Wszystkie szczyty świata. Opowieść o zmaganiach z niebezpieczeństwem, nauce pokory i odnalezieniu prawdy o sobie - Vanessa OBrien


Reflow text when sidebars are open.
PROLOG
Wspinaczka górska to długie okresy przeraźliwej nudy, przeplatane chwilami absolutnego przerażenia.
ANONIM
Wgramoliłam się po skalnej morenie na lodowiec Godwin-Austen, wysoko w paśmie Karakorum. Przede mną wyrastała ogromna, niemal idealnie trójkątna sylwetka K2 odcinająca się marmurową bielą i czernią od błękitnego nieba. Wyglądała jak narysowana. Próbowałam się skupić na swoich stopach, ale kątem oka wciąż widziałam szczyt, który rozpraszał moją uwagę. Pojawiał się i znikał, bawiąc się w chowanego z letnimi cirrusami oraz kryształowymi obłokami śniegu niesionymi bezlitosnym wiatrem. Nie pamiętam piosenki, której wtedy słuchałam w słuchawkach. To mogli być Rolling Stonesi śpiewający o różnicy między otrzymywaniem tego, czego się pragnie, a czego się potrzebuje, albo Sex Pistols śpiewający o różnicy między tym, czego się chce, a co się dostaje. Każda ekspedycja ma własną ścieżkę dźwiękową. Każda z tych dwóch piosenek nadałaby się na moją drugą próbę zdobycia K2.
Leżąca na granicy Pakistanu i Chin "góra gór" jest najwyższym szczytem łańcucha Karakorum i drugim najwyższym wierzchołkiem na naszej planecie, wznoszącym się na wysokość 8611 metrów nad poziomem morza. Odległość w pionie między bazą główną a szczytem wynosi około 3,6 kilometra. K2 słynie ze straszliwego zimna, nieustannie schodzących lawin oraz spadających skał, trudnych technicznie dróg wspinaczkowych i fatalnej pogody. Zdobycie tego szczytu jest brutalnym sprawdzianem wytrzymałości fizycznej i siły woli. Aby przetrwać na K2, niezbędna jest żelazna determinacja, ponieważ wyprawa na ten szczyt to niezwykle ciężkie doświadczenie zarówno dla wspinacza, jak i dla jego bliskich, o czym bez narzekania może zaświadczyć mój mąż Jonathan.
W roku 2013, trzy lata przed moją drugą próbą wejścia na K2, lawina porwała dwóch wspinaczy, ojca i syna, w pobliżu obozu III, na wysokości około 7400 metrów nad poziomem morza. W pogodny dzień można było dość wyraźnie dojrzeć miejsce, w którym zaginęli. Obiecałam żonie i matce tej dwójki oraz córce i siostrze, Sequoi Schmidt, że poszukam ich śladów, dlatego gdy tylko dotarliśmy do bazy głównej, zaczęłam rozglądać się za pozostałościami znoszonymi ze zboczy przez lawiny. Badałam porwane kombinezony, fragmenty odzieży, a czasem ludzkie szczątki. Kiedy usłyszałam, że jeden z zespołów wspinaczkowych zauważył dwa różne buty wystające obok siebie z lodu, poczułam przypływ nadziei i poszłam przyjrzeć im się bliżej.
Topografię w rejonie K2 można porównać do gigantycznej stłuczki samochodowej rozgrywającej się w zwolnionym tempie od ponad pięćdziesięciu milionów lat. Płyta indyjska zderzyła się z płytą euroazjatycką, wypiętrzając się na wysokość ośmiu kilometrów i tworząc najwyższe góry świata - Himalaje i Karakorum. Kiedy na drodze ktoś wjedzie komuś w tylny zderzak, karoseria pojazdu składa się jak harmonijka i unosi w górę. Tak samo jest z łańcuchami górskimi. Skamieliny powstałe głęboko w pierwotnych warstwach gleby teraz są zatopione w skałach znajdujących się tysiące metrów nad poziomem morza. Lawiny zasilają śniegiem podziemne strumienie, które stopniowo wcinają się w masyw góry, wypłukując głębokie szczeliny i tworząc kruche półki skalne.
Góry są zawsze w ruchu, ale te najstarsze, pochodzące sprzed miliardów lat, są zazwyczaj niskie i spokojne. Przekładając geologię na ludzkie miary czasu: Himalaje i Karakorum są kapryśnymi nastolatkami. Pyskują i zachowują się skandalicznie, zrzucając bez uprzedzenia kamienie i rumosz. Pomiędzy szczytami skute lodem rzeki i wodospady także są w ciągłym ruchu, przesuwając się czasami o metr lub dwa w ciągu jednego dnia. Wspinaczom nieustannie grozi pośliźnięcie się i wpadnięcie w lodową otchłań. Może spaść na nich oderwany serak lub mogą popełnić katastrofalny błąd. Może dopaść ich choroba wysokościowa, obrzęk, wyczerpanie lub niedotlenienie. Mogą spaść, zamarznąć albo po prostu się nie obudzić.
W chwili, gdy to piszę, na szczycie K2 stanęło zaledwie trzysta siedemdziesąt siedem osób i zginęło osiemdziesięcioro siedmioro wspinaczy, co stawia je na drugim miejscu po Annapurnie w klasyfikacji najbardziej zabójczych szczytów świata. Na każdych dwadzieścia wejść na szczyt Everestu przypada tylko jedno wejście na K2, a na każde cztery wejścia na szczyt K2 ginie jedna osoba. Co gorsza, rzadko udaje się sprowadzić ciało zmarłego wspinacza w nienaruszonym stanie. Urwane kończyny, porzucony sprzęt i zamarznięte zwłoki pojawiają się i znikają wśród przemieszczających się mas lodu. Lawina miota ciałem człowieka jak sztorm kamykiem, łamiąc kości, rozrywając stawy i ścięgna, miażdżąc tkankę chrzęstną. Ciało zwykle rozpada się w najsłabszych punktach, poczynając od szyi. Zanim jakaś litościwa dusza zdąży zepchnąć oderwaną głowę do szczeliny lub przysypać zwłoki rumoszem, zazwyczaj do fragmentów ciał wspinaczy dobierają się ptaki. Na dużych wysokościach zużywanie bezcennej energii na próbę sprowadzenia zwłok na dół lub pochowanie ich pod kamieniami może skończyć się tragicznie dla wspinacza samarytanina, dlatego moim celem było jedynie zidentyfikowanie zwłok ojca i syna dzięki próbkom DNA.
Szerpowie boją się śmierci. Wielu z nich szerokim łukiem omija pamiątkowy kopiec w pobliżu bazy głównej pod K2. Niektórzy uważają, że nawet zrobienie zdjęcia zmarłemu może zakłócić wędrówkę jego duszy. Nie było sensu nawet prosić ich o pomoc w poszukiwaniu ciał himalaistów na lodowcu, dlatego zwróciłam się do jednego z członków mojego zespołu, Ekwadorczyka imieniem Benigno. Był wciąż poniżej moreny, kiedy dojrzałam przed sobą smugę kryształowego, błękitnego lodu i śniegu barwy bitej śmietany. Na tym tle bardzo wyraźnie odcinały się dwa buty - ciemnoniebieski i jaskrawopomarańczowy. Dwa różne kolory, ale ta sama europejska marka. Być może ich właściciele kupowali je wspólnie. Za pomocą komunikatora satelitarnego Garmin inReach, który monitoruje ruch i pozwala na przesyłanie SMS-ów, skontaktowałam się z Sequoią: "Czy twój tata i brat mieli buty Koflach?".
Czekając na odpowiedź, weszłam wyżej na lodowiec w poszukiwaniu strzępów odzieży, sprzętu lub szczątków. Sprzęt wspinaczkowy jest kolorowy jak namiot cyrkowy, ponieważ wspinacze chcą być dobrze widoczni na tle lodu i skał. Kiedy stawiałam swoje pierwsze kroki we wspinaczce górskiej, nienawidziłam tych jaskrawych kolorów. Chciałam wyglądać jak ninja, a nie zestaw grillowy musztarda plus keczup, ale butów La Sportiva Olympus Mons Evo nie produkują w kolorach innych niż żółty. To tak jak z fordem model T: możesz wybrać dowolny kolor, pod warunkiem, że będzie czarny. Przez jakiś czas wędrowałam w górę, przyglądając się uważnie zacienionym zaspom. Niczego nie znalazłam. Zachmurzyło się i zerwał się przeciwny wiatr, na tyle silny, że każdy kolejny krok wymagał wysiłku całego ciała. Wróciłam do butów.
Najpierw zajrzałam do niebieskiego. W środku znajdowała się stopa, kostka i złamana kość piszczelowa ze sporą ilością ciała, którego białawy kolor i galaretowata konsystencja przypomniały mi nóżki wieprzowe w occie, które uwielbiała moja mama. Wzdrygnęłam się na myśl, że w dzieciństwie byłam w stanie przełknąć coś takiego. Nie wiedziałam, czy będę jeszcze mogła spojrzeć na słoik tego specjału bez odruchu wymiotnego. Z drugiej strony miałam do dyspozycji dużo materiału do analizy DNA. Nie jestem ekspertką, ale znam podstawy pobierania tkanek do badań, dlatego wydawało mi się, że mogę to zrobić ze stoickim spokojem. Już w dzieciństwie umiałam zachować stoicki spokój w trudnych sytuacjach.
Pamiętam pierwszy pogrzeb, w którym uczestniczyłam. Miałam osiem lat. Mama podeszła ze mną i moim młodszym bratem Benem do trumny, żebyśmy oddali hołd zmarłemu. Ben był za mały, żeby dojrzeć coś zza krawędzi, ale ja stanęłam na palcach i zapytałam, czy mogę dotknąć. Mama skinęła głową, więc pogładziłam rękaw wykrochmalonego, ciemnoszarego garnituru. Nie znałam tego człowieka. Był tylko pustym wieszakiem na ubrania. Wszyscy mówili, że jego dusza poszła do nieba, a ja po dziecięcemu wierzyłam w to bez zastrzeżeń. Wciąż wierzę. Ale kiedy wyjęłam z kieszeni zestaw do pobierania wycinków ciała - rękawiczki chirurgiczne, nożyczki, maseczkę, pojemnik na próbki i scyzoryk - ręce mi się trzęsły. To nie było krojenie żaby na lekcji biologii. To był czyjś brat. Od razu pomyślałam o moim młodszym bracie i mój wrodzony stoicyzm zaczął się kruszyć.
Zawołałam Benigna, który wspiął się na lodowe wzniesienie i stanął koło mnie. Jego oddech formował białe obłoczki przy ustach.
- Chyba przeceniłam swoje możliwości - powiedziałam, wręczając mu maseczkę i rękawiczki. - Może podałbyś mi pomocną dłoń? A właściwie to stopę?
Wzruszył ramionami i uśmiechnął się szeroko. Wspinacze są przyzwyczajeni do czarnego humoru. Przytrzymałam but, poinstruowałam go, które fragmenty ciała ma odciąć, i otworzyłam pojemnik.
- W porządku. Idealnie. Mógłbyś teraz odłamać ten kawałek kości? Świetnie. To samo z drugim. Otworzę kolejny pojemnik.
Powtórzyliśmy całą operację w drugim bucie. Kiedy skończyliśmy, zdjęłam maseczkę i rękawiczki, opisałam pojemniki i schowałam je do torby razem ze scyzorykiem.
- Ej, nie wyrzucaj scyzoryka - powiedział Benigno. - Ja go wezmę. Oczyszczę i jeszcze mi posłuży.
Niech mu będzie. Otworzyłam torbę i pozwoliłam zabrać scyzoryk. Kilka metrów dalej znajdowała się głęboka szczelina. Zebraliśmy resztę szczątków i ostrożnie umieściliśmy je w rozpadlinie, zaznaczając współrzędne.
- Chcę się pomodlić - powiedziałam.
Benigno pochylił z szacunkiem głowę, splatając ręce za plecami.
- Ojcze nasz, któryś jest w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja, jako w niebie, tak... tak i na ziemi - głos zaczął mi się łamać. Odmawiam Modlitwę Pańską codziennie od czterdziestu lat. Teraz jednak poczułam napływające do oczu łzy i zalewające mnie nieznane emocje. - I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas... zbaw ode Złego. Amen.
Farman, nasz kucharz i kierownik bazy głównej, obiecał, że przechowa próbki w lodzie. Wysłałam kolejną wiadomość do Sequoi i tym razem dostałam odpowiedź od razu. Ani jej ojciec, ani brat nie mieli butów tej marki.
Niech to szlag. Chciałam, żeby to jednak byli oni. Nie miałam niczego więcej, co mogłoby ukoić ból niewiedzy matki i córki. Ich niezamknięta żałoba stanowiła gorzki kontrapunkt dla niezidentyfikowanych próbek DNA w lodówce, które były bezużyteczne, jeżeli nie dało się ich powiązać z członkiem rodziny. Rozumiałam to aż za dobrze. Moja matka umierała z tym samym bólem. Ojciec nigdy nie potrafił o tym mówić, nawet zanim choroba Parkinsona odebrała mu zdolność mówienia w ogóle.
Chwila znalezienia szczątków wielokrotnie powracała do mnie w koszmarach podczas niespokojnych nocy na wyprawie, która sama była jak zły sen. Lawina podobna do tej, która pochłonęła życie ojca i syna, porwała ze sobą obóz III. Nikt nie zginął, ale nasz starannie przygotowany sprzęt, namioty, zapasy i tlen przepadły. Moją drugą próbę zdobycia K2 zakończyła diabelska kombinacja fatalnej pogody i pecha. Nie wiedziałam, czy wystarczy mi sił fizycznych, środków i wytrzymałości emocjonalnej, żeby spróbować po raz trzeci. W tamtym momencie czułam się, jakby ktoś wytarł mną podłogę.
Im dłużej się wspinam, tym wyraźniej widzę, że historia alpinizmu się powtarza. Wspinaczka wysokogórska ma wiele wspólnego ze światem biznesu, z którego się wywodzę. W podobny sposób odbywa się nauka i interakcje, w obu środowiskach występują okresy wzrostów i załamań, w obu funkcjonuje też kultura pracy zespołowej, sojuszy, ale także działania w pojedynkę. Naprawdę sądziłam, że mój dyplom MBA pozwoli mi rozwiązać wszystkie problemy stojące między mną a szczytem. Góry skutecznie wyleczyły mnie z tego przekonania.
Niemniej moi przyjaciele zgotowali mi wówczas powitanie godne bohaterki. Od tamtej pory zawsze z niecierpliwością czekam na świętowanie po powrocie z wyprawy. Mój mąż, na którego mogę liczyć od ponad dwudziestu lat, jest dla mnie całym światem. Od dziecka, a konkretnie od chwili, w której mój dom rodzinny się rozpadł, wszędzie, gdzie się znajdę, buduję wokół siebie doraźną rodzinę, przynoszącą mi wytchnienie i spokój. Pierwszymi recenzentami moich nadziei, obaw i marzeń są przyjaciele. Kiedy wracam do domu dumna z kolejnego sukcesu, nie pozwalają mi wpaść w pychę, kiedy zaś wracam pokonana, potrafią tchnąć we mnie optymizm, do którego jednak Jonathan podchodzi sceptycznie, jeśli nie jest on poparty liczbami.
Kiedy poznałam mojego męża, stałam na szczycie świata i nie mam tu na myśli Everestu. Mieszkałam w Londynie, właśnie obroniłam dyplom MBA i robiłam karierę w sektorze finanso-wym. Jonathan, specjalista od księgowości korporacyjnej, który w wieku siedmiu lat został wrzucony w otchłań bezdusznej angielskiej szkoły prywatnej, uznał to za niebywale seksowne. Zachwycił go mój "duch przygody" przejawiający się w tak ryzykownych dla niego zachowaniach jak chodzenie w sandałach, wjeżdżanie wyciągami narciarskimi - carpe orczyk! - i korzystanie z czasu wolnego na wycieczkach bez patrzenia co chwilę na zegarek. Powyższe czynności określa się fachowo czasownikiem "bawić się", całkowicie nieznanym małym chłopcom dorastającym w drakońskiej dyscyplinie angielskiego szkolnictwa. Jonathan nie wiedział wtedy - dowiedział się dopiero, kiedy sama to sobie uświadomiłam - że w moim życiu wydarzyło się wiele strasznych rzeczy, które nigdy nie przestały mnie dręczyć. Po prostu doskonale wychodziło mi ukrywanie ich głęboko w szafie.
Obecnie wychodzi mi to gorzej. Każdy szczyt, na którym byłam, zmieniał mnie. Nauczyłam się nie dusić w sobie negatywnych emocji, niemniej nie podpisałabym się pod stwierdzeniem, że wspinaczka spowodowała u mnie jungowską samoaktualizację czy coś w tym rodzaju. Najbliższa jest mi filozofia George'a Mallory'ego, który zapytany przez dziennikarzy w 1923 roku, dlaczego chce zdobyć Everest, odpowiedział: "Ponieważ tam jest. (...) Sam fakt, że istnieje, jest wyzwaniem". Z tym mogę się zgodzić. Potem jednak Mallory dodał: "Moja odpowiedź jest instynktowna, wypływa, jak sądzę, z przyrodzonego mężczyznom pragnienia podboju świata".
Może mężczyźni mają takie pragnienia. Ja nie. Nigdy nie chciałam podbijać K2, Everestu ani żadnej innej góry. Wspinaczka jest dla mnie jak wdrapywanie się na kolana wielkiej matki. Przenigdy nie pomyślałabym, że jestem od niej silniejsza, potężniejsza, mądrzejsza czy szlachetniejsza.
K2 pierwsi zdobyli dwaj Włosi, Lino Lacedelli i Achille Compagnoni, którzy weszli na wierzchołek w 1954 roku. Pierwsi Amerykanie, Jim Wickwire i Louis Reichard, osiągnęli go w roku 1978. Pierwszą kobietą, która postawiła stopę na K2, była polska himalaistka Wanda Rutkiewicz. Dokonała tego w roku 1986, gdy na "górze gór" zginęło trzynaścioro wspinaczy, w tym partnerzy Rutkiewicz. W 2017 roku, trzydzieści jeden lat po jej wyczynie, na szczycie K2 stanęła pierwsza Amerykanka - ja. A ponieważ mam podwójne obywatelstwo, stałam się również pierwszą Brytyjką, która zdobyła K2 i powróciła ze szczytu żywa. Była to moja trzecia próba. Miałam pięćdziesiąt dwa lata i wspinałam się na poważnie od niecałych ośmiu.
Zaskoczyło mnie, że moje doświadczenie biznesowe okazało się świetnym przygotowaniem do życia pełnego przygód i eksploracji - tak, to są dwie różne rzeczy. Przygoda jest czymś, co robi się dla siebie, natomiast eksplorację prowadzi się dla dobra ogółu i dla potomności. Nie zawsze potrzebna jest zabawa, żeby dobrze się bawić. Jeśli jednak zdarzy się po drodze coś zabawnego, to tym lepiej. Uwielbiam planowanie, przygotowania i poczucie koleżeństwa, które towarzyszą wyprawom. Zachwycają mnie spektakularne widoki i gościnność mieszkańców różnych krajów. Sympatia miejscowych w Pakistanie i Nepalu zawsze była dla mnie wielkim zaszczytem. Samo wspinanie się na szczyt często jest jednak mozolnym i wyczerpującym doświadczeniem. Od strony mentalnej to test cierpliwości i odporności psychicznej. Od strony fizycznej, w najlepszym razie - potworny wysiłek, a w najgorszym kończy się ciężkimi obrażeniami. Odmrożone palce u rąk i nóg pokrywają się pęcherzami, czernieją i czasem trzeba je amputować. Podczas wyprawy człowiek przez całe tygodnie, czasem miesiące, pozostaje na łasce żywiołów. Dotarcie do podnóży najwyższych szczytów ziemi wymaga podróży przez kraje trzeciego świata, gdzie woda pitna jest bardziej niebezpieczna od silnych prądów powietrza zwanych jet streamem - prądem strumieniowym, nie wspominając już o miejscowych zbirach, którzy utrzymują się z porywania wspinaczy dla okupu.
"Nie mogę się doczekać, żeby nigdy więcej tu nie wrócić", powiedział kiedyś pewien wspinacz. Ta przewrotnie optymistyczna deklaracja przypomina mi się za każdym razem, kiedy widzę krowy przeżuwające karton na brzegu kanału ściekowego i dzieci harujące w polu. Myślę o tych słowach za każdym razem, kiedy wchodzę do zaszczurzonego i zarobaczonego "pensjonatu" z klepiskiem zamiast podłogi albo gdy dławi mnie smród nigdy nieczyszczonej latryny. Kiedy ściągam wilgotną skarpetę i w miejscu, w którym powinna być pięta, widzę świeżo mielone mięso, powtarzam sobie, że szczęście ma to do siebie, że aby je poczuć, trzeba najpierw doświadczyć jego przeciwieństwa. Tak jest w biznesie i w życiu.
Ale przeglądając jakiś czas temu stare rodzinne zdjęcia, zauważyłam coś, na co nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi. Na prawie każdej fotografii w tle są góry. Oto ja, jako niemowlę na kocu piknikowym na jakiejś łące, która przepadła w mrokach niepamięci. Mój przystojny tata pochyla się nade mną, w tle wznoszą się strome szczyty. A tu ja i mój młodszy brat Ben, siedzimy w podwójnym wózku. On uśmiecha się od ucha do ucha, a ja mam minę, jakbym chciała kogoś zamordować. Za nami w oddali wznosi się wierzchołek jakiejś góry. Wielki Kanion, Yosemite, Yellowstone - wszystkie tradycyjne amerykańskie miejsca na rodzinne wakacje plus sporo zaśnieżonych wzgórz i wzniesień, których nie rozpoznaję. Dopiero teraz je dostrzegam - niewzruszonych strażników niespokojnych czasów, górujących nad światem, który miał za chwilę rozpaść się na kawałki. Wiele lat po stracie rodziny góry upomniały się o mnie.
Ta książka jest opowieścią o tym, jak zdobyłam najwyższe szczyty i przedzierałam się ciemnymi dolinami, o których wciąż niełatwo mi mówić. To historia o wytrwałości zrodzonej z pokonywania przeszkód i lawin oraz o tym, jak poszukiwanie przygód z czasem ustępuje miejsca eksploracji. A także o tym, jak się robi siku w wysokich górach, ponieważ z jakiegoś powodu ludzie zawsze zadają mi to pytanie. Aby opowiedzieć tę historię w jak najbardziej przystępny sposób, połączyłam niektóre postacie i wydarzenia, a rozmowy odtworzyłam w sposób, który według mnie najlepiej oddaje ich ducha. Z różnych przyczyn zmieniłam imiona i nazwiska wielu osób. Wydarzenia nieistotne dla samej opowieści pominęłam. Ta książka w żadnym razie nie opisuje całego mojego życia ani kariery. Mam nadzieję, że osoby znające mnie na stopie zawodowej i prywatnej zrozumieją, że sposób, w jaki zostały tu przedstawione, nie odzwierciedla w pełni miejsca, które zajmują w moim sercu. Ta historia ma kilka wersji i każda z nich jest na swój sposób prawdziwa, jak każde wspomnienie dzielone z bliską osobą i pamiętane przez każde z nas nieco inaczej.
Kiedy temat zdobycia Mount Everestu pojawia się w moich rozmowach z przyjaciółkami, Stephanie jest przekonana, że to ona jako pierwsza podsunęła mi ten pomysł. Pippa twierdzi, że wszystko zaczęło się od wyzwania rzuconego w e-mailu. Maya z kolei obwinia tequilę i do pewnego stopnia się z nią zgadzam, bo w tej historii nieraz brakowało trzeźwego spojrzenia. Zresztą takie detale nie są ważne. Zawsze wolałam wybiegać myślami naprzód, niż oglądać się za siebie. Nostalgia jest marnowaniem tlenu, a żal ma tę nieprzyjemną właściwość, że często spiętrza się w lawinę. Tak naprawdę liczy się tylko góra, która jest przed tobą.
Równie dobrze mogą zapytać, po co wspinać się na najwyższy szczyt. (...) Zdecydowaliśmy się polecieć na Księżyc w tym dziesięcioleciu i dokonać innych rzeczy nie dlatego, że są łatwe, lecz dlatego, że są trudne.
JOHN F. KENNEDY, RICE UNIVERSITY, 1962 r.
Jak każde wielkie przedsięwzięcie zdobycie Mount Everestu jest wypadkową przygotowań i wykorzystania okazji. Niektóre właściwości - takie jak umiejętność dążenia do celu, koncentrację, wewnętrzny ogień - albo się ma, albo się ich nie ma, natomiast cała reszta - pomijając siłę wyższą - zależy tylko od nas. Umiejętności są z definicji czymś, czego można się nauczyć. Kondycję fizyczną można wypracować dzięki zaangażowaniu i wysiłkowi. Bez względu na to, w którym miejscu życia się znajdujesz, to jest twój punkt wyjścia do dalszej drogi. A żeby wyruszyć w jakąkolwiek, potrzebne są informacje. Moje boleśnie puste biurko szybko zapełniło się książkami, mapami, płytami DVD i pospiesznie spisywanymi notatkami. Przeglądarka Google została moją najlepszą przyjaciółką.
SZUKAJ: wejście na Everest
Wyszukiwanie po angielsku daje dziś około osiem milionów trzysta tysięcy wyników. Kiedy wpisałam tę frazę w okienko, od razu wyświetliły mi się reklamy konsultantów i komercyjnych ekspedycji. Większość z nich zadawała mi to samo pytanie: "Czy masz w sobie to, czego trzeba?". Moja automatyczna odpowiedź brzmiała: "Oczywiście!", ale wrodzony pragmatyzm kazał mi zgromadzić więcej informacji.
SZUKAJ: czego trzeba, żeby zdobyć Everest
Wpisanie tego pytania po angielsku daje dziś około dwudziestu milionów wyników. Na drugim miejscu wyświetla się link do artykułu z "New York Timesa" zatytułowany: "Chcesz zdobyć Mount Everest? Oto, czego potrzebujesz", a zaraz pod nim link do wpisu na blogu: "Wejście na Mount Everest: 10 rzeczy, które musisz wiedzieć." Gdy przeszukiwałam Google w 2010 roku, informacji było mniej niż obecnie. Czego się dowiedziałam? Wejście na Everest wymaga od współczesnych wspinaczy dokładnie tego samego, czego wymagało od Tenzinga i Hillary'ego, którzy zdobyli szczyt jako pierwsi w 1953 roku: odporności psychicznej, wytrzymałości fizycznej, nieprawdopodobnych umiejętności wspinaczkowych, mnóstwa szczęścia i głębokiego, świadomego szacunku wobec góry. Wiedziałam, że muszę się dokształcić. I to od podstaw.
SZUKAJ: Mount Everest
Mount Everest, najwyższy szczyt na ziemi. Po nepalskiej stronie nazywany Sagarm?th?, po tybetańskiej - Czomolungma. Granica Nepalu i Chin przebiega dokładnie przez jego wierzchołek, na którym wspinacze czasami muszą zmagać się z prądem strumieniowym (jet streamem) osiągającym prędkość powyżej trzystu kilometrów na godzinę. Królewskie Towarzystwo Geograficzne nadało tej górze nazwę Mount Everest w 1865 roku na cześć sir George'a Everesta, który w latach trzydziestych i czterdziestych XIX wieku sprawował urząd naczelnego geodety Indii z ramienia imperium brytyjskiego. Podejrzewam jednak, że na monumentalnej Czomolungmie nazwa nadana przez brytyjskich kolonizatorów nie wywarła większego wrażenia.
Na szczyt Mount Everestu wyznaczono kilka dróg wspinaczkowych. Najpopularniejsza prowadzi przez Przełęcz Południową, rozpoczynająca się w dolinie Khumbu w Nepalu, oraz droga przez północno-wschodnią grań od strony Chin. Dyskusja o tym, która z nich jest łatwiejsza, toczy się cały czas. Wspinacze, o czym bardzo szybko się przekonałam, uwielbiają zresztą dyskutować na każdy temat, od polityki międzynarodowej po sposób wszycia gumek w skarpety. Często najwięcej do powiedzenia na temat wspinaczki wysokogórskiej mają kanapowi himalaiści, którzy wiedzę czerpią głównie spod dużego palca, natomiast w samym środowisku wspinaczy panuje zażarta rywalizacja. Nieustannie toczą się gorące debaty o to, kto był pierwszy, kto najszybszy, kto miał bogatego sponsora albo zapas tlenu, a kto tylko jedną tabletkę aspiryny na rozrzedzenie krwi. Jeśli któryś z nich łyknąłby witaminę C i nie zdał z tego szczegółowego raportu, posypałyby się na niego gromy.
Zaskoczyło mnie, że we wspinaczce wysokogórskiej nie chodzi o ściganie się z innymi, choć rywalizację mam we krwi i tak początkowo sądziłam. Po części to właśnie przyciągnęło mnie do tego sportu. Wszystkie ośmiotysięczniki zostały zdobyte jeszcze przed moimi narodzinami. Nie patrzyłam na wspinaczkę jak na grę o sumie zerowej. Na przykład zdobycie przeze mnie szczytu Everestu nie uniemożliwiłoby nikomu innemu dokonania tego samego. Jedyną osobą, z którą rywalizowałam, byłam ja sama. Zmuszałam się do przekraczania własnych ograniczeń, gdy myślałam, że nie zdołam już zrobić ani jednego kroku naprzód. Kłótnie w środowisku wspinaczkowym zupełnie mnie nie interesowały, więc trzymałam się z boku i nie komentowałam. Uważałam, że powinnam "starać się najpierw zrozumieć" i tak dalej.
Kiedy niczym Alicja wskoczyłam do króliczej nory prowadzącej do krainy wspinaczkowych forów, blogów i magazynów, zaczęłam sporządzać listę zakupów. Ostatecznie jednak spis rzeczy, których potrzebuję, żeby zdobyć Everest, stał się czymś w rodzaju glosariusza, wprowadzającego mnie we wspinaczkowy żargon.
Małpa, zwana dawniej jumarem: przyrząd zaciskowy, który przesuwa się w górę, ale nie zjeżdża, ułatwiając wspinanie się na linie.
Karabinek: metalowy pierścień z zamkiem sprężynowym, umożliwiający łączenie dwóch przedmiotów, które potem być może trzeba będzie bardzo szybko rozdzielić; od ich połączenia może również zależeć twoje życie.
Raki: metalowe kolce zakładane na buty, pozwalające przemieszczać się po lodowych zboczach ruchem kraba. Wymyślone w 1908 roku przez brytyjskiego alpinistę Oscara Eckensteina, kierownika pierwszej wyprawy, która podjęła poważną próbę wejścia na K2.
Każdy kolejny element ekwipunku okazywał się wstępem do odkrywania fascynujących aspektów techniki, historii i kultury wspinaczki. Dowiedziałam się, że żleb wypełniony śniegiem i lodem nazywany jest "kuluarem", a deksametazon stosuje się w leczeniu ostrej choroby wysokościowej, kiedy mózg lub płuca, wskutek niedoboru tlenu, puchną jak balon z wodą. W żargonie wspi-naczkowym roi się od anagramów: HAP - high-altitude porter, czyli tragarz wysokościowy. Nie mylić z HAPE - high-altitude pulmonary edema, czyli wysokościowym obrzękiem płuc. HAP z HAPE oznacza duży kłopot.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej
Uwielbiam, kiedy życie popycha mnie w kierunku, na który nie mam ochoty
MARTIN NWEEIA, BIOLOG MORSKI
Hongkong i ja rozumieliśmy się doskonale: oboje byliśmy Brytyjczykami z nadania, a nie z wyboru, oboje byliśmy też szalenie ambitni i znajdowaliśmy się na rozdrożu. Gdy w 1997 roku wygasła dziewięćdziesięciodziewięcioletnia umowa dzierżawy Hongkongu przez Wielką Brytanię i władzę nad Specjalnym Regionem Administracyjnym przejęły Chiny, Margaret Thatcher wynegocjowała pięćdziesięcioletni okres przejściowy, który miał pozwolić mieszkańcom Hongkongu zachować brytyjskie herbaciarnie i wolne wybory, ale w powietrzu wyraźnie dawało się wyczuć napięcie. Nikt nie wiedział, co przyniesie przyszłość. Analogicznie w roku 2009, gdy globalny kryzys finansowy wstrząsnął posadami całego świata ekonomii, moja przyszłość stanęła pod znakiem zapytania. Hongkong i ja zostaliśmy przymusowo eksmitowani z apartamentu szczęśliwego dobrobytu na korytarz niepewności. Chińskie miasto poradziło sobie z tym lepiej ode mnie.
Kiedy w 1999 roku przeprowadziłam się do Londynu, kobieta z dyplomem MBA była zjawiskiem równie rzadkim, co uczciwy polityk w parlamencie. Dawałam z siebie sto czterdzieści procent mocy jako jeden z najmłodszych dyrektorów wykonawczych w Morgan Stanley, budując europejski pion produktów konsumenckich, następnie jako dyrektor finansowy w Barclay's, a wreszcie jako dyrektor handlowy działu europejskich usług kart kredytowych w Bank of America. Zdobywałam nagrody i miałam ponad dwustu podwładnych. Zasiadałam w zarządach i byłam członkiem stanowczo zbyt wielu komitetów kierowniczych.
W pierwszej dekadzie naszego małżeństwa Jonathan i ja byliśmy jednakowo pochłonięci własnymi karierami. Oboje robiliśmy to, co kochaliśmy, i nie mogliśmy na nic narzekać. Większość czasu spędzałam w Londynie, mój mąż zaś po kilku latach dostał posadę w Tokio. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy prosić go o rezygnację z rozwoju kariery, która zaprowadziła go na Daleki Wschód, tak jak on nigdy nie zażądałby ode mnie rezygnacji z pracy w Londynie, którą uwielbiałam. Wzajemne poszanowanie ścieżek zawodowych było klejem, który spajał nasze małżeństwo. Byliśmy klasycznym przypadkiem przyciągających się przeciwieństw. Zdarzało się, że mieszkaliśmy na różnych kontynentach, spotykając się przy każdej możliwej okazji w ciekawych miejscach po drodze. Zawsze czuliśmy się ze sobą swobodnie i nie potrzebowaliśmy ciągłej fizycznej bliskości, która wymagałaby od jednego z nas daleko idącego kompromisu. Nasz związek na odległość nigdy nie był dla mnie problemem ani obciążeniem. Dzięki temu nie znudziliśmy się sobą, a przy okazji odwiedziliśmy dziesiątki fantastycznych miejsc z dala od utartych szlaków w Azji Południowo-Wschodniej, do których w innej sytuacji być może nigdy byśmy nie dotarli. Kariera była dla mnie ciężko wywalczonym terytorium, które znałam na wylot i mogłam uważać za swoje, choć ani na chwilę nie ustawałam w wysiłkach, aby je utrzymać.
To było druzgocące, kiedy okazało się, że "stabilność zawodowa" jest w najlepszym przypadku bajką na dobranoc, którą opowiadają sobie dorośli, żeby móc spokojnie zasnąć. Gdy brytyjska gospodarka zaczęła się załamywać, banki przestały udzielać kredytów i pożyczek, a firmy bankrutowały. Wielka Brytania podążyła za Stanami Zjednoczonymi w otchłań najgłębszej recesji od 1929 roku. Finansiści w drogich garniturach wylatywali na bruk jeden po drugim. Atmosfera w moim eleganckim biurowcu w Londynie robiła się coraz gęstsza w miarę, jak odpływały pieniądze. Za każdym razem, kiedy dzwoniłam pod numer podany na czyjejś wizytówce i okazywało się, że jest nieaktywny, miałam wrażenie, że patrzę, jak ta osoba spada w czarną otchłań.
Mieszkałam w Londynie dostatecznie długo, żeby otrzymać podwójne obywatelstwo; amerykańskie i brytyjskie. Znalazłam się na podwójnym rozdrożu - nie tylko zawodowym, lecz także ojczyźnianym. Jonathan był wtedy w Azji i jego branża, w przeciwieństwie do mojej, kwitła, dlatego po raz pierwszy doszliśmy do wniosku, że powinniśmy poszukać miejsca do życia, które będzie odpowiadało nam obojgu. Spędziliśmy długie wieczory, dyskutując o logistyce i możliwościach, stawkach podatkowych i tych nieuchwytnych, nieokreślonych czynnikach, które sprawiają, że czujemy się w danym miejscu jak w domu. Kiedy nałożyliśmy to wszystko na mapę najbardziej obiecujących możliwości zawodowych, wybór zawęził się do Hongkongu lub Sydney.
- Hongkong - oświadczyłam. - Nie ma o czym dyskutować.
Bo rzeczywiście nie było o czym. Pomyślcie sami - w Australii żyje sześćdziesiąt procent najgroźniejszych stworzeń lądowych i morskich zamieszkujących naszą planetę, w tym pająki, węże i dziobaki. Hongkong to z kolei tętniąca życiem metropolia przyszłości, pełna sklepów z butami i zawodowych szans. Uwielbiam sposób, w jaki to miasto się porusza. Hongkong ma największy na świecie system ruchomych schodów i chodników pozwalających błyskawicznie przemieszczać się z miejsca na miejsce. Chińczycy kładą ogromny nacisk na wydajność, ciężką pracę i bogacenie się. Takie podejście bardzo mi odpowiada. W Hongkongu znalazłam wszystko, co najbardziej cenię w miejscu pracy. Wszystko, za wyjątkiem samej pracy. Uświadomiłam to sobie w pełni dopiero, gdy spędziłam tam trochę czasu.
Nie musiałam od razu znaleźć posady. Sumiennie gromadziłam oszczędności na taką ewentualność, a Jonathan zarabiał dostatecznie dużo, żeby nas utrzymać, ale siedzenie w Hongkongu bez sprecyzowanego celu było wbrew moim wartościom. Posiadanie celu było dla mnie czymś więcej niż kwestią honoru - było źródłem samooceny. Nie spędziłam bezczynnie całego dnia, odkąd skończyłam piętnaście lat. Przez całe dorosłe życie, gdziekolwiek byłam, chodziłam do pracy. Teraz po raz pierwszy przeprowadziłam się nie za pracą, a ruchome chodniki Hongkongu szybko i sprawnie prowadziły mnie donikąd.
W American Psycho jest scena, w której grupka wysoko postawionych menedżerów porównuje wizytówki, oceniając się nawzajem po gramaturze papieru i rodzaju czcionek. W pewnym momencie główny bohater, grany przez Christiana Bale'a, prosi jednego z nich o pokazanie wizytówki Paula Allena. Na widok tego Świętego Graala kontaktów biznesowych w wysmakowanym kolorze złamanej bieli, zapisanego czcionką Copperplate Gothic, przy stole zapada nabożna cisza. Dla mnie czasy uczestnictwa w tego typu pogaduszkach w biurze były już przeszłością, podobnie jak eleganckie wizytówki, którymi mogłam się wymieniać podczas lunchu. Gdyby ktoś próbował dodzwonić się pod numer na mojej wizytówce, usłyszałby komunikat o odłączonym numerze. Tym razem to ja spadałam w czarną otchłań. Kiedy stałam przy barze w Kee Club w otoczeniu korporacyjnych samców alfa, dla których jeszcze niedawno byłabym równorzędnym partnerem, nie oceniali mnie. Robili coś znacznie gorszego - w ogóle mnie nie dostrzegali, jakbym była przezroczysta. Ostatecznie nawiązałam kontakt z jedyną oprócz mnie kobietą w lokalu - kierow-niczką baru, Stephanie, która przedstawiła mnie swoim boskim przyjaciółkom, Pippie i Mai. Przyjęły mnie z otwartymi ramionami do swojego małego plemienia brytyjskich ekspatek na azjatyckiej ziemi. Choć wywodziłyśmy się z zupełnie różnych środowisk, szybko pojawiła się między nami chemia - połączenie w odpowiednich proporcjach inteligencji, dowcipu i zrozumienia oraz solidnej dawki sarkazmu w razie potrzeby.
Przystosowanie się do życia w Hongkongu po wyprowadzce z Londynu nie było trudne. Prawie wszyscy mówili po angielsku, a popołudniowa herbata była uświęconą tradycją. Czerwone budki telefoniczne i piętrowe autobusy niczym nie różniły się od tych w dzielnicy Kensington. Chińska architektura i sztuka płynnie wtapiały się w krajobraz miasta, chociaż drażnił mnie dźwięk chińskiego hymnu narodowego na początku wieczornych wiadomości nadawanych w państwowej telewizji po mandaryńsku, a nie kantońsku, którym posługują się rdzenni mieszkańcy Hongkongu, ale na pewno nie Anglicy. Chińczycy, za pośrednictwem rządowej Komisji do spraw Promocji Edukacji Obywatelskiej, rozwijali i pielęgnowali w ten sposób chiński nacjonalizm. W dzielnicy Koulun, na rogu, naprzeciwko sklepu 7-Eleven, był kiedyś kiosk o nazwie Wong Fook Hing Book Store (przeczytajcie na głos pierwsze trzy słowa)[1]. W Hongkongu mawiało się, że ktoś, kto nie jest w stanie znaleźć tego, czego szuka, to pewnie jest w Wong Fook Hing Book Store. Coraz częściej miałam wrażenie, że ten żart dotyczy całego mojego życia - byłam w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. W Hongkongu było co robić, ale brakowało mi celu, którego mogłabym chwycić się pazurami.
Uparłam się, żeby urządzić sobie gabinet w naszym mieszkaniu. Kim byłabym bez gabinetu? Nie wiedziałam i nie zamierzałam się dowiadywać. Będąc nastolatką, miałam już świadomość, że praca nas określa i pozwala znaleźć swoje miejsce w świecie. Karierę zawodową zaczynałam od typowych prac amerykańskiej młodzieży: opieki nad dziećmi, smażenia burgerów, dostarczania gazet i podawania jedzenia w knajpach. Nie mogłam sobie wtedy pozwolić na to, żeby nie pracować. W liceum byłam usamodzielnioną nieletnią. Mieszkałam sama w domu rodzinnym - dwupiętrowym budynku w stylu kolonialnym na przedmieściach Detroit. Moje lokum było naturalnym miejscem schronienia dla wszystkich, którzy chcieli uciec przed rodzicami. Przez mój dom stale przewijali się różni ludzie, ale miałam już wtedy przybraną rodzinę - przyjaciółkę Aspen i kilkoro innych ludzi, którzy pomagali mi w gotowaniu, sprzątaniu, utrzymywaniu porządku na podwórku i w razie potrzeby wyrzucaniu za drzwi pijanych znajomych i nieznajomych.
Po lekcjach i pracy odrabialiśmy zadanie domowe, a potem wciskaliśmy się wszyscy na kanapę przed telewizorem ściśnięci jak śledzie w beczce. Kiedy wspominam to z perspektywy zmęczonej, dorosłej kobiety, nie mogę wyjść z podziwu, że mimo braku jakiegokolwiek nadzoru dorosłej osoby udało nam się stworzyć stabilny i bezpieczny dom. Wszyscy potrzebowaliśmy rodziny, więc stworzyliśmy sobie własną, w której każdy pełnił określoną rolę. Ja robiłam za skałę. Chciałam być jak Dustin Hoffman w Maratończyku, znosić ból i strach z kamienną twarzą. "Jestem skałą!" - te słowa stały się moją mantrą, kiedy padałam z nóg i czekałam na fajrant jak na zbawienie. Jestem skałą. Jestem skałą.
Za pośrednictwem jednego z programów zawodowych dla uczniów dostałam pracę w prężnie działającym biurze pośrednictwa nieruchomości. Moja szefowa mogła spokojnie startować w wyborach miss księgowych, a do tego była supermamą, której syn grał w The Romantics, nowofalowej kapeli z Detroit. Ich singiel What I Like About You trafił nawet na listę Hot 100 "Billboardu". Tak jak hitowa piosenka jej syna, moja Przebojowa Szefowa była brutalnie szczera, nigdy nie traciła rezonu i zawsze parła naprzód. Za każdym razem, kiedy The Romantics grali w Detroit, wbijała się w skórzaną spódnicę i szła na koncert. Czasami, kiedy wykazywałam się nadzwyczajną pracowitością i osiągnięciami, zabierała mnie ze sobą.
Działo się to w przełomowym roku 1983, gdy elektryczne maszyny do pisania wciąż były standardowym wyposażeniem każdego biura, ale komputery czekały już za rogiem, żeby wkroczyć w nasze życie. Biuro Przebojowej Szefowej miało się znaleźć w pierwszej linii nadciągającej rewolucji, ponieważ obrót nieruchomościami stanowił naturalne środowisko dla komputeryzacji. Branża nieruchomości ma w sobie zero-jedynkową elegancję - ty szukasz domu, ja mam dom na sprzedaż, dobijmy targu. Agenci nieruchomości zaś jak mało która grupa zawodowa potrafią przystosowywać się do rynkowej zmienności i niewiele innych profesji może się z nimi równać poziomem motywacji. Pracując w biurze Przebojowej Szefowej, chłonęłam tę niezwykłą energię i wiele nauczyłam się o branży.
Krótko mówiąc, zarówno ta praca, jak i ja zmieniłyśmy się. Ewo-lucję, jaka zaszła we mnie od rozpoczęcia pracy do momentu pójścia na studia, można porównać z ewolucją, jaka dokonała się w biurach pośrednictwa nieruchomości, gdy maszyny do pisania zostały zastąpione przez komputery. Kiedy skończyłam osiemnaście lat i mój ojciec sprzedał nasz rodzinny dom w Michigan, udało mi się kupić mieszkanie w Nowym Jorku. Posiadanie nieruchomości na własność było dla mnie źródłem wewnętrznej siły. Jak każde dziecko z dysfunkcjonalnej rodziny pragnęłam stabilizacji, ale urodziłam się pod znakiem Strzelca, więc zawsze ciągnęło mnie również w świat. Chciałam dotrzeć za horyzont. Branża nieruchomości - i w ogóle inwestowanie, jeśli wie się, na czym to polega - pozwala połączyć jedno z drugim.
Z sięgających od podłogi do sufitu okien w naszym mieszkaniu w Hongkongu obok mojego perfekcyjnie uporządkowanego biurka rozciągała się panorama miasta. Obserwowałam ruch ulicz-ny, gęstniejący w godzinach szczytu, wyczekując na jakiś sygnał. Moje nogi wyrywały się, żeby dokądś mnie zaprowadzić, palce dłoni nerwowo bębniły w szybę z braku listy, na której skreślałabym sprawy do załatwienia. Lista jest dla mnie kluczowa. Jeśli mogę rozbić jakieś zagadnienie według spisu czynności do zrobienia, to zawsze sobie z nim poradzę. Pierwsze takie listy w moim życiu pojawiły się za sprawą katechizmu: siedem grzechów głównych, czternaście stacji drogi krzyżowej, dziesięcioro przykazań. Szybko przekonałam się na własnej skórze, że listy są najszybszą drogą do tego, by coś osiągnąć. Później, jako uczestniczka kursu dla liderów Jacka Welcha w General Electric, zetknęłam się z jego metodą sporządzania list jako sposobu na wyznaczanie celów i objaśnianie strategii. Pamiętam, że czytałam jego książki z taką fascynacją, jakby to były rękopisy z Kumran.
W Hongkongu moja lista powstawała przez kilka miesięcy. Nie spisałam jej z głowy naprędce. Starannie wszystko przemyślałam, zadając sobie trudne pytania o zamiary i logistykę. Zinwentaryzowałam swoje aktywa wewnętrzne i zewnętrzne. Najłatwiejsze do określenia zasoby obejmowały moje oszczędności, wykształcenie i niewykorzystywaną od lat licencję kosmetyczki. Wśród aktywów niematerialnych znalazły się wytrwałość, chęć uczenia się, umiejętność intensywnej koncentracji oraz cierpliwość, jaką daje partnerskie małżeństwo. Sporządzenie listy tego, czym już dysponowałam, było łatwiejszą częścią zadania. Potem zaczęłam zastanawiać się, czego potrzebuję.
Kiedy pogoda była ładna, chodziłam na spacery i rozmyślałam. Kiedy deszcz albo ostrzeżenia o tajfunie zatrzymywały mnie w do-mu, biegałam na bieżni i dalej rozmyślałam. Rozmyślałam o tym, obserwując Jonathana budującego model klipra na kuchennym blacie, obracającego delikatnie w palcach i sklejającego drobne elementy. Nie dzieliłam się swoimi przemyśleniami z nikim do momentu, aż ułożyłam sobie w głowie pięć punktów, które miały mi pomóc w nadaniu mojemu życiu nowego kierunku. Zapisałam je sobie, ale musiałam wzmocnić się kilkoma kolejkami tequili w Kee Club, zanim odważyłam się podzielić swoją Listą z przyjaciółkami.
- Po pierwsze cel - powiedziałam. - Jasno określony punkt końcowy, do którego będę dążyć.
- Idź do tego celu, kochanie. - Stephanie wzniosła toast za punkt pierwszy. - Nie zbaczając ani na krok.
- Po drugie to musi być coś wymiernego. Coś, o czym będę mogła powiedzieć: "Tak! Zrobiłam to! Na sto procent!".
- Albo chociaż dziewięćdziesiąt dwa procent - wtrąciła Pippa. - Podobno udział też się liczy.
- Sto procent - odparłam. - Nie kupuję tego gadania o udziale.
Wypiłyśmy za sto procent normy.
- Po trzecie muszę to zrealizować w perspektywie dwóch, trzech lat. Licząc od teraz. Zrobić to i już. Do 2012 roku sektor finansowy stanie na nogi. Wrócę do pracy i zapomnę o tym wszystkim. (Dobrze, że mój cel nie miał nic wspólnego z prognozami gospodarczymi, bo, jak się okazało, pomyliłam się dość spektakularnie).
- Po czwarte - mówiłam dalej - to musi być trudne. A nawet zuchwałe.
- Za zuchwałość! - Maya nalała następną kolejkę.
- Po piąte, last but not least, to nie może być w żaden sposób związane z finansami. Z oczywistych, ekhm, względów. Żadnych finansów.
- Skarbie, zainspirowałaś mnie tą swoją listą - powiedziała Pippa. - Naprawdę. Wszystkie powinnyśmy mieć w życiu wielkie cele, które nie będą dawały nam spokoju. Jak wrzód żołądka.
- Za cel w życiu! - Stephanie rozlała kolejkę.
- To co ci w końcu wyszło? - zapytała Maya. - Jaki będzie twój nowy kierunek?
- Jeszcze nad tym pracuję - odparłam. - Ale myślę, że powinnam wynaleźć lekarstwo na malarię.
- Och. - Maya zasłoniła oczy. - Nie chcę ci psuć nastroju, ale...
- To bardzo chwalebne, Vanesso - powiedziała Pippa, - ale w dwa, trzy lata? Lepiej zostaw to fundacji Gatesów. Może opracuj jakiś balsam albo tonik? Przecież się na tym znasz.
- Wtedy nie będzie jasno określonego punktu końcowego. Taki projekt snuje się jak zapach taniego dezodorantu. Chociaż... Pomyś-lcie o tych wszystkich antyoksydantach.
- Zdobądź czarny pas - podpowiedziała Maya. - Wyglądałabyś bosko jako judoczka.
- Za mało śmiałe.
- Obrabuj bank?
- Mówiłam, że to ma być niezwiązane z sektorem finansowym.
- Wejdź na Mount Everest - powiedziała Stephanie.
A przynajmniej wydaje mi się, że to była Stephanie. A może Stephanie stwierdziła, że to ona zdobędzie Mount Everest? Po trzeciej czy czwartej kolejce tequili szczegóły nieco się zacierają, ale ten pomysł w żadnym momencie nie wydawał mi się absurdalny. Umiałam się wspinać. Wspięłam się z dymiących ruin, jakimi było moje życie rodzinne, i w wieku piętnastu lat stworzyłam własną, w pełni funkcjonalną rodzinę, składającą się z przyjaciół, którzy byli raz bliżej, raz dalej, ale zawsze mogłam na nich liczyć. Wspięłam się po drabinie edukacyjnej, zdobywając dyplom community college, pokonałam piętrzące się przeszkody logistyczne na drodze do wewnątrzfirmowego dyplomu MBA w GE, a następnie zdobyłam dyplom MBA w Stern School of Business na Uniwersytecie Nowojorskim. Wspinałam się po drabinie korporacyjnej w wielkiej firmie, której akcjami na Wall Street obracano już w XIX wieku, w epoce, która słynęła z bezwzględności. No i wspięłam się na Kilimandżaro.
Tamta wyprawa w 2005 roku zaczęła się tak samo, jak to przedsięwzięcie: od przesady. Kiedy moi znajomi zaczynali rozmawiać o wyjazdach na święta w rodzinnym gronie, ja zawsze wymyślałam jakieś wariackie wakacje. Różnica między Kilimandżaro a Everestem - i jedna z wielu zalet, za które kocham Kili - polega na tym, że na Kilimandżaro można wejść z kimś, kto niekoniecznie jest wytrawnym wspinaczem. Kilimandżaro jest potężnym, wygasłym wulkanem górującym nad sawanną w Tanzanii i najwyższym szczytem Afryki. Wierzchołek znajduje się na wysokości 5895 m n.p.m. Wejście na niego w żadnym razie nie jest spacerem, ale można go zdobyć w ciągu przyjemnego, dwutygodniowego wyjazdu, w zwykłych butach górskich. Na szczyt Kilimandżaro wchodzili już sześcioletni chłopiec ze Stanów Zjednoczonych, osiemdziesięcioośmioletni emerytowany ortodonta i setki tysięcy innych ludzi. Jak na pracownicę sektora bankowego byłam w niezłej formie, ale nie miałam charakteru ani sylwetki sportowca. Kilka miesięcy wcześniej skończyłam czterdzieści lat, więc właśnie zaczynałam ten wspaniały okres w życiu kobiety, w którym uświadamiamy sobie, że same najlepiej wiemy, co nam najbardziej odpowiada. Jonathan nie był zainteresowany przygodami, więc zwerbowałam jedną z nielicznych osób, co do których miałam pewność, że nie cofną się niemal przed żadnym wyzwaniem.
- Kilimandżaro? - zapytała Aspen. - No kurde, jasne, że tak!
To dlatego zawsze mam jej numer telefonu na liście szybkiego wybierania, chociaż czasami między naszymi rozmowami mija kilka lat.
Wyleciałyśmy z londyńskiego Heathrow do Kenii 9 grudnia 2005. Spędziłyśmy noc w Nairobi, a potem małym samolotem poleciałyśmy do Tanzanii. Sawanna ciągnęła się kilometrami suchych traw poprzetykanych tu i ówdzie wioskami. Na horyzoncie majaczyły ośnieżone szczyty. Pierwszego dnia drogi na Kilimandżaro maszerowałyśmy przez sześć godzin wytyczonym szlakiem przez gęsty las i bujną roślinność. Gdzieniegdzie w zboczu wycięte były stopnie wzmocnione podkładami kolejowymi. Drugiego dnia wchodziłyśmy po kamieniach i skałach porośniętych z rzadka zaroślami oraz niskimi, sękatymi drzewami pokrytymi mchem, który kojarzył mi się z nawiedzonymi domami. O zachodzie słońca dotarłyśmy do obozu Shira na wysokości 3750 metrów nad poziomem morza. W oddali widziałyśmy wystający z chmur jak podniebna wyspa szczyt, od którego dzieliły nas jeszcze cztery dni wędrówki. Trzeciego dnia zamieniłyśmy szorty i koszulki z krótkimi rękawami na spodnie trekkingowe, bluzy z kapturami i wełniane czapki z nausznikami. Wspinałyśmy się stromą granią o nazwie Ząb Rekina.
Rozsadzała mnie energia. Co chwilę odrywałam się od grupy, wbiegałam pod górę albo odchodziłam na boki, robiąc zdjęcia i niecierpliwiąc się na guzdrzących się przewodników, którzy wciąż powtarzali: "Pole, pole", co w języku suahili oznacza "powoli, powoli".
- Nic mi nie jest - odpowiadałam im. - Wszystko w porządku!
- Pole, pole, panienko. Musisz się zaaklimatyzować.
Aspen rozsądnie słuchała ich rad, ale ja wciąż biegałam to tu, to tam, aż w końcu zderzyłam się ze ścianą. Nie można naprawdę zrozumieć, czym jest aklimatyzacja, dopóki twoje ciało nie zmieni się nagle w worek mokrego cementu. Nie byłam w stanie biec. Ledwo mogłam złapać oddech i nadążyć za pozostałymi. Przewodnik roześmiał się bezczelnie i powiedział:
- To, szanowna pani, jest właśnie aklimatyzacja.
Często mówi się, że wraz z wysokością powietrze robi się "rzadkie". W rzeczywistości powietrze na poziomie morza i na szczycie Everestu jest dokładnie takie samo: dwadzieścia jeden procent tlenu, siedemdziesiąt osiem procent azotu i śladowe ilości innych gazów - argonu, dwutlenku węgla, a od czasu do czasu także cząsteczek rozmaitych smrodów. Zmienia się natomiast ciśnienie atmosferyczne. W miarę jak ciśnienie spada, cząsteczki tlenu oddalają się od siebie. Na poziomie morza zawsze mamy do dyspozycji powietrze gęsto napakowane tlenem. Nad chmurami sprawa wygląda inaczej. To dlatego, gdy w samolocie dojdzie do rozhermetyzowania kabiny, znad foteli pasażerów wyskakują maski tlenowe. I to dlatego na dużych wysokościach wspinacze poruszają się tak powoli.
Wciąż musiałam się wiele nauczyć, ale na Kilimandżaro przekonałam się, czym jest aklimatyzacja, więc przynajmniej zrozumiałam, o co chodzi w regule "wspinaj się wysoko, śpij nisko". Dwa kroki w przód, jeden w tył. W górę po skalnej ścianie, w dół do obozu na wysokości 4000 metrów. W górę do krawędzi krateru, w dół do obozu na wysokości 4600 metrów. Krok po kroku zmuszasz swoje ciało, żeby wytwarzało więcej bogatych w tlen czerwonych krwinek.
Wyruszyliśmy o jedenastej wieczorem, wchodząc niekończącymi się zygzakami w blasku pełni księżyca oświetlającego dywan z chmur pod nami. Było zimno. Owinęliśmy się zimowymi kurtkami, a drogę oświetlały nam czołówki rzucające nieziemską poświatę na zbocze góry. Dotarliśmy do Stella Point, gdzie zrobiliśmy krótką przerwę, a potem ruszyliśmy dalej, w czterdziestopięciominutową drogę na Uhuru Peak, gdzie po raz pierwszy zobaczyliśmy lodowce. Wschodzące słońce oświetliło nagi szczyt i skalisty krater Kilimandżaro, a także nasze zmęczone, ale szczęśliwe twarze.
- Co najlepiej zapamiętałaś z Kili? - zapytałam niedawno Aspen.
- Pamiętam, że narzekałaś na racjonowanie papieru toaletowego. Skończył ci się i musiałaś pożyczać ode mnie - odparła Aspen. - Na ostatnim odcinku w nocy wpadłam w panikę, kiedy wysiadł mi ogrzewacz w rękawicy i bałam się, że dostanę odmrożeń. Cała karawana musiała się zatrzymać, żebym mogła wymienić ogrzewacz. Kiedy doszliśmy na szczyt, miałam czoło poparzone od słońca. Uprzedzali mnie, żebym nie zdejmowała czapki. A ja oczywiście ją zdjęłam. Przez dwa dni miałam fioletową skórę na czole. Cuchnęłyśmy zgnilizną od potu i pierdzenia.
Ach, tak. Nikt nie mówi o tym, że puszczanie wiatrów to znak, że twoje ciało się aklimatyzuje. Problem w tym, że ten znak dociera do wszystkich wokół ciebie. Ciało reaguje na dużą wysokość na wiele dziwnych i niekoniecznie przyjemnych sposobów, dlatego najlepiej wspinać się z kimś, kogo zna się na wylot. Pamiętam też czopki z papieru toaletowego w nosie Aspen, która nie poddawała się, mimo że krew ciekła jej z nosa jak z nieszczelnego kranu. Najważniejszy morał tej przypowieści jest następujący: zawsze zabieraj zapas papieru toaletowego. Wspinacze nazywają go "górską walutą".
Na przemian błogosławiłam i przeklinałam ciężki aparat fotograficzny, który wisiał mi na szyi i obijał się o mostek. Zrobiłam kilkaset zapierających dech w piersiach zdjęć, ale większość podczas wejścia. Z zejścia mam tylko kilka fotografii. Kiedy przygotowywałam się do pierwszej wyprawy na Everest, obejrzałam setki filmów nakręconych przez wspinaczy podczas wchodzenia, ataku szczytowego i na samym szczycie. Ze schodzenia nie było praktycznie nic. Zupełnie tak, jakby himalaiści wspinali się przez kilka dni lub tygodni, a potem magiczną kolejką zjeżdżali z wierzchołka do bazy. Prawda jest taka, że stanąwszy na szczycie, uświadamiasz sobie, że to jeszcze nie koniec. Że prawdziwy cel, czyli szczęśliwy powrót do domu, jest wciąż przed tobą. Szczyt to dopiero połowa drogi.
Schodząc, musisz powtórzyć całą drogę w odwrotnym kierunku. Grawitacja nie ma litości dla twoich kolan, a po adrenalinie, która napędzała cię w drodze na szczyt, pozostaje smętne wspomnienie.
Podobnie jest w biznesie. Spektakularny krach może stać się kanwą fascynującej opowieści, jeśli następuje po nim równie spektakularny powrót, natomiast taki rodzaj załamania, jakie na pewnym etapie kariery dotyka większość ludzi, rzadko interesuje pisarzy. Powolny upadek producentów maszyn do pisania nie nadaje się na motywacyjne seminarium. Nikt nie ostrzega nas, że utrata pracy jest jak strata rodziny, przegrana w finale Super Bowl i rozstanie się zawartością żołądka jednocześnie. Nie wspomina się o niepewności, czy kiedykolwiek uda się jeszcze wrócić na właściwy tor.
Wtedy nie docierało to jeszcze do mnie w pełni, ale mój pierwszy rok w Hongkongu był zejściem po trwającym dwadzieścia dwa lata marszu na szczyt. Perspektywa dwóch, trzech lat, którą wtedy przyjęłam, była śmiechu warta. Dziś nie potrafię sobie nawet wyobrazić, jak mogłam oczekiwać, że wszystko wróci do normy, albo dlaczego w ogóle miałabym tego chcieć. Nie przyjmowałam wtedy do wiadomości, że życie, które sobie zbudowałam, z którego byłam dumna i które uwielbiałam, skończyło się. Nigdy nie pozwoliłam sobie na normalną w takiej sytuacji żałobę. We wspinaczce wysokogórskiej zejście ze szczytu jest momentem, w którym najczęściej można zginąć. Jednocześnie to właśnie wtedy najmocniej czujesz, że żyjesz. Przeżywasz największy strach. Największą samotność. Wtedy najczęściej doświadcza się obecności Boga. Ale nie poddajesz się temu uczuciu. Stawiasz krok za krokiem i schodzisz coraz niżej.
Aspen i ja schodziłyśmy z Kilimandżaro w milczeniu, skupione na kontrolowaniu oddechów, przeżywając wciąż świeżą lekcję pokory, której udzieliła nam góra.
- Przede wszystkim - wspominała Aspen - pamiętam tę niesamowitą ciszę i widoki, które ciągnęły się bez końca. Kiedy szłyśmy po kamieniach, chrzęściły jak pękające szkło.
Następnego dnia po tequillowym sabacie z przyjaciółkami obudziłam się przed świtem z tylko lekkim kacem. Leżałam, wsłuchując się w donośne chrapanie Jonathana.
Znasz to uczucie, jakby ktoś zapalił ci w głowie światło? Pojawia się wtedy, gdy w twoim umyśle rodzi się pomysł i od razu wiesz, jak go urzeczywistnić. Przekładnie zazębiają się. Puzzle układają się w całość. Widzisz przed sobą prostą drogę. Nagle pozbyłam się wszelkich wątpliwości co do nowego kierunku. Wejście na Everest spełniało wszystkie warunki na mojej Liście.
Jasno określony cel (wejście na Everest). Wymierny sukces (8848 m n.p.m.). Perspektywa dwóch, trzech lat (założenie optymistyczne,ale przy odpowiedniej dozie determinacji wykonalne). Wyzwanie/coś śmiałego (do wyboru). Żadnego związku z finansami (Voila. Flaga zatknięta na szczycie).Zdaję sobie sprawę, że wiele osób mogłoby uznać ten nowy kierunek za przypadkowy, ale na pewno nie ludzie, którzy byli dla mnie najważniejsi.
- Małżu? - odezwałam się. - Chcę wejść na Mount Everest.
Jonathan zamrugał oczami i zapytał tylko:
- Ile to będzie kosztowało?
[1] Nazwa kiosku przypomina fonetyczny zapis wyrażenia wrong fucking, czyli "nie ten pierdolony (kiosk)" (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).