może właśnie ze względu na taką, a nie inną porę dnia, nie brakowało klientów, głównie elegancko ubranych ludzi - mężczyzn w szykownych garniturach i kobiet w dobrze skrojonych kostiumach. Przemierzając hol, nie potrafiłam oderwać od nich wzroku, niemal bezwiednie wyobrażałam sobie, że gdzieś wśród nich jest... Emil. O ile wcześniej - na jednej z przesiadkowych stacji metra - doznałam czegoś na kształt przywidzenia, o tyle wtedy, w tym przechodnim barze, świadomie podjęłam próbę wizualizacji, jak mogłoby to spotkanie wyglądać. Gdyby faktycznie w tym barze przebywał.
Po drugiej stronie budynku czekała na mnie właściwa kładka. Po jej zlokalizowaniu dotarcie do docelowego apartamentowca okazało się dziecinnie proste. A przy tym dostarczyło widoku, którego szybko nie zapomnę - rozbujany ludzkimi krokami most nad dawnym dokiem, wciśnięty pomiędzy wysokie, połyskujące w jasnym słońcu biurowce, wywarł na mnie zaskakujące wrażenie. Canary Wharf już na dzień dobry pokazał mi, co ma do zaoferowania, a wiedziałam, że to jedynie przedsmak tego, czego zamierzam tutaj skosztować. Jedno jest pewne - przeobrażenie dawnych doków w dzielnicę mieszkaniową było najlepszym, co mogło przytrafić się staremu, niepotrzebnemu już portowi.
Moment dłużej zatrzymuję wzrok na jednym ze szklanych wieżowców. Z okna pokoju, w którym się znajduję, nie widzę tego budynku dokładnie, właściwie tylko mały jego fragment, ale to mi wystarcza. Wydaje mi się, że jego szyby błyszczą bardziej niż pozostałych kolosów. Wiem, że to tylko infantylne złudzenie, ale chętnie mu ulegam.
Obserwuję budynek aż do całkowitego zapadnięcia zmroku. Rozmyślam o tym, że za kilka godzin przyjdzie jasność, która skutecznie rozproszy otulającą go ciemność i na nowo uczyni go użytecznym, ożywionym i hałaśliwym miejscem. W przedziwny sposób odnajduję ukojenie w tym prostym schemacie. Choć wiem, że jest ono zaledwie chwilowe, łaknę go. Chciałabym, aby moja rzeczywistość też tak wyglądała. Aby zalegająca w moim sercu gorycz rozpierzchła się tak stanowczo i jednoznacznie jak ta tuląca miasto do snu noc wraz z nastaniem poranka.
Właściwie na coś podobnego liczyłam, przyjeżdżając tutaj.
Po kilku godzinach spędzonych w Londynie już wiem, że tak łatwo nie będzie. Przed wyjazdem pomysł wydawał się wyjątkowo trafiony, a cel niemal na wyciągnięcie ręki. Odwracam się twarzą od okna, spoglądam na niewielki pokój, w którym zamierzam mieszkać przez najbliższy czas, i dociera do mnie, że wcale nie musi być tak, jak to sobie zaplanowałam. Więcej, mogę jedynie dolać oliwy do ognia, a przecież chciałam dogasić boleśnie żarzące się pobojowisko, którym wraz z odejściem Emila stało się moje serce.
Pokonuję długość pokoju, wystarcza zaledwie kilka kroków, aby znaleźć się na jego przeciwległym krańcu. Podchodzę do łóżka, na którym wciąż leży nierozpakowana walizka, i sięgam po mniejszy bagaż. Wertuję podręczną torbę, po chwili wydobywam z niej torebkę. Właściwie to niewielki skórzany worek, który kupiłam lata temu na wyprzedaży. Pasek na ramię jest już nieco wytarty, podobnie jak w kilku miejscach jego podstawa, zwłaszcza w zagięciach skóry, ale nie wygląda to jeszcze niechlujnie. Chyba nawet dodaje mu gracji. Mimo wszystko mogłabym sprawić sobie nową torebkę, ale zwyczajnie ją lubię, a nie mam w zwyczaju rozstawać się z czymś, z czym jest mi dobrze.
Wsuwam dłoń do środka i serce podchodzi mi do gardła, kiedy nie wyczuwam pliku zdjęć. Rozchylam dokładniej poły torebki i szukam natarczywiej - jestem przekonana, że je ze sobą zabrałam. Nie spoglądałam na nie, odkąd opuściłam mury krakowskiego mieszkania, ale jestem pewna, że je spakowałam! Nie wybrałabym się do Londynu bez zdjęć Emila!
Pochylam się i skrupulatnie przeglądam zawartość torebki: paszport, portfel, błyszczyk do ust, chusteczki i szereg innych, zupełnie w tym momencie nieprzydatnych mi przedmiotów. Dławiący strach ściska mnie za gardło, kiedy dochodzę do wniosku, że w mojej torebce nie ma tak bardzo potrzebnych mi fotografii. Czy to możliwe, że wypadły mi gdzieś na lotnisku? W samolocie? Może w pociągu, kiedy tutaj jechałam?
Pierwszy przejazd metrem w londyńskiej metropolii okazał się wręcz frustrujący. Nie sądziłam, że tak trudno będzie mi się połapać w rozkładzie jazdy, choć przed wyjazdem zapoznałam się - wydawało mi się, że dość dobrze - z mapą metra. Wszystko na nic. I tak najpierw pojechałam w niewłaściwą stronę, dopiero przy drugim podejściu udało mi się wsiąść we właściwy pociąg. W końcu dotarłam na miejsce, ale czy to możliwe, że w tym pędzie zgubiłam zdjęcia Emila?
Odkładam torebkę, ledwo łapiąc oddech. Ucisk w klatce piersiowej staje się trudny do zniesienia, czuję się, jakby przygniótł mnie betonowy mur, spod którego nie potrafię się wydostać. Bez tych fotografii mój przyjazd tutaj wydaje się pomyłką. Tak bardzo doskwiera mi ich brak, że przez moment nawet z nimi zdaje się nie mieć sensu, ale zaraz przypominam sobie, jacy byliśmy szczęśliwi i że to szczęście tak naprawdę zabrało mi miasto, w którym przebywam od kilku godzin. Udaje mi się wreszcie zaczerpnąć pełny haust powietrza i ścisk w klatce piersiowej nieco ustępuje. Wstaję z łóżka i na nowo podchodzę do okna.
Spoglądam na budynki, mienią się szklistą czernią gęsto poprzeplataną jasnym blaskiem żarówek. Cała masa ludzi wciąż jeszcze pracuje, zwłaszcza w takim miejscu jak to. Dzień w dzień te wieżowce zabierają ojców, matki, mężów i żony. Najpierw skubią ich po trochu, później śmielej sięgają po swoje, wreszcie pochłaniają ich całych. Cierpią dzieci, cierpią małżonkowie, partnerzy.
Cierpię i ja.
To miasto mi go zabrało, te budynki go pochłonęły. Przecież gdyby tutaj nie przyjechał, wciąż byłby mój.
A teraz pozostały mi tylko zdjęcia.