Wszystkie te światy - Dennis E. Taylor

-
Proszę czekać

6. Start Bill, sty­czeń 2223, Epsi­lon Eri­dani

6. Start Bill, sty­czeń 2223, Epsi­lon Eri­dani

Gar­field pokrę­cił głową z podzi­wem.

- Zupeł­nie jak te wyści­gówki z kre­skó­wek z dzie­ciń­stwa, które się skła­dały tylko z sil­nika.

Obrazy w okien­kach wideo istot­nie robiły wra­że­nie. Epsi­lon Eri­dani 1 zna­la­zła się na cał­kiem nowej orbi­cie wokół swo­jego słońca, oto­czona ośmiu­set pły­tami-holow­ni­kami. Mniej wię­cej milion kilo­me­trów dalej jej śla­dem sunął jeden z więk­szych eks­k­się­ży­ców Epsi­lona Eri­dani 3, oto­czony podobną liczbą holow­ni­ków.

Zbu­do­wa­nie całego tego sprzętu zajęło lata, a jesz­cze dłu­żej doj­ście, jak tym ste­ro­wać. Każda pla­neta miała czter­dzie­ści MSI kon­tro­lu­ją­cych pole napę­dowe, do tego jesz­cze każda z płyt miała wła­sną MSI.

A nad­zo­ro­wać każdą z pla­net miały moje naj­now­sze klony. Nazwali się Dedal i Ikar, co oso­bi­ście uzna­łem za tro­chę pre­ten­sjo­nalne. Ale co tam, to jest wolna galak­tyka.

Gar­field spoj­rzał na mnie z twa­rzą zaru­mie­nioną z eks­cy­ta­cji.

- Test na krótki dystans zakoń­czony. Duży mar­gi­nes błędu, ale wydaje się, że kon­struk­cja powinna dać radę z przy­śpie­sze­niami typu setki g.

Uśmiech­ną­łem się i roz­par­łem w fotelu.

- To chyba jeste­śmy mniej wię­cej gotowi.

Szybko pin­gną­łem Deda i Ikiego, zaraz wsko­czyli mi do wir­tu­alki.

- Dobra, chło­paki. Wszystko hula. Rozu­mie­cie, że to tro­chę lote­ria, nie?

Kiw­nęli gło­wami. Dedal odparł:

- Pew­nie, ale co szko­dzi spró­bo­wać? W naj­gor­szym razie się nie uda i nic się nikomu nie sta­nie.

- A i ja będę miał tro­chę świę­tego spo­koju, żeby popra­co­wać nad astro­fi­zyką - dodał z uśmie­chem Ikar.

Zaśmia­łem się. Iki oka­zy­wał się bar­dzo podobny do mnie tem­pe­ra­men­tem. Chęt­nie zosta­wiłby całą eks­plo­ra­cję i walkę innym, żeby sku­pić się na bada­niach.

Mia­łem dość ambi­wa­lentne uczu­cia co do samego klo­no­wa­nia. Oczy­wi­ście zawsze miało jakiś cel. Ale tych dwóch zbu­do­wa­łem do misji, która mogła się oka­zać samo­bój­cza. Nie naj­le­piej się z tym czu­łem.

Kiedy podej­mo­wa­łem decy­zję, wie­dzieli dokład­nie, co myślę. Patrzyli na mnie z żywym zain­te­re­so­wa­niem, bez cie­nia oskar­że­nia czy zło­ści. Stwier­dzi­łem, że pogo­dzę się z ich wer­dyk­tem.

Zawa­ha­łem się, i rozej­rza­łem po pokoju. To jedna z tych chwil, które nie­odwo­łal­nie zmie­niają twoje życie. Wszystko było gotowe. Wóz albo prze­wóz.

- Dobra, chło­paki. Doki dla waszych stat­ków są gotowe. Pod­łącz­cie się i w drogę. Powo­dze­nia!

7. Randka Howard, listo­pad 2217, Omi­kron-2 Eri­dani

7. Randka Howard, listo­pad 2217, Omi­kron-2 Eri­dani

Wyszli­śmy pod rękę z kina. Brid­get jak zawsze wyglą­dała fan­ta­stycz­nie. Odwró­ciła się, wyszep­tała mi coś do ucha, a mój mózg, jak zawsze, zmie­nił się w papkę.

- Bar­dzo poważ­nie wyglą­dasz, Howard. Ale naprawdę nie musia­łeś.

Wzru­szy­łem ramio­nami. Zmiana wyglądu andro­ida była banalną ope­ra­cją. Naj­waż­niej­sze to uni­kać sytu­acji, w któ­rych Brid­get będzie się czuła nie­zręcz­nie. Teraz mój optyczny wiek ide­al­nie odpo­wia­dał jej wie­kowi. Żeby zmie­nić temat, powie­dzia­łem:

- Nie­złe to było. Moda na te całe "kina" może ma jakąś przy­szłość.

- No tak, na Wol­kana wresz­cie dotarła cywi­li­za­cja. Następne w kolejce są dys­ko­teki.

- O, nie, pro­szę.

Oczy­wi­ście nie było tu kwit­ną­cej branży fil­mo­wej. Wol­kan był pod każ­dym wzglę­dem pla­netą na pogra­ni­czu i jego gospo­darka dopiero zaczy­nała sobie radzić z pod­sta­wo­wymi potrze­bami. Minie jesz­cze kil­ka­dzie­siąt lat, zanim roz­rywki staną się waż­nym seg­men­tem rynku.

Jed­nakże Hol­ly­wood, razem z jego sate­li­tar­nymi odła­mami i ducho­wymi pobra­tym­cami, wypro­du­ko­wało tysiące fil­mów róż­nej jako­ści i popu­lar­no­ści. A patrząc prag­ma­tycz­nie, wła­ści­ciele praw autor­skich byli daleko stąd i nie­mal na pewno nie żyli. Komuś w Przy­czółku w końcu przy­szedł do głowy ten genialny pomysł, żeby otwo­rzyć na miej­scu kino i pusz­czać po dwa zwią­zane tema­tycz­nie filmy w pakie­cie. Jak dla mnie, świetne to było. A i miej­scowa lud­ność, spę­dziw­szy więk­szość poprzed­niego życia w klau­stro­fo­bicz­nych i izo­lo­wa­nych enkla­wach, pode­szła do tego z wiel­kim entu­zja­zmem.

Dzi­siej­szy seans, dwa filmy o zom­bia­kach, miał wszyst­kie miej­sca zajęte. Widow­nia była gło­śna, miała swoje zda­nie i szy­der­czy sto­su­nek do akcji. Ale nikt nie wyszedł przed koń­cem.

Nachy­li­łem się.

- Mam chcicę na mózgi. Albo na sushi.

Brid­get par­sk­nęła śmie­chem i otwo­rzyła usta do odpo­wie­dzi, ale dokład­nie w tym momen­cie zabzy­czał jej tele­fon. Dwie sekundy póź­niej dosta­łem maila. Z biura koro­nera.

Prze­czy­ta­łem go na HUD-dzie i sta­ną­łem jak wryty. Brid­get unio­sła znad tele­fonu oczy pełne łez.

- Howard, nie...

***

- Zosta­wił dla pana ten list - powie­dział dok­tor Onagi. Prze­su­nął kopertę w moją stronę.

W odrę­twie­niu, jakby ktoś mną ste­ro­wał, pod­nio­słem ją i otwo­rzy­łem. Pod­su­ną­łem list Brid­get, żeby też mogła go prze­czy­tać.

Howar­dzie,

byłem ostat­nio u leka­rza, bo mia­łem pro­blemy z pamię­cią i myśle­niem. Wia­do­mo­ści nie były pocie­sza­jące. Wyglą­dało na to, że mam wyjąt­kową paskudną demen­cję, taką, która jest nie­ule­czalna. Dok­tor twier­dzi, że pro­ces jest już bar­dzo zaawan­so­wany.

Skon­tak­to­wa­łem się z kil­koma eks­per­tami i uzy­ska­łem opi­nię, że tego pro­blemu nie da się sko­ry­go­wać w opro­gra­mo­wa­niu. W tej sytu­acji zosta­nie upo­śle­dzo­nym poznaw­czo repli­kan­tem nie wydaje mi się już atrak­cyjną opcją.

Jedyną pozo­sta­jącą mi wol­no­ścią jest wol­ność wyboru spo­sobu odej­ścia.

Howar­dzie, byłeś mi dobrym przy­ja­cie­lem przez wiele lat. Nie zmie­niaj zda­nia o mnie przez tę moją decy­zję.

Z powa­ża­niem, płk w st. spocz. Geo­rge But­ter­worth

Brid­get roz­pła­kała się bez­gło­śnie, łzy pocie­kły jej po policz­kach. Ja wytrzesz­czy­łem w otę­pie­niu oczy na dok­tora Ona­giego.

- Jak...

- Neu­ro­tok­syna. Bez­bo­le­śnie i szybko.

- Da się go zeska­no­wać?

Dok­tor Onagi pokrę­cił głową.

- Nawet gdyby to było medycz­nie moż­liwe, on wyco­fał zgodę.

Kiw­ną­łem głową i wsta­łem.

- Dzię­kuję, panie dok­to­rze.

Brid­get osu­szyła oczy, wstała i wyszła za mną z gabi­netu.

***

Android Manny wciąż nie miał wbu­do­wa­nej moż­li­wo­ści pła­czu. A szkoda - to by mi ulżyło. Znów. Może trzeba pod­krę­cić prio­ry­tet temu zada­niu, cho­ciaż może lepiej, gdy­bym po pro­stu miał mniej powo­dów do łez.

Sie­dzie­li­śmy na kana­pie u Brid­get, tuląc się nawza­jem. Brid­get się wypła­ki­wała. Ja mia­łem nad­ro­bić zale­gło­ści w pła­czu, kiedy pój­dzie spać i wrócę do swo­jej VR-ki.

- Ludzie cały czas odcho­dzą - powie­dzia­łem w końcu, w prze­strzeń. Brid­get unio­sła głowę. Spoj­rza­łem jej w oczy. - Wiem, to nor­malne. Umie­rają dziad­ko­wie, rodzice, ludzie, któ­rzy byli przy tobie przez całe życie. W końcu umie­rasz i ty, i koniec. Ale kiedy jesteś nie­śmier­telny, masz to przez cały czas. Jeden cios za dru­gim.

- Mimo to pozna­jesz nowych ludzi - powie­działa Brid­get.

- Ale oni w końcu odcho­dzą. Po jakimś cza­sie, myślę, zaczy­nasz się bać nowych zna­jo­mo­ści. - Uśmiech­ną­łem się do Brid­get. Raczej blado. - Ja co do zasady jestem mniej wyco­fany od innych. Ale w tym przy­padku myślę, że to inni mają rację. Mię­dzy Bobami a isto­tami, które zaczy­nają nazy­wać "efe­me­ry­dami", jest prze­paść. Nie bez powodu.

Brid­get przyj­rzała się mojej twa­rzy.

- Myślisz o mnie per "efe­me­ryda"?

- Mam cię za naj­waż­niej­szą we wszech­świe­cie. I wła­śnie w tym pro­blem. Któ­re­goś dnia umrzesz i znów będę sam. - Wes­tchną­łem i wsta­łem. - Prze­pra­szam. Strasz­nie dołu­jący dzi­siaj jestem. Chyba lepiej pójdę, żebyś mogła się wyspać.

Brid­get chwy­ciła mnie za rękę.

- Nie idź. Zostań. Po pro­stu. Nie chcę być sama.

Bez słowa sia­dłem z powro­tem i obją­łem ją. Poło­żyła mi głowę na barku i wes­tchnęła. Sie­dzie­li­śmy tak w mil­cze­niu, nie poru­sza­jąc się, nie roz­ma­wia­jąc. W któ­rymś momen­cie zauwa­ży­łem, że usnęła. To dobrze.

8. Rewo­lu­cjo­ni­ści Mar­cus, czer­wiec 2214, Posej­don

8. Rewo­lu­cjo­ni­ści Mar­cus, czer­wiec 2214, Posej­don

Trzeci raz unio­słem rękę, żeby zapu­kać. I ją opu­ści­łem. Przy­po­mnia­łem sobie, że Howard wspo­mi­nał o pro­ble­mie z tremą za pierw­szym razem, gdy publicz­nie poka­zał się w andro­idzie. Nie pamię­tam: nie uwie­rzy­łem mu albo po pro­stu nie potrak­to­wa­łem go poważ­nie. W każ­dym razie ktoś tu był komuś winny prze­pro­siny.

To miało być moje pierw­sze wystą­pie­nie pod posta­cią andro­ida. Po latach funk­cjo­no­wa­nia w okien­kach wideo i roz­mo­wach tele­fo­nicz­nych mia­łem w końcu spo­tkać się twa­rzą w twarz ze swo­imi naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi na tym świe­cie.

O ile uda mi się zapu­kać do drzwi.

Stęk­ną­łem, świa­do­mie zepchną­łem na bok wszyst­kie obawy i lęki, zapu­ka­łem trzy razy. Drzwi otwo­rzyły się od razu - wie­dzia­łem, że się mnie spo­dzie­wają, ale nagle wyobra­zi­łem sobie Kala cze­ka­ją­cego po dru­giej stro­nie z ręką na klamce, aż zbiorę się na odwagę.

- Ooo, wielki kom­pu­ter z nieba zniża się do wizyty u zwy­kłych śmier­tel­ni­ków.

Uśmiech­nął się do mnie. Mój android był takiego samego wzro­stu jak Pierw­szy Bob - metr osiem­dzie­siąt pięć - ale Kal góro­wał nade mną, jak nad pra­wie wszyst­kimi.

- Kal, się wal. Ktoś już jest?

Kal odsu­nął się na bok i zapro­sił mnie do środka.

- Denu i Gina. Vin­nie tro­chę się spóźni, ma jakieś sprawy z Radą.

Wsze­dłem do salonu w nie­du­żym miesz­ka­niu Kala. Było to nie­usta­ją­cym źró­dłem fru­stra­cji, że na pla­ne­cie, gdzie jest tyle miej­sca, ludzie muszą żyć w takim zagęsz­cze­niu. Oczy­wi­ście więk­szość pla­nety sta­no­wiła woda, ale dywa­nów - a teraz i pły­wa­ją­cych miast - było wystar­cza­jąco dużo, by ludzie mogli się tro­chę roz­rze­dzić. Upór Rady, żeby wszy­scy trzy­mali się razem, stał się ostat­nio źró­dłem ogól­no­pla­ne­tar­nego sprze­ciwu. Cie­kawe, w jakim stop­niu ten sprze­ciw był natu­ralny, a w jakim pomo­gli im obecni tutaj wichrzy­ciele.

Usia­dłem i stwier­dzi­łem, że Gina i Denu gapią się na mnie. Denu powie­dział:

- Cho­lera, robi wra­że­nie. Jak­bym nie wie­dział, Mar­cus, to w ogóle bym nie zwró­cił uwagi. Mega­re­ali­styczny.

Wzru­szy­łem ramio­nami.

- Kilku Bobów pra­cuje nad tym już od paru lat. To tylko ja późno się zała­pa­łem. Bo ten, wie­cie... mia­łem inne prio­ry­tety.

Gina i Denu kiw­nęli gło­wami, Kal prych­nął.

W tym momen­cie roz­le­gło się puka­nie do drzwi. Vin­nie wszedł, nie cze­ka­jąc, z wście­kłą miną. Wyraź­nie sprawa z Radą nie poszła dobrze.

- Bał­wany! Debile! - krzyk­nął. Wycią­gnął piwo z lodówki i opadł ciężko na kanapę.

- Vin­nie, daj spo­kój. Napij się i policz do trzech - rzu­cił Kal z uśmie­chem.

Vin­nie uniósł piwo w toa­ście.

- Prze­pra­szam. Ale wie­cie, jak jest z Radą.

- No więc...?

Otwo­rzył puszkę, jed­no­cze­śnie uno­sząc brew jak Spock i patrząc na Kala.

- No więc abso­lut­nie odmó­wili wpro­wa­dza­nia jakich­kol­wiek zmian w swo­jej poli­tyce. Pro­blem z morale spo­łe­czeń­stwa odrzu­cają jako "stra­sze­nie". Jedyne, co z nich wydo­by­łem, to ruty­nowe powtó­rze­nie stan­dar­do­wej prze­mowy o "wszyst­kich za jed­nego". - Opróż­nił pół puszki. - Bez otwar­tej groźby nie ustą­pią ani o krok. To jest wła­śnie przy­szłość, dro­dzy pań­stwo.

Gina odwró­ciła się w moją stronę.

- Widzisz, moca­rzu, to wła­śnie jest koniec. Powie­dzia­łeś, żeby wypró­bo­wać wszyst­kie poko­jowe alter­na­tywy. I chyba to się wła­śnie stało. Czas na zmianę wła­dzy. A skoro Rada cią­gle odkłada wybory, bo to ma "niski prio­ry­tet" i "odwraca uwagę od waż­nych spraw", to powie­dzia­ła­bym, że ten spo­sób też skre­ślamy.

Potar­łem czoło dło­nią i zła­pa­łem się na tym, że patrzę na rękę w roz­tar­gnie­niu. Wra­że­nie było zupeł­nie inne niż w VR-ce, choć nie mogłem dojść, dla­czego wła­ści­wie. Odło­ży­łem jed­nak tę myśl na póź­niej, kiedy będę miał tro­chę wol­nego czasu.

Spoj­rza­łem na Ginę, wciąż cze­ka­jącą na odpo­wiedź.

- Hmmm... przy­znam, że wy wyczer­pa­li­ście alter­na­tywy, ale ja chyba jesz­cze nie. Słu­chaj­cie, ja naprawdę nie mam ochoty zosta­wać rewo­lu­cjo­ni­stą. W rewo­lu­cjach, choćby tak zwa­nych poko­jo­wych, zawsze giną ludzie. - Popa­trzy­łem im po kolei w oczy. - Lata­jące mia­sta są pra­wie gotowe do wiel­kiej pre­miery. Wydaje mi się, że to nimi wystar­cza­jąco potrzą­śnie, a nie trzeba będzie strze­lać do ludzi i wysa­dzać rze­czy.

- Ujaw­nisz to im jako groźbę czy zosta­wisz jako nie­spo­dziankę?

- Szcze­rze, Kal, to nie jest jakaś spe­cjalna groźba - odpo­wie­dzia­łem - przy­naj­mniej na papie­rze. "Zmień­cie podej­ście albo zbu­du­jemy lata­jące mia­sta". Tro­chę bra­kuje przy­tupu, nie wydaje wam się?

Kal zachi­cho­tał ze smut­kiem.

- No, to prawda. Więk­sza groźba to będzie, jak już je oddamy i skutki zaczną być widoczne. A na razie Rada widzi tylko to, co chce widzieć.

- Ja myślę, że i tak trzeba spró­bo­wać - dodał Denu. - Powiedz im, a jak do nich nie dotrze, no to trudno.

Gina poszła do lodówki i wyjęła sobie piwo. Zama­chała nim przed Denu, zanim dotarło do niej, że z nie­otwar­tym gazo­wa­nym napo­jem tak się nie robi.

- Ale Mar­cu­sowi zależy na jed­nym: na unik­nię­ciu total­nej rewo­lu­cji, więc "no to trudno" to tro­chę za mało. - Potem odwró­ciła się do mnie: - A ty musisz być taką bladą dupą?

Denu i ja uśmiech­nę­li­śmy się do niej sze­roko. Stara dobra Gina, zawsze łagodna, zawsze ustę­pliwa.

- No dobra. - Kal rozej­rzał się po pokoju. - Czyli Mar­cus poroz­ma­wia z Radą i spró­buje ich prze­ko­nać, że ich tota­li­tarna linia jest nie do utrzy­ma­nia. Jeśli posłu­chają głosu roz­sądku, świet­nie. Jeśli nie, i tak jedziemy z naszymi mia­stami, bez ich ofi­cjal­nej zgody.

Wszy­scy poki­wa­li­śmy gło­wami. Nie był to super­im­po­nu­jący plan, jak na plany. Ale lep­szy niż otwarta wojna i strze­la­nie.

***

- To nie­do­pusz­czalne! - Spoj­rze­nie rad­nego Ben­bena w okienku wideo można by opi­sać jako pio­ru­nu­jące. Sta­ra­łem się powstrzy­mać od uśmie­chu. Powie­dzieć, że moja pro­po­zy­cja napo­tkała na opór, byłoby wiel­kim nie­do­mó­wie­niem.

Wtrą­cił się radny Mur­ray z dru­giego okienka.

- Dopiero zbli­żamy się do opty­mal­nego zgra­nia popu­la­cji z zapo­trze­bo­wa­niem na siłę robo­czą na poszcze­gól­nych dywa­nach i w mia­stach. Jeśli teraz ludzie zaczną się przy­pad­kowo prze­miesz­czać, albo nawet emi­gro­wać w inne miej­sca, nastąpi chaos. Nie wystar­cza nam ludzi do wszyst­kich nie­zbęd­nych zadań. Muszą miesz­kać tam, gdzie są potrzebni.

- Już nie wspo­mi­na­jąc - odpo­wie­dzia­łem - o kwe­stii, czy to w ogóle moral­nie do przy­ję­cia, mówić ludziom, gdzie mają miesz­kać i jaką pracę wyko­ny­wać.

- Mar­cus, tak mówi prawo.

Uśmiech­ną­łem się do rad­nego Bren­nana.

- To tylko obej­ście mojego argu­mentu. Może­cie sobie uchwa­lić, co zechce­cie, i mówić, że to prawo. Ale to nie sprawi, że to będzie moral­nie słuszne. I jest jesz­cze kwe­stia umowy, którą pod­pi­sa­li­ście z Rike­rem, zanim was tu wysła­li­śmy. Ona ustala...

- Ta umowa nie jest praw­nie wią­żąca - odparł Bren­nan. - Już nad tym gło­so­wa­li­śmy.

- Czyli może­cie sobie w każ­dej chwili prze­gło­so­wać, że każda umowa, która się wam nie spodoba, jest nie­ważna, a potem uchwa­lić wszystko, co zechce­cie. A reszta ma się temu po pro­stu pod­po­rząd­ko­wać, bo takie jest prawo, tak?

Mur­ray spoj­rzał na mnie, zadzie­ra­jąc nosa. Naprawdę. Dosłow­nie.

- To, że pan coś powie szy­der­czym tonem, to żadna ripo­sta, panie Johans­son. Myślę, że w tej kwe­stii mamy jasność. Żad­nych lata­ją­cych miast. Może kie­dyś, w przy­szło­ści, ale to my zde­cy­du­jemy, nie pan. - Rozej­rzał się, pew­nie oce­nia­jąc nasta­wie­nie innych rad­nych. - Wydaje mi się, że na dziś skoń­czy­li­śmy. Miłego dnia.

I wyłą­czył się. Po sekun­dzie czy dwóch pozo­stali radni zro­bili to samo.

Ja roz­sia­dłem się w moim biu­ro­wym fotelu i pokrę­ci­łem głową. Skoń­czy­li­śmy? A skąd. W Czło­wieku demolce jest taka scena, kiedy kapi­tan poli­cji nie potrafi sobie wyobra­zić, że ktoś może nie wyko­ny­wać pole­ceń. Reak­cja Rady pach­niała wła­śnie czymś takim.

Wysła­łem krótką wia­do­mość do Rady Rewo­lu­cyj­nej - Kala, Denu i Giny.

Spró­bo­wa­łem. Nie ustą­pili. Wygląda na to, że idziemy na ostro.

***

Naprawdę nie chcia­łem zaprzą­tać głowy Bil­lowi czy Rike­rowi. Albo nawet Bobowi. Każdy miał swoje pro­blemy. Podej­rze­wa­łem, że Inni w końcu staną się także moim pro­ble­mem, na razie jed­nak mia­łem lokalne zagad­nie­nia.

Spraw­dzi­łem aktu­alną pozy­cję swo­jego andro­ida. Po spo­tka­niu u Kala zała­do­wa­łem go do drona trans­por­to­wego i puści­łem na orbitę wokół Posej­dona. Potem skie­ro­wa­łem go na Zachodni Dywan 4 i kaza­łem dać znać, kiedy tam dotrze.

Zalud­nie­nie na dywa­nach na razie nie spa­dło. Zbu­do­wano tylko kilka pły­wa­ją­cych miast i Rada nie odczu­wała potrzeby prze­zna­cza­nia ich na cele miesz­kalne. Tylko nie­zbędny per­so­nel i prze­mysł. Kolejny powód, dla któ­rego spo­łe­czeń­stwo miało dość Rady. Kiedy po raz pierw­szy wybu­tlo­wa­li­śmy tu kolo­ni­stów, prze­wi­dy­wano, że będą miesz­kać na dywa­nach co naj­wy­żej przez dzie­sięć lat, stop­niowo prze­no­sząc się w tym cza­sie do pły­wa­ją­cych miast. Teraz, dwa­dzie­ścia lat póź­niej, dzie­więć­dzie­siąt pro­cent popu­la­cji Posej­dona wciąż żyło na dywa­nach.

Dosta­łem sygnał z drona i uśmiech­ną­łem się. Już po kilku dniach posia­da­nia wła­snego andro­ida zna­la­złem pre­tekst, żeby się nim przejść.

Uak­tyw­nie­nie go potrwało tylko chwilę i obu­dzi­łem się zawie­szony na sto­jaku. Otwo­rzy­łem drzwi ładowni i wysze­dłem na słońce.

Pogoda na dywa­nach prze­waż­nie nie była pro­ble­mem. Kolo­ni­ści celowo osie­dlili się głów­nie na tych dry­fu­ją­cych w stre­fie zwrot­ni­ko­wej. Przez cał­ko­wity brak lądów ocean Posej­dona podzie­lił się na pasma przy­po­mi­na­jące Jowi­sza. Każde z pasm róż­niło się, nie­wiele, ale wyraź­nie, tem­pe­ra­turą, eko­lo­gią, a nawet zaso­le­niem.

Czę­sto zda­rzały się tro­pi­kalne desz­cze, były jed­nak łagodne, cie­płe i krót­kie. Spo­ra­dyczne więk­sze burze dawało się zaob­ser­wo­wać z paro­dnio­wym wyprze­dze­niem, a dywany dys­po­no­wały oddzia­łem dro­nów mogą­cych je odho­lo­wać na bok.

Prze­sze­dłem na skraj lądo­wi­ska i wto­pi­łem się w ruch pie­szych. Nowa Geo­r­gia była pod każ­dym wzglę­dem małym mia­stem i ema­no­wała takim kli­ma­tem. Ludzie znali się nawza­jem, nikt się na oko nie śpie­szył, nie czuło się zatło­cze­nia, przy­naj­mniej publicz­nie. Taka już ludzka natura. A naj­więk­szy pro­blem ludzi miesz­ka­ją­cych tutaj? To, że nie mieli wyboru.

Wes­tchną­łem i ruszy­łem w przy­pad­ko­wym kie­runku. Nie mia­łem celu, chcia­łem się po pro­stu cie­szyć tym dniem.

Dzień wytrzy­mał pięć minut, zanim posta­no­wił się zepsuć.

Bzy­cze­nie w środku głowy zasy­gna­li­zo­wało roz­mowę przy­cho­dzącą. Meta­dane powie­działy, że to Kal. Ode­bra­łem, tylko na audio.

- Co tam?

- Radzie nie wystar­czyło, że po pro­stu powie­działa ci "nie". Pod­jęli kroki...

- Ojej, kroki - prych­ną­łem. - Co zro­bili?

- Wyłą­czyli wszystko, co mogłoby nam posłu­żyć za zaopa­trze­nie. Poprze­no­sili wszyst­kie osoby, które mogłyby nam pomóc. W tym Ginę i Denu. I pozmie­niali har­mo­no­gramy wszyst­kich dru­ka­rek.

- Gina i Denu im ustą­pili?

- Na razie tak - odpo­wie­dział. - Na razie nie ma sensu im się sprze­ci­wiać. Po pro­stu będziemy dużo wię­cej gadać przez tele­fon.

- Hmm. A może wła­śnie o to cho­dziło? - Potar­łem w namy­śle brodę.

- O co?

- O pod­słu­chi­wa­nie, Kal. Jak będziemy roz­ma­wiać przez sieć, mogą nas moni­to­ro­wać.

- Ha. - Zamilkł na chwilę. - I oczy­wi­ście jeśli wpro­wa­dzą takie prawo, to będzie legalne. I tym samym etyczne.

- Coś w tym rodzaju. A pro­pos, powin­ni­śmy chyba się roz­łą­czyć.

- Jasne. Podej­dziesz?

- Dokład­nie, stary. Za pół godziny u cie­bie. - I roz­łą­czy­łem się, a potem zaj­rza­łem do swo­ich zapa­sów szo­pów. Jeśli Rada jest skłonna pod­słu­chi­wać roz­mowy, to może i nor­malne plu­skwy poza­kłada. Robi się poważ­nie.

***

- Co to, kur... - Kal otwo­rzył drzwi i odsko­czył.

Nie­zra­żony uśmiech­ną­łem się do niego sze­roko. Idąc, trzy­ma­łem szopy w kie­sze­niach, ale, jak Bobo­wie lubią pod­kre­ślać, my zbyt poważni nie jeste­śmy. Kil­ka­na­ście małych szo­pów peł­zało mi po ubra­niu, a jeden stał na mojej gło­wie i tań­czył.

- Twoja zło­śli­wość nie zna gra­nic. - Cof­nął się, krę­cąc głową.

Ze śmie­chem roz­ka­za­łem szo­pom spraw­dzić pokój.

- Minuta, dwie, nie wię­cej.

Szopy zbie­gły ze mnie i roz­pro­szyły się po pomiesz­cze­niu. W nie­całą minutę zna­la­zły trzy plu­skwy. Popa­trzy­li­śmy z Kalem po sobie w mil­cze­niu, oszo­ło­mieni. Roz­wa­żać teo­re­tyczną moż­li­wość to jedno, a zupeł­nie co innego - odkryć rze­czy­wi­stość.

Dwa szopy spo­koj­nie nisz­czyły pod­słu­chy, pod­czas gdy ich pobra­tymcy szu­kali dalej.

W sumie zna­la­zły tylko te trzy. Kal sap­nął gło­śno.

- Nie­wia­ry­godne. Brak wybo­rów, brak wol­no­ści wyboru i teraz to. Zde­cy­do­wa­nie już prze­kro­czy­li­śmy gra­nicę tota­li­ta­ry­zmu.

- Aha. Zosta­wię tu dwa szopy, żeby pil­no­wały, jakby ktoś pró­bo­wał pod­rzu­cić kolejne plu­skwy. I zaniosę resz­cie taki sam zestaw. Gina oczy­wi­ście się wściek­nie.

- Mar­cus, ona pra­cuje w bez­pie­czeń­stwie. Jeśli jest moni­to­ro­wana i o tym nie wie, to jest odcięta od infor­ma­cji. A to nie wróży dobrze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Kon­fron­ta­cja Bob, marzec 2224, Delta Eri­dani

1. Kon­fron­ta­cja Bob, marzec 2224, Delta Eri­dani

Dzi­koid wysko­czył ze swego lego­wi­ska z wście­kłym piskiem. Poru­szał się nie­sa­mo­wi­cie szybko jak na coś o tak krót­kich nogach. Dwóch mio­ta­czy kamieni odbie­gło na bok, jeżąc sierść na ple­cach i stro­sząc uszy w eks­cy­ta­cji. Reszta wbiła drzewce dzid w zie­mię i przy­ci­snęła je sto­pami. I cze­kała.

Tym razem nie byłem tylko obser­wa­to­rem. Wcze­śniej się dener­wo­wa­łem, teraz byłem wręcz prze­ra­żony. Czu­łem, jak sierść jeży mi się wzdłuż krę­go­słupa aż po czu­bek głowy. Powta­rza­łem sobie, że naprawdę jestem szes­na­ście tysięcy kilo­me­trów stąd, na orbi­cie. Nic to nie dawało. Oczy mówiły, że dzi­koid jest dzie­sięć metrów ode mnie i szar­żuje, jak się zdaje, z połową pręd­ko­ści świa­tła.

Wtedy wbiegł pro­sto na groty dzid. Wciąż to nie inte­li­gen­cja gwa­ran­to­wała u nich suk­ces repro­duk­cyjny. Dzidy ugięły się, ale wytrzy­mały, a zwierz wydał ostatni kwik i padł na zie­mię.

Ber­nie ostroż­nie się przy­su­nął i dźgnął go kilka razy. Nie docze­kaw­szy się reak­cji, zama­chał włócz­nią w powie­trzu i zawył:

- Łoooo!

Reszta unio­sła pię­ści i odpo­wie­działa:

- Ha!

No, w każ­dym razie tak to prze­niósł pro­gram tłu­ma­czący. Mowa Del­tan brzmiała bar­dziej jak gło­śne pochrzą­ki­wa­nia świń, jed­nak dla mnie pro­gram prze­kła­dał wszystko na ludz­kie odpo­wied­niki, wli­cza­jąc imiona i kolo­kwia­li­zmy.

Donald pokle­pał mnie po ramie­niu.

- Chodź, Rober­cie, pomo­żesz mi go przy­wią­zać.

Zwią­za­łem razem tylne nogi dzi­ko­ida, pod­czas gdy Donald zarzu­cał drugi koniec sznura na gałąź drzewa. Zanim pocią­gnął, przyj­rzał się temu, co zro­bi­łem, i wytrzesz­czył oczy.

- Ooo! Wygląda jak te cudaczne węzły Archi­me­desa. Gdzie ty się tego nauczy­łeś?

Oj.

- Eee... no, od Archi­me­desa, bo gdzie? On ma wiele dłoni tych węzłów. Parę udało mi się zapa­mię­tać.

Kiw­nął głową nie­zbyt zain­te­re­so­wany. Cią­gnę­li­śmy za linę, aż dzi­koid zawisł w powie­trzu - uwa­ża­łem, by użyć tylko siły na pozio­mie nor­mal­nego Del­ta­nina, tak by Donald wyko­ny­wał więk­szość tej pracy - po czym on wycią­gnął krze­mienny nóż i wykrwa­wił zwie­rzę. Reszta myśli­wych zaczęła śpie­wać O dzięki ci.

Po wszyst­kim przy­wią­za­li­śmy zdo­bycz do dwóch włóczni i ruszy­li­śmy z powro­tem do Came­lotu. Będzie uczta, a ja uwiel­biam gril­lo­wa­nego dzi­ko­ida. Szkoda tylko, że nie znają sosu bar­be­cue. Zasta­no­wi­łem się leni­wie, czy nie powi­nie­nem go wyna­leźć.

Śpie­wa­li­śmy zwy­cię­ską pio­senkę i chyba słabo się pil­no­wa­li­śmy. Dla­tego grupka Del­tan, która zastą­piła nam drogę, cał­ko­wi­cie nas zasko­czyła. Sta­nę­li­śmy z waha­niem, gdy wyce­lo­wali w nas dzidy. Była to nie tyle groźba, ile obiet­nica groźby.

Usły­sza­łem sze­le­sty za ple­cami i dotarło do mnie, że jeste­śmy oto­czeni. Rozej­rza­łem się ukrad­kiem. Było ich dwa razy tyle. Może i dali­by­śmy radę, ale nie na pewno. Bar­dzo moż­liwe, że pole­gali na zasko­cze­niu i tym, że nie zdą­żymy się obro­nić.

Mówiło się, że grupki z Caer­le­onu napa­dają na myśli­wych i zabie­rają im całą zdo­bycz. Albo przy­naj­mniej część. Wyglą­dało na to, że my zosta­li­śmy ich celem dnia.

Przy­wódca grupy - roz­po­zna­łem w nim nie­przy­jem­nego typa z Caer­le­onu, któ­rego imię tłu­ma­czyło się jako "Fred" - uśmiech­nął się paskud­nie.

- Nie­zły łup, Donald. Spory ten dzi­koid. Jeden udziec czy dwa to dla was żaden pro­blem.

Donald uniósł dzidę.

- Fred, tu jest cała kupa dzi­ko­idów. Co jest, nie idzie ci polo­wa­nie?

Fred odru­chowo zro­bił krok w tył, potem się opa­no­wał. Donald nie był tak wielki jak jego ojciec, ale też spory, z dużym zapa­sem. Ludzie rzadko mu się otwar­cie sta­wiali.

Nie­stety, na czele sta­łem jesz­cze ja, a mój android był zapro­jek­to­wany tak, żeby nie rzu­cać się w oczy - prze­ciętny wzrost, prze­ciętna budowa, prze­ciętny wygląd, taki del­tań­ski Pan Nikt. Nic dziw­nego, że Fred sku­pił się na mnie.

- A ty, kuzzi? Ty byś się podzie­lił zdo­by­czą? - Spoj­rzał z uśmie­chem na swo­ich kum­pli. Odpo­wie­dzieli uśmie­chami i przy­su­nęli się.

- Wiesz co, Fred - powie­dzia­łem. - Mam pro­po­zy­cję. Nachyl się, wsadź sobie głowę w dupę i napie­raj, aż cał­kiem znik­niesz. - Uśmiech­ną­łem się naj­nie­win­niej, jak umia­łem.

Śmieszki i chi­choty z naszej strony - oraz parę z dru­giej - powie­działy mi, że punkt dla mnie. Jasne, mia­łem za sobą giga­bajty ziem­skiej lite­ra­tury i fil­mów, z któ­rych mogłem czer­pać kre­atywne obe­lgi. W woj­nie na słowa Del­ta­nie byli prak­tycz­nie bez­bronni.

Donald rzu­cił mi szyb­kie, pełne zdu­mie­nia spoj­rze­nie. Chyba nie spo­dzie­wał się wspar­cia. Poka­zał zęby.

- Twój ruch, kupo dzi­ko­ida.

Fred łyp­nął na Donalda, potem na mnie, i odwró­cił się, jakby chciał iść.

Naprawdę, Fred? Taki stary numer?

Oczy­wi­ście. Nagle odwró­cił się i zamach­nął się na mnie. Mogłem prze­rwać, napić się popo­łu­dnio­wej her­batki i jesz­cze zdą­żyć zare­ago­wać. No dobra. Jestem kom­pu­te­rem. Ale i tak...

Odchy­li­łem się lekko w tył, tak, żeby pięść prze­szła mi przed twa­rzą. A gdy Fred obra­cał się dalej, ude­rzy­łem go pro­stym w... hmm, u czło­wieka to byłby splot sło­neczny. Sku­tek był jed­nak taki sam - Fred sap­nął i padł na kolana.

Teraz ich prze­waga spa­dła, a my mie­li­śmy Donalda. Nasi myśliwi wyszcze­rzyli zęby i zaczęli wyma­chi­wać dzi­dami.

Ruszy­li­śmy z Donal­dem naprzód, tamci się roz­stą­pili. Gdy mija­łem Freda, ten łyp­nął na mnie zło­wrogo.

- Kiedy tylko chcesz, kuzzi - powie­dzia­łem.

Nic nie odpo­wie­dział, bo wciąż z tru­dem łapał oddech.

W moim zacho­wa­niu był, to oczy­wi­ste, duży pro­cent zastęp­czej zemsty. Przez wiele lat byłem celem takich akcji i musia­łem zno­sić różne prze­śla­do­wa­nia. Jed­nakże racjo­nalna część umy­słu mówiła, że na Freda trzeba teraz uwa­żać.

Donald znów pokle­pał mnie po ple­cach. Zato­czy­łem się osten­ta­cyj­nie. Nie chcia­łem, by uznał mnie za kon­ku­renta.

Do wio­ski doszli­śmy w peł­nej czuj­no­ści. Żad­nych żar­tów, żad­nych śpie­wów. Dwóch myśli­wych ponio­sło zdo­bycz do umó­wio­nego dołu z ogniem, żeby ją tam podzie­lić. Ja skie­ro­wa­łem się do namiotu Archi­me­desa, lecz Donald poło­żył mi dłoń na ramie­niu i kiw­nął ręką, by iść z nim. Zaraz uświa­do­mi­łem sobie, że idziemy do Kręgu Rady.

W moich bada­niach nad Del­ta­nami szybko dostrze­głem jedną uni­wer­salną pra­wi­dło­wość - poli­tycy i przy­wódcy zawsze dbają przede wszyst­kim o sie­bie. Krąg Rady z rana pierw­szy miał słońce, a po połu­dniu był w przy­jem­nym cie­niu. Paru człon­ków Rady zawsze tam sie­działo, ewi­dent­nie po to, żeby wyglą­dać urzę­dowo, a do tego mieć wygod­nie.

Donald pod­szedł do Jef­freya, obec­nego przy­wódcy Rady, i cze­kał, aż ten go zauważy. Jef­frey był tro­chę kuta­fo­nem i lubił dać na sie­bie pocze­kać, żeby poka­zać, jaki jest ważny. Donald "przy­pad­kowo" sta­nął tak, że zasło­nił mu słońce i zaczął czy­ścić dzidę, cze­ka­jąc, tak że zaschnięte strzępy mięsa i krwi lądo­wały wokół Jef­freya. Ja patrzy­łem na boki i sta­ra­łem się zacho­wać powagę.

W końcu Jef­frey pogo­dził się z fak­tem, że prze­grał w kon­ku­ren­cji na igno­ro­wa­nie. Uniósł wzrok i gestem pozwo­lił nam usiąść. Usa­do­wi­li­śmy się wygod­nie, a Donald opo­wie­dział o naszym spo­tka­niu z bandą z Caer­le­onu.

Kiedy skoń­czy­li­śmy, Jef­frey się skrzy­wił.

- To już pra­wie cała dłoń takich napa­dów w ostat­nich trzech dło­niach dni. Dwóch ludzi dostało dzidą, kiedy nie chcieli oddać łupu. Muszę to poru­szyć na peł­nej Radzie. Coś trzeba zro­bić.

- Za każ­dym razem z Caer­le­onu? - zapy­ta­łem.

- Na to wygląda. Zostaw­cie to mnie. Zwo­łam Radę.

Donald kiw­nął głową Jef­frey­owi, wsta­li­śmy. Kiedy odcho­dzi­li­śmy, zapy­ta­łem go jesz­cze:

- Myślisz, że to jedna banda czy kilka?

- O Fre­dzie sły­sza­łem parę razy. Może są inne, ale głów­nie to ta jego grupa.

- I wszystko nie­dawno? Co się zmie­niło?

Donald patrzył przez chwilę w prze­strzeń. - Eee... chyba nic się nie zmie­niło. Raczej Fred zoba­czył, że może to wyko­rzy­sty­wać. Ale nie wiemy, co za tym wła­ści­wie stoi.

Szli­śmy przez chwilę w mil­cze­niu, a ja coś obmy­śla­łem. Spoj­rza­łem na Donalda.

- Mam plan. Damy radę zebrać ze dwa­na­ście dodat­ko­wych osób czy coś koło tego? Takich, co lubią komuś przy­wa­lić?

Donald wyszcze­rzył zęby.

- No pew­nie. Myślę, że dam radę takich zebrać.

Odpo­wie­dzia­łem uśmie­chem. Pora na parę cwa­nych tri­ków w ziem­skim stylu.

2. Prze­gra­li­śmy Howard, luty 2217, Wol­kan

2. Prze­gra­li­śmy Howard, luty 2217, Wol­kan

Brid­get otwo­rzyła drzwi ze zdzi­wioną miną. Nie dzwo­ni­łem, żeby uprze­dzić, i nie spo­dzie­wała się mnie dziś wie­czo­rem.

Już zaczęła mówić:

- Howard... co... - Zauwa­żyła moją minę. - Howard, co się stało? - Chwy­ciła mnie pod rękę i wcią­gnęła do środka.

- Prze­gra­li­śmy. Prze­gra­li­śmy i teraz zgi­nie miliard rozum­nych stwo­rzeń!

Opa­dłem na kanapę i ukry­łem twarz w dło­niach.

- Pawo­nisi?

Ski­ną­łem głową, nie mając zaufa­nia do wła­snego głosu.

- Rany, Howard. But­ter­worth wie? Bobo­wie cali i zdrowi?

Wes­tchną­łem i spró­bo­wa­łem się uspo­koić.

- Stra­ci­li­śmy masę Bobów, ale mają kopie zapa­sowe. Oczy­wi­ście to nie to samo. - Odwró­ci­łem się do niej i spró­bo­wa­łem się uśmiech­nąć pocie­sza­jąco. - Riker powia­do­mił Dextera, a Dexter prze­każe But­ter­wor­thowi, czy komuś, kto go tam teraz zastą­pił.

- Nam coś grozi?

- Bez­po­śred­nio nie. Inni wie­dzą tylko o Ziemi i Epsi­lo­nie Eri­dani. Ale pra­wie dwie­ście ukła­dów jest bli­żej GL 877 niż my. Wszyst­kie te światy są zagro­żone, póki ist­nieją Inni.

- A Pawo­nisi? Pod­czy­ty­wa­łam tro­chę bloga Jacques'a. Wyglą­dają na cie­kawy gatu­nek. Co się z nimi sta­nie?

Zamkną­łem na chwilę oczy, chyba licząc, że kiedy je otwo­rzę, będę w innym wszech­świe­cie. Nic z tego.

- Samego pro­cesu ni­gdy nie widzie­li­śmy, tylko skutki. Teraz będziemy patrzeć z pierw­szego rzędu. Inni wymor­dują Aste­ro­idami Śmierci całe życie na pla­ne­cie, potem wylą­dują mrów­kami i trans­por­tow­cami i wyzbie­rają z pla­nety i układu wszyst­kie metale. Oraz wszyst­kie trupy.

Musia­łem prze­rwać i wziąć głę­boki wdech. Oczy­wi­ście ciało andro­ida nie potrze­bo­wało w ogóle powie­trza, ale miało odpo­wied­nio reago­wać na emo­cje, a ja już nie­źle się nakrę­ci­łem.

- Jacques ma plan ura­to­wa­nia dwu­dzie­stu tysięcy Pawo­ni­sów, ale reszta nie­długo zgi­nie. Inni wymażą kolejny inte­li­gentny gatu­nek i kolejny pla­ne­tarny eko­sys­tem.

Odwró­ci­łem się twa­rzą do niej.

- Robimy dzi­siaj Zgro­ma­dze­nie, pomy­ślimy, czy da się coś zro­bić. Chcia­łem tylko na parę minut...

Brid­get objęła mnie i przy­cią­gnęła moją głowę do piersi. Usi­ło­wa­łem bez­gło­śnie pła­kać, nie mając kana­li­ków łzo­wych.

3. Wichrzy­ciel­stwo Mar­cus, listo­pad 2212, Posej­don

3. Wichrzy­ciel­stwo Mar­cus, listo­pad 2212, Posej­don

Potar­łem nos dwoma pal­cami, krę­cąc głową. Kal cze­kał cier­pli­wie na dru­gim końcu połą­cze­nia. Unio­słem wzrok i zoba­czy­łem, że Gina patrzy na mnie z drwiącą miną. Szybko wygła­dziła twarz, ale... jestem kom­pu­ter, pamię­ta­cie? Odpo­wie­dzia­łem pośpiesz­nym uśmie­chem.

- Co, Mar­cus, dalej nie­prze­ko­nany? - Kal prze­krzy­wił głowę w okienku wideo.

Wes­tchną­łem.

- Prze­ko­nany jestem od dawna, rozu­miesz, ja po pro­stu w to nie wie­rzy­łem.

Kal par­sk­nął śmie­chem.

- Oto koniec mitu, że kom­pu­tery są logiczne.

- Wal się. Kie­dyś byłem czło­wie­kiem.

Roz­par­łem się w fotelu i zasta­no­wi­łem nad wła­sną reak­cją. Kol­czatka wybrała wła­śnie ten moment, by wsko­czyć mi na kolana na obo­wiąz­kową por­cję dra­pa­nia pod brodą. Poświę­ci­łem jej nale­żytą uwagę, jed­no­cze­śnie roz­wa­ża­jąc, jakie mam opcje. Kal i Gina nawet nie zauważą tej mili­se­kun­do­wej pauzy w roz­mo­wie.

Kal był zastępcą guber­na­tora na Połu­dnio­wym Dywa­nie nr 3, a Gina śred­niej rangi ofi­ce­rem ochrony. Przez ostat­nie dwa lata zaprzy­jaź­ni­łem się z nimi. Kiedy poczu­li­śmy się wobec sie­bie swo­bod­nie, oboje zwie­rzyli się z nie­po­ko­jów doty­czą­cych nie­usta­ją­cego zwięk­sza­nia wła­dzy Rady.

- Dobra. Chyba możemy już przy­jąć, że Rada nawet nie udaje, że będzie kie­dy­kol­wiek orga­ni­zo­wać wybory. A przy­naj­mniej się do tego nie przy­kłada. To nie jest osta­teczny dowód na ich tota­li­ta­ryzm, ale cał­kiem dobry wskaź­nik. Gina lubi strze­lać do wszyst­kiego pod pierw­szym pre­tek­stem, ty, Kal, jesteś o wiele bar­dziej kon­ser­wa­tywny. Sam fakt, że też się przy­łą­czy­łeś, suge­ruje, że naprawdę jest bar­dzo źle.

Gina otwo­rzyła usta do ripo­sty, lecz Kal ją ubiegł.

- W naj­gor­szym razie, jeste­śmy daleko od prze­kro­cze­nia jakiej­kol­wiek gra­nicy. Jeśli Rada będzie miała nagły atak rozumu, okaże się, że nie zro­bi­li­śmy niczego nie­le­gal­nego. Czy nawet żenu­ją­cego. A poza tym tak, Mar­cus, zanim zro­bimy coś, czego się nie da cof­nąć, chcę się dobrze przyj­rzeć całej sytu­acji.

Poki­wa­łem uspo­ko­jony głową. Rada Admi­ni­stra­cyjna Posej­dona chęt­nie korzy­stała z moich usług, ale nie mia­łem żad­nych ofi­cjal­nych upraw­nień ani wła­dzy. Niech tylko zacznę spra­wiać pro­blemy, od razu mnie ode­tną. Nie żebym jakoś się tym przej­mo­wał. Chcia­łem prze­cież, żeby kolo­nia była samo­wy­star­czalna, choćby tylko dla­tego, by móc w spo­koju pra­co­wać nad swo­imi pro­jek­tami.

- Kal, a coś będzie­cie chcieli ode mnie? - zapy­ta­łem. - Już od dzie­się­ciu lat oddaję kolejne rze­czy wła­dzom. Jak przyj­dzie co do czego, nie jestem pewien czy zdo­łam prze­jąć choćby auto­fa­bryki.

- Jeśli przyj­dzie co do czego - odparł Kal - ty jesteś nie­wia­domą, czymś, czego Rada nie jest w sta­nie kon­tro­lo­wać ani opa­no­wać. Plan mini­mum: odwra­casz uwagę. Mak­si­mum: jesteś w sta­nie naro­bić im nie­złego stresu.

- Zawsze chcia­łem być upier­dliwy - odpo­wie­dzia­łem.

- Cel osią­gnięty. - Gina uśmiech­nęła się do mnie sze­roko. - Ale jesteś też osobą publiczną, łatwą do śle­dze­nia. Musimy uwa­żać na to, co robisz, a jest widoczne.

- Hmm. - Podra­pa­łem z namy­słem pod­bró­dek. - Parę rze­czy da się z tym zro­bić. Popra­cuję nad tym. A to, co robię publicz­nie, może robić za zmyłkę. - Teraz ja się do niej uśmiech­ną­łem. - Widzisz? Teraz już też tak myślę. Taj­nos Agen­tos. Spi­sek! Matko Boska.

Gada­li­śmy jesz­cze parę minut i zakoń­czy­łem połą­cze­nie. Roz­par­łem się i patrzy­łem w prze­strzeń, zasta­na­wia­jąc się nad opcjami. Jak więk­szość ner­dów, nie mia­łem natu­ral­nej skłon­no­ści do intrygi i podwój­nej gry. Ale widzia­łem parę pro­stych stra­te­gii utrud­nia­ją­cych życie komuś, kto pró­buje mnie śle­dzić. Już nie mówiąc, że byłaby to oka­zja do prak­tycz­nego wypró­bo­wa­nia mojego ulu­bio­nego pro­jektu.

Dobrze, chyba czas na oso­bi­sty występ. Nachy­li­łem się i zadzwo­ni­łem do Howarda.

4. Pre­ten­sje do świata Howard, listo­pad 2217, Wol­kan

4. Pre­ten­sje do świata Howard, listo­pad 2217, Wol­kan

Sie­dzia­łem, powoli popi­ja­jąc kawę, i patrzy­łem na prze­cho­dzą­cych ludzi. Wyglą­dało na to, że w cen­trum han­dlo­wym panuje cią­gły ruch. Ale w sumie Przy­czó­łek nie miał ich za wiele. No dobra, jedno. Pierw­szy Bob ni­gdy nie miał czasu, żeby przy­glą­dać się ludziom, a już w życiu nie dałby się przy­ła­pać na tym, że sie­dzi i nic nie robi. Ewi­dent­nie nie­śmier­tel­ność zmie­niała ogląd na pewne sprawy.

Sklepy z ubra­niami, z elek­tro­niką, spe­cja­li­styczne przy­bytki na przy­kład z akce­so­riami łazien­ko­wymi, spra­wiały, że czu­łem się jak w domu i jed­no­cze­śnie za domem tęsk­ni­łem. Cały zna­jomy widok zde­rzał się z pro­stym fak­tem, że jestem sie­dem­na­ście lat świetl­nych od Słońca, w ukła­dzie, który był pier­wot­nie domem Spo­cka. I na pla­ne­cie, która w fil­mo­wej wer­sji została znisz­czona, ale kogo to w ogóle?

Nie­mniej samo sie­dze­nie przy sto­liku i picie kawy spra­wiało, że to wszystko robiło się, no... banalne.

Brid­get miała nie­długo przyjść. Posta­no­wi­łem tu na nią pocze­kać, zamiast iść do biura i prze­szka­dzać. A na razie cie­szy­łem się, że mogę być jakimś przy­pad­ko­wym czło­wie­kiem.

Już idę.

Uśmiech­ną­łem się, czy­ta­jąc wia­do­mość na HUD-dzie. Spe­cjal­nie niczego kon­kret­nego na dzi­siaj nie pla­no­wa­li­śmy. Obiad, jakiś spa­cer, nic wiel­kiego.

Brid­get poja­wiła się dokład­nie kiedy dopi­łem kawę. Wsta­łem, poca­ło­wa­li­śmy się w prze­lo­cie. Ści­snęła moją rękę, po czym usia­dła.

- Głodna jestem strasz­nie. Może tu, w cen­trum han­dlo­wym coś zjemy?

- W cen­trum han­dlo­wym? - Unio­słem brwi. - Bim­browa baro­nowa powinna mieć bar­dziej wyra­fi­no­wane gusta. Zasza­lejmy. Może bron­to­bur­ger? Albo pój­dziemy na jakieś praw­dziwe jedze­nie?

Brid­get łyp­nęła na mnie zło­wrogo.

- Żebyś zapa­mię­tał: ja aku­rat lubię bron­to­bur­gery.

- No to bron­to­bur­gery - zde­cy­do­wa­łem.

Wsta­łem i pod­su­ną­łem jej ramię. Wstała i ujęła je z uśmie­chem - i z nie­znacz­nym dygnię­ciem.

Kiedy szli­śmy w ogól­nym kie­runku wybra­nej żar­ciowni, usły­sza­łem uwagę rzu­coną parę sto­li­ków dalej:

- Tylko trzy­maj mamu­się za rękę. - Ktoś to wypo­wie­dział pół­gło­sem i może nie mie­li­śmy tego sły­szeć, ale typ - prysz­czaty nasto­la­tek - się prze­li­czył.

Sta­ną­łem jak wryty i odwró­ci­łem się do niego, a Brid­get poło­żyła mi drugą dłoń na ramie­niu.

- Howard, naprawdę? Zważ, kto to mówi.

Spoj­rza­łem na gów­nia­rza, który szcze­rzył się do mnie. Jakieś sie­dem­dzie­siąt kilo po namo­cze­niu. Kon­tra android z reflek­sem kilka razy szyb­szym od ludz­kiego i podob­nie z siłą. Nie do końca równa walka. Zlu­stro­wa­łem go powoli od stóp do głów, par­sk­ną­łem śmie­chem i odwró­ci­łem się. Mam nadzieję, że dotarło.

Tym­cza­sem Brid­get cią­gnęła mnie za rękę.

- Jeść. Tam.

- Abso­lut­nie. Udajmy się zatem spo­ży­wać ciało obcego bron­to­po­dob­nego stwo­rze­nia.

Uśmiech­nę­li­śmy się do sie­bie i ruszy­li­śmy dalej, ale ten incy­dent nie dawał mi spo­koju. Brid­get miała teraz pod sześć­dzie­siątkę - bio­lo­gicz­nie, czas spę­dzony w hiber­na­cji się nie liczył. Ja nato­miast byłem zbu­do­wany na wzór Pierw­szego Boba, mają­cego trzy­dzie­ści jeden lat, kiedy zgi­nął na skrzy­żo­wa­niu w Las Vegas. Komen­tarz o mamusi nie­stety był mate­ma­tycz­nie poprawny.

Ale nie ma mowy, żebym drugi raz nara­ził Brid­get na coś takiego.

***

Wiek zupeł­nie nie stę­pił jej ape­tytu. Rzu­ciła się na bur­gera i frytki z zapa­łem nasto­latki. Ja jadłem w bar­dziej dys­tyn­go­wa­nym tem­pie, delek­tu­jąc się sma­kiem, ale nie potrze­bu­jąc kalo­rii. Ści­śle rzecz bio­rąc, to było mar­no­traw­stwo jedze­nia, ale robi­łem to tak rzadko, że chyba nie warto było się przej­mo­wać.

- Jak tam dzie­ciaki? - zapy­ta­łem, tro­chę po to, by spo­wol­nić tę masa­krę, a tro­chę dla­tego, że chcia­łem wie­dzieć.

Brid­get prze­łknęła, otarła usta ser­wetką i łyp­nęła na mnie.

- Ty mnie nie nabie­rzesz. Zawsze celu­jesz, żebym miała pełne usta.

Wyszcze­rzy­łem się bez skru­chy, a ona kon­ty­nu­owała:

- Rosie... no, pozna­łeś Rosie, to wiesz, jaka jest. Ma prawo do swo­jego zda­nia, a ty masz prawo do jej zda­nia. Tyle.

Ugry­zła kolejny kęs bronta i zmarsz­czyła się, zasta­na­wia­jąc się nad kolej­nymi sło­wami. - Chyba można powie­dzieć, że jej nasz zwią­zek nie pasuje. To nie zna­czy, że ona cie­bie oso­bi­ście nie lubi. Zna­czy... nie lubi cię tak samo, jak więk­szo­ści ludzi. Ale chyba wola­łaby, żebym się trzy­mała swo­jego gatunku. Pró­bo­wa­łam z nią o tym poga­dać, ale... wiesz...

Uśmiech­ną­łem się.

- Jest zda­nie Rosie i jest... a nie, wła­ści­wie to jest tylko zda­nie Rosie.

- No, dokład­nie. - Zachi­cho­tała. - Ale chcia­łam, żeby moje dzieci były nie­za­leżne. No to mam.

- Ostat­nio parę razy gada­łem z Howiem - doda­łem, dzio­biąc frytki. - Jest tro­chę bar­dziej zdy­stan­so­wany niż kie­dyś, ale wytłu­ma­czy­łem to sobie tym, że dorósł i prze­stał czcić boha­te­rów.

- Tro­chę tego też ma. Ale o wiele wię­cej samej Rosie. I ona cią­gle nie daje mi spo­koju.

Wzru­szy­łem ramio­nami.

- Brid­get, posłu­chaj. Wiele razy już mówi­łem: ty jesteś naj­waż­niej­sza. Jeśli powo­duję pro­blemy w rodzi­nie, życiu zawo­do­wym czy pry­wat­nym, to już mnie nie ma.

Brid­get odło­żyła żało­sne nie­do­bitki bur­gera i nachy­liła się do mnie. Popa­trzyła mi pro­sto w oczy - to był sygnał, by się zamknąć i słu­chać uważ­nie.

- Howard, moje związki to moja sprawa. Nikt wię­cej w tej spra­wie nie gło­suje. Kocha­łam Stéphane'a, a kiedy umarł, opła­ka­łam go, jak należy. Teraz odpo­wiada mi twoje towa­rzy­stwo. I twoje towa­rzy­stwo będzie, na prze­kór mojej córce-wre­do­cie i jakie­muś prysz­czer­sowi z cen­trum han­dlo­wego. Masz coś jesz­cze do doda­nia?

- Nie, kocha­nie. - Uśmiech­ną­łem się sze­roko, a ona prze­wró­ciła oczyma.

- No to świet­nie. - Otarła usta ser­wetką i rzu­ciła ją na resztki posiłku. - To chodźmy. Obie­ca­łam, że ci kupię parę lep­szych ubrań do powie­sze­nia na tym andro­idzie.

- Gro­zi­łaś.

- Co?

- Gro­zi­łaś, że mi kupisz.

Brid­get par­sk­nęła śmie­chem i pocią­gnęła mnie za rękę. Łaże­nie po skle­pach z ciu­chami. Nawet śmierć cię przed tym nie uchroni.

5. Zasadzka Bob, marzec 2224, Delta Eri­dani

5. Zasadzka Bob, marzec 2224, Delta Eri­dani

Unie­śli­śmy upo­lo­wa­nego dzi­ko­ida na włócz­niach, sta­ra­jąc się jak naj­le­piej uda­wać, że nic nie wiemy o tym, że inna grupa nas obser­wuje. Ja patrzy­łem w swoim wyświe­tla­czu HUD na obrazy z moni­to­ringu. Zde­cy­do­wa­nie mie­li­śmy publicz­ność, do tego licz­niej­szą: dwu­na­stu kon­tra sze­ściu. Nie mogłem mówić towa­rzy­szom cze­goś, czego nie mia­łem prawa wie­dzieć, ale mogłem być przy­go­to­wany na wypa­dek, gdyby tamci zro­bili coś nie­ocze­ki­wa­nego.

Kiedy ruszy­li­śmy z powro­tem do Came­lotu, nie mogłem nie zauwa­żyć, że moja grupa jest naprawdę, naprawdę kiep­ska aktor­sko. Każdy reży­ser teatralny by się zała­mał i rzu­cił papie­rami, sły­sząc te nad­mier­nie gło­śne uwagi wypo­wia­dane z prze­sad­nym naci­skiem.

A ja nie­po­trzeb­nie się przej­mo­wa­łem. Fred i jego banda pew­nie i tak w ogóle nie słu­chali. Zastą­pili nam cen­tral­nie drogę i zaszli nas od tyłu, dokład­nie tak, jak ostat­nim razem.

Fred popa­trzył na mnie, sto­ją­cego na czele, i uśmiech­nął się paskud­nie, jak to on.

- No, Rober­cie. Widzę, że zła­pa­łeś dla mnie obiad. I nie masz tego wiel­kiego przy­du­pasa, żeby cię obro­nił. Może się pobi­jemy, tak jak ostat­nio? Będzie faj­nie.

Prze­krzy­wi­łem głowę.

- Po pierw­sze, Fred, to ostat­nim razem Donald nie musiał mnie bro­nić. Po pro­stu: kiep­ski jesteś. A jeśli chcesz się pobić, to dziś jest świetna oka­zja.

Na te słowa, osiem­na­stu myśli­wych z Came­lotu, w tym Donald, wyszło z krza­ków za ple­cami bandy Freda. Grupa z Caer­le­onu sku­liła się w obron­nym geście. Paru spró­bo­wało usu­nąć się na bok i trzeba ich było szturch­nąć dzi­dami. Bły­ska­wicz­nie sku­pi­li­śmy ich w ści­słą gro­madkę.

Fred uśmiech­nął się szy­der­czo.

- Myślisz, że tak się obro­nisz? Nie zawsze będziesz wszę­dzie z kum­plami, kuzzi.

- Ty też nie.

Fred pod­sko­czył zbity z tropu.

- Co takiego?

- Sły­sza­łeś. Ja mogę cze­kać, obser­wo­wać... w końcu kie­dyś pój­dziesz się wysi­kać czy coś, bez kum­pli, co pil­nują two­jej dupy. - Nachy­li­łem się bli­żej. - I pode­rżnę ci gar­dło, a ty się nawet nie zorien­tu­jesz. - Zwró­ci­łem się do reszty grupy. - To samo doty­czy wszyst­kich. Idzie­cie na wojnę z nami, to do końca życia będzie się musieli pil­no­wać. Ja ni­gdy nie zapo­mi­nam. I ni­gdy nie wyba­czam.

Fred par­sk­nął krót­kim, ostrym śmiesz­kiem.

- Nie­zła gadka. Ale nic za nią nie stoi.

- Naprawdę? - Uśmiech­ną­łem się do niego i zanim zdą­żył zare­ago­wać, wal­ną­łem go w to samo miej­sce, co poprzed­nio.

Padł.

Oczy­wi­ście to nie była równa walka. Ja dzia­ła­łem z kom­pu­te­rową pręd­ko­ścią i zamiesz­ki­wa­łem ciało andro­ida o elek­tro­nicz­nych odru­chach, kil­ka­krot­nie sil­niej­sze od żywego Del­ta­nina. Ale tu nie cho­dziło o równą walkę. Chcia­łem, żeby prze­stali napa­dać na came­loc­kich myśli­wych. Żeby dotarło do nich, że sami też są śmier­telni.

Popa­trzy­łem po twa­rzach bandy z Caer­leon. Wyglą­dali teraz o wiele mniej bojowo.

- Dzi­siaj was puścimy, tylko z ostrze­że­niem. I bez włóczni. Następ­nym razem będzie o wiele bar­dziej bolało.

Kiw­ną­łem na paru chło­pa­ków, któ­rzy zaczęli zbie­rać dzidy. Teraz banda Freda była już poważ­nie zastra­szona i w ogóle nie sta­wiała oporu.

Kaza­li­śmy im iść, a sami zawró­ci­li­śmy do Came­lotu.

Donald ruszył koło mnie.

- Cho­lera, Robert, to było naprawdę nie­złe. Ale Freda się chyba tak łatwo nie znie­chęci.

- Masz rację. Ale jego zwo­len­ni­ków już tak. A ktoś taki jak Fred potrze­buje zwo­len­ni­ków. Mam nadzieję, że to pozbawi go zębów.

Donald kiw­nął głową i zaczął mar­szową pio­senkę. Wszy­scy dołą­czyli.

Chciał­bym być tak pewny sie­bie, jak uda­wa­łem.