*
Ewa znalazła wreszcie miejsce parkingowe. Westchnęła, rzuciła okiem w lusterko i poprawiła włosy. Przeszło jej przez myśl, że mogłaby zmienić fryzurę. Miała ochotę na zmiany, nie tylko w wyglądzie, ale szerzej - na jakieś ponowne przemeblowanie w życiu.
Zanim odkryła romans męża z Rosjanką imieniem Tatiana, postrzegała zmiany jako zakłócenie porządku świata. Wydawały jej się zagrożeniem, zaburzały poczucie bezpieczeństwa. Teraz, kiedy tkwiła w dziwnej relacji, zawieszona między gorzką, niechcianą miłością do Andrzeja a szczerym pragnieniem pokochania Jima, marzyła, żeby zdarzyło się coś, co zachwieje całym tym układem, zburzy go i zwróci jej wolność.
W grudniu był taki moment, kiedy miała niemal całkowitą pewność, że zakochuje się w Walijczyku. Widywali się już od października, początkowo tylko na lekcjach polskiego i angielskiego - potem także towarzysko. Stopniowo ich spotkania przybierały charakter randek, najpierw bardzo ostrożnych, niemal koleżeńskich, później - czułych i romantycznych, a wreszcie erotycznych. Jim był spragniony seksu, Ewa również nie narzekała na niskie libido; wydawało się, że powinni czuć się dobrze w tej relacji. Niestety, były to tylko pobożne życzenia.
Przede wszystkim Ewa nie mogła się pozbyć wyrzutów sumienia. Chociaż Jim zawsze budził jej sympatię, to przecież nie mogła udawać sama przed sobą. Prawda wyglądała następująco: zainteresowała się nim wyłącznie dlatego, że Andrzej tak strasznie ją zawiódł. Gdyby nie to - gdyby Żaneta Wójcik nie wróciła skruszona na łono rodziny i gdyby Andrzej się z nią nie przespał - Ewie do głowy by nie przyszło, żeby umówić się z Walijczykiem (ani z kimkolwiek innym). Zawsze była bardzo stała w uczuciach, Andrzeja kochała spokojną, dojrzałą miłością i nie szukała już nowych wrażeń.
Mimo to, kiedy rozpacz wywołana zdradą ukochanego zaczęła powoli zamieniać się w cichą rezygnację, Jimowi udało się wzbudzić w sercu Ewy żywsze drgnienie. Był tak delikatny, tak troskliwy, męski, a przy tym chłopięcy - bo jakoś potrafił łączyć te dwie cechy... Ewa poczuła, że może pokochać tego zabawnego rudzielca, a przede wszystkim - że bardzo chce dać mu odrobinę czułości i odwdzięczyć się za dobro, jakiego od niego zaznała.
Tęskniła za Andrzejem; ani na chwilę nie przestała. Jednak ta tęsknota stała się podobna do smutku po czyimś wyjeździe, takim bez szansy na powrót. Ból nie był gwałtowny, lecz tępy, ćmiący, stał się łatwiejszy do zniesienia, aż pewnego dnia - chyba znikł zupełnie. W jego miejscu pozostało coś w rodzaju troski o ojca Sławka: jak sobie radzi, czy nie zaczął znowu pić, czy w całym tym małżeńskim zamieszaniu nie straci bliskości z synem, którą odbudował z takim trudem...
I właśnie wtedy - w wigilijny wieczór - Andrzej pojawił się w życiu Ewy na nowo. Przyszedł ze swoją bolesną opowieścią, bezradny i skrzywdzony: właśnie się dowiedział, że dziecko nie jest jego, Żaneta celowo go upiła, trzeźwego od kilku lat alkoholika, po czym zaciągnęła do łóżka, bo potrzebowała ojca dla dziecka, które już nosiła w łonie. Podstęp stary jak świat, teoretycznie w dobie badań genetycznych bez szans na powodzenie, a przecież wciąż w użyciu, myślała potem Ewa.
Andrzej był zbyt miękki, dobry, zbyt przyzwoity, żeby cokolwiek podejrzewać. Wbrew sobie zaczął się nawet cieszyć, że po raz kolejny zostanie ojcem, bo skoro już tkwił w małżeństwie pozbawionym miłości, to przecież mógł przynajmniej czerpać radość z rodzicielstwa. Ewa doskonale to znała - czyż ich związku z Mirkiem nie zbudowali na tym samym; czy nie identycznie rzecz się miała z jej rodzicami?
Kiedy prawda ujrzała światło dzienne i Andrzej wrócił do myśli o rozwodzie - nagle okazało się, że między nim a Ewą nie ma już tej bliskości, tego zaufania, które łączyły ich tak niedawno. Może to dlatego, myślała, że jednak mnie zdradził, nawet jeśli w pijackim amoku, nie całkiem świadomie. Może dlatego, że ja weszłam w nowy związek - wprawdzie byle jak, powierzchownie, ale przecież spotykam się z Jimem, spałam z nim, spędził ze mną Wigilię, a Andrzej o tym wie. Czy cokolwiek między nami da się jeszcze uratować? I czy na pewno oboje tego chcemy? Czy nie jest tak, że teraz Andrzej analizuje, co straci i co zyska, rozwodząc się z Żanetą, a ja nieświadomie kalkuluję, którego z nich wolę - bo przecież Jim wciąż ma jakiś urok nowości, a Andrzej zawiódł mnie tak boleśnie...
Pukanie w szybę przerwało te jej niewesołe rozmyślania. Ewa przez chwilę rozglądała się, zdezorientowana, aż wreszcie zrozumiała, że od jakiegoś czasu siedzi w zaparkowanym samochodzie. Jim stał na chodniku i przyglądał się jej z troską. On coś wyczuwa, skonstatowała, przecież nie jest głupi. Widzi, że od dwóch tygodni zamyślam się albo ni z tego, ni z owego sprawdzam wyświetlacz telefonu. No i unikam zbliżeń.
Zaczerpnęła powietrza jak przed skokiem do wody, po czym otworzyła drzwi i wysiadła. Jim natychmiast zamknął ją w ramionach.
- Ja nie wiem, co ty myślałaś - powiedział, cmokając ją we włosy. - Ale to nie było wesołe.
- Planowałam sprawdziany z gramatyki na najbliższy tydzień - skłamała gładko Ewa. - I masz rację, że to niewesoły temat. Dla szóstoklasistów nawet tragiczny. To będzie prawdziwa rzeź.
Roześmiał się, ale jakoś sztucznie. Najwyraźniej nie dał się oszukać. Wziął ją za rękę i pociągnął za sobą.
- Zaczekaj - poprosiła. - Jakoś nie mam ochoty na kino. Przepraszam. Może po prostu powłóczmy się po mieście.
- Zimno - zaprotestował. - Ja nie jestem zimowy człowiek. Ale my możemy zjeść coś dobre w restauracji albo iść do mnie. Ja ci zrobię walijski przysmak.
- Nie, Jamesie Clarke'u. - Ewa przytuliła się do niego. - Pójdziemy do jakiejś cichej knajpki, przekąsimy coś, a potem wracam do moich szkolnych spraw. Dobrze wiem, czym to się skończy, jeśli wybierzemy się do ciebie.
- Czym? - Jim udał, że nie rozumie. - Czym się skończy? Ja nie wiem, co masz w myśli.
- Na myśli - poprawiła go odruchowo. - Mam na myśli twoje szerokie łóżko.
- A co jest źle z moim łóżkiem? To jest dobre łóżko - przekomarzał się jeszcze. - Ty nie lubisz, że szerokie?
- Dobrze wiem, że się droczysz. Nie mogę dzisiaj zostać. A jak już byśmy wylądowali w pościeli, to nie byłoby łatwo się wygrzebać.
- Ty nigdy nie możesz zostać - mruknął jeszcze Jim, choć już złożył broń. - Zawsze tylko szkoła, sprawdziani, ucznie, nie mam czasu, nie mogę zostać...
- Już lepiej nic nie mów, bo walisz błąd za błędem. Nie umiem dyskutować o łóżku z kimś, kto mówi "ucznie".
- If I had a better teacher...[1] - zaczął Walijczyk, ale urwał, ponieważ dostał kuksańca.
- Po prostu chodźmy zjeść jakąś naprawdę dobrą kolację - powiedziała Ewa, tym samym kończąc utarczki słowne, które przecież sprowadzały się do jednego: że ona zaczyna powoli wycofywać się z tego związku, a on doskonale o tym wie.
Po kolacji poszli się przespacerować po rynku. Ewa pozwoliła Jimowi na kilka namiętnych całusów, ale na tym się skończyło.
- Ja nie rozumiem - powiedział Walijczyk, kiedy się żegnali. - Ty masz samotny wieczór i ja mam samotny wieczór. Przecież ja nie proponuję ślub.
- Obiecałeś, że nie będziesz mnie popędzał, Jimmy. Nie naciskaj, proszę.
Jim się spłoszył.
- Ty nie myśl, że ja chcę seks - pospieszył z wyjaśnieniem. - Ja potrzebuję twoje towarzystwo. Razem oglądanie telewizji, razem czytanie, Ewa.
- Wiem. Ale naprawdę... Nie zawsze znajdę na to czas, zrozum.
Pocałowała go i wsiadła do samochodu. Kiedy odjeżdżała, on wciąż stał na chodniku, patrząc za nią smutno.
Już raz tak było, przypomniała sobie. Wracałam wtedy z jego urodzin w Republice Róż. Odprowadził mnie do taksówki, a kiedy ruszałam, też spoglądał za mną tęsknym wzrokiem. Nic nas wtedy nie łączyło, ale on miał w oczach tyle samo żalu i samotności.
Uzmysłowiła sobie, że liczyła wtedy na wspólną noc z Andrzejem. Na co liczy teraz? Czy historia się powtórzy? Ewa zbuduje sobie śliczny pałac ze złudzeń, ale ta budowla znowu runie z powodu czyjejś niewierności, nieszczerości albo jakiegoś niedomówienia?
Klaudia już leżała w łóżku i czytała Mózg na zbożowym detoksie. Ewa zapragnęła z nią porozmawiać, zwierzyć się jak kobieta kobiecie, może nawet opowiedzieć o tamtej rozmowie z Andrzejem, w której padło między nimi wiele gorzkich słów - jednak zanim wzięła prysznic i przygotowała sobie ubranie na następny dzień, dziewczyna już zasnęła, z łokciem pod głową i książką na szafce nocnej. Ewa po cichu weszła do jej pokoju i zgasiła lampkę.
Mogłaby zadzwonić do mamy, ale było późno, a Barbara ostatnio kładła się dość wcześnie. Nie było sensu wybijać jej ze snu tylko dlatego, że dorosła córka nie radzi sobie z uczuciami.
- Dlaczego właściwie nie mam przyjaciółki? - szepnęła Ewa do Cohena, leżącego na legowisku w zabawnej pozie, z wywalonym do góry brzuchem. - Tak dobrze byłoby teraz wyżalić się komuś zaufanemu, powywlekać na światło dzienne wszystkie najskrytsze wątpliwości i obawy. Na przykład to, czy związek z Andrzejem ma przyszłość. Kocham go, owszem, ale przecież uczucie to nie wszystko. Jak by na to nie patrzeć, on zawiódł, a skoro taka sytuacja zdarzyła się raz, to kto wie, czy się nie powtórzy. I właściwie skąd pewność, że mówi prawdę? Może wcale nie było tak, że żona go upiła; może upili się razem, może nawet to on nalewał i zachęcał. Czy należy ufać alkoholikowi, który próbuje usprawiedliwić fakt, że wypił? Czy powinnam wierzyć w to, że on kiedykolwiek uwolni się od nałogu? Czy któregoś dnia będę pewna, absolutnie pewna, że znów nie pójdzie w cug?
Zupełnie jakby Andrzej usłyszał te jej słowa szeptane do psiego ucha, na komodzie w holu rozdzwoniła się komórka, a na wyświetlaczu pojawiło się jego imię. Ewa nie odebrała. Jeszcze nie uporała się z własnymi uczuciami po ich ostatniej rozmowie - tej właśnie, po której został w jej duszy jakiś gorzki osad.
W wieczór wigilijny, kiedy wyznał, że nie jest ojcem dziecka swojej żony, poczuła, że mają jakieś szanse. To wprawdzie nie zmieniało faktu, że nie dochował Ewie wierności, ale mogli ponownie myśleć o wspólnej przyszłości - w ogóle brać pod uwagę ewentualność, że jeszcze kiedyś będą razem. Dlatego Ewa zgodziła się, gdy kilka dni później Andrzej zadzwonił i poprosił o ponowne spotkanie. Jim akurat wyjechał z siostrą do Zakopanego, pomyślała więc, że będzie się czuła swobodniej, wiedząc, że Walijczyk nie może w każdej chwili wpaść z wizytą. Babcia z Klaudią wybierały się na wielkie zakupy, ponieważ po Nowym Roku w większości sklepów trwały szalone wyprzedaże. Tak oto Ewa zaprosiła Andrzeja do siebie.
Sama nie wiedziała, na co liczy - może na spokojną rozmowę, czułe wyznania, kilka buziaków na przeprosiny. Tymczasem to, co otrzymała, było niczym sesja u psychoterapeuty połączona z atakami zazdrosnego, oszalałego z rozpaczy człowieka.
Andrzej znajdował się w kompletnej rozsypce. Najpierw użalał się nad sobą, potem krzyczał. Że jest do niczego, wszystkich rozczarowuje, zawodzi, nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Że zdradzali go najbliżsi: najpierw ojciec, potem żona, a teraz ona, Ewa, na którą liczył, której ufał, która była dla niego niemal święta.
- Nigdy nie udawałam świętej - odpowiedziała wtedy, na pozór spokojnie, choć w gruncie rzeczy trzęsła się ze zdenerwowania. - Nie jestem ani lepsza, ani gorsza od innych znanych ci kobiet.
- Przed tobą tak naprawdę znałem tylko dwie kobiety - wycedził Andrzej. - Jedna z nich to moja żona i naprawdę wierzyłem, i chcę wierzyć nadal, że jesteś od niej lepsza.
Ewa z trudem powstrzymywała łzy.
- Drugą z tych kobiet była moja matka - ciągnął Andrzej, który też cały drżał z nerwów. - Mimo że ojciec ją zdradzał, ona czekała na niego w domu i zawsze przyjmowała z powrotem, kiedy wracał skruszony.
- Więc tego ode mnie oczekujesz?! - zawołała głęboko oburzona. - Miałabym czekać, aż wiarołomny ukochany znudzi się nową zabawką?
- Ale o czym ty mówisz?! Nie miałem żadnej nowej zabawki! Popełniłem błąd, rozumiesz?
- Jeśli porównujesz mnie do swojej matki, to bądź świadom, co z tego porównania wynika! Gdybym była taka jak ona, to wcale by cię nie było w moim życiu! Czekałabym teraz na Mirka, aż wróci do mnie wprost z objęć Tatiany! Więc się zastanów! Może to jednak dobrze, że nie przypominam twojej mamy, Andrzej.
Nie odpowiedział wtedy, zamilkł na długo, a ponieważ Ewa także nie miała już nic do powiedzenia, siedzieli w ciężkiej, nieprzyjemnej ciszy, która oddalała ich od siebie równie skutecznie jak najgorsze obelgi. Wreszcie Ewa zdecydowała się przerwać tę okropną sytuację i poprosiła go, żeby już poszedł.
- Co się z nami stało, Ewuś? - zapytał cicho, kiedy zapinał kurtkę, a ona stała w holu, ze wzrokiem wlepionym w podłogę.
Wzruszyła bezradnie ramionami. "Zdradziłeś mnie, to się właśnie stało" - chciała powiedzieć, ale nie miała siły na kolejną wymianę ciosów.
- Kocham cię tak, że wszystko mnie z tej miłości boli - wyszeptał jeszcze. - Ale szaleję z zazdrości i zachowuję się jak ostatni idiota, kiedy tylko pomyślę, że spotykasz się z kimś innym, że on mi ciebie odebrał.
- Nikt mnie nikomu nie odbierał - zaprotestowała słabo.
- Wiem, wiem, nie kłóćmy się już. Ja sobie zasłużyłem, naprawdę to rozumiem.
- Idź już, Andrzej. Pozwól mi ochłonąć.
- Przepraszam.
Nie odpowiedziała, więc wyszedł. Nie widzieli się od tamtej pory. Andrzej dzwonił trzykrotnie - dziś właśnie był ten trzeci raz, lecz Ewa nie odbierała. Jeszcze nie. Wciąż się bała, że usłyszy jedynie kolejną porcję zarzutów i pretensji zaborczego mężczyzny. A zupełnie nie miała na to ochoty.
[1] (ang.) Gdybym miał lepszą nauczycielkę...