Rozdział 1
Jaxon
Byłem wolny.
Łomot zamykanych więziennych, metalowych wrót zadźwięczał mi w uszach i rozszedł się falą po całym ciele. Wzdrygnąłem się i zacisnąłem mocniej powieki.
Stałem na środku chodnika, spoglądając w błękitne, kompletnie bezchmurne niebo, które wyglądało, jakby chciało uczcić tę chwilę. Dookoła nie widziałem już wysokich murów, krat i strażników. Byłem wolny, a jednocześnie nigdy wcześniej nie czułem się tak bardzo ograniczony i samotny.
Być może zrzuciłem te fizyczne kajdany z siebie, ale nie te, które wciąż zaciskały się na moim sercu.
Nikt na mnie nie czekał, ponieważ cała rodzina odsunęła się ode mnie w momencie, kiedy zapadł wyrok. Moja narzeczona nie odwiedziła mnie ani razu, nie przyszła na rozprawę. Odeszła, co wprawdzie było mi na rękę, ale i potwornie bolało.
Mijali mnie przypadkowi ludzie, przyglądając się z ciekawością. Niektórzy zataczali szeroki łuk, jakbym stanowił zagrożenie. Naprawdę aż tak było to widać, że siedziałem w więzieniu? Nie mogłem tutaj tak po prostu stać? A może ludzie tacy jak ja mieli ten przykry fakt wypisany na czole?
Uzmysłowiłem sobie, że odsiadka nie była moim największym problemem, a życie w miejscu, które kiedyś doskonale znałem, jednak teraz stanowiło kompletną niewiadomą.
- Jesteś w końcu! - Usłyszałem za plecami znajomy głos. Skrzywiłem się, bo zaraz będę musiał obnażyć się z własnych słabości przed właściwie zupełnie obcym człowiekiem. Do tej pory rozmawialiśmy jedynie służbowo, więc o czym teraz mielibyśmy rozmawiać, kiedy było po wszystkim?
- "W końcu" to chyba niezbyt trafione słowa - wymamrotałem z niezadowoleniem i uścisnąłem rękę mojego adwokata. Jedynej osoby, która się mną interesowała. Niestety, tylko dlatego, że mu za to płaciłem. - Co tu robisz? - zapytałem ze dziwieniem. - To raczej wykracza poza twoje obowiązki.
- To twój wielki dzień - oznajmił i poklepał mnie po ramieniu. - Walczyłem jak lew, żebyś wyszedł wcześniej, więc liczyłem na nieco więcej entuzjazmu.
Poza tym ktoś musi przekazać ci klucze od domu i wszystkie dokumenty.
- Jest, jak jest - odpowiedziałem i wzruszyłem ramionami. - Dziękuję, że pamiętałeś i chciało ci się zarwać piątkowe popołudnie, by odwiedzić takiego degenerata jak ja.
- Dobrze wiesz, że nie jesteś żadnym degeneratem. Porządny z ciebie facet, tylko trochę pogubiony. W końcu spędziłeś za kratami pięć lat.
- Dzięki za przypomnienie. Dokładnie to pięć lat, trzy miesiące, siedemnaście dni i trzy godziny, ale kto by to liczył! - prychnąłem i ruszyłem przed siebie.
Nie chciałem być niemiły, ale nie wiem, co nim kierowało, że tutaj przyjechał. Nasze drogi właściwie mogą się rozejść. Gość zarządzał moim majątkiem i próbował usilnie wyciągnąć mnie zza krat, chociaż wcale go o to nie prosiłem.
- Zaczekaj! Odwiozę cię. - Podbiegł do mnie i szarpnął za ramię. - Nie bądź takim dupkiem. Jesteś wolny, ciesz się, świętuj.
- Sam? - warknąłem, aż się cofnął o krok. - Może nie pamiętasz, ale rodzice zwyzywali mnie od najgorszych. Wykrzyczeli, że nie mają już syna, bo przyniosłem im wstyd. Zagrozili, że jeśli pojawię się u nich w domu, poszczują mnie psami i odstrzelą tyłek - wymieniałem, a mój prawnik z każdym słowem coraz bardziej pochmurniał. - Nie mam czego świętować. To ja powinienem zginąć w tym cholernym wypadku! Ja!
- Chodź! - nakazał cicho. - Potrzebujesz odpoczynku. Zawiozę cię do domu. Oddam karty bankowe, wszystkie dokumenty i nasze drogi będą mogły się rozejść. Uznałem, że ucieszysz się, jeśli ktokolwiek będzie tu na ciebie czekał.
- Bruce, przepraszam - wymamrotałem, chcąc walnąć się w ten głupi łeb. - Poniosło mnie.
- Niewątpliwie - prychnął i w milczeniu ruszył do auta.
Nie obraził się, ale najwyraźniej uznał, że dalsza dyskusja ze mną jest zwyczajnie zbędna.
Byłem kłębkiem nerwów, bowiem stresowałem się tym, co zastanę w domu, w którym nikt nie mieszkał od lat. To tak, jakbym wracał z długiej podróży. Ekscytacja mieszała się z potężnym strachem.
Mój adwokat milczał. Zaciskał kurczowo palce na kierownicy i patrzył prosto przed siebie. Z radia nie leciała żadna muzyka, co dodatkowo potęgowało napięcie między nami. Piękny start w normalne życie, nie ma co. Właśnie wkurwiłem jedyną przychylną mi osobę.
- Byłem wczoraj w twoim domu - oznajmił nagle, a ja zamarłem. No tak, miał klucze, które wręczyła mu moja była tuż po rozprawie. - Nie spodoba ci się to, co zastaniesz. Nie chciałem cię jeszcze bardziej denerwować, ale nie unikniesz tego i tak.
- Mów, co gorszego od więzienia i straty przyjaciela może mi się przytrafić. - Westchnąłem i spojrzałem na jego profil.
Był facetem po pięćdziesiątce. Bardzo zadbany z idealnie przystrzyżoną brodą. Dzisiaj nie miał na sobie garnituru, ale spod cienkiej kurtki i tak wystawała czarna koszula. On podchodził do mnie z szacunkiem, ja potraktowałem go jak śmiecia.
- Twoja była zabrała praktycznie wszystko - oznajmił, a mnie mimowolnie palce same zacisnęły się na torbie, którą, nie wiedzieć czemu, ciągle trzymałem na kolanach. Jakby ktoś miał mi ukraść stare dresy albo znoszone buty.
- Co znaczy "wszystko"? - wycedziłem przez zęby.
- Dekoracje, naczynia, sztućce, część mebli, obrazy... - wymieniał, a ja czułem, jak zalewa mnie kolejna fala bezsilnej wściekłości. - Jednym słowem okradła cię ze wszystkiego. Sprawdziłem, masz kanapę i łóżko. Oszczędziła również kuchnię i łazienkę.
- Czyli nie była aż tak zachłanna, by odkręcać sedes? - próbowałem żartować. - To tylko rzeczy - dodałem. - Przedmioty, które sobie odkupię.
- Nie o przedmioty tutaj chodzi, a o to, jakim trzeba być złym człowiekiem, by okradać kogoś, z kim się było tyle czasu.
- To przeszłość, Bruce. Dziękuję ci za podwiezienie i przepraszam za moje zachowanie. Jestem palantem, ale o tym już każdy wie.
Uśmiechnąłem się gorzko, choć radość była ostatnią rzeczą, która aktualnie mnie wypełniała.
Zatrzasnąłem drzwi samochodu i z kluczami, które zaciskałem w dłoni aż do bólu, obserwowałem, jak mój prawnik odjeżdżał. Kategorycznie zabroniłem mu wchodzić ze mną. Musiałem przeżyć to sam.
Zmusiłem się, by ruszyć z miejsca. Czułem się tu obco, jakbym nigdy wcześniej nie mieszkał w tym domu.
Ogród był zarośnięty, zaniedbany, a niektóre rośliny już dawno uschły, tak samo jak i ja powinienem. Nie było nigdzie dla mnie miejsca, bo nawet w końcu z piekła mnie wyrzucili.
Wsunąłem klucz w zamek i przekręciłem go. Usłyszałem nieprzyjemny chrzęst, a później skrzypnięcie otwieranych drzwi. Uderzył we mnie okropny zaduch ciężkiego powietrza wymieszanego z kurzem.
Cofnąłem się o krok, pozwalając, by do środka wpadł wiatr i nieco poprawił atmosferę. Kiedy spojrzałem w bok, ujrzałem starszą sąsiadkę stojącą na werandzie. Przyglądała mi się z otwartymi ustami, zastanawiając się pewnie, dlaczego wróciłem.
- Dzień dobry! - krzyknąłem, ale nie było to podszyte uprzejmością a złośliwością.
Kobieta zrobiła skwaszoną minę i zniknęła we wnętrzu własnego domu. Firanka w oknie poruszyła się, co zwiastowało dalszą obserwację z ukrycia. Żałosne.
Zmusiłem się do wejścia. W środku poczułem wszechogarniającą pustkę, tony kurzu i pajęczyn. Dziwiłem się, że przez ten czas nikt się tu nie włamał. Być może jednak sąsiedzi czuwali, a ja byłem im winny podziękowania?
Przejechałem dłonią po skórzanej kanapie, zbierając palcami brud. Odsunąłem zasłony, co wywołało atak kaszlu, bowiem ilość kurzu, jaka się z nich wydobyła, na chwilę dosłownie odebrała mi oddech.
Pospiesznie uchyliłem drzwi na taras, łapiąc świeże powietrze niczym ryba wyjęta z wody. Spojrzałem na swoje odbicie w tafli szkła okiennego i stwierdziłem, że wyglądam tak samo jak mój ogród. Brzydki, zarośnięty i odpychający.
Czekało mnie naprawdę dużo pracy, by to miejsce nadawało się do życia. Kiedyś stanowiło mój azyl. Byłem pewny, że stworzymy w nim prawdziwy dom i szczęśliwą rodzinę.
Wystarczyła jedna chwila, kilka przykrych słów, nadmierna prędkość, by to wszystko trafił szlag.
Chrzęst gniecionej blachy do dzisiaj budził mnie nocami. Niejednokrotnie analizowałem tamte wydarzenia krok po kroku, minuta po minucie...
Nie było mi dane być na pogrzebie przyjaciela. Z dnia na dzień wszystko się skończyło, jakby ktoś przekręcił klepsydrę z idealnie przesypanym piaskiem. Wszystko rozpoczynało się od początku, ale bez gwarancji, jak się ułoży.
Gdyby nie Bruce, domu też bym nie miał, ale zarzekał się, że przypilnuje kluczy, moich kont bankowych i wszelkich kosztowności. Nie przewidział jednak, że moja była będzie na tyle pazerna, że wyniesie wszystko jeszcze przed zapadnięciem prawomocnego wyroku.
To nic. Odbuduję to kawałek po kawałku. Gorzej będzie z duszą, sercem i poczuciem własnej wartości, które aktualnie znajdowało się na samym dnie.
Cisza panująca w domu okazała się aż nazbyt bolesna.
Nie zaznałem jej od cholernych pięciu lat i aktualnie wręcz mnie przerażała. Pomieszczenia ziały pustką, ponure i tak bardzo obce. Nie zostało nic z dawnych czasów. Żaden okruch przytulności i ciepła. To był zupełnie inny wymiar bólu i jako silny facet, który przetrwał w więzieniu, pochował przyjaciela, zaznał upokorzenia, miałem ochotę zapłakać. Ale nie mogłem. Nie dziś. Musiałem się pozbierać do kupy i chociaż zewnętrznie pokazać światu, że nie dałem się pokonać.
Wewnątrz mogłem się rozpadać na kawałki, krzyczeć z bezsilności, ale na twarz musiałem założyć maskę obojętności.
Musiałem wyjść, odsapnąć, przejść się po plaży, którą zawsze tak bardzo kochałem. Dotknąć stopą sypkiego piasku, poczuć, że naprawdę znów tu jestem. A przede wszystkim zrobić zakupy, bo w lodówce zastałem tylko nową formę życia w postaci pleśni i grzybów.
Nikt nie mówił, że będzie łatwo.
Nasunąłem na głowę kaptur czarnej bluzy, na ramię narzuciłem plecak i ruszyłem na zakupy, czując obserwujące mnie zewsząd wścibskie oczy.
Niegdyś ta mała miejscowość oferowała same plusy, które teraz zamieniły się w ogromne minusy.
To ja zgotowałem sobie taki los, więc byłbym idiotą, gdybym liczył na czułe przyjęcie i jakąkolwiek pomoc. Byłem w tym sam, choć tak bardzo bałem się tej samotności.