Wszystkie złe miejsca - Joy Fielding

-
Proszę czekać

Roz­dział pierw­szy

- Opo­wiedz mi coś o sobie - mówi męż­czy­zna. Uśmie­cha się, ma nadzieję, uro­czym uśmie­chem - nie nazbyt sze­ro­kim ani zbyt ską­pym, takim, który może świad­czyć o spe­cy­ficz­nym poczu­ciu humoru i który, jak sądzi, jej się spodoba. Chce ją ocza­ro­wać. Chce, żeby go polu­biła.

Młoda kobieta, sie­dząca naprze­ciwko niego przy stole ele­gancko nakry­tym dla dwóch osób, waha się. Gdy mówi, jej głos jest cichy i drżący.

- Co chcesz wie­dzieć?

Jest piękna: przed trzy­dziestką, por­ce­la­nowa cera, ciem­no­nie­bie­skie oczy, dłu­gie, brą­zowe włosy, dys­kret­nie wyeks­po­no­wany dekolt. Dokład­nie tak, jak w ogło­sze­niu, co nie zawsze się zda­rza. Zazwy­czaj w rze­czy­wi­sto­ści kobiety są tro­chę star­sze niż na zdję­ciach, które zamiesz­czają.

- A więc na począ­tek: dla­czego apli­ka­cja rand­kowa? Cho­dzi mi o to, że jesteś zachwy­ca­jąca. Trudno sobie wyobra­zić, że mogła­byś mieć kło­poty z pozna­niem face­tów, szcze­gól­nie w takim mie­ście jak Boston.

Ona znów się waha. Jest nie­śmiała, w prze­ci­wień­stwie do tych zapa­trzo­nych w sie­bie kobiet. Tym bar­dziej mu się podoba.

- Pomy­śla­łam, że to będzie zabawne - wyznaje. - Wszy­scy moi przy­ja­ciele korzy­stają z tej apli­ka­cji. A ja przez jakiś czas nie byłam zain­te­re­so­wana rand­ko­wa­niem...

- Mia­łaś chło­paka?

Przy­ta­kuje.

- Zerwa­li­śmy jakieś cztery mie­siące temu.

- Ty zerwa­łaś?

- Wła­ści­wie nie. On ze mną zerwał.

Męż­czy­zna się śmieje.

- Nie do wiary.

- Powie­dział, że nie jest gotowy na stały zwią­zek - wyja­śnia z wła­snej woli. W jej oczach wzbie­rają łzy; kilka wymyka się bez ostrze­że­nia i osiada na dol­nych rzę­sach.

Męż­czy­zna instynk­tow­nie wyciąga rękę, by je wytrzeć - deli­kat­nie, nie chce naru­szyć maki­jażu.

- Tęsk­nisz za nim - stwier­dza.

- Nie - szybko zaprze­cza kobieta. - Po pro­stu cza­sem jest ciężko. Bar­dziej bra­kuje mi part­nera, naszych przy­ja­ciół...

- Długo byli­ście razem?

- Tro­chę ponad rok. A co z tobą?

Męż­czy­zna uśmie­cha się do sie­bie. Ona się stara. Choć widać, że nie wkłada w to serca. Nie­któ­rym kobie­tom nawet do głowy nie przyj­dzie, żeby spy­tać.

- Ze mną? Och, nic. Od mojego poważ­nego związku minęło tro­chę czasu. Ale roz­ma­wia­li­śmy o tobie.

Kobieta zerka na swój talerz. Nie tknęła jedze­nia, a on, chcąc zro­bić na niej wra­że­nie, wło­żył wiele wysiłku w przy­go­to­wa­nia, przez całe popo­łu­dnie moczył dro­gie steki w mary­na­cie, zawi­jał duże kar­to­fle z Idaho w folię do pie­cze­nia, ukła­dał kawałki arbuza i sałatkę z fetą na wykwint­nej por­ce­la­nie z kwia­to­wym wzo­rem. Może jest wege­ta­rianką? Cho­ciaż w jej pro­filu nic na to nie wska­zy­wało.

Powi­nien spy­tać, gdy zapro­po­no­wał kola­cję.

- Opo­wiedz mi o swoim dzie­ciń­stwie - prosi.

Wygląda na zasko­czoną.

- Moim dzie­ciń­stwie?

- Chyba jakieś mia­łaś? - Kolejny słodki, jesz­cze bar­dziej ujmu­jący uśmiech.

- Było cał­kiem zwy­czajne. Nie ma o czym mówić.

- Przy­pusz­czam, że pocho­dzisz z wyż­szej klasy śred­niej. - Ma nadzieję na oży­wie­nie kon­wer­sa­cji. - Wygodny styl życia, może nia­nia i gospo­dyni, kocha­jący rodzice, któ­rzy sta­rali się zapew­nić ci wszystko, czego dusza zapra­gnie?

- Nie­zu­peł­nie. Może na początku... - przy­znaje nie­pew­nie. - Gdy mia­łam sześć lat, rodzice się roz­wie­dli. Wtedy wszystko się zmie­niło.

- Jak to?

- Musie­li­śmy się prze­pro­wa­dzić. Mama wró­ciła do pracy. A ojciec ponow­nie się oże­nił, z kobietą, któ­rej nie lubi­li­śmy. Byli­śmy prze­rzu­cani tam i z powro­tem.

- My?

- Ja i moi bra­cia.

- Podoba mi się, że powie­dzia­łaś: "i moi bra­cia" - komen­tuje. - Więk­szość ludzi powie­dzia­łaby: "z moimi braćmi". Nie mają sza­cunku dla gra­ma­tyki. Albo nie znają róż­nicy pomię­dzy pod­mio­tem a dopeł­nie­niem. Nie wiem. - Wzru­sza ramio­nami, wyczu­wa­jąc jej nara­sta­jący dys­kom­fort. Nie każdy przy­wią­zuje taką wagę do gra­ma­tyki jak on. - Ilu masz braci? - weksluje na bez­piecz­niej­szy tor.

- Dwóch. Jeden mieszka w Nowym Jorku. Drugi w L.A.

- A twoja matka? Gdzie mieszka?

- Tutaj. W Bosto­nie.

- Wie, gdzie spę­dzasz dzi­siej­szy wie­czór? Och, jak­żeby mogła? - odpo­wiada sam sobie. - Na pewno nie byłaby zado­wo­lona, że poszłaś na kola­cję do miesz­ka­nia nie­zna­jo­mego męż­czy­zny, prawda? Zawsze jesteś taka odważna? - Prze­chyla głowę na jedną stronę w geście, który można by nazwać wdzięcz­nym, i czeka na jej odpo­wiedź.

Kolejne waha­nie.

- Nie.

- Powinno mi to schle­biać? Przy­znam, że w pew­nym sen­sie czuję się zaszczy­cony.

Ona się czer­wieni, cho­ciaż nie jest pewien, czy nagły rumie­niec na jej policz­kach wynika z zaże­no­wa­nia, czy raczej wycze­ki­wa­nia na ciąg dal­szy.

- Czy to dla­tego, że jestem taki przy­stojny? - naci­ska żar­to­bli­wie z kolej­nym uśmie­chem, naj­słod­szym jak do tej pory, i cho­ciaż ona nie odpo­wiada, od razu wie. Tak, jest przy­stojny. ("Ładny chło­piec" - zwykł kpić jego ojciec). O wiele przy­stoj­niej­szy niż na zdję­ciu zamiesz­czo­nym w ser­wi­sie rand­ko­wym; prawdę powie­dziaw­szy, nie jest to zdję­cie jego, tylko jakie­goś modela z nagim tor­sem o atrak­cyj­nej, acz pospo­li­tej uro­dzie i z brzu­chem jak kalo­ry­fer, które zna­lazł w maga­zy­nie "Men's Health".

Tak, był wystar­cza­jąco przy­stojny, by kobieta zagłu­szyła wewnętrzny głos ostrze­gaw­czy i odsu­nęła wszel­kie obawy, wycho­dząc z nim z zatło­czo­nego baru, gdzie umó­wili się na spo­tka­nie, i gdy pro­wa­dził ją do swego miesz­ka­nia w pobliżu Sar­gent's Wharf na obie­caną wspa­niałą ucztę.

- Nie jesz - mówi męż­czy­zna. - Czy stek jest zbyt surowy?

- Nie. Po pro­stu nie mogę...

- Pro­szę, cho­ciaż spró­buj. - Kroi kawa­łek mięsa ze swego tale­rza i podaje jej na widelcu pro­sto do ust. - Pro­szę - powta­rza, pod­czas gdy kro­ple krwi ze steku pla­mią biały obrus.

Kobieta otwiera usta, by przy­jąć pra­wie surowy kawa­łek mięsa.

- Żuj sta­ran­nie - radzi. - Żebyś się nie zakrztu­siła.

- Pro­szę... - odzywa się kobieta, gdy w jego kie­szeni dzwoni komórka.

- Pocze­kaj chwilkę. - Wyj­muje tele­fon i prze­suwa pal­cem po cien­kiej obu­do­wie, a potem pod­nosi go do ucha. - Halo... - uwo­dzi­ciel­sko zniża głos, jego usta muskają gładką powierzch­nię wyświe­tla­cza. Naresz­cie, myśli.

- Cześć - odpo­wiada kobieta po dru­giej stro­nie linii. - Czy to... Mr. Right No1w? - Chi­cho­cze, on też się śmieje. Mr. Right Now to nick, pod któ­rym figu­ruje na licz­nych por­ta­lach rand­ko­wych.

- Czy to... Wild­flo­wer?

- Tak - potwier­dza kobieta z wyczu­wal­nym śla­dem zaże­no­wa­nia w gło­sie; naj­wy­raź­niej czuje się w więk­szym stop­niu niż on skrę­po­wana swoim pseu­do­ni­mem.

- Bar­dzo się cie­szę, że dzwo­nisz, Wild­flo­wer. - Ocze­ki­wa­nie na ten tele­fon dłu­żyło mu się jak wiecz­ność.

- Na­dal jesteś na Flo­ry­dzie? - pyta ona. - A może dzwo­nię nie w porę?

- Nie. W sam raz. Wró­ci­łem do mia­sta przed godziną.

- Jak się czuje twoja matka?

- O wiele lepiej. Dzię­kuję, że pytasz. A jak ty się masz?

- Ja? Dosko­nale. - Waha się. - Pomy­śla­łam, że chyba masz rację. Być może nad­szedł czas, by znów spró­bo­wać.

- Żad­nych "być może" - ripo­stuje z werwą, chcąc ją przy­szpi­lić. - Przy­naj­mniej z mojej strony. Co powiesz na środę?

- Środa mi pasuje.

- Wspa­niale. Znasz bar Anthony's przy Boyl­ston Street? Zwy­kle jest tam ścisk i tro­chę gło­śno, ale...

- Anthony's jest okej - zga­dza się, zresztą tego się spo­dzie­wał. One lubią takie hała­śliwe miej­sca.

Uśmie­cha się do sie­dzą­cej naprze­ciwko kobiety, zauważa łzy toczące się po jej policz­kach, ale nie czyni żad­nego gestu, żeby je wytrzeć. Spo­tkał się z nią w barze Anthony's nie­całe dwie godziny temu. Zacho­wuje się obce­sowo, gru­bo­skór­nie. Zerka na zega­rek.

- O szó­stej? - mówi do tele­fonu.

- Szó­sta mi odpo­wiada.

- Nie odwo­łasz w ostat­niej chwili?

- Będę punk­tu­al­nie.

- Nie! - krzy­czy nagle jego towa­rzyszka przy stole. - Nie...

Męż­czy­zna pod­rywa się, wyciąga rękę przez stół i ude­rza ją mocno w twarz. Robi to z taką zacie­kło­ścią, że krze­sło, do któ­rego jest przy­wią­zana, z rękami skrę­po­wa­nymi na ple­cach, chwieje się na tyl­nych nogach i grozi upad­kiem, a pętla wokół jej szyi się zaci­ska. Obser­wuje, jak kobieta w panice chwyta powie­trze. Jesz­cze chwila bez­u­ży­tecz­nego wyszar­py­wa­nia rąk i zapewne straci przy­tom­ność.

Nie, jesz­cze nie czas. Jesz­cze z nią nie skoń­czył.

- Co to było? - pyta tamta, która nazywa sie­bie Wild­flo­wer.

- Co takiego? - rzuca swo­bod­nie, prze­cho­dząc naokoło stołu, by usta­bi­li­zo­wać krze­sło, a potem wolną ręką zakrywa usta osza­la­łej ze stra­chu kobiety. - Och, to chyba w tele­wi­zji. Jakiś facet dostaje łomot. Wybacz mój język.

Sekunda ciszy. Pra­wie wyczuwa uśmiech Wild­flo­wer.

- Nie powiesz mi swo­jego praw­dzi­wego imie­nia? - zdo­bywa się na odwagę.

- Wtedy, gdy ty podasz mi swoje - odpo­wiada kokie­te­ryj­nie. Kłam­stwo. Ni­gdy nie podaje kobie­tom praw­dzi­wego imie­nia. - Cho­ciaż muszę przy­znać, że Wild­flo­wer cał­kiem mi się podoba.

- Zostawmy to na razie - ustę­puje ona.

- A więc do środy.

- Do środy.

- Nie mogę się docze­kać.

Wkłada z powro­tem komórkę do kie­szeni i odsuwa rękę od ust swo­jej ofiary.

- Jeśli zaczniesz krzy­czeć, wpa­kuję ci ten nóż do ste­ków pro­sto w oko - mówi spo­koj­nie, wyma­chu­jąc ząb­ko­wa­nym ostrzem kobie­cie przed twa­rzą. Pętla wżyna jej się w szyję. Chyba nie ma dość powie­trza, by krzy­czeć, nawet jeśli przy­szłoby to jej do głowy. Mimo wszystko jej nie doce­niał.

Była taka naiwna. Pra­wie zbyt łatwa. Zauro­czona jego powierz­chow­no­ścią przy­stała na każdą pro­po­zy­cję, zgo­dziła się opu­ścić ciemny, zatło­czony bar, żeby napa­wać się domową kola­cją w jego miesz­ka­niu, a potem ocho­czo usia­dła przy małym okrą­głym stole nakry­tym śnież­no­bia­łym obru­sem, nie wyczu­wa­jąc nie­bez­pie­czeń­stwa do chwili, gdy skrę­po­wał jej ręce na ple­cach i zaci­snął linę wokół szyi.

Tak się sta­rała, była tak ule­gła, godząc się na to idio­tyczne uda­wa­nie, że są na praw­dzi­wej randce; odpo­wia­dała na jego głu­pie pyta­nia, a nawet wysi­liła się na kilka wła­snych, zapewne w nadziei, że ocali życie. A gdy zorien­to­wała się, że to mrzonka, kiedy tele­fon prze­ko­nał ją, że po pro­stu była jedną z wielu, że nie ma w niej nic spe­cjal­nego, a on już wybiega myślą do przodu, aż dziw, że miała w sobie tyle deter­mi­na­cji, żeby spró­bo­wać ostrzec następną ofiarę. Doprawdy, godne podziwu.

Oczy­wi­ście, to nie ma zna­cze­nia.

Męż­czy­zna siada z powro­tem na krze­śle i spo­koj­nie koń­czy posi­łek, sta­ra­jąc się prze­żu­wać każdy kęs trzy­dzie­ści razy, jak zale­cał jego ojciec. Oby tylko nie zro­biła nic głu­piego, bo wtedy musiałby z nią szyb­ciej skoń­czyć. Nie chce się spie­szyć, chce jej poka­zać, że jest w nim coś wię­cej niż tylko ładna twarz.

Uśmie­cha się do towa­rzyszki przy stole, by prze­ko­nać ją, że sku­pia na niej całą swoją uwagę. Ona na to zasłu­guje. Ale gdy pod­nosi do ust ostatni kawa­łek mięsa, już szy­buje myślami w przy­szłość.

Do środy.

Do kobiety, która będzie jego koronną zdo­by­czą: do Wild­flo­wer.

Mr. Right (ang.) - Pan Ide­alny; rów­nież gra słów: w apli­ka­cjach rand­ko­wych akcep­tuje się kan­dy­data, prze­su­wa­jąc jego zdję­cie na prawo (right) (wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­ma­czek). [wróć]

Roz­dział drugi

Trzy tygo­dnie wcze­śniej

Było tuż po siód­mej. Kiedy Paige Hamil­ton otwo­rzyła oczy, zoba­czyła matkę w piża­mie sie­dzącą na skraju łóżka, jej zazwy­czaj mło­dzień­czą twarz żło­biły świad­czące o nie­po­koju zmarszczki, z któ­rymi wyglą­dała na swoje sie­dem­dzie­siąt lat.

- Mamo?

- Jak było na wczo­raj­szej randce?

- Obu­dzi­łaś mnie, żeby o to spy­tać?

- Jak było?

- Tak sobie. - Paige unio­sła się na łok­ciach i potrzą­sa­jąc głową, odrzu­ciła z twa­rzy dłu­gie do ramion brą­zowe włosy. Przy­po­mniała sobie wczo­raj­sze nie­szczę­sne ren­dez-vous. Męż­czy­zna był co naj­mniej dzie­sięć kilo­gra­mów cięż­szy oraz kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów niż­szy, niż wska­zy­wał jego pro­fil na Match Sticks. Co się działo z tymi face­tami? Czy uwa­żali, że kobiety nie mają oczu i nie zauważą róż­nicy?

- Szkoda - skwi­to­wała matka. - Wyda­wał się obie­cu­jący.

- Mamo... co się dzieje?

- Nie chcia­łam cię nie­po­koić.

- Już na to za późno.

- Prze­pra­szam.

- Nie prze­pra­szaj. Powiedz, co się stało?

Wes­tchnie­nie matki zatrzę­sło podwój­nym łóż­kiem.

- Myślę, że mam udar.

Paige pode­rwała się na nogi i zato­czyła na drew­nia­nej pod­ło­dze.

- Co ty mówisz? Dla­czego tak myślisz? - Obrzu­ciła wzro­kiem twarz matki w poszu­ki­wa­niu cze­goś nie­zwy­kłego: opa­da­ją­cej powieki albo kącika ust. - Mówisz wyraź­nie. Kręci ci się w gło­wie? Coś cię boli?

- Nic mnie nie boli. Nie kręci mi się w gło­wie - zaprze­czyła star­sza kobieta. - Masz taką wspa­niałą figurę - powie­działa, jakby to była nor­malna uwaga w tych oko­licz­no­ściach.

Paige zła­pała różowy, jedwabny szla­frok leżący w nogach łóżka i owi­nęła nim nagie ciało, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co się dzieje.

- Nie zda­wa­łam sobie sprawy, że sypiasz nago - cią­gnęła matka. - Też tak chcia­łam, ale twój ojciec wolał piżamy, a więc poszłam za jego przy­kła­dem.

- Mamo! Skup się! Dla­czego uwa­żasz, że masz udar?

- Cho­dzi o moje widze­nie. Jest jakieś dziwne.

- Co masz na myśli? Jak dziwne?

- Widzę takie bły­ska­jące świa­tła i falu­jące linie. A czy­ta­łam, że takie objawy są czę­sto pierw­szą oznaką udaru. Albo odkle­jo­nej siat­kówki. Co o tym sądzisz?

- Sądzę, że zadzwo­nię pod dzie­więć­set jede­na­ście.

- Naprawdę, kocha­nie? Uwa­żasz, że to konieczne?

- Tak, mamo. Naprawdę tak uwa­żam. - Paige zła­pała tele­fon leżący na noc­nym sto­liku i wybrała numer alar­mowy. - Sta­raj się zacho­wać spo­kój - pora­dziła matce, cho­ciaż to ona była na kra­wę­dzi histe­rii. Dwa lata temu stra­ciła ojca cho­ru­ją­cego na raka. Naprawdę nie była przy­go­to­wana na utratę matki. W wieku trzy­dzie­stu trzech lat była o wiele za młoda, żeby zostać sie­rotą. - Co ty robisz? - spy­tała, gdy jej matka podźwi­gnęła się z łóżka.

- Powin­nam się ubrać.

- Usiądź - naka­zała Paige, wsłu­chu­jąc się w natar­czywy sygnał tele­fonu przy uchu. - Nie ruszaj się! - Wyrzu­ciła wolną rękę do góry w geście fru­stra­cji. - Co tam się dzieje? Dla­czego nie odbie­rają? Myśla­łam, że to pomoc w nagłej...

- Dzie­więć­set jede­na­ście - kobiecy głos prze­rwał jej uty­ski­wa­nie. - Co się stało?

- Moja matka ma udar.

- To może być odkle­jona siat­kówka - uści­śliła matka.

- Natych­miast potrzebna karetka. - Paige podała dys­po­zy­torce adres wytwor­nego apar­ta­mentu matki w Back Bay. - Będą za pięć minut - zako­mu­ni­ko­wała, idąc do łazienki, gdzie pospiesz­nie prze­myła twarz, potem sko­rzy­stała z dez­odo­rantu, zanim wyjęła z szafy pierw­sze z brzegu ubra­nie i wło­żyła je przez głowę.

- Ładna sukienka - zauwa­żyła matka. - Nowa?

Paige zer­k­nęła na bez­kształtną kwie­ci­stą sukienkę na ramiącz­kach, którą Noah zawsze kry­ty­ko­wał. Przy­po­mniała sobie, że nie ma już zna­cze­nia, czy coś się Noahowi podoba, czy nie.

- Mam ją od jakie­goś czasu. - Wyjęła z szu­flady komody parę koron­ko­wych maj­tek i wcią­gnęła je na wąskie bio­dra.

- Nie nosisz sta­nika?

- Wła­ści­wie go nie potrze­buję. - Paige domy­ślała się, że tą poga­wędką matka pró­buje ją prze­ko­nać, że wszystko się ułoży i nawet jeśli odkleja jej się siat­kówka lub, nie daj Boże, ma udar, wszystko dobrze się skoń­czy.

Gdyby nie to, że sprawy dobrze nie wyglą­dały. I to od jakie­goś czasu.

- Ja też nie musia­łam go nosić - stwier­dziła matka pra­wie ze smut­kiem. Popa­trzyła w dół na swój wię­cej niż pokaźny biust. - A teraz już mogę. Naresz­cie! Kiedy już nikt na mnie nie patrzy. Gdy nikogo nie obcho­dzę.

W innych oko­licz­no­ściach Paige by się roze­śmiała. Teraz mogła tylko powstrzy­my­wać łzy.

- Mnie obcho­dzisz. - Usia­dła obok matki i mocno ją przy­tu­liła.

- Dobra z cie­bie dziew­czyna. - Kobieta oparła głowę na ramie­niu córki. - Kocham cię ponad wszystko. Wiesz o tym, prawda?

- Wiem. - Paige poczuła ukłu­cie winy. Nie dla­tego, że nie kochała swo­jej matki. Kochała ją. Ale zawsze była bar­dziej córeczką tatu­sia, a ojciec ze swoją domi­nu­jącą oso­bo­wo­ścią przy­ćmie­wał wszystko wokół sie­bie, nawet na łożu śmierci. - Ja też cię kocham.

- Nie martw się. - Matka pokle­pała Paige po kola­nie. - Wszystko będzie dobrze.

- Obie­cu­jesz?

- Obie­cuję.

Paige uśmiech­nęła się, wie­dząc jed­nak, że to puste obiet­nice. Czy matka nie obie­cy­wała tego samego, gdy u ojca zdia­gno­zo­wano raka, który poko­nał go zale­d­wie rok póź­niej?

"Nie martw się. Twój ojciec wyzdro­wieje" - zapew­niała zarówno Paige, jak i jej brata, cho­ciaż wąt­pliwe, żeby Michael, star­szy od niej pra­wie o cztery lata, wzięty kar­dio­log w Living­ston w sta­nie New Jer­sey, był rów­nie łatwo­wierny.

Star­sza kobieta popa­trzyła w stronę drzwi sypialni.

- Powin­nam przy­naj­mniej wło­żyć szla­frok.

- Przy­niosę ci - powie­działa Paige. - Nie ruszaj się.

- Przy­nieś mi też coś do ubra­nia, jeśli odpra­wią mnie do domu - zawo­łała za nią matka, gdy Paige masze­ro­wała przez hol do głów­nej sypialni. Lip­cowe słońce już prze­dzie­rało się przez auto­ma­tyczne rolety w salo­nie, two­rząc na mar­mu­ro­wej pod­ło­dze smugi świa­tła podobne do bły­ska­wic.

Rodzice prze­nie­śli się ze swo­jego ponad­dwu­stu­me­tro­wego domu na przed­mie­ściach Weston do apar­ta­mentu o dwóch sypial­niach w kon­do­mi­nium. ("Komu teraz potrzebna taka duża powierzch­nia? - rzu­ciła matka pew­nego razu. - Dzieci dawno się wypro­wa­dziły, a pies nie żyje").

Czy mama zawsze miała takie sar­do­niczne poczu­cie humoru? - zasta­na­wiała się teraz Paige. Dla­czego wcze­śniej tego nie zauwa­żyła?

Apar­ta­ment, poło­żony w jed­nej z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych dziel­nic, był prze­stronny i nowo­cze­sny, z oknami od sufitu do pod­łogi w salo­nie i połą­czo­nej z nim jadalni, jak rów­nież w biblio­tece, która słu­żyła ojcu za gabi­net, oraz małym pokoju dzien­nym przy dużej kuchni. Do dwóch sypialni w prze­ciw­le­głym skrzy­dle wcho­dziło się z głów­nego holu. Z każ­dego pokoju roz­ta­czał się osza­ła­mia­jący widok na mia­sto.

Paige, spie­sząc się do gar­de­roby, szybko prze­szła po kre­mo­wym jedwabno-weł­nia­nym dywa­nie, ude­rza­jąc się po dro­dze w bio­dro o jedną z kolu­mie­nek ogrom­nego łóżka z bal­da­chi­mem. Kolejne pomiesz­cze­nie pełne szaf, pomy­ślała. Cie­kawe, czy ubra­nia ojca cią­gle zaj­mują połowę tej prze­strzeni, czy też matka w końcu je spa­ko­wała i oddała orga­ni­za­cji dobro­czyn­nej. Robert Hamil­ton zawsze pre­zen­to­wał się nie­zwy­kle ele­gancko, nie­za­leż­nie, czy nosił gar­ni­tur i kra­wat, czy bar­dziej nie­for­malny strój. No i te skar­petki! Paige się uśmiech­nęła. Wiele lat przed­tem, zanim stały się modne, ojciec miał mnó­stwo bajecz­nie kolo­ro­wych skar­pe­tek, które dosko­nale pod­kre­ślały jego wybu­jałą i barwną oso­bo­wość.

Paige wytarła oczy zamglone łzami. Jakże za nim tęsk­niła...

Czy miała też stra­cić matkę? Czy wszy­scy, któ­rych kocha, mają ją opu­ścić?

- Ależ z cie­bie samo­lubna suka - mruk­nęła, zdej­mu­jąc z wie­szaka w sza­fie nie­bie­ski szla­frok frotté; potem wybrała różową baweł­nianą sukienkę i z wbu­do­wa­nej komody wyjęła zaska­ku­jąco fry­wolną bie­li­znę - czy jej matka zawsze nosiła majtki bikini i sta­niki push up? - i zanio­sła to wszystko do swo­jego pokoju.

Druga sypial­nia wcale nie była prze­zna­czona dla niej. Pier­wot­nie miał to być pokój gościnny, na wypa­dek gdyby Michael i jego rodzina przy­byli z wizytą. Ale liczne obo­wiązki zawo­dowe nie pozwa­lały mu na czę­ste przy­jazdy, zresztą jego żona wolała zatrzy­my­wać się w hotelu, a więc pokój zazwy­czaj stał pusty i nie­uży­wany. Potem umarł ojciec Paige, sześć mie­sięcy temu stra­ciła pracę, a dwa mie­siące póź­niej facet, z któ­rym miesz­kała, odszedł do innej kobiety - prak­tycz­nie to ona musiała się od niego wypro­wa­dzić - więc matka Paige zasu­ge­ro­wała, żeby prze­nio­sła się do niej. "Tylko na tro­chę - pod­kre­śliła. - Aż z powro­tem sta­niesz na nogi".

Czy to kie­dy­kol­wiek nastąpi? Paige weszła do sypialni, gdzie zastała matkę sto­jącą przy oknie i wpa­trzoną w wysa­dzaną drze­wami ulicę dzie­sięć pię­ter poni­żej.

- Mamo, co robisz? Powie­dzia­łam ci, żebyś sie­działa spo­koj­nie.

- Podzi­wiam dzień. Na nie­bie nie ma jed­nej chmurki.

- Dobrze widzisz? - spy­tała Paige. - Co się dzieje z two­imi oczami?

- Na­dal poja­wia się sporo bły­sków. Tro­chę tak, jak pod­czas poka­zów "świa­tło i dźwięk". Tylko że bez dźwięku. - Wygięła usta w sła­bym uśmie­chu.

- Prze­ra­żasz mnie.

- Tak mi przy­kro, kocha­nie. To ostat­nia rzecz, któ­rej bym chciała. Wszystko będzie dobrze. Obie­cuję.

Domo­fon zadzwo­nił, gdy Paige poma­gała matce wło­żyć szla­frok. Paige usły­szała po dru­giej stro­nie zanie­po­ko­jony głos por­tiera, potem roz­łą­czyła się i ode­tchnęła głę­boko, żeby zdo­być się na uśmiech.

- Karetka już jest.

Roz­dział trzeci

- Joan Hamil­ton? - Męż­czy­zna wszedł do małego gabi­netu i zamknął za sobą drzwi; obrzu­cił wzro­kiem Paige i jej matkę. Był młody, przy­stojny, z burzą ciem­nych, krę­co­nych wło­sów. Na wąskie spodnie koloru khaki oraz koszulę w gra­na­towo-białą kratkę miał narzu­cony biały kitel.

- To ja. - Matka Paige pod­nio­sła rękę i poru­szyła lekko pal­cami. Prze­brała się z piżamy w rze­czy, które przy­nio­sła jej Paige.

- Jestem dok­tor Barelli. - Lekarz usiadł za biur­kiem, uśmie­cha­jąc się do sie­dzą­cej naprze­ciwko pacjentki. - Jak się pani czuje?

- Dobrze - powie­działa Joan Hamil­ton. - Tro­chę mi głu­pio. Moje oczy... cóż, wydają się być w porządku.

Dok­tor Barelli otwo­rzył trzy­maną w rękach teczkę i prze­rzu­cał wzro­kiem jej zawar­tość, pod­czas gdy obie kobiety patrzyły na niego wycze­ku­jąco. Wła­ści­wie nie było tu na czym zatrzy­mać wzroku - jasno­zie­lone ściany gabi­netu świe­ciły pustką, oprócz jed­nej pospo­li­tej repro­duk­cji banal­nego kra­jo­brazu; mini­malna liczba mebli, pro­ste biurko pozba­wione oso­bi­stych akcen­tów lub zdjęć rodzin­nych, a z okna za ple­cami leka­rza roz­cią­gał się widok na ceglany mur. Praw­do­po­dob­nie był to wspólny gabi­net wyko­rzy­sty­wany do stan­dar­do­wych kon­sul­ta­cji. A mimo to pokój sta­no­wił przy­jemną odmianę po nie­koń­czą­cych się kory­ta­rzach peł­nych pla­sti­ko­wych krze­seł, na któ­rych prze­sia­dy­wała Paige, odkąd przy­je­chały do Mass Gene­ral. Dobrze, że przy­naj­mniej zna­la­zła tam stary egzem­plarz maga­zynu "Star".

Docho­dziła pierw­sza po połu­dniu. Prze­by­wały w szpi­talu pra­wie pięć godzin. Matka prze­szła wiele badań, w tym rezo­nans magne­tyczny, tomo­gra­fię siat­kówki, jak rów­nież serię badań kar­dio­lo­gicz­nych. Tech­nicy pobrali tyle krwi, że Paige dzi­wiła się, że matce pozo­stało jesz­cze tro­chę koloru na twa­rzy.

- No więc... - pod­jął lekarz, pod­no­sząc wzrok znad teczki i znów się uśmie­cha­jąc. Uśmiech uwi­docz­nił sia­teczkę zmarsz­czek pod oczami. - Z tego, co widzę, mam dobre wia­do­mo­ści.

- Dobre wia­do­mo­ści? - powtó­rzyły jed­no­cze­śnie matka i córka.

- Wyniki krwi są w nor­mie. Ciśnie­nie tro­chę pod­wyż­szone, ale nie ma powodu do nie­po­koju. Siat­kówki w obu oczach są na swoim miej­scu. Ma pani dosko­nały wzrok, jak na swój wiek, rów­nież mózg i inne organy, które bada­li­śmy, funk­cjo­nują bez zastrze­żeń. Nie­wy­klu­czone, że jest pani naj­zdrow­szą osobą w tym miej­scu.

- Czy to nie wspa­niale? - ode­zwała się Joan Hamil­ton.

Paige ode­tchnęła z ulgą.

- Ale... jej oczy...

- Kla­syczna migrena oczna - wyja­śnił lekarz.

- Migrena? - powtó­rzyła Joan. - Ale prze­cież głowa mnie nie boli.

- Ma pani szczę­ście. - Ciemne oczy dok­tora Barel­lego zabły­sły.

- Nie rozu­miem - powie­działa Paige.

- Pani matka doświad­czyła aury, która czę­sto towa­rzy­szy migre­nom. Prze­ja­wia się ona w postaci zabu­rzeń wzro­ko­wych, takich jak roz­bły­ski świa­tła i migo­czące zyg­zaki; zazwy­czaj te zabu­rze­nia z początku są nie­znaczne, a potem nara­stają, aż do wyga­śnię­cia, zwy­kle w ciągu dwu­dzie­stu, trzy­dzie­stu minut.

- Dokład­nie tak było - przy­znała Joan Hamil­ton.

- To się czę­sto zda­rza, szcze­gól­nie z wie­kiem. Ale dobra wia­do­mość jest taka, że to nic poważ­nego. Raczej nie­do­god­ność. Może pani nie mieć następ­nej aury przez wiele lat - kon­ty­nu­ował lekarz, zwra­ca­jąc się do matki Paige - albo już jutro mieć następną. - Dalej tłu­ma­czył, że cho­ciaż ist­nieje wiele teo­rii na temat przy­czyn, nikt tak naprawdę nie wie, co ją powo­duje. Mogą pomóc lekar­stwa, ale aury zazwy­czaj zni­kają same, zanim lecze­nie przy­nosi efekt. Naj­le­piej je prze­cze­kać. - Oczy­wi­ście, jeśli aku­rat się pro­wa­dzi, trzeba zatrzy­mać samo­chód.

- To wszystko? - spy­tała Paige, gdy matka już się pod­nio­sła.

- Wszystko. - Dok­tor Barelli wycią­gnął rękę nad biur­kiem, żeby się poże­gnać.

- Migrena oczna - stwier­dziła pra­wie z dumą Joan, gdy cze­kały na windę. - Kto by pomy­ślał?

- Musisz umie­rać z głodu - powie­działa Paige, mając rów­nież na myśli sie­bie, kiedy chwilę póź­niej wyszły na ulicę. Od czasu, gdy wsia­dły do karetki, piła tylko czarną kawę, a z tego, co wie­działa, matka nie piła ani nic nie jadła od wczo­raj­szego wie­czoru.

- Jestem głodna jak wilk - zgo­dziła się z nią Joan. - Chodźmy do jakiejś miłej knajpki. Masz czas?

Paige zer­k­nęła na zega­rek. O trze­ciej miała spo­tka­nie w spra­wie pracy, pierw­sze od dwóch tygo­dni. Nie mogła się spóź­nić. Zazwy­czaj wolała być wcze­śniej, ale doświad­cze­nie nauczyło ją, że to nie zawsze naj­lep­szy pomysł. Przy­mknęła oczy. Zoba­czyła sie­bie idącą na pal­cach wąskim kory­ta­rzem miesz­ka­nia, które dzie­liła z Noahem, pod drzwi sypialni, zza któ­rych dobie­gał śmiech.

- Znam porządną małą restau­ra­cyjkę przy Char­les Street - powie­działa, usi­łu­jąc zagłu­szyć w gło­wie dźwięk tam­tego śmie­chu.

- Dla­czego tak krzy­czysz? - spy­tała matka.

- Prze­pra­szam. - Paige zatrzy­mała tak­sówkę.

Nie­stety, mała kafejka była pełna tury­stów, któ­rych przy­cią­gała repu­ta­cja ulicy zna­nej ze skle­pów z eks­cen­trycz­nymi ubra­niami i uro­czych gale­rii z anty­kami, więc musiały cze­kać na sto­lik.

- Dok­tor Barelli to atrak­cyjny męż­czy­zna, nie uwa­żasz? - zagad­nęła matka, gdy w końcu usia­dły i zło­żyły zamó­wie­nie.

- Tro­chę młody.

- Wszy­scy oni są mło­dzi. Ty też jesteś młoda.

Tele­fon komór­kowy Paige zadzwo­nił, zanim zdą­żyła pomy­śleć o jakiejś ripo­ście. Się­gnęła do beżo­wej płó­cien­nej torby i wycią­gnęła apa­rat, wdzięczna losowi za ten prze­ryw­nik. Matka chciała dobrze, ale Paige nie była w nastroju na jedno z tych okle­pa­nych, pod­no­szą­cych na duchu powie­dzo­nek w rodzaju: "Jesteś mądrą, piękną dziew­czyną, a w morzu jest mnó­stwo ryb".

- Cześć, Chloe - powi­tała swoją naj­star­szą i naj­lep­szą przy­ja­ciółkę.

- Możesz do mnie wpaść? - spy­tała Chloe, nie tra­cąc czasu na zbędne uprzej­mo­ści.

- Coś się stało? - Paige wyobra­ziła sobie, jak jej przy­ja­ciółka w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób odgar­nia pro­ste blond włosy z jasno­nie­bie­skich oczu i zagryza dolną wargę.

- Wszystko.

Cho­lera, pomy­ślała Paige, bez słów rozu­mie­jąc pro­blemy Chloe.

- O trze­ciej mam roz­mowę w spra­wie pracy. Póź­niej mogę przy­je­chać.

- Wspa­niale. No, to do zoba­cze­nia.

- Coś się stało? - Matka powtó­rzyła pyta­nie, gdy Paige cho­wała tele­fon do torby.

Paige wzru­szyła ramio­nami. "Wszystko". - Sły­szała w gło­wie głos Chloe.

- Jeśli cho­dzi o tego leka­rza... - pod­jęła matka. - Mia­łam tylko na myśli...

- Wiem, co mia­łaś na myśli, mamo - prze­rwała jej Paige. - Ale to nie jest tak, że zamknę­łam się w jakiejś wieży. Wyszłam do ludzi. Figu­ruję na wielu por­ta­lach rand­ko­wych. Umó­wi­łam się z sze­ścioma face­tami w ciągu kilku tygo­dni...

- Może jesteś za bar­dzo wybredna?

- Może. - Paige czuła się za bar­dzo zmę­czona i głodna, żeby się spie­rać. Czy jest zbyt wybredna, by ocze­ki­wać po męż­czyź­nie, żeby był... uczciwy? Czy wszy­scy męż­czyźni są kłam­cami? - A co z tobą? - odbiła piłeczkę.

- Ze mną? Co masz na myśli?

- Od śmierci ojca minęły dwa lata. Czy kie­dy­kol­wiek roz­wa­ża­łaś... - Led­wie mogła skoń­czyć swoją myśl, nie mówiąc już o ubra­niu jej w słowa. Sam pomysł, że matka mogłaby zain­te­re­so­wać się jakimś innym męż­czy­zną niż jej ojciec, była zbyt śmieszna, by ją roz­wa­żać.

- Nie bądź głu­pia, kocha­nie. Jestem starą kobietą.

- Sie­dem­dzie­siątka to jesz­cze nie sta­rość. Nie w dzi­siej­szych cza­sach. A ty wyglą­dasz fan­ta­stycz­nie. Dok­tor Barelli powie­dział, że jesteś we wspa­nia­łej for­mie.

- Jak na kobietę w moim wieku - uści­śliła Joan Hamil­ton, cho­ciaż w jej tonie można było wyczuć, że suge­stię, by spo­ty­kała się z męż­czy­znami, wcale nie uważa za nie­do­rzeczną. Popra­wiła włosy obcięte na sty­lo­wego boba.

- Może powin­naś się zare­je­stro­wać na Match Sticks - pod­po­wie­działa Paige, czu­jąc coraz więk­szy dys­kom­fort i zasta­na­wia­jąc się, dla­czego jest tak nie­ustę­pliwa. Rozej­rzała się po małym, ciem­nym wnę­trzu restau­ra­cji w poszu­ki­wa­niu kel­nera. Dla­czego tak długo cze­kają na jedze­nie? - O mój Boże! - Nagle sku­liła się na krze­śle, zasła­nia­jąc jedną stronę twa­rzy. Czy ten dzień może być jesz­cze gor­szy?

- Co się stało?

- Nie patrz.

Ale matka natych­miast obró­ciła się na krze­śle, by spoj­rzeć za sie­bie.

- Powie­dzia­łam nie...

- Prze­pra­szam, kocha­nie. To auto­ma­tyczna reak­cja, gdy ktoś ci mówi, żeby nie patrzeć - odparła zmie­szana Joan Hamil­ton. - Widziała nas? Idzie w naszą stronę?

- Och, tak - odpo­wie­działa Paige, pro­stu­jąc się i przy­glą­da­jąc zbli­ża­ją­cej się kuzynce; powie­dze­nie o lustrza­nym odbi­ciu zwy­kle miało w sobie nieco prze­sady, ale teraz, widząc Heather, miała wra­że­nie, jakby naprawdę patrzyła na sie­bie w lustrze, podo­bień­stwo było tak ude­rza­jące.. Może i nic w tym dziw­nego, zwa­żyw­szy że ich ojco­wie byli jed­no­ja­jo­wymi bliź­nia­kami, a one uro­dziły się w odstę­pie zale­d­wie kilku dni.

- Cześć. - Heather pochy­liła się, by poca­ło­wać ciotkę w poli­czek, uda­jąc, że nie dostrzega sztyw­nie­ją­cych ramion Joan. - Jakże miło was spo­tkać!

Paige zasta­na­wiała się, czy celowo posłu­żyła się tym bana­łem, czy po pro­stu to pierw­sze, co przy­szło jej na myśl, ponie­waż ni­gdy w życiu nie zdo­była się na żadną ory­gi­nalną wypo­wiedź. Do licha, prze­kli­nała się w duchu. Cał­kiem wyle­ciało jej z głowy, że firma, w któ­rej Heather pra­cuje, znaj­duje się zale­d­wie kilka prze­cznic dalej.

A może o tym nie zapo­mniała? Może rzu­cała losowi ręka­wicę, a ten pod­jął wyzwa­nie, w odpo­wie­dzi poka­zu­jąc jej środ­kowy palec.

- Nie będzie powi­tań? - skwi­to­wała Heather. - Okej, jak chce­cie. Jak idzie poszu­ki­wa­nie pracy? - Uśmiech­nęła się do Paige, jakby naprawdę spo­dzie­wała się odpo­wie­dzi.

Paige wal­czyła z chę­cią przy­ło­że­nia kuzynce w nos.

Heather prze­stą­piła z nogi na nogę, zakła­da­jąc pasmo dłu­gich, brą­zo­wych wło­sów za ucho.

- Nie ma sprawy. Miło było was spo­tkać. Przy­pusz­czam, że zoba­czymy się na przy­ję­ciu.

Niech to szlag, pomy­ślała Paige, patrząc, jak Heather odwraca się na dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­wych obca­sach.

- Nie masz przy­pad­kiem podob­nej spód­nicy? - spy­tała ją matka.

- Nie wybie­ram się na to przy­ję­cie.

- Och, kocha­nie! Prze­cież to osiem­dzie­siąte uro­dziny two­jego stryja. Wiem, że nie będzie ci łatwo, ale jak mogła­byś nie pójść?

- Nie mogę - odparła Paige. Wystar­cza­jąco trudno było jej prze­by­wać w towa­rzy­stwie stryja, nawet gdy była w lep­szej for­mie, widzieć go żywego i oddy­cha­ją­cego, pod­czas gdy ojciec leżał w gro­bie. Jak on śmiał dożyć osiem­dzie­siątki, gdy brat bliź­niak, w pew­nym sen­sie lep­szy od niego, nie miał tyle szczę­ścia? Jak matka mogła zno­sić jego widok?

Oczy­wi­ście, dziś nie tylko z tego powodu Paige nie chciała iść na przy­ję­cie. I może nie był to powód naj­waż­niej­szy.

- Zawsze możesz kogoś ze sobą zabrać - zasu­ge­ro­wała matka, gdy zbli­żał się do nich kel­ner z jedze­niem.

- Dwie sałatki Cobb - poin­for­mo­wał młody męż­czy­zna, sta­wia­jąc miski na stole.

- Może z kimś pozna­nym na jed­nym z tych por­tali?

Paige wbiła wide­lec w sałatkę i nie sko­men­to­wała.

Roz­dział czwarty

Wró­ciła do domu wcze­śnie.

To był jej drugi błąd.

Pierw­szy: nie zadzwo­niła do Noaha, żeby go uprze­dzić.

Oczy­wi­ście wów­czas nie zda­wała sobie sprawy, że powinna to zro­bić. A może jed­nak? Czy w ogóle nie była podejrz­liwa? Może spe­cjal­nie nie zadzwo­niła, by mu powie­dzieć, że Chloe i Matt wró­cili z coty­go­dnio­wej wie­czor­nej randki godzinę wcze­śniej - Chloe wyraź­nie pła­kała; na policz­kach miała podej­rzane czer­wone plamy - i że ona sama jest już w dro­dze do domu?

Opie­kunka do dziecka Chloe zre­zy­gno­wała w ostat­niej chwili i Chloe w panice zadzwo­niła - Matt, który nie­na­wi­dził nagłej zmiany pla­nów, już cze­kał w restau­ra­cji - i popro­siła Paige o pomoc. "Pro­si­łam moją matkę, ale ona... cóż, znasz ją prze­cież...".

Paige zgo­dziła się z rado­ścią. Kochała dwójkę pociech Chloe, jakby to były jej wła­sne dzieci, i lubiła spę­dzać z nimi czas. Poza tym zro­bi­łaby wszystko dla przy­ja­ciółki, któ­rej matka była jedną wielką kata­strofą, kobietą widzącą tylko czu­bek wła­snego nosa. To praw­dziwy cud, że Chloe wyro­sła na taką wspa­niałą osobę, mówiąc wprost - jedną z naj­mil­szych, jakie Paige kie­dy­kol­wiek spo­tkała.

Może nawet zbyt miłą.

A na pewno dla męż­czy­zny takiego jak Matt.

Noah nie miał nic prze­ciwko temu, że Paige w ostat­niej chwili zmie­niła plany. A wła­ści­wie przy­jął tę zmianę z ulgą, twier­dząc, że nie miał szcze­gól­nej ochoty na film, jaki Paige wybrała, i że wyko­rzy­sta czas na przy­go­to­wa­nie się do sprawy, nad którą pra­cuje, a potem wcze­śnie się położy i może tro­chę się wyśpi. "Szy­kuje mi się bar­dzo ciężki tydzień" - powie­dział.

Paige zro­zu­miała, że to zawo­alo­wana infor­ma­cja: "Żad­nego seksu dziś wie­czo­rem", nawet jeśli to był week­end, a ich życie sek­su­alne poważ­nie szwan­ko­wało. "Po pro­stu mam za dużo na gło­wie" - wykrę­cał się ostat­nim razem, tłu­ma­cząc swój brak reak­cji na jej miło­sne zaloty wyczer­pa­niem i prze­pra­co­wa­niem. Paige uśmiech­nęła się i powie­działa, że rozu­mie. Ale wcale tak nie było. Noah, praw­nik zatrud­niony w wiel­kiej kan­ce­la­rii w cen­trum mia­sta, w któ­rej miał nadzieję pew­nego dnia zostać part­ne­rem, był wyczer­pany i prze­pra­co­wany od dnia, w któ­rym się poznali. Ale to ni­gdy nie prze­szka­dzało, żeby był jed­no­cze­śnie peł­nym zapału, namięt­nym kochan­kiem. W ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy coś się zmie­niło, i nie potra­fiła tego roz­gryźć.

A może znała przy­czynę?

Dla­tego nie zadzwo­niła, by go ostrzec, że wraca do domu, nie zawo­łała zwy­cza­jo­wego "cześć", led­wie prze­kro­czyw­szy próg ich nie­wiel­kiego miesz­ka­nia, dla­tego nawet nie zer­k­nęła do salonu, by spraw­dzić, czy on tam jest, tylko na pal­cach poszła kory­ta­rzem w stronę zamknię­tych drzwi sypialni. I nie zawa­hała się, usły­szaw­szy śmiech dobie­ga­jący z dru­giej strony, tylko z roz­ma­chem otwo­rzyła drzwi i zoba­czyła nagie kobiece ciało sie­dzące okra­kiem na Noahu. Z góry wie­działa, czyje to ciało, czyją zasko­czoną twarz zoba­czy.

- No bez jaj! - krzyk­nęła, pod­czas gdy jej kuzynka pode­rwała się na nogi, a potem zato­czyła i pra­wie upa­dła, wcią­ga­jąc bie­li­znę. - Nie wie­rzę!

Ale wie­rzyła, jak naj­bar­dziej. Prawdę mówiąc, byłaby zasko­czona, gdyby kobieta ujeż­dża­jąca jej part­nera była kimś innym niż wła­śnie Heather. Jej stry­jeczna sio­stra od zawsze pożą­dała wszyst­kiego, co nale­żało do Paige, czy cho­dziło o ciu­chy, fry­zury, czy o męż­czyzn. Paige jako nasto­latka zapi­sała się na lek­cje mode­lingu, Heather zro­biła to samo. Paige nauczyła się grać na gita­rze, Heather natych­miast zaczęła brać lek­cje. Paige kupiła nową parę sne­aker­sów nabi­ja­nych błysz­czą­cymi ćwie­kami, Heather pobie­gła w te pędy do sklepu po iden­tyczne.

Paige żaliła się na to ojcu, wtedy z uśmie­chem przy­po­mniał jej, że "naśla­dow­nic­two to naj­wyż­sza forma uzna­nia". Jego brat tak samo zacho­wy­wał się wobec niego. "Ale ni­gdy mi nie dorów­ny­wał - dodał z mru­gnię­ciem oka. - Wszy­scy to wie­dzieli".

Kiedy Paige po skoń­cze­niu col­lege'u zatrud­niła się w rekla­mie, nikt nie był zasko­czony, że Heather poszła w jej ślady i dołą­czyła do więk­szej, acz­kol­wiek mniej pre­sti­żo­wej agen­cji, gdzie przez lata mar­no­wała czas na naj­niż­szym sta­no­wi­sku, nim w końcu awan­so­wano ją na jed­nego z sze­ściu młod­szych spe­cja­li­stów do spraw klien­tów. Paige, co też nikogo nie zasko­czyło, szybko awan­so­wała w swo­jej małej reno­mo­wa­nej fir­mie i została dyrek­to­rem pla­no­wa­nia stra­te­gicz­nego.

A potem nie­spo­dzie­wa­nie agen­cja została wchło­nięta przez więk­szą kom­pa­nię z Nowego Jorku, która spro­wa­dziła swo­ich ludzi, i Paige bez­ce­re­mo­nial­nie wyrzu­cono na bruk wraz z innymi głów­nymi mene­dże­rami.

- To okropne - mówiła współ­czu­ją­cym tonem Heather, usi­łu­jąc zabrzmieć szcze­rze, pomimo bły­sku satys­fak­cji w oczach. - Po tylu latach! Musisz być zała­mana.

- Znajdę coś innego.

- Oczy­wi­ście, że znaj­dziesz.

Ale oka­zało się, że nie ma zbyt wielu pro­po­zy­cji dla dyrek­to­rów pla­no­wa­nia stra­te­gicz­nego. Po praw­dzie, ani jed­nej. Kilka ofert, na które odpo­wie­działa, doty­czyło mniej odpo­wie­dzial­nych sta­no­wisk, a gdy szczę­śliwa chciała przy­jąć któ­rąś z nich - szcze­gól­nie że mie­siąc bez pracy prze­cią­gnął się do sze­ściu - za każ­dym razem uzna­wano, że ma za wyso­kie kwa­li­fi­ka­cje.

Tym­cza­sem Heather zaczęła spę­dzać coraz wię­cej czasu w miesz­ka­niu Paige, wpa­da­jąc z rze­ko­mymi pora­dami na temat poten­cjal­nej pracy, przy­no­sząc obiady na wynos, które kupo­wała w Eataly w dro­dze ze swo­jego biura do domu, z prze­ję­ciem wysłu­chu­jąc rela­cji Noaha, jak spę­dził dzień, śmie­jąc się z nawet naj­słab­szych jego dow­ci­pów i tak otwar­cie mu schle­bia­jąc, że cza­sem Paige i Noah nabi­jali się z tego po jej wyj­ściu.

Cóż, wyszło na to, że Noah lubi taki brak sub­tel­no­ści.

Oka­zało się, że sypiali ze sobą już od ponad mie­siąca, zanim Paige ich nakryła.

- Nawet nie mogę powie­dzieć, że zosta­wił mnie dla młod­szej kobiety - skar­żyła się do Chloe. - Ona jest o dwa dni star­sza ode mnie. I, na litość boską, jeste­śmy podobne do sie­bie jak bliź­niaczki, a więc nie cho­dzi o jej urodę.

- I na pewno nie o jej oso­bo­wość - dodała Chloe.

- O Boże! - zawo­dziła Paige.

- Co?

- Pew­nie jest wspa­niała w łóżku.

- Myślisz?

- Co może być innego?

- Bar­dzo wąt­pię. Ona nie ma za grosz wyobraźni.

- Musi mieć coś, czego ja nie mam - upie­rała się Paige.

- Nie. Noah jest po pro­stu idiotą.

- Okej - Paige przy­znała jej rację. - Dajmy już temu spo­kój.

Heather i Noah miesz­kali razem od pra­wie czte­rech mie­sięcy. Ich zwią­zek spo­wo­do­wał roz­dź­więk w rodzi­nie. Paige nie roz­ma­wiała z kuzynką od tam­tej nocy, gdy przy­ła­pała ją z Noahem, pomimo nie­prze­ko­nu­ją­cych prób pojed­na­nia czy­nio­nych przez Heather. W geście lojal­no­ści jej matka odrzu­ciła pro­po­zy­cję kola­cji ze szwa­grem i jego żoną.

A teraz Ted Hamil­ton koń­czył osiem­dzie­siąt lat i w przy­szłą sobotę w hotelu Ritz-Carl­ton wyda­wano wiel­kie przy­ję­cie na jego cześć. Joan czuła się zobo­wią­zana pójść i chciała, by Paige zro­biła to samo. "Zawsze możesz kogoś ze sobą zabrać" - zasu­ge­ro­wała, wie­dząc prze­cież, że Heather będzie tam z Noahem.

- Tak, prawda - wyszep­tała Paige, gdy wyszła z Pru­den­tial Buil­ding na Boyl­ston Street. Wycią­gnęła tele­fon i spraw­dziła wia­do­mo­ści. Nie zna­la­zła żad­nej. Przy­wo­łała tak­sówkę, usia­dła na tyl­nym sie­dze­niu, podała adres Chloe w Cam­bridge i w myślach ana­li­zo­wała prze­bieg inte­rview, które wła­śnie miała za sobą, przy­po­mi­na­jąc sobie pyta­nia, które jej zada­wano, i swoje odpo­wie­dzi. Wie­działa, że nie poszło jej tak dobrze, jak miała nadzieję, że w naj­lep­szym razie jej odpo­wie­dzi były nija­kie, a pew­ność sie­bie zachwiana po sze­ściu mie­sią­cach bez­ro­bo­cia.

Nie wyka­zała się odpo­wied­nią bystro­ścią umy­słu, a poza tym wyglą­dała mało pro­fe­sjo­nal­nie w luź­nej sukience, którą w pośpie­chu narzu­ciła na sie­bie dziś rano. Powinna wró­cić do domu, żeby się prze­brać. Rany boskie, nawet nie miała na sobie sta­nika! To już Heather wyka­załaby wię­cej roz­sądku i wło­żyła coś sto­sow­niej­szego.

Co takiego powie­dział jej ojciec, gdy porów­ny­wał ją z kuzynką?: "Ty pre­zen­tu­jesz pew­ność sie­bie bez aro­gan­cji. Ona jest aro­gancka, nie będąc pewna sie­bie".

Teraz Paige nie miała ani tego, ani tego.

A Heather miała Noaha.

Na pewno będzie się nim chwa­lić na przy­ję­ciu u ojca.

- Cho­lera! - zaklęła Paige gło­śniej, niż zamie­rzała.

- Coś pani mówiła? - spy­tał kie­rowca, gdy zbli­żali się do Harvard Bridge.

- Nic, nic, prze­pra­szam - mruk­nęła, zajęta swoim tele­fo­nem. Klik­nęła na Match Sticks i prze­rzu­ciła długą listę ewen­tu­al­nych kan­dy­da­tów. Jakiś Studd Muf­fin chwa­lił się zdję­ciem przed­sta­wia­ją­cym obcia­cho­wego faceta z nagim tor­sem, wgry­za­ją­cego się w ogromną cze­ko­la­dową muf­finkę. Paige prze­su­nęła pal­cem w lewo, patrząc, jak jego wize­ru­nek znika. Romeo, prze­czy­tała kolejne pseudo obok zdję­cia męż­czy­zny w śred­nim wieku o cia­sto­wa­tej twa­rzy, który twier­dził, że jest fanem dłu­gich spa­ce­rów w desz­czu. Doprawdy? Znów prze­su­nęła pal­cem po wyświe­tla­czu. Ist­nieją dziś ludzie, któ­rzy roz­ko­szują się spa­ce­rami w desz­czu? Po Romeo nastą­pili Chau­cer, Luther i Just Plain Alan. No nie, tylko nie zwy­czajny Alan! Wyeks­pe­dio­wała kolejne zdję­cia w lewo. Może matka miała rację? Może rze­czy­wi­ście jest zbyt wybredna?

Chwila... A ten to kto? Zatrzy­mała się na zdję­ciu nie­ja­kiego Mr. Right Now. Roze­śmiała się. Facet ma przy­naj­mniej poczu­cie humoru. I jest wyjąt­kowo przy­stojny. Zakła­da­jąc, że choć tro­chę przy­po­mina tego z foto­gra­fii, byłby ide­al­nym part­ne­rem, żeby z nim u boku mogła zagrać nie­któ­rym na nosie na przy­ję­ciu u stryja. Nie! Dzwonki alar­mowe zabrzmiały jej w gło­wie, gdy przy­po­mniała sobie wczo­raj­sze fia­sko. Jesteś za dobry, żeby być praw­dziwy. Zamknęła apli­ka­cję i wrzu­ciła tele­fon do torebki.

Gdzie te czasy, kiedy można było poznać miłą sercu osobę w pracy albo u wspól­nych zna­jo­mych, albo nawet pode­rwać kogoś w barze? Czy wygoda i dostęp­ność współ­cze­snych tech­no­lo­gii spra­wiły, że bez­po­śred­nie kon­takty mię­dzy­ludz­kie ode­szły do lamusa? Ach, dobre stare czasy...

- Mówiła pani coś? - spy­tał znowu kie­rowca.

- Duży ruch - zaim­pro­wi­zo­wała Paige.

- Jak zawsze.

Paige ski­nęła głową, patrząc na długi sznur samo­cho­dów powoli prze­mie­rza­ją­cych Char­les River w stronę Cam­bridge. Może to nie tylko opor­tu­nizm, myślała. Może wszy­scy jeste­śmy po pro­stu samotni. Oparła się o brą­zowe winy­lowe sie­dze­nie i zamknęła oczy, zasko­czona, że pod zamknię­tymi powie­kami czai się Mr. Right Now. Zbyt samotny, by cze­kać na przy­pad­kowe spo­tka­nie w pracy albo liczyć na pośred­nic­two przy­ja­ciela. Zbyt leniwy, by wyjść do baru, zbyt nie­śmiały, by zary­zy­ko­wać bez­po­śred­nie odrzu­ce­nie.

Może póź­niej znów zawita na Match Sticks? I może od razu klik­nie na zdję­cie Mr. Right Now, żeby prze­ko­nać się, czy odwza­jemni jej zain­te­re­so­wa­nie? Czy moż­liwe, że jest tak atrak­cyjny, jak się przed­sta­wia?

- Poma­rzyć dobra rzecz - wyszep­tała.

Roz­dział piąty

Tak­sówka Paige zatrzy­mała się przed wąskim, jed­no­pię­tro­wym domem przy Bin­ney Street. Chloe już cze­kała przed drzwiami, ubrana w białe szorty i sty­lowy T-shirt Rol­ling Sto­ne­sów z wize­run­kiem gigan­tycz­nego języka, przy­ozdo­biony gwiaz­dami i pasami. Z jasnymi wło­sami zwią­za­nymi w wysoki kucyk wyglą­dała bar­dziej na nasto­let­nią baby­sit­terkę niż panią domu. Już z ulicy Paige widziała, że stało się coś nie­do­brego. Na sub­tel­nej twa­rzy przy­ja­ciółki malo­wał się gry­mas bólu, piękne oczy były puste i roz­bie­gane, raz po raz zagry­zała i wykrzy­wiała drżące wargi.

- Wejdź. - Chloe wpro­wa­dziła przy­ja­ciółkę do przed­po­koju i zamknęła drzwi.

- Co się dzieje? - spy­tała Paige, wcho­dząc za Chloe do małej, bia­łej kuchni. - Dobrze się czu­jesz?

- Szcze­rze mówiąc, nie. To zna­czy nie jestem chora ani nic takiego.

- Coś z dziećmi?

- Nic im nie dolega. - Chloe wska­zała gestem schody w głębi domu. - Są w mojej sypialni. Pozwo­li­łam im pooglą­dać kre­skówki. Chcesz coś do picia?

- Może tro­chę wody.

Chloe bły­ska­wicz­nie pode­szła do zlewu i nalała wody do szklanki.

- Lodu?

- Nie, dzię­kuję.

- Cho­dzi o Matta - powie­działa Chloe, poda­jąc Paige wodę i zapra­sza­jąc ją gestem do stołu.

- Czy on... czy on cię ude­rzył? - Paige wstrzy­mała oddech, sia­da­jąc na jed­nym z pla­sti­ko­wych krze­seł sto­ją­cych wokół okrą­głego sto­lika.

- Nie, oczy­wi­ście, że nie.

Chloe nie­ustan­nie zaprze­czała, że Matt ma skłon­ność do ręko­czy­nów, pomimo poja­wia­ją­cych się spo­ra­dycz­nie śla­dów świad­czą­cych, że posu­nął się do prze­mocy fizycz­nej. Paige, popi­ja­jąc wodę, cze­kała na następne słowa przy­ja­ciółki.

- Ale nie uwie­rzysz, co on zro­bił!

Uwie­rzę, pomy­ślała Paige.

- Co zro­bił?

- Nie uwie­rzysz - powtó­rzyła Chloe.

- No to powiedz.

- Pokażę ci. - Chloe się­gnęła po lap­top leżący na bla­cie obok kuchenki. - Zobacz! - Jej palce z wielką wprawą zatań­czyły na kla­wia­tu­rze. Chwilę póź­niej poja­wiło się zdję­cie uśmiech­nię­tej pary - lśniące zęby i błysk w oczach - a pod nim logo: PER­FECT STRAN­GERS.

Paige od razu roz­po­znała por­tal rand­kowy. Wszyst­kie wyglą­dały podob­nie. Różne nazwy, iden­tyczny cel. Cho­ciaż jesz­cze się nie zna­cie - wid­niało na stro­nie - ale kto wie, może jeste­ście dla sie­bie stwo­rzeni.

- O co cho­dzi? - spy­tała Paige.

- Pocze­kaj chwilę - powie­działa Chloe.

Pomo­żemy ci zna­leźć ide­al­nego part­nera, który być może okaże się TYM JEDY­NYM. Zare­je­struj się już teraz - prze­czy­tała Paige, zanim kil­koma klik­nię­ciami Chloe wysłała te słowa w cyber­prze­strzeń, po czym zoba­czyła zdję­cia męż­czyzn, a obok nich krót­kie opisy.

Chloe szybko prze­wi­jała listę, zdję­cia dzie­siąt­ków face­tów do wzię­cia poja­wiały się i zni­kały z pola widze­nia. Zatrzy­mała się na foto­gra­fii męż­czy­zny o jasno­brą­zo­wych wło­sach, zamy­ślo­nych oczach i głę­bo­kich dołecz­kach ujmu­ją­cych w nawias jego usta.

- Pozna­jesz?

- Jasny gwint!

- To nie żarty - powie­działa Chloe.

- Może to nie on? - Głos Paige zabrzmiał nie­prze­ko­nu­jąco nawet w jej wła­snych uszach.

- Matt i ja jeste­śmy mał­żeń­stwem od ośmiu lat. Myślę, że potra­fię go roz­po­znać.

- Może to ktoś podobny do niego - łudziła się Paige.

- Tak myślisz? No to pocze­kaj. - Chloe wyma­sze­ro­wała z kuchni.

- Do dia­bła! - mruk­nęła Paige, przy­pa­tru­jąc się zdję­ciu; cho­ciaż wyra­ziła wąt­pli­wo­ści, wie­działa, że jest to Matt. - Ty żało­sny gnojku! Co się z tobą dzieje?

- Masz! - Chloe wró­ciła do kuchni i rzu­ciła na stół foto­gra­fię. - Na­dal myślisz, że jest do niego tylko podobny?

Paige wpa­try­wała się w więk­szą odbitkę tego samego zdję­cia.

- Zostało zro­bione zeszłego lata w domku Pete'a i San­dry. Mat­towi tak się spodo­bało, że je wydru­ko­wał. Próżny skur­wy­syn. Chcesz wie­dzieć, jak się dowie­dzia­łam?

Zanim Paige zdą­żyła odpo­wie­dzieć, dom eks­plo­do­wał krzy­kami dwojga dzieci, które z hukiem zbie­gły po scho­dach i wpa­dły do kuchni. Chloe szybko zamknęła lap­top.

- Mamu­siu! - krzyk­nął sze­ścio­letni Josh, któ­rego usta były wierną kopią ust matki.

- Ja pierw­sza! - zawo­łała Sasha, dumna posia­daczka brą­zo­wych oczu swego ojca i jego dołecz­ków.

Te prze­klęte dołeczki, pomy­ślała Paige. Zgubne dodatki.

- Uspo­kój­cie się - powie­działa Chloe, gdy oboje przy­warli do jej ud. - Przy­wi­ta­li­ście się z Paige?

- Cześć - rzu­cił przez ramię Josh.

- Dzień dobry - powie­działa Sasha, zawsze bar­dziej ofi­cjalna. - Znamy magiczną sztuczkę!

- Wła­śnie poka­zy­wali ją w tele­wi­zji - dodał Josh. - Chce­cie zoba­czyć?

- Ja pierw­sza! - zapro­te­sto­wała Sasha; wyglą­dała, jakby zaraz miała się roz­pła­kać.

- Może poka­że­cie ją razem? - zapro­po­no­wała Chloe.

Dzieci wymie­niły spoj­rze­nia; Sasha zgo­dziła się pierw­sza.

- Okej - przy­tak­nął Josh, prze­no­sząc wzrok z matki na Paige, a potem z powro­tem na sio­strę. - Gotowa?

Dzieci unio­sły prawe ręce i wyma­chi­wały nimi w górę i dół, jakby trzy­mały cza­ro­dziej­skie różdżki.

- Zamie­niamy was w gruszki! - jed­no­cze­śnie wyre­cy­to­wały uro­czy­stym tonem. - Bój­cie się!

- Co? - Powolny uśmiech roz­lał się na policz­kach Chloe.

- Zamie­niamy was w gruszki! - dzieci powtó­rzyły z jesz­cze więk­szą powagą. - Bój­cie się!

- W gruszki? - zdzi­wiła się Paige.

- Może macie na myśli wróżki? - pod­su­nęła Chloe.

- Nie - upie­rał się Josh. - Zamie­niamy was w gruszki!

- Bój­cie się! - powtó­rzyła Sasha.

- W porządku - powie­działa Chloe. - A więc jestem gruszką.

- Ja rów­nież - przy­tak­nęła Paige.

Zado­wo­lone dzie­ciaki wybie­gły z rado­snym piskiem z kuchni.

- Czy mi się zdaje, że koniec koń­ców nie poka­zały nam tej sztuczki? - spy­tała Paige.

- Chyba wystar­czy im zamiana nas w zalęk­nione gruszki. - Chloe zachi­cho­tała, a potem natych­miast wybu­chła pła­czem. - Och, Boże! Co ja zro­bię? Moje biedne dzieci...

- Z dziećmi wszystko będzie dobrze - powie­działa Paige. - Teraz mar­twię się o cie­bie.

- Jak on mógł to zro­bić?

- Bo jest face­tem - powie­działa Paige, mając przed oczami Noaha w łóżku z jej stry­jeczną sio­strą. - A faceci robią głup­stwa. Powiedz mi, jak to odkry­łaś?

Chloe klap­nęła na krze­sło obok Paige.

- Gdy Matt dzi­siaj wyszedł do pracy... zamy­kał trans­ak­cję tej rezy­den­cji w New­ton, którą od mie­sięcy sta­rał się sprze­dać... w każ­dym razie to nie ma zna­cze­nia; zresztą kto wie, czy to prawda. W każ­dym razie - powtó­rzyła, jąka­jąc się i prze­ry­wa­jąc, żeby zła­pać oddech - może dzie­sięć minut póź­niej dzwoni tele­fon, odbie­ram i ta kobieta mówi: "Myślę, że powinna pani wie­dzieć, że pani mąż figu­ruje na wielu por­ta­lach rand­ko­wych". I się roz­łą­cza. Nie wie­dzia­łam, o czym ona mówi. Posta­no­wi­łam ją zigno­ro­wać - to zna­czy uzna­łam ją za jakąś wariatkę, no nie? Ale potem, oczy­wi­ście, posta­no­wi­łam spraw­dzić. Nie mogłam się powstrzy­mać. Biorę kom­pu­ter i reje­struję się na Per­fect Stran­gers, ponie­waż jestem idiotką, a to mi wolno. Prze­wi­nę­łam oferty i... bingo! Oto i on. Mój uko­chany mąż, ojciec dwojga dzieci, na por­talu rand­ko­wym! I jest nie tylko tu. Na mnó­stwie innych - cią­gnęła Chloe - na Per­fect Stran­gers, Tin­de­rze, eHar­mony, Match Sticks... Gdzie tylko chcesz! - Pokrę­ciła głową. - Jak mógł sądzić, że się o tym nie dowiem? Połowa moich przy­ja­ciół korzy­sta z tych stron! I ty na nich jesteś... - Chloe wpa­try­wała się w Paige. - Wie­dzia­łaś o tym?

- Ja? Skądże! Oczy­wi­ście, że nie! Powie­dzia­ła­bym ci. Prze­cież wiesz.

- Rze­czy­wi­ście? Po tym co się stało?

Paige powie­działa Chloe, że widziała Matta z inną kobietą, gdy Chloe była w ciąży z Sashą. Wów­czas Matt zare­ago­wał świę­tym obu­rze­niem i wyszło na to, że Paige albo się pomy­liła, albo jest zazdro­sna. I jak w kla­sycz­nym przy­padku zabi­cia posłańca przy­no­szą­cego złe wie­ści, przy­jaźń mię­dzy kobie­tami prze­szła kry­zys.

- Tylko spójrz na tych palan­tów! - Chloe pod­nio­sła znów pokrywę lap­topa i szybko prze­wi­jała serię zdjęć. - Wie­dzia­łaś, że mają spe­cjalną stronę dla żona­tych? Która zresztą jest praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej uczciwa. Spójrz na tego faceta - powie­działa Chloe pod­nie­sio­nym gło­sem, zatrzy­mu­jąc się na zdję­ciu męż­czy­zny nazy­wa­ją­cego sie­bie Sur­fer Dude. - I tego Mr. Right Now.

Paige wbiła wzrok w zna­jomą foto­gra­fię. Mr. Right Now odwza­jem­niał jej spoj­rze­nie, pra­wie zmu­sza­jąc ją, by odwró­ciła wzrok.

- Ten też figu­ruje na wszyst­kich por­ta­lach. - Chloe roze­śmiała się nie­przy­jem­nym, gar­dło­wym śmie­chem. - Jakby z takim wyglą­dem potrze­bo­wał lan­so­wać się w inter­ne­cie, żeby pozna­wać kobiety. Co ja plotę? - Wzięła głę­boki oddech. - Prze­cież Matt jest rów­nie przy­stojny jak on, do cho­lery!

Paige prze­nio­sła wzrok na przy­ja­ciółkę.

- I co zamie­rzasz zro­bić?

- Nie jestem pewna - przy­znała Chloe. - Może powin­nam zain­te­re­so­wać się jed­nym z tych face­tów? Odpła­cić Mat­towi pięk­nym za nadobne?

- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł.

Josh wpadł z impe­tem do kuchni.

- Kto to jest? - spy­tał, zanim Chloe zdą­żyła zamknąć ekran.

- Nikt. - Chloe z trza­skiem zamknęła lap­top. - Co się stało?

- Czy my wie­rzymy w Boga? - spy­tał chło­piec.

- Czy my wie­rzymy...? Dla­czego o to pytasz? - zdu­miała się jego matka.

- Jakiś chło­pak dzi­siaj na let­niej szkole mówił o Bogu i nie­bie, i takie tam... Czy my w to wie­rzymy?

- To chyba nie naj­lep­szy moment na takie pyta­nie.

- Dla­czego?

- Nie jestem już pewna, w co wie­rzę - odpo­wie­działa Chloe, wyraź­nie zbyt zmę­czona, by uda­wać.

Josh zmru­żył oczy.

- Ale wie­rzymy we wróżkę-zębuszkę, prawda? - spy­tał z nadzieją.

Paige uśmiech­nęła się, gdy Chloe wal­czyła ze łzami.

- Zde­cy­do­wa­nie wie­rzymy we wróżkę-zębuszkę - uspo­ko­iła go matka.

Roz­dział szó­sty

Kiedy Paige weszła do jasno oświe­tlo­nego miesz­ka­nia, zastała matkę z książką w ręku oglą­da­jącą wie­czorne wia­do­mo­ści. Joan zerwała się na równe nogi z wycze­ku­ją­cym uśmie­chem w oczach.

- Jak poszła roz­mowa kwa­li­fi­ka­cyjna?

Paige opa­dła na pobli­ski fotel, wpa­tru­jąc się pustym wzro­kiem w gigan­tyczny ekran tele­wi­zora na prze­ciw­le­głej ścia­nie salonu.

- Nie­zbyt dobrze.

- Och! - Uśmiech znik­nął z twa­rzy Joan. - Myśla­łam, że skoro tak długo tam sie­dzisz, to zna­czy, że dobrze ci idzie.

- Nie. Roz­mowa skoń­czyła się szybko. Wpa­dłam do Chloe. Prze­pra­szam, powin­nam była zadzwo­nić.

- Nie ma sprawy. Zapo­mnia­łam, że się tam wybie­rasz. Co u niej?

- Nie­zbyt dobrze - Paige powtó­rzyła swoje słowa sprzed chwili.

Joan wie­działa, że nie należy naci­skać. Obie patrzyły w tele­wi­zor: foto­gra­fia mło­dej, ład­nej kobiety z dłu­gimi, ciem­nymi wło­sami wypeł­niła ekran. "Dwu­dzie­sto­ośmio­let­nia Tif­fany Sle­ight zagi­nęła pięć dni temu - mówił spi­ker. - Powie­działa kole­gom, że po pracy idzie na spo­tka­nie z przy­ja­cie­lem i odtąd jej nie widziano. Kto­kol­wiek posiada infor­ma­cje na temat miej­sca jej pobytu pro­szony jest o kon­takt z poli­cją...".

- Czy jakaś inna dziew­czyna nie zagi­nęła mniej wię­cej mie­siąc temu? - spy­tała Joan.

Paige wzru­szyła ramio­nami. Kobiety cią­gle zni­kały. Cza­sami pra­gnęła być jedną z nich. Wystar­czy pstryk - i już by jej nie było.

Zamie­niamy was w gruszki...

Joan pod­nio­sła pilota ze skó­rza­nego pod­nóżka sto­ją­cego przed sofą i ści­szyła dźwięk.

- Wystar­czy. Jesteś głodna?

- Nie bar­dzo.

- Zro­bi­łam lasa­gne.

- Może póź­niej.

- Chcesz iść do kina? Grają jakiś nowy film z tym przy­stoj­nym akto­rem... jakże on się nazywa? Chris jakiś tam... No wiesz, znasz go.

- Matt znowu zdra­dza Chloe - wypa­liła Paige.

- O rety! Jesteś pewna?

Paige się­gnęła po torebkę i wyjęła tele­fon; pod­nio­sła się z fotela i popro­wa­dziła matkę na obitą nie­bie­skim aksa­mi­tem sofę, a potem usia­dła przy niej. Otwo­rzyła apli­ka­cję Per­fect Stran­gers, prze­wi­nęła roz­ma­ite foto­gra­fie i zatrzy­mała się na zdję­ciu Matta.

- Sama zobacz.

Matka wes­tchnęła.

- Co się dzieje z tymi face­tami? Czy oni się pro­szą, żeby ich przy­ła­pano?

Paige wie­działa, że matka myśli o Noahu.

Joan pokrę­ciła głową.

- Poka­za­łaś to Chloe?

- Ona mi poka­zała.

- Bie­dac­two. Jak to znosi?

Paige wzru­szyła ramio­nami. Ten gest świad­czył, że nie­do­brze.

- Popatrz, popatrz! - zain­te­re­so­wała się Joan po chwili mil­cze­nia. - Nie mia­łam poję­cia... - Wzięła tele­fon z rąk Paige. - Och, ten wygląda miło. - Zatrzy­mała się na zdję­ciu męż­czy­zny nazy­wa­ją­cego sie­bie Sam­son. - Nieco za dłu­gie włosy, ale co za uśmiech. Piękne zęby. Może powin­naś...? Co trzeba zro­bić, jeśli chce się z kimś nawią­zać zna­jo­mość?

- Prze­su­wasz pal­cem w prawo.

- Czy tak? - Jej matka z roz­tar­gnie­niem prze­su­nęła pal­cem wska­zu­ją­cym po wyświe­tla­czu.

- Mamo! Co ty robisz? - Paige wyrwała apa­rat z rąk matki.

- Co takiego zro­bi­łam?

- Dałaś mu znać, że podoba ci się jego zdję­cie.

- Co to ozna­cza?

- Ozna­cza, że jeśli jest zain­te­re­so­wany... Och, mój Boże...

- Co?

- On jest zain­te­re­so­wany!

- Skąd wiesz?

- Widzisz? - wyja­śniła Paige, wska­zu­jąc na ekran. - To ozna­cza, że jest aktywny w sieci, a więc natych­miast zoba­czył, że weszłam na jego zdję­cie, i zro­bił to samo.

- Fascy­nu­jące! I co teraz? Zadzwoni?

- Prze­syła wia­do­mość - popra­wiła ją Paige. - To pro­ces. Przez jakiś czas prze­sy­ła­cie sobie wia­do­mo­ści, a potem, jeśli ci się podo­bają, zga­dzasz się na tele­fon. Póź­niej ewen­tu­al­nie spo­ty­ka­cie się na drinka.

- A nie lepiej od razu się spo­tkać? - spy­tała matka. - Po co tra­cić tyle czasu na pisa­nie?

- Ponie­waż... Och, mój Boże - zawo­łała Paige, gdy jej tele­fon zapisz­czał, zwia­stu­jąc nad­cho­dzą­cego ese­mesa. - Chce się spo­tkać na drinka!

- Ten gość mi się podoba - stwier­dziła Joan Hamil­ton.

- A więc się z nim umów.

- Nie bądź głu­pia, kocha­nie. To twoje zdję­cie mu się spodo­bało. Odpisz mu.

- To absurd. Nie.

Ale wystu­kała:

Kiedy byś chciał?

Może dziś wie­czo­rem? - nade­szła szybka odpo­wiedź. O ósmej? W Mur­phy's przy Somer­set?

- Świet­nie! - ucie­szyła się matka. - To prze­cież tuż za rogiem. Zgódź się. No już, kocha­nie. Mia­łaś ciężki dzień. Naj­pierw ja i moje oczy, potem twoja kuzynka, potem spo­tka­nie w spra­wie pracy, wresz­cie - Chloe. Zasłu­gu­jesz na tro­chę zabawy.

- On wcale nie będzie zabawny.

- Tego nie wiesz. No dalej, kto nie ryzy­kuje, ten nie pije szam­pana.

- Mogę cię zacy­to­wać?

- Tak, możesz. A więc powiedz mu "tak".

Do zoba­cze­nia o ósmej - napi­sała Paige.

- Chyba osza­la­łam!

- Na litość boską, kocha­nie, to po co figu­ru­jesz na tych stro­nach? A tak przy oka­zji, na ilu jesteś?

- Nie wiem. Na kilku - powie­działa Paige od nie­chce­nia. Wię­cej niż kilku, pomy­ślała, upusz­cza­jąc tele­fon na poduszkę. Co ludzie robili, zanim powstały strony rand­kowe? - Jak pozna­łaś tatę? - spy­tała, przy­tu­la­jąc się do matki.

- Prze­cież wiesz. Twój ojciec w kółko opo­wia­dał tę histo­rię.

- Ni­gdy nie sły­sza­łam two­jej wer­sji.

- Bo nie potra­fi­łam opo­wia­dać tak dobrze jak on. A poza tym - dodała - nie chcia­łam go kon­tro­wać.

- Co masz na myśli? To nie była prawda?

- Powiedzmy, że tro­chę pod­ko­lo­ro­wana.

Paige odsu­nęła się od matki.

- To zna­czy?

- Wiesz, że twój ojciec zawsze twier­dził, że poznał mnie, gdy prze­pro­wa­dzał ze mną roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną na sta­no­wi­sko jego sekre­tarki. Wtedy miał powie­dzieć mi pro­sto z mostu, że nie może mnie zatrud­nić, ponie­waż zamie­rza się ze mną oże­nić.

- A tak nie było?

- I tak, i nie - uści­śliła Joan. - Nie zatrud­nił mnie, ponie­waż byłam kiep­ską maszy­nistką. - Uśmiech­nęła się. - Ale zapi­sał mój numer tele­fonu i po jakimś tygo­dniu od naszego spo­tka­nia zadzwo­nił i zapro­sił mnie na randkę. A po kilku tygo­dniach poja­wił się u nas na progu i oznaj­mił moim rodzi­com, że bie­rzemy ślub; powie­dział, że od pierw­szej chwili, gdy mnie zoba­czył, wie­dział, że jestem dla niego tą jedyną. - Uśmiech roz­ja­śnił jej twarz. - W miarę upływu lat ta histo­ria... cóż, powiedzmy, że ewo­lu­owała. To tak jak film, który jest oparty na praw­dzi­wych wyda­rze­niach. Zmie­niają kilka szcze­gó­łów, skra­cają czas, i to, co dosta­jesz, jest w grun­cie rze­czy prawdą, tylko bar­dziej dra­ma­tyczną. A twój ojciec miał wybitne zdol­no­ści dra­ma­tyczne.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki