Wszystko, co straciliśmy - Natalia Kulpińska

Kup ebooka

48.90 zł
39.12 zł (48,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Przez całe życie byłam grzeczną, do bólu poukładaną dziewczyną, która spełniała wszelkie życzenia rodziców. Niczym wytresowane zwierzątko przybiegające na każdą komendę. Z tą różnicą, że ja otrzymywałam jedynie oznaki niezadowolenia zamiast smaczków.

Pozwoliłam się ubezwłasnowolnić i pozbawić osobowości. A oni swoimi oczekiwaniami i żądaniami sprawili, że nawet ja się pogubiłam i zapomniałam, kim tak naprawdę byłam. Żyłam, jak chcieli, pracowałam, gdzie chcieli i związałam się z mężczyzną, którego mi wybrali. Czułam się jak średniowieczna księżniczka, której aranżowane małżeństwo miało przynieść królestwu bogactwo, splendor i siłę.

W naszym przypadku sprawa dotyczyła fuzji dwóch firm, bowiem moi rodzice oraz narzeczony byli naprawdę bogatymi i wpływowymi ludźmi. A gdzieś pomiędzy nimi tkwiłam ja. Zwykła dziewczyna zmuszona do grania w teatrze jednego aktora ku uciesze reżysera i widowni. W przeciwnym razie zostałaby obrzucona pomidorami i skazana na niesławę.

Wmawiali mi, że zawdzięczam im życie i winna jestem posłuszeństwo.

Uwierzyłam i dałam sobą manipulować przez dwadzieścia pięć lat życia.

Dziś mówiłam dość. Wszystko we mnie krzyczało, a ból samotności rozdzierał serce. Stałam w swoim dawnym pokoju w domu rodziców, do którego przeniosłam się na dzień przed ślubem, by pan młody mnie nie widział, bo podobno przynosiło to pecha.

Założyłam wybraną przez matkę strojną, zdobioną milionami cyrkonii suknię ślubną, w której wyglądałam jak cukrowa beza i z niesmakiem zerknęłam w lustro.

To nie byłam ja. Czułam, jakbym tkwiła w złotej klatce i obijała się o jej pręty niczym dziki ptak. Dusiłam się, potrzebowałam wolności.

Bez namysłu chwyciłam nożyczki i wykonałam pierwsze cięcie, a potem szarpnęłam. Dźwięk rozrywanego materiału dosłownie wprawił mnie w niezdrową ekscytację. Upajałam się tą chwilą, płakałam i śmiałam się jednocześnie.

Przestałam dopiero, kiedy cała ta cholernie droga sukienka wyglądała jak łachmany biedaka, poszarpana i w strzępach. Upchnęłam ją pod łóżko, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do torby, sprawdziłam, ile mam gotówki i położyłam się jak gdyby nigdy nic do łóżka. Czekałam, aż cały dom pogrąży się w głębokim śnie, by pod osłoną nocy uciec raz na zawsze. Nie patrzeć wstecz, dać się porwać przygodzie. I dla tej wolności, którą miałam nadzieję poczuć, mogłabym spać nawet pod mostem, byle tylko zrzucić moje niewidzialne kajdany.

Czekałam na ten ruch zbyt długo. Pozwoliłam, by sprawy zaszły za daleko, ale dopiero wizja, że zwiążę się na całe życie z kimś, kogo absolutnie nie kochałam, dodała mi skrzydeł.

Byłam młoda, miałam jeszcze czas, by zacząć wszystko od nowa. Nie byłam czystą, białą kartką. Byłam brudnopisem, zapisanym byle jak, pomazanym i wymiętym od ciągłego dotykania.

Miałam tylko jedną próbę, bo jeśli rodzice przyłapią mnie na ucieczce, kolejnego razu nie będzie, nie znajdę już odwagi, by się im postawić.

Jak zawsze i w każdej sytuacji.

Torbę z kilkoma rzeczami wyrzuciłam przez okno. Dla mnie samej, mimo że mój pokój znajdował się na parterze, było zbyt wysoko, by skakać. Musiałam przejść przez długi korytarz domu, by dotrzeć do drzwi wyjściowych.

Otworzyłam je i poczułam na skórze chłodny powiew nocnego powietrza. Wiosna dopiero budziła świat do życia, więc temperatury wciąż nie były zbyt wysokie.

Pobiegłam po torbę, zarzuciłam ją sobie na plecy i ruszyłam przed siebie. Musiałam dotrzeć na stację. Wolałam zostawić za sobą jak najmniej śladów, choć i tak prędzej czy później rodzice mnie znajdą.

Szłam szybko i płakałam. Bałam się, umierałam dosłownie ze strachu, a jednocześnie z każdym krokiem czułam, że staję się wolna.

Telefon komórkowy zniszczyłam i zamierzałam wrzucić do pobliskiego stawu.

Nienawidziłam siebie i ludzi, którzy powinni być moim wsparciem, a okazali się oprawcami w białych rękawiczkach, którzy zabijali mnie sukcesywnie każdego dnia.

Chciałam krzyczeć, ale zamiast tego dławiłam się strachem.

Serce łomotało mi w piersi niczym motyl zamknięty w słoiku. Oglądałam się za siebie, wypatrując śledzącego mnie samochodu.

Nasłuchiwałam krzyków i ciężkich kroków.

Na szczęście byłam tylko ja i cisza.

I wolność.

Ta, którą bezczelnie wyszarpałam w ostatniej chwili.

Byłam wolna.

Rozdział 1

Jaxon

Byłem wolny.

Łomot zamykanych więziennych, metalowych wrót zadźwięczał mi w uszach i rozszedł się falą po całym ciele. Wzdrygnąłem się i zacisnąłem mocniej powieki.

Stałem na środku chodnika, spoglądając w błękitne, kompletnie bezchmurne niebo, które wyglądało, jakby chciało uczcić tę chwilę. Dookoła nie widziałem już wysokich murów, krat i strażników. Byłem wolny, a jednocześnie nigdy wcześniej nie czułem się tak bardzo ograniczony i samotny.

Być może zrzuciłem te fizyczne kajdany z siebie, ale nie te, które wciąż zaciskały się na moim sercu.

Nikt na mnie nie czekał, ponieważ cała rodzina odsunęła się ode mnie w momencie, kiedy zapadł wyrok. Moja narzeczona nie odwiedziła mnie ani razu, nie przyszła na rozprawę. Odeszła, co wprawdzie było mi na rękę, ale i potwornie bolało.

Mijali mnie przypadkowi ludzie, przyglądając się z ciekawością. Niektórzy zataczali szeroki łuk, jakbym stanowił zagrożenie. Naprawdę aż tak było to widać, że siedziałem w więzieniu? Nie mogłem tutaj tak po prostu stać? A może ludzie tacy jak ja mieli ten przykry fakt wypisany na czole?

Uzmysłowiłem sobie, że odsiadka nie była moim największym problemem, a życie w miejscu, które kiedyś doskonale znałem, jednak teraz stanowiło kompletną niewiadomą.

- Jesteś w końcu! - Usłyszałem za plecami znajomy głos. Skrzywiłem się, bo zaraz będę musiał obnażyć się z własnych słabości przed właściwie zupełnie obcym człowiekiem. Do tej pory rozmawialiśmy jedynie służbowo, więc o czym teraz mielibyśmy rozmawiać, kiedy było po wszystkim?

- "W końcu" to chyba niezbyt trafione słowa - wymamrotałem z niezadowoleniem i uścisnąłem rękę mojego adwokata. Jedynej osoby, która się mną interesowała. Niestety, tylko dlatego, że mu za to płaciłem. - Co tu robisz? - zapytałem ze dziwieniem. - To raczej wykracza poza twoje obowiązki.

- To twój wielki dzień - oznajmił i poklepał mnie po ramieniu. - Walczyłem jak lew, żebyś wyszedł wcześniej, więc liczyłem na nieco więcej entuzjazmu.

Poza tym ktoś musi przekazać ci klucze od domu i wszystkie dokumenty.

- Jest, jak jest - odpowiedziałem i wzruszyłem ramionami. - Dziękuję, że pamiętałeś i chciało ci się zarwać piątkowe popołudnie, by odwiedzić takiego degenerata jak ja.

- Dobrze wiesz, że nie jesteś żadnym degeneratem. Porządny z ciebie facet, tylko trochę pogubiony. W końcu spędziłeś za kratami pięć lat.

- Dzięki za przypomnienie. Dokładnie to pięć lat, trzy miesiące, siedemnaście dni i trzy godziny, ale kto by to liczył! - prychnąłem i ruszyłem przed siebie.

Nie chciałem być niemiły, ale nie wiem, co nim kierowało, że tutaj przyjechał. Nasze drogi właściwie mogą się rozejść. Gość zarządzał moim majątkiem i próbował usilnie wyciągnąć mnie zza krat, chociaż wcale go o to nie prosiłem.

- Zaczekaj! Odwiozę cię. - Podbiegł do mnie i szarpnął za ramię. - Nie bądź takim dupkiem. Jesteś wolny, ciesz się, świętuj.

- Sam? - warknąłem, aż się cofnął o krok. - Może nie pamiętasz, ale rodzice zwyzywali mnie od najgorszych. Wykrzyczeli, że nie mają już syna, bo przyniosłem im wstyd. Zagrozili, że jeśli pojawię się u nich w domu, poszczują mnie psami i odstrzelą tyłek - wymieniałem, a mój prawnik z każdym słowem coraz bardziej pochmurniał. - Nie mam czego świętować. To ja powinienem zginąć w tym cholernym wypadku! Ja!

- Chodź! - nakazał cicho. - Potrzebujesz odpoczynku. Zawiozę cię do domu. Oddam karty bankowe, wszystkie dokumenty i nasze drogi będą mogły się rozejść. Uznałem, że ucieszysz się, jeśli ktokolwiek będzie tu na ciebie czekał.

- Bruce, przepraszam - wymamrotałem, chcąc walnąć się w ten głupi łeb. - Poniosło mnie.

- Niewątpliwie - prychnął i w milczeniu ruszył do auta.

Nie obraził się, ale najwyraźniej uznał, że dalsza dyskusja ze mną jest zwyczajnie zbędna.

Byłem kłębkiem nerwów, bowiem stresowałem się tym, co zastanę w domu, w którym nikt nie mieszkał od lat. To tak, jakbym wracał z długiej podróży. Ekscytacja mieszała się z potężnym strachem.

Mój adwokat milczał. Zaciskał kurczowo palce na kierownicy i patrzył prosto przed siebie. Z radia nie leciała żadna muzyka, co dodatkowo potęgowało napięcie między nami. Piękny start w normalne życie, nie ma co. Właśnie wkurwiłem jedyną przychylną mi osobę.

- Byłem wczoraj w twoim domu - oznajmił nagle, a ja zamarłem. No tak, miał klucze, które wręczyła mu moja była tuż po rozprawie. - Nie spodoba ci się to, co zastaniesz. Nie chciałem cię jeszcze bardziej denerwować, ale nie unikniesz tego i tak.

- Mów, co gorszego od więzienia i straty przyjaciela może mi się przytrafić. - Westchnąłem i spojrzałem na jego profil.

Był facetem po pięćdziesiątce. Bardzo zadbany z idealnie przystrzyżoną brodą. Dzisiaj nie miał na sobie garnituru, ale spod cienkiej kurtki i tak wystawała czarna koszula. On podchodził do mnie z szacunkiem, ja potraktowałem go jak śmiecia.

- Twoja była zabrała praktycznie wszystko - oznajmił, a mnie mimowolnie palce same zacisnęły się na torbie, którą, nie wiedzieć czemu, ciągle trzymałem na kolanach. Jakby ktoś miał mi ukraść stare dresy albo znoszone buty.

- Co znaczy "wszystko"? - wycedziłem przez zęby.

- Dekoracje, naczynia, sztućce, część mebli, obrazy... - wymieniał, a ja czułem, jak zalewa mnie kolejna fala bezsilnej wściekłości. - Jednym słowem okradła cię ze wszystkiego. Sprawdziłem, masz kanapę i łóżko. Oszczędziła również kuchnię i łazienkę.

- Czyli nie była aż tak zachłanna, by odkręcać sedes? - próbowałem żartować. - To tylko rzeczy - dodałem. - Przedmioty, które sobie odkupię.

- Nie o przedmioty tutaj chodzi, a o to, jakim trzeba być złym człowiekiem, by okradać kogoś, z kim się było tyle czasu.

- To przeszłość, Bruce. Dziękuję ci za podwiezienie i przepraszam za moje zachowanie. Jestem palantem, ale o tym już każdy wie.

Uśmiechnąłem się gorzko, choć radość była ostatnią rzeczą, która aktualnie mnie wypełniała.

Zatrzasnąłem drzwi samochodu i z kluczami, które zaciskałem w dłoni aż do bólu, obserwowałem, jak mój prawnik odjeżdżał. Kategorycznie zabroniłem mu wchodzić ze mną. Musiałem przeżyć to sam.

Zmusiłem się, by ruszyć z miejsca. Czułem się tu obco, jakbym nigdy wcześniej nie mieszkał w tym domu.

Ogród był zarośnięty, zaniedbany, a niektóre rośliny już dawno uschły, tak samo jak i ja powinienem. Nie było nigdzie dla mnie miejsca, bo nawet w końcu z piekła mnie wyrzucili.

Wsunąłem klucz w zamek i przekręciłem go. Usłyszałem nieprzyjemny chrzęst, a później skrzypnięcie otwieranych drzwi. Uderzył we mnie okropny zaduch ciężkiego powietrza wymieszanego z kurzem.

Cofnąłem się o krok, pozwalając, by do środka wpadł wiatr i nieco poprawił atmosferę. Kiedy spojrzałem w bok, ujrzałem starszą sąsiadkę stojącą na werandzie. Przyglądała mi się z otwartymi ustami, zastanawiając się pewnie, dlaczego wróciłem.

- Dzień dobry! - krzyknąłem, ale nie było to podszyte uprzejmością a złośliwością.

Kobieta zrobiła skwaszoną minę i zniknęła we wnętrzu własnego domu. Firanka w oknie poruszyła się, co zwiastowało dalszą obserwację z ukrycia. Żałosne.

Zmusiłem się do wejścia. W środku poczułem wszechogarniającą pustkę, tony kurzu i pajęczyn. Dziwiłem się, że przez ten czas nikt się tu nie włamał. Być może jednak sąsiedzi czuwali, a ja byłem im winny podziękowania?

Przejechałem dłonią po skórzanej kanapie, zbierając palcami brud. Odsunąłem zasłony, co wywołało atak kaszlu, bowiem ilość kurzu, jaka się z nich wydobyła, na chwilę dosłownie odebrała mi oddech.

Pospiesznie uchyliłem drzwi na taras, łapiąc świeże powietrze niczym ryba wyjęta z wody. Spojrzałem na swoje odbicie w tafli szkła okiennego i stwierdziłem, że wyglądam tak samo jak mój ogród. Brzydki, zarośnięty i odpychający.

Czekało mnie naprawdę dużo pracy, by to miejsce nadawało się do życia. Kiedyś stanowiło mój azyl. Byłem pewny, że stworzymy w nim prawdziwy dom i szczęśliwą rodzinę.

Wystarczyła jedna chwila, kilka przykrych słów, nadmierna prędkość, by to wszystko trafił szlag.

Chrzęst gniecionej blachy do dzisiaj budził mnie nocami. Niejednokrotnie analizowałem tamte wydarzenia krok po kroku, minuta po minucie...

Nie było mi dane być na pogrzebie przyjaciela. Z dnia na dzień wszystko się skończyło, jakby ktoś przekręcił klepsydrę z idealnie przesypanym piaskiem. Wszystko rozpoczynało się od początku, ale bez gwarancji, jak się ułoży.

Gdyby nie Bruce, domu też bym nie miał, ale zarzekał się, że przypilnuje kluczy, moich kont bankowych i wszelkich kosztowności. Nie przewidział jednak, że moja była będzie na tyle pazerna, że wyniesie wszystko jeszcze przed zapadnięciem prawomocnego wyroku.

To nic. Odbuduję to kawałek po kawałku. Gorzej będzie z duszą, sercem i poczuciem własnej wartości, które aktualnie znajdowało się na samym dnie.

Cisza panująca w domu okazała się aż nazbyt bolesna.

Nie zaznałem jej od cholernych pięciu lat i aktualnie wręcz mnie przerażała. Pomieszczenia ziały pustką, ponure i tak bardzo obce. Nie zostało nic z dawnych czasów. Żaden okruch przytulności i ciepła. To był zupełnie inny wymiar bólu i jako silny facet, który przetrwał w więzieniu, pochował przyjaciela, zaznał upokorzenia, miałem ochotę zapłakać. Ale nie mogłem. Nie dziś. Musiałem się pozbierać do kupy i chociaż zewnętrznie pokazać światu, że nie dałem się pokonać.

Wewnątrz mogłem się rozpadać na kawałki, krzyczeć z bezsilności, ale na twarz musiałem założyć maskę obojętności.

Musiałem wyjść, odsapnąć, przejść się po plaży, którą zawsze tak bardzo kochałem. Dotknąć stopą sypkiego piasku, poczuć, że naprawdę znów tu jestem. A przede wszystkim zrobić zakupy, bo w lodówce zastałem tylko nową formę życia w postaci pleśni i grzybów.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Nasunąłem na głowę kaptur czarnej bluzy, na ramię narzuciłem plecak i ruszyłem na zakupy, czując obserwujące mnie zewsząd wścibskie oczy.

Niegdyś ta mała miejscowość oferowała same plusy, które teraz zamieniły się w ogromne minusy.

To ja zgotowałem sobie taki los, więc byłbym idiotą, gdybym liczył na czułe przyjęcie i jakąkolwiek pomoc. Byłem w tym sam, choć tak bardzo bałem się tej samotności.

Rozdział 2

Autumn

Podróż mnie wykańczała. Cena za wolność okazała się bolesna i bardzo niewygodna. W pociągach spędziłam praktycznie trzy dni. Nocowałam po tanich hostelach, by nie trwonić pieniędzy. Praktycznie nie spałam w obawie, że ktoś może mnie okraść. Stałam się dosłownie wrakiem człowieka.

Mieliśmy dwa samochody, ale klucze do mojego zostały w mieszkaniu, a rodzicom nie odważyłam się ukraść auta, bo już całkiem zrujnowałabym z nimi relacje. O ile jakiekolwiek kiedyś istniały.

Sama nie wiedziałam, dlaczego wciąż starałam się być w porządku w stosunku do nich po tym, co oni zrobili mnie. Ciągle myślałam o innych, nie bacząc na własne potrzeby.

Z Indianapolis dojechałam pociągami do Charleston, a stamtąd musiałam iść pieszo, bo stopa bałam się łapać. Zresztą w związku z późną godziną ruch był znikomy. W tych mniejszych miejscowościach w przeciwieństwie do dużych miast życie szybko zamierało. Nie dostrzegłam też żadnej taksówki. Jakbym trafiła na jakiś kompletny koniec świata.

Nie należałam do wygodnickich, bogatych panienek, chociaż na taką od zawsze wychowywali mnie rodzice, wmawiając, że kobieta ma być ozdobą mężczyzny, nie wysilać się za bardzo i czekać, aż wszystko zostanie jej podane pod nos.

Mój narzeczony miał wysoko postawioną poprzeczkę i chwilami odnosiłam wrażenie, że to nie o moje względy się starał, a mojego ojca, który wymagał od niego naprawdę dużo.

Obsypywał mnie kwiatami, biżuterią, zabierał na kolacje do drogich restauracji.

Wszystko po to, by udowodnić, że jest w stanie zapewnić mi godne życie.

Ojciec za każdym razem powtarzał, że ma traktować mnie jak królową, jeśli chce połączyć nasze biznesy. Wszystko w imię pieniędzy.

A że byłam jedyną spadkobierczynią i niestety nie urodziłam się mężczyzną, co często tata mi wypominał, musiałam wyjść bogato za mąż.

I pomyśleć, że żyliśmy w dwudziestym pierwszym wieku, zdawać by się mogło w czasach do bólu nowoczesnych, a ja czułam się jakby nasza rodzina utknęła w średniowieczu.

Dziś wiedziałam, że takie wychowanie stanowiło część większego planu. Chcieli zrobić ze mnie bezmózgą idiotkę, która nie posiada własnego zdania.

Miałam postawiony prosty cel w życiu - wyjść za mąż i tym samym stać się ogniwem łączącym dwie duże firmy. Nie musiałam tak naprawdę pracować. Miałam być żoną swojego męża, bowiem rodzice wybrali mi go, gdy skończyłam dziesięć lat. Od tamtej pory rozpoczęła się tresura.

Wzdrygnęłam się na te wspomnienia. To zostało już za mną. Uciekłam i nie zamierzałam wracać, choćby wysłali po mnie cały oddział antyterrorystyczny.

Byłam teraz zupełnie sama i choć drżałam z przerażenia, że mogę sobie nie poradzić, to ekscytacja z nagłej wolności dodawała mi skrzydeł.

Dom po babci mieliśmy wyremontować po ślubie, choć w kilku rozmowach ojca z moim narzeczonym podsłuchałam, że chcieli zrobić to wcześniej, w ramach niespodzianki i prezentu ślubnego dla mnie.

Zaklinałam los, by niczego jeszcze nie ruszyli, bo ja kochałam domek babci. Owszem, chciałam go zmienić, ale po swojemu. Pragnęłam poczuć jej ducha, by była bliżej mnie.

Odwiedzaliśmy ją raz w miesiącu. Rodzice z przymusu, żeby mieć pewność, że spadek przypadnie właśnie mnie, a ja z tęsknoty. W nosie miałam pieniądze, spadki i rzeczy materialne. Dla mnie liczyła się tylko babcia i jej czułe dłonie, które zawsze dodawały mi energii. Jako jedyna patrzyła na mnie jak na człowieka, a nie kartę przetargową.

Szłam, wlokąc się noga za nogą. Miałam naprawdę serdecznie dość tej tułaczki. Wciąż dręczyła mnie myśl, czy rozpoczęła się już za mną pogoń? Czy mój narzeczony będzie próbował mnie odszukać? A rodzice? Czy choć odrobinę się zmartwili?

Bałam się, ale jednocześnie wiedziałam, że kiedy się zjawią, będę gotowa się im przeciwstawić. Nie mieli prawa zabrać mnie stąd siłą.

Popełniałam błąd, przyjeżdżając właśnie tu, bo Sullivan's Island było jedynym miejscem, które znałam i gdzie mogłam się zatrzymać tak naprawdę za darmo. Nie stać mnie było na wynajem. Moje fundusze znajdowały się pod nadzorem narzeczonego. Pieniądze wydzielane, a każdy większy wydatek notowany.

Mój partner okazał się większym tyranem niż własny ojciec, dlatego tak dobrze się dogadywali. Obaj posiadali jedyną miłość - pieniądze. Człowiek się w tym wszystkim nie liczył. Ja się nie liczyłam.

A może nikt nie przyjedzie? Dla moich rodziców stanie się to powodem okropnego wstydu, kiedy dowiedzą się, a raczej już się dowiedzieli, że uciekłam. Nie zostawiłam żadnego listu, żadnej informacji. Wyszłam bez słowa, bez tłumaczenia.

Zaczynałam rozpoznawać okolicę. Domy i budynki stawały się coraz bardziej znajome. Mimowolnie uśmiechnęłam się na myśl, że prawie byłam... No właśnie, gdzie? W domu?

O tak, zdecydowanie chciałam, żeby to był mój dom. Z dala od rodziców, dawnego życia i ludzi, dla których byłam nic nieznaczącym paprochem.

Marzyłam, by znów poczuć bryzę oceanicznego wiatru we włosach, przesypywać piasek przez palce i spacerować bez celu.

Gdy dotarłam pod domek babci, właściwie zapadła już noc. Nie miałam klucza, bo ten był niezwykle dobrze chroniony przez mojego ojca. Podobno miałam otrzymać go jako jeden z prezentów ślubnych.

W zasadzie nie rozumiałam, dlaczego to miejsce jest dla nich tak ważne. Domek babci był niewielki, urządzony w starym stylu. Lata świetności miał dawno za sobą i znajdował się zbyt daleko od Indianapolis. Nie wierzyłam, że będę mogła tu często przyjeżdżać, kiedy stanę się "szczęśliwą" mężatką.

Kiedy dowiedziałam się o śmierci babci, a notariusz wręczył mi testament, poprosiłam o duplikat, który schowałam, by wścibskie oczy mego ojca i partnera go nie dostrzegły. Matka nie miała absolutnie nic do gadania i nigdy się nie udzielała.

Warunek ze ślubem wymyślił mój ojciec, by trzymać mnie w garści. Wiedział, jak bardzo kochałam babcię i że nie pozwolę oddać jej domu byle komu.

Byłam żałosną idiotką, która pozwoliła sobą pomiatać w imię tych sentymentów. Płaciłam teraz naprawdę wysoką cenę za próbę życia w normalności.

Stanęłam naprzeciwko budynku, który na kilka dni w miesiącu stawał się moim azylem, a łzy same napłynęły mi do oczu. Dotarłam do celu. Niczym mała łódeczka dryfująca po ogromnym oceanie w końcu dopłynęłam do brzegu.

Rozejrzałam się dookoła, upewniając się, że nikt mnie nie obserwuje. Pokonałam niski płot i poszłam na tyły domu. Kamieniem stłukłam szybę w oknie spiżarni. Brzęk tłuczonego szkła rozproszył ciszę nocy, a ja zacisnęłam z nerwów zęby. Stałam chwilę nieruchomo, upewniając się, że moje poczynania nie zwróciły niczyjej uwagi. Na szczęście w okolicy wszyscy smacznie spali.

Oczyściłam ramę z ostrych resztek, przecisnęłam się do środka i otworzyłam drzwi od wewnątrz. Wciągnęłam torbę i osunęłam się plecami po ścianie, wybuchając głośnym płaczem. Nie wierzyłam, że w końcu się tu znalazłam i chociaż to był dopiero początek moich problemów, to jednak poczułam ulgę.

Bałam się zapalać światło, chociaż ludzie raczej byli przyzwyczajeni, że co jakiś czas ktoś tu przyjeżdżał, żeby sprawdzić czy wszystko z domem w porządku.

Czułam się jak intruz i nie wiedziałam, jaki mam wykonać kolejny ruch.

Ostatecznie powlekłam się do łóżka, ułożyłam się na nim w ubraniu i sama nie wiedziałam, kiedy zasnęłam.

Byłam niewyobrażalnie głodna, ale zmęczenie wygrało i obudziły mnie dopiero poranne promienie słońca padające wprost na moją twarz. Przeciągnęłam się leniwie, uświadamiając sobie, że absolutnie nic nie musiałam.

Pukanie do drzwi dosłownie zmroziło mi krew w żyłach. Przełknęłam głośno ślinę i ruszyłam w kierunku przedpokoju, choć najchętniej skryłabym się w najciemniejszym kącie.

- Dzień dobry! - przywitał się starszy mężczyzna, bacznie mi się przyglądając.

- Dzień dobry. Mogę w czymś pomóc? - wysiliłam się na przyjazny ton, ale wewnątrz cała się trzęsłam. Może to był ktoś nasłany przez ojca? Niewykluczone, że miał tu swoich szpiegów.

- Słyszałem w nocy jakieś hałasy i chciałem się upewnić, że wszystko w porządku.

- Tak, głupia sprawa, ale jadąc tutaj zapomniałam wziąć klucz i musiałam wybić okno, żeby wejść do środka. Było zbyt późno, żeby szukać pomocy.

Postanowiłam grać w otwarte karty. Im bardziej będę szczera z mieszkańcami, tym szybciej zyskam ich sympatię.

- Autumn? Autumn Meadows?

- Tak - odparłam niepewnie.

- Ależ ty wyrosłaś! Babcia byłaby zachwycona! - powiedział z entuzjazmem.

Moja babcia zmarła siedem lat temu, wówczas miałam osiemnaście lat, więc faktycznie mogłam się zmienić. Od tamtej pory tutaj nie byłam. Mój azyl zniknął wraz z jej śmiercią.

Zrobiło mi się dziwnie ciepło na serduszku, że ktoś witał mnie tak serdecznie.

- Obawiam się, że jeśli zechcesz wymienić zamek, będziesz musiała jechać do Charlestone, bo u nas takich rzeczy nie ma.

- Dziękuję, poradzę sobie. - Obdarzyłam go uśmiechem i miałam nadzieję już zakończyć tę rozmowę.

- A co u rodziców? Zdrowi?

Musiałam się powstrzymać, by nie powiedzieć czegoś głupiego lub nie skrzywić się na samo ich wspomnienie.

- Tak, mają się świetnie - odparłam nieco zmienionym głosem, bo trudno przychodziło mi mówienie o nich z empatią.

Staruszek pożegnał się i odszedł. Odprowadziłam go wzrokiem i pospiesznie zamknęłam drzwi, opierając się o nie placami. Wzięłam dwa głębokie wdechy i rozejrzałam się dookoła. Dom zdawał się być niezmieniony od lat. Pamiętałam każdy kąt, każdy bibelot stojący na szafkach i komodach. Z rozrzewnieniem spoglądałam na stół w kuchni, przy którym zajadałam się najlepszymi na świecie racuchami z syropem klonowym.

To był mój dom i nikt mi go już nie odbierze. Będę walczyć o niego do ostatniej kropli krwi, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie pozwolę się stąd wygonić.

Miałam dwadzieścia pięć lat i zaczynałam wszystko od zera. Bez pracy, przyjaciół i jakiegokolwiek wsparcia. Byłam sama sobie winna, bo dotychczas zamiast zatroszczyć się o siebie, wiecznie chciałam zadowolić cały świat dookoła. Myślałam, że tak trzeba.

Włączyłam stare radio stojące na parapecie, z którego popłynęła jakaś znana piosenka. Sama nie wiem, kiedy zaczęłam tańczyć i śmiać się w głos. Zapomniałam się na chwilę, poczułam beztroskę i czyste, niczym niezmącone szczęście. Jeśli to była wolność, to chciałam jej więcej. Znacznie więcej...