3 Budynki szpitali mają w sobie coś obezwładniającego. Nawet te nowoczesne, których architekci zerwali ze sztywną konwencją białych korytarzy i zielonej podłogi, onieśmielają ludzi wchodzących do środka. Przechodząc przez główne wejście, każdy zostaje symbolicznie, chcąc nie chcąc, pozbawiony swojej roli w społeczeństwie i całego dorobku życia. Oczywiście zasobność portfela może mieć wpływ na komfort, w jakim spędza się czas w szpitalu, ale jedynie do pewnego stopnia. Przypięte rurki i elektrody są dla wszystkich tak samo niewygodne, a badania ciśnienia co parę godzin przez całą dobę jest tak samo męczące zarówno dla bogatych, biednych, sławnych, jak i całkiem nieznanych. Budynek Szpitala im. Brata Alberta wydawał się wręcz zaprojektowany do tego, by budzić respekt. Został wzniesiony zaraz po wojnie z wielkich cementowych płyt. Wybudowany na planie litery U, otaczał wchodzącą osobę ze wszystkich stron swoją masywną konstrukcją. Przez ponad pół wieku był największym szpitalem w południowej części Polski. W jego zawiłych korytarzach gubili się nawet pracownicy, gdy tylko przyszło im odwiedzić inny, odleglejszy oddział.
- Gabrysiu? - zapytała sześćdziesięcioletnia kobieta, dotykając delikatnie jej ramienia.
Gabriela obróciła się gwałtownie. W zamyśleniu nie słyszała kroków swojej ciotki. Chociaż nie widziała jej od dziesięciu lat, nie potrzebowała ani chwili, by rozpoznać jej twarz. Jej ograniczona mimika mimo upływu czasu nie zostawiała na skórze trwałych śladów. W idealnie upiętych włosach nie było siwizny. Jedynie duże niebieskie oczy zdawały się zajmować więcej miejsca na szczupłej twarzy i to one najbardziej zdradzały upływ lat.
- Ciocia Pia! - odpowiedziała, otrząsając się z letargu, w którym tkwiła od momentu przyjścia do szpitala.
Pia uśmiechnęła się, nie otwierając ust. Zawsze tak robiła. Gdy była jeszcze nastolatką, ktoś w szkole jej powiedział, że ma żółte zęby, i od tamtej pory nigdy ich nie pokazywała, choć chodziła regularnie do dentysty na ich wybielanie. Nawyk jednak pozostał.
- Nie poznałam cię z daleka, chociaż kto inny jak nie ty by tu był.
Pia przyglądała się jej twarzy wnikliwie, nie ukrywając zaskoczenia, zmianami, które na niej zobaczyła.
- Pewnie się bardzo zmieniłam, dlatego mnie nie poznałaś - odparła speszona Gabriela. - Tyle lat w końcu minęło.
Pia zmrużyła nieco oczy, po czym wzięła jej dłoń w swoje ręce.
- Wcale się nie zmieniłaś, drogie dziecko. Zawsze byłaś i jesteś piękną kobietą - rzekła, po czym pogłaskała jej rozpuszczone czarne włosy.
- Już nie taką młodą. Mam prawie czterdzieści lat - powiedziała Gabriela z grymasem. Czuła, że zaczyna się rumienić. Zawsze miała problemy z ukrywaniem emocji. Pia, jakby czytając jej myśli, odwróciła swój wzrok i popatrzyła w stronę okna do sali chorych. Szpitalny korytarz był pusty i cichy. Wszyscy pacjenci wydawali się tkwić w jakimś zaczarowanym półśnie, mimo że był środek dnia.
- To najwspanialszy wiek dla kobiety - przerwała Pia.
- Skoro tak mówisz, ciociu.
- Ja w twoim wieku poczułam w końcu, że mogę naprawdę odetchnąć pełną piersią. Wiedziałam, kim jestem i czego chcę od życia, a jednocześnie w końcu miałam czas dla siebie samej, którego wcześniej zawsze mi brakowało.
- Bo ty miałaś rodzinę. Dziecko, którym musiałaś się wcześniej zajmować, dom do ogarnięcia, więc pewnie odczułaś sporą różnicę.
- Ale ty też przecież masz dom. Znaczy swoje mieszkanie w Gdańsku, prawda? - zapytała ciocia, badając ją wzrokiem.
- Tak, oczywiście, mam mieszkanie. Nic się nie zmieniło - odburknęła Gabriela, karcąc siebie w duchu, że pozwoliła, by rozmowa zeszła na ten temat.
Rozejrzała się dookoła. Miała ochotę na kawę, ale wchodząc, nigdzie nie widziała żadnego automatu. Pia stała obok, wyprostowana i sztywna. Jej mama kiedyś jej wspomniała, że to dlatego, że gdy były małe, to ona powiedziała jej, że prawdziwe damy poznaje się po tym, że nawet we śnie albo na toalecie są całkowicie wyprostowane, a te fałszywe damy garbią się, gdy tylko zostają na chwilę same. Dziecięca zabawa zmieniła się w prawdziwą obsesję Pii, zresztą jedną z wielu, które dotyczyły jej wyglądu.
- Dziwne, że teraz nikogo nie ma koło niej - przerwała ciszę Gabriela. - Odkąd pamiętam, zawsze ktoś przy niej był, by ją wielbić i podziwiać.
- W jej stanie odwiedziny innych osób nie byłyby wskazane. Tylko najbliżsi - zaczęła tłumaczyć Pia, tak jakby brak ludzi był oznaką chwilowej słabości.
- Wiem, ale to i tak dziwne...
- Co powiedział lekarz? - zapytała Pia.
- Jeszcze z nikim nie rozmawiałam.
- A Zu?
- Co z nią? - spytała Gabriela, nie odwracając oczu od szyby.
- Jak się dzisiaj czuje? Wczoraj, jak do niej wstąpiłam, była pod wpływem silnych lekarstw i nie mogłam się z nią dogadać.
- Nie wiem - odrzekła Gabriela, wzruszając ramionami.
- Nie weszłaś do niej? - zapytała Pia, bardzo się starając, by w jej głosie nie było słychać tonu oskarżenia.
- Nie. Spała cały czas. Nie wiedziałam, czy powinnam ją budzić - skłamała.
Nie wchodziła ze względu na gniew, który ponownie zaczął palić jej trzewia od środka. To było niesprawiedliwe, że przez tę sytuację została zmuszona do powrotu i zrobienia pierwszego kroku. To nie ona powinna go robić. To nie ona powinna teraz starać się być miła i pomocna. Nie ona.
Pia patrzyła na siostrzenicę. Twarz Gabrieli była nieruchoma, ale emocje i myśli walczące o swoje miejsce w jej głowie powodowały mimowolny ruch gałek ocznych. Cienie pod oczami zdradzały zmęczenie. Włosy były lekko przetłuszczone i w nieładzie, a bluzka niewyprasowana. Nie była nigdy w tak oczywisty i wręcz narzucający się sposób piękna jak jej mama, ale miała ładne, delikatne rysy. Pię zawsze denerwowało to, że Gabriela od dziecka wyglądała i zachowywała się jak brzydkie kaczątko, choć nie musiała nim być. To był jej wybór.
- To może w takim razie idź najpierw do lekarza, ordynatora najlepiej. Pielęgniarki na pewno ci powiedzą, gdzie on jest. A ja poczekam tutaj. Może w tym czasie się obudzi.
Gabriela nie ruszyła się z miejsca.
- Wolisz tu zostać? To może ja pójdę i poproszę, żeby jakiś lekarz tu podszedł?
- Jak długo leżała w domu nieprzytomna? - odpowiedziała Gabriela pytaniem na pytanie.
- Wydaje mi się, że nie dłużej niż jeden dzień.
- Myślałam, że codziennie ze sobą rozmawiacie przez telefon.
- Wiesz, jak jest z Zu. Gdy nad czymś pracuje, to nie ma jej dla nikogo, a ostatnio była czymś wyraźnie zajęta.
- To skąd wiesz, jak długo leżała na podłodze w domu?
- Trzy dni przed tym, jak ją znalazłam, była u mnie, by zrobić pranie. A dzień wcześniej jej sąsiadka mówiła, że wydaje się jej, że słyszała, jak rozmawiała z kimś głośno przez telefon.
- Może nie rozmawiała, tylko wołała o pomoc - odpowiedziała Gabriela. - Dlaczego robiła u ciebie pranie?
- Pralka się jej zepsuła, a nie kupiła jeszcze nowej.
- Hmm.
- Co?
- Byłam rano w domu.
- Naprawdę?
- Tak.
- W kuchni leżał kot.
- Kot? Zu nie ma kota. Może jakiś przybłęda? Najlepiej będzie wypuścić go przez ogród.
- Kot nie żył.
- Nie żył?
- Tak. Znalazłam w zlewie w jej kuchni zdechłego kota. A cały dom był...
- Jaki?
- W okropnym stanie. Jakby nikt w nim nie mieszkał od lat.
- No wiesz, Zu ma już swoje lata.
- Ona jest niewiele starsza od ciebie, ciociu. Ma sześćdziesiąt pięć lat. Chcesz mi powiedzieć, że ty też masz zdechłego kota w domu i to jest normalne?
- No nie, ale wiesz, że ona nigdy nie była typową gospodynią domową...
- Nie była, ale..
- Popatrz - przerwała jej ciocia, pokazując ręką w kierunku okna w sali chorych. - Chyba się obudziła. Idź do niej.
Pia, widząc brak reakcji, otworzyła drzwi i obdarowała Gabrielę jednym ze swoich nieznoszących sprzeciwu spojrzeń. Gabriela skrzyżowała ręce na piersi i weszła do środka. W sali stały trzy łóżka, ale tylko jedno było zajęte. Ciekawe, czy innym pacjentom też zapewniają takie komfortowe warunki - zastanawiała się Gabriela, rozglądając się. Na środkowym łóżku pod szpitalną kołdrą leżała drobna kobieta. Jej naturalnie grube, długie włosy zajmowały większą część poduszki. Zu, mimo swojego wieku, od dwudziestu lat miała tylko jedno pasmo błyszczących srebrnych włosów. Twarz kobiety wydawała się bardzo blada. Może dlatego, że zazwyczaj malowała usta krwistoczerwoną szminką, a policzki szczodrze oprószała różem. A może twarz była taka blada z wycieńczenia? Gabriela patrzyła na nią przez chwilę w milczeniu. Słabe światło wpadające przez niewielkie okienko nie pozwoliło jej jednak na jednoznaczną ocenę. Spod kołdry wysunęła się szczupła ręka z charakterystycznymi długimi palcami Zu. Gabriela zawsze uważała, że dłonie jej mamy są naprawdę piękne i niepowtarzalne. Zu rzadko malowała paznokcie lakierem, za to często miała na nich ślady atramentu na bokach palców lub resztki kolorowych farb pod paznokciami. Mimo wszystko żadne ręce innych kobiet nie mogły się z nimi równać. Teraz na wysuniętej dłoni matki nie było ani atramentu, ani farb. Były za to wyraźne zadrapania. Paznokcie były połamane, a pod nimi widniał brud, jakby kopała nimi w ziemi bez rękawiczek.
- Cześć, mamo - powiedziała cicho. Starała się jak najbardziej opanować ton głosu, by nie zdradzał emocji. Kobieta leżąca w łóżku nie poruszyła się jednak ani nie popatrzyła na nią. Gabriela powtórzyła więc ponownie "Cześć, mamo", tyle że głośniej.
- Cześć, mamo? - powtórzyła Zu, powoli odwracając głowę tak, by mogła zobaczyć swoją córkę. Jej wargi poruszały się nadal, jakby przeżuwała ponownie wypowiedziane dopiero co słowa, aż w końcu jej oczy natrafiły na twarz Gabrieli. - Mała G?
Gabriela otworzyła usta i powtórnie je zamknęła - jak ryba, która próbuje oddychać po wyciągnięciu z wody. Pia powiedziała jej przez telefon, że jej mama jest w złym stanie i prawdopodobnie będzie potrzebowała operacji. Jadąc swoim samochodem z drugiego krańca Polski, Gabriela przygotowywała się na walkę słowną. Jej mama do większości rzeczy miała skrajne podejście, albo coś kochała, albo tego absolutnie nienawidziła. Wizyty lekarskie, badania, a w szczególności pobyty w szpitalu należały do tej drugiej kategorii rzeczy, o które zazwyczaj trzeba było stoczyć z Zu bój. Jej bezradność była zupełnie nieoczekiwana i emocjonalnie rozbrajająca.
- Co tu robisz? - zapytała Zu, po czym zaczęła nerwowo rozglądać się po sali.
- Ciocia zadzwoniła, że jesteś w szpitalu, więc przyjechałam.
- Przyjechałaś? - zapytała Zu, jak gdyby nie rozumiała dalej powodu, dla którego jej córka pojawiła się nagle, po niemal dziesięciu latach, przy jej łóżku.
- Leżałaś w domu nieprzytomna. Jeszcze nie rozmawiałam z lekarzem, ale zdaje się, że będzie potrzebna operacja.
Zu zaczęła niezdarnie gramolić się w łóżku, starając się usiąść. Obolałe ciało stawiało opór. Spojrzała niepewnie na swoją prawą opuchniętą rękę, na której były liczne opatrunki. Poruszyła lekko palcami, jakby coś sprawdzała, po czym wsadziła rękę pod kołdrę.
- Chyba coś mam z brzuchem - powiedziała.
- Boli cię pewnie z upadku.
- Moje ciało nie działa. Pomóż mi - wycedziła przez zaciśnięte zęby. Jej głos zaczął zdradzać frustrację.
Gabriela podeszła do matki. Spróbowała ją podciągnąć wyżej, ale Zu zaczęła syczeć z bólu i wyszarpała rękę z jej uścisku.
- Zostaw - krzyknęła.
- Lepiej się połóż, mamo. Jesteś mocno potłuczona.
- Leżenie też boli - odburknęła Zu, nadal starając się znaleźć wygodną pozycję.
- Pamiętasz, co się stało?
- Kiedy?
- No parę dni temu, gdy upadłaś? Wiesz, czy coś cię zabolało, czy zemdlałaś?
- A Pia nie wie?
- Byłaś sama w domu.
- Ja nigdy w nim nie jestem sama.
- Ale wtedy byłaś. Pia znalazła cię następnego dnia. Byłaś nieprzytomna.
Zu wpatrywała się w twarz Gabrieli, jakby czegoś szukała albo czekała na dalsze wyjaśnienia.
- Jak się teraz czujesz? Przynieść ci coś? Może wodę?
- A nie mają tu wody? - zapytała Zu i ponownie nerwowo zaczęła się rozglądać po sali.
- Mają, ale może masz na coś ochotę?
- Dlaczego chcą robić operację?
- Nie rozmawiałam jeszcze z lekarzem, ale z tego, co mi mówiła Pia, to są jakieś problemy z sercem. Pewnie dlatego się przewróciłaś w domu.
- Wiesz, gdzie są moje rzeczy?
Gabriela podeszła do szafki przy łóżku. W środku była kosmetyczka i ciasteczka czekoladowe.
- Pewnie wzięli je do jakiegoś magazynu.
- Nie mogę wyjść w tym do domu. Na zewnątrz jest zimno.
- Na zewnątrz jest ciepło, ale ty na razie musisz zostać. Mówiłam ci, że będziesz miała operację.
Gabriela starała się mówić spokojnie i nie zdradzając przy tym żadnych emocji, które powoli zaczynały się pojawiać w jej sercu.
- Nie mogę zostać. Muszę coś zrobić. To bardzo ważne - odparła Zu, po czym popatrzyła w oczy Gabrieli z taką intensywnością, że przeszły ją ciarki po plecach.
- Co? Co musisz zrobić?
- Nie wiem - przyznała Zu, wciąż próbując się podciągnąć na łóżku.
- Co robiłaś wcześniej? Dlaczego masz podrapane ręce?
Zu, zaskoczona pytaniem, przestała walczyć z poduszką, a zamiast tego zaczęła się przyglądać swoim rękom.
- Nie wiem - powtórzyła po chwili, zagubiona, po czym opadła bez sił na łóżko.
- Leż, mamo. Zawołam ciocię i pójdę do lekarza.
Zu nie odpowiedziała. Gabriela odwróciła się i wyszła. Czuła wzbierający gorąc w gardle. Kiwnęła głową na swoją ciocię, dając jej znać, by weszła do środka. Sama w milczeniu ją minęła.
- Idziesz do ordynatora? - krzyknęła za nią Pia.
Gabriela powtórnie kiwnęła głową. W jej oczach pojawiły się tłumione przez ostatnie dziesięć lat łzy, których nie chciała pokazywać nikomu.