I
Niby nic, a jednak sensacja
To wszystko przechodzi ludzkie pojęcie. I wszelkie granice zdrowego rozsądku. Ba! Niezdrowego również, a nawet najbardziej zwichrowanego...
Właściwie nie wiem nawet, jak zacząć. Każde, nawet najbardziej starannie ułożone zdanie, po krótkiej chwili istnienia na monitorze mojego laptopa zaczyna wyglądać co najmniej banalnie. Tak wiele zdań naraz ciśnie mi się na klawiaturę, ale żadnego właściwego. Takiego, którego zarówno treść, jak i brzmienie mogłyby zapewnić o wyjątkowości zaczynającej się właśnie opowieści. Nie, nie "wyjątkowości". Cholerka, nawet to jedno słowo nie jest tu akuratne. Chodzi mi o to, że... A może... "prawdziwości"? Nie, to słowo z kolei jest zbyt zobowiązujące. No bo jak mam przekonać kogokolwiek, by uwierzył w całą tę historię, skoro ja sama nie bardzo wiem, co o niej myśleć? No, dobra, więc spróbuję inaczej: chodzi mi o to, aby czytelnik (tak jak ja), przynajmniej założył, że wierzy. I żeby w najbardziej szalonych momentach, zamiast odsądzać nas od czci i wiary (nas, czyli mnie i Helenę) przyjął, że właściwie to wszystko mogło wydarzyć się naprawdę... Bo niby czemu nie? Bo brzmi głupio, śmiesznie, niewiarygodnie? Może głupio. Niewiarygodnie? Na pewno. Ale absolutnie nie śmiesznie. A w każdym razie absolutnie nie wtedy, gdy spróbujemy się postawić w sytuacji mojej bohaterki. Oooo! Wówczas byłoby strasznie. Tak strasznie, że uchowaj nas Boże!
Poza tym mam jeden słuszny i niepodważalny argument, przemawiający za autentycznością opisanych przeze mnie zdarzeń (którym sama chwilami posiłkowałam się zapoznając się z relacją Heleny), a mianowicie, że jeśli coś nie jest niemożliwe, to znaczy, że jest możliwe. I tego się trzymajmy.
-
Pamiętam, jak dwa lata temu natknęłam się na informację w gazecie o domniemanej śmierci pewnej aktorki. Naszej, polskiej, niegdysiejszej seksbomby, śmiało korzystającej przed kamerą ze swych naturalnych atutów. Przyznam, że informacja ta wstrząsnęła mną dość znacznie, a to z dwóch powodów: po pierwsze, przypomniałam sobie wówczas o istnieniu owej gwiazdy, dziwiąc się jednocześnie, że mogłam ją tak dokładnie wymazać z pamięci. A przecież w czasach mojej młodości żaden kinowy hit nie mógł się obejść bez tej dorodnej dziewoi o wielkich, błękitnych oczach i twarzy smutnego anioła.
Po drugie, wstrząsnęły mną okoliczności jej "domniemanej" śmierci, a właściwie... oficjalny brak okoliczności. Sprawa drążyła mnie widać dość mocno, skoro wklepałam sobie w Google nazwisko gwiazdki, chcąc się czegoś więcej o niej dowiedzieć. Reasumując (filmografię, artykuły, a także komentarze internautów pod artykułami), można wysnuć wniosek, że jej burzliwa kariera aktorska, która zaczęła się dla niej w wieku lat 15-tu, przypadła na koniec lat 80-tych i pierwszą połowę 90-tych. Zagrała ponad czterdzieści ról w filmach kinowych i telewizyjnych, po czym całkowicie znikła z życia publicznego. Podobno kariera ją przerosła. Potem przerosło ją małżeństwo. Na koniec przerosło ją życie. Jedyną wierną i nieodstępującą towarzyszką stała się dla niej "czarodziejka gorzałka" ...
Zaraz, jak to było z tą "domniemaną śmiercią"? Czy też "domniemanymi okolicznościami"? Zdaje się, że dokonała żywota w jakimś parku, a zeszła na serce, gdyż przesycony alkoholem organizm odmówił posłuszeństwa. Nie pojawił się nikt z rodziny. Pogrzeb odbył się na koszt miasta, a o danych personalnych zwłok zaświadczyli współbiesiadnicy. Stąd ta "śmierć domniemana". Choć właściwie powinno być "domniemane zwłoki", ale to już były opinie internautów, bo nikt z naocznych świadków nie miał wątpliwości co do osoby denatki.
To było dwa lata temu. Wiosną tego roku natomiast wybrałam się z koleżanką z pracy do miasta Ł. Pojechałam służbowo, lecz bardzo chętnie, bo miasto jest piękne i bardzo "klimatyczne". Korzystając z wiosennej pogody, podczas każdej z chwil wolnych od zajęć snułyśmy się cudnymi, zabytkowymi uliczkami, napawając się urokiem ich niepowtarzalnej architektury. W czasie któregoś z tych krótkich spacerków doznałam silnego, emocjonalnego wstrząsu: oto ni stąd, ni zowąd stanęłam naprzeciw wielkiego plakatu tutejszego teatru, promującego... "domniemane zwłoki" Heleny P.! Tak sobie wówczas z rozpędu pomyślałam, choć w rzeczywistości było to zdjęcie jak najbardziej żywej i w pełni krasy aktorki! W dodatku podpisane jej imieniem i nazwiskiem. Wszystko się zgadzało. Poza, oczywiście, domniemanym stanem fizycznym.
A więc jednak - oznajmiłam na głos, wskazując na plakat. - Słuchaj no, ja muszę do
tego teatru! - zwróciłam się do koleżanki spontanicznie.
Nie możesz - odparła koleżanka z rozwagą.
Czemu?
Bo zaraz wracamy.
Fakt. Po krótkiej przerwie miało się odbyć podsumowanie naszych zajęć, z wyszynkiem oraz wręczeniem zasłużonego papierka, a potem w autokar i do domu. Nie było czasu na nic innego.
-
Całą trzygodzinną podróż z miasta Ł. do mojego rodzinnego spędziłam na gorączkowych próbach logicznego wyjaśnienia całej tej sytuacji. Dzięki temu odzywałam się do koleżanki z rzadka i półgębkiem, co ona sobie w końcu zinterpretowała jako urazę z powodu tej historii z teatrem. Bo moja koleżanka zawsze brała wszystko do siebie. No cóż, postanowiłam rozmówić się z nią bardziej szczegółowo nazajutrz, bo teraz naprawdę nie miałam pomysłu na tę rozmowę. Zwłaszcza, że próbowałam, ale pogrążyłam się jeszcze bardziej. Próba ta wyglądała mniej więcej następująco:
- No co ty, nie obraziłam się na ciebie, tylko.... Widziałaś ten plakat?
- Ten przy teatrze?
- No.
- No.
- Była na nim jedna nieboszczka taka. I to mi teraz zaprząta myśli i dlatego się nie odzywam. No więc zrozum.
Koleżanka wolno odwróciła się w moją stronę i spojrzała mi tak jakoś boleśnie w oczy.
- Żarty sobie ze mnie robisz, tak?
- Nie, serio ci mówię.
- To ja nie rozumiem. Ona umarła, ta Helena... Jakaśtam?
- Właśnie. Umarła, a teraz jest sobie, jakby nigdy nic, na plakacie. Jako żywa.
- Ale... czemu?
- No właśnie tego nie wiem. I o tym rozmyślam.
Koleżanka odwróciła się do okna i gapiąc się w nie spędziła dalszą podróż w milczeniu. Biedna. Pewnie wprawiłam ją, nie pierwszy zresztą raz, w ciężką konsternację. Moja miła, dobra, pulchniutka koleżanka-blondynka, przy czym słowu "blondynka" należy się tutaj ogromny ładunek czułości, ckliwości wręcz. Zawsze mogłam na nią liczyć. Ponadto ma ona szereg niespotykanych, jak na kobietę, zalet: dyskrecję, prawdomówność, szczerość, bezwzględną lojalność i całkowicie prawdziwe, dobre serce. Myślę, że najwyższy czas, by nazwać ją jakimś imieniem, może nawet jej własnym, ale będę musiała zapytać, czy się zgodzi...
-
Tej nocy nie mogłam zasnąć. Ciągle miałam przed oczami to plakat z żywą Heleną P., to znów artykuł o jej nagłym zgonie. Pewnie każdy inny normalny obywatel będący na moim miejscu wzruszyłby w końcu ramionami i zajął się sobą. Ale nie ja. Nie dość, że od zawsze fascynowały mnie różne paranormalne historie, to jeszcze moja wrodzona dociekliwość i podejrzliwość dolewały oliwy do ognia. Miałam zatem dwa wyjścia: albo przewracać się z boku na bok do białego rana, albo... dać się ponieść swojej naturalnej skłonności do sensacji i zjawisk nadprzyrodzonych. Po chwili zdecydowałam się na to drugie i z laptopem pod pachą, otulona włochatym szlafrokiem, cichutko, by nie obudzić mojego Bogu ducha winnego Faceta - wymknęłam się na taras.
Rozgwieżdżone niebo i wielki, bladolicy księżyc dodały moim poczynaniom całkiem odpowiedniej atmosfery. Brakowało tylko pohukiwania sowy i wycia wilków... Umościłam się prędko w ratanowym fotelu i mocno podekscytowana wklepałam w wyszukiwarkę imię i nazwisko mojej aktorki. Wyświetliła się cała masa rozmaitych wiadomości, głównie dotycząca jej najnowszych ról teatralnych. Przeglądałam je gorączkowo, strona po stronie, jedynie muskając wzrokiem tytuły. Wreszcie na samym końcu, pośród coraz bardziej odbiegających od interesującego mnie tematu informacji, znalazłam! "Aktorka uznana za zmarłą wraca na scenę" - krzyczał do mnie nagłówek artykułu. "Helena P., gwiazda lat 90-tych żyje!" - wołał następny.
Zrobiło mi się chłodno. Otuliłam się szczelniej szlafrokiem i zaczęłam czytać, niektóre zdania nawet kilkakrotnie. Wyglądało na to, że pochowana kilka lat temu kobieta w istocie nie była Heleną P., z artykułów nie wynikało jednak, kim była. Nie wynikało również, gdzie przez ten czas podziewała się i co porabiała prawdziwa Helena, bo jeśli rzeczywiście zajęta była wyłącznie (jak plotkowano wówczas) staczaniem się na dno w towarzystwie bardziej doświadczonych w tej kwestii "przyjaciół", to jakim cudem nagle pojawiła się taka świeża i całkowicie nienaruszona działaniem używek, w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu?
Internet już niestety, na te moje pytania nie odpowiedział. Spojrzałam w niebo. Ni z tego, ni z owego pojawiło się na nim wielkie, czarne chmurzysko, zasnuwając powoli tłusty pyzior księżyca i okoliczne gwiazdy. Zrobiło się ciemno i jakby chłodniej. Coś gdzieś przejmująco zawyło...
Zabrałam szybko sprzęt i weszłam do domu. Uznałam, że taki akcent będzie na dziś bardzo dobrym zakończeniem mojej upiornej łamigłówki.
-
Przypuszczam, że co prędsi czytelnicy chcieliby, abym do minimum skróciła ten może i nudny wstęp - i wreszcie przeszła do rzeczy. W tym miejscu pragnę zapewnić, że skróciłam go do minimalnego minimum, ale bez małego wprowadzenia w sprawę na samym początku, może się ona później okazać jeszcze bardziej niepojęta.
No więc przez kilka kolejnych dni pracowałam przykładnie, zarówno zawodowo, jak i w domu, aby nie daj Boże nie narobić sobie jakichś zaległości z koniecznością nadrobienia ich w weekend. W związku z tym odwalałam wszystko na zapas: na zapas prałam i prasowałam, gotowałam i odkurzałam, pieliłam ogródek oraz okazywałam Facetowi dużą ilość czułości i uczuciowego zaangażowania. W pracy zrobiłam mojemu teatrzykowi dwie dodatkowe próby, nadrukowałam plakatów, ulotek i regulaminów na cały kwartał, a w rozpędzie sporządziłam szczegółowe sprawozdanie z imprez, które się jeszcze nie odbyły. Mój chytry plan zakładał bowiem trzydniowy wyjazd do miasta Ł. Miałam już nawet telefoniczną rezerwację na dwa kolejne spektakle z Heleną P. w roli głównej. Okej, ale po co to wszystko? - spytałby ktoś. No właśnie... po co? Nie wiem. Coś mnie tam po prostu nieodparcie ciągnęło i pchało zarazem. A takiej sile nikt nie byłby w stanie się oprzeć.
-
W teatrze w Ł. miałam być po raz pierwszy, więc wyobrażając sobie siebie wcześniej na widowni, a później w garderobie Heleny P., na potrzebę tejże wizji wykorzystałam wnętrze najczęściej przeze mnie odwiedzanego teatru w K. Jeszcze w czasie jazdy pociągiem po raz kolejny usiłowałam zwizualizować sobie mój pobyt w Ł., za każdym razem zakończony pełnym sukcesem - czyli wyjaśnieniem sprawy do ostatniego szczegółu. Podobno taka pozytywna wizualizacja jest bardzo skuteczna przed podjęciem jakichś ważnych dla nas działań; słyszałam, że taką techniką posiłkował się przed skokiem sam mistrz Małysz. Skupiona na wielokrotnym powtarzaniu w myślach całego ceremoniału, o mało nie zasnęłam. Tak czy owak, wysiadłam w końcu szczęśliwie na dworcu "Ł. Gł.", po czym zainstalowałam się w tym samym hotelu, który wynajęła dla nas firma na owo pamiętne szkolenie. Był najbliżej mojego docelowego obiektu.
Zbliżał się wieczór, a ja dosłownie nie mogłam usiedzieć na tyłku. Pogoda była bardzo podobna do tej, jaka towarzyszyła mojemu odkryciu plakatu z Heleną, co uznałam za dobry omen. W końcu, korzystając z przychylnej aury, wyszłam z hotelu ponad godzinę wcześniej, by powałęsać się po mieście. Uwielbiam takie miejsca, z regularną zabudową wiekowych kamieniczek, szerokie, ludne ulice bez ruchu kołowego, wielkie kwadratowe podworce i wreszcie maleńkie, ciasne i nieco mroczne uliczki, w które zwyczajni turyści raczej nie mają potrzeby się zapuszczać. Karmię tymi miejscami nie tylko wzrok, ale i węch. Zapach starego drewna, stęchłego kamienia, pomieszany z wonią rozmaitych potraw... a nawet innymi, znacznie mniej atrakcyjnymi woniami - każdorazowo sprawia, że przeżywam jakieś déja vu. I nie jest to niemiłe uczucie, raczej coś w rodzaju ekscytacji, że zaraz znajdę się w miejscu, które bardzo dobrze znam i które bliskie jest mojemu sercu. Moi znajomi, którzy kiedykolwiek towarzyszyli mi w podobnej przechadzce, bywali raczej zniesmaczeni, bo dla nich to, czym delektowałam się namiętnie, to zwykły odór. Nie była tym zgorszona jedynie moja przyjaciółka - blondynka, E. (E. pozwoliła mi użyć prawdziwego i pełnego imienia, ale jakoś nie mam serca). Nawet w czasie naszego pobytu na szkoleniu, proponując mi spacer użyła sformułowania: "chodźmy sobie powdychać miejskie smrodki". Bo E., mimo iż nie zawsze rozumiała moje nietypowe potrzeby i fascynacje, po prostu uznawała je za naturalny składnik mojej osobowości. Nie gorszyła się, nie wydziwiała, a co najważniejsze, nie potępiała. Ba, mało tego, często brała w nich czynny udział! Prawdziwa przyjaciółka.
Dlaczego wspominam o niej w tym miejscu? Ponieważ całe lata temu, kiedy mój Facet nie dojrzał jeszcze do szczerego informowania go o moich ideach fiks, E. bardzo pomagała mi w różnych, hm... nonszalanckich przedsięwzięciach. Kiedyś, gdy postanowiłam spędzić samotnie noc w domu, w którym straszy, aby wilk był syty i owca cała, musiałam miejscami nieco minąć się z prawdą, a E. miała za zadanie udzielić mi solidnego alibi. Pech jednak chciał, że Facet, mimo absolutnego zakazu kontaktowania się ze mną (wytłumaczonego mu przeze mnie gruntownie i pozornie logicznego), zakaz ów złamał. A ponieważ ja miałam telefon wyłączony, Facet, będąc w świętym przekonaniu, że przebywam razem z E., zadzwonił do niej. Moja przyjaciółka, jako osoba bardzo sumienna i gorliwa, szła w zaparte, że owszem, jak najbardziej, siedzę tuż obok niej, ale (nie wiadomo czemu) nie mogę odebrać telefonu. Zaniepokojony facet udał się wprost do mieszkania E., gdzie ta dalej szła w zaparte, że owszem, jak najbardziej przebywam u niej, ale właściwie... nie wiadomo, gdzie konkretnie. Bo przecież na tych jej przepastnych trzydziestu pięciu metrach kwadratowych można się zawieruszyć jak nic! I wytrwała dzielnie w tym zaparciu do samiuśkiego końca, czyli do wyjścia Faceta. Jeśli zaś chodzi o mój pobyt w "strasznym domu", obecności duchów raczej nie stwierdziłam. Raczej, bo jeszcze przed północą mi się niechcący zasnęło.
- No i co, uwierzył ci? - zapytałam potem, krztusząc się ze śmiechu.
- Chyba nie - zmartwiła się E. - A tobie?
- Mnie tak, ale musiałam wymyślić coś... bardziej sens... eee... coś innego.
- No co ty? To on mi teraz już w nic nie uwierzy, zobaczysz!
- Gdybym potwierdziła twoją wersję, nie uwierzyłby i mnie. Do końca życia. Tak czy inaczej, zrobiłaś dobrą robotę: nie wygadałaś, gdzie naprawdę jestem.
E. odetchnęła z ulgą. Od tej pory zaczęłam systematycznie, acz subtelnie przygotowywać Faceta na podobne historie, dzięki czemu dziś wyjechałam do Ł. całkowicie legalnie i z jego pełnym zaufania błogosławieństwem.
Spojrzałam na zegarek. Dochodziła siódma. Najwyższy czas, by zmienić kierunek marszu i udać się w stronę teatru. Spektakl zaczynał się o dziewiętnastej piętnaście. Spektakl... To słowo uświadomiło mi w całej rozciągłości cel mojej wycieczki. Zadrżałam z emocji i przyśpieszyłam kroku.
-
Helena P., w istocie była Heleną P. Zdrową, gładką i promienną. Krwistoczerwona, powłóczysta suknia doskonale podkreślała jej niezwykłą, choć dojrzałą urodę, szczupłą talię, długie nogi i jędrny niewielki biust. Czerwień sukni rzucała ogniste refleksy na bujne, pszeniczne włosy, kontrastowała z bielą drobnej twarzy o tym samym co zawsze wyglądzie niewinnego dziecka. Niestety. Bo o ile mogłam jeszcze się łudzić, że ten "myk" z jej świetnym wyglądem może być dziełem photoshopa, teraz, na żywo, złudzeń już nie miałam. I żeby ktoś mnie źle nie zrozumiał: wcale nie doskwierała mi przyziemna, babska zazdrość, lecz trapiła mnie kolejna podejrzana kwestia. Dlatego kompletnie nie skupiałam się na spektaklu, tylko wyłącznie na Helenie. Na jej wyglądzie, głosie, sposobie poruszania się. To bez wątpienia była ona. Ciut pełniejsza, starsza i jakby nieco smutniejsza, ale jednak ona. A zatem - zaraz po wyjściu z teatru mogłam wsiąść w pociąg i ruszać do domu. Postanowiłam jednak, że skoro już tu jestem, muszę zamienić z nią choć kilka słów.
Jak tylko umilkły brawa, lawirując pomiędzy wychodzącymi ludźmi przemknęłam z powrotem w stronę kas. Tam zagadnęłam samotnie stojącą panią w granatowej koszulce, na której widniało logo teatru, czy Helenie P. zdarza się czasem przyjąć kogoś z widzów w swojej garderobie. Okazało się, że absolutnie nie, wręcz przeciwnie: Helena P. do tego stopnia ceni swoją prywatność, że nie spotyka się w ogóle z nikim, nie rozmawia nawet z dziennikarzami.
Jakiś taki dziwny upór wyrósł we mnie w tym momencie i postanowiłam dostać się do niej za wszelką cenę. Nie, nie walczyłam z recepcją ani z ochroną - ot, zwyczajnie: zaczaiłam się przy wyjściu dla aktorów. A ponieważ cierpliwość zawsze bywa nagradzana, po pewnym czasie w drzwiach pojawił się cel mojej operacji, odziany w czarny trencz z postawionym kołnierzem i ciemne okulary.
- Pani Heleno... - odezwałam się nieśmiało, bo rzeczywiście poczułam w jej obecności spore onieśmielenie.
Aktorka zatrzymała się wyraźnie niechętnie. Nie odpowiedziała, co jeszcze bardziej zbiło mnie z pantałyku. Pożałowałam, że nie wpadło mi do głowy, żeby kupić kwiaty. Ale cóż, skoro nie kupiłam, musiałam wysilić się bardziej.
- Pani Heleno... Była pani świetna w tej roli, chciałabym podziękować za doskonałe przedstawienie, i... - ciągnęłam głupawo, aż w końcu utknęłam.
Spojrzała na mnie spod wielkich okularów, jakby nieco zdziwiona.
- Nie ma czego. Taka sobie, komercyjna rzecz - odparła zmęczonym, czy może znudzonym głosem.
- Bo ja... szczerze mówiąc, chciałam powiedzieć, że bardzo się cieszę, że pani żyje - wypaliłam. - To znaczy... że pogłoska o pani śmierci okazała się nieprawdziwa.
W tym momencie kobieta powoli zdjęła okulary i przyjrzała mi się z uwagą.
- Przepraszam, ale nie dosłyszałam nazwiska?
- Nie, to ja przepraszam, że się nie przedstawiłam - naprawiłam prędko swoją gafę, oprócz imienia i nazwiska dodając nie wiem czemu, że jestem pisarką. Może liczyłam na jakąś przychylność, albo ja wiem na co? Krztynę zainteresowania?
- Rozumiem - Helena uśmiechnęła się półgębkiem, a mnie zmroziło.
No przecież tamta babka z teatru mówiła mi, że ona omija szerokim łukiem dziennikarzy! Być może sobie pomyślała, że i ja chcę coś o niej nasmarować!
- Nie, nie rozumie pani! Nie dlatego tu jestem, ja po prostu... widziałam wszystkie pani filmy i wiadomość o pani śmierci bardzo mną wstrząsnęła - klepałam z szybkością karabinu maszynowego - bardzo! A tu raptem kilka dni temu przyjeżdżam do Ł. i widzę plakat z pani wizerunkiem. No więc... bardzo chciałam panią zobaczyć! I to wszystko.
Helena wsunęła ręce do kieszeni płaszcza i uśmiechnęła się nieco bardziej po ludzku.
- Aha, czyli mam do czynienia ze swoją wieloletnią... ja to się teraz mówi... fanką, czy tak?
No i co ja teraz miałam powiedzieć? Nigdy nie byłam wielbicielką talentu tej gwiazdy, szczerze mówiąc, nawet niespecjalnie go u niej dostrzegałam. Oglądałam filmy z jej udziałem, bo najzwyczajniej w świecie polskich filmów wtedy bez niej po prostu nie było. Obsadzano ją we wszystkich produkcjach kinowych i wielu telewizyjnych. Być może Helena P. samą tylko urodą przyciągała rzesze ludzi do kin i przed telewizory?
- Nie? - zdziwiła się Helena, przedłużającą się ciszą.
- Nnnie... wiem... Była mi pani w jakimś sensie bardzo bliska - siliłam się na dyplomację. - Pewnie chciałam wyglądać tak jak pani. Tak sądzę. Ale jeśli chodzi o grę, wydaje mi się, że dziś jest pani znacznie lepsza.
- Dziś jestem lepsza??? - Helena roześmiała się, jakby rozbawiona. - Serio? Uważa pani, że dziś jestem lepsza?
No i masz, bałam się, że tym stwierdzeniem już całkiem jej podpadnę, a ją to najwyraźniej szczerze raduje!
- No, tak. Tak uważam.
- Stwierdziła to pani na podstawie jednego spektaklu?
- Tak sądzę. Ale mam bilet również na jutro, więc będę mogła skorygować swój pogląd - odparłam dość sucho, bo zaczęło mi się wydawać, że babka sobie ze mnie żartuje.
- Wobec tego - Helena całkiem nieoczekiwanie podała mi rękę - zapraszam na pogawędkę jutro po spektaklu. Do mojej garderoby.
O ile dobrze pamiętam, nie powiedziałam już ani słowa. Zostałam tak po prostu, jak sierota jakaś pod tym teatrem, a Helena oddaliła się spokojnie do taksówki.
A zamierzałam zmienić plan i jeszcze dziś wrócić do domu! - wydziwiałam pod nosem. - Zidentyfikowałam sobie na własny użytek domniemaną denatkę i miałam dać temu spokój. Ale nie! Bo zawsze, jak już coś zacznę tropić, to kłody pod nogi, ale jak mi się tylko odwidzi, to ahoj, przygodo!
--