Wszystko albo nic - Leah Martyn

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Dante Rossi nie marzył o takim piątkowym poranku na oddziale ratunkowym, zwłaszcza że przywieziono mu szesnastoletniego narkomana z zatrzymaniem akcji serca. Rozpoczęła się walka o życie, które ten wychudzony chłopak cenił tak nisko. Jak można?!

Dana naszły czarne myśli.

- Reanimacja! - warknął.

Zespół natychmiast podjął rutynowe czynności.

Nadzieja to rosła, to gasła. Spojrzawszy po raz kolejny na zegar, wiedział, że chociaż zrobiono już wszystko, co można było zrobić, to nie przerwie reanimacji. Jeszcze nie. Akurat nie tego dnia. Co za strata młodego życia!

- Nie przestawaj!

Czuł strugi potu na plecach i łomot serca o żebra. Nie powinien znaleźć się w tym miejscu, bo zatracił profesjonalny dystans.

- Mamy go.

Dzięki Bogu. Kamień spadł mu z serca. Poczuł, jakby wyrwał się z koszmaru sennego.

- Tętno sześćdziesiąt - zameldowała pielęgniarka Lindsey. - Odzyskuje przytomność.

- Róbcie, co do was należy - mruknął, rzucając rękawiczki w kierunku pojemnika na odpady. I nie trafiając.

Wyszedł z sali szybkim krokiem ku nieskrywanemu zdziwieniu Lindsey.

- Dziwnie to wyglądało - zauważyła Vanessa, koleżanka Lindsey, gdy młodego pacjenta wywożono na oddział intensywnej opieki. - Co gryzie naszego doktora Rossiego?

- Bez wątpienia coś wprawiło go w zły humor. Normalnie w takich sytuacjach zachowuje zimną krew.

- Jest u nas od niedawna. - Vanessa wzruszyła ramionami. - Właściwie nic o nim nie wiemy. Może to coś bardzo osobistego... może problemy z dziewczyną.

- Rossi ma dziewczynę?

- Daj spokój. - Vanessa, która znała szpitalne plotki, wzniosła wzrok do nieba. - Z takim mrocznym spojrzeniem?

- Chyba za bardzo upraszczasz - odparła Lindsey. - Rossi jest bardzo profesjonalny, nie miesza życia prywatnego z zawodowym. Porozmawiam z nim, bo jeżeli nie ma to związku z pracą, trzeba będzie się tym zająć.

- Och, Lins - westchnęła Vanessa, rozsuwając parawan. - Nie przejmuj się tak jego humorami. Kierujemy... kierujesz wzorowo funkcjonującym oddziałem ratunkowym. Podejrzewam, że Rossi zrobi sobie długą przerwę na lunch i wszystko mu przejdzie.

Lindsey nie była przekonana. Potrafiła wyczuć, czy ktoś jest zestresowany, a zachowanie doktora Rossiego właśnie na to wskazywało od samego początku dyżuru. Ściągnęła brwi, zastanawiając się, dokąd mógł umknąć.

- Normalnie bardzo dobrze się z nim pracuje - zauważyła.

Zdawał sobie sprawę, że źle potraktował zespół, ale poczuł, że z powodów bardzo osobistych musi wyjść.

Po prostu musi.

W kącie ogrodu, z dala od ludzi, zasiadł w fotelu ogrodowym, po czym głęboko odetchnął. Rozsądek mu przypominał, że nie wolno do pracy wnosić problemów związanych z życiem prywatnym. Prawdę mówiąc, tego dnia w ogóle nie powinien przychodzić do pracy. Gdyby się wcześniej nad tym zastanowił, wziąłby dzień urlopu. Zamiast tego znalazł się w otoczeniu gwarantującym huśtawkę emocjonalną.

Mruknął niezadowolony. Walka o życie tego szczeniaka odebrała mu zdolność obiektywnego postrzegania.

Uzależnienie. Ten młody dureń niszczy swój organizm i nie docenia, jak wielkim darem jest życie, darem niedanym jego dzieciom. Nawet nie dostały szansy zaczerpnąć życiodajnego powietrza. Jego dwie śliczne córeczki.

Upłynęły dwa lata, kiedy je stracił. Mimo to nadal przepełniał go smutek. Smutek, który nie znajdował ukojenia.

Poczuwszy chłód, uprzytomnił sobie, że wyszedł ze szpitala bez marynarki. Splótł palce na karku. Musi zapanować nad emocjami. Pod koniec dnia się pozbiera.

Wyjął z kieszeni smartfona, by przejrzeć esemesy. Wśród nich znalazła się wiadomość od Nathana Lyonsa, zaprzyjaźnionego kolegi lekarza.

"Szamka?"

Odpisał błyskawicznie.

"U Lea za dziesięć minut".

Gdy na SOR-ze zapanował pewien ład, Lindsey uznała, że pora na wczesny lunch. Czuła potrzebę pozbierania myśli. W pokoju dla personelu podgrzała w mikrofali zupę przyniesioną z domu. Ignorując panujący gwar, przysiadła w fotelu pod oknem i sięgnęła po kolorowy magazyn.

W połowie zupy spojrzała przez okno. Tak, musi porozmawiać z Danem, bo nie będzie udawać, że nic się nie stało. Ale jak do tego podejść?

Poza szpitalem nic ich nie łączy. Co o nim wiadomo? Że wcześniej pracował w Nowym Jorku, a potem w klinice uniwersyteckiej w Sydney, by w końcu przenieść się do tego prowincjonalnego szpitala w Hopeton. Co jeszcze? Chyba tylko tyle, że jest skryty, a to niełatwe w środowisku, które przez cały czas jest skazane na siebie. Nie miała zielonego pojęcia o jego życiu prywatnym. Za to doskonale pamiętała jego pierwszy dzień w Hopeton.

Zerknęła na niego w trakcie zebrania zespołu przed dyżurem. Bardzo ciemne włosy, krótko ostrzyżone, niebieskie oczy, posępny wzrok, szerokie bary. Stojąc nieopodal, wdychała zapach jego wody po goleniu. To okazało się bardzo ważne.

Gdy ich spojrzenia się spotkały, to jakby połączyła ich nić porozumienia, moment wzajemnej bliskości. Nawet się uśmiechnął. Ale nieznacznie.

Te wibracje pozostały. Mimo to czuła, że gdy tylko zrobiła maleńki krok ku zbliżeniu, Dan Rossi uciekał w przeciwnym kierunku.

Westchnęła sfrustrowana, zamknęła kolorowe pismo, po czym wstała z fotela. Dlaczego tak bardzo jej zależy na bliższym poznaniu Dana? Po tym, jak ostatni chłopak w spektakularny sposób puścił ją kantem, zwątpiła w swą wiedzę na temat facetów. Po czym poznać, że mężczyzna zasługuje na zaufanie, a nie tylko chce się zabawić? Nie, po takim fatalnym poranku to zbyt poważny temat, by się nad tym zastanawiać.

Bar Lea znajdował się dziesięć minut od szpitala i przyciągał medyków niczym ul pszczoły. Menu było tutaj bardzo skromne. Leo otwierał lokal o szóstej rano, żeby pierwszej zmianie oferować kawę oraz bułkę z bekonem. Potem lokal zamykał, a posprzątawszy, szedł z gitarą do baru muzycznego grać bluesa.

Dan usadowił się wygodnie w jednym z boksów. Już czuł, jak napięcie go opuszcza. Nieustające wsparcie ze strony Nathana było nie do przecenienia. Przypomniał mu się dzień, kiedy przyleciał do Sydney ze Stanów. Zagubiony stał w sali przylotów, próbując się zorientować, gdzie jest wyjście, gdy usłyszał, że ktoś go woła. Odwróciwszy się, ujrzał znajomą zatroskaną twarz.

- Nate!

Nim się zorientował, przyjaciel huknął go w ramię, po czym objął w stalowym uścisku. Dan z trudem hamował łzy wzruszenia.

- Cieszę się, że dotarłeś w jednym kawałku - mruknął Nathan.

- Skąd wiedziałeś, że przylecę akurat tym lotem? - wykrztusił Dan.

- Mam swoje źródła informacji. Chodźmy. Zaparkowałem na krótko, a i tak kosztuje mnie to fortunę.

Dan zawczasu zarezerwował pokój w hotelu nieopodal portu, dopóki nie znajdzie mieszkania do wynajęcia.

- Masz już jakąś robotę? - zapytał Nathan, gdy wsiedli do auta.

- Za tydzień zaczynam w szpitalu pod wezwaniem St. Vincent's.

- W dalszym ciągu na ratunkowym?

- W tym jestem najlepszy. A ty dalej na internie?

- W tym jestem najlepszy. - Nathan rzucił Danowi wymowne spojrzenie. - Mhm... To znaczy, że nie odwiedzisz rodziców?

- Jeszcze nie. - Rodzice mieszkali w Melbourne i chociaż kochał ich i szanował, nie czuł się na siłach wysłuchiwać ich słów współczucia.

Przez chwilę jechali w milczeniu.

- Poznałem dziewczynę... - mruknął Nathan zażenowany, ale to wyznanie rozładowało atmosferę.

- Naprawdę? To coś poważnego?

- Chyba tak... Tak mi się wydaje. Jest stewardesą. Ma na imię Sami... Samantha.

- Opowiadaj! - Dan huknął przyjaciela w ramię.

- Blondynka.

- Noo...

- Wesoła, słodka, inteligentna... no wiesz...

- Mhm... I owinęła cię sobie wokół małego palca. Super. Życzę ci, żeby wam wyszło.

Nathan odkaszlnął.

- Za to gdyby tobie nie wyszło w Sydney, to zapraszam do Hopeton. Miałbyś szansę zapoznać się z medycyną na prowincji. Nam zawsze brakuje doświadczonych medyków.

- Zobaczymy - odparł Dan, ze sceptycznym uśmiechem słuchając, jak przyjaciel zachwala uroki miasta położonego kilka godzin jazdy od Sydney, po drugiej stronie Gór Błękitnych.

- Wyobrażasz sobie, że niedaleko od Hopeton ciągle znajduje się złoto? - zakończył Nathan swą przemowę marketingową.

Pół roku później, po głębokich przemyśleniach, Dan zdecydował się na ten ruch i tak oto został świadkiem na ślubie Nathana i Sami, który miał się odbyć za tydzień.

Spojrzał niecierpliwie na zegarek akurat w chwili, gdy do baru wpadł Nathan.

- Przepraszam za spóźnienie. - Sadowił się na wprost. - Nie uwierzysz, ale musiałem cewnikować troje staruszków, jedno po drugim. Zapadnięte żyły, kompletnie odwodnieni. Kurczę, dlaczego starzy ludzie nie piją wody?

- To kwestia pokoleniowa - zauważył Dan. - Oni piją herbatę. - Zerknął do skromnej listy dań. - Mamy mało czasu. Co zamawiasz?

- Jakieś kluski.

- Okej. A ja wezmę placek z mięsem.

Leo zjawił się błyskawicznie.

- Będzie na cito, panowie doktorzy - powiedział, znikając za drzwiami wahadłowymi do kuchni.

Nathan bacznie obserwował Dana, zdając sobie sprawę, jak ważny jest to dzień w jego życiu.

- Jak leci? - zapytał.

- W porządku.

Nathan nie bardzo w to wierzył.

- Dla Caroline to też będzie trudny czas - zauważył. - Kontaktowałeś się z nią ostatnio?

- Po co? Nie zależało jej na ratowaniu naszego związku, jaki by nie był.

- Taa... - Pora na poważną rozmowę. - Nie chciałbym być okrutny, ale chyba to stało się niemożliwe po śmierci bliźniaczek. Jak myślisz?

- Pewnie masz rację. - Dan ściągnął brwi. - Ale ona nawet nie próbowała.

Nathan potrząsnął głową. Kiedyś już o tym rozmawiali.

- Dan, znamy się od lat. Jesteś przyzwoitym facetem, honorowym. Ale to, co was łączyło z Caroline, to nie była miłość, a to jedyny powód, żeby się pobrać. I wytrwać w tym związku. Żeby nie zwariować, przestań myśleć, co by było gdyby.

Tak, Nathan miał rację, a on usilnie starał się tego nie rozpamiętywać. Uśmiechnął się z przekąsem.

- Kiedy ostatnio rozmawiałem z Caroline, oznajmiła, że ma to za sobą.

- Może i ty powinieneś pójść tym tropem - zauważył Nathan z rozbrajającą szczerością. - Stary! - zawołał radosnym tonem. - Dzisiaj piątek i Sami chce wieczorem się zabawić. Mamy w mieście nowy klub. Może byś do nas dołączył?

Dan aż się skurczył. Nie ma nic gorszego, niż towarzyszyć zakochanym.

- Dzięki, ale mam inne plany. A ty i twoja narzeczona macie lepsze rzeczy do robienia.

- A propos naszego ślubu... - Nathan bawił się młynkiem do pieprzu. - Sami chce, żebyśmy wystąpili w smokingach z szerokim plisowanym pasem.

Dan omal się nie zakrztusił.

- Po mnie to się nie pokaże. Prędzej wsadziłbym głowę do wiadra z krewetkami. - Upił łyk wody. - Nate, za tobą wskoczyłbym w ogień, ale w takim stroju mnie nie zobaczysz.

Nathan się roześmiał.

- Sami uważa, że to modern vintage.

Dan wzruszył ramionami.

- Powiedz jej, że w sklepie z męską odzieżą w Hopeton nawet nie słyszano o takim elemencie męskiej garderoby.

- Mówi, że można zamówić przez internet. Ale nie panikuj... - Uśmiechnął się chytrze. - Wyperswadowałem jej to.

- Jakim cudem? - Dan nagle się zainteresował tym wątkiem. Sami okazała się kobietą z charakterem.

- Wyobraziwszy sobie te szerokie pasy na naszych wystających brzuchach, wybuchnąłem śmiechem. Sami się to nie spodobało. Pchnęła mnie na kanapę i sprała kapciem. Ale ostatecznie dostrzegła humorystyczną stronę tej propozycji i też się śmiała.

Potem pewnie poszli do łóżka, pomyślał Dan. Fantastycznie, że Nathan znalazł szczęście, że jest kochany. Zasłużył na to. Ciekawe, ile czasu upłynie, zanim on sam spotka podobnie wyjątkową kobietę, którą mógłby pokochać z wzajemnością. Bezwarunkowo. Tak, tego brakowało w związku z Caroline.

- Czyli pas mamy z głowy?

- Jasne. Kiedy się zjawisz?

- Dzień wcześniej, w piątek. - Ślub miał się odbyć w rodzinnej wiosce Sami, Milldale, pięćdziesiąt kilometrów na północ od Hopeton, natomiast wesele w Rosemount, jednej z zabytkowych rezydencji, która po rewaloryzacji stała się eleganckim domem weselnym.

- Piątek mi pasuje. Sami zarezerwowała dla nas oraz moich rodziców nocleg w tamtejszym pubie.

- Panowie, smacznego. - Leo postawił przed nimi zamówione dania.

- Wygląda smakowicie. - Nathan zatarł ręce. - Zaczynamy.

- Kiedy Sami zamierza zrezygnować z pracy? - zapytał Dan w połowie posiłku.

- Już zrezygnowała. Ma zamiar otworzyć agencję turystyczną. Na swojej stronie już ma kilka fantastycznych propozycji.

- Super. Czy to znaczy, że osiądziecie w Hopeton?

- Tak. - Nathan nawijał spaghetti na widelec. - Na razie nam to odpowiada. Mam tu pracę. Jak długo, nie wiadomo, ale to normalka w dzisiejszych czasach.

Tylko mu pozazdrościć. Przyszłość Nathana rysuje się jasno, bezpiecznie. Szkoda, że nie może tego powiedzieć o sobie. Potrząsnął głową. Stary, weź się w garść, bo inaczej zepsujesz całe wesele!

Nathan chyba czytał w jego myślach.

- Napisałeś już przemowę weselną? - zapytał.

- Jeszcze nie.

- Tylko nie wspominaj żadnych kompromitujących incydentów z mojego życia, bardzo proszę.

Dan się uśmiechnął.

- Jak nasze studenckie balangi?

- Nie zapominaj, że sam też brałeś w nich udział.

To były beztroskie czasy, nieskomplikowane do momentu zderzenia z prawdziwym życiem. Cholera, odpuść sobie bezużyteczną introspekcję. Ale to z powodu tej daty, usprawiedliwiał się. I tych wspomnień.

- Mógłbym nawiązać do tego, jak jesz.

- Niby jak?

- Dużo podróżowałem, ale nigdy nie widziałem faceta, który pochłania jedzenie w tak zawrotnym tempie.

- Nic na to nie poradzę. - Nathan wzruszył ramionami. - Jak było rano na SOR-ze? - Zmienił temat.

- Miałem nadzieję, że o to nie zapytasz.

- Zabiłeś kogoś?

- Chyba gorzej. Wypiąłem się na cały zespół i wyszedłem z reanimacji.

- Fatalnie. Mogę się założyć, że Lindsey była w szoku.

Dan się skrzywił.

- Przeprosiłeś?

- Jeszcze nie.

- Lins cieszy się szacunkiem całego szpitala. - Nathan spoważniał. - Lepiej się pokajaj. Zaproś ją po pracy na drinka i przeproś. Zrób to jak należy.

Dan westchnął. Jasne, że przeprosi. Ale zapraszać na drinka? Pewnie kategorycznie odmówi, ale on przyjmie to z pokorą. Od przyjazdu do Hopeton nawet nie próbował zawrzeć bliższej znajomości z nią ani z kimkolwiek innym. Nagle oczami duszy w piwnych oczach Lindsey dostrzegł wyzwanie. Oraz poczuł, że jednak chce ją lepiej poznać. Uwolnić się od przeszłości.

- Chyba źle zrobiłem, przychodząc dzisiaj do szpitala.

- Niewykluczone - przyznał Nathan. - Załatw to, stary. Hopeton jest na tyle małe, że wieść o takim potknięciu rozchodzi się błyskawicznie.

Rozdział drugi

Spojrzawszy na zegar nad biurkiem, Lindsey westchnęła. Ten dyżur ciągnął się w nieskończoność. Na szczęście przed nią kilka dni urlopu. Ale gdzie jest Dan? Prawdopodobnie, jak sugerowała Vanessa, wyszedł na lunch. I ma do tego prawo. To nie jego wina, że sama swoją przerwę skróciła do minimum, ale nie mogąc zapanować nad mętlikiem w głowie, poczuła, że musi zająć się czymś innym.

Dan powoli zbliżał się do stanowiska pielęgniarek. Siedziała pochylona nad jakimiś papierami. Dziękował w duchu, że jest sama. Nie zdobyłby się na to w obecności osób trzecich. Brakowało mu tchu, czuł nieprzyjemny ucisk w dołku.

- Lindsey...

Odwróciła się. Potarł kark, ale napięcie mięśni nie ustąpiło.

- Powinienem cię przeprosić - wykrztusił.

Lindsey wstała z fotela. Lepiej stawić mu czoło oko w oko. Omiotła go spojrzeniem.

- Masz jakieś zastrzeżenia do pracy pielęgniarek na oddziale? A może masz coś do zarzucenia mnie?

- Nie, nic z tych rzeczy. - Poczuł, że wzbiera w nim złość. Skąd przyszło jej to do głowy? - Przepraszam za to, jak rano się zachowałem. To się więcej nie powtórzy.

Poczuła, że mięknie. Przeprosiny zrobiły na niej większe wrażenie, niż się spodziewała. Wysoko uniósłszy głowę, spoglądała mu prosto w oczy, próbując czytać jego myśli. Daremnie. Dostrzegła jedynie wahanie. Sama też poczuła się niepewnie. Bardzo nie lubiła takich sytuacji.

- Na ratunkowym to się zdarza. - Machnęła ręką. - Nie przejmuj się.

- Dziękuję. - Kamień spadł mu z serca. - Mam nie najlepszy dzień - tłumaczył się z ironicznym uśmiechem na wargach. - Każdemu może się zdarzyć, prawda?

- Chyba tak - odparła ostrożnie.

Intuicja jej podpowiadała, że Dan ma nadal zły dzień. Sprawiał wrażenie... roztrzęsionego. A do tego te cienie pod oczami... Dobrze by mu zrobiło, gdyby go przytuliła, ale to byłoby nie na miejscu. Nieprofesjonalne. Wprawiłoby go w zakłopotanie. Odwróciła wzrok.

Kaszlnął. Nie mógł oderwać oczu od niesfornych kosmyków, które wymknęły się z jej koczka. Jak by wyglądała, gdyby rozpuściła włosy? Nie, to się nie stanie. Gdy niczego nieświadoma wsuwała kosmyki za ucho, musiał zacisnąć palce, żeby sam tego nie zrobić.

- Zatem co nas czeka?

Zresetowała się błyskawicznie.

- Maluch, któremu trzeba założyć kilka szwów. Michelle i Andrew opatrują oparzenia młodemu człowiekowi, który w trakcie balangi w buszu postanowił przejść po rozżarzonych węglach. Jeżeli chcesz sam się tym zająć, a jedno z nich skierować do malucha...

- Nie, nie. - Ściągnął brwi. - Stażyści muszą zdobywać doświadczenia. Ja się zajmę dzieckiem. Która to kabina?

- Pójdę z tobą.

- Po drodze powiedz, co mu jest.

- Przedszkolak. Na imię ma Michael. Gnał na oślep za piłką, potknął się i wyrżnął brodą w betonowy krawężnik. Mocno krwawił. Przedszkolanka wezwała mamę. Jest z nim tutaj.

- To dobrze. Podziała na malca kojąco.

- Nie łudź się - prychnęła rozbawiona.

- Chcesz powiedzieć, że mamy bać się matek?

Spojrzawszy na niego, dostrzegła lekkie drgnięcie warg. Odpowiedziała szerokim uśmiechem, czując trudną do wytłumaczenia duchową bliskość.

- Miałam do czynienia z paroma takimi potworami.

Pięcioletni Michael siedział na leżance, rytmicznie machając nogami. Nie sprawiał wrażenia nieszczęśliwego, mimo że krwawe plamy na koszulce świadczyły, że było to potężne zderzenie.

Dan uśmiechnął się do matki.

- Dan Rossi - przestawił się. - Jestem lekarzem, który zajmie się pani synkiem.

- Stephanie Woods. - Opiekuńczym gestem obejmowała chłopca. - Michael zawsze szaleje na boisku - wyjaśniła.

- Lubisz grać w nogę? - Dan zwrócił się do malca.

- Potrafię kopnąć piłkę wyżej niż dom.

- Super - pochwalił go Dan.

Lindsey z aprobatą pokiwała głową. Dan potrafi zdobywać zaufanie małych pacjentów. Naciągnęła rękawiczki.

- Doktorze, odkleić plaster? - zapytała półgłosem.

- Tak, bierzmy się do roboty. - Przysunął sobie taboret tak, by usiąść przed chłopcem. Po zdjęciu prowizorycznego opatrunku ich oczom ukazała się głęboka rana. Matka aż jęknęła. - Bez problemu da się to naprawić - rzucił zdecydowanym tonem, po czym uważnie przyjrzał się brzegom skaleczenia. Równiutkie. A to oznacza, że blizna będzie bardzo ładna.

- Czy coś mu się stało? - niepokoiła się matka.

- Zgryz w porządku. Wszystkie mleczaki na swoim miejscu. Założę mu parę szwów i będzie jak nowy.

Gdy Lindsey delikatnie ułożyła Michaela na leżance, Dan przysunął sobie stolik z instrumentami, po czym włączył górne oświetlenie.

- Michaelu, masz teraz okazję pokazać, że jesteś tak dzielny jak najlepszy piłkarz świata. - Sięgnął po strzykawkę ze środkiem znieczulającym.

- Jak David Beckham - powiedział mały pacjent z błyskiem w oku.

- Właśnie. Jego miałem na myśli. Teraz leż spokojnie, żebym mógł naprawić ci brodę. Potem poszukam dla ciebie supernalepki na koszulkę, a jutro rano będziesz mógł się nią pochwalić przed kolegami.

- Koszulka jest brudna - rezolutnie zauważył Michael.

- Kochanie, znajdziemy czystą. - Matka nie puszczała ręki syna.

- Lindsey...

Przytaknęła. Zastrzyk będzie dla dziecka bardzo nieprzyjemnym zaskoczeniem.

- Mocno ściskaj rękę mamusi - powiedziała, lekko przyciskając chłopca do leżanki na wypadek, gdyby chciał się wyrwać.

W kilka sekund było już po krzyku, ale należało odczekać, aż lignokaina zacznie działać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji